Druga krew - ebook
Premier ginie w upozorowanym wypadku na A2. Analityczka ABW Marta Chojnacka odkrywa w nagraniach z kamer to, czego nikt nie chce zobaczyć — i ucieka z dowodami, gdy przełożeni każą je skasować. Trop wiedzie do spalonego archiwum szpitalnego z 1991 roku i tajemnicy sięgającej szczytu polskiej władzy. „Druga krew" to thriller o tym, jak łatwo rozmontować państwo od środka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398260121 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Deszcz nad autostradą A2 nie spadał czystą kaskadą. Był gęsty, lepki i wisiał w powietrzu jak oleista mgła przesiąknięta drobinami spalin i drobnego pyłu z rozgrzanego asfaltu. Była dokładnie 02:14 w noc z wtorku na środę, na odcinku kilkadziesiąt kilometrów przed Warszawą, na wysokości węzła Wiskitki. Widoczność nie przekraczała pięćdziesięciu metrów. Z czarnej, opancerzonej limuzyny BMW serii 7 widać było jedynie czerwone, rozmyte smugi tylnych świateł wozu bojowego, pędzącego z przodu, oraz ścianę ciemności za barierami energochłonnymi.
Kolumna Służby Ochrony Państwa pędziła ze stałą prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Trzy pojazdy: prowadzący Audi A8 z grupą szybkiego reagowania, opancerzone BMW w środku i drugie Audi z tyłu, zamykające szyk. Dawniej ta formacja nazywała się Biurem Ochrony Rządu. Zmieniono nazwę, zmieniono mundury i przydzielono nowe budżety, ale nawyki pozostały te same. Kierowcy jechali tak, jak ich uczono na torze w Modlinie – na grubość lakieru od krawędzi pasa, utrzymując stały dystans dwudziestu metrów między zderzakami.
Na tylnym fotelu BMW szef rządu drzemał z głową opartą o szybę. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, pognieciony po czternastu godzinach negocjacji w Berlinie. Rozmowy dotyczące pakietu energetycznego Unii Europejskiej zmieniły się w bezwzględną jatkę, a polski premier nie ustąpił ani o krok. Wyglądał jak żywy trup. Miał pod oczami sine worki, a na brodzie kilkudniowy, poszarzały zarost. Jego prywatny adiutant siedział z przodu na fotelu pasażera, wpatrzony w świecący ekran tabletu ze spływającymi logami depesz agencyjnych.
Kierowca opancerzonego BMW trzymał kierownicę oburącz, w profesjonalnej i opisywanej w każdym podręczniku dobrego kierowcy pozycji za dziesięć druga. Jego kciuki spoczywały na przyciskach wywołania łączności wewnętrznej. Był doświadczonym chorążym, który przejechał w kolumnach rządowych ponad pół miliona kilometrów. Znał każdy wyboisty odcinek A2, wiedział, gdzie po deszczu tworzą się niebezpieczne kałuże grożące wstrząsem auta, i wiedział, że za czternaście minut wjadą na oświetloną obwodnicę stolicy. Oczy miał wbite w mokry asfalt przed sobą, a jego mózg odnotowywał każdy manewr poprzedzającego wozu bojowego.
Dwa kilometry dalej, na zamkniętym z powodu bezterminowego remontu Miejscu Obsługi Podróżnych, stał ciągnik siodłowy. Była to dziesięcioletnia Scania z dużą chłodnią, stojąca na zabrudzonych czarnym błotem tablicach rejestracyjnych z obwodu brzeskiego. Miejsce było ciemne, pozbawione sprawnych latarni. Tymczasowe stalowe barierki wygradzające wjazd na MOP odciągnięto w bok dokładnie na szerokość gabarytu zestawu – ani centymetra szerzej. Z zewnątrz ciężarówka wyglądała na porzuconą przez zmęczonego kierowcę, który postanowił przeczekać ulewę na wyłączonym z ruchu placu.
W szoferce Scanii szofer nie spał. Nie miał włączonego radia, nie palił papierosów i nie używał oświetlenia wewnętrznego. Siedział w całkowitej ciemności, ubrany w ciemny, nieprzemakalny komplet taktyczny bez jakichkolwiek oznaczeń czy metek produkcyjnych. Na uszach miał cienkie słuchawki aktywne, redukujące szum otoczenia, a na desce rozdzielczej leżał prosty odbiornik fal radiowych, nastawiony na częstotliwość cyfrową używaną przez lokalne patrole drogówki. Mężczyzna miał czkawkę. Wypluł wyżutą gumę do żucia na podłogę i spojrzał na stoper, który trzymał w lewej dłoni. Był to stary, mechaniczny chronometr marki Poljot, kupiony podczas spaceru z córką na targu w Grodnie. Córce się bardzo podobał, bo miał wielką czerwoną gwiazdę na tarczy. Bardzo chciała, żeby sobie go kupił, a on nigdy nie odmawiał jej niczego.
W słuchawce trzasnęły dwa krótkie, bezdźwięczne impulsy ze stacji przekaźnikowej oddalonej o dokładnie cztery kilometry na zachód. To był sygnał od punktu obserwacyjnego. Kolumna minęła ustalony dużo wcześniej słupek pikietażowy.
Szofer Scanii wyciągnął prawą dłoń i bez pośpiechu przekręcił kluczyk w stacyjce. Wielolitrowy diesel zaryczał pod podłogą szoferki, wyrzucając z rury wydechowej gęsty obłok czarnej sadzy.
Wcisnął sprzęgło i wrzucił bieg. Nie włączył reflektorów. Nie potrzebował ich. Znał prostą matematykę, którą wbijano mu do głowy podczas szkoleń w ośrodku pod Pskowem: sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę to dokładnie czterdzieści cztery metry na sekundę. Przy tej prędkości czas reakcji człowieka wynosi średnio trzy czwarte sekundy, a system hamulcowy ciężkiego, opancerzonego auta potrzebuje ponad stu dwudziestu metrów na całkowite zatrzymanie pojazdu na mokrym asfalcie. Ciężarówka potrzebowała dokładnie czterech sekund, żeby wytoczyć się z pociemniałego pasażu MOP-u i zablokować oba pasy ruchu autostrady pod kątem dziewięćdziesięciu stopni.
Wszystko było wyliczone przez fachowców z chirurgiczną precyzją.
Pierwsze auto SOP-u, pędzące na czele kolumny, zauważyło wyłaniający się z mroku wielki, czarny kształt naczepy w ostatnim ułamku sekundy. Kierowca audi zareagował instynktownie – szarpnął kierownicą w lewo, wciskając pedał hamulca do podłogi. Wóz bojowy wpadł w głęboki poślizg, przejechał bokiem po wewnętrznym pasie i uderzył lewym bokiem w stalową barierę rozdzielającą jezdnie. Zaiskrzyło tak mocno, że ciemność nocy na sekundę rozświetlił snop żółtych iskier. Auto zwarło się z barierą, drąc blachę i łamiąc lusterka, ale utrzymało się na pasie. Szpiczak przeżył.
Kierowca opancerzonego BMW z premierem siedzącym na tylnym fotelu nie miał jednak żadnego pola manewru.
Uderzył w pedał hamulca, ale dwie tony pancerza, grubych szyb i wzmocnionej stali na zalanej wodą nawierzchni były całkowicie bezradne wobec nieubłaganych praw fizyki. Koła zablokowały się na ułamek sekundy, zanim systemy antypoślizgowe zdołały przeliczyć przyczepność. Auto wpadło w poślizg rotacyjny, obracając się wokół własnej osi. Z prędkością przekraczającą wciąż sto dwadzieścia kilometrów na godzinę auto uderzyło prawym, tylnym narożnikiem w masywną, stalową osłonę wału pędnego naczepy chłodniczej.
Huk uderzenia przypominał eksplozję bomby paliwowej, jednej z wielu zrzucanych od lat na Kijów.
Stal naczepy rozdarła pancerz BMW jak papier. Siła kinetyczna była tak potężna, że obróciła ważący ponad dwadzieścia ton zestaw ciężarowy o kilka metrów na asfalcie, a limuzynę premiera rządu RP poderwała w powietrze. Auto z wybuchającym zbiornikiem paliwa przeleciało nad podwójną barierą ochronną i spadło dziesięć metrów w dół, w betonowy, głęboki rów odwadniający biegnący pod wiaduktem. Chwilę później nastąpił drugi wybuch, a z rowu strzelił w niebo kilkunastometrowy słup ognia i czarnego, gryzącego dymu.
Kierowca Scanii nawet nie spojrzał w lusterko boczne. Wyłączył pracujący silnik ciężarówki, zabrał z siedzenia pasażera mały, czarny plecak taktyczny i otworzył drzwi szoferki. Wskoczył prosto na pobocze, zignorował krzyki wybiegających z pierwszego auta SOP-u oszołomionych ochroniarzy i sprawnie, jednym płynnym ruchem przerzucił nogi nad dwumetrową siatką wygradzającą autostradę przed dziką zwierzyną i zniknął w ciemności.
Sto metrów dalej, w gęstym, pachnącym żywicą sosnowym lesie stała ciemna Škoda Octavia na skradzionych kilka godzin wcześniej w Radomiu tablicach rejestracyjnych. Silnik samochodu pracował cicho na wolnych obrotach, a ogrzewanie szyby było włączone. Mężczyzna wsiadł do środka, wrzucił plecak na tylne siedzenie, zrzucił mokre rękawiczki i wrzucił pierwszy bieg. Ruszył spokojnie, bez pisku opon, z wyłączonymi światłami drogowymi, wjeżdżając na dziurawą, szutrową drogę pożarową. Znał tę trasę na pamięć. Przejechał ją na mapach satelitarnych i podczas wizji lokalnych ponad pięćdziesiąt razy. Znał umiejscowienie każdej stacjonarnej kamery systemu e-Toll, wiedział, które fotoradary przy drogach wojewódzkich są atrapami, i miał w głowie czas reakcji najbliższych komisariatów policji w Mińsku Mazowieckim i Siedlcach.
Do granicy z Białorusią w Terespolu miał dokładnie sto czterdzieści kilometrów. Za trzy godziny będzie po drugiej stronie, na pasie dyplomatycznym, gdzie nikt nie zada mu ani jednego pytania. Tam czekała na niego córka, o czym przypominała mu czerwona gwiazda na tarczy zegarka. Była godzina 02.21 i świat jeszcze nie wiedział, że ktoś zgotował mu piekło.ROZDZIAŁ 2
Ciemny aparat na biurku dyżurnego oficera operacyjnego Służby Ochrony Państwa nie wydawał nowoczesnych melodyjek. Emitował surowy, natarczywy brzęczyk o częstotliwości uderzającej prosto w bębenki uszne.
Była godzina 02:28. Pomieszczenie dyżurki w kompleksie przy ulicy Podchorążych w Warszawie było małe, pozbawione okien i oświetlone zimnymi świetlówkami. Pachniało tam starym plastikiem z szafek na rozgrzane serwery i wietrzejącą parzoną kawą.
Oficer dyżurny podniósł ciężką słuchawkę po drugim sygnale. Nazywał się podpułkownik Janusz Kaczmarek. Zawsze, jak się przedstawiał, to mówił „podpułkownik”, jakby to była część jego tożsamości. Bo była.
Miał na sobie nieregulaminowo rozpięty pod szyją mundur polowy i dwadzieścia cztery lata służby na karku. Słuchał głosu w głośniku przez dokładnie jedenaście sekund. Po drugiej stronie mówił dowódca wozu bojowego z A2. Głos rozmówcy drżał wśród szumu wiatru, wycia syren ratunkowych i płaczliwej tonacji kogoś, kto właśnie minął granicę szoku pourazowego.
Kaczmarek nie zadał ani jednego pytania. Nie dopytywał o detale. Odłożył słuchawkę na widełki z cichym, plastikowym kliknięciem.
Dłoń podpułkownika drżała lekko, kiedy wyciągał kluczyk z kieszeni spodni i przekręcał mosiężny zamek w dolnej szufladzie pancernego biurka.
Wyciągnął czerwony, foliowany segregator oznaczony klauzulą „Tajne – Procedura Czarna”. Była to instrukcja postępowania na wypadek nagłej śmierci osoby stanowiącej pierwszą, no, może drugą, czy oficjalnie trzecią, ale realnie jednak pierwszą osobę w państwie. Otworzył segregator na stronie trzeciej. Pierwszy punkt nakazywał natychmiastowe połączenie z trzema osobami: szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, szefem Sztabu Generalnego oraz wicepremierem pełniącym funkcję pierwszego zastępcy.
W ciągu kolejnych trzynastu minut w połowie warszawskich ministerstw, w gmachu przy Rakowieckiej oraz w sztabie dowodzenia w Wesołej zapaliły się światła w gabinetach dyrektorskich.
Aleksander Majewski nie spał. Leżał na plecach na dębowym łóżku w swoim stumetrowym mieszkaniu na Mokotowie, przy ulicy Białołęckiej. Miał na sobie szarą, bawełnianą koszulkę i patrzył w jeden konkretny punkt na tynku sufitu – w miejsce, gdzie cień zewnętrznej rolety przecinał się pod kątem ostrym z żółtym snopem światła z ulicznej latarni sodowej. Od ponad dziesięciu lat sypiał po dokładnie cztery godziny na dobę. Wstawał o czwartej rano, bez budzika. Mózg przestał potrzebować więcej czuwania i regeneracji, odkąd ktoś dużo mądrzejszy od niego nauczył go techniki kontrolowanego wyłączania napięcia mięśniowego na komendę.
Kiedy jego prywatna komórka zaczęła przesuwać się po blacie szafki nocnej dzięki wibracjom, wyciągnął dłoń przed trzecim impulsowym drganiem. Odebrał.
– Słucham – powiedział. Głos miał czysty, suchy, całkowicie wyzbyty sennej chrypki czy powolności.
W głośniku rozległ się sapliwy, podenerwowany głos generała Walczaka, szefa ABW. Walczak mówił szybko, połykając zgłoski. Mówił o ulewie pod Wiskitkami, o ciężarówce na białoruskich blachach, o płonącym w rzecznym dole opancerzonym BMW i o zgonie szefa rządu potwierdzonym na miejscu przez lekarza pogotowia z Żyrardowa. Majewski słuchał, nie zmieniając pozycji ciała. Powieka mu nie drgnęła. Tętno, mierzone przez smartwatcha na jego lewym nadgarstku, utrzymywało się na poziomie sześćdziesięciu dwóch uderzeń na minutę.
– Kto wie na tę chwilę, generale? – spytał Majewski, gdy szef agencji wreszcie zrobił pauzę na wdech.
– SOP, sztab medyczny, strażacy z OSP Wiskitki i centrum kierowania ruchem na A2 – odparł Walczak. – Za dziesięć minut dowiedzą się reporterzy z Warszawy. Słuchają niezaszyfrowanych kanałów ratowniczych. TVN24 już szykuje belkę na żywo.
Majewski usiadł na krawędzi łóżka i postawił bose stopy na parkiecie. Chłód dębowych desek uderzył w jego receptory, dając przyjemne uczucie ostrości.
– Zwołaj Rządowy Zespół Zarządzania Kryzysowego na czwartą rano w Ujazdowskich – rozkazał chłodno. – I zawiadom od razu Huberta Kowalczyka.
Po drugiej stronie linii zapadła martwa cisza. Trwała trzy bardzo długie sekundy.
– Kowalczyka?! – wykrztusił w końcu Walczak. – Lidera opozycji? Przed oficjalnym komunikatem prasowym?
– Właśnie o to chodzi – odparł Majewski. – Jeśli Kowalczyk dowie się o śmierci premiera z paska w telewizji informacyjnej, w ciągu dwudziestu minut zwoła konferencję na Wiejskiej i oskarży rząd o zamach stanu oraz próbę tuszowania katastrofy. Jeśli dostanie od nas oficjalne powiadomienie teraz, zablokujemy go proceduralnie. Będzie musiał przyjąć postawę państwowca albo wyjdzie na wściekłego pieniacza. Straci pierwszy ruch.
– Rozumiem, panie premierze – wycedził szef ABW, po raz pierwszy używając wobec Majewskiego nowego tytułu. Majewski nie mógł zaprzeczyć, że zabrzmiało to bardzo miło.
– I niech samochód z ochrony nie używa sygnałów dźwiękowych, gdy po mnie przyjedzie. Warszawa ma spać spokojnie.
Majewski rozłączył się. Podszedł do wysokiego okna sięgającego od podłogi do sufitu i wyjrzał na ciemne, uśpione miasto. W szybie odbijała się jego twarz. Była symetryczna, o ostrych rysach, pozbawiona jakichkolwiek widocznych emocji czy zmarszczek stresu. Od ponad trzydziestu lat nosił imię i nazwisko polskiego chłopca z prowincjonalnej wsi pod Hajnówką. Dorastał w polskim domu, chodził do polskiej szkoły, śpiewał polski hymn i piał z zachwytu nad polską historią. Ale pod tą starannie wyhodowaną powłoką nie było ani grama sentymentu do Rzeczypospolitej. Była tylko bezwzględna, żelazna lojalność wobec struktury, która go stworzyła i która go przygotowała do odegrania bardzo konkretnej roli w wielkiej geopolitycznej grze.
Pierwszy element skomplikowanej konstrukcji domina upadł na autostradzie A2 z chirurgicznym wyliczeniem. Kierowca ciężarówki, o którym Majewski nie wiedział oczywiście nic, spisał się na medal, który oczywiście niewątpliwie dostanie tuż przed tym, zanim ktoś odstrzeli mu pół głowy.
Teraz wystarczyło stworzyć odpowiednie warunki, aby polscy politycy rzucili się sobie do gardeł, a reszta operacji przeprowadzi się sama.ROZDZIAŁ 3
Marta Chojnacka piła trzecią czarną kawę z plastikowego, odkształconego od gorąca kubka. Była godzina 03:45. Wydział Analiz Archiwalnych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego mieścił się w najgłębszej piwnicy gmachu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Suterena cuchnęła wilgocią, starym, pożółkłym papierem z archiwów urzędowych, pamiętających pierwszych sekretarzy partii komunistycznej, i tanią, zasadową chemią do podłóg, którą sprzątaczki wylewały na korytarzach o świcie. W pomieszczeniu nie było okien, a jedyne światło dawały dwie dławiące się świetlówki pod sufitem.
Na biurku Marty stały dwa wielkie, trzydziestojednocalowe monitory marki Eizo, przeznaczone do dokładnej analizy obrazu cyfrowego. Na lewym ekranie wyświetlała się szczegółowa mapa wektorowa systemu e-Toll na odcinku autostrady A2 pomiędzy Strykowem a węzłem Konotopa. Na prawym płynął nieprzerwany, zielony strumień surowych logów systemowych z kamer rozpoznających tablice rejestracyjne, zaciągniętych w trybie awaryjnym z serwerów Krajowej Administracji Skarbowej.
W agencji wszyscy już wiedzieli. Mimo braku oficjalnego komunikatu prasowego, na korytarzach Rakowieckiej panował chaos. Dyrektorzy departamentów biegali między piętrami z czerwonymi teczkami, a zza zamkniętych drzwi gabinetów kierownictwa dobiegały podniesione głosy. Premier nie żył.
Marta nie pisała projektów oświadczeń ani nie szykowała notatek politycznych. Jej zadaniem była weryfikacja logistyczna.
Przesunęła kursor myszy na MOP Pruszków, punkt kontrolny numer 114. O godzinie 02:10 kamera zarejestrowała wjazd białoruskiej Scanii z naczepą chłodniczą. Dwie minuty później ten sam pojazd zablokował kolumnę rządową. Ale Martę nie interesowała ciężarówka. Znała mechanikę takich operacji z analiz historycznych – zamachowiec w wielotonowym zestawie był tylko taranem. Służył do wykonania czarnej roboty, ale musiał mieć przygotowany plan ewakuacji.
Szukała pojazdu, który zjechał z tej samej łącznicy MOP-u w odstępie kilkudziesięciu sekund od eksplozji.
Znalazła go po ośmiu minutach skrupulatnego przetrząsania materiału. Ciemna Škoda Octavia. Przedni zderzak samochodu minął bramkę kontrolną e-Toll o godzinie 02:18. Prędkość pojazdu wynosiła dokładnie siedemdziesiąt dwa kilometry na godzinę – idealna, przepisowa jazda człowieka, który nie chce zwrócić na siebie uwagi żadnego patrolu. Problem polegał na tablicach rejestracyjnych. Cyfrowa baza danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wypluła przy numerze czarny komunikat: tablice ze Škody należały do Fiata Punto, wyrejestrowanego i zezłomowanego pięć lat wcześniej w Bydgoszczy.
Marta przeskoczyła na kolejne punkty pomiarowe na trasie prowadzącej na wschód. Skoda nie jechała A2. Zjechała na węźle Wiskitki na drogi lokalne i wojewódzkie. Omijała duże skrzyżowania z miejskim monitoringiem wizyjnym w Żyrardowie i Mińsku Mazowieckim. Kierowca jechał według precyzyjnie opracowanego schematu – wkraczał w strefy zasięgu kamer wyłącznie w tych miejscach, gdzie światło podczerwieni było osłabione przez przydrożne drzewa, a na fotoradarach stacjonarnych zwalniał do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Znał mapę punktów pomiarowych lepiej niż policjanci lokalnej drogówki.
– Chojnacka, co wy tu jeszcze robicie przy tych ekranach? – Zza ścianki boksowej wyłoniła się potężna sylwetka pułkownika Kasprzyka. Przełożony wydziału wyglądał tragicznie. Miał mokre od potu czoło, a guzik przy kołnierzyku jego koszuli naciągnięty był do granic wytrzymałości. – Zwijajcie te logi do archiwum. Kancelaria czeka na czysty, jednogłosowy raport na czwartą rano. Przyczyna: wtargnięcie pojazdu ciężarowego na pas ruchu. Błąd kierowcy, zasłabnięcie za kierownicą lub nagła awaria układu hamulcowego.
Marta nie odrywała wzroku od zielonych linijek kodu na prawym monitorze.
– On nie zasłabł za kierownicą, szefie – powiedziała spokojnym, wypranym z emocji głosem. – Wyjechał z wyłączonymi światłami dokładnie na cztery sekundy przed osiągnięciem punktu styku przez opancerzone BMW SOP-u. A kilkadziesiąt sekund później z zagajnika obok ruszyła skoda na kradzionych blachach. Znała martwe strefy kamer wokół Mińska i jechała prosto w stronę granicy.
Kasprzyk wszedł do jej małego boksu, opierając ciężką, spoconą dłoń o obudowę monitora Eizo. Zbliżył twarz do jej ucha. Pachniało od niego nieświeżym oddechem i miętowymi dropsami.
– Słuchajcie mnie uważnie, Chojnacka – powiedział zniżonym, syczącym tonem. – Właśnie zginął szef rządu Rzeczypospolitej. Za niecałą godzinę wicepremier Majewski przejmuje obowiązki i przejmuje kontrolę nad państwem. Opozycja już drze się w mediach o zamachu, a rząd za chwilę powie, że to prowokacja ze Wschodu albo ze strony opozycji. Nikt na Rakowieckiej, słyszycie mnie, nikt nie potrzebuje teraz waszych prywatnych teorii o czarnych skodach i zielonych ludzikach, bo nikt tu nie chce żadnej wojny. To był wypadek drogowy ze skutkiem śmiertelnym. Sprawca zbiegł. Trwają poszukiwania. Sprawa zamknięta.
Marta patrzyła na pułkownika przez długie dwie sekundy. Znała ten wzrok doskonale. To był wzrok urzędnika w mundurze, który bardziej niż bezkarności wrogów ojczyzny bał się utraty prawa do pełnej odprawy emerytalnej po trzydziestu latach przekładania papierów z kąta w kąt.
– Jasne, szefie – skłamała bez mrugnięcia powieką.
Gdy Kasprzyk wyszedł z piwnicy, słychać było ciężki stukot jego butów na schodach. Marta odczekała minutę. Wyciągnęła z kieszeni spodni czarny, prywatny pendrive z szyfrowaniem sprzętowym, wpięła go do dyskretnego portu USB z tyłu obudowy komputera i skopiowała całą ścieżkę przejazdu czarnej Škody wraz z logami kamer KAS.