Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Droga do siebie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
44,40
4440 pkt
punktów Virtualo

Droga do siebie - ebook

To nie jest zwykła historia. To zapis walki, którą wielu toczy w ciszy. To szczera i poruszająca opowieść o zmaganiach z własnymi emocjami, pobycie w szpitalu psychiatrycznym i próbie odnalezienia sensu Kasia zabiera nas w podróż przez ból, zwątpienie, ale też nadzieję i siłę, która rodzi się w najtrudniejszych chwilach. To książka dla tych, którzy czuli się zagubieni, samotni lub niezrozumiani. Jeśli kiedykolwiek walczyłeś ze sobą — ta historia jest także o Tobie.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-970-1
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Cześć, mam na imię Kasia i mam 31 lat. Moja historia związana z leczeniem psychiatrycznym zaczęła się bardzo wcześnie, bo już w wieku 14 lat. Od tamtej pory przeszłam przez wiele terapii — niestety większość z nich zrywałam.

Pierwszą przerwano mi wbrew mojej woli. Moja siostra, będąca moim opiekunem prawnym, nie zgodziła się, żebym kontynuowała spotkania, kiedy pojawił się temat szpitala. Usłyszałam wtedy, że tylko udaję i powinnam się „ogarnąć”.

Późniejsze terapie kończyłam sama. Czasem przez nagłe przeprowadzki na drugi koniec Polski, czasem przez pracę, która nie pozwalała mi dopasować godzin spotkań. Za każdym razem zostawałam sama z tym, co bolało najbardziej.

Po latach walki, bólu i niekończących się prób w końcu znów znalazłam się w szpitalu — tym razem dzięki mojej terapeutce, która podała mi rękę w najtrudniejszym momencie.

Najtrudniejsze nie było to, co się działo wokół mnie, ale to, co działo się we mnie. Lęk, który pojawiał się bez zapowiedzi. Poczucie, że tracę grunt pod nogami. I samotność, której nie da się opisać jednym słowem.

Piszę tę książkę, bo wiem, jak to jest czuć się niezrozumianym. Bo wiem, jak łatwo się poddać. I wiem też, że nawet wtedy, kiedy wydaje się, że nie ma już nic — gdzieś głęboko w środku nadal jest siła.

Jak do tego doszło i co wydarzyło się dalej — o tym właśnie jest ta książka.

Jest mi ogromnie miło, że tu jesteś i że chcesz przeczytać moją historię. Mam nadzieję, że znajdziesz w niej coś dla siebie — może zrozumienie, może nadzieję, a może po prostu świadomość, że nie jesteś sam/a w swoich zmaganiach.Podziękowania

Serce mam przepełnione wdzięcznością. To nie tylko słowa — to całe doświadczenie, że mogłam przetrwać ten czas, bo nie byłam sama.

🌿 MAMO, dziękuję Ci z całego serca, że otworzyłaś oczy i nie sięgasz już po uzależnienie. Odkąd nie pijesz, czuję od Ciebie prawdziwe wsparcie i troskę. Wiem, że zawsze dawałaś mi tyle, ile umiałaś, i doceniam to — ale teraz, w tej trzeźwej codzienności, jest inaczej. Lepiej. Lżej. Nie muszę już codziennie bać się o Ciebie, a mogę zwyczajnie być przy Tobie i kochać Cię tak, jak zawsze chciałam. I chcę Ci się odwdzięczyć tym samym — troską, obecnością, miłością. Oby tak zostało. Kocham Cię.

🌿 SIOSTRO, jesteś niezastąpiona. Dziękuję Ci za każdy gest pomocy — emocjonalnej i finansowej. Za to, że wytrzymywałaś moje telefony, za towarzyszenie w codzienności, nawet wtedy, gdy ja byłam w najgorszym stanie. Wytrzymałaś moje myśli samobójcze i wciąż jesteś obok. Dziękuję, że jesteś moją podporą, moim bezpiecznym miejscem. Kocham Cię.

🌿 JUDYTO, dziękuję Ci za cały trud bycia obok, gdy było źle. Za to, że znosiłaś moje gorsze dni, słuchałaś mojego gadania od rzeczy, a mimo to nie odwróciłaś się ode mnie. Dziękuję, że dbałaś o mnie wtedy, gdy ja nie umiałam dbać o siebie. Dziękuję za czas, cierpliwość i obecność. Nie wiem, gdzie byłabym bez Ciebie. Kocham Cię.

🌿 MARIANNO, dziękuję Ci, że byłaś, nawet jeśli było Ci bardzo trudno. Za wytrwałość, wsparcie i to, że potrafiłaś słuchać mnie nawet wtedy, gdy „nie dało się mnie słuchać”. Doceniam każdy Twój gest, każdą rozmowę i każdą chwilę bliskości. Kocham Cię.

🌿 LEO I VICTORZE, dziękuję Wam za to, że towarzyszyliście mi w niedoli, że mogłam przy Was czuć się mniej samotna. Dziękuję za pranie, rozmowy i obecność. Lea — Kocham Cię. Victor — dziękuję Ci za czas, który mi poświęciłeś.

🌿 SZWAGRZE, dziękuję Ci za to, że pomogłeś mi w czytaniu e-booka, że pisałeś do mnie, że „jest dobrze”, że motywowałeś mnie wtedy, kiedy sama nie miałam w sobie siły. Dzięki Tobie uwierzyłam, że to wszystko ma jakiś sens.

CZĘŚĆ 1: JAK TRAFIŁAM DO SZPITALA

Był wtorkowy wieczór, 8 października 2024 roku. Napisałam wtedy do mojej terapeutki, że czuję, iż to mogą być ostatnie chwile mojego życia. Że nie dam już rady. Że niczego nie jestem pewna i że się boję.

Odpisała spokojnie, ale stanowczo:

„Pani Kasiu, czy to nie jest jednak czas na szpital?”

Zaczęła się długa rozmowa. Mówiłam o obawach, o tym, że moja mama ma złamaną rękę i nikt jej nie pomoże oprócz mnie. Ale prawda była taka, że to właśnie mama doprowadziła mnie do takiego stanu. W sierpniu próbowała odebrać sobie życie. Straszyła mnie — udając, że nie żyje, gdy wracałam do domu. Bałam się wychodzić, a z czasem wpadłam w stany psychotyczne. Było naprawdę źle.

Zawsze wybierałam ją ponad siebie, dlatego decyzja o szpitalu była dla mnie niemal niemożliwa. „Przecież to tylko głowa” — powtarzałam sobie. Na co terapeutka coraz mocniej naciskała:

„Czy Pani się słyszy? To tak, jakby Pani nie miała prawa do własnego życia, uczuć i potrzeb.”

Zapytałam więc, jaki byłby scenariusz. Wyjaśniła mi, że mogę pójść ze skierowaniem albo w trybie nagłym — jak ostatnio, kiedy musiała wezwać karetkę. Dla mnie to było zbyt wiele. Nie potrafiłam podjąć decyzji. Terapeutka zapewniła jednak, że jeśli myśli samobójcze staną się nie do wytrzymania, mam nie zwlekać — tylko dzwonić po karetkę.

Tamtej nocy przeżyłam. Ale następnego dnia, gdy zapytała mnie, jak się czuję, nie wiedziałam nawet, co odpowiedzieć. Rozmyślałam tylko: _co ja mam w ogóle zrobić?_

Przyszła do mnie Lea. Martwiła się o mnie i też namawiała na szpital po tym jak pisałam jej, że najlepiej będzie jak się powieszę niż podejmę decyzję o leczeniu. Lea mówiła „Jesteś w złym stanie, musisz iść do szpitala. Oni(w sensie moja rodzina) nie zrozumieją, że masz problemy. ”Musisz siebie ratować” W końcu zebrałam się na odwagę — zawołałam mamę i powiedziałam jej, że chcę iść na terapię, że nie musi się o mnie martwić. Ale jej reakcja była ciosem:

„Nie kładź się do szpitala. Przestań brać leki. W szpitalu będą robić na tobie doświadczenia, zrobią z ciebie wariata.”

Totalne niezrozumienie.

Moje dziewczyny — kolejne przyjaciółki Marianna i Judyta — pisały mi, że mam się nie przejmować niczym, tylko słuchać siebie. Ale ja nie miałam siły nawet się umyć czy zadzwonić po skierowanie. Czułam, że wymyślam. Że nikt mnie nie rozumie. A z drugiej strony miałam już w głowie plany, jak zakończyć swoje życie.

Nadszedł czwartek — dzień sesji terapeutycznej. Kiedy mnie zobaczyła, nie wahała się ani chwili. Powiedziała po prostu, że nie wypuści mnie do domu. Odwiozła mnie na izbę przyjęć szpitala psychiatrycznego i została ze mną, dopóki mnie nie przyjęto.

Mama powiedziała wtedy, że nie będzie mnie odwiedzać ani ze mną rozmawiać.

Było mi przykro. Bardzo.

Na izbie była moja lekarka z poradni zdrowia psychicznego. Zaledwie tydzień wcześniej mówiłam jej, że jest dobrze i zmniejszałyśmy leki. Była zdziwiona, ale spokojna. Powiedziała tylko: „To w pani stylu — nie przyznać się, żeby kogoś nie martwić.”

I tak trafiłam na oddział zamknięty. Drugi raz w tym roku — choć, jak się później okaże, nie ostatni.

Czy tego chciałam? Nie. Bałam się przeokrutnie.

Ale zaufałam innym — tym, którzy widzieli, że się izoluję, że znikam, że tygodniami nie daję znaku życia.

To był początek mojej kolejnej drogi.

Ciężkiej, trudnej i pełnej bólu.

Pójście na oddział było jednocześnie dramatem i ulgą — jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar decyzji, a jednocześnie postawił przed faktem, którego panicznie się obawiałam.

Możesz poczuć się gorzej, czytając tę książkę.

Bo to nie jest tylko historia. To ładunek — logiczny i emocjonalny.

Zapraszam do lektury.

Pierwsza noc na oddziale zamkniętym była prawie bezsenna. Telefon dzwonił raz po raz — mama z bratem pytali, gdzie jestem i kiedy wrócę, mimo że mówiłam im wyraźnie, że leżę w szpitalu. Mama tylko rzuciła:

— Już nie mam córki. Jak śmiałaś mnie zostawić, skoro ja ręką nie mogę ruszać…

Była pijana. Słowa wbijały się we mnie jak szpile. Załamałam się. Całą noc katowałam siebie wyrzutami sumienia.

Rano pierwszy obchód. Ordynator — gburowaty, zimny, bez krzty empatii. Ale potem pojawiła się moja lekarka. Wspaniała, piękna. To dzięki niej trafiłam do psychologa — kobiety, od której biło ciepło i dobro. Rozmawiałyśmy o tym, co usłyszałam od mamy. O tym, jak bardzo mnie to niszczy i jak mocno przez to nienawidzę samej siebie. Spotkanie przerwałam — nie dawałam rady. Myśli autoagresywne stawały się coraz silniejsze.

Na sali miałam współlokatorkę ze schizofrenią. Powtarzała w kółko:

— Nie pal w pokoju!

Nie paliłam. Nie miałam nawet papierosa elektronicznego, o który mnie oskarżała.

Potem kolejny telefon od brata. Matka miała pretensje, wyzywała mnie. Pękłam. Wpadłam w szał. Rozwaliłam maszynkę i pocięłam się.

Napisałam do przyjaciółki. Przyznałam się. Odpisała:

— Znowu będziesz bezczynnie siedziała zamknięta na oddziale, zamiast zawalczyć o siebie.

Kolejny cios. Pasy a potem nie mogłam wychodzić z sali. Zabrali mi wszystko potencjalnie ostre.

Brat dzwonił znowu. Że matka żyje o samym chlebie, bo nie jest w stanie nic ugotować. A ja? Ja — w poczuciu winy — postanowiłam się ukarać. Przestałam jeść. Żeby pokutować. Żeby dowalić samej sobie.

Lekarka uspokajała: ten pobyt będzie krótki, tylko dopasowanie leków i wypis.

Rozmawiałam jeszcze z psychologiem. Opowiadałam jej o tym, co było dalej. Pokręciła głową i powiedziała:

— Pani droga… ja się nie dziwię, że ma pani depresję.

15 października — tydzień później — ogłosiłam wszem i wobec, że czuję się lepiej. Pełna wdzięczności pisałam do przyjaciół, że nie muszą się martwić. W głowie układałam plan: mama musi iść do lekarza, ja nie mogę iść z nią więc zadzwoniłam do brata. Z bólem, ale się zgodził. Zadzwoniłam też do starszego brata, żeby przynosił jej obiady. Marudził, ale przyjął do wiadomości. Poczułam satysfakcję — jakbym na chwilę odzyskała kontrolę.

Ale już następnego dnia okazało się, że wszyscy mają mnie gdzieś. Napięcie narastało, poczucie odpowiedzialności przygniatało mnie tak mocno, że znów wylądowałam na szyciu. Było mi potwornie wstyd. Cięłam się z nienawiści do samej siebie.

Pielęgniarka spojrzała na mnie poważnie:

— Może lepiej będzie, jak na noc odda pani telefon?

Zgodziłam się. Starszy brat dzwonił wtedy z wyrzutami, że nie będzie pomagał mamie, bo nie będzie marnować paliwa. Pielęgniarka stała obok i wszystko słyszała. Wyrwała mi telefon, zaczęła krzyczeć do niego, że ja po takich rozmowach robię sobie krzywdę, że też jest synem i że nie tylko ja powinnam wszystko dźwigać. Byłam jej wdzięczna. Po raz pierwszy poczułam, że ktoś stoi po mojej stronie.

Kolejna rozmowa z psychologiem była o sieci wsparcia — przyjaciołach, znajomych, ludziach, którzy mogą być przy mnie. Tłumaczyłam jej, że zazwyczaj mówię o swoich kryzysach dopiero _po fakcie_. Bo wstyd. Bo strach. Bo ciężko mi przyznać się, że jest źle i poprosić o pomoc.

Przyjmowanie pomocy. Co to w ogóle znaczy?

Nie wiem. Ale wiem, że chcę się tego nauczyć.

20 PAŹDZIERNIKA

Rodzina mnie nie odwiedzała. Telefon milczał, a jeśli już dzwonił — to tylko po to, żeby usłyszeć wyrzuty. Bez Leii, Judyty i Marianny nie dałabym rady. To one robiły mi zakupy, to one przynosiły mi kawałek świata z zewnątrz. Były jak koło ratunkowe.

Leżałam i nie jadłam.

Nie dlatego, że nie chciałam.

Po prostu… nie było we mnie tej potrzeby.

Ciało milczało.

A wtedy była Judyta.

Przynosiła mi codziennie obiady — przed pracą albo po pracy, nieważne ile miała na głowie. Robiła to po to, żebym miała pewność, że coś zjem.

Nie pytała, nie naciskała, nie oceniała mnie. Po prostu była.

Z tym obiadem w rękach, z tą cichą obecnością, która mówiła więcej niż słowa.

To było coś więcej niż jedzenie.

To była troska.

Taka prawdziwa, codzienna, niewymuszona.

Nie wiem, co by było bez Ciebie, Judyta.

Doceniam to całym sercem.

A ja? Ja wciąż nie jadłam. Nie umiałam przyjąć tego, co dawał szpital — tych zwykłych posiłków, które dla innych pacjentów były codziennością. Dla mnie były jak symbol opieki, której nie czułam, że zasługuję. Chciałam siebie karać. Nic więcej.

Czasami jadłam wszystko naraz — zajadając emocje, zapychając pustkę w brzuchu tym, co dziewczyny mi przynosiły. A innym razem nie jadłam nic. Nawet jeśli przyniosły mi ulubione rzeczy, nawet jeśli wiedziałam, że robią to z serca. Odrzucałam. Jakbym odrzucała same siebie.

KILKA DNI PÓŹNIEJ

Znowu pasyW szpitalu psychiatrycznym pasy stosuje się nie po to, żeby kogoś „ukarać”, tylko dla bezpieczeństwa — przede wszystkim pacjenta. To momenty, kiedy człowiek jest w takim stanie, że może realnie zrobić sobie krzywdę albo próbować odebrać sobie życie. Pasy zatrzymują ciało, gdy głowa jest w chaosie i nie ma już kontroli.

To też ochrona przed autoagresją — żeby nie rozdrapywać ran, nie bić się, nie uderzać o ścianę, nie połknąć czegoś, co mogłoby zaszkodzić. Czasem to jedyny sposób, żeby przeczekać napad destrukcji, bo słowa i prośby nie docierają.

Dla otoczenia — pielęgniarek, lekarzy, innych pacjentów — to też rodzaj zabezpieczenia, bo ktoś w silnym kryzysie bywa nieprzewidywalny. Ale najważniejsze zawsze jest jedno: żeby zatrzymać w tym świecie człowieka, który sam w tej chwili chce z niego uciec.

Wiem, że pasy są koszmarnym doświadczeniem — odarte z godności, upokarzające, bolesne. Ale w tamtym czasie one były barierą pomiędzy Mną a ostatecznym krokiem. Zewnętrznym „stop”, którego sama w sobie już nie miałam.

Wracając… Znowu poczucie wstydu. To był efekt presji — matki i braci, którzy chcieli, żebym się wypisała. Nie umiałam tego udźwignąć. Rozwalało mnie od środka. Krzyczałam na siebie, ciało rwało się do autodestrukcji. Byłam zrozpaczona.

Lekarka zorganizowała spotkanie rodzinne. Bałam się potwornie. To miał być 20 października. Ale tego dnia byłam już tak otępiona benzodiazepinami i lekami uspokajającymi, że zasnęłam. Nie umiałam się opanować. Prosiłam o pomoc i dostawałam kolejne tabletki, kolejne zastrzyki. To była walka między mną a moim ciałem.

22 PAŹDZIERNIKA

Znowu w pasach. Znowu poczucie klęski. Ręką waliłam w ścianę, jakby ból fizyczny miał wymazać ból psychiczny. Bezsilność była jak kajdany. Nie widziałam wyjścia.

Lekarka zmieniała leki, kombinowała, szukała ratunku. Dostałam zastrzyk — i odpłynęłam.

DZIEŃ SPOTKANIA RODZINNEGO

Nie mogłam w nim uczestniczyć. Byłam spętana w pasach. Było to jak symbol — ja, która zawsze wszystko brałam na siebie, teraz wyłączona, unieruchomiona, odcięta. Spotkanie odbyło się beze mnie.

Przyszła mama. Przyszedł środkowy brat. Przyszła też żona najstarszego — bo on sam nie miał odwagi, po tym jak pielęgniarka zrobiła mu awanturę.

Na początku wszyscy się wypierali. Nie mówili prawdy. O chorobach, o próbach samobójczych w rodzinie, o tragediach, które były przemilczane. Dopiero mój średni brat pękł. Krzyknął, że sam się kiedyś wieszał. Że rodzeństwo miało swoje problemy. Że nie jesteśmy „normalną rodziną”, tylko pełną bólu, który zamiatano pod dywan.

Podobno ustalili, że nie będą już mnie obciążać. Że przestaną wywoływać presję. Podobno.

KILKA DNI PÓŹNIEJ

Mam też siostrę. Przed nią ukrywałam wszystko. Bałam się, że nie zrozumie. Że powie: „przestań robić z siebie wariatkę”. Ale to była tylko moja wyobraźnia. Siostra była zupełnie inna. Pomogła mi. Finansowo, ale przede wszystkim psychicznie.

Codziennie wysyłała mi afirmacje. Słowa, które miały dodawać siły. Przypominała mi, że jestem ważna. Że mam prawo istnieć.

Miałam wszystko — zakupy od dziewczyn, wsparcie od siostry, opiekę w szpitalu. Wszyscy robili, co mogli, żeby mi pomóc. Ale nie ja. Ja tkwiłam w marazmie, w autodestrukcji i lęku.

Czułam się ciężarem. Jakby moja obecność była karą dla wszystkich. Paradoksalnie — inni prosili mnie, żebym przyjęła pomoc. A ja ją odrzucałam. Jakby przyjęcie wsparcia oznaczało słabość.

Miałam w głowie jedno: _nie zasługuję, żeby żyć_.

Nie umiałam nawet być wdzięczna. Skupiona na tym, że ktoś inny bardziej zasłużył, że każdy powinien dostać pomoc — tylko nie ja.

Standardowo — jak to w szpitalach — jedzenie znikało z lodówki. Ktoś podkradał nie tylko jedzenie, ale nawet wodę z butelek, przechadzał się po salach i pił, jakby to było najnormalniejsze na świecie.

Paradoksalnie, czasami cieszyło mnie to. Mogłam wtedy powiedzieć: „tak, zjadłam”. Mogłam udawać przed innymi, a przede wszystkim przed sobą, że dbam o siebie. A w rzeczywistości jedyne, co naprawdę karmiłam, to moja autodestrukcja.

Dostawałam zastrzyki. Po nich było spokojniej, jakby ktoś na chwilę ściszył ten wrzask wewnątrz mnie. Ale to nigdy nie wystarczało, by przestać robić sobie krzywdę. Zabierali mi kolejne rzeczy — maszynkę, kubki, sztućce, nawet kawę w szkle. Każdy przedmiot stawał się dla mnie zagrożeniem. A tak naprawdę to ja byłam zagrożeniem dla siebie.

25 października. Znowu kombinowałam. Złamałam plastikowy widelec. Judyta, Marianna, siostra, Lea — pisały do mnie. Ich wiadomości zatrzymywały mnie na chwilę, dawały oddech, ale tylko na moment. Poszłam po tabletkę doraźną. Nie pomogła. Dostałam zastrzyk. On zawsze pomaga — ale tylko wtedy, gdy dam mu czas zadziałać. Ja nie dałam. Widelec poszedł w ruch.

„Przepraszam, że żyję” — to była moja wiadomość. Cała moja prawda w tamtej chwili. Zmęczenie, nienawiść, rezygnacja.

Znowu awantura z najstarszym bratem. Na sali chaos — jedna pacjentka się mnie czepia, inna załatwia się pod siebie. A ja w tym wszystkim sama, bo zabrali mi jedyną koleżankę z pokoju, z którą potrafiłam rozmawiać. Mnie też mogliby przenieść… ale nie. Ja muszę zostać na obserwacyjnej, bo znowu się okaleczam. Wściekłość mieszała się ze wstydem.

Błagałam wszystkich: „poprawię się, zrozumiałam, będę brać tabletki, tylko mnie nie zostawiajcie”. Strach przed odrzuceniem był gorszy niż ból. Ja naprawdę chciałam być zdrowa. Tylko wciąż przegrywałam sama ze sobą.

Moja lekarka usiadła ze mną i zapytała wprost. Powiedziałam jej: „nie chcę żyć”. A ona: „ale ja chcę”. Odpowiedziałam: „to proszę bardzo, pani może żyć”. A ona spokojnie dodała: „beze mnie nie chcę”.

Te słowa mnie uderzyły. Ona widziała we mnie coś, czego ja nie potrafiłam dostrzec. Powtarzała mi: „naucz się być filtrem, a nie gąbką”. Proste zdanie, a jak trudne w realizacji.

Następnego dnia napisałam do dziewczyn, pytając, czy mogą mnie odwiedzić. Nie mogły. I wtedy rozsypałam się jeszcze bardziej. Wróciły wspomnienia: śmierć ojca, śmierć siostry, wszystkie straty, które nosiłam w sercu. Na oddziale znowu awantura — tym razem o znikające jedzenie. Nie wytrzymałam. Wymiotowałam ze stresu. Dostałam silne leki na uspokojenie. Zasnęłam.

Kolejny dzień — kolejne kłótnie. Matka znowu wdaje się w spór z pielęgniarkami i lekarką, że mnie „trują”. Czułam wstyd, który rozsadzał mnie od środka. W mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: zanim ona narobi jeszcze większego zamieszania, ja muszę się ukarać. Kara za to, że jestem problemem dla wszystkich — dla personelu, rodziny, przyjaciół, dla każdego, kto w ogóle ma ze mną kontakt.

Coraz częściej czytałam w wiadomościach od bliskich: „jesteś zamknięta na własne życzenie, to, że nie możesz wychodzić, to twój wybór, bo się okaleczasz. Mogłybyśmy pójść na kawę do sklepiku, a ty mogłabyś wreszcie skupić się na leczeniu, a nie na walce ze sobą”.

Na poziomie rozumu wiedziałam, że mają rację. Ale emocje były inne. Ja nie dopuszczałam do siebie uczuć. Chciałam żyć w odcięciu. A kiedy jednak emocje przebijały się do świadomości, nie umiałam ich unieść. Jedyne, co potrafiłam wtedy zrobić, to odreagować na sobie.

Moja lekarka znów postanowiła porozmawiać z mamą. Chodziło o jej oskarżenia, że mnie „trują”. Mama przyszła z koleżanką, bo sama nie miała odwagi zmierzyć się z tematem. Coś tam próbowała wojować, ale lekarka trzymała ją krótko, odpowiadała jasno i zwięźle. Po spotkaniu pozwolono mi wyjść na dziesięć minut na ławkę.

Mimo to wzięłam doraźną tabletkę — sama obecność jej koleżanki, jej ton i kazania tak mnie zdenerwowały, że nie mogłam się opanować. Potem obie wyszły ze szpitala i poszły pić.

Mama wiedziała, że się przypalam, że mam zakaz posiadania zwykłych papierosów, a jednak je przyniosła. Nie wzięłam ich. Obiecałam przecież, że nie będę tego robić. Trudno było się powstrzymać, ale tym razem dałam radę.

Tak minął październik i nadszedł listopad. Dzień Wszystkich Świętych był wyjątkowo ciężki. Kiedy ktoś pytał, jak się czuję, odpowiadałam: „chcę spać, najłatwiej jest spać, wtedy nic nie czuję. Spanie jest super”.

Niedzielne popołudnie spędziłam na czekaniu na mamę. Obiecała, że przywiezie mi rosół. Jak to ona — nie chciała przyjechać sama, więc czekała na średniego brata aż wróci z pracy. Pojawili się dopiero tuż przed zamknięciem odwiedzin. Już nie byłam głodna, ale zjadłam — bo wiedziałam, że mamie zależy. Przywiozła rosół i pieczonego kurczaka, którego nigdy nie lubiłam. Ale zjadłam. Bo trzeba być wdzięcznym.

Pielęgniarka z kolei kupowała mi w sklepiku zapiekanki — sama przecież nie mogłam wyjść z oddziału. To było coś wyjątkowego: dużo pieczarek, sera i kawałki kiełbaski. Dla kogoś, kto od dawna nie jadł nic ciepłego, smakowały jak rarytas. Judyta również przywoziła mi obiady, choć nie pamiętam już, jak często. Przynajmniej wtedy miała pewność, że coś zjem.

Personel patrzył na moje niejedzenie z obojętnością. Tylko jedna pielęgniarka próbowała na mnie wpłynąć. Widziałam w niej autentyczną troskę, i właśnie dzięki temu czasem udawało się we mnie coś wcisnąć.

Lekarka w końcu przyszła i powiedziała, że pojadę na rezonans głowy z kontrastem. Chcieli sprawdzić, czy moje zachowania nie są wynikiem jakichś uszkodzeń mózgu, skoro leki nie działały tak, jak powinny.

Przyszła też Lea. Dzięki niej mogłam się umyć i ogolić pachy — maszynkę dostawałam tylko w obecności kogoś zaufanego. To uczucie… banalne, a tak potrzebne. Brak włosów pod pachami, świeżość, czystość. Niby mała rzecz, a czułam się przez chwilę lepiej, jakbym naprawdę była bardziej sobą.

Najczęściej myłam się przy Judycie i Mariannie. To im pielęgniarki ufały najbardziej — przy nich pozwalano mi wziąć do ręki maszynkę, jakby ich obecność była dla mnie ostatnią gwarancją bezpieczeństwa. Nie byłam już traktowana jak ktoś, kto może sam o siebie zadbać. Każdy gest, nawet tak zwyczajny, jak golenie, wymagał czyjejś zgody i czyjegoś czujnego spojrzenia.

Jeśli chciałam się ogolić, musiałam się rozebrać przy nich albo przy personelu. Stać na widoku. Odsłonić się nie tylko fizycznie, ale i w środku — z tym całym wstydem, który palił mnie od środka. Czułam się wtedy mała, bezbronna, jakby odebrano mi resztki prywatności. A jednak robiłam to.

Bo w tamtym czasie ważniejsze od wstydu było coś innego. Coś cichego, ale uporczywego. Potrzeba, żeby choć na chwilę poczuć się normalnie.

Brak włosów pod pachami, raz w tygodniu, był dla mnie czymś więcej niż zwykłą pielęgnacją. Był dowodem, że jeszcze istnieję poza chorobą. Że nie jestem tylko pacjentką, numerem, problemem do rozwiązania.

To był mój mały rytuał człowieczeństwa.

Cichy, kruchy, ale mój.

Na oddziale miałam koleżankę — Paulinę. Była dla mnie kimś w rodzaju cichej opiekunki. Motywowała mnie, żebym się myła, czasem wręcz zmuszała. Dziś wiem, że zrobiła to z troski i wdzięczna jej jestem ogromnie. Pożyczała mi odżywki, spreje do włosów, pomagała je rozczesywać, kiedy ręce odmawiały mi cierpliwości. Zwykłe czynności nabierały dzięki niej innego znaczenia — przestawałam czuć się zaniedbana i brudna. Przy niej mogłam czuć się swobodniej, odrobinę bardziej normalnie.

Zdarzało się, że siadałyśmy razem i piłyśmy herbatki. Takie proste chwile były dla mnie ukojeniem — namiastką przyjaźni i codzienności poza oddziałem. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, kiedy w końcu zgodzono się, żebym mogła być z nią na jednej sali. Długo o to prosiłam swoją lekarkę, obiecując, że to mi pomoże, że się uspokoję, że nie będę się okaleczać. Jasne… nie dotrzymałam słowa. Ale wtedy najważniejsze było dla mnie, żeby mieć kogoś bliskiego obok.

W międzyczasie kolejna zmiana leków przyniosła następny zjazd. Miałam zawroty, widziałam podwójnie, a w głowie kłębił się chaos. Mama zaczęła odwiedzać mnie regularniej — mniej więcej co dwa tygodnie. Zawsze przywoziła mi jedzenie. Już nie gotowała sama, więc coraz częściej nie smakowało mi to, co przywoziła, ale jadłam — żeby nie robić jej przykrości. Pamiętam dzień, kiedy Szwagierka-Aga przygotowała pierś z kurczaka mocno przyprawioną ziołami, których nie znoszę. Ale zjadłam. Bo liczą się chęci, prawda? I doceniam, że chciała. Problem był jednak inny — każda wizyta mamy była stresująca. Nie wiedziałam, o czym z nią rozmawiać. Nie byłyśmy sobie bliskie, a ja wciąż coś „odwalałam” i nie chciałam, by wiedziała o wszystkim. Nie chciałam, żeby się martwiła. Więc siedziałyśmy razem, jadłyśmy, a wewnątrz mnie wrzało.

13 listopada wysłano mnie na rezonans. Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Wyjechałam z oddziału koło południa, wróciłam późnym popołudniem. Pielęgniarka była wyjątkowo życzliwa — podgrzała mi obiad, były pierogi z truskawkami. Zjadłam je ze smakiem, choć bardziej niż głód czułam wewnętrzny bunt.

Bo kiedy zobaczyłam szpital z oddali, coś we mnie krzyczało: „ja już nie chcę tutaj być”. Wtedy założyłam sobie, że jutro porozmawiam z lekarką o wypisie.

Chciałam podzielić się tą decyzją z przyjaciółmi. Spodziewałam się, że się ucieszą. Zamiast tego usłyszałam pytania: _„czy jesteś gotowa?”, „czy na pewno dasz radę?”_. Ich niepokój odebrałam jak brak wiary we mnie. Więc założyłam maskę. Zaczęło się udawanie Katarzyny — tej „wspaniałej, fantastycznej, gotowej na wszystko”. Zapewniałam, że dam sobie radę, że jestem silna, że oczywiście nie zrobię nic głupiego. Że chcę tylko wrócić do normalności.

Moja lekarka początkowo się zgodziła — powiedziała, że nie będzie mnie zatrzymywać na siłę. Ale następnego dnia jej już nie było, wyjechała na urlop. Zostałam z tym sama. Sama więc zaczęłam szukać wyjścia. Zagadnęłam ordynatora — odpowiedział, że brakuje miejsc na oddziale i rozważy moją prośbę. Wtedy pierwszy raz poczułam, że brakuje nie tylko miejsc, ale też cierpliwości do mnie.

15 listopada odwiedził mnie psycholog. Zapytał: _„Czuje się pani na siłach, by dziś wyjść?”_. Zamurowało mnie. Wypaliłam szybko, że tak, spróbuję. Wtedy przyszedł mój nowy lekarz prowadzący — człowiek, którego nie lubiłam. Bez cienia emocji powiedział: _„Będę teraz pani lekarzem. Wypis — w przyszłym tygodniu”_. To była środa. Od tego dnia odliczałam godziny. Marzyłam o własnym pokoju, o tym, by rano nie budziło mnie ostre światło i cudze głosy.

19 listopada wreszcie wyszłam.

Przerwa między pobytami która wydawała mi się zbawieniem a okazała się koszmarem.

Przyjechała po mnie mama. Zamówiłam jej ubera — tak było prościej, bo wiedziałam, że sama nie da rady. Wracałyśmy razem. W domu ugotowałam zupę, położyłam się na swojej kanapie i poczułam… miękkość. Wreszcie nic nie wbijało mi się w plecy. To było cudowne.

Ale radość trwała krótko. Stan mieszkania mnie przybił — brudne podłogi, kurz, wszystko zaniedbane. Mama miała tylko jedną rękę sprawną, nigdy nie miała w nawyku sprzątania. Westchnęłam ciężko.

Zbliżały się święta, a ja marzyłam o choince. Lea przyszła mi pomóc. W końcu sama zaczęła ubierać drzewko, bo mnie sparaliżowało. Stałam obok i patrzyłam — niby miałam choinkę, a czułam pustkę.

Po wyjściu ze szpitala byłam jak robokop. Sztywna, spięta, moje ciało bolało od ciągłego napięcia. Nie spałam. Nie umiałam usiąść, rozluźnić się, poczuć cokolwiek. Chodziłam jak maszyna — bez ruchu rąk, bez gięcia nóg. To było straszne. W nocy ataki paniki. W dzień wyczerpanie. Zadzwoniłam do poradni, błagałam o pomoc. Dostałam doraźne leki i termin na wizytę u psychiatry — dopiero 18 grudnia. Wiedziałam wtedy, że nie powinnam była jeszcze wychodzić.

Udawałam — przed sobą, przed innymi — że jestem silna. Że muszę udowodnić, że dam radę. Że muszę zadbać o mamę, znaleźć pracę, ogarnąć życie. Ale prawda była inna: nie byłam w stanie żyć.

Potem pojawiły się „Listy do M.” w kinach. Chciałam się wyrwać, poczuć odrobinę normalności. Powiedziałam sobie: pójdę, odprężę się, uśmiechnę chociaż na chwilę. Spotkałam się z Wiolą moją terapeutką. Strach przed rozmową z nią był ogromny, bo wiedziałam, że zobaczy we mnie to, co ja próbuję ukryć. I zobaczyła. Była przerażona. Widziałam w jej oczach odbicie mojego stanu — spięta, jakby sparaliżowana, przerażona i zgaszona. Podsunęła mi pomysł oddziału dziennego. Zgodziłam się. Ufałam jej. Wiedziałam, że chce dla mnie dobrze.

A życie nie odpuszczało. 1 grudnia zepsuł się bojler — zaczęło się lać w łazience. Załamało mnie to kompletnie. Na szczęście siostra pomogła, załatwiła nowy. Była dla mnie wtedy ogromnym wsparciem. I inni też byli. Ale ja wciąż tego nie dostrzegałam. Widziałam tylko jedną możliwość: śmierć.

A przecież następnego dnia miałam iść do kina.

Trzymałam się tej myśli kurczowo — że może film świąteczny, pełen ciepła, da mi choć odrobinę ulgi. Że przypomni mi, że istnieje inny świat niż mój koszmar.

Matka nadal „bawiła się mną” i kiedy wracałam ze sklepu, cała w strachu, zobaczyłam ją leżącą bez ruchu. Wyglądała jak trup. Nie oddychała. Serce podchodziło mi do gardła, zimny pot momentalnie spływał mi po plecach. Wtedy zaczynałam wołać: „Mamo, mamo! Śpisz?” Ale cisza tylko potęgowała mój lęk. Podchodziłam bliżej, trzęsącymi się rękami szukałam pulsu, bo przecież może jak mnie nie było to połknęła garść leków, może podcięła sobie żyły. Każda sekunda trwała wieczność.

I wtedy ona nagle wybuchała śmiechem. Głośnym, nienaturalnym, jakby kpiącym. A ja stawałam jak wryta. Nie wiedziała, jaką krzywdę mi tym robi. Dla niej to była zabawa, dla mnie koszmar, który rozwalał mnie od środka. Po takich sytuacjach popadałam w stany psychotyczne. Korbka w mojej głowie zaczynała się nakręcać sama, bez przerwy, myśl po myśli, w coraz szybszym tempie. Jedna czarna wizja goniła drugą. Lawina nie do zatrzymania. Czułam się, jakby ktoś przekręcał klucz w mojej czaszce, dokręcał śrubę coraz mocniej. Nie miałam już nad tym kontroli.

A wracając do wyjścia do kina… to było jak piekło. Miałam atak paniki, który wręcz rozrywał mnie od środka. Nie mogłam złapać powietrza, wszystko bolało, całe ciało było w kleszczach napięcia. Myśli się rozpraszały, obrazy na ekranie nie miały żadnego sensu. Tak naprawdę filmu nie pamiętam. Modliłam się tylko o jedno: żeby to się skończyło. Ale co wtedy? Co będzie, kiedy światła się zapalą, a ja będę musiała wyjść? Sama nie dojdę do domu, przecież się uduszę, zemdleję, umrę gdzieś na chodniku. Strach paraliżował mnie kompletnie.

Marianna widziała, co się dzieje. Poprosiła, żebym poszła z nią jeszcze do sklepu z artykułami domowymi i ubraniami. Oczywiście poszłam. Nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że zostanę sama w tej galerii, że nagle zniknie mi z oczu i zostawi mnie z tym piekłem. To by mnie dobiło. Więc chodziłam za nią jak cień. Robot. Sztywna, cała spięta, z wykrzywioną twarzą i pustymi oczami. Obserwowałam innych ludzi — oni chodzili swobodnie, uśmiechali się, wybierali rzeczy, rozmawiali. A ja? Ja byłam karykaturą człowieka. Czułam, że wszyscy widzą, że coś ze mną jest nie tak.

Kręciło mi się w głowie, obraz co chwilę zamazywał się jakby ktoś rozlewał atrament na moje oczy. Każdy krok był walką. A w głowie miałam tylko jedno: „Idź za nią. Nie możesz jej stracić z oczu. Musisz wytrzymać.” To zdanie odbijało się echem, dudniło mi w czaszce. Byłam przerażona. I jednocześnie wściekła. Wściekła na siebie, że nie umiem być jak inni, że nie potrafię cieszyć się, rozluźnić, zachować normalnie. Ta wściekłość mieszała się z bezsilnością. Miałam wrażenie, że znikam, że coraz mniej mnie zostaje, a coraz więcej choroby i ciemności.

_Udawałam, że wszystko jest w porządku, jakbym nosiła na sobie maskę, która miała uspokoić innych. Ale w środku krzyczałam, rozpadałam się na kawałki. Czułam się wykończona, całe ciało miałam obolałe, głowę rozsadzał szum myśli, które nie dawały mi wytchnienia ani na chwilę. Tylko napięte mięśnie, drżące ręce i to nieustanne zmęczenie zdradzały prawdę, że nie ma we mnie nic „normalnego”. Gdy zamykałam za sobą drzwi mieszkania, jedyne, czego pragnęłam, to opaść na podłogę i już nigdy się nie podnieść._

Kolejne dni przepływały obok mnie jak przez mgłę, jakby ktoś przełączył mnie w tryb przetrwania. Rano otwierałam oczy i pierwsza myśl brzmiała: _„Po co wstawać? Przecież i tak zawalę. Przecież nikt i tak nie zrozumie.”_ Nie byłam w stanie gotować, nie byłam w stanie żyć, funkcjonować. Chciałam się ukarać. Tak, jakbym każdą dobrą intencję musiała zamienić w ból. Tak, jakby cierpienie było moim jedynym obowiązkiem. Jakby całe moje istnienie trzeba było odpokutować — już sam fakt, że żyję, wydawał mi się winą, której nie umiałam znieść.

_5 grudnia obudziłam się z potwornym lękiem. To był taki ciężar w klatce piersiowej, jakby ktoś przygniótł mnie kamieniem. Wiedziałam, że mam dziś psychoterapię, dodatkowe spotkanie — niby troska, bo terapeutka bardzo się o mnie martwiła, a dla mnie kolejny powód do paniki. Bałam się. Nie chciałam iść do szpitala, przecież miało być już lepiej, miało być inaczej. A jednak znów włączył mi się tryb zadaniowy — robić wszystko, byleby tylko ona nie zadzwoniła po karetkę. Wmawiałam sobie, że dam radę, choć tak naprawdę traciłam kontakt z rzeczywistością. Z jednej strony powtarzałam w głowie: „poradzę sobie, poradzę”, a z drugiej — krzyczało we mnie pragnienie, żeby to wszystko się wreszcie skończyło. Byłam wycieńczona, najbardziej fizycznie — mięśnie napięte do granic, ból w całym ciele. To był koszmar, którego nie da się opowiedzieć bez łez._

Na sesji mówiłam o mamie. O tym, że nie chce mnie puścić do szpitala, że wmawia mi, iż to przez leki jestem taka „dziwna”, że powinnam je odstawić i „wziąć się w garść”. Mówiłam o tym, że nie zniosę jej złości, jej pretensji, tego, że zostawię ją znowu. Sama wmawiałam sobie, że zrobię sobie szpital w domu — przecież wystarczy, że będę miała tabletki na spanie. Każdy powód był dobry, by uciec od prawdy, od konieczności pójścia tam, gdzie tak bardzo się bałam trafić.

Terapeutka zaproponowała, żebym w poniedziałek przyszła z mamą. Że wytłumaczy jej, w jakim jestem stanie, że potrzebuję leków, a nie presji, by „żyć pełnią życia” i udawać normalną. Mama po wielu trudach się zgodziła. Uff… tylko przetrwać weekend.

Przyszedł średni brat z żoną i córeczką. Mała — sześciolatka z ADHD — wszędzie jej pełno, nie do zatrzymania. A ja w tym czasie sparaliżowana, skulona w pokoju, ze ściśniętym sercem. Wiedziałam, że powinnam z nią się bawić, że zawsze to robiłam. A teraz? Nie miałam siły nawet na uśmiech. Paplałam się we własnej nienawiści do siebie — bo przecież jestem beznadziejną ciotką, bo nie sprostam, bo zawodzę wszystkich. Każdy ruch bolał. Chciałam tylko przestać żyć. Przestać cierpieć.

A potem nadszedł poniedziałek. Bałam się tego spotkania. Czułam, że mama znowu zacznie krzyczeć, obrażać panią Wiolę, mówić, że jestem leniwa, że nic mi nie jest. Serce waliło mi jak oszalałe, ręce miałam spocone, całe ciało drżało. _Raz kozie śmierć_ — pomyślałam — wdech, wydech, wchodzimy.

A tam… nic. Mama była spokojna, empatyczna, mówiła, że widzi problem, że chce pomóc. Patrzyłam na nią jak na obcą kobietę. To nie pasowało do obrazu, który miałam w głowie. A wtedy terapeutka powiedziała wprost: _„Kasia potrzebuje szpitala.”_ Poczułam, jakby ktoś we mnie uderzył. Zamarłam, nie byłam w stanie się odezwać. A one? One rozmawiały dalej, jak koleżanki przy kawie. Mama kiwała głową, że tak, że jeśli to konieczne, to dobrze, niech pójdę, byle mi było lepiej.

Siedziałam oszołomiona. Przerażona tym, że to się dzieje, ale jednocześnie… w jakiś dziwny sposób szczęśliwa. Ktoś wreszcie podjął decyzję za mnie. Ktoś zdjął ze mnie ciężar, którego nie mogłam unieść. Może w końcu przestanę cierpieć.

Wezwałam Ubera. Wróciłyśmy do domu. Mama powiedziała: _„Pakuj się.”_ Ja bez słowa wyjęłam walizkę i zaczęłam wrzucać rzeczy, które mi podsuwała. Byłam na autopilocie. Ręce działały, głowa nie nadążała. W środku jedno pragnienie: znaleźć się w miejscu, gdzie może w końcu zasnę. Gdzie ból mięśni i napięcie puszczą. Gdzie nie będę musiała już udawać.

I tak znalazłam się znowu na izbie przyjęć. Czułam się, jakby mnie ktoś wyłączył. Nie było mnie w środku, byłam tylko ciałem. Odpowiadałam na pytania lekarza czy lekarki — nawet nie pamiętam. Chciałam iść na swój stary oddział, do swojej lekarki, ale nie miałam siły tego powiedzieć. Było mi wszystko jedno. Tylko jedno się liczyło: żeby nie cierpieć.2 POBYT W ZAMKNIĘCIU

DZIEŃ PIERWSZY

Byłam wściekła. Obrażona na cały świat — że nie trafiłam na oddział, który znałam, tylko gdzieś indziej, w obce miejsce, wśród obcych ludzi. Podeszła do mnie młoda lekarka, przedstawiła się jako moja prowadząca. Słuchałam jej bez słuchania. Jej imię i twarz rozpłynęły się we mgle. Nic nie miało znaczenia.

Następnej nocy… światło. O trzeciej nad ranem na sali zrobiło się jasno jak w dzień. Współlokatorka uparła się, że MUSI zadzwonić do swojej rodziny — oczywiście z mojego telefonu. Byłam w szoku. Nie miałam siły się kłócić, ale cała drżałam ze złości. I bez tego nie spałam, a teraz jeszcze to. Kolejnej nocy było podobnie. Byłam tak sfrustrowana, że pisałam w środku nocy do przyjaciół, że kiedyś ją „zabiję w afekcie”. Czarny żart, desperacki, ale w tamtej chwili naprawdę miałam dość.

Do tego doszedł urząd pracy. Kolejny problem, który spadł mi na głowę jak kamień. Byłam zamknięta w szpitalu, nie mogłam zanieść zaświadczenia, nikt z bliskich nie miał jak tego zrobić. Normalnie wysłałabym je mailem, ale ich skrzynka była przepełniona. Pani z urzędu brzmiała jak kat — „proszę natychmiast wysłać pocztą, inaczej panią wyrejestrujemy”. A ja siedziałam w zamknięciu i wiedziałam, że szpital niczego pocztą nie wyśle. RODO. Ściana. Po wielu telefonach i tłumaczeniach, że jestem na oddziale zamkniętym, pani łaskawie „wyczyściła” skrzynkę i mogłam wysłać. Jedna przeszkoda mniej.

Dzień minął względnie spokojnie, aż do wieczora. Około 19 nagle całe ciało zaczęło się trząść, nie mogłam przestać płakać, a w głowie pojawiła się jedna myśl: _„chcę się zabić.”_ Poszłam po tabletkę, rozdygotana, prawie na kolanach błagając los, by dał mi siłę. Dostałam końską dawkę leków uspokajających. I pomogło. Wreszcie. Nawet napisałam znajomym: _„Nie martwcie się, już spokojnie. Nawet mi w głowie pojaśniało. Nie pamiętam, kiedy byłam taka spokojna.”_

Wieczorny obchód, tabletki i sen. Tym razem bez walki. Nawet światło, które mnie obudziło w nocy, nie było już w stanie mnie poruszyć.

12 GRUDNIA

Spałam do szóstej rano. Byłam prawie szczęśliwa — że mnie nie obudziła współlokatorka, że było cicho. Nie pamiętam jej imienia. Tak jak wielu innych rzeczy. Prawdę mówiąc, nie pamiętam prawie nic z tamtego czasu. Teraz zaglądam do notatek z tamtych dni — po raz pierwszy odkąd wyszłam — i robię to z ogromnym strachem. Bo wiem, co przyjdzie później. Psychoza. Wtedy puściły wszystkie hamulce. Zaczęłam zachowywać się okropnie wobec ludzi, których najbardziej kocham. To nie byłam ja. Ale o tym — w dalszej części.

Tamten dzień na oddziale minął jakoś spokojnie. Pisałam do siostry, do szwagra, choć nie pamiętam, czy i kiedy mi odpisywali. Wszystko się mieszało, plątało. Odpowiadałam też przyjaciołom, ale z trudem. Coraz większym. Bo po tych dawkach leków obraz zaczął mi się rozmazywać, litery na telefonie tańczyły. Trzeci dzień w szpitalu, a ja już prawie nic nie widziałam. Teraz pytanie: czy to skutek leków, czy początek psychozy? Tego nikt już nie rozstrzygnie. Może jedno i drugie.

Napisałam wtedy na grupie:

_„Czy ja zawsze muszę robić coś nie tak? Nie jem, żeby ukarać siebie, bo nie mogę robić nic innego. Nie chcę żyć. Walczę, codziennie walczę, ale też codziennie widzę zwisający prysznic i pragnę spróbować się nim udusić. Nie robię tego tylko dlatego, że przyszłam tu po pomoc. Przepraszam, że jestem taką egoistką i myślę w taki sposób, ale staram się. Bardzo się staram walczyć.”_

I tyle pamiętam. Potem — czarna dziura. Z notatek wiem, że skończyłam w pasach. Nie pamiętam, dlaczego. Nie pamiętam momentu. Dopiero nad ranem, około szóstej, ktoś mnie uwolnił.

W tym samym czasie moi bliscy stroili choinki, rozwieszali lampki, cieszyli się świąteczną atmosferą. A ja tonęłam. W depresji, w beznadziei, w planach śmierci. Święta zawsze były moim żywiołem — byłam „świątecznym freakiem”, kochałam tę całą otoczkę. A teraz? Patrzyłam na choinkę i nie czułam nic. Jakby ktoś wyciął mi serce i zostawił pustą skorupę.

A jednak pisałam do ludzi: że niedługo wyjdę, że na święta będę w domu. Że w szpitalach nikt długo nie trzyma. Łudziłam siebie i innych. „Może nie w przyszłym tygodniu, ale za dwa już na pewno wyjdę.” Naiwne słowa. Dziś brzmią jak ironia losu.15 grudnia

Odpięli prysznic. Przeze mnie.

Bo próbowałam się na nim powiesić. Nie udało się. I zamiast się przestraszyć, na wieczornym obchodzie wypaliłam do lekarzy: _„tym prysznicem to można się co najwyżej poddusić, a nie udusić — więc mogą go spokojnie oddać do łazienki.”_

Co ja miałam wtedy w głowie? Nie wiem. Złość. Furia. Beznadzieję. Byłam wściekła, że wszystko wokół mnie staje się „bezpieczne”, że odbierają mi narzędzia, jakby chcieli na siłę zatrzymać mnie przy życiu. A ja nie chciałam żyć. Nikt tego nie rozumiał. Każdy mi przeszkadzał.

Dowiedziałam się, że następnego dnia moja matka ma rozmawiać z lekarką o tym, co się ze mną dzieje. I poczułam strach. Bo jeszcze potrafiłam ją okłamywać. Udawałam, że jem. Udawałam, że jakoś funkcjonuję. Prawda była taka, że nie byłam szczera z nikim. A jeśli coś już ze mnie wydusili — zamieniało się to w ich lęk o moje życie.

Potem pojawiła się czarna dziura. Cisza. Do nikogo nie pisałam, nie odpowiadałam, nie miałam siły nawet udawać. Nie wiem, co się ze mną działo — jakby mnie nie było.17 grudnia

Tego dnia pojawiła się moja nowa lekarka. Trzecia już, która miała prowadzić mnie w tym szpitalnym chaosie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że z czasem okaże się dla mnie naprawdę ważna.

W mojej głowie kotłowała się tylko jedna myśl: _kiedy matka usłyszy, że ciągle jestem w pasach, przerazi się_. Wiedziałam też, że dowie się o moim niejedzeniu. Strach zżerał mnie od środka. Ta rozmowa wydawała się końcem świata.

Tamtej nocy znów wylądowałam w pasach. Już nawet nie wiem, który to raz. Ciało pamiętało ból i bezsilność, ale głowa powoli przestawała reagować.

Kiedy jednak doszło do rozmowy lekarki z matką, nie wydarzyło się nic strasznego. Lekarka spokojnie powiedziała, że jeszcze mnie nie zna, że musi się ze mną oswoić i dopiero wtedy udzieli informacji. To było dla mnie jak ulga. Uspokoiłam się. Przynajmniej na chwilę.19 grudnia

W końcu przyznałam się bliskim. Napisałam:

_„Od tygodnia mam głodówkę. Wymiotuję leki i wodę. Jestem głodna. Wszystko im zgłosiłam, czekam na pomoc.”_

Ale pomoc nie przychodziła. A ja dalej wymiotowałam. Następnego dnia, i kolejnego. Organizm był już wyczerpany, a ja sama czułam, że powoli gasnę.

Lekarz mówił, żebym piła, choćby wodę. Ale po co, skoro i tak ją zwrócę? To było jak błędne koło. Z każdą próbą czułam się jeszcze bardziej niezrozumiana. Jakby nikt nie widział, że nie walczę z brakiem chęci, tylko z własnym ciałem, które odmawiało posłuszeństwa.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij