-
nowość
Drugie Ciało - ebook
Drugie Ciało - ebook
Budzi się po czterech miesiącach. Pamięta swoje życie, swoją firmę, żonę i córkę. Problem w tym, że twarz w lustrze należy do innego człowieka. Andrzej Radecki miał umrzeć. Eksperymentalna procedura rekonstrukcji pamięci daje mu jednak drugą szansę — w ciele trzydziestosześcioletniego Michała Wysockiego. Lekarze zapewniają, że jego wspomnienia, osobowość i świadomość zostały zachowane. Tyle że nowe ciało zaczyna pamiętać rzeczy, których Andrzej nigdy nie przeżył. Drogi Krakowa prowadzą go bez nawigacji. Ręce znają medyczne procedury. Obca kobieta patrzy na niego jak na zmarłego męża, a siedmioletnia dziewczynka mówi do niego: „Tato”. Im więcej Andrzej odkrywa o człowieku, którego ciało otrzymał, tym bardziej niepokojące stają się pytania o Asterion, wcześniejszych pacjentów i tajemniczy program JANUS. Czy można przenieść człowieka do innego ciała? Gdzie kończy się pamięć, a zaczyna tożsamość? I kto ma prawo zdecydować, które życie jest ważniejsze?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398352949 |
| Rozmiar pliku: | 993 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Karta zadziałała dopiero za trzecim razem. Zielona dioda zapaliła się bez dźwięku, jakby budynek nie chciał przyznać, że go wpuścił.
Mężczyzna przytrzymał identyfikator przy czytniku. Na laminacie widniało jego zdjęcie, pod nim nazwisko i kod MT-07. Niżej, mniejszym drukiem: TRANSPORT TECHNICZNY – DOSTĘP WARUNKOWY. Siódemka oznaczała zespół, nie człowieka. Tak przynajmniej powiedziano mu pierwszego dnia.
– Jestem – szepnął.
W słuchawce odezwał się głos Igi.
– Masz cztery minuty.
– Mówiłaś sześć.
– Dwie zużyłeś na bramę.
Nocny portier patrzył w monitor po lewej stronie. Na prawym przesuwał się zapis meczu, który skończył się przed północą. Mężczyzna pchnął wózek z pustą butlą tlenową i nie przyspieszył. Ludzie zwracali uwagę na pośpiech. Sprzęt medyczny miał własne prawo przejścia.
Przy windzie nacisnął minus dwa. Panel pokazał zwykłe piętra: parter, laboratoria, sale obserwacyjne, zaplecze techniczne. Nie było minus trzy. Nie było też zera.
– Teraz? – zapytał.
– Lewa ręka. Dół, góra, prawo, środek.
Wykonał ruch nad czterema pustymi polami. Panel nie pokazał cyfr, tylko przez moment zapalił punkty. Drzwi się zamknęły.
– Siedem, jeden, trzy, zero – powiedział.
– Nie zapisuj tego w telefonie.
– Już zapisałem odwrotnie.
– Dlaczego odwrotnie?
– Bo jeśli ktoś znajdzie kartkę, nie chcę mu otworzyć drzwi.
Winda ruszyła niżej, niż pozwalał plan pożarowy wiszący przy recepcji. Na wyświetlaczu nie pojawiła się liczba. Zamiast niej mignęło J-0.
– J jak JANUS? – zapytał.
– Tak.
– A zero?
– Strefa zerowa. Oficjalnie nie jest piętrem, oddziałem ani magazynem. Dzięki temu oficjalnie nie ma w niej pacjentów.
Drzwi otworzyły się na korytarz węższy od wózka. Ściany obłożono matową blachą. Nie było okien, zegarów ani nazwisk. Jedynie kamery pod sufitem obracały się o kilka stopni, zawsze chwilę po jego przejściu.
– W lewo – powiedziała Iga. – Trzecie drzwi.
– Skąd widzisz?
– Nie widzę. Znam układ.
– Mówiłaś, że nigdy tu nie byłaś.
– Cztery minuty, Michał.
Po raz pierwszy tej nocy użyła jego imienia.
Trzecie drzwi nie miały klamki. Przyłożył MT-07, potem lewy kciuk. Czytnik potwierdził kartę, ale odrzucił biometrię. Spróbował jeszcze raz, mocniej, jakby od nacisku mogła zależeć zgodność odcisku.
Zamek puścił.
W pomieszczeniu stały trzy łóżka transportowe. Dwa były rozebrane do metalowych ram. Trzecie miało materac, pasy i wgłębienie po czyjejś głowie. Obok znajdowały się dwa szare pojemniki oznaczone H-9.
– Są puste – powiedział.
– Wiem. Szukaj terminala.
– H to Helena?
– Nie. Była R-9. R jak pełna rekonstrukcja, dziewięć jak dziewiąta procedura. Literę zmienili, kiedy wrócił jej własny profil.
– Wrócił?
– Zaczęła pamiętać rzeczy, których nie powinno już być. Dwie osoby odpowiadały z jednego mózgu. W dokumentacji nazwali to klasą hybrydową. H-9.
Michał dotknął zimnej poręczy łóżka. Miesiąc wcześniej słyszał z niego kobiecy głos. Prosiła, żeby powiedział Kamilowi, że żyje. Wtedy uznał, że majaczy. Później odnalazł jej pogrzeb.
– Dokąd ją zabrali?
– Dlatego tu jesteś.
Terminal był ukryty za przesuwną płytą. Ekran włączył się po zbliżeniu karty i pokazał indeks bez nazwisk. Michał przesunął palcem po kodach. H-9 widniało na czerwono. Obok pojawił się wpis: RELOKACJA / W-12 / PROFIL PIERWOTNY AKTYWNY.
– Mam W-12.
– To węzeł zewnętrzny. Dwanaście oznacza placówkę, ale pełną nazwę schowali w części rozliczeniowej.
– Otwórz ją.
– Nie mam uprawnień.
– To po co mnie tu wysłałaś?
– Żebyś skopiował indeks. Oryginału nie wyniesiesz, ale będzie wiadomo, czego szukać.
Wyjął z telefonu kartę pamięci i wsunął do szczeliny terminala. Pasek kopiowania zatrzymał się przy siedemdziesięciu trzech procentach. Nad drzwiami zapaliła się żółta lampka.
– Iga.
– Kopiuj.
– Co oznacza żółte?
– Że nie mamy już czterech minut.
Pasek przesunął się do osiemdziesięciu jeden. W indeksie rozwinęła się nowa pozycja: J-R14. Michał dotknął jej odruchowo.
Na ekranie ukazał się formularz przygotowania procedury. Prefiks J oznaczał system JANUS. R – pełną rekonstrukcję. Czternaście było kolejnym numerem w rejestrze. Pola biorcy i biologicznej struktury przyjmującej zasłaniały czarne prostokąty.
Niżej świeciło jedno niezasłonięte zdanie:
ZGODNOŚĆ WSTĘPNA POTWIERDZONA / ŹRÓDŁO BIOMETRII MT-07.
Michał przeczytał je drugi raz.
– Iga, dlaczego przy R-14 jest moja karta?
Nie odpowiedziała.
– Ilu ludzi obejmuje ten numer?
– Wyjmij nośnik.
– Jest osiemdziesiąt dziewięć procent.
– Michał, wyjmij go teraz.
Za drzwiami rozległ się krótki metaliczny stuk. Potem drugi. Ktoś zatrzymał się po drugiej stronie.
Pasek doszedł do stu procent. Michał wyrwał kartę, wsunął ją pod plaster na nadgarstku i zamknął indeks. Żółta lampka zmieniła kolor na czerwony.
– Schodami serwisowymi – powiedziała Iga. – Nie wracaj do windy.
– Wiedziałaś o R-14?
– Wiedziałam, że szukają następnego.
– To nie jest odpowiedź.
– Jeśli wyjdziesz, odpowiem.
Drzwi otworzyły się, zanim zdążył odsunąć wózek. Wszedł mężczyzna w granatowym ubraniu technicznym. Nie miał identyfikatora. Spojrzał na pustą butlę, potem na odsłonięty terminal.
– Transport? – zapytał.
– Awaria reduktora.
– Na J-0?
Michał pchnął wózek. Metalowa rama uderzyła przybysza w kolano, a butla zsunęła się i potoczyła przez próg. Huk w ciasnym korytarzu był głośniejszy od alarmu.
Pobiegł w przeciwną stronę. Karta otworzyła pierwsze drzwi serwisowe, drugich już nie. Uderzył w blachę dwa razy, potem trzy i znowu dwa. Umówiony sygnał. Po chwili zamek kliknął zdalnie.
Schody prowadziły na garaż. Telefon stracił połączenie z Igą na pierwszym półpiętrze. Na ekranie została wiadomość, której nie zdążył wysłać do Anny: RANO BĘDĘ. KUP MĄKĘ.
Przypomniał sobie, że obiecał Lenie naleśniki.
Na poziomie rampy paliło się czerwone światło. Brama była otwarta, ale w przejeździe stał biały furgon bez oznaczeń. Reflektory włączyły się, gdy zrobił pierwszy krok.
Cofnął się do drzwi. Klamka nie ustąpiła.
W słuchawce wrócił głos Igi, poszarpany zakłóceniami.
– Nie wsiadaj z nimi.
Od strony furgonu szło dwóch ludzi. Jeden trzymał opaskę zaciskową, drugi strzykawkę w przezroczystym opakowaniu.
Michał uderzył dłonią w boczną szybę zaparkowanego samochodu. Raz. Drugi. Szkło nie pękło.
Białe światło wypełniło całe okno.ROZDZIAŁ 1 — PRZEBUDZENIE
Najpierw wrócił ciężar języka. Leżał przyklejony do podniebienia, gruby i obcy, jak po całonocnym piciu, chociaż Andrzej nie pił od siedmiu miesięcy. Potem pojawił się oddech. Krótki, płytki, wchodzący zbyt łatwo. W ostatnich tygodniach każdy wdech trzeba było wyciągać z klatki piersiowej ostrożnie, żeby nie zerwać czegoś w środku, a teraz powietrze wpadło samo, chłodne i ostre, rozepchnęło płuca, nie pytając o pozwolenie. Spróbował otworzyć oczy. Powieki puściły dopiero za drugim razem. Nad nim nie było sufitu, tylko mleczna tafla rozświetlona od środka. Przez kilka sekund szukał w niej pęknięcia znad własnego łóżka, cienkiej brunatnej kreski biegnącej od sztukaterii do czujnika dymu. Nie znalazł. Tafla była gładka. Po lewej stronie pracowało urządzenie o równym, przyciszonym rytmie. Dalej ktoś przesunął metal po metalu i natychmiast przestał, jakby hałas był błędem.
Andrzej pamiętał śmierć bez samej śmierci. Jasny gabinet Jarockiej, filiżankę z niedopitą kawą, własny podpis złożony ręką, która nie potrafiła już utrzymać pióra bez drżenia. Pamiętał Martę stojącą przy oknie i jej milczenie, dłuższe od wszystkich pytań, które zadała wcześniej. Pamiętał zapach środka dezynfekującego, maskę przy twarzy i głos doktora Kwietnia: proszę policzyć od dziesięciu. Doszedł do siedmiu. Potem była pustka, ale pustka została przewidziana w umowie. To, co miało nastąpić po niej, kosztowało więcej niż dwa dobre szpitale powiatowe i wymagało od kilkunastu ludzi złamania przysięgi, której żaden z nich nie nazywał już przysięgą.
Poruszył palcami prawej dłoni. Odpowiedziały wszystkie, szybko i bez drżenia. Uniósł rękę kilka centymetrów nad materac. Skóra była jasna, gładka, z drobnymi włosami na przedramieniu. Nie miał plam wątrobowych, wypukłych żył ani starej blizny po szybie, która przecięła mu kciuk w dziewięćdziesiątym drugim, kiedy sam wynosił okna z pierwszego magazynu przy Zakopiańskiej. Obejrzał paznokcie, potem odwrócił dłoń. Linia życia należała do kogoś, kto nigdy nie podawał ręki Andrzejowi Radeckiemu.
– Panie Andrzeju?
Głos dochodził z prawej strony. Kobiecy, młody, spokojny, wyuczony tak, żeby nie zabrzmiała w nim ani radość, ani lęk. Obrócił głowę. Ruch okazał się za szybki. Obraz odpłynął, łóżko przechyliło się pod nim, chociaż pozostało nieruchome. Zacisnął powieki. Dłoń opadła na prześcieradło i bez świadomej decyzji znalazła przy biodrze plastikową gruszkę zakończoną przewodem. Kciuk nacisnął raz, potem drugi. Nic się nie wydarzyło. Gdy otworzył oczy, pielęgniarka patrzyła na jego lewą rękę.
– To nie jest dozownik – powiedziała. – Przycisk przywoławczy.
Andrzej puścił gruszkę. Nie pamiętał, żeby jej szukał.
– Wiem.
Pielęgniarka miała około trzydziestki, może mniej, włosy związane wysoko, bez kolczyków i bez plakietki przypiętej do fartucha. Imię wyszyto szarą nicią na piersi: Iga Sowa. Sprawdziła przewód biegnący spod jego koszuli, zerknęła na ekran, a później podeszła do twarzy. W jej ruchach nie było pośpiechu. Była dokładność człowieka, który wykonał tę samą czynność wiele razy, ale nie miał jeszcze pewności, czy tym razem zakończy się tak samo.
– Gdzie jest profesor Jarocka?
– Zostanie powiadomiona, że pan się wybudził.
– To znaczy, że się nie spodziewała?
– To znaczy, że ją powiadomię.
Poczuł własne usta układające się do uśmiechu. Mięśnie odpowiedziały inaczej, zbyt mocno po jednej stronie. Uśmiech zniknął.
– Lustro.
– Jeszcze nie.
– Nie pytałem, czy już mogę.
– Słyszałam.
Sięgnęła po latarkę. Andrzej odruchowo odsunął twarz, zanim światło dotknęło prawego oka. Ciało zrobiło to z szybkością, której nie znał nawet sprzed choroby. Iga zatrzymała rękę w połowie drogi.
– Boli?
– Nie.
– Zawroty głowy?
– Przy ruchu.
– Nudności?
– Nie.
– Podwójne widzenie?
– Jeszcze nie mam czego liczyć podwójnie.
Nie odpowiedziała. Oświetliła źrenice, poleciła śledzić światło, dotknęła jego policzka po obu stronach, potem szczęki. Twarz była zdrętwiała w kilku miejscach, ale nie obolała. Andrzej próbował zbudować jej kształt z nacisku palców. Kości policzkowe szły wyżej. Żuchwa była węższa. Zarost, ledwie wyczuwalny pod opuszkami, rósł gęściej niż jego własny. Iga odsunęła mu rękę.
– Proszę jeszcze nie dotykać opatrunku.
– Mam opatrunek na twarzy?
– Przy linii włosów i za uszami.
– Po co?
Przez moment kontrolowała kroplówkę, chociaż na ekranie nic się nie zmieniło.
– Profesor wszystko wyjaśni.
Drzwi otworzyły się prawie bezgłośnie. Helena Jarocka weszła sama. W dniu, w którym Andrzej podpisywał ostatnią zgodę, miała granatową sukienkę i włosy spięte srebrną klamrą. Teraz włożyła zwykły biały fartuch, a siwe pasmo nad czołem było szersze, niż zapamiętał. Nie wyglądała na kobietę, która odniosła największy sukces w historii neurologii. Wyglądała po trudnym dyżurze, choć nie pozwalała sobie usiąść.
– Który mamy? – zapytał.
– Siedemnasty października.
– Rok.
– Dwa tysiące trzydziesty siódmy.
Policzył. Ostatnią zgodę podpisał drugiego czerwca. Zespół planował rozpocząć procedurę czwartego, jeśli badania dawcy i jego własne parametry pozostaną w granicach przyjętych przez komisję. Cztery i pół miesiąca nie mieściły się w żadnej rozmowie, którą pamiętał.
– Ile?
– Sto trzydzieści pięć dni od rozpoczęcia pierwszego etapu.
– Pytałem, jak długo byłem nieprzytomny.
– Świadomość nie wróciła w sposób, który można uczciwie opisać jednym czasem. Ostatnie trzy tygodnie obejmowały okresy reaktywności bez trwałego kontaktu.
– Czy procedura się udała?
Jarocka podeszła do łóżka. Nie dotknęła go. Patrzyła na oczy, na usta, na dłonie; poruszała wzrokiem jak diagnosta, nie jak człowiek witający zmarłego.
– Procedura się udała.
To zdanie czekało na niego od czerwca. Zapłacił za nie domem na Woli Justowskiej, udziałami w dwóch spółkach i dyskrecją ludzi, którzy nie podpisywali się pod rachunkami. Powinno przynieść ulgę. Zamiast niej poczuł złość, bo Jarocka wypowiedziała je tak samo, jak mogłaby potwierdzić prawidłowe założenie szwu.
– Jestem Andrzejem Radeckim?
Iga opuściła ręce wzdłuż ciała. Bardzo mały ruch, ale w pokoju, w którym wszyscy oszczędzali gesty, zabrzmiał jak potrącenie tacy.
– Pańska pamięć autobiograficzna jest stabilna – odparła Jarocka. – Orientacja co do własnej osoby również.
– To nie była odpowiedź.
– Na tym etapie najuczciwsza.
– Umarłem?
– Pański organizm nie przeżyłby choroby. Ten proces został zakończony zgodnie z uzgodnionym protokołem.
– Mój organizm.
– Tak.
Andrzej uniósł prawą rękę, tę bez plam i drżenia.
– A ten?
– Funkcjonuje.
Zaśmiał się krótko. Głos uderzył go mocniej niż widok dłoni. Był niższy od głosu Andrzeja, czysty, bez szorstkiego końca, który pojawił się po pięćdziesiątce. Z gardła wyszedł śmiech innego mężczyzny, a jednak powód należał do niego.
– Cztery miesiące pracy i trzydzieści siedem milionów za słowo „funkcjonuje”. Nadal umie pani pilnować ceny.
– Nadal pamięta pan kwotę. To cenna informacja.
– Dla mnie czy dla pani?
– Dziś nie potrafię ich rozdzielić.
Jarocka przysunęła krzesło, lecz nie usiadła. Poprosiła go o nazwisko matki, adres pierwszego magazynu i imię psa, którego dostał na dziewiąte urodziny. Odpowiadał bez wysiłku. Zofia Radecka, ulica Lubelska w Tarnowie, później mieszkanie na osiedlu XXV-lecia. Magazyn przy Zakopiańskiej miał numer siedemnaście, choć na starej księdze wieczystej widniał jeszcze jako działka sto dwanaście przez cztery. Pies nazywał się Borys i zginął pod ciężarówką mleczarni, kiedy Andrzej był w szkole. Nikt poza nim i nieżyjącą matką nie wiedział, że ojciec zakopał obrożę osobno, za komórką, bo nie potrafił odpiąć jej od zmiażdżonej szyi.
– Marta? – spytała Jarocka.
Obraz córki przyszedł natychmiast, nie jako fotografia, tylko kilka Mart nałożonych na siebie: pięcioletnia z rozbitym kolanem, dwunastoletnia odmawiająca wejścia do kościoła po pogrzebie matki, dorosła w ciemnym płaszczu, kiedy po raz pierwszy powiedziała mu, że firma zjada wszystko, czego dotknie. Ostatni obraz był najprostszy. Marta przy oknie w Asterionie, nieruchoma, z palcami schowanymi w rękawach.
– Trzydzieści osiem lat. Urodzona dwudziestego dziewiątego listopada tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego. Ma uczulenie na amoksycylinę. W wieku szesnastu lat ukradła mi volvo i rozbiła prawy reflektor pod Wieliczką. Powiedziałem policjantowi, że prowadziłem. Nie uwierzył, ale miał kredyt w moim banku.
– Jak nazywała się jej matka?
– Elżbieta. Zmarła jedenastego lutego dwa tysiące dwudziestego dziewiątego. Rak trzustki. Przez trzy tygodnie kłamałem jej, że wyniki z Heidelbergu dają szansę. Wiedziała. Pozwalała mi kłamać, żebym nie musiał siedzieć przy łóżku bezrobotny.
Jarocka nie zanotowała niczego. Iga patrzyła na monitor.
– Co pani jeszcze chce? – zapytał. – Numer konta? Nazwisko kobiety, z którą zdradziłem żonę w dwa tysiące siódmym? Mogę podać hotel i rachunek za minibar. Jeśli pamięć jest dowodem, ma pani dość.
– Pamięć nie jest dowodem tożsamości.
W pokoju coś się zmieniło. Nie dźwięk urządzeń ani światło. Iga przestała udawać, że interesuje ją ekran.
– To po co przez trzy lata ją pani budowała?
– Żeby sprawdzić, czy może zachować ciągłość funkcjonalną po śmierci organizmu.
– I zachowała.
– Odpowiada pan zgodnie z modelem.
– Nie jestem modelem.
– Nie powiedziałam tego.
Andrzej spróbował usiąść. Chciał oprzeć się na prawej ręce, ale lewa znalazła krawędź łóżka pierwsza i przejęła ciężar. Mięśnie brzucha napięły się bez bólu. Plecy oderwały od materaca, zanim Iga zdążyła go zatrzymać. Świat przechylił się jeszcze raz. Pielęgniarka wsunęła mu dłoń pod bark.
– Powoli.
– Proszę mnie nie kłaść.
– Nie kładę. Pilnuję, żeby pan nie spadł.
Siedział. Sam fakt siedzenia był bardziej niewiarygodny niż cudza ręka. Przed zabiegiem dwóch mężczyzn przenosiło go z wózka na stół. Nogi nie utrzymywały ciężaru, kark opadał, a w lewej dłoni zostawało tyle siły, żeby nacisnąć przycisk pompy morfinowej. Teraz kręgosłup trzymał ciało prosto. Stopy, ukryte pod prześcieradłem, trafiły w materac bez szukania. Serce przyspieszyło, lecz nie zgubiło rytmu.
– Lustro – powtórzył.
– Jutro – powiedziała Jarocka.
– Dzisiaj.
– Najpierw badanie neurologiczne.
– Jest pani pewna, że chce je zrobić przed lustrem? Człowiekowi łatwiej współpracować, gdy wie, czyją twarz będzie musiał golić.
Jarocka usiadła wreszcie. Krzesło miało miękkie kółka i nie wydało żadnego dźwięku.
– Jaką ręką pan pisze?
– Prawą.
– Zawsze?
– To miało być trudne pytanie?
– Proszę narysować koło.
Iga podała mu cienki elektroniczny rysik i płaską tablicę. Wyciągnął prawą rękę. Zatrzymała się nad powierzchnią, palce ułożyły zbyt sztywno, jak u dziecka uczącego się trzymać ołówek. Zanim zdążył poprawić chwyt, lewa dłoń odebrała rysik. Ruch był prosty, pozbawiony namysłu. Koło zamknęło się jedną linią. Andrzej patrzył na nie, a ręka dopisała pod spodem krótką kreskę, niemal haczyk. Natychmiast odłożył rysik.
Kwiecień wszedł bez pukania. Był chudszy niż w czerwcu, włosy przy skroniach miał przycięte za krótko, a pod fartuchem granatową koszulę z podwiniętymi rękawami. Najpierw zobaczył tablicę, potem twarz Jarockiej.
– Obudził się i już poprawia protokół – powiedział. – To chyba dobry znak.
– Doktor Kwiecień – przedstawiła go Jarocka; Andrzej znał człowieka, który uśpił go przed własną śmiercią.
– Pamiętam. Kazał mi pan liczyć.
– Nadal mam ten nawyk. Większość pacjentów nie składa reklamacji po czterech miesiącach.
Kwiecień podszedł do łóżka i położył dwa palce na tętnicy szyjnej, choć puls widział na ekranie. Dotyk miał ciepły i pewny. Andrzej wytrzymał go przez kilka sekund, potem odsunął brodę.
– Nie ufa pan aparaturze?
– Aparatura ufa temu, co do niej podłączono.
– A pan?
– Dzisiaj nikomu.
Kwiecień uniósł kącik ust. Jarocka nie zareagowała.
– Proszę zacisnąć dłonie – polecił.
Andrzej wykonał ruch. Lewa była mocniejsza.
– Teraz puścić. Dotknąć palcem nosa. Prawa, potem lewa.
Prawa ręka trafiła ostrożnie. Lewa szybciej, niemal z irytacją.
– Czy przed procedurą zdarzało się panu wykonywać czynności lewą ręką bez świadomej decyzji? – zapytał Kwiecień.
– Nie.
– Nigdy?
– Jadłem prawą, pisałem prawą, biłem prawą. Lewą nosiłem teczkę.
– Grał pan na instrumencie?
– Na cierpliwości ludzi.
Kwiecień zanotował coś na tablicy, lecz ustawił ją tak, żeby Andrzej nie widział.
– Co pan poczuł, kiedy lewa ręka przejęła rysik?
– Że prawa jest słabsza po czterech miesiącach leżenia.
– Tylko tyle?
– Tylko tyle.
Nie powiedział o gruszce znalezionej przy biodrze ani o tym, że palce ułożyły się na niej jak na ręcznym sterowniku pompy infuzyjnej. Nie powiedział o haczyku pod kołem. Nie znał jego znaczenia, ale ciało postawiło kreskę z pewnością podpisu.
Jarocka obserwowała go chwilę, potem zwróciła się do Igi.
– Przygotuj pionizację. Bez pełnego obciążenia.
– Dzisiaj? – spytała pielęgniarka.
– Jest wydolny.
Iga nie ruszyła się od razu. Jej wzrok przeszedł z Jarockiej na Kwietnia. Kwiecień opuścił ręce.
– Potrzebuję drugiej osoby.
– Jestem – powiedział Kwiecień.
Opuścili boczną barierkę. Andrzej odsunął prześcieradło. Zobaczył nogi mężczyzny młodszego o ćwierć wieku: mocne uda, ciemne włosy na łydkach, lewą kostkę z białą pręgą po dawnym cięciu. Na prawym kolanie skóra była grubsza i nieco ciemniejsza. Nie czuł zachwytu. Poczuł wstyd właściwy chwili, gdy człowiek przypadkiem otwiera cudzą łazienkę i widzi kogoś nagiego. Tyle że nie mógł zamknąć drzwi.
– Proszę najpierw usiąść na brzegu – powiedziała Iga.
Przesunął biodra. Ciało wykonało to sprawniej, niż przewidywał. Stopy dotknęły podłogi. Zimno poszło od pięt do karku. Pokój miał więcej przestrzeni, niż sądził z łóżka: dwa zamknięte wejścia, mleczną szybę od strony korytarza, kamerę w narożniku i szafkę bez uchwytów. Żadnego okna. Na drzwiach po lewej wisiał niewielki panel z zielonym polem. Zanim Iga wydała polecenie, jego lewa stopa cofnęła się o pół długości, prawa ustawiła pod kolanem, tułów pochylił do przodu. Wstał jednym ruchem.
Kwiecień złapał go pod łokciem dopiero wtedy, gdy już stał.
– Miał pan czekać.
– Nie lubię.
Kolana zadrżały, ale wytrzymały. Andrzej szukał dawnego środka ciężkości i nie znalazł. Ten znajdował się niżej, bardziej z przodu. Ramiona były szersze, plecy mocniejsze. Ciało wyrównało zachwianie drobnym ruchem stopy, którego sam by nie wymyślił. Z urządzenia przy ścianie dobiegł krótki alarm. Lewa ręka powędrowała do przewodu przy obojczyku. Kciuk i palec wskazujący zacisnęły dren powyżej łącznika, druga dłoń sięgnęła w stronę niewidocznego zacisku. Iga chwyciła go za nadgarstek.
– Proszę zostawić.
Andrzej puścił. Na skórze pielęgniarki zostały białe ślady po jego palcach.
– Co pan chciał zrobić? – spytał Kwiecień.
– Przewód się naprężył.
– Zacisnął go pan powyżej portu.
– Widziałem, gdzie go boli.
– Przewodu?
– Mnie.
Alarm umilkł. Nikt się nie uśmiechnął. Jarocka stała przy końcu łóżka i patrzyła nie na dren, lecz na jego dłonie.
– Wystarczy – powiedziała.
– Dopiero wstałem.
– I dlatego wystarczy.
Iga oraz Kwiecień pomogli mu usiąść, choć pomocy nie potrzebował. Tym razem pozwolił. Młode serce waliło szybko, skóra na plecach była mokra, ale mięśnie chciały pracować. W piersi pojawiła się gwałtowna, prawie zwierzęca radość z siły. Natychmiast przykrył ją gniewem. Radość należała do człowieka, który dostał dar. On kupił usługę i nie zamierzał być wdzięczny za wykonanie umowy.
– Kiedy zobaczę Martę?
– Po zakończeniu pierwszej oceny – odparła Jarocka.
– Czy wie, że żyję?
– Wie, że uzyskaliśmy stabilny wynik.
– Znowu słowo zamiast odpowiedzi.
– Pańska córka podpisała zobowiązanie dotyczące kontaktu. Musimy przygotować ją na spotkanie.
– To wy przygotowujecie ludzi do widoku zmarłego ojca?
– Tak.
Odpowiedź przyszła bez wahania i zatrzymała następną obelgę. Andrzej pamiętał Jarocką z wielu rozmów. Nie była tchórzem. Potrafiła nazwać ryzyko, rozpad, śmierć i niepowodzenie, kiedy inni lekarze zasłaniali się statystyką. Teraz unikała tylko jednego rodzaju zdań: tych, które zaczynały się od „pan jest”.
Iga poprawiła pościel. Kiedy wyjmowała tablicę spod jego dłoni, kciukiem wygasiła ekran. Za późno. Pod schematem badania Andrzej zdążył zobaczyć trzy szare pola. W pierwszym widniało jego nazwisko. Drugie zawierało ciąg liter i cyfr zakończony numerem czternaście. Trzecie miało jedno słowo: zgodność. Nie dostrzegł wartości.
– Zostanę sam? – zapytał.
– Kamera działa cały czas – powiedziała Iga.
– Nie pytałem o kamerę.
– Przez najbliższe godziny ktoś będzie za szybą.
– Czyli sam.
Kwiecień wyszedł pierwszy. Iga zabrała tablicę i przewiesiła dren tak, by nie mógł dosięgnąć łącznika bez wyraźnego ruchu. Jarocka zatrzymała się przy drzwiach.
– Profesor.
Odwróciła głowę.
– Co miał oznaczać haczyk pod kołem?
Przez ułamek sekundy zobaczył u niej coś, czego nie widział podczas całego badania. Nie strach. Rozpoznanie.
– Pan go narysował – powiedziała.
– Pytałem o coś innego.
– Tylko taką dziś mam.
Drzwi zamknęły się miękko. Andrzej został z równym oddechem aparatury, cudzym głosem w gardle i dłonią, która spoczywała na prześcieradle zbyt spokojnie. Uniósł ją, gdy za mleczną szybą przesunęły się trzy sylwetki. Najpierw prawą, na wysokość kamery. Poruszył palcami. Lewą wsunął pod kołdrę. Dotknęła przewodu, odnalazła port i zatrzymała się dokładnie tam, gdzie wcześniej zacisnęła dren. Andrzej nie wiedział, skąd zna ten ruch.
Od tej chwili nie zamierzał opowiadać wszystkiego.ROZDZIAŁ 2 — LUSTRO
Noc przyszła bez ciemności. Mleczna tafla nad łóżkiem przygasła do koloru brudnego lodu, urządzenia zmieniły rytm, a za szybą co jakiś czas przesuwała się sylwetka. Andrzej zasypiał na kilka minut i wracał z przekonaniem, że znajduje się w domu na Woli Justowskiej. Szukał przycisku rolety, czuł pod palcami wypolerowane drewno stolika, słyszał Elżbietę krzątającą się w garderobie. Zaraz potem dłoń trafiała na tworzywo barierki, a cudze płuca brały głęboki oddech. Nad ranem przestał walczyć ze snem. Leżał na plecach i porządkował to, co miał: datę, trzy nazwiska personelu, numer czternaście, brak lustra. Cała reszta należała do Asterionu, łącznie z jego ubraniem i możliwością otwarcia drzwi.
O szóstej czterdzieści siedem Iga wniosła metalowy kubek z wodą. Godzinę odczytał z ekranu urządzenia, zanim pielęgniarka zasłoniła go ramieniem. Nie próbowała pytać, czy spał.
– Kamera ma dźwięk? – zapytał.
– Ma.
– Kto słucha?
– Dyżurny zespół.
– Ilu ludzi?
– To zależy od godziny.
– A teraz?
– Dwie osoby.
– Pani i kto?
Podała mu kubek. Wziął prawą ręką, celowo. Woda pachniała plastikiem i czymś słodkim. Pierwszy łyk przyniósł metaliczny posmak. Odstawił naczynie.
– Elektrolity – wyjaśniła. – Ma pan ograniczenie płynów.
– Jak długo będzie pani odpowiadała na pytania, których nie zadałem?
– Tak długo, jak będzie pan zadawał te, na które nie mogę odpowiedzieć.
Musiała mieć przygotowane to zdanie albo pracowała przy ludziach gorszych od niego. Usiadł bez pomocy. Zawroty były słabsze. Lewa ręka znów chciała przejąć kubek, więc wsunął ją pod udo. Iga zauważyła, ale niczego nie zapisała przy nim.
– Chcę się umyć.
– Pomogę panu.
– Chcę lustro.
– Profesor przyjdzie o siódmej trzydzieści.
– Lustro nie ma specjalizacji medycznej.
– W tym pokoju ma.
Otworzyła szafkę bez uchwytów, naciskając dłonią miejsce, które z zewnątrz niczym się nie wyróżniało. W środku wisiał szary dres i biała koszulka. Na półce stały miękkie buty bez sznurowadeł, z metką. Rozmiar czterdzieści trzy. Andrzej nosił czterdzieści jeden.
– Czyje?
– Pańskie.
– Zapłaciłem za nie przed śmiercią czy doliczycie do pobytu?
– Tego nie wiem.
– W Asterionie ktoś jeszcze używa tego zwrotu?
Iga odłożyła ubranie na fotel.
– Jakiego?
– „Nie wiem”.
Tym razem prawie się uśmiechnęła, lecz zaraz spoważniała. Odłączyła jeden z przewodów i zamknęła port przezroczystą zatyczką. Andrzej obserwował kolejność jej ruchów. Ciało rozpoznawało je wcześniej niż on: odkażenie, docisk, obrót, kontrola szczelności. Nie pojawił się obraz ani słowo, tylko irytacja, kiedy pielęgniarka położyła gazik odrobinę za wysoko. Zacisnął palce na brzegu materaca.
– Łazienka jest za tymi drzwiami – powiedziała. – Nie zamyka pan zamka. Jeśli zrobi się słabo, siada pan na podłodze, nie próbuje wracać.
– A lustro?
– Jest zasłonięte.
– Oczywiście.
Wstał sam. Nogi trzymały lepiej niż poprzedniego dnia, choć po sześciu krokach drżały w udach. Iga szła pół metra za nim. Nie dotykała, a jej obecność drażniła bardziej niż pomoc. Łazienka była odlano razem z blatem, prysznic nie miał brodzika, uchwyty przy ścianach schowano w matowych listwach. Nad umywalką wisiało lustro zasłonięte roletą. Linkę usunięto.
– Proszę wyjść.
– Zostaję przy drzwiach.
– Po drugiej stronie.
– Takiej zgody nie mam.
– Kto pani jej nie dał?
– Pan. W czerwcu.
Odwrócił się. Znalazł się tak blisko niej, że zobaczył drobne naczynka na skórze przy nosie.
– Podpisałem zgodę, żeby obca kobieta patrzyła, jak się myję?
– Podpisał pan zgodę na asystę przy pierwszych czynnościach po odzyskaniu kontaktu. Sformułowanie było pańskie. Podkreślił pan, że personel ma ignorować protesty wynikające z dezorientacji.
Brzmiało jak on. Gdy człowiek płacił za niemożliwe, próbował zabezpieczyć się również przed własnym charakterem. Andrzej chwycił za brzeg umywalki. Twarz wciąż kryła się za roletą, ale chromowana bateria oddawała krzywy, rozmazany refleks. Ciemne włosy. Mocna szyja. Kawałek policzka, który niczego nie przypobiała, bez kątów, w których mogła zebrać się wilgoć. Umywalkę minał.
– Gąbka i ręcznik są pod blatem – powiedziała Iga. – Włosów nie moczymy. Opatrunki mają zostać suche.
– Zostawi mnie pani chociaż od pasa w dół?
– Odwrócę się.
– To wielkoduszne.
Umył twarz prawą ręką. Woda była letnia, gąbka szorstka. Skóra reagowała na każdy dotyk, jakby przez cztery miesiące brakowało jej świata. W okolicy skroni wyczuł cienki pasek opatrunku, potem drugi za uchem. Nie próbował odklejać. Zdjął koszulę szpitalną i przez chwilę patrzył w dół. Klatka piersiowa była węższa niż jego dawna, ale umięśniona, z ciemnym owłosieniem. Pod obojczykiem biegło kilka świeżych śladów po wkłuciach. Niżej, na lewym boku, widniała jasna, siedmiocentymetrowa blizna, stara i nierówna. Dotknął jej. Nie bolała. W ciele pojawiło się napięcie, gwałtowne i bezmyślne. Cofnął rękę.
– Ta blizna była w dokumentacji dawcy?
Iga stała tyłem.
– Nie prowadziłam kwalifikacji.
– Ale ją pani widziała.
– Proszę nie moczyć opatrunków.
Umył się, ubrał i wrócił do łóżka. Kiedy Iga zamykała łazienkę, spróbował nacisnąć panel przy drzwiach wejściowych. Zielone pole zgasło pod palcem, pojawiła się prośba o autoryzację. Przyłożył kciuk. System odrzucił odcisk. Spróbował palcem wskazującym, potem bez namysłu wpisał sześć cyfr: 041298. Data urodzenia Marty. Panel wyświetlił czerwony komunikat. Iga nie zatrzymała go, ale kamera obróciła się o kilka stopni.
– Mój kod nie działa.
– To nie jest pański panel.
– Moje linie papilarne też nie.
– Tego należało się spodziewać.
– Nazwiska właściciela tych linii podobno nie należy.
Drzwi otworzyły się od zewnątrz. Weszła Karolina Bal z teczką pod pachą i małym futerałem w dłoni. Andrzej znał ją z etapu przygotowań. Wtedy nosiła włosy do ramion i okulary w czerwonych oprawkach. Teraz była ostrzyżona krótko, a okulary miały przezroczyste szkła bez oprawek. Zmiana twarzy u kogoś znajomego wydała mu się nagle bezczelna.
– Dzień dobry, panie Andrzeju.
– Pani doktor.
– Nie jestem lekarzem.
– Po tym, co zrobiliście, wszyscy tu jesteście trochę lekarzami i trochę grabarzami.
Bal przyjęła zdanie bez obrony. Położyła teczkę na stole, futerał obok.
– Profesor Jarocka przyjdzie za kilka minut. Chciałam wcześniej porozmawiać o ekspozycji.
– Tak nazywacie pokazanie człowiekowi jego twarzy?
– Tak nazywamy pierwszą konfrontację z obrazem nowego ciała.
– Nowego dla kogo?
Iga zajęła się przewodami. Bal odsunęła krzesło i usiadła naprzeciw łóżka.
– Jak pan rozumie to, co się wydarzyło?
– Mój mózg ulegał rozpadowi. Przez trzy lata budowaliście mapę mojej pamięci, reakcji i zachowań. Dawca miał ciało zdolne przeżyć, ale mózg pozbawiony funkcji, które nazywamy osobą. Wprowadziliście mój wzorzec i teraz siedzę przed panią. Mam powiedzieć coś jeszcze, żeby zaliczyć test?
– Co znaczy „ja” w tym zdaniu?
– Człowiek, który zapłacił pani pensję.
– To jedna z odpowiedzi.
– Jedyna, która rano ma znaczenie.
Bal otworzyła teczkę. W środku nie było papieru, tylko cienki ekran. Obróciła go w jego stronę. Na czarnym tle widniały dwie sylwetki ludzkiego mózgu: jedna poprzecinana czerwonymi obszarami, druga z gęstą siatką jasnych punktów.
– Po lewej zapis funkcjonalny pańskiego mózgu z maja. Po prawej aktualny zapis wzorców aktywacji po bodźcach autobiograficznych. Nie są anatomicznie tym samym mózgiem. Funkcjonalnie wiele odpowiedzi pozostaje zgodnych.
– Wiele?
– Na tym etapie osiemdziesiąt sześć procent reakcji mieści się w zakresie przewidzianym przez model.
– A czternaście?
Bal uniosła oczy. Andrzej nie dał po sobie poznać, czy pytał o procent, czy numer z ekranu.
– Część różnic wynika z biologii, rekonwalescencji i środowiska. Pański poprzedni układ nerwowy miał sześćdziesiąt dwa lata i był chory. Ten ma trzydzieści sześć.
– Właściciel miał trzydzieści sześć.
– Dawca miał trzydzieści sześć lat.
– Imię.
– Nie mam upoważnienia.
– Mam jego penis, blizny i zęby, ale imię narusza prywatność?
Bal zamknęła obraz. Nie speszyła się, lecz na jej szyi pojawiła się czerwona plama.
– Umowa przewiduje etapowe ujawnianie informacji, żeby nie zaburzyć procesu integracji.
– Moja umowa czy jego?
– Pańska.
– On coś podpisywał?
Iga wyprostowała się przy stojaku. Bal zerknęła na nią, krótko, bez pytania.
– Kwalifikację dawcy prowadził odrębny zespół.
– Żył, kiedy go znaleźliście?
– Jego organizm żył.
– A on?
– Rozpoznano nieodwracalne uszkodzenie funkcji mózgu zgodnie z procedurą obowiązującą w chwili kwalifikacji.
– Rozpoznano śmierć mózgu?
Bal nie odpowiedziała od razu. W ciszy rozległo się syczenie klimatyzacji.
– W dokumentacji zastosowano kategorię zgodną z protokołem badania – powiedziała.
– Czyli nie.
– Tego nie powiedziałam.
– Jarocka państwa szkoli czy wybiera już gotowych?
Drzwi otworzyły się po raz trzeci. Profesor weszła z Julianem Rybakiem. Prawnik miał szary garnitur, ciemny krawat i twarz człowieka, który nie lubił tracić czasu na powitania. Andrzej spotkał go dwa razy przed zabiegiem. Rybak poprawił wtedy siedemnaście zapisów w umowie, a dwa usunął bez dyskusji, nazywając je „prawnie romantycznymi”. Teraz położył na stole telefon w przezroczystej kopercie.
– Pańskie urządzenie – powiedział. – Odłączone od sieci zgodnie z zabezpieczeniem ustalonym przed procedurą.
– Włącz je.
– Po ocenie poznawczej.
– Nie pan będzie o tym decydował.
– Formalnie w tej chwili właśnie ja.
Rybak nie groził. Informował, jakby mówił o terminie wniesienia opłaty. Najgroźniejsi nie podnosili głosu, bo dokument robił to za nich.
– Gdzie jest Marta?
– Została powiadomiona o odzyskaniu przez pana trwałego kontaktu – powiedział Rybak.
– Dlaczego jej tu nie ma?
– Ponieważ pan Andrzej Radecki zmarł czwartego czerwca, a człowiek zajmujący obecnie to łóżko nie posiada dokumentu tożsamości ani ustalonego statusu prawnego.
Zdanie padło bez wstępu. Iga patrzyła w podłogę. Karolina Bal zamknęła teczkę, choć rozmowa o ekspozycji nie została zakończona.
– Po co mi to pan mówi? – spytał Andrzej.
– Żebyśmy od początku operowali faktami. W czerwcu podpisał pan instrukcję, że po wybudzeniu należy unikać języka pocieszenia.
– Nie pamiętam.
– Pokażę panu podpis.
– Pamiętam umowę. Nie pamiętam instrukcji.
– To istotna różnica – odezwała się Jarocka.
Andrzej zwrócił ku niej głowę.
– Dla kogo?
– Dla nas wszystkich.
Rybak wyjął z kieszeni cienką kartę i przyłożył ją do panelu. Szafka przy przeciwległej ścianie rozsunęła się. Wewnątrz wisiało pionowe lustro, wąskie i wysokie, ustawione na kółkach. Iga odpięła hamulec. Andrzej poczuł, że dłonie zaczynają się pocić.
– Chce pan siedzieć czy stać? – zapytała Bal.
– Stać.
– Siedzenie jest bezpieczniejsze.
– W takim razie proszę usiąść.
Iga pomogła mu wstać. Tym razem prawa stopa cofnęła się celowo, lewa została z przodu. Nogi były ciężkie po porannym wysiłku, ale nie zawiodły. Stanął naprzeciw zasłoniętego szkła. Rybak odsunął się pod ścianę. Kwiecień pojawił się w drzwiach i został w progu. Pięcioro ludzi patrzyło, jak jeden człowiek ma zobaczyć drugiego.
– Mogą wystąpić nudności, derealizacja, gwałtowna reakcja lękowa albo agresja – powiedziała Bal. – Jeśli będzie pan chciał przerwać, proszę zamknąć oczy i powiedzieć.
– Odsłońcie.
Iga chwyciła za dolny brzeg rolety.
– Panie Andrzeju...
– Odsłoń.
Materiał uniósł się bez szelestu. W lustrze stał mężczyzna o ciemnych włosach, zbyt chudy po długim unieruchomieniu, ale silny. Miał prosty nos, głęboko osadzone brązowe oczy i świeże, różowe linie nad uszami niknące we włosach. Prawy łuk brwiowy przecinała stara blizna. Nie był podobny do Andrzeja ani do nikogo z rodziny Radeckich. Mógłby minąć go na ulicy bez jednego zapamiętanego szczegółu. Najgorsze okazało się to, że twarz nie wyglądała martwo. Nie była pustym naczyniem, które czekało na lokatora. Patrzyła z lustra z własnym ciężarem, z historią pozostawioną w zmarszczce między brwiami i lekkim opuszczeniu lewego kącika ust.
Andrzej podniósł rękę. Mężczyzna zrobił to samo. Prawa dłoń dotknęła policzka. W odbiciu gest wyglądał nieporadnie. Lewa uniosła się zaraz potem i przesunęła po szczęce ruchem wyćwiczonym przy goleniu.
– To on? – zapytał.
– To ciało dawcy – odpowiedziała Jarocka.
– Pytam o twarz.
– Tak.
– Macie jego zdjęcia sprzed zabiegu?
– Mamy pełną dokumentację kwalifikacyjną.
– Pokażcie.
– Nie dziś – powiedziała Bal.
– Dlaczego?
– Bo pana układ nerwowy już reaguje ponad zakładany poziom pobudzenia.
– Mój czy jego?
Kwiecień zrobił krok do środka, ale Jarocka zatrzymała go ruchem dłoni. Andrzej patrzył w lustro. Obcy mężczyzna zaciskał szczękę dokładnie tak jak on, a jednak inaczej: mięsień rysował się wyżej, pod skórą pojawiała się wąska bruzda. W lewej skroni zaczęło pulsować. Nagle poczuł zapach taniej pianki do golenia, ostrej, cytrusowej. W łazience niczym takim nie pachniało. Obraz nie przyszedł. Zostało tylko wrażenie chłodnych kafelków pod bosymi stopami i czyjegoś dziecięcego głosu za drzwiami.
– Wyłączcie klimatyzację – powiedział.
– Temperatura jest stała – odparła Iga.
– Czuję cytrynę.
Bal otworzyła teczkę.
– Gdzie?
– Nigdzie. Pomyliłem się.
Zapach zniknął równie szybko, jak się pojawił. Andrzej cofnął się od lustra. Pięta zahaczyła o nogę łóżka, ale ciało wyrównało krok. Iga wyciągnęła rękę i opuściła ją, nie dotykając go.
– Chcę dokumentację dawcy – powiedział. – Nazwisko, przyczynę uszkodzenia, zgodę rodziny i protokół stwierdzenia śmierci.
– Dostanie pan zakres przewidziany umową – odparł Rybak.
– Dzisiaj.
– Nie.
– W takim razie nie będzie testów.
Jarocka podeszła do lustra i sama opuściła roletę.
– Testy są również w pańskim interesie.
– Mój interes leży teraz w teczce, którą przede mną zamykacie. Nie dotknę kolejnej układanki, nie odpowiem na jedno pytanie i nie połknę tabletki, dopóki nie zobaczę akt.
– Leków nie może pan odstawić – powiedział Kwiecień.
– Może mnie pan zmusić. Zyskacie wtedy ciekawy materiał do kamery.
Rybak podniósł telefon w kopercie.
– Zanim podejmie pan decyzję, proponuję przeczytać własne instrukcje.
– Urządzenie jest odłączone.
– Dokumenty zapisano lokalnie.
Rozciął kopertę i podał mu telefon. Był to dawny aparat Andrzeja, wykonany na zamówienie, cięższy od zwykłych modeli. Skan twarzy nie rozpoznał właściciela. Przyłożył prawy kciuk; bez skutku. Ekran poprosił o hasło awaryjne. Wpisał je z pamięci: pierwsze współrzędne magazynu przy Zakopiańskiej, zapisane bez kropek. Telefon się otworzył.
Na ekranie widniał jeden folder: PO. Andrzej dotknął go lewym kciukiem, zanim zdążył zdecydować, której ręki użyje. W środku znajdowało się nagranie. Zobaczył siebie sprzed zabiegu: zapadnięte policzki, szarą skórę, głowę wspartą o zagłówek. Mówił powoli, kilka słów na jednym oddechu.
„Jeżeli to oglądasz, pamiętasz hasło, a Jarocka twierdzi, że wynik jest stabilny, masz przyjąć dwie rzeczy. Po pierwsze, możesz nie być rozsądny. Nie ufaj pierwszej reakcji. Po drugie, oni mogą mieć rację tam, gdzie nie chcesz jej przyjąć. Nie wychodź przez siedem dni. Nie kontaktuj się z Martą bez Bal. Wykonaj badania. Zanim oskarżysz kogokolwiek, przeczytaj umowę do końca. To polecenie, nie rada”.
Nagranie urwało się. Dawny Andrzej opadł na zagłówek, jakby te kilkadziesiąt sekund zabrało mu resztę siły. Mężczyzna trzymający telefon oddychał bez wysiłku.
– Sprytne – powiedział cicho. – Zabraliście mi możliwość pokłócenia się ze sobą.
– Sam pan o to zadbał – odparł Rybak.
– Cała umowa.
Prawnik skinął w stronę Bal. Otworzyła dokument na teczce i podała ekran. Tekst miał sto osiemdziesiąt cztery strony. Andrzej przesuwał spis treści, zapamiętując nagłówki: pobranie wzorca, wygaszenie funkcji, integracja, stabilizacja, ekspozycja środowiskowa, ochrona podmiotów trzecich. Przy pozycji „rekonstrukcja autobiograficzna” zatrzymał palec.
– Co to jest?
– Etap wprowadzania pańskiego modelu pamięciowego – odpowiedziała Bal.
– W umowie mówiliśmy o transferze.
– W rozmowach używano wielu skrótów.
– To nie jest skrót. Transfer przenosi. Rekonstrukcja buduje.
Rybak położył palec na dolnym rogu ekranu, nie zabierając mu urządzenia.
– Definicje znajdują się w załączniku trzecim.
– Pamiętam załącznik trzeci.
– W takim razie pamięta pan, że termin „transfer” nie opisuje czynności medycznej.
Andrzej przewinął do definicji. Rzeczywiście. Transfer oznaczał „zakładany efekt funkcjonalnej ciągłości podmiotu po zakończeniu procedury”. Ani słowa o przeniesieniu. Dalej pojawiała się rekonstrukcja: „odtworzenie profilu autobiograficznego w strukturze przyjmującej”. Litery były zwyczajne, czarne na białym tle. Pamiętał, że czytał ten zapis. Pamiętał salę, Rybaka przy oknie, własną dłoń na papierze. Nie pamiętał chwili, w której zgodził się, by te dwa zdania znaczyły to samo.
– Chcę kopię.
– Po badaniach – powiedział Rybak.
– Zostawcie telefon.
– Telefon zostaje. Bez połączenia z siecią do czasu zakończenia obserwacji.
– I nazwisko dawcy.
– Nie jest objęte pańską dokumentacją – odparł prawnik.
– W takim razie od dziś będę nazywał go właścicielem.