-
nowość
Dragon Age. Rozłam - ebook
Dragon Age. Rozłam - ebook
Powieść z uniwersum Dragon Age – gry RPG wielokrotnie nagradzanego studia BioWare™
Zniszczenie Kręgu Maginów w Kirkwall pogrążyło w chaosie życie magów i templariuszy w całym Thedas. Część magów dzieli już tylko krok od buntu przeciw swoim strażnikom, podczas gdy inni próbują za wszelką cenę utrzymać porządek i stabilność w obliczu nadciągających zmian.
W majestatycznej Białej Iglicy, w samym sercu potęgi templariuszy w Val Royeaux, napięcie sięga zenitu. Działania garstki radykałów przyciągają uwagę potężnej i tajemniczej odnogi zakonu templariuszy – Poszukiwaczy. Przybywają, by objąć dowodzenie i przywrócić porządek bez względu na cenę. Jakby tego było mało, po korytarzach Białej Iglicy grasuje nieuchwytny zabójca, niewidzialny dla wszystkich… oprócz Rhysa.
Rhys jako jedyny potrafi go dostrzec, więc wszystkie podejrzenia w śledztwie padają właśnie na niego. Ponieważ nie jest w stanie udowodnić swojej niewinności, jego przyszłość maluje się w czarnych barwach. Jednak biegłość w magii staje się dla niego ostatnią szansą. Rhys zostaje włączony do ekspedycji wyruszającej w głąb zachodnich pustkowi Orlais. Tam jego los splata się z piękną templariuszką, pewną udręczoną duszą oraz Wynne, bohaterką Plagi. Wspólnie odkryją sekret znacznie większy, niż mogli przypuszczać. Tajemnicę, która na zawsze odmieni los magów w Thedas.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-60-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Jestem Duchem Iglicy”.
Była to nieprzyjemna myśl. Cole obracał ją w głowie raz po raz. Podobno duchy nie istniały, a umarli tak naprawdę nigdy nie chodzili pomiędzy żywymi, jednak niektórzy i tak w to wierzyli. Wierzyli, że zmarły może się zagubić w drodze do Stwórcy i wiecznie błądzić po krainie cieni.
Cole nie był martwy. Jednocześnie nie istniał i chodził pomiędzy żywymi.
Kiedyś podsłuchał, jak para magów o nim rozmawiała – nawet jeśli żadne z nich nie wiedziało, że mówią właśnie o nim. Natknął się na nich późno w nocy, naradzających się w jednym z mrocznych korytarzy Białej Iglicy. W wielkiej wieży znajdowało się mnóstwo zakamarków, gdzie magowie ukrywali się przed obserwującymi ich podejrzliwie templariuszami, a Cole znał je wszystkie.
Za to o wiele słabiej znał magów. Wiedział jednak, że wymykając się z komnat, narażali się na ogromne ryzyko. Jedynie kilku templariuszy traktowało ich z życzliwością, reszta wierzyła, że nieustannie knują i spiskują, by popełnić nieopisane zbrodnie… Tymczasem większość ich rozmów była zupełnie zwyczajna. Magowie po prostu plotkowali. Szeptali sobie tajemnice, spekulowali na temat romansów, kiedy indziej dyskutowali o sprawach daleko poważniejszych, niewątpliwie prawdziwych, o których nigdy nie odważyliby się mówić głośno. Zdarzało się też, że Cole natknął się na miłosną schadzkę. Ciało przyciśnięte do ciała w ukryciu, rozpaczliwy akt intymności między ludźmi zmuszonymi wykradać choćby ulotne momenty.
Na parę, która o nim rozmawiała, Cole natrafił przypadkiem. Usłyszał szepty, gdy przemykał wśród cieni. Okazało się, że to pulchna dziewczyna o długich włosach w kolorze słomy i wiotki elfi chłopak. Cole znał oboje, choć tylko z widzenia. Starsi uczniowie, z tych, co mają niewielki talent magiczny i spędzili zbyt dużo czasu, przygotowując się na nieuniknione. Pewnego dnia zostaną wezwani przez templariuszy na ostateczną próbę i Cole już nigdy ich nie zobaczy… lub natknie się na dwoje beznamiętnych Wyciszonych, odartych ze zdolności i skazanych na bierną egzystencję w służbie swoich oprawców.
Pamiętał strach w oczach tej dwójki. Dziewczyna miała na policzku siniaka, purpurowa plama zaczynała już blednąć. Oboje rozglądali się bacznie, czy nie nadchodzi straż, i wzdrygali się na najmniejszy szmer. Nawet chrobot pazurków przebiegającego szczura sprawił, że podskoczyli, ale nie porzucili swojej kryjówki.
Mimo tej czujności nie mieli pojęcia o obecności Cole’a w pobliżu. Zresztą, nie spodziewał się niczego innego. Stanął tuż obok i nachylił się, by lepiej słyszeć rozmowę.
– Mówię ci, że widziałam – zapewniała czeladniczka, a w jej głosie brzmiała trwoga. – Szłam dolnym korytarzem, żeby wziąć księgę dla zaklinacza Garlena, i wtedy zobaczyłam…
– …ducha – dokończył elf, nie kryjąc powątpiewania.
– Och, smoki mogą istnieć, ale duchy już nie? – oburzyła się jego towarzyszka. – Zakon nie wie wszystkiego! Są rzeczy w Pustce, których nie potrafimy sobie nawet…
– To mógł być demon.
Dziewczyna zamilkła, jej twarz pobladła ze strachu.
– Ale… nie próbował ze mną rozmawiać. Chyba nawet mnie nie widział. Myślałam, że to może jakiś gość, który się zgubił, ale kiedy ruszyłam za nim, zniknął za rogiem. Zajrzałam tam i nikogo nie zobaczyłam. Tak po prostu.
Młodzik zmarszczył brwi i zniżył głos do szeptu tak cichego, że nawet Cole miał trudności, by go usłyszeć.
– Pamiętasz, czego nas uczą? Kiedy pojawia się demon, na początku wydaje się nieszkodliwy. Najpierw zrobi coś, by wzbudzić twoją ciekawość, dopiero później zacznie sączyć w ciebie zepsucie…
Odwróciła wzrok, w zmartwieniu zaciskając usta. Potem spojrzała wprost na Cole’a, a raczej wprost przez niego. A jemu przemknęła przez głowę tylko jedna myśl: Widzi mnie?
Chłopak westchnął i mocno objął towarzyszkę, mamrocząc uspokajająco, że tak naprawdę o nic mu nie chodziło, gdy przypomniał o ostrzeżeniu, i że może miała rację. Dziewczyna pokiwała głową, walcząc ze łzami.
– Jak ten duch wyglądał? – zapytał po chwili elf.
– Próbujesz mnie pocieszyć.
– Nie, chciałbym wiedzieć. Może to był templariusz?
– Myślisz, że do tej pory nie poznałam jeszcze wszystkich templariuszy z tej wieży? Niektórych lepiej, niżbym chciała. – Mimowolnie dotknęła sińca na twarzy, a chłopak zmarszczył brwi, jednak nic nie powiedział. – Nie, nie nosił zbroi ani szaty. Wyglądał zwyczajnie, jak chłopak niewiele od ciebie starszy. Rozczochrane włosy, chyba jasne…? Skórzane portki i kurtka, dawno nieczyszczone. Zresztą, inni też go widzieli i opisywali podobnie jak ja.
– Może to jakiś robotnik z tuneli…
– Kiedy ostatnio ktoś tam pracował?
Nie wiedział, co na to powiedzieć, więc tylko wzruszył ramionami.
– Wiem, ale to takie…
– Byłam dość blisko, by widzieć jego oczy. – Dziewczyna w zamyśleniu zmarszczyła brwi. – Wydawał się taki smutny… Jakby się zagubił w podziemiach. Możesz sobie wyobrazić?
Wzdrygnęła się, a młodzieniec posłał jej szeroki pokrzepiający uśmiech.
– A więc to niesławny Duch Iglicy. Inni będą ci zazdrościć.
Uśmiechnęła się blado w odpowiedzi.
– Chyba nikomu nie powinniśmy o tym mówić.
– Chyba nie.
Siedzieli jeszcze przez chwilę i Cole też ociągał się z odejściem. Miał nadzieję, że usłyszy więcej o tym, co widziała ta dziewczyna. Ale uczniowie już się nie odezwali. Trzymali się za ręce wsłuchani w echo pieśni płynących z kaplicy na wyższych kondygnacjach wieży. Kiedy nabożeństwo o północy dobiegło końca, pozostała już tylko cisza i para niechętnie wróciła do swych kwater.
Cole nie poszedł za nimi. Usiadł w ich kryjówce i pozwolił, by spowiła go cisza. Wiedział, że nie jest demonem. Nigdy żadnego nie spotkał, z żadnym nie rozmawiał, przynajmniej z tego, co było mu wiadome. No chyba że demon umiał tak doskonale udawać, by nie budzić najmniejszych podejrzeń, a to przecież niemożliwe. Zatem był duchem? Tego nie mógł wykluczyć.
Cole pamiętał swoje przybycie do wieży. Jak każdy mag przed nim czuł jedynie niewysłowione przerażenie, gdy templariusze powlekli go korytarzami. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się to dziwne miejsce i ile czasu tu jechali – przez większość podróży był nieprzytomny lub miał zawiązane oczy, a pozbawieni wszelkiego współczucia porywacze nie zamierzali mu niczego wyjaśniać. Cole trwał w przekonaniu, że chcą go zabić.
Pamiętał, jak pchnęli go w ciemny korytarz, pusty, jeśli nie liczyć kilku uczniów, którzy usunęli się pośpiesznie, by nie stanąć rycerzom na drodze. Większość unikała wzroku Cole’a, co tylko wzmagało jego strach. Wrzucono go do lochu, czarnej dziury, skąd nigdy nie miał już wyjść – kara za to, że urodził się magiem. Tym słowem w niego ciskali, oschłym, wstrętnym tonem, gdy już musieli zwrócić się do swego jeńca. Mag. Wcześniej nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że to określenie odnosi się do niego. Słyszał je tylko z ust kapłanek – miano tych, którzy zostali przeklęci przez Stwórcę.
I Cole okazał się jednym z nich. Przeklętym.
Wrzucono go do celi. Leżał na wilgotnych kamieniach, szlochając cicho. Spodziewał się bicia, ale nikt go nawet nie dotknął. Tylko drzwi więzienia zatrzasnęły się z ponurym hukiem. Początkowo poczuł ulgę, ale gdy templariusze odeszli, szybko się rozwiała. Został sam, jeśli nie liczyć szczurów. Stworzenia podkradały się blisko w ciemności i kąsały ostrymi jak brzytwa ząbkami. Cole próbował się odczołgać, ale nie miał dokąd uciec, nie miał się gdzie schronić. Mógł tylko zwinąć się w kłębek i modlić.
W zimnej nicości modlił się zatem o śmierć. Byłby to lepszy los niż czekanie na powrót templariuszy i zastanawianie się, jakież wymyślne tortury dla niego przygotowali. Kapłanki mówiły, że demony garną się do magów, by zmienić ich w plugawce – jednak Cole nie potrafił sobie wyobrazić nic bardziej przerażającego od templariuszy. Bez względu na to, jak mocno zaciskał powieki, nie przestawał widzieć ich zimnych oczu.
Nie chciał być magiem. Nie chciał wiedzieć, jak zostaje się magiem, i nie znajdował w magii nic pociągającego. Żarliwie modlił się do Stwórcy o ratunek. Raz po raz. Modlił się, aż ochrypł. Błagał, by templariusze zapomnieli o jego istnieniu.
I oto jego modlitwy zostały wysłuchane. Albowiem tak właśnie się stało.
Cole’owi wydawało się, że umarł w ciemności i zapomnieniu. Może stąd właśnie się brały duchy: to ci, którzy umarli, ale nie chcieli się z tym pogodzić. Dlatego nie odeszli, tylko czepiali się życia, które już ich nie chciało.
Zacisnął powieki. „Stwórco na niebie”, pomyślał, „jeżeli umarłem, daj mi znak. Czy nie chcesz mnie u swego boku? Kapłanki mówiły przecież, że mnie do siebie zabierzesz. Nie zostawiaj mnie tutaj”.
Lecz Cole nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Nigdy nie było odpowiedzi.
Jeżeli umarł, czemu nadal sypiał? Czemu wciąż odczuwał głód i pragnienie, pocił się, oddychał? Zmarli tego nie robili. Nieważne, jak inni go nazywali, Cole nie był ani duchem, ani demonem.
Jednak to nie znaczyło jeszcze, że był prawdziwy.
Wyżej w Białej Iglicy roiło się od ludzi. Wielka wieża miała wiele kondygnacji, przestronnych, rozświetlonych promieniami słońca. Cole rzadko tam zaglądał. Czuł się lepiej w podziemiach, wśród rzeczy, o których templariusze zapomnieli, jak również tych, o których chcieli zapomnieć. Fundamenty wieży sięgały głęboko w trzewia ziemi i tam właśnie był jego dom.
Komnaty na kilku niższych piętrach nie były niczym nadzwyczajnym. Znajdowały się tu spiżarnie i zbrojownie – wielkie sale pełne pancerzy i broni, których wystarczyłoby do wyposażenia armii templariuszy. Niżej znajdowały się archiwa – niezliczone pomieszczenia wypełnione książkami, których z jakichś powodów nie przechowywano na wyższych kondygnacjach.
Były tu tomy o magii, ale też o muzyce i filozofii, księgi w zapomnianych językach, a nawet te zakazane, trzymane pod kluczem. Zwykle do archiwów nikt nie zaglądał, ale od czasu do czasu Cole natykał się na maga, który przy świecy czytał jakąś księgę przez długie godziny. Nigdy nie mógł pojąć, co takiego ciekawego można znaleźć wśród liter i obrazków. Dla niego książki stanowiły tylko stertę starego papieru.
O wiele bardziej interesujące były kondygnacje znajdujące się poniżej archiwum. Była to najstarsza część wieży nazywana Jamą. Poza Cole’em zaglądali tam nieliczni. Zamurowane dawno temu korytarze zalała woda, cegły poczęły murszeć i kruszyć się z zaniedbania. Zrujnowane schody wiodły do starożytnych składów – w większości pozostał tylko kurz, lecz niektóre wypełnione były dziwnie wyglądającymi artefaktami. Wielkie mauzoleum stanowiło milczące świadectwo śmierci templariuszy sprzed wieków, zwietrzałe posągi zapomnianych bohaterów strzegły marmurowych trumien. Cole znalazł też ukryte skarby, których posiadacze dawno pomarli. Wędrował mrocznymi tunelami, które opadały spiralnie i łączyły się z miejskimi kanałami. Czy ktokolwiek na górze wiedział o istnieniu tych przejść?
Cole znał każdy zakamarek Jamy poza jej sercem. Na piwnicznych piętrach znajdowały się lochy z setkami cel. Więcej niż templariusze mogli zapełnić i znacznie więcej, niż było im potrzeba. W najstarszych panowało jedynie stłumione echo cierpień, ślad męki, która na zawsze odcisnęła się w kamieniu. W Cole’u lochy budziły dreszcze. Dlatego unikał ich i zaglądał tam tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Kiedy było trzeba.
Jak teraz.
W lochach nie używano pochodni. Strażnicy nosili w szarych kloszach migoczące jak ogień kamienie, które rzucały błękitne zimne światło. Cole wiedział, że to magia. Wyczuwał jej szept, pieszczotę na skórze, gdy przechodził obok. Ale nawet magiczne lampy tylko nieznacznie rozpraszały mrok, zaledwie na tyle, by strażnicy mogli widzieć swoje stopy.
Do lochów prowadziło tylko jedno wejście, onieśmielająco długi korytarz z wysokim sklepieniem i niezliczonymi żelaznymi bramami, które można było zatrzasnąć w okamgnieniu. Ktokolwiek znalazłby się wtedy między nimi, zostałby podziurawiony jak sito pikami wysuwającymi się z ciemnych otworów w ścianach. Cole zadrżał, gdy tamtędy przechodził. A przecież nie była to jedyna śmiercionośna pułapka strzegąca lochów. Templariusze woleli, by ich więźniowie byli martwi niż wolni – stare ślady spalenizny na kamieniach wyraźnie obrazowały, co stało się z tymi, którzy próbowali się wydostać.
Na końcu korytarza znajdował się ledwie jeden posterunek straży, niewielka komnata ze stołem i kilkoma krzesłami. Cole zauważył otwartą butelkę wina i dwa na wpół wypełnione puchary oraz talerze z resztkami wieczornego posiłku. Na ścianie wisiała peleryna, pod nią na podłodze leżały dwa przybrudzone hełmy. Nigdzie jednak nie widział strażników, a wewnętrzne drzwi stały otworem. Templariusze musieli być w lochu.
Cole z wahaniem wszedł do więzienia. Natychmiast uderzył go w nozdrza odór strachu, starego i nowego. Cel blisko wyjścia używano często. Nie miał pojęcia, ile z nich jest obecnie zajętych, ale na pewno przynajmniej jedna – z oddali niosły się korytarzem przerażone szlochy.
Słychać było również śmiech i urywki rozmów. Męskie głosy odbijały się echem od ścian. Cole podkradał się, aż ujrzał błękitną poświatę. Dwóch templariuszy w pancerzach stało w progu otwartej celi, jeden trzymał magiczną lampę. Nie nosili hełmów, dlatego Cole łatwo ich rozpoznał. Nie znał ich imion – niewielu znał z imienia – ale wiedział, że to bezlitośni łowcy, którzy służyli Zakonowi od tak wielu lat, że dawno zapomnieli o współczuciu. O ile w ogóle kiedyś byli do niego zdolni.
– Ostrożnie – odezwał się ten, który trzymał lampę. – Ta umie rozniecać ogień.
Drugi, przezwany przez Cole’a Nochalem, prychnął z pogardą.
– Chciałbym to zobaczyć.
Z celi dochodził szloch. Templariusz z lampą przewrócił oczami.
– Bez obaw. Nie stawiała oporu, gdy ją złapaliśmy. Teraz tym bardziej nie będzie walczyć.
– Ha. Myślisz, że da radę?
– Lepiej, żeby nie.
Templariusze wymienili znaczące spojrzenia, gdy rozpaczliwe zawodzenie stało się głośniejsze. Nochal wzruszył ramionami i z hukiem zatrzasnął drzwi, po czym zaczął przeglądać obręcz z kluczami w poszukiwaniu właściwego. Zamek zachrobotał cicho.
Łowcy ruszyli w stronę Cole’a, szepcząc do siebie. Najwyraźniej padł jakiś żart, po którym obaj zarechotali okrutnie. Mag zamarł w napięciu i wstrzymał oddech. Kiedy byli już całkiem blisko, zrobili to, co niemal wszyscy: obeszli go, całkowicie nieświadomi zarówno jego obecności, jak i tego, co uczynili. Nigdy jednak nie było pewne, czy sztuczka się uda i Cole podświadomie oczekiwał, że ktoś go jednak zobaczy. Po części miał nawet nadzieję.
Kiedy Nochal przechodził obok, chłopak odpiął mu od pasa obręcz z kluczami.
Templariusze odeszli. Zabrali ze sobą jedyne źródło światła i Cole’a otoczyła ciemność. Odetchnął powoli, czekając, aż kroki strażników ucichną w oddali. Nadal słyszał cichy szloch zza drzwi celi. Nieopodal z kamienia kapała woda, rytmiczne kap-kap-kap. Ze szczelin, popiskując, wychodziły szczury. Z innych cel nie dochodził jednak żaden dźwięk. Jeżeli byli tam jacyś więźniowie, to spali albo dawno pomarli.
Powinien się ruszyć. Cole próbował zmusić stopy, by zrobiły krok, lecz na próżno. Czuł się niematerialny, jakby ciało miał z tej samej substancji, z jakiej składają się cienie, i pierwszy krok miał pogrążyć go wśród nich już na zawsze. Coraz bardziej poddawał się panice, serce łomotało mu dziko. Na czole pojawiły się kropelki potu.
„Nie teraz!”, jęknął w duchu. „Jeszcze nie!”
Cole wyciągnął rękę. W głębi duszy lękał się, że dłoń tylko przejdzie przez ścianę, a on przewróci się i zacznie spadać… i wciąż spadać. Niżej i niżej, aż jego ostatni krzyk pochłonie mroczna czeluść. Ale palce natrafiły na twardy kamień. Cudownie zimny kamień. Przepełniony wdzięcznością Cole nabrał powietrza i przycisnął czoło do muru, nie bacząc, że zimna i chropowata powierzchnia drapie mu skórę.
Oddech mu się uspokoił. Cole drżał jeszcze, ale miał znowu pewność, że jest rzeczywisty.
„Nie jest za późno”.
Przez chwilę grzebał w kieszeni, po czym wyciągnął niewielkie zawiniątko. Ostrożnie je rozwiązał. Na kawałku tkaniny zamigotała lazurowa poświata magicznego kamienia. Do tego, co zamierzał, potrzebne będzie światło.
Dopiero przy którejś próbie trafił na klucz, którego użył templariusz. Zapadka przesunęła się ze zgrzytliwym brzękiem. Cole zamarł – szlochy w celi raptownie ucichły. Nie zamierzał czekać i sprawdzać, czy odgłos wzbudził czujność straży. Nie zwlekając, otworzył drzwi i wślizgnął się do środka.
Błękitny blask kamienia wyłowił z ciemności szczegóły maleńkiej celi o ścianach i posadzce pokrytych warstwą nieczystości. Znajdowało się tu tylko puste wiadro i skulona w kącie dziewczyna w łachmanach poplamionych ciemną krwią. Własną? Kogoś innego? Ciemne włosy zwisały mokrymi pasmami na ramiona, a twarz zasłaniały uniesione obronnie ręce.
Przez długą chwilę Cole tylko stał i patrzył, przestępując z nogi na nogę. Wreszcie przykucnął, położył świecący kamień na podłodze. Migotanie stało się bardziej intensywne, cień maga szaleńczo zatańczył na ścianach. Zapach dziewczyny dał się wyczuć pomimo smrodu w celi: pot, strach i mdłości. Drżała, bez wątpienia przekonana, że przybysz chce ją skrzywdzić. Dlatego Cole czekał.
W końcu zza uniesionych dłoni wyjrzały zaczerwienione od płaczu oczy. Była śliczna, przynajmniej kiedyś. Teraz wychudła, wyczerpana wszystkim tym, przez co musiała przejść. Zamrugała niepewnie w świetle magicznego kamienia. Spojrzała na Cole’a, a Cole spojrzał na nią.
– Widzisz mnie – stwierdził. Ulga, którą poczuł, była niemal namacalna.
Dziewczyna pisnęła jak porażona i odsunęła się od niego, jak mogła najdalej. Wcisnęła się w kąt niczym zaszczute zwierzę, dysząc spazmatycznie. Brudnymi palcami zaczęła drapać ścianę, jakby myślała, że w ten sposób uda się jej wydostać. Cole czekał cierpliwie, aż desperackie wysiłki ustały i dziewczyna znowu na niego spojrzała.
– Możesz mnie zobaczyć – powtórzył, tym razem pewniej.
– Nie chciałam wywołać pożaru – wyszeptała ochryple. – Ogień wypłynął mi z rąk, nawet nie wiem dlaczego. Wszystko stało się tak szybko, próbowałam ich ostrzec…
Zacisnęła powieki, a po brudnych policzkach spłynęły łzy. Wytarła je drżącymi dłońmi, rozsmarowując brud na twarzy.
Cole czekał. Wreszcie szlochy ucichły i dziewczyna znowu podniosła na niego wzrok, tym razem czujnie. Nawet nie drgnął. Dostrzegł w jej spojrzeniu błysk ciekawości.
– Jesteś magiem? – zapytała. – Powiedzieli, że jakiś przyjdzie.
Zawahał się.
– Nie.
– Więc… Kim jesteś?
– Mam na imię Cole.
Nie tego chciała się dowiedzieć. Patrzyła wyczekująco, ale on milczał.
– Ale… skoro nie jesteś magiem – odezwała się w końcu – to co tu robisz? Czego chcesz ode mnie?
– Przyszedłem, bo możesz mnie widzieć.
Sięgnął za pazuchę skórzanej kamizeli i wyciągnął sztylet z pochwy. Było to zdobione ostrze z wyszukaną mosiężną rękojeścią w kształcie głowy smoka. Broń zalśniła w błękitnym świetle i dziewczyna spojrzała na Cole’a z bezgranicznym niedowierzaniem.
– Wyczułem to, gdy cię tu przyprowadzili – podjął. – Wiedziałem, że mnie zobaczysz, jeszcze przed tym, jak cię spotkałem.
Dziewczyna otworzyła usta, po czym je zamknęła. Wreszcie udało się jej przemówić, choć głos miała bardzo cichy i zduszony.
– Zabijesz mnie?
– Tak sądzę. Tak.
Gwałtownie wciągnęła powietrze.
– Ponieważ jestem magiem?
– Nie, nie dlatego.
– To… dlaczego? Czym ci zawiniłam?
– Niczym. Nie zrobiłaś mi nic złego. – Zakotłowały się w nim emocje, rozpacz i desperacja. Zepchnął je głęboko na dno serca, a teraz próbowały się wydostać. Zaparło mu dech, oparł głowę o kolana i zakołysał się w przód i w tył. Zastanawiał się, czy dziewczyna użyje swojej magii, póki jeszcze ma szansę. Czy roznieci ogień, jak ostrzegał templariusz? I jak to zrobi? Czy mogłaby go zabić?
Nie uczyniła nic. Cole odzyskał równowagę i odetchnął, głęboko i powoli, a potem podniósł wzrok. Dziewczyna zamarła. Nie potrafiła oderwać oczu od sztyletu, zapewne nawet nie przyszło jej do głowy, że mogłaby powstrzymać przeciwnika.
– Ja… znikam – szepnął Cole. – Czuję, że zaczynam się wymykać przez szczeliny. Muszę to zrobić. Przykro mi.
– Będę krzyczeć.
Ale nie krzyknęła. Widział, jak uświadamia sobie, że jeśli jej krzyk kogokolwiek przyciągnie, to jedynie templariuszy. A nawet gdy siedziała twarzą w twarz z uzbrojonym mężczyzną, perspektywa ponownego spotkania z rycerzami Zakonu zdała jej się gorsza. Cole rozumiał to aż za dobrze. Dziewczyna powoli przygarbiła się i skuliła na podłodze, pogodzona z losem.
Zbliżył się nieco, serce waliło mu jak oszalałe. Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. Nie cofnęła się.
– Mogę cię uwolnić – szepnął i uniósł sztylet na potwierdzenie swych słów. – Od bólu. Od strachu. Zrobię to szybko. Nie będziesz musiała tu siedzieć i zastanawiać się, co cię czeka.
Przyglądała mu się z niesamowitym spokojem.
– Jesteś demonem? – zapytała wreszcie. – Powiedzieli, że to spotyka magów. Przychodzą do nich demony i zmieniają ich w potwory. – Uśmiechnęła się w pozbawionym życia grymasie, który doskonale pasował do jej martwych oczu. – Ale mnie nie musisz zmieniać. Ja już jestem potworem.
Nie odpowiedział.
– Powiedziałam, że niechcący roznieciłam pożar. Tak im powiedziałam. Ale to nieprawda. – Wyznanie sączyło się z jej ust jak zimny jad. – Słuchałam krzyków matki, ojca, słuchałam, jak wrzeszczeli, i nie zrobiłam nic. Chciałam, żeby spłonęli. I cieszę się, że nie żyją.
Wyznawszy swój sekret, dziewczyna odetchnęła i zamrugała, powstrzymując łzy. Popatrzyła na Cole’a wyczekująco, lecz on tylko westchnął.
– Nie jestem demonem.
– Więc… więc kim?
– Zagubionym.
Wstał i podał jej dłoń. Zawahała się, po czym skinęła głową. Cole pomógł jej wstać, znalazła się od niego zaledwie o cal. W błękitnym magicznym blasku ogarnęło ich poczucie przedziwnej bliskości. Widział każdy znak na ciele dziewczyny, każdą smugę wyżłobioną przez łzy, każde pasmo włosów.
– Spójrz na mnie.
Mrugnęła zaskoczona, lecz posłuchała.
– Nie. Spójrz na mnie.
I spojrzała, jak prosił.
Dziewczyna patrzyła na Cole’a, patrzyła w niego. Zamierzał ją zabić, dobrze o tym wiedziała. Szedł przez życie niezauważony i szybko przez wszystkich zapomniany, ale dla niej był w tej chwili najważniejszy na świecie. Wiedziała już, kim jest. Jej ratunkiem, ucieczką ze świata przepełnionego grozą. Na twarzy dziewczyny odmalowała się podszyta zmęczeniem ulga zmieszana z lękiem. Jej oczy stały się kotwicą Cole’a, to spojrzenie czyniło go realnym.
– Dziękuję ci – szepnął i zatopił sztylet w jej piersi.
Westchnęła zaskoczona, ale nie odwróciła wzroku. Cole pchnął wyżej, wbił ostrze prosto w jej serce. Z ust bryzgnęła jasnoczerwona krew, dziewczyna szarpnęła się i z ostatnim drżeniem opadła w jego ramiona.
Trzymał ją mocno, spoglądając jej w oczy. Chłonął każdy moment, podczas gdy z niej uchodziło życie. To był zaledwie ułamek chwili, a zdawało się, że trwa całą wieczność… i nagle było po wszystkim.
Drżąc, Cole pozwolił, by ciało dziewczyny zsunęło się z ostrza i bezładnie upadło na podłogę. Nie zdawał sobie sprawy, że ze sztyletu kapie ciepła krew, że plami mu ręce i ubranie. Nie mógł oderwać spojrzenia od tych oczu, które teraz patrzyły w nicość. Przyklęknął i zamknął dziewczynie powieki, pozostawiając na nich szkarłatne smugi. A potem zatoczył się i oparł plecami o ścianę celi. Trudno mu było oddychać.
„Muszę przestać”.
Nadludzkim wysiłkiem woli odwrócił wzrok od martwego ciała. Jak pijany sięgnął po magiczny kamień i zaczął go owijać szmatą, aż pomieszczenie znów spowił nieprzenikniony mrok. Cole odetchnął, raz i drugi, powoli, by odzyskać panowanie nad sobą.
Prawie zapomniał, jak to jest, jakie to uczucie znowu należeć do świata. Po części pewien był, że zaraz nadbiegną templariusze i cała Biała Iglica dowie się, kim jest: zbiegłym magiem, który przechadzał się między nimi. Duchem Białej Iglicy.
Zjawią się uzbrojeni w miecze i zaklęcia. Pochwycą go i znowu zamkną w celi. Zatraci się w ciemności, aż wreszcie przyjdą, by się z nim ostatecznie rozprawić. Tym razem o nim nie zapomną. Tym razem otworzą drzwi i zobaczą go leżącego na podłodze i błagającego o rychły koniec.
Lecz nikt nie przyszedł.
Nigdy nikt nie przychodził.