Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 października 2014
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Dowód. Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył niebo - ebook

Przez tydzień pozostawał w głębokiej śpiączce z minimalnymi szansami na wyleczenie. Jego mózg praktycznie przestał funkcjonować, a ciało nie reagowało na żadne bodźce. Kiedy jego świadomość utonęła w mroku, stało się coś, czego jako naukowiec nigdy nie mógł się spodziewać.

Odkrył Niebo.

Eben Alexander, znakomity neurochirurg, szanowany wykładowca Harvardu, przez lata pozostawał sceptyczny wobec zagadnień wiary. Życie poświęcił nauce i ufał jedynie faktom. Pod wpływem dramatycznego zdarzenia musiał jednak przewartościować swoją racjonalną wizję świata. Dotknął najważniejszej tajemnicy.

„Dowód” zawiera piękną i niezwykle bogatą wizję zaświatów, nieporównywalną z żadną z dotychczasowych relacji. Spisana ręką człowieka nauki, specjalizującego się w badaniu mózgu, potrafiącego zachować dystans względem swoich doświadczeń, robi wrażenie nawet na najbardziej niewzruszonych sceptykach.

Kategoria: Kuchnia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-2681-4
Rozmiar pliku: 649 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP DO POLSKIEGO WYDANIA

Gdy napisałem _Dowód_, nie byłem pewien, czy ktokolwiek zechce przeczytać tę książkę. A nawet gdyby znaleźli się jacyś chętni, nie miałem pojęcia, czy ktoś z nich mi uwierzy. Przecież ja sam przez większą część życia zaliczałem się do sceptyków i musiałem otrzeć się o śmierć, zanim zrozumiałem, jak bardzo się myliłem w swoich poglądach. Jednocześnie wiedziałem, że łatwo zbagatelizować moją opowieść i żyć tak, jakby żadne z przedstawionych w niej wydarzeń nigdy nie miało miejsca.

Możecie więc sobie wyobrazić moją radość, gdy czytelnicy na całym świecie z entuzjazmem odnieśli się do głównego przesłania mojej książki: na byt człowieka składa się coś więcej, niż sugerują wizje głównego nurtu nauki, a co ważniejsze, wszyscy jesteśmy ukochanymi dziećmi istoty obdarzonej nieopisaną mocą. W ciągu pierwszych kilku miesięcy od publikacji _Dowód_ spotkał się z ogromnym zainteresowaniem na całym świecie. Jednym z pierwszych krajów, które zaprosiły mnie do złożenia wizyty w celu przedyskutowania tematów poruszonych w tej książce, była Polska. Nie bardzo wiedziałem, czego mam się spodziewać po tym wyjeździe, ale bardzo się na niego ucieszyłem. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zorganizowano go w czasie, gdy mój młodszy syn Bond (czternastolatek) miał ferie szkolne, więc mógł mi towarzyszyć. Biorąc pod uwagę kluczową rolę, jaką odegrał on w moim powrocie z pogranicza śmierci, jego udział w podróży wydał mi się jak najbardziej uzasadniony.

Cieszyłem się również ze wspaniałej sposobności lepszego poznania Polski – kraju, który z otwartymi ramionami przyjął przesłanie miłości przedstawione w _Dowodzie_. Większość wiadomości na temat Polski czerpałem dotąd z książek. Oglądałem zdjęcia pałacu w Wilanowie i Zamku Królewskiego na Wawelu, wiedziałem o głęboko zakorzenionych w tym kraju tradycjach chrześcijańskich oraz o ogromnych cierpieniach, jakich doznał on w minionym stuleciu. Podczas naszej wizyty w Warszawie obchodzono siedemdziesiątą rocznicę powstania w getcie warszawskim, więc wraz z synem postanowiliśmy zwiedzić miejsca związane z tym wydarzeniem. Głęboko nas to poruszyło, a nieoczekiwany nawrót śnieżnej zimy uświadomił nam, z jak surowymi warunkami przyszło się mierzyć powstańcom.

Podróż po Polsce dała mi również okazję poznać nowoczesny, wspaniale rozwijający się kraj, który odzyskał należne mu miejsce w kulturalnym i gospodarczym życiu świata. Dyskutując z prowadzącymi i z widzami różnych programów telewizyjnych, takich jak _Rozmowy w toku_ lub _Kawa czy herbata_, odkryłem, że problemy poruszane w mojej książce oraz wnioski z niej płynące odbijają się głębokim echem zarówno wśród Polaków, jak i wśród mieszkańców mojego rodzinnego miasta. (Nie bagatelizuję tu wcale różnic kulturowych między naszymi krajami – niestety, w pobliżu mojego domu nadal nie udało mi się znaleźć lokalu serwującego królewski szaszłyk z polędwicy wieprzowej z boczkiem i papryką, taki jak ten, którym delektowałem się w Krakowie). Gdy wraz z Bondem wsiedliśmy do samolotu, udając się w drogę powrotną do domu, mój syn stwierdził: „Świat byłby o wiele lepszy, gdyby więcej ludzi okazywało taką otwartość jak ci, których w tym tygodniu spotkaliśmy w Polsce". To najprawdziwsza prawda!

Szczególnie poruszyło nas połączenie głębokiej duchowości z dyscypliną intelektualną, które dostrzegliśmy u wielu naszych polskich rozmówców. _Dowód_niesie proste przesłanie, lecz wcale nie zalicza się do łatwych książek. Zawarłem w niej przemyślaną syntezę współczesnej nauki, filozofii i teologii, której dogłębne zrozumienie odkrywałem wśród spotykanych ludzi, co tylko potwierdziło moje przekonanie o otwartości i wrażliwości Polaków. Bardzo się ucieszyłem na wieść o tym, że _Dowód_ stał się w Polsce bestsellerem. Wraz z Bondem wyrażamy naszą wdzięczność i z całego serca dziękujemy za tak entuzjastyczne przyjęcie uniwersalnego przesłania zawartego w mojej książce.

dr Eben Alexander
16 lipca 2014PROLOG

_„Człowiek powinien poszukiwać tego,_
_co jest, a nie tego, co jego zdaniem powinno być"._
Albert Einstein (1879–1955)

Gdy byłem dzieckiem, często marzyłem o lataniu.

Wieczorami wychodziłem do ogrodu i spoglądałem w gwiazdy. Nagle, zupełnie niespodziewanie unosiłem się w górę. Pierwszych kilka centymetrów pokonywałem automatycznie. Wkrótce zauważyłem, że im wyżej się wznosiłem, tym bardziej dalsze postępy zależały ode mnie – od tego, co zrobiłem. Gdy byłem zbyt podekscytowany, zbyt rozemocjonowany swoimi przeżyciami, spadałem z powrotem na ziemię... i nie były to miękkie lądowania. Lecz gdy zachowywałem spokój, nie przejmowałem się niczym, wtedy wzlatywałem coraz szybciej i coraz wyżej w rozgwieżdżone niebo.

Być może właśnie te marzenia częściowo wyjaśniają, dlaczego tak bardzo pokochałem samoloty, rakiety i wszystko, co mogłoby wynieść mnie nad ziemię do innego świata. Kiedy wraz z rodziną wybieraliśmy się w podróż samolotem, od startu do lądowania nie spuszczałem oka z tego, co działo się za oknem. Latem 1968 roku, w wieku czternastu lat, wszystkie pieniądze zarobione podczas koszenia trawników wydałem na kurs szybowcowy. Lekcji udzielał mi niejaki Gus Street na lotnisku w Strawberry Hill. Tak naprawdę było to niewielkie trawiaste lądowisko położone na zachód od mojego rodzinnego miasta Winston-Salem w Karolinie Północnej. Nadal pamiętam, jak mocno waliło mi serce, gdy pociągałem za dźwignię z dużą wiśniową gałką, odczepiałem linę łączącą mnie z samolotem, kładłem szybowiec na skrzydło i wracałem ku lądowisku. Po raz pierwszy w życiu czułem się wtedy naprawdę samotny i wolny. Większość moich kolegów przeżywała podobne uczucia za kierownicą samochodu, lecz ja za te pieniądze sto razy bardziej wolałem przeżywać dreszcz prawdziwych emocji w kokpicie szybowca na wysokości ponad trzystu metrów nad ziemią.

W latach siedemdziesiątych XX wieku wstąpiłem do zespołu akrobacji spadochronowej działającego przy Uniwersytecie Karoliny Północnej. Miałem poczucie, że stałem się członkiem tajnego bractwa – grupy ludzi, którzy robili coś wyjątkowego, ocierającego się o magię. Podczas pierwszego skoku czułem przerażenie. Podczas drugiego, jeżeli to możliwe, bałem się jeszcze bardziej. Lecz gdy za dwunastym razem wyskakiwałem z samolotu i spadałem swobodnie przez ponad trzysta metrów (było to mój pierwszy skok z opóźnionym o dziesięć sekund otwarciem spadochronu), wiedziałem, że jestem w domu. Jako student wykonałem 365 skoków ze spadochronem, podczas których spędziłem łącznie ponad trzy i pół godziny, swobodnie spadając, przeważnie w formacjach liczących do dwudziestu pięciu współskoczków. Chociaż przestałem skakać w 1976 roku, powietrzne akrobacje nadal powracały do mnie we snach. Zawsze kojarzyły mi się z czymś bardzo przyjemnym.

Najbardziej lubiłem skakać późnym popołudniem, gdy słońce zaczynało znikać za horyzontem. Trudno opisać uczucia, jakich wtedy doznawałem: uczucie bliskości czegoś, czego nie potrafiłem precyzyjnie określić, wiedziałem tylko, że pragnę tego coraz bardziej i bardziej. Nie chodziło mi o samotność, gdyż akrobacje wymagały współpracy całego zespołu. Skakało nas pięciu, sześciu, a niekiedy nawet dziesięciu lub dwunastu jednocześnie. Spadając swobodnie, wykonywaliśmy w powietrzu ewolucje i łączyliśmy się w najróżniejsze formacje. Im większe i im trudniejsze, tym lepiej.

W 1975 roku pewnej pięknej jesiennej soboty wraz z kolegami z zespołu umówiliśmy się na ćwiczenia chwytów i formacji w ośrodku skoków we wschodniej Karolinie Północnej. Podczas przedostatniego skoku z beechcrafta D18 z wysokości 3200 metrów wykonaliśmy płatek śniegu złożony z dziesięciu osób. Udało nam się zakończyć budowanie figury przed zejściem na poziom 2100 metrów. Dzięki temu połączeni w formację rozkoszowaliśmy się pełnymi osiemnastoma sekundami lotu w świetlistą otchłań między dwoma dużymi cumulusami. Na wysokości niewiele ponad kilometra nad ziemią rozłączyliśmy się, starając się odlecieć jak najdalej od kolegów przed otwarciem spadochronów.

Zanim wylądowaliśmy, słońce prawie zaszło. Ale szybko złożyliśmy sprzęt, zdążyliśmy wsiąść do kolejnego samolotu i znów wystartowaliśmy, co umożliwiło nam wykonanie drugiego skoku w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Tym razem lecieli z nami dwaj mniej doświadczeni członkowie zespołu, którzy po raz pierwszy mieli dołączyć do formacji z zewnątrz. Zadanie to jest znacznie trudniejsze niż pełnienie funkcji tak zwanej bazy, czyli skoczka rozpoczynającego tworzenie figury (która polega zasadniczo na spadaniu w dół, podczas gdy inni manewrują ku niemu). Wszyscy ekscytowaliśmy się myślą o tym skoku. Młodsi członkowie zespołu z oczywistych względów, a my, bardziej doświadczeni, dlatego, że rozbudowując zespół, mogliśmy tworzyć coraz większe formacje.

Miałem skakać jako ostatni. Nad pasem startowym niewielkiego lotniska w pobliżu Roanoke Rapids w Karolinie Północnej chcieliśmy utworzyć sześcioosobową gwiazdę. Bezpośrednio przede mną do wyjścia z maszyny przygotowywał się Chuck, kolega ze sporym doświadczeniem w wykonywaniu akrobacji zespołowych. Na wysokości 2300 metrów oświetlały nas jeszcze promienie słońca, a pod nami mrugały już włączone latarnie uliczne. Skoki w półmroku były zawsze wyjątkowe. Tym razem też miało być wspaniale.

Mimo że miałem opuścić samolot zaledwie około sekundę po Chucku, musiałem się spieszyć, by dołączyć do wszystkich. Mniej więcej przez pierwsze siedem sekund miałem lecieć prosto ku ziemi z głową w dół. Dzięki takiemu ułożeniu ciała spadałem z prędkością o 160 kilometrów na godzinę większą niż koledzy i mogłem dołączyć do grupy na właściwej wysokości w odpowiednim miejscu formacji.

Procedura wykonywania akrobacji zespołowych przewiduje, że wszyscy skoczkowie rozłączają się na wysokości niewiele ponad kilometra nad ziemią, a następnie rozpraszają się możliwie jak najdalej od siebie. W bezpiecznej odległości machamy rękami (sygnalizując, że za chwilę otworzymy spadochron), spoglądamy w górę, żeby się upewnić, czy nikogo nad nami nie ma, a na koniec pociągamy za linkę wyzwalającą.

– Trzy, dwa, jeden... otwieram!

Pierwsza czwórka skoczyła. Przyszła kolej na Chucka i na mnie. Nurkując głową w dół, szybko osiągnąłem prędkość graniczną. Uśmiechnąłem się na widok oglądanego po raz kolejny tego dnia zachodu słońca. Po dotarciu do reszty grupy miałem zamiar ostro zahamować, rozpościerając szeroko ręce (od nadgarstków do bioder mieliśmy wszyte do kombinezonów specjalne skrzydła z wytrzymałej tkaniny, które stawiały bardzo duży opór aeordynamiczny) i nogi, żeby zwiększyć siłę nośną.

A przynajmniej taki był plan, którego jednak nie było mi dane zrealizować.

Szybując ku figurze, zauważyłem jednego z nowych. Leciał zbyt szybko. Chyba przestraszył się prędkości, z jaką minął pobliskie chmury. Pewnie zorientował się, że w tempie sześćdziesięciu metrów na sekundę spada ku olbrzymiej planecie pogrążającej się w mroku, i na chwilę stracił głowę. Zamiast powoli dołączyć do skraju figury, wpadł w sam jej środek i rozbił całą formację. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Cała piątka, zamiast szybować, zaczęła spadać w niekontrolowany sposób.

Co gorsza, znajdowaliśmy się zdecydowanie za blisko siebie. Spadający skoczek pozostawia za sobą smugę ogromnego podciśnienia. Jeżeli w te bardzo silne turbulencje wpadnie kolejny, natychmiast przyśpiesza, co może doprowadzić do kolizji z lecącą przed nim osobą. Obaj przyspieszają jeszcze bardziej i taranują wszystkich lecących poniżej. Krótko mówiąc, to przepis na katastrofę w przestworzach.

Wygiąłem ciało, rozłożyłem ręce i poszybowałem możliwie najdalej od reszty grupy, by nie powiększać bałaganu. Manewrowałem, dopóki nie znalazłem się dokładnie nad krążkiem – magicznym miejscem na ziemi, nad którym mieliśmy otworzyć spadochrony i delektować się spokojnym dwuminutowym opadaniem.

Rozejrzałem się dookoła i z ulgą zauważyłem, że początkowo zdezorientowani skoczkowie również oddalali się od siebie, zażegnując śmiertelne niebezpieczeństwo.

Wśród nich znajdował się Chuck. Ku mojemu zdumieniu, leciał w moją stronę i zatrzymał się bezpośrednio poniżej. Z powodu całego zamieszania do granicy 610 metrów dotarliśmy z większą prędkością, niż się spodziewał. Może pomyślał, że miał szczęście i nie musiał przestrzegać zasad? W każdym razie zbyt ściśle.

Nie zauważył mnie. Myśl ta ledwo zdążyła przyjść mi do głowy, gdy z pokrowca Chucka wykwitł kolorowy pilocik (spadochron wyciągający). Natychmiast porwał go podmuch powietrza pędzącego z prędkością niemal 200 kilometrów na godzinę. Wystrzelił prosto ku mnie, ciągnąc za sobą czaszę spadochronu głównego.

Od chwili gdy zobaczyłem pilocik, miałem ułamek sekundy na reakcję, gdyż wiedziałem, że za niecałą sekundę wpadnę na spadochron główny oraz – co całkiem prawdopodobne – na Chucka. Gdybym pędząc z tak zawrotną prędkością, trafił go w rękę lub w nogę, urwałbym mu ją, przy okazji zadając sobie śmiertelny cios. Gdybym się z nim zderzył, oba nasze ciała by eksplodowały.

Ludzie mówią, że w podobnych sytuacjach czas zwalnia bieg. Mają rację. Wydarzenia, które rozegrały się w ciągu kolejnych mikrosekund, oglądałem jak film w zwolnionym tempie.

W chwili gdy dostrzegłem pilocik, odruchowo przyciągnąłem ręce do siebie, wyprostowałem się i zanurkowałem głową do przodu, jednocześnie zginając się nieznacznie w biodrach. Takie ułożenie ciała sprawiło, że najpierw przyspieszyłem, a potem pęd powietrza uniósł mnie w bok. Moje ciało zmieniło się w skrzydło. Z ogromną prędkością minąłem Chucka tuż przed wypełniającą się powietrzem barwną czaszą spadochronu typu Para-Commander.

Minąłem go, pędząc z prędkością ponad 240 kilometrów na godzinę lub prawie 67 metrów na sekundę, dlatego bardzo wątpię, czy dostrzegł wyraz mojej twarzy. Lecz gdyby nawet mu się to udało, zobaczyłby malujące się na niej zdumienie w najczystszej postaci. W niewytłumaczalny sposób w ciągu mikrosekund zareagowałem na sytuację, która przekraczałaby moje zdolności poznawcze, gdybym faktycznie miał czas na zastanowienie.

Mimo to... Udało mi się uniknąć kolizji i obaj wylądowaliśmy bezpiecznie. Zupełnie jakby w obliczu sytuacji stawiającej mojemu mózgowi znacznie większe wymagania niż zwykle przełączył się on na chwilę w tryb turbodoładowany.

Jak to się stało? W ciągu ponad dwudziestu lat pracy jako neurochirurg w szpitalach uniwersyteckich – badając mózg, przyglądając się jego funkcjonowaniu i operując – miałem wiele okazji do zastanowienia się nad tym pytaniem. Wreszcie doszedłem do wniosku, że mózg jest naprawdę nadzwyczajnym urządzeniem, bardziej nadzwyczajnym, niż moglibyśmy przypuszczać.

Dopiero teraz wiem, gdzie szukać prawdziwej odpowiedzi na tamto pytanie. Musiałem jednak przejść zupełną metamorfozę, by choć na chwilę ją dostrzec. Książka ta opowiada o wydarzeniach, które wpłynęły na zmianę moich poglądów w tej dziedzinie. Dzięki nim wiem, że mimo iż mózg jest tak wspaniałym mechanizmem, to nie on uratował mnie tamtego dnia. W chwili gdy Chuck otworzył pode mną swój spadochron, wkroczyła do akcji zupełnie inna, o wiele głębsza część mnie. Część, która potrafiła działać bardzo szybko, ponieważ nie była związana ograniczeniami czasu tak jak nasze ciała i mózgi.

To ta sama część mnie, która sprawiła, że jako dziecko tak bardzo tęskniłem za lataniem. To nie tylko najmądrzejsza, lecz także najgłębsza część mojej osobowości. A ja przez większą część swojego dorosłego życia nie potrafiłem uwierzyć w jej istnienie.

Ale teraz wierzę i na kolejnych stronach tej książki opowiem wam dlaczego.

Jestem neurochirurgiem.

W 1976 roku ukończyłem chemię na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapel Hill, a cztery lata później uzyskałem dyplom lekarza medycyny na wydziale lekarskim Uniwersytetu Duke'a. Podczas jedenastu lat studiów oraz rezydentury na tej ostatniej uczelni, jak również w szpitalu ogólnym w Massachusetts i w Harvardzie, szczególnie zainteresowałem się neuroendokrynologią, czyli badaniem wzajemnych związków między układami nerwowym i wewnątrzwydzielniczym – systemem gruczołów, które uwalniają hormony regulujące większość czynności naszych organizmów. Dwa spośród tych jedenastu lat spędziłem, badając patologiczne reakcje naczyń krwionośnych w jednym obszarze mózgu na krwawienie pękniętego tętniaka, innymi słowy: zespół chorobowy znany pod nazwą skurczu naczyń mózgowych.

Po powrocie ze stypendium w dziedzinie neurochirurgii naczyniowej mózgu w Newcastle-Upon-Tyne przez piętnaście lat pracowałem na harvardzkim wydziale lekarskim jako profesor nadzwyczajny. Specjalizowałem się w neurochirurgii. Operowałem niezliczonych pacjentów, z których wielu cierpiało na poważne, groźne dla życia choroby mózgu.

Większość prac badawczych poświęciłem wykorzystywaniu najnowszych zdobyczy technicznych do zabiegów operacyjnych. Zalicza się do nich między innymi radiochirurgia stereotaktyczna, która pozwala operatorom precyzyjne kierować potrzebne dawki promieniowania do określonych celów położonych w głębi mózgu bez wpływu na obszary przyległe. Wykonywałem także pionierskie zabiegi neurochirurgiczne z użyciem techniki rezonansu magnetycznego do leczenia skomplikowanych schorzeń mózgu takich jak guzy i zaburzenia naczyniowe.

Samodzielnie lub wraz ze współpracownikami napisałem ponad sto pięćdziesiąt rozdziałów i artykułów do recenzowanych przez specjalistów periodyków medycznych. Wyniki moich prac prezentowałem na ponad dwustu konferencjach medycznych na całym świecie.

Krótko mówiąc, poświęciłem się nauce. Zastosowanie narzędzi, jakimi dysponuje nowoczesna medycyna, do niesienia pomocy ludziom oraz do odkrywania tajemnic ludzkiego ciała i mózgu uznałem za swoje życiowe powołanie. Miałem niesamowite szczęście, że je znalazłem. A co ważniejsze, miałem piękną żonę i dwójkę wspaniałych dzieci. Mimo że pod wieloma względami poświęciłem się pracy, nie zaniedbywałem rodziny, którą uważałem za kolejne wielkie błogosławieństwo w moim życiu. Los uśmiechał się do mnie wiele razy, a ja doskonale zdawałem sobie z tego sprawę.

Jednak 10 listopada 2008 roku wydawało się, że wyczerpałem swój limit szczęścia. W wieku pięćdziesięciu czterech lat zapadłem na bardzo rzadką chorobę, która na siedem dni wprowadziła mnie w stan śpiączki. W tym czasie cała kora nowa mojego mózgu – jego zewnętrzna powierzchnia, która czyni nas ludźmi – przestała działać. Wyłączyła się. Zupełnie jakby nie istniała.

A gdy mózg przestaje działać, nasza tożsamość znika. Jako neurochirurg słyszałem wiele opowieści o dziwnych przeżyciach ludzi – o podróżach do tajemniczych, wspaniałych krain, o rozmowach z dawno zmarłymi krewnymi, a nawet o spotkaniach z Bogiem. Przeżycia te zwykle przytrafiały się pacjentom przywróconym do życia po nagłym zatrzymaniu krążenia.

Wszystkie te historie brzmiały niewątpliwie wspaniale. Uważałem jednak, że wszystkie były tylko i wyłącznie wytworem fantazji. Co wywoływało tego rodzaju nieziemskie doznania, o których opowiadali ci ludzie? Nie wiedziałem, ale byłem przekonany, że pochodziły z mózgu. Cała nasza świadomość ma tam swoje źródło. Innymi słowy, ktoś, kogo mózg nie działa, nie posiada świadomości.

Dzieje się tak dlatego, że mózg to maszyna wytwarzająca świadomość. Gdy przestaje działać, świadomość znika. Mimo ogromnego stopnia komplikacji i tajemniczości procesów toczących się w jego wnętrzu zasadniczo do tego wszystko się sprowadza. Gdy wyciągamy wtyczkę z gniazdka, telewizor przestaje działać. Koniec zabawy, bez względu na to, jak bardzo podobał się wam film.

A przynajmniej coś takiego bym wam powtarzał, gdyby w pewnej chwili mój własny mózg się nie zawiesił.

Nie chcę przez to powiedzieć, że gdy znalazłem się w śpiączce, mój mózg działał źle – bo nie działał w ogóle. Teraz uważam, iż ten stan mógł odpowiadać za głębię oraz intensywność przeżyć z pogranicza śmierci, których doświadczyłem. Wiele spośród opisywanych w książkach podobnych przypadków zdarza się w następstwie nagłego, choćby chwilowego, zatrzymania krążenia. Kora nowa wyłącza się, lecz zwykle nie ulega zbyt poważnym uszkodzeniom, o ile dzięki resuscytacji krążeniowo-oddechowej w ciągu mniej więcej czterech minut zostanie wznowiony dopływ natlenowanej krwi. Lecz w moim przypadku wcale nie chodziło o korę nową. Znalazłem się w innej rzeczywistości, w świecie świadomości istniejącym zupełnie niezależnie od ograniczeń mojego fizycznego mózgu.

To, czego doświadczyłem, można pod pewnymi względami opisać jako istną burzę przeżyć z pogranicza śmierci. Jako praktykujący neurochirurg ze sporym dorobkiem naukowym mogę trochę lepiej niż inni ocenić nie tylko realność, lecz także konsekwencje tego, co mi się przydarzyło.

A konsekwencje te są niesamowite i nie bardzo dają się opisać. Dzięki temu, co przeżyłem, wiem, że śmierć ciała i mózgu nie oznacza końca świadomości, a doświadczenie człowieczeństwa wykracza poza grób. Co ważniejsze, doświadczenie to trwa pod okiem kochającego Boga, któremu zależy na każdym z nas, w miejscu, do którego zmierza cały wszechświat i wszystkie zamieszkujące go istoty.

Miejsce, w którym się znalazłem, było jak najbardziej realne. Realne do tego stopnia, że to raczej życie na ziemi, do którego wróciłem, powinienem uznać za sen. Co wcale nie oznacza, iż nie cenię życia, które jest mi dane tu i teraz.

Cenię je nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Cenię je, ponieważ dopiero teraz dostrzegłem je w prawdziwym kontekście.

Życie doczesne nie jest pozbawione sensu, lecz z naszej perspektywy tego nie widzimy, przynajmniej na co dzień. Opowieść o tym, co przeżyłem podczas śpiączki, uważam bezwzględnie za najważniejsze przesłanie, jakie pozostało mi w życiu do przekazania, chociaż bardzo trudno wyrazić je słowami – tak daleko wykracza poza nasze doznania zmysłowe. Nie mogę tak po prostu tylko rozgłosić go na cały świat. Prezentowane wnioski podbudowuję analizą swoich przeżyć z punktu widzenia medycyny, odwołuję się do najnowszych odkryć nauki o mózgu oraz do badań nad świadomością. Gdy tylko pojąłem prawdę, jaka kryje się za moją podróżą, wiedziałem, że muszę o niej opowiedzieć. Wykonanie tego zadania najlepiej, jak potrafię, stało się głównym celem mojego życia.

Nie oznacza to wcale, że przestałem się interesować medycyną i porzuciłem zawód neurochirurga. Lecz skoro miałem zaszczyt zrozumieć, iż nasze życie nie kończy się wraz ze śmiercią ciała ani mózgu, uznałem za swój obowiązek, za powołanie, opowiedzieć wszystkim o tym, co ujrzałem, przebywając poza ciałem w innym świecie. Bardzo mi zależy na dotarciu zwłaszcza do tych ludzi, którzy wcześniej słyszeli podobne historie, lecz mimo najszczerszych chęci nie mogli dać im pełnej wiary.

Właśnie do nich kieruję słowa i przesłanie zawarte w tej książce. Chcę wam opowiedzieć o najważniejszym doświadczeniu swojego życia. Wszystko, o czym piszę, wydarzyło się naprawdę.

------------------------------------------------------------------------

1
BÓL

LYNCHBURG, WIRGINIA, 10 LISTOPADA 2008

Nagle otworzyłem oczy. W panującym w sypialni mroku moją uwagę natychmiast przykuły czerwone cyfry elektronicznego budzika stojącego na nocnej szafce. Była czwarta trzydzieści. Zwykle wstawałem godzinę później, a potem ruszałem w siedemdziesięciominutową podróż z mojego domu w Lynchburgu w Wirginii do siedziby Fundacji Chirurgii Nieinwazyjnej w Charlottesville, gdzie pracowałem. Moja żona Holley jeszcze mocno spała.

Dwa lata wcześniej, w 2006 roku, po prawie dwudziestu latach pracy w charakterze neurochirurga oraz nauczyciela akademickiego w różnych szpitalach aglomeracji bostońskiej, wraz z Holley i resztą naszej rodziny podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do Wirginii. Moją przyszłą żonę poznałem w październiku 1977 roku, dwa lata po ukończeniu przez nas oboje studiów pierwszego stopnia. Holley kontynuowała naukę na wydziale sztuk pięknych, a ja na wydziale medycyny. Przez jakiś czas spotykała się z Vikiem, moim współlokatorem z akademika. Pewnego dnia przedstawił mi ją, prawdopodobnie chcąc się pochwalić. Gdy wychodzili, powiedziałem Holley, że chętnie bym się z nią zobaczył, ale bez towarzystwa Vica.

Na pierwszą prawdziwą randkę wybraliśmy się do Charlotte w Karolinie Północnej, miasta oddalonego o dwie i pół godziny jazdy samochodem, na imprezę organizowaną przez znajomych. Holley chorowała wtedy na zapalenie krtani, więc przez 99 procent czasu prowadziłem rozmowę sam ze sobą. Przypadliśmy sobie do gustu. Pobraliśmy się w czerwcu 1980 roku w kościele episkopalnym Świętego Tomasza w Windsorze w Karolinie Północnej, a wkrótce potem przeprowadziliśmy się do apartamentów noszących nazwę Royal Oaks – Królewskie Dęby – w Durham, gdzie zostałem przyjęty jako rezydent na oddział chirurgii Uniwersytetu Duke'a. Nasze apartamenty w niczym nie przypominały królewskich, nie pamiętam też, żebym w okolicy widział choć jeden dąb. Z pieniędzmi było u nas bardzo krucho, ale oboje byliśmy tak zajęci – i tak szczęśliwi, że jesteśmy razem – że nie dbaliśmy o tego rodzaju drobiazgi. Na jedne z pierwszych wakacji wybraliśmy się wiosną. Zaplanowaliśmy objazd plaż Karoliny Północnej. Wiosna to pora wylęgu najróżniejszych dokuczliwych owadów, w tym meszek i komarów, w obu Karolinach. Brezent namiotu zupełnie nas przed nimi nie chronił, ale nam to nie przeszkadzało. Pewnego popołudnia, pływając w spienionych falach przy brzegach wyspy Ocracoke, wymyśliłem sposób hurtowego łapania krabów błękitnych, od których dosłownie roiło się na plaży. Większą część zdobyczy zabraliśmy do motelu Pony Island, w którym mieszkała grupa znajomych. Po upieczeniu krabów na ruszcie wszyscy najedliśmy się do syta. Mimo iż oszczędzaliśmy niemal na wszystkim, wkrótce zabrakło nam pieniędzy. Na jakiś czas zatrzymaliśmy się u naszych przyjaciół Billa i Patty Wilsonów. Pewnego dnia ni stąd, ni zowąd postanowiliśmy się wybrać wraz z nimi do salonu bingo. Od dziesięciu lat Bill zaglądał tam w każdy czwartek i nigdy nie udało mu się wygrać. Holley próbowała swoich sił po raz pierwszy. Możecie to nazwać szczęściem początkującego lub boską interwencją, ale wygrała dwieście dolarów – sumę, która wtedy stanowiła dla nas prawdziwy majątek. Dzięki niej, chwilowo wolni od trosk materialnych, mogliśmy przedłużyć naszą podróż.

W 1980 roku uzyskałem stopień doktora medycyny. Mniej więcej w tym samym czasie Holley obroniła pracę magisterską i rozpoczęła pracę jako malarka i nauczycielka. W 1981 roku w Szpitalu Uniwersytetu Duke'a przeprowadziłem pierwszą samodzielną operację mózgu. Nasz pierwszy syn, Eben IV, urodził się w 1987 roku w Szpitalu Położniczym imienia Księżnej Mary w Newcastle-Upon-Tyne w północnej Anglii (byłem tam na stypendium naukowym), a młodszy, Bond, przyszedł na świat w Bostonie w Szpitalu imienia Brighama w 1998 roku.

Wraz z rodziną bardzo miło wspominamy lata spędzone na Harvardzie. Pracowałem wtedy na wydziale medycyny tego uniwersytetu oraz w Szpitalu imienia Brighama. Jednak w 2005 roku wraz z Holley doszliśmy do wniosku, że czas się przenieść z powrotem na południe. Chcieliśmy zamieszkać bliżej naszych rodzin, poza tym uznałem przeprowadzkę za doskonałą sposobność uzyskania trochę większej niezależności. I tak wiosną 2006 roku rozpoczęliśmy wszystko od nowa w Lynchburgu u podnóża Appalachów. Bardzo odpowiadało nam zapamiętane z dzieciństwa spokojniejsze tempo życia typowe dla tej części kraju.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij