Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Droga do niewolności - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 lutego 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Droga do niewolności - ebook

Wierzyliśmy, że koniec zimnej wojny przyniesie ostateczne zwycięstwo demokracji i zapewni wolność przyszłym pokoleniom. Byliśmy naiwni. Autorytaryzm powrócił do Rosji i Putinowska oligarchia bogaczy znalazła sojuszników na całym świecie.

Nacjonaliści, separatyści, radykałowie i kasta najbogatszych z pomocą cyberarmii dyktatora z Kremla oraz chciwych zachodnich technokratów potrafią skutecznie zagospodarować niezadowolenie – wydawałoby się – dojrzałych i odpornych na populizm zachodnich społeczeństw. Pierwsze rosyjskie cele zostały osiągnięte: brexit osłabi Unię Europejską, a Donald Trump odwróci wzrok w najważniejszym momencie. Rodzi się pytanie, jaki będzie następny krok.

Timothy Snyder wskazywał te zagrożenia w swojej niezrównanej książce O tyranii. Dzięki doskonałej analizie zarówno współczesności, jak i historii przejrzyście uświadamia, dokąd zmierzamy: ku wolności czy oligarchii, ku indywidualizmowi czy totalizmowi, ku prawdzie czy fałszowi.

Którą drogą pójdziemy?

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-5493-0
Rozmiar pliku: 3,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG (2010)

Mój syn urodził się w Wiedniu. Poród był trudny, więc austriacki położnik i polska położna musieli dołożyć wszelkich starań, by wszystko zakończyło się pomyślnie. Noworodek wziął pierwszy oddech, matka potrzymała go przez moment, po czym zawieziono ją na salę operacyjną, a nasza położna Ewa podała mi syna. Przez kolejne godziny byliśmy obaj trochę zagubieni, ale trzymaliśmy się razem. Wokół nas migały zielone fartuchy – ze stukiem sabotów przemykali chirurdzy, pospiesznie zakładając maski. Fiołkowe oczy dziecka spoglądały tymczasem gdzieś w stronę sufitu.

Następnego dnia wszystko wydawało się w porządku. Na polecenie pielęgniarek wyszedłem z oddziału o normalnej porze, czyli o piątej po południu, pozostawiając matkę i dziecko do rana pod ich opieką. Teraz, z niewielkim opóźnieniem, mogłem rozesłać pocztą elektroniczną informację o narodzinach syna. Niektórzy z moich przyjaciół przeczytali tę radosną wiadomość w tej samej chwili, gdy dotarła do nich wieść o katastrofie, która zabrała życie innych. Jeden z nich – uczony, którego poznałem w Wiedniu w poprzednim stuleciu – wychodził właśnie w pośpiechu, by zdążyć na odlatujący z Warszawy samolot. Mój list, choć mknął z prędkością światła, nie zdołał go dogonić.

Rok 2010 był czasem refleksji. Kryzys finansowy sprzed dwóch lat zniszczył znaczną część światowego dobrobytu, a powolne i niepewne ożywienie sprzyjało bogatym. Urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych sprawował Afroamerykanin. Wielka przygoda Europy z początku XXI wieku, jaką było rozszerzenie Unii Europejskiej na wschód, wydawała się zakończona. Minęło 10 lat od początku stulecia, 20 od końca komunizmu w Europie i 70 od wybuchu II wojny światowej – nadszedł czas rozrachunków.

Takiego rozrachunku dokonywałem wówczas wspólnie z umierającym historykiem. Tony’ego Judta najbardziej podziwiałem za jego historię Europy – opublikowane w 2005 roku _Powojnie_. Opowiedział w nim o nieprawdopodobnym sukcesie Unii Europejskiej, której udało się skleić kawałki imperiów w największą gospodarkę i najważniejszy obszar demokracji na świecie. Książkę kończyły rozważania o pamięci o Holokauście europejskich Żydów. Judt sugerował, że w XXI wieku procedury i pieniądze nie wystarczą: warunkiem zachowania przyzwoitości politycznej będzie pamięć o straszliwej historii.

W 2008 roku Tony zapadł na chorobę neurodegeneracyjną – stwardnienie zanikowe boczne (ALS). Był uwięziony w ciele, które wypowiedziało posłuszeństwo umysłowi, i czekała go nieuchronna śmierć. Po tym, gdy stracił władzę w rękach, zaczęliśmy nagrywać nasze rozmowy o XX wieku. Rozmawiając w 2009 roku, obydwaj byliśmy zaniepokojeni amerykańskim przeświadczeniem, że kapitalizm jest niezmienny, a od demokracji nie ma odwrotu. We wcześniejszych książkach Tony opisywał nieodpowiedzialnych intelektualistów, którzy dali wsparcie totalitaryzmowi w XX wieku. Teraz obawiał się nowej nieodpowiedzialności w kolejnym stuleciu: całkowitego odrzucenia idei, a w rezultacie banalizacji dyskusji, paraliżu polityki i normalizacji nierówności.

Równolegle z naszymi konwersacjami pisałem historię masowych zbrodni politycznych popełnionych przez nazistowskie Niemcy oraz Związek Radziecki w Europie w latach 30. i 40. XX wieku. Punktem wyjścia dla tej opowieści byli ludzie i ich ojczyzny – w szczególności opisywałem Żydów, Białorusinów, Ukraińców, Rosjan, Bałtów oraz Polaków doświadczonych przez obydwa reżimy w strefach, którymi władali kolejno naziści i Sowieci. Chociaż kolejne rozdziały książki traktowały o rzeczach strasznych – celowym głodzeniu, dołach śmierci i komorach gazowych – jej końcowe przesłanie brzmiało optymistycznie: jesteśmy w stanie ustalić przyczyny masowych morderstw oraz przywołać słowa zabitych. Można powiedzieć prawdę i wyciągnąć z niej lekcję.

Jeden z rozdziałów był poświęcony punktowi zwrotnemu historii XX wieku: paktowi między nazistami a Sowietami, który doprowadził do wybuchu II wojny światowej w Europie. We wrześniu 1939 roku nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki dokonały inwazji na Polskę, przy czym każdy z napastników postawił sobie za cel zniszczenie państwa polskiego oraz polskiej klasy politycznej. Wiosną 1940 roku sowiecka tajna policja zamordowała 21 892 polskich jeńców, w większości wykształconych oficerów rezerwy. Mężczyzn (oraz jedną kobietę) zabito strzałami w tył głowy w pięciu miejscach stracenia. Jednym z nich był Las Katyński pod Smoleńskiem w Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Dla Polaków zbrodnia katyńska stała się symbolem sowieckich represji.

Po II wojnie światowej Polska znalazła się pod rządami komunistycznymi jako państwo satelickie ZSRR, więc o Katyniu nie można było oficjalnie rozmawiać. Historycy mogli wyjaśnić przebieg wydarzeń dopiero po rozwiązaniu Związku Radzieckiego w 1991 roku. Dokumenty sowieckie nie pozostawiały wątpliwości: masowe morderstwa były celową polityką i osobiście zatwierdził je Józef Stalin. Od chwili rozpadu Związku Radzieckiego nowa Federacja Rosyjska borykała się ze spuścizną stalinowskiego terroru. 3 lutego 2010 roku, gdy kończyłem książkę, premier Rosji złożył swojemu polskiemu odpowiednikowi zaskakującą propozycję wspólnego upamiętnienia zbrodni katyńskiej w kwietniu, w jej 70. rocznicę. O północy 1 kwietnia, w dniu, w którym przypadał termin porodu, wysłałem książkę do wydawcy. 7 kwietnia polska delegacja rządowa pod przewodnictwem premiera przybyła do Rosji. Dzień później moja żona urodziła.

Dwa dni później do Rosji wyruszyła druga polska delegacja. W jej skład wchodzili prezydent Rzeczypospolitej Polskiej z żoną, dowódcy polskich sił zbrojnych, posłowie, działacze społeczni, kapłani i członkowie rodzin pomordowanych w Katyniu w 1940 roku. Był w niej też mój przyjaciel Tomek Merta – szanowany historyk myśli politycznej i wiceminister kultury odpowiedzialny za upamiętnienie wydarzeń katyńskich. Tomek wszedł na pokład samolotu wczesnym rankiem w sobotę 10 kwietnia 2010 roku. O 8.41 maszyna rozbiła się przed pasem startowym rosyjskiego lotniska wojskowego w Smoleńsku. Nikt nie przeżył katastrofy. Po drugiej stronie sali na oddziale położniczym w Wiedniu zadzwonił telefon komórkowy, po czym rozległ się krzyk młodej matki – krzyczała po polsku.

Następnego wieczora czytałem odpowiedzi na rozesłaną wiadomość o narodzinach syna. Jeden z przyjaciół wyraził obawę, że przeżywana radość uniemożliwi mi pojęcie tragedii, do jakiej doszło. „Nie chciałbym, żebyś znalazł się w trudnej sytuacji, więc muszę Cię poinformować, że zginął Tomek Merta”. Inny z przyjaciół, którego nazwisko znajdowało się na liście pasażerów, napisał mi, że się rozmyślił i został w domu. Jego żona miała kilka tygodni później termin porodu.

Swój list zakończył: „Odtąd wszystko będzie inaczej”.

W Austrii matki zostają w szpitalu przez cztery dni po porodzie, aby pielęgniarki mogły je nauczyć, jak karmić i kąpać dziecko oraz się nim opiekować. To wystarczająco długi czas, żeby rodziny mogły się poznać – żeby rodzice mogli ustalić, jakimi wspólnymi językami mówią, i zacząć ze sobą rozmawiać. Następnego dnia na oddziale położniczym rozmowy po polsku krążyły wokół spisku. Pojawiły się pierwsze pogłoski: samolot zestrzelili Rosjanie; polski rząd uczestniczył w zamachu na polskiego prezydenta, który był z innej partii niż premier. Młoda polska matka zapytała mnie, co o tym sądzę. Odpowiedziałem, że wszystko to jest bardzo mało prawdopodobne.

Dzień później wypuszczono nas do domu. Podczas gdy dziecko spało w kołysce, napisałem dwa artykuły o Tomku: po polsku nekrolog, a po angielsku opis katastrofy zakończony optymistycznym fragmentem poświęconym Rosji. Polski prezydent zginął, spiesząc na uroczystości upamiętniające zbrodnię popełnioną na rosyjskiej ziemi. Wyraziłem nadzieję, że premierowi Rosji Władimirowi Putinowi wydarzenia te posłużą za punkt wyjścia do ogólniejszych rozważań nad historią stalinizmu. Pośród żałoby panującej w kwietniu 2010 roku był to może rozsądny apel, ale kompletnie się nie sprawdził jako przepowiednia.

Odtąd wszystko było inaczej. Putin, który przed objęciem funkcji premiera pełnił już przez dwie kadencje urząd prezydenta, we wrześniu 2011 roku ogłosił, że chce ponownie objąć prezydenturę. W wyborach parlamentarnych w grudniu jego partia wypadła słabo, lecz mimo to uzyskała większość w Dumie. Putin powrócił zaś na urząd prezydencki w maju 2012 roku po wyborach, podczas których doszło do nieprawidłowości. Następnie dopilnował, aby dyskusje o sowieckiej przeszłości – takie jak ta o Katyniu, którą sam zainicjował – zostały uznane za przestępstwo. W Polsce katastrofa smoleńska zjednoczyła społeczeństwo na jeden dzień, a potem podzieliła je na lata. Obsesja na punkcie katastrofy z kwietnia 2010 roku narastała z czasem, wypierając nie tylko zbrodnię katyńską, którą miały upamiętnić ofiary, ale wręcz wszystkie przypadki polskiego cierpienia w dziejach. Polska i Rosja zaprzestały refleksji historycznej. Czasy się zmieniły, a może zmieniło się nasze poczucie czasu.

Unia Europejska popadła w niełaskę. O powodzeniu europejskiego przedsięwzięcia przypominał nasz wiedeński oddział położniczy, gdzie niedrogie ubezpieczenie dawało dostęp do wszystkich świadczeń. Uosabiał on usługi publiczne uznawane za coś oczywistego w dużej części Europy, a jednocześnie niewyobrażalne w Stanach Zjednoczonych. To samo można powiedzieć o szybkim i niezawodnym metrze, którym przyjechałem do szpitala: normalne w Europie i nieosiągalne w Ameryce. W 2013 roku Rosja zwróciła się przeciwko Unii Europejskiej, uznając ją za organizm dekadencki i wrogi. Sukces Wspólnoty mógłby przekonać Rosjan, że dawne imperia mogą się stać zamożnymi demokracjami, a zatem samo jej istnienie stało się nagle zagrożone.

Widząc, że sąsiednia Ukraina zbliża się do Unii Europejskiej, w 2014 roku Rosja napadła ją, zajmując część jej terytorium. Do 2015 roku rozszerzyła też zasięg swojej bezprecedensowej kampanii cybernetycznej poza Ukrainę: z pomocą licznych Europejczyków i Amerykanów dotarła ona do Europy oraz Stanów Zjednoczonych. W 2016 roku Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej, za czym od dawna opowiadała się Moskwa, a Amerykanie wybrali na prezydenta Donalda Trumpa, również nie bez udziału Rosjan. Do licznych wad nowego prezydenta USA należała niezdolność do refleksji nad historią: nie potrafił on upamiętnić Holokaustu, gdy nadeszła ku temu sposobność, ani potępić nazistów we własnym kraju.

Wiek XX skończył się na dobre, a jego lekcje zapomniano. W Rosji, Europie i Ameryce narodziła się nowa postać polityki – nowa niewolność na nowe czasy.

Obydwa artykuły o katastrofie smoleńskiej pisałem po latach rozważań nad polityką życia i śmierci – w noc, gdy linia je rozdzielająca wydawała się szczególnie cienka. „Twoje szczęście pośród nieszczęścia” – napisał jeden z przyjaciół – i to pierwsze wydawało się równie niezasłużone jak to drugie. Końce i początki były zbyt blisko siebie lub wydawały się następować w niewłaściwym porządku – śmierć przed życiem, a umierający przed żyjącymi; czas wydawał się kością wyłamaną w stawie.

W kwietniu 2010 roku, albo około tej daty, ludzki charakter uległ zmianie. Gdy zawiadamiałem o narodzinach mojego pierwszego dziecka, musiałem się udać do gabinetu i skorzystać z komputera; smartfony nie były jeszcze w powszechnym użyciu. Odpowiedzi oczekiwałem zaś w ciągu dni lub tygodni, a nie od razu. Do momentu, gdy dwa lata później urodziła się moja córka, wszystko uległo zmianie: posiadanie smartfona stało się normą, a odpowiedzi przychodziły natychmiast lub wcale. Mieć dwójkę dzieci to coś zupełnie innego niż mieć jedno, a jednak sądzę, że z chwilą, gdy internet stał się równoznaczny z mediami społecznościowymi, czas stał się bardziej urywany i nieuchwytny dla nas wszystkich.

Maszyny, które miały tworzyć czas, w rzeczywistości go pochłaniały. Gdy utraciliśmy zdolność koncentracji i przywoływania rzeczy z pamięci, wszystko wydało nam się nowe. W sierpniu 2010 roku, po śmierci Tony’ego, odbyłem tournée promujące naszą wspólną książkę, którą zatytułował on _Rozważania o wieku XX_. Podróżując po Stanach Zjednoczonych, uświadomiłem sobie, że pamięć o jej temacie została pogrzebana zbyt skrzętnie. W pokojach hotelowych oglądałem rosyjską telewizję, która grała na traumatycznej nucie historii stosunków rasowych w USA, sugerując, jakoby Barack Obama urodził się w Afryce. Zaskoczyło mnie, że temat ten podchwycił wkrótce amerykański showman Donald Trump.

Amerykanów i Europejczyków przez nowe stulecie prowadziła opowieść o „końcu historii”, coś, co dalej będę nazywać _myśleniem w kategoriach nieuchronności_: poczucie, że przyszłość jest po prostu przedłużeniem teraźniejszości, prawa postępu są znane i nie ma alternatywy, a zatem nic tak naprawdę nie trzeba robić. W kapitalistycznej amerykańskiej wersji tej opowieści natura przyniosła rynek, rynek demokrację, a ta z kolei szczęśliwość. W wersji europejskiej historia przyniosła naród, który z wojny wyciągnął lekcję, że pokój jest dobry, i dlatego wybrał integrację oraz dobrobyt.

Przed upadkiem Związku Radzieckiego w 1991 roku komunizm pielęgnował własne myślenie w kategoriach nieuchronności: natura umożliwiła rozwój techniki, technika przyniosła zmianę społeczną, zmiana społeczna spowodowała rewolucję, a rewolucja zaprowadziła utopię. Kiedy okazało się to nieprawdą, europejscy i amerykańscy politycy propagujący tezę o nieuchronności zatriumfowali. W 1992 roku Europejczycy zabrali się do nadawania ostatecznego kształtu Unii Europejskiej. Amerykanie uznali z kolei, że klęska komunistycznego dyskursu potwierdziła prawdziwość kapitalistycznego. Zarówno Amerykanie, jak i Europejczycy powtarzali swoje opowieści o nieuchronności przez ćwierć wieku po upadku komunizmu, wychowując w ten sposób ahistoryczne pokolenie przełomu tysiącleci.

Amerykańskie myślenie w kategoriach nieuchronności, podobnie jak wszystkie takie opowieści, było odporne na fakty. Losy Rosji, Ukrainy i Białorusi po 1991 roku pokazywały wystarczająco dobitnie, że upadek ustroju nie pozostawia pustej przestrzeni, w której natura buduje rynki, a te z kolei tworzą prawa. Gdyby prowodyrzy nielegalnej amerykańskiej wojny z Irakiem w 2003 roku zastanowili się nad jej katastrofalnymi konsekwencjami, mogliby pojąć tę lekcję. Kryzys finansowy 2008 roku i deregulacja darowizn na kampanie wyborcze w USA w 2010 roku spotęgowały wpływy ludzi bogatych, odbierając je wyborcom. W miarę jak rosły nierówności ekonomiczne, horyzont czasowy się kurczył, a coraz mniej Amerykanów uważało, że przyszłość będzie lepszą wersją teraźniejszości. Pod nieobecność funkcjonującego państwa, które zapewniłoby podstawowe dobra społeczne uznawane za oczywistość w innych krajach – oświatę, emerytury, opiekę zdrowotną, transport, urlop rodzicielski czy wypoczynkowy – każdy dzień ich przytłaczał i tracili poczucie, że czeka ich jakaś przyszłość.

Upadek myślenia w kategoriach nieuchronności poskutkował odmiennym sposobem doświadczania czasu – _myśleniem w kategoriach wieczności_. Nieuchronność obiecuje wszystkim lepszą przyszłość, natomiast wieczność stawia jeden naród w centrum cyklicznie powracającej historii męczeństwa. Czas nie jest już linią prowadzącą w przyszłość, lecz okręgiem przynoszącym bez końca te same zagrożenia z przeszłości. W świecie nieuchronności nikt nie ponosi odpowiedzialności, gdyż wszyscy wiemy, że drobne problemy same się rozwiążą; w świecie wieczności nikt nie ponosi odpowiedzialności, gdyż wszyscy wiemy, że wróg nadejdzie bez względu na to, co uczynimy. Politycy wieczności głoszą, że rząd nie może pomóc całemu społeczeństwu – może jedynie strzec przed zagrożeniami. Postęp ustępuje miejsca katastrofie.

Sprawując władzę, politycy wieczności produkują kryzysy i manipulują wywołanymi przez nie emocjami. Aby odwrócić uwagę od swojej niezdolności lub niechęci do wprowadzania reform, nakazują obywatelom doświadczać na przemian euforii i oburzenia, topiąc przyszłość w teraźniejszości. W polityce zagranicznej bagatelizują i niweczą osiągnięcia innych krajów, które mogłyby posłużyć za wzory dla ich obywateli. Wykorzystując osiągnięcia techniki do rozpowszechniania fikcji politycznej zarówno w kraju, jak i za granicą, zaprzeczają prawdzie oraz próbują sprowadzić życie do spektaklu i emocji.

Być może w 2010 roku zaszło coś więcej, niż sądziliśmy. Być może kaskada zdarzeń dzielących katastrofę smoleńską od prezydentury Trumpa była erą transformacji, którą przeoczyliśmy. Być może prześlizgujemy się z jednej wizji czasu w drugą, gdyż nie dostrzegamy, jak kształtuje nas historia i jak my sami kształtujemy historię.

Nieuchronność oraz wieczność zmieniają fakty w narracje. Ci, których uwiodła nieuchronność, widzą każdy fakt jako epizod niemogący zmienić ogólnego kierunku postępu; ci, którzy opowiedzieli się za wiecznością, klasyfikują każde nowe zdarzenie jako kolejny przejaw nieustającego zagrożenia. Każde z tych podejść udaje historię i każde historię unieważnia. Politycy nieuchronności głoszą, że konkretne wydarzenia z przeszłości nie mają znaczenia, gdyż wszystko, co się dzieje, jest tylko kolejnym krokiem na drodze do postępu. Politycy wieczności przeskakują z jednej chwili w drugą, pomijając całe dekady lub stulecia, aby zbudować mit zagrożonej niewinności. Wyobrażają sobie przy tym cykliczne zagrożenia z przeszłości, żeby stworzyć wyimaginowany wzorzec, który realizują w teraźniejszości, produkując sztuczne kryzysy i codzienne dramaty.

Nieuchronność i wieczność cechują się charakterystycznymi stylami propagandowymi. Politycy nieuchronności przedstawiają fakty tak, aby zapewnić odbiorcom dobre samopoczucie. Z kolei politycy wieczności je tuszują, aby zbyć lekceważeniem zarówno doniesienia, że w innych krajach ludzie są bardziej wolni i zamożniejsi, jak i wszelkie pomysły na poparte wiedzą reformy. Znaczna część tego, co się działo po 2010 roku, bazowała na świadomym kreowaniu fikcji politycznej – niezwykłych historii i zwykłych kłamstw, które przyciągały uwagę i zawłaszczały przestrzeń niezbędną do zastanowienia. Niezależnie jednak od tego, jakie wrażenie w danej chwili wywołuje propaganda, nie jest to ostateczny werdykt historii. Istnieje różnica między pamięcią, czyli odczuwanym wrażeniem, a historią, czyli związkami, które możemy odkryć, jeżeli tylko chcemy.

Ta książka jest próbą odzyskania teraźniejszości dla czasu historycznego, a tym samym odzyskania czasu historycznego dla polityki. Oznacza to starania w celu zrozumienia wzajemnie powiązanych wydarzeń ze współczesnej historii świata – od Rosji po Stany Zjednoczone – w czasach, gdy zakwestionowano fakty jako takie. Inwazja Rosji na Ukrainę w 2014 roku była dla Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych konfrontacją z rzeczywistością. Okazało się, że wielu Europejczyków i Amerykanów woli podążać za wytworami rosyjskiej propagandy niż bronić porządku prawnego. Zarówno Europa, jak i Ameryka marnowały czas, pytając, czy tak naprawdę doszło do napaści, czy Ukraina jest krajem i czy w jakiś sposób zasłużyła na to, co ją spotkało. Ujawniły tym samym ogromną wewnętrzną słabość, którą Rosja wkrótce wykorzystała zarówno w UE, jak i w USA.

Historia jako dyscyplina naukowa ma swoje początki w konfrontacji z propagandą wojenną. W pierwszym dziele historycznym, którym była _Wojna peloponeska_, Tukidydes starał się odróżnić relacje przywódców o ich czynach od rzeczywistych powodów podejmowanych decyzji. W naszych czasach, gdy rosnąca nierówność sprzyja fikcji politycznej, dziennikarstwo śledcze staje się coraz cenniejsze. Przeżyło ono renesans podczas rosyjskiej inwazji na Ukrainę, gdy odważni reporterzy przesyłali doniesienia z niebezpiecznych miejsc. W Rosji i na Ukrainie inicjatywy dziennikarskie skupiały się pierwotnie wokół problemów kleptokracji i korupcji, a wprawieni w pisaniu o nich reporterzy zajęli się później wojną.

To, do czego doszło już w Rosji, może się też zdarzyć w Ameryce i Europie: utrwalenie ogromnej nierówności, wyparcie polityki przez propagandę oraz przejście od myślenia w kategoriach nieuchronności do myślenia w kategoriach wieczności. Rosyjscy przywódcy mogą skłonić Europejczyków i Amerykanów do wejścia w wieczność, gdyż Rosja dotarła tam jako pierwsza. Rozumieją przy tym słabości amerykańskie i europejskie, które po raz pierwszy dostrzegli oraz wykorzystali we własnym kraju.

Dla wielu Europejczyków i Amerykanów wydarzenia, do których doszło w drugiej dekadzie XXI wieku – nadejście ery antydemokratycznej polityki, rosyjski zwrot przeciw Europie i inwazja na Ukrainę, referendum w sprawie brexitu czy wybór Trumpa – stanowiły niespodziankę. Amerykanie zazwyczaj reagują na zaskoczenie dwojako: albo wmawiając sobie, że do nieoczekiwanego zdarzenia tak naprawdę nie doszło, albo twierdząc, że jest ono zjawiskiem całkowicie nowym, a tym samym nie da się go wytłumaczyć w kategoriach historycznych. Albo wszystko pójdzie dobrze, albo wszystko poszło tak źle, że niczego nie da się zrobić. Pierwsza reakcja to mechanizm obronny ludzi myślących w kategoriach nieuchronności. Druga to skrzypienie, które nieuchronność wydaje tuż przed tym, zanim pęknie i ustąpi miejsca wieczności. Myślenie w kategoriach nieuchronności najpierw niszczy poczucie odpowiedzialności wśród obywateli, a gdy napotka poważne wyzwanie, gwałtownie zamienia się w myślenie w kategoriach wieczności. Amerykanie zareagowali na te dwa sposoby, gdy kandydat Rosji został prezydentem Stanów Zjednoczonych.

W ostatniej dekadzie XX wieku oraz pierwszej dekadzie wieku XXI Zachód wpływał na Wschód, przeszczepiając modele gospodarcze i polityczne, rozpowszechniając język angielski oraz rozszerzając Unię Europejską i NATO. Tymczasem nieuregulowane obszary amerykańskiego i europejskiego kapitalizmu zapraszały bogatych Rosjan do krainy pozbawionej rozróżnień między Wschodem a Zachodem – królestwa zagranicznych kont bankowych, firm przykrywek i anonimowych transakcji służących do prania majątku skradzionego mieszkańcom Rosji. Po części z tego właśnie powodu po 2010 roku Wschód zaczął wpływać na Zachód, gdyż wyprowadzanie bogactwa za granicę zamieniło się z wyjątku w regułę, a rosyjska fikcja polityczna przeniknęła poza Rosję. W _Wojnie peloponeskiej_ Tukidydes zdefiniował oligarchię jako _władzę nielicznych_ i przeciwstawił ją demokracji. Dla Arystotelesa oligarchia oznaczała z kolei _władzę garstki bogaczy_; to znaczenie słowa w latach 90. XX wieku powróciło do języka rosyjskiego, a następnie w drugiej dekadzie XXI stulecia – nie bez powodu – do angielskiego.

Pojęcia i praktyki wędrowały ze Wschodu na Zachód. Ilustracją jest słowo „fałszywy”, na przykład w określeniu „fałszywe wiadomości”. Brzmi ono jak amerykański wynalazek, a Donald Trump uznał je wręcz za własne osiągnięcie, ale termin ten był używany w Rosji i na Ukrainie na długo przed jego rozpowszechnieniem w Stanach Zjednoczonych. Oznaczał on stworzenie fikcyjnego tekstu udającego wynik pracy dziennikarza: zarówno w celu zaciemnienia obrazu konkretnego wydarzenia, jak i zdyskredytowania dziennikarstwa jako takiego. Politycy wieczności najpierw sami rozpowszechniają fałszywe wiadomości, po czym twierdzą, że wszystkie wiadomości są fałszywe, na koniec zaś, że prawdziwe są tylko ich spektakle. Rosyjska kampania zmierzająca do wypełnienia międzynarodowej sfery publicznej fikcją rozpoczęła się na Ukrainie w 2014 roku, po czym w 2015 roku dotarła do Stanów Zjednoczonych i w 2016 roku przyczyniła się do wyboru prezydenta USA. Techniki były wszędzie takie same, chociaż z upływem czasu rósł poziom ich wyrafinowania.

W drugiej dekadzie XXI wieku Rosja stała się kleptokratycznym reżimem dążącym do eksportu myślenia w kategoriach wieczności: celem było unieważnienie faktów, utrwalenie nierówności oraz przyspieszenie podobnych tendencji w Europie i Stanach Zjednoczonych. Doskonale widać to było z Ukrainy, gdzie Kreml toczył regularną wojnę, intensyfikując zarazem kampanie mające przynieść zgubę UE i Ameryce. Doradca pierwszego prorosyjskiego kandydata na prezydenta USA był wcześniej doradcą ostatniego prorosyjskiego prezydenta Ukrainy. Taktyka Moskwy, która zawiodła na Ukrainie, okazała się skuteczna w Stanach Zjednoczonych. Rosyjscy i ukraińscy oligarchowie ukrywali swoje pieniądze, finansując jednocześnie karierę amerykańskiego kandydata. To wszystko składa się na jedną historię – historię naszej chwili i podejmowanych przez nas wyborów.

Czy historia może być tak współczesna? Wojny peloponeskie są dla nas dziejami starożytnymi, gdyż Ateńczycy walczyli ze Spartanami ponad dwa tysiące lat temu. Ich kronikarz Tukidydes opisywał jednak wydarzenia, których sam doświadczał. O przeszłości pisał przy tym w zakresie niezbędnym, aby wyjaśnić jej wpływ na teraźniejszość. W tej pracy z pokorą staram się go naśladować.

W _Drodze do niewolności_ zagłębiam się w historię Rosji, Ukrainy, Europy i USA na tyle, na ile jest to niezbędne dla nakreślenia dzisiejszych problemów politycznych i obalenia niektórych otaczających je mitów. Wykorzystuję przy tym źródła pierwotne z krajów, których dotyczy książka, oraz poszukuję wzorców i koncepcji pomagających nam pojąć nasze własne czasy. Języki tych źródeł (rosyjski, ukraiński, polski, niemiecki, francuski i angielski) są narzędziami badawczymi, ale także nieprzebranymi skarbnicami doświadczeń. Przez ostatnie lata czytałem oraz oglądałem media rosyjskie, ukraińskie, europejskie i amerykańskie, podróżowałem do wielu miejsc, o których piszę, oraz niejednokrotnie miałem okazję porównywać relacje z wydarzeń z doświadczeniami własnymi bądź znanych mi osób. Każdy rozdział książki skupia się na konkretnym wydarzeniu i roku: powrocie myślenia totalitarnego (2011); upadku demokratycznej polityki w Rosji (2012); rosyjskim ataku na Unię Europejską (2013); rewolucji na Ukrainie i późniejszej rosyjskiej inwazji (2014); rozprzestrzenianiu się fikcji politycznej w Rosji, Europie i Ameryce (2015); oraz wyborze – i prezydenturze – Donalda Trumpa (2016).

Sugerując, jakoby fundamenty polityczne nie podlegały zmianie, myślenie w kategoriach nieuchronności wzbudziło niepewność co do tego, czym tak naprawdę są te fundamenty. Jeżeli sądzimy, że przyszłość przyniesie automatyczne przedłużenie właściwego porządku politycznego, nie musimy pytać, czym jest ten porządek, dlaczego jest on właściwy, jak jest utrzymywany i jak można go udoskonalić. Historia jest i musi być myślą polityczną w tym znaczeniu, że otwiera przestrzeń między nieuchronnością a wiecznością, chroniąc nas przed prostym przejściem z jednej w drugą i pomagając nam dostrzec moment, w którym możemy coś zmienić.

Gdy wychodzimy z nieuchronności i stawiamy czoło wieczności, historia rozpadu może się stać podręcznikiem naprawy. Erozja ujawnia, co jest odporne, co można wzmocnić, co daje się odbudować, a co trzeba zaprojektować od nowa. Wiedza daje siłę, więc tytuły kolejnych rozdziałów mają formę alternatywy: indywidualizm czy totalitaryzm; sukcesja czy klęska; integracja czy imperium; nowość czy wieczność; prawda czy kłamstwa; równość czy oligarchia. Indywidualność, wytrwałość, współpracę, nowość, uczciwość i sprawiedliwość przedstawiam jako cnoty polityczne. Nie są to jedynie komunały czy preferencje – są to fakty historyczne w takim samym stopniu jak siły materialne. Cnoty są nierozłączne od instytucji, dla których są inspiracją i którym dają wsparcie.

Instytucja może jednocześnie pielęgnować pewne idee dobra i być od nich zależna. Jeżeli instytucje mają się rozwijać, potrzebują cnót, jeżeli zaś cnoty mają być pielęgnowane, wymagają instytucji. Pytania natury moralnej o to, co jest dobrem i złem w życiu publicznym, nie da się nigdy oddzielić od historycznego badania struktury. To właśnie myślenie w kategoriach nieuchronności i wieczności sprawia, że cnoty wydają się nam nieistotne lub wręcz śmieszne: nieuchronność obiecuje, że dobro już istnieje i będzie się rozwijać przewidywalnie, wieczność zaś zapewnia, że zło przychodzi zawsze z zewnątrz, a my niezmiennie jesteśmy jego niewinnymi ofiarami.

Jeżeli chcemy się dowiedzieć więcej o dobru i złu, musimy wskrzesić historię.

Książka została wydana w Polsce w przekładzie Roberta Bartołda w 2008 roku (wszystkie przypisy nieoznaczone inaczej pochodzą od tłumacza).

Zob. W. Shakespeare, _Hamlet_, tłum. S. Barańczak, wyd. III poprawione, Kraków 1997, akt I, scena 5, s. 52.

Zob. V. Woolf, _Eseje wybrane_, tłum. M. Heydel, Kraków 2015, s. 71.

T. Judt, T. Snyder, _Rozważania o wieku XX: rozmowy Timothy’ego Snydera z Tonym Judtem_, tłum. P. Marczewski, Poznań 2013.

Zob. Tukidydes, _Wojna peloponeska_, wyd. IV, tłum. K. Kumaniecki, Warszawa 2003.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij