-
nowość
-
promocja
Droga kości. Podróż śladami Gułagu - ebook
Droga kości. Podróż śladami Gułagu - ebook
Podróż przez krainę łagrów, która choć zdaje się należeć do mrocznej przeszłości, rozciąga swój cień nad rosyjską teraźniejszością.
Eksperci od spraw Rosji, Ville Ropponen i Ville-Juhani Sutinen, przejechali tysiące kilometrów – od Karelii po Syberię i dalekowschodnią Kołymę – w poszukiwaniu pomników, cmentarzy i ruin obozów, które niegdyś pokrywały rozległe obszary Związku Radzieckiego. Rozmawiali z ludźmi, którzy byli więzieni i pracowali w łagrach. Po trzech dekadach od upadku ZSRR i krwiożerczego systemu obozów pracy opowiedzieć o doświadczeniach tych, którzy stali się ofiarami bezwzględnej siły politycznej i przemocy.
Droga kości pokazuje, że choć Gułag zdaje się należeć do przeszłości, pozostawił po sobie ślady, które jeszcze długo pozostaną niezatarte. Książkę opatrzył posłowiem Marcin Łuniewski.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368295924 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ta książka nie powstałaby, gdyby nie bezinteresowna pomoc, którą otrzymaliśmy podczas naszych podróży. Kluczowe okazało się dołączenie do ważnej w Rosji sieci kontaktów, dzięki czemu sprawy jakby same się załatwiały. Jedna osoba przekazywała nas drugiej, druga – trzeciej i tak dalej, od Petersburga po Magadan. Pracę ułatwiła też rosyjska gościnność. Wielu ludzi z entuzjazmem służyło nam za przewodników, otwierało swoje drzwi i serca, częstowało nas herbatą w biurze czy bimbrem przy ognisku.
Dziękujemy szczególnie Jelizawiecie Wierieszczaginie, która była naszą przewodniczką zarówno w Moskwie, jak i w podróży pociągiem do Republiki Komi. Dziękujemy również stowarzyszeniu Memoriał – zebrane przez nie informacje stanowiły niezastąpiony drogowskaz, gdy szukaliśmy śladów Gułagu w różnych zakątkach Rosji, a przedstawiciele stowarzyszenia, przede wszystkim historyczka Maria Sziłowa, bardzo nam pomogli. W wielu miastach i wsiach miejscowi dzielili się swoją rozległą wiedzą i wozili nas w miejsca, gdzie znajdują się pomniki lub ślady obozów. Gorąco dziękujemy Michaiłowi Rogaczowowi z Syktywkaru, Irinie Witman i Annie Wasiliewnie Krikun z Workuty, Siergiejowi Krasilnikowowi i Giennadijowi Cziczurinowi z Nowosybirska oraz Siergiejowi Raizmanowi i Andriejowi Komissarowowi z Magadanu i Kołymy.
Dziękujemy również moskiewskiemu Muzeum Historii Gułagu oraz tym dyrektorom i przewodnikom lokalnych muzeów, którzy opowiedzieli nam o historii obozów w danej okolicy. Nie możemy, a nawet nie powinniśmy wymieniać tutaj nazwisk wszystkich, którzy nas wspierali. Niektórzy zmagają się z ciągłymi trudnościami ze względu na swoje zainteresowanie Gułagiem – jedną osobę nawet aresztowano, zanim ukończyliśmy tę książkę – i nie chcemy ściągać na nich więcej kłopotów. Niestety w dzisiejszej Rosji podobne przypadki znów stają się coraz częstsze. Stanowią jednak dowód, że ta książka jest potrzebna, bo opowiada nie tylko o historii, lecz także o teraźniejszości.
Za dofinansowanie pracy nad książką i koniecznych podróży dziękujemy trzem fińskim organizacjom: Centrum Promocji Literatury, Fundacji Jenny i Anttiego Wihurich oraz Centrum Promocji Sztuki.
Zdelegalizowane w 2021 roku (wszystkie przypisy, jeżeli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).
„Tymczasowo” zamknięte w 2024 roku.WSTĘP
Jak pisać o Gułagu, archipelagu łagrów? Na temat systemu obozów karnych i ośrodków pracy przymusowej oraz ogólnie radzieckiego terroru ukazało się na świecie i w Finlandii wiele książek beletrystycznych i non-fiction, jak również prac naukowych i innych tekstów. Szczególnie okres stalinizmu zasłużył sobie – obok nazizmu – na miano symbolu dwudziestowiecznego barbarzyństwa. Cóż jeszcze można na ten temat napisać?
Odpowiedź przyniosły nam podróże śladami Gułagu. Gdy objeżdżaliśmy ten olbrzymi obszar, na którym niegdyś znajdowały się radzieckie łagry, a w drodze czytaliśmy poświęcone im prace naukowe i dzieła literackie, nasze doświadczenia i lektury samoistnie zaczęły ze sobą korespondować.
Ta książka to zapiski z podróży, wycieczka przez znikający czas i niknącą przestrzeń. Na jej kartach przywołujemy też najważniejsze kwestie z historii radzieckiego terroru i systemu łagrów.
Szczególnie koncentrujemy się na konkretnych znakach Gułagu, śladach, które zachowały się po obozach i związanej z nimi infrastrukturze. Tych pozostałości w Finlandii niemal w ogóle nie poszukiwano i dotąd nie pisano o archipelagu łagrów przez ich pryzmat. A jednak w różnych zakątkach Rosji i krajów postradzieckich istnieje mnóstwo śladów Gułagu. Te blizny mogą opowiedzieć coś, co byłoby nie do przekazania w inny sposób.
Interesują nas również zmieniające się na przestrzeni dziejów interpretacje znaczenia łagrów i różne oceny Gułagu w samej Rosji i poza nią. Pracując nad książką, co jakiś czas natrafialiśmy na ogólny pogląd, że Gułag jest do pewnego stopnia przemilczanym tematem w Rosji, a za granicą w tej kwestii nie wiadomo praktycznie nic.
Im dalej się zapuszczaliśmy w różne rejony dawnego archipelagu łagrów i im głębiej zanurzaliśmy się w źródła i materiały archiwalne, tym silniej zdawaliśmy sobie sprawę, że wiedza i pamięć o Gułagu wcale nie zginęły. Nie jest to zakazany ani przemilczany temat, czy to w samej Rosji, czy poza nią. Temat obozów szeroko omawiano w Związku Radzieckim i w Rosji szczególnie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Obecnie istnieją poświęcone im wystawy muzealne, a nawet całe muzea, i setki pomników w różnych miejscach na terenie byłego ZSRR. Książki o Gułagu są powszechnie dostępne – i czytane. W 2005 roku opublikowano po rosyjsku wyczerpujące, siedmiotomowe opracowanie _Istorija stalinskogo Gułaga_ („Historia stalinowskiego Gułagu”). To nie są oznaki zapomnienia, ale pamięci.
Może więc nie należy pytać o to, czy o obozach w ogóle się pamięta, ale o sposób, w jaki się to robi.
Obecnie politycznie napięta atmosfera w Rosji powoduje, że pojawia się coraz więcej obrońców Gułagu, choć wiele organizacji pozarządowych, przede wszystkim Memoriał, a często również Cerkiew prawosławna, aktywnie podtrzymuje pamięć o radzieckich represjach i łagrach. Pozycja państwa jest bardziej ambiwalentna. Władze nadal zajmują się tą sprawą, ale ich otwartość i zainteresowanie ustalaniem historycznych faktów okazują się bardzo zmienne.
W krajach zachodnich Gułag bada się natomiast tak samo jak system obozów koncentracyjnych utworzony przez nazistowskie Niemcy, tyle że temu pierwszemu nigdy nie przyznano podobnej roli w formowaniu narodowego sumienia. Czasami można odnieść wrażenie, że o łagrach myśli się wręcz jak o zjawisku oczywistym, bo chodzi o Rosję – przecież w tym kraju życie ludzkie nie ma żadnej wartości i dlatego zawsze dzieją się tam rzeczy, jakie dla nas w Europie byłyby nie do pomyślenia. W tle kryje się jakiś może niekoniecznie rasistowski, ale orientalistyczny pogląd na sprawę.
W szczytowym momencie rozwoju Gułagu obozy były rozsiane niemal na połowie kuli ziemskiej, w dziesięciu strefach czasowych, a podróż z jednego krańca systemu na drugi zajmowała wówczas całe miesiące. Na szczęście my przemieszczaliśmy się nieco szybciej. Pokonując tysiące kilometrów, widzieliśmy dziesiątki pomników i cmentarzy i spotykaliśmy ludzi, którzy pamiętają. Przy okazji zauważyliśmy jednak, że tę pamięć zmarginalizowano. Pomniki są często małe, stoją na uboczu i niewielu wie o ich istnieniu. A pamiętający to zazwyczaj ci, których głos nie niesie się daleko z ustronnych, betonowych klitek.
Istotnymi pamiątkami z czasów Gułagu są również mimowolne pomniki; pozostałości obozów, materialne i duchowe dziedzictwo obecne w miejscach związanych z łagrami. Wśród ruin wyczuwa się silną obecność ambiwalentnej historii. W wielu rosyjskich powieściach uwolnieni więźniowie doświadczają obsesyjnej chęci powrotu do miejsc, gdzie znajdowały się obozy. Ich szokujące życzenie stało się dla nas bardziej zrozumiałe, gdy sami podążaliśmy śladem tych historycznych szczątków.
Wierzymy, że Gułag nie został omówiony wyczerpująco. Dyskusja się urwała, a temat zbyt wcześnie odstawiono na boczny tor. Próby dalszego życia po tym wszystkim są słuszne i sprawiedliwe, ale czy da się żyć dalej, jeśli nad wszystkim wciąż się unosi widmo Gułagu?
Aleksandr Sołżenicyn na początku swojego monumentalnego dzieła _Archipelag GUŁag_ przytacza historię, która dobrze odzwierciedla naturę omawianego zjawiska. Pisarz przypadkiem natknął się na artykuł w gazecie, według którego nad Kołymą odkryto zamarznięte od tysiącleci szczątki jakiegoś płaza, a odpowiedzialni za znalezisko natychmiast je zjedli. W tekście oczywiście nie wspomniano o tym wprost, ale Sołżenicyn od razu się domyślił całego kontekstu: odkrywcami byli pracujący przymusowo łagiernicy, którzy z głodu zjadali wszystko, co im wpadło w ręce, nawet prehistoryczne płazy.
W tej absurdalnej, tragikomicznej chwili krystalizuje się niepojęta natura Gułagu. Teraz, w „wiekach, co nadeszły” – jak zapowiada Sołżenicyn w zdaniu, które wybraliśmy na motto naszej książki – archipelag łagrów sam przypomina taką skamielinę zamrożoną przez historię. Jego szczątki istnieją rozproszone po całym terytorium byłego Związku Radzieckiego, a część z nich pozostaje nieodnaleziona.
24.02.2019
Ville Ropponen i Ville-Juhani SutinenROZDZIAŁ 1.
Od Wyspy Sołowieckiej do archipelagu łagrów
Długie cienie brakujących krzyży
Przewodnik państwowego Muzeum Historii Gułagu w Moskwie trzyma przed nami pomięty banknot pięćsetrublowy. Stoimy w ciemnej sali i nie od razu pojmujemy, co ma on wspólnego z łagrami. Dopiero gdy mężczyzna pokazuje nam ilustrację na jego odwrocie, zaczynamy rozumieć, o co chodzi.
Na rewersie rosyjskiego banknotu o nominale pięciuset rubli widnieje podobizna słynnego na cały świat Monastyru Sołowieckiego. Klasztor stoi na pięknym, surowym, kamienistym nabrzeżu, a za jego kopułami rozpościera się Morze Białe.
Banknoty te zaczęto drukować, gdy weszła w życie reforma monetarna po upadku Związku Radzieckiego, a artysta odpowiedzialny za obraz monastyru zasugerował się starą fotografią i odwzorował kościół bez krzyża. Rzeczywiście świątynia wyglądała tak niemal przez całą epokę radziecką – nie tylko ze względu na antyreligijną politykę państwa, ale i dlatego, że Wyspa Sołowiecka została zarekwirowana na potrzeby Gułagu.
Innymi słowy, artysta wcale nie narysował kościoła, tylko niechcący uwiecznił łagier! Błąd szybko wykryto i na nowych banknotach pojawił się krzyż. Banknoty bez tego religijnego symbolu stały się rarytasami i obecnie kolekcjonerzy płacą za nie pokaźne sumy.
Ta pomyłka pokazuje, jak głębokie ślady Gułag pozostawił w Rosji. Jego spuścizna kryje się niemal wszędzie i co jakiś czas daje o sobie znać. Historia z banknotem dowodzi, jak zwyczajną częścią życia były – i nadal są – obozy. Sieć łagrów zaczęła się kurczyć po śmierci Stalina, Gułag zlikwidowano w latach sześćdziesiątych, a system obozów ostatecznie upadł z nastaniem lat dziewięćdziesiątych, ale jego relikty nigdzie nie zniknęły. Wręcz przeciwnie, ich analiza pozwala dostrzec, że spektrum śladów jest bardzo szerokie: od niewyraźnych cieni do definiujących całe życie sposobów myślenia i działania. Pozostałości Gułagu widać w budynkach i w przyrodzie, ludzie natomiast noszą je w sobie.
Chociaż archipelag łagrów pod wieloma względami stanowił rzeczywistość różniącą się od cywilnego świata, przedstawiał również organiczną część radzieckiego społeczeństwa. Trudno sobie wyobrazić Związek Radziecki bez Gułagu.
Po rewolucji obozy bez trudu wpasowały się w nowy system między innymi dlatego, że carska Rosja wyróżniała się długą tradycją obozów karnych i zsyłek. Choć radziecki Gułag oczywiście istniał w określonym czasie i miejscu, to jego krwawe zwiastuny pojawiały się już wcześniej w historii.
Stare nowe obozy
Już w siedemnastowiecznej Rosji słowo „Syberia” przywoływało obraz odległej, odizolowanej krainy, gdzie obok kryminalistów marnieli przestępcy polityczni i mężowie stanu, którzy popadli w niełaskę. Do znanych „rezydentów” należy książę Aleksandr Mienszykow, wygnany na początku XVIII wieku do Bieriozowa na zachodzie Syberii. W późniejszych czasach także wielu słynnych rosyjskich pisarzy, od Puszkina po Dostojewskiego, przechodziło okres zsyłki bądź pracy przymusowej. _Wspomnienia z martwego domu_ Dostojewskiego powstały na kanwie jego osobistych doświadczeń jako więźnia na Syberii w latach pięćdziesiątych XIX wieku. Wówczas wyrok zesłania czy nawet obozu oznaczał jednak stosunkowo lekki los w porównaniu z przyszłym Gułagiem.
Zesłańców z epoki carskiej Rosji, a już szczególnie przedstawicieli elity, na ogół nie skazywano na roboty. Pracę wykonywali za to więźniowie kolonii karnych zwanych katorgami. Choć nie dorównywały Gułagowi pod względem liczby więźniów i skali okrucieństwa, to zakładano je z podobnych pobudek. Chodziło o odizolowanie niepożądanych osób i przystosowanie nowych terenów do zasiedlenia. Zresztą Piotr Wielki zbudował swoje marzenie – Petersburg – rękami przymusowych robotników.
Katorżników – podobnie jak później łagierników – kierowano do zadań, przy których brakowało rąk do pracy i które wymagały pokaźnej siły roboczej oraz długiej izolacji pojedynczego robotnika od rodziny i cywilizacji. Były to przede wszystkim budowa dróg, a później linii kolejowych, jak również górnictwo i wyrąb lasów. Dwa systemy obozów pracy przymusowej łączyło też to, że za ich pomocą starano się zaludnić najdalsze regiony kraju i że oba wiązały się z przesiedleniami. System katorgi był jednak nieporównywalnie mniejszy od Gułagu.
W połowie XIX wieku, za autokratycznych rządów cara Mikołaja I, kara katorgi jeszcze bardziej się upolityczniła, bo na zsyłkę i obozy zaczęto skazywać między innymi działaczy niepodległościowych z narodów dążących do opuszczenia Cesarstwa Rosyjskiego. Już wcześniej Mikołaj powołał tak zwany III Oddział Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, który miał czuwać nad bezpieczeństwem wewnętrznym kraju. Za panowania Aleksandra III obowiązki oddziału przejęła niesławna Ochrana, której celem było zwalczanie wrogich grup, terrorystów, socjalistów i rewolucjonistów. W końcu stała się ona narzędziem samowoli, poprzedniczką niezbędnej dla funkcjonowania Gułagu tajnej policji – Czeki (później NKWD i KGB).
Zsyłki i obozy pracy stopniowo upowszechniły się w Cesarstwie Rosyjskim i wywożenie obywateli na Syberię zakorzeniło się w kulturze państwa. Tę praktykę również krytykowano, nieraz bardzo ostro. Anton Czechow w książce _Sachalin_ krytycznie opisał warunki, w jakich trzymano więźniów na odległej wyspie na Dalekim Wschodzie Rosji. Pisarz stwierdził między innymi, że „Sachalin to miejsce największej męki, jaką potrafi znieść człowiek wolny czy uwięziony”. Temat wzbudził wiele dyskusji na początku XX wieku i dzięki książce Czechowa warunki więźniów na wyspie istotnie się poprawiły. Anarchista Piotr Kropotkin też napisał relację z podróży na archipelag carskich obozów karnych.
Chociaż katorgę i III Oddział można uznać za zalążek Gułagu i NKWD, nie ma co szukać prostych powiązań między nimi. W przeszłości więźniów wykorzystywano do pracy przymusowej w wielu miejscach na całym świecie, od brytyjskiej Australii po Afrykę i tropikalne kolonie francuskie. Dopiero komunizm i później nazizm stworzyły mechanizm wyzysku podobny do tego kolonialnego, ale wymierzony w mieszkańców metropolii. System radzieckich łagrów nie wziął się znikąd i miał swoich poprzedników, należy jednak podkreślić, że Gułag to wytwór typowo radziecki i nowoczesny. Gdyby bolszewicy nie doszli do władzy, w Rosji raczej nic podobnego by nie powstało.
Jednym z najistotniejszych czynników odróżniających Gułag od katorgi było to, że w Związku Radzieckim ludzi więziono „nie za popełnione czyny, lecz po prostu za to, kim byli”, jak wyjaśnia w książce _Gułag_ historyczka i badaczka radzieckiego terroru Anne Applebaum. Innymi słowy, odwołując się do abstrakcyjnych pojęć, Gułag nie opierał się na klasycznej idei zbrodni i kary oraz odkupienia, tylko na winie podobnej do grzechu pierworodnego, która dotyczyła całych klas społecznych i narodów. Pod tym względem przypominał obozy koncentracyjne nazistowskich Niemiec, w których szczególnie Żydów mordowano z podobnych pobudek. Między tymi dwoma systemami występowały jednak zasadnicze różnice i nie można ich utożsamiać.
Warto zauważyć, że wielu zwierzchników Gułagu, poczynając od Lenina i Stalina, również przeżyło zesłanie na Syberię w Imperium Rosyjskim. Część dzieł i przemówień Lenina powstała podczas zsyłki, gdy więźniowie pośród tajgi nie mieli niczego innego do roboty jak tylko snuć swoje wizje.
Czasem słyszy się rzuconą półżartem uwagę, że stosunkowo łagodne kary z czasów Imperium pokazały późniejszym rządzącym, jak sprawy załatwiać nie należy. Syberia więc rzeczywiście uczyła: udowodniła tym, których zesłano tam i wywieziono na roboty na przełomie XVIII i XIX wieku, że jeśli naprawdę chce się przełamać opór, trzeba korzystać z dużo ostrzejszych środków.
*
Rewolucja październikowa z 1917 roku i następujące po niej brutalne działania stopniowo ukształtowały społeczeństwo, w którym Gułag stał się możliwy. Jest gorzką ironią historii, że fale rewolucji lutowej walczącej o wyzwolenie państwa spod samodzierżawia w końcu wyniosły na szczyt najbardziej dyktatorską ze wszystkich grup politycznych Rosji – bolszewików.
Głosili oni nadejście komunistycznego raju przyszłości, ale w stosunkowo krótkim czasie zbudowali bezwzględny system ucisku, którego filarem niemalże od początku był terror, a wkrótce również łagry.
Prawie natychmiast po rewolucji październikowej Komitet Centralny partii bolszewickiej ogłosił walkę przeciwko „wrogom ludu”. To pojęcie, usankcjonowane w ukazie podpisanym przez Lenina, stanowiło odpowiednio elastyczne narzędzie opresji – nie trzeba było bowiem udowadniać, że oskarżony jest wrogiem ludu. Wystarczyło chociażby podejrzenie o sabotaż czy gromadzenie dóbr. Wrogów ludu uznawano za osoby wyjęte spod prawa, które należało pozbawić wolności, a w razie potrzeby – zabić.
Na tym nie koniec: zaledwie półtora miesiąca po rewolucji, 20 grudnia 1917 roku, rząd radziecki powołał Wszechrosyjską Komisję Nadzwyczajną do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem. Tak narodziła się Czeka. Nowy organ od samego początku zyskał szerokie uprawnienia do aresztowania i karania podejrzanych bez procesu, a zakres jego działań wciąż się powiększał.
Opresyjna polityka wynikała nie tylko stąd, że władza bolszewików była zagrożona i ograniczała się do centrum Rosji, ale również z radykalnej ideologii. Rządzący podziwiali francuskich jakobinów i dyktaturę końcowego okresu Komuny Paryskiej. Lenin i Trocki byli pewni, że najmniejszy przejaw łagodności w stosunku do przeciwników doprowadziłby do upadku rewolucji.
Redaktor _Czarnej księgi komunizmu_ Stéphane Courtois dostrzega w tej brutalności również związek bolszewizmu z rosyjską spuścizną ideologiczną. Poza europejskim marksizmem bolszewicy czerpali też z tradycji rewolucyjnego ruchu nihilistycznego w Rosji, na przykład z poglądów Siergieja Nieczajewa. Zawierała się w nich myśl, że mniejszość ma prawo do oczyszczenia społeczeństwa z wrogich grup.
Wśród bolszewików litością i humanizmem pogardzano jako oznakami „burżuazyjnej moralności”, na jakie prawdziwy rewolucjonista nie może sobie pozwolić. Wychwalano twardość i dążenie do celu wszelkimi środkami. Rodził się nowy świat, w którym przemoc i opresja miały zniknąć na zawsze. I aby do niego dotrzeć, z przemocy i opresji można było korzystać bez ograniczeń.
Mówiąc o niszczeniu klas, bolszewicy rozumieli rzecz dosłownie. Brutalne czystki miały zapewnić najkrótszą drogę ku utopii. Nienawiść klasowa nie skupiała się wyłącznie na arystokracji, burżuazji, duchowieństwie i inteligencji. Rewolucja przeprowadzona w imię proletariatu wykorzystywała przemoc również przeciwko chłopom oraz robotnikom, którzy domagali się swoich praw.
Terror nasilił się wiosną 1918 roku. Stłumiono ruchy strajkowe, a demokratyczne postulaty stłamszono – tysiące ludzi straciły życie. Wkrótce również wykiełkował pierwszy pęd Gułagu. Latem tego samego roku podejrzane jednostki zaczęto umieszczać w obozach. Przewodniczący Czeki Feliks Dzierżyński i Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych publicznie mówili o „masowym terrorze”, a rząd oficjalnie go zalegalizował. Od tamtego czasu bolszewicy zaczęli postrzegać wszelki opór i wszelką krytykę jako zjawiska kontrrewolucyjne i już nie dzielili swoich przeciwników na kategorie.
Wojna domowa, która wybuchła w Rosji latem 1918 roku, była wyniszczająca. Wszystkie strony konfliktu dopuszczały się masowych mordów i terroryzowały ludność cywilną. Czerwony terror uważano za bardziej systematyczny i lepiej zorganizowany od białego. Podczas wojny bolszewicy zamordowali prawdopodobnie setki tysięcy osób. Kolejne kilkaset tysięcy zamknięto w obozach koncentracyjnych. Tradycja przemocy trwała dalej i się odnawiała.
Bolszewicy walczyli nie tylko z białymi, ale również z liczną grupą robotników i chłopów, którzy najpóźniej na tamtym etapie zaczęli niechętnie się odnosić do radzieckiej władzy. Wynikało to w dużej mierze z realizowanego przez bolszewików tak zwanego komunizmu wojennego, który zakładał zarówno militaryzację robotników, jak i przeprowadzane na wsiach rekwizycje zboża.
Polityka ucisku z okresu wojny domowej w wielu kwestiach stanowiła zapowiedź tego, co miało dopiero nadejść. System opresji i łagry jeszcze się wówczas do końca nie ukształtowały, jednak wydarzenia tamtych lat były niczym próba generalna przed wielkim i potężnym spektaklem Gułagu.
Na prowincji, szczególnie w Ukrainie, na początku lat dwudziestych narodziło się kilkadziesiąt dużych ruchów powstańczych, które władza radziecka zdusiła. Według bolszewików powstania chłopskie były owocem kontrrewolucyjnego spisku, któremu przewodzili „kułacy”, czyli najbogatsi chłopi. Ta postawa rządzących i wizerunek kułaka zyskały wielkie znaczenie w epoce Gułagu.
Ostatnie duże powstanie chłopskie wybuchło w guberni tambowskiej. Stłumiono je niezwykle brutalnie. Co najmniej pięćdziesiąt tysięcy powstańców i ich bliskich, w tym kobiety, dzieci i osoby starsze, zamknięto w siedmiu obozach koncentracyjnych. Masowe mordy osiągnęły swój szczyt na Krymie w 1920 roku. Po podbiciu półwyspu wymordowano tam i uwięziono w obozach dziesiątki tysięcy ofiar.
Szczególnie okrutną formę czerwony terror przybrał też w obwodach dońskim i kubańskim. Partia postanowiła pozbyć się wszystkich Kozaków zamieszkujących te ziemie. Tak zwane rozkozaczanie, przez niektórych badaczy uznawane za ludobójstwo, obejmowało rzeź dziesięciu tysięcy osób, przesiedlenie kilkuset tysięcy na północ oraz umieszczenie nawet stu tysięcy Kozaków z rodzinami w obozach koncentracyjnych.
Wiosną 1921 roku bolszewicy wygrali już wojnę, ale niepokoje społeczne panowały na całym olbrzymim terytorium radzieckiej Rosji. Mieszkańcy wsi się buntowali, ludność miast strajkowała, a komitety fabryczne protestowały przeciwko władzy, domagając się demokracji i wolności słowa. Gdy w kronsztadzkiej bazie Floty Bałtyckiej marynarze wzniecili powstanie, przez chwilę wyglądało to na powtórkę wydarzeń z lutego 1917 roku. Tym razem i powstanie, i strajki bezlitośnie zduszono. I po raz kolejny tysiące ludzi wymordowano i zamknięto w więzieniach.
Bunty i społeczny opór zmusiły jednak Lenina do spowolnienia marszu ku komunizmowi. Partia zdecydowała o wprowadzeniu Nowej Polityki Ekonomicznej (NEP). Zaprzestano rekwizycji zboża i częściowo otwarto rynek. Mimo to rząd skrycie pozostawał na stopie wojennej z chłopami i po odrzuceniu NEP-u uznał rozpoczętą w 1928 roku kolektywizację rolnictwa za ostateczny kontratak przeciwko nieposłuszeństwu ludności wiejskiej.
Oficjalnie Związek Radziecki powstał w 1922 roku. Już podczas rewolucji przemoc umocniła się jako rdzeń prowadzonej przez bolszewików polityki i władze nie chciały ani nie potrafiły z niej zrezygnować również po nastaniu pokoju. Po zakończeniu otwartej wojny bolszewicy zaczęli widzieć wrogów zarówno wewnątrz kraju, jak i za granicą, a lęki podsycano również w celach propagandowych. Na to wyobrażone – a czasem i rzeczywiste – zagrożenie odpowiadano kolejnymi falami represji.
Uważana za nieomylną partia w latach dwudziestych stopniowo przejęła kontrolę nad całym społeczeństwem. Bolszewicy głosili, że po triumfie komunizmu nastąpi koniec państwa, ale paradoksalnie sami stworzyli państwo totalitarne.
Zamiast rajem robotniczym Związek Radziecki stał się systemem biurokracji partyjnej opartym na wykorzystaniu siły Armii Czerwonej i tajnej policji. Jak stwierdził fiński historyk Osmo Jussila, nie panowały tam socjalizm ani władza rad, choć rzeczywiście stworzono ich iluzję. Znacjonalizowana, państwowa gospodarka pozostawała pod kontrolą instytucji państwowych. Można tu również mówić o kapitalizmie państwowym.
Organy terroru otrzymały nowe formy i nazwy – zjawisko to powtarzało się przez całą historię Związku Radzieckiego i jego obozów. W 1992 roku Czekę włączono do Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych (NKWD) jako GPU. NKWD, które przejęło kontrolę nad całym Związkiem Radzieckim, szczególnie w okresie stalinizmu stało się synonimem państwowej opresji. Polityczna przemoc zyskała również legalne podstawy, gdy w 1922 roku uchwalono prawo o „działalności kontrrewolucyjnej”. Przestępstwa kontrrewolucyjne karano surowo: albo wyrokiem śmierci, albo łagrem.
Wiele cech Gułagu dało się dostrzec już w pierwszych więzieniach i obozach założonych przez radziecki rząd w 1918 roku. Również po wojnie władze pozbawiały obywateli wolności z powodów politycznych. Na przykład w 1920 roku do łagrów trafili oficerowie, którzy w wojnie domowej walczyli po stronie białych, buntownicy przeciwko rządom bolszewików, arystokraci, właściciele ziemscy, przedstawiciele burżuazji, członkowie innych partii oraz księża.
Polityczne represje i obozy karne były więc integralną częścią radzieckiej Rosji niemal od samego początku. Więźniowie wkrótce stali się w kraju ważną grupą społeczną, a nawet oddzielnym narodem, jak zauważa Sołżenicyn w _Archipelagu GUŁag_.
Rewolucja, fanatyzm ideologiczny, czerwony terror, dziedzictwo wojny domowej czy kontrola społeczna nie doprowadziły do Gułagu wprost, ale legitymizacja przemocy płynąca z bolszewickiego ideału siły, dążenia do komunistycznej modernizacji i wszechwładnego państwa uczyniły go możliwym.
Na początku była wyspa
Niewielki prom huśta się złowróżbnie. Zbudowano go w latach sześćdziesiątych i czasy świetności ma już za sobą. Fale potężnego Morza Białego z plaskiem uderzają o burty, a metalowy kadłub przyjmuje ciosy z jękiem protestu.
Podróżujemy z Kiemu, miasta w Republice Karelii, na Wyspę Sołowiecką. Jest przedwiośnie, sezon jeszcze się nie rozpoczął i razem z nami płynie tylko paru rosyjskich turystów i kilku robotników, którzy pracują na wyspie przy remoncie monastyru. Znalazło się też miejsce dla mnicha prawosławnego w czarnym habicie. Gdy fale ciskają promem, ciemny obraz na ścianie kołysze się na boki.
Wytężamy wzrok w półmroku, pytając się nawzajem: czy malunek rzeczywiście przedstawia brodatego Feliksa Dzierżyńskiego, założyciela Czeki? To byłoby już trochę zbyt ironiczne na promie pływającym na Sołowki.
Po kilku godzinach w oknie wykwita plama, której nie da się zetrzeć. Wyspa Sołowiecka. Od czasu do czasu znika nam z oczu, ale wciąż rośnie, aż w końcu wypełnia cały horyzont. Główna wyspa wystaje z Morza Białego na północno-zachodnim skraju Rosji, około stu kilometrów od obecnej granicy z Finlandią. Wkrótce dostrzegamy drewnianą przystań i nieliczni podróżni zaczynają się krzątać przy zbieraniu tobołków.
Więźniów schodzących na ląd pozdrawiano niegdyś słowami, w których pobrzmiewała mroczna przepowiednia przyszłości łagrów: „Witajcie – oznajmiał nowo przybyłym komendant. – Jak wiecie, tutaj nie rządzi władza radziecka, ale sołowiecka. Możecie zapomnieć o wszystkich prawach, jakimi się dotychczas cieszyliście. My tu mamy własne prawo”.
Nas wita tylko cisza. Gdy stajemy na wyspie, nic nie wskazuje na to, że istniejący przez dziesięciolecia i rozciągający się na tysiące kilometrów Gułag miał swój początek właśnie tutaj. Nigdzie nie widać pamiątkowych tablic, nie zachowały się również żadne wyraźne pozostałości z tamtych czasów. Po pagórkowatym terenie wiją się piaszczyste drogi. Na wybrzeżu stoi kilka drewnianych chat, starych saun i hangarów dla łodzi. W oddali majaczy cebulasta kopuła. I to wszystko.
Krowy i owce pasą się parami, jakby dopiero co zeszły na suchy ląd z Arki Noego. Okolica jest surowa i skalista, ale w pewnej odległości da się dostrzec obsypane pąkami wierzby, a za nimi las iglasty. Chodzimy po wyspie całymi godzinami, tropiąc ślady obozów. Rosyjscy obrońcy praw człowieka oskarżają obecną administrację wyspy, że usunęła te resztki, które jeszcze nie zniknęły. A jednak pozostałości można odnaleźć w wielu miejscach, jeśli się wie, gdzie ich szukać. Już w 1989 roku stowarzyszenie Memoriał postawiło pomnik na tutejszym cmentarzu. Poza tym Cerkiew prawosławna utrzymuje tu małe muzeum. Są w nim wystawione przedmioty i fotografie dotyczące obozowej historii wyspy. Piwnice monastyru, które funkcjonowały jako karcer, odwiedzają wycieczki.
*
Mówi się, że najsłynniejszy autor dzieł literackich poświęconych Gułagowi, Aleksandr Sołżenicyn, wpadł na pomysł powszechnie dziś znanej metafory „archipelagu” obozów właśnie z powodu wysp, od których rozpoczęła się cała historia systemu. Więźniów zaczęto osadzać na Wyspie Sołowieckej na początku lat dwudziestych.
Było to odpowiednio odizolowane, trudno osiągalne i odległe miejsce – w końcu to dlatego powstał tu monastyr. Później radziecki zarząd obozów zauważył, że wiele innych klasztorów również znajdowało się w dogodnych punktach, więc należało je włączyć do sieci łagrów. Na obóz przerobiono na przykład oddalony o dwieście kilometrów od Moskwy kompleks klasztorny w Suzdalu w obwodzie włodzimierskim.
Historia Wyspy Sołowieckiej rozpoczęła się na długo przed narodzinami Związku Radzieckiego. Mnisi z założonego w późnym średniowieczu monastyru przepędzili w XV wieku nielicznych mieszkańców wyspy i zajęli cały jej teren. Później otrzymali też ziemie na kontynencie. Nie licząc drobnych zawirowań wojennych, klasztor działał we względnym spokoju do końca XIX wieku, kiedy to Cesarstwo Rosyjskie dostrzegło w nim idealne miejsce na więzienie. Prawdziwa zmiana jednak dokonała się dopiero wtedy, gdy na arenę wkroczyli bolszewicy.
Monastyr został zlikwidowany na początku lat dwudziestych, a w 1922 roku na jego terenie oficjalnie założono obóz karny. W krytycznie nastawionym do religii Związku Radzieckim mnisi znaleźli się wśród pierwszych więźniów. Poza nimi na wyspę sprowadzono pochodzących z różnych klas i wyznających różne ideologie przeciwników bolszewickiej władzy.
We wczesnym ZSRR Wyspy Sołowieckie znano jako „Sołowieckij Łagier Osobiennogo Naznaczenija” – w skrócie SŁON. Sołowki były obozem pracy, którego mechanizm działania opierał się na katordze i który zarazem rozwijał metody funkcjonowania przyszłego Gułagu. Po skromnych początkach obóz nieustannie się rozrastał: liczba więźniów niebawem wzrosła dziesięciokrotnie, do ponad czterdziestu tysięcy, a warunki zaczęły się pogarszać. Później osadzonych jeszcze przybyło, a ostatecznych statystyk nie znamy do dziś.
Na temat nędznych warunków, w jakich żyli więźniowie na wyspie, do pewnego stopnia mówiło się już wówczas. Częściowo z tego powodu w 1929 roku wysłano na Sołowki przychylnego władzy pisarza Maksima Gorkiego, żeby zobaczył, w jaki sposób państwo naprawia obywateli, którzy zeszli na złą drogę. Wielu więźniów oczekiwało, że wizyta światowej sławy literata doprowadzi do uwolnienia niewinnych i położy kres nieludzkiemu traktowaniu. Stało się inaczej.
Tuż przed przybyciem Gorkiego łagier przeszedł lifting i pisarz zobaczył jedynie fasadę. Uwierzył w pozory, a może chciał w nie uwierzyć, i napisał o swojej podróży esej wysławiający piękno wysp i skuteczność nowego systemu obozów. Jego opinia nie pozostawiała wątpliwości: „Moim zdaniem wniosek jest jasny: obozy takie jak Sołowki są nieuniknione”.
W latach trzydziestych Sołowki bardziej niż obóz pracy przypominały raczej tradycyjne więzienie, w którym przebywali przede wszystkim więźniowie polityczni. Później, w czasach wielkiego terroru, osadzano tam wiele ofiar represji.
Sołowki nie były w latach dwudziestych jedynym łagrem pod kontrolą Czeki. Już wtedy istniało ponad trzysta podobnych ośrodków, ale większość z nich nie wyróżniała się wielkością. Żaden z nich nie miał porównywalnych rozmiarów do tego na Wyspach Sołowieckich. Chociażby na obrzeżach Archangielska działał w tym samym czasie inny pokaźny obóz, Chołmogory, gdzie według wspomnień z tamtego okresu wykonywano również masowe egzekucje. Wiadomo na przykład, że powstańców z Kronsztadu i Kozaków masowo topiono w Dwinie. Więźniów transportowano też drogą wodną z Archangielska na Wyspy Sołowieckie. W każdym razie Sołowki były wyjątkowe w tym sensie, że stanowiły swego rodzaju centrum eksperymentalne, zaczątek czegoś większego. Mówiono o tym wprost. Przewodniczący tajnej policji Feliks Dzierżyński już w 1924 roku wspominał o wyspie jako przykładzie zasiedlania niezaludnionych obszarów przy użyciu pracy przymusowej, a w roku 1929 Wyspy Sołowieckie uznano za jeden z modeli kształcenia więźniów na porządnych obywateli radzieckich. W języku oficjalnym SŁON istotnie funkcjonował jako „poprawczy obóz pracy”.
Narodzinom pierwszej wyspy archipelagu łagrów towarzyszyło wiele gorzkiej ironii typowej dla późniejszego Gułagu. Święte miejsca w monastyrze zamieniono w karcery i sanitariaty, a praktyki religijne zastąpiono wyzwiskami i upokorzeniami. W pierwszych latach Sołowki były mimo wszystko umiarkowanie łagodne w stosunku do tego, co przyniosła przyszłość: wydawano tam własną gazetkę, a warunki przypominały bardziej zsyłki carskiej Rosji niż stalinowski Gułag.
Obóz na Wyspach Sołowieckich zamknięto podczas II wojny światowej i już nigdy nie otwarto go w takiej samej formie. Stanowił jednak impuls, który wprawił w ruch cały gułagowy mechanizm.
*
W latach dwudziestych Sołowki również dla zwykłych obywateli były pierwszym zwiastunem systemu obozów, który w kolejnej dekadzie objął cały kraj. Poza raportem Gorkiego na temat łagru ukazały się też inne teksty propagandowe, a poza tym rozmawiano o nim półszeptem w domach i komunałkach, czyli wielorodzinnych mieszkaniach.
Nadieżda Mandelsztam – żona poety Osipa Mandelsztama, który zmarł później w obozie – w swoich wspomnieniach pisze, że w latach dwudziestych wielu znajomych pary wierzyło, iż warunki bytowe więźniów politycznych na Sołowkach są w miarę dobre. Osip stwierdził jednak, że ponieważ nigdy nie poznał osoby, która by stamtąd wróciła, nie potrafił uwierzyć w łagodne traktowanie osadzonych.
W każdym razie model działania obozów był wówczas inny niż w latach trzydziestych. Nadieżda Mandelsztam wspomina, że niektórym aresztowanym pozwalano pojechać do domu na dzień lub dwa przed transportem na Sołowki, żeby mogli pozałatwiać swoje sprawy. Coś takiego byłoby nie do pomyślenia w „dojrzałym” Gułagu piętnaście lat później, kiedy ludzi zabierano z mieszkań w środku nocy i na zawsze oddzielano od rodzin.
W początkowej fazie istnienia obozu na Wyspach Sołowieckich procedury zatrzymania i aresztowania nie zostały jeszcze do końca opracowane. Wręcz przeciwnie, urzędnicy i strażnicy czasami nie mieli pojęcia, co dokładnie robią. Nie było też jednomyślności co do zasad obowiązujących w łagrze. Często panowało tam kompletne zamieszanie.
Jednym z najważniejszych architektów Sołowek i wczesnego systemu radzieckich obozów karnych był Naftalij Frenkel, postać ogólnie nietuzinkowa. Był to żydowski przedsiębiorca, którego w 1923 roku osadzono na wyspach. Zachowywał się tak przykładnie, że wkrótce awansował na strażnika i wyszedł na wolność już w 1927 roku. Nie zostawił jednak wyspy za sobą, wręcz przeciwnie, otrzymał zadanie zorganizowania pracy przymusowej w obozie. Rozwinął „metody naukowe” wczesnego Gułagu. Za ich pomocą ustalono na przykład normy, zgodnie z którymi osadzeni mieli dostawać tym więcej jedzenia, im ciężej pracowali. Dzięki Frenklowi organizacja osiągnęła szczyt wydajności i nieopłacalna dotychczas praca więźniów zaczęła do pewnego stopnia przynosić korzyści Związkowi Radzieckiemu. Zlecono mu też na początku lat trzydziestych zorganizowanie prac przy budowie Kanału Białomorsko-Bałtyckiego, a później przy budowie Kolei Bajkalsko-Amurskiej.
Sołowiecki obóz również w tym sensie stanowił zalążek całego Gułagu. Wśród tamtejszych więźniów utarło się powiedzenie: „Dziś na Sołowkach, jutro w całej Rosji”.
Żegnamy malowniczą wyspę, na której mimo wszystko panuje dość posępna atmosfera. Choć czy na pewno byśmy ją odczuwali, gdybyśmy nie wiedzieli, co tu się działo niemal sto lat temu i do czego w końcu to doprowadziło?
Gdy wracamy, na morzu panują jeszcze gorsze warunki, a podróżnych jest nawet mniej niż poprzednio. Prom z trudem zmierza w stronę Kiemu. Próbujemy nagryzmolić w zeszytach jakieś notatki. Na ławce naprzeciwko nas leży rozwalony młody Rosjanin, pijany w sztok. Daje radę jeszcze pociągnąć kilka łyków z półtoralitrowej butelki piwa, po czym metalowa kołyska lula go do niespokojnego snu.
Gdy prom się chwieje, młodzieniec przetacza się z jednego końca ławki na drugi, raz za razem, zupełnie jak jakieś dziwaczne wahadło, które odmierza nie upływ czasu, ale jego bezruch.
Logistyka ludzka
Już na Wyspach Sołowieckich naczelnictwo obozu mierzyło się z pewnym problemem dręczącym też „dojrzały” Gułag – kwestią transportu więźniów. Transport wielkich grup ludzi do trudno dostępnych, odległych regionów często był chaotyczny. Gdy zakładano Sołowki, metody aresztowania i przewozu więźniów nie osiągnęły jeszcze nawet tej na wpół zorganizowanej formy, jaką przybrały w latach trzydziestych.
Według Anne Applebaum cierpienia więźniów były nieraz najgorsze przed obozami. Bolesna wędrówka skazanych na Gułag rozpoczynała się już w momencie, gdy uznawano ich za podejrzanych. Usłyszawszy plotki, współpracownicy, a nawet bliscy insynuowali najróżniejsze rzeczy i często wykluczali ofiarę. Ta traciła pracę lub zostawała zepchnięta na niższe stanowisko. Przyjaciele jej unikali, bo nie chcieli sami stać się podejrzanymi. Dokuczliwa sytuacja, w której człowiek spodziewał się aresztowania, ale nie wiedział, kiedy ono nastąpi ani na jak długo go zamkną, mogła się przeciągać i powodować olbrzymią psychiczną udrękę. Jewgienija Ginzburg w swojej biograficznej książce _Stroma ściana_ przyznaje, że w domu, otoczona rodziną, czekając na nieuchronne aresztowanie, doświadczała głębszego cierpienia niż później przez lata spędzone w celi, a nawet w kołymskich łagrach.
Prędzej czy później aresztowanie następowało. Mogło tu chodzić o zwyczajne zabranie oskarżonego z domu albo wezwanie do stawienia się w urzędzie, ale szczególnie w latach trzydziestych korzystano z najróżniejszych pomysłowych metod oszukiwania i dręczenia ofiary. Przeszukania domów i przemoc były powszechne, a do aresztowań często dochodziło w nocy. Wielu osobom nie mówiono, dokąd i dlaczego są zabierane.
Pozorna przypadkowość aresztowań stała się również tematem makabrycznych żartów. Pewien dowcip opowiada, jak to stado królików zjawia się na granicy ZSRR z Polską i prosi Polaków o azyl. Zapytane, dlaczego chcą porzucić ojczyznę, króliki odpowiadają: „Bo NKWD zamierza aresztować wszystkie wielbłądy w Związku Radzieckim”. „Ale wy przecież nie jesteście wielbłądami!” – dziwią się pogranicznicy. „No nie. Ale spróbujcie to wyjaśnić NKWD!”
Szczególnie w środowiskach inteligenckich aresztowania stały się chlebem powszednim. Wiele osób na wszelki wypadek trzymało w domu spakowaną walizkę. Gdy w 1934 roku Osipa Mandelsztama po raz pierwszy zabierano na przesłuchanie, jego bliscy wiedzieli już, jak postępować. U Mandelsztamów gościła akurat poetka Anna Achmatowa i wszyscy razem robili, co mogli, żeby ocalić papiery aresztowanego przed władzami. Nadieżda Mandelsztam opisuje, jak Achmatowa przypomniała Osipowi, że powinien coś zjeść przed wyjściem. W domu znalazło się tylko jedno gotowane jajko i podczas gdy przedstawiciele służb przeszukiwali pokoje, poeta usiadł przy stole, obrał jajko, posypał je solą i zjadł.
Nadieżda Mandelsztam wspomina, że również czas po aresztowaniu wypełniała rutyna. Członkowie rodzin znali procedury – wiedzieli na przykład, do jakiej skrytki zanosić przesyłki. W Związku Radzieckim do początku lat trzydziestych powstała całkowicie odrębna kultura obejmująca łagierników i ich bliskich. Mimo to wielu zwykłych obywateli było zaskoczonych aresztowaniami i nie miało pojęcia, jak się zachować. Utrzymywanie tej równowagi między lękiem a dezorientacją było właśnie jednym z głównych celów państwowej opresji.
*
Po aresztowaniu ofiarę zabierano do więzienia. Zazwyczaj poddawano ją przesłuchaniom, dlatego nierzadko dochodziło do tego, że w różnych więzieniach przejściowych spędzała miesiące, a nawet lata. Sołżenicyn sarkastycznie nazywał więzienie śledcze „przedsionkiem Lenina”.
Nawet pojedyncze przesłuchanie mogło trwać kilka dni. Finka Aino Kuusinen, która spędziła w Gułagu wiele lat, w swoich wspomnieniach _Pierścienie przeznaczenia_ opowiada o tym, jak w Więzieniu Lefortowskim raz przesłuchiwano ją przez osiemdziesiąt godzin, odmawiając jej snu i jedzenia. Jewgienija Ginzburg z kolei pisze o „taśmie”: przesłuchujący zmieniali się w określonych odstępach czasu i więźnia przejmowali nowi, wypoczęci funkcjonariusze. Ginzburg bez snu i jedzenia spędziła cały tydzień. Aby wymusić przyznanie się do winy, w więzieniach śledczych uciekano się również do tortur, ale stało się to powszechną praktyką dopiero pod koniec lat trzydziestych. Przez cały okres trwania Związku Radzieckiego zdecydowanie najczęściej stosowaną metodą było pozbawianie ofiary snu na różne sposoby.
Później, w latach czterdziestych, uproszczono biurokrację przy śledztwach. Odrzucono skomplikowane metody i ozdobniki, żeby więźniowie trafiali do Gułagu jak najszybciej. Achmatowa podsumowała: „Teraz wszystko jest proste. Wciskają ci na głowę futrzaną czapę i wysyłają do tajgi”.
Uwięzienie nieodwracalnie zmieniało życie ofiary. Wielu skazańców oczywiście wyszło z Gułagu na wolność, ale ten, kto raz tam trafił, już nigdy nie był tym samym człowiekiem. Więźniowie przekraczali pewną granicę. Nadieżda Mandelsztam pisze:
to zdziwienie, zwiastun zupełnego otępienia, a co za tym idzie uchylenia wszystkich miar, norm i wartości, ogarniało ludzi, trafiających „tam” i dowiadujących się nagle, gdzie żyją i jakie jest prawdziwe oblicze współczesności.
Przywołany dalej przez autorkę „krach wszystkich pojęć” to – jak by nie patrzeć – koniec świata.
Mandelsztam podkreśla, że takie tragiczne objawienie nie było w głównej mierze konsekwencją przemocy czy lęku, lecz właśnie tego, że w „chwili prawdy” ludzie pojmowali istotę Związku Radzieckiego.
W końcu aresztowanego skazywano. Jak wiadomo, system nigdy się nie mylił, dlatego tylko nieliczni wychodzili z więzienia śledczego na wolność. Skazańców natomiast rozsyłano następnie po archipelagu obozów.
*
Elektrowóz rusza, zaczyna ciągnąć sznur wagonów na południe przez wioski Republiki Karelii. Za oknem porośnięte mchem dachy migają coraz szybciej, aż Kiem znika za zakrętem i pojedyncze podkłady zamieniają się w równy ścieg, który zszywa krajobraz w całość. Na małych stacjach pociąg zatrzymuje się bardziej z uprzejmości niż z konieczności. Na tych większych wślizguje się pomiędzy stojące, jadące na północ lub południe albo po prostu porzucone wagony towarowe.
Na jednym z przystanków przez szybę wpada blask wiosennego słońca. Opromienia kolorowe kontenery i zardzewiałe szyny.
Pociągi przewożące więźniów do obozu albo kursujące pomiędzy obozami przystawały na bocznych torach właśnie takich stacji i czekały, aż droga będzie wolna. Mogły tak stać godzinami, czasem nawet całymi dniami, bo pozostałe pociągi miały pierwszeństwo przejazdu. Więźniów oczywiście nie wypuszczano do innych ludzi, więc latem się pocili, a zimą marzli w zamkniętych wagonach towarowych, często bez dostępu do wody czy jedzenia.
Czasami wolni obywatele dostrzegali z okna pociągu pasażerskiego zatrzymany na sąsiednim torze wagon z więźniami, z którego przez szpary w drzwiach i między deskami palce i oczy usiłowały pochwycić chociaż odrobinę świeżego powietrza. Również na peronach ludzie widywali pociągi więzienne i chociaż drzwi tajemniczego wagonu się nie otwierały, a skazańcom kazano zachować ciszę, cywile przeczuwali, że coś jest na rzeczy.
Gułagowe transporty zostały zakrojone na tak szeroką skalę, że nie mogły pozostać niezauważone na co dzień, szczególnie w miejscowościach, w których znajdowały się węzły kolejowe. Często były wręcz oczywiste. Sołżenicyn pisze: „Wszystko to dzieje się w waszym sąsiedztwie, pod waszym boczkiem, ale nikt z was tego nie widzi (można również przymknąć oczy)”.
Zwykli ludzie reagowali na transporty więźniów w różny sposób: jedni przez szpary w drzwiach wagonu podawali chleb i cukier, a znów inni udawali, że w ogóle nie dostrzegają pociągu.
Wielu autorów wspomnień obozowych poza ciężkimi transportami wspomina właśnie dobroduszność cywilów. Niektórym pozostała ona w pamięci jako jedyny promyczek światła w drodze, może nawet koło ratunkowe, które dawało nadzieję w beznadziejnej sytuacji. Przebłysk codzienności stanowił dla więźniów bolesne przypomnienie o tym, dokąd ich zabierano, ale zarazem pocieszającą oznakę ciągłości zwyczajnego świata.
Nasz pociąg znów rusza z szarpnięciem i kontynuuje podróż w kierunku Siegieży. Kolorowe wagony towarowe odjeżdżają w przeciwnym kierunku, prawdopodobnie do jakiegoś portu nad Oceanem Arktycznym, wioząc tysiące kaloszy albo wycieraczek.
Podczas transportu więźniów również dało się dostrzec carskie tradycje, bo niektórych przewożono do łagru starymi stołypinkami. Takimi wagonami, nazwanymi od premiera z lat żelaznych rządów cara Mikołaja II, już w XIX wieku wywożono chłopów na zsyłki do syberyjskich kolonii. Stołypinki były jednak w czasach Gułagu luksusem. Obdarzeni mniejszym szczęściem musieli przetrwać w wagonach bydlęcych. Jewgienija Ginzburg opowiada, że z więzienia do obozu jechała wagonem, na którego ścianie widniał tragikomiczny napis „armatura”.
*
Po aresztowaniu i pobycie w więzieniu śledczym skazanego transportowano do obozu przejściowego, skąd w końcu przewożono go do właściwego łagru. Później też często się zdarzało, że co parę lat przerzucano go z jednego miejsca do drugiego, czasem oddalonego nawet o tysiące kilometrów. „Ładunkowi ludzkiemu” w drodze podawano niewiele jedzenia i wody, której skąpiono dlatego, żeby więźniowie nie musieli podczas transportu często chodzić za potrzebą. Jakby celowo, żeby jeszcze bardziej ich dręczyć, karmiono ich wyłącznie solonymi śledziami, co oczywiście wywoływało jeszcze większe pragnienie.
Więźniów na ogół starano się umieścić jak najdalej od domu, żeby bliscy nie mogli się z nimi widywać. Siłą rzeczy było to oczywiste, bo wiele obozów znajdowało się za Uralem. Na Wyspę Sołowiecką z początku zwożono skazańców między innymi z Piotrogrodu (później Leningradu, obecnie Petersburga), który leży w miarę blisko Morza Białego. Mimo wszystko podróż zajmowała wiele dni, bo nie było wystarczająco wielu dostępnych promów.
Szczególnie w czasach stalinowskich transporty cechowało celowe okrucieństwo. Więźniów źle traktowano, pozbawiano ich jedzenia i wody, nie dbano również o najbardziej podstawową higienę. Tej brutalności nawet nie próbowano niczym usprawiedliwiać: była to sadystyczna przemoc zrodzona z lęku i niepokoju strażników. Innymi słowy, zupełnie nikt nie korzystał na tym, że więźniowie słabli i często umierali w podróży, która trwała całe tygodnie czy nawet miesiące. Za kilka szczególnie karygodnych nadużyć oficjalnie ukarano urzędników i strażników odpowiedzialnych za transporty, ale zwykle za znęcanie się nad więźniami nie ponoszono żadnych konsekwencji. W ten sposób przemoc stała się nieodłączną częścią systemu.
Po transporcie, który zdawał się nie kończyć, więźniowie wreszcie docierali na miejsce. Nadchodził czas wkroczenia do pierwszego obozu i budzącej grozę zony („strefy”). Była ona ogrodzoną drutem kolczastym, ściśle strzeżoną częścią kompleksu łagrów, w której zamykano więźniów.
Pierwsze chwile w największych obozach na początku lat trzydziestych szokująco przypominały przybycie do obozu koncentracyjnego w nazistowskich Niemczech. Do łagru często wchodziło się przez piękną bramę, nad którą widniało motto. W początkach systemu obozowego, gdy roboty przymusowe miały stanowić narzędzie resocjalizacji, hasła dotyczyły na przykład pracowitości. Ich retoryka brzmi porażająco znajomo: „Praca w Związku Radzieckim to sprawa honoru i chwały, dzielności i bohaterstwa”. Nad bramą Sołowków napisano: „Przez pracę – wolność”.
Ze względów praktycznych wiele obozów powstało niedaleko głównej drogi i torów kolejowych, co ułatwiało transport więźniów. Część łagrów znajdowała się niemal – a nieraz dokładnie – w tych samych miejscach co dawne katorgi. W okresie Związku Radzieckiego wybudowano mnóstwo dróg, linii kolejowych i kanałów, a do pracy często wykorzystywano więźniów. Jednym z najwcześniejszych, a przy tym najbardziej znanych wielkich projektów budowlanych był Kanał Białomorsko-Bałtycki. Tam właśnie jedziemy. Gdy pociąg z piskiem hamulców zajeżdża na stację w Miedwieżjegorsku, udajemy się wprost na lokalny przystanek autobusowy.
Za przekładem Ireny Bajkowskiej i Natalii Gałczyńskiej.
Za przekładem Jakuba Urbańskiego.
Za przekładem Andrzeja Drawicza.
Idem.
Za przekładem Jerzego Pomianowskiego.
Za przekładem Andrzeja Mandaliana.