Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Drugie życie mojej matki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
3742 pkt
punktów Virtualo

Drugie życie mojej matki - ebook

14 marca 1980 roku samolot IŁ-62 „Mikołaj Kopernik” lecący z Nowego Jorku do Warszawy rozbił się tuż przed lądowaniem. Wśród 87 ofiar była Anna Jantar. Kilka miejsc dalej siedziała Elżbieta, matka trzynastoletniej Hani.

Dla dziewczynki świat kończy się w jednej chwili. Staje się półsierotą, obserwowaną przez ciekawskich sąsiadów, nauczycieli i koleżanki. W cieniu tragedii musi nauczyć się żyć bez matki – z wyrachowaną siostrą, religijną babcią i ojcem za oceanem. Żałoba miesza się z niedowierzaniem i gniewem.

Wśród ciał ofiar katastrofy nie udaje się zidentyfikować mamy Hani, a wkrótce zaczyna krążyć plotka, że Elżbieta wcale nie zginęła. Nagle odzywają się świadkowie – twierdzą, że po wypadku lotniczym widzieli ją całą i zdrową na ulicach Nowego Jorku.

„Drugie życie mojej matki” to poruszająca opowieść o stracie, dorastaniu i rodzinnych tajemnicach. Autorka z niezwykłą czułością i przenikliwością odtwarza realia Polski lat 80., pokazując, jak wielka historia wdziera się w życie zwykłych ludzi. To także pierwszy tom wielopokoleniowej sagi „Bliscy i dalecy” – od dramatycznych wyborów babki po niełatwe decyzje rodziców – w której przeszłość nieustannie splata się z teraźniejszością.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789181530780
Rozmiar pliku: 5,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ 1

Ka­ta­strofa

W ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu Ił-62 „Mi­ko­łaj Ko­per­nik” le­cą­cego z No­wego Jorku do War­szawy czter­na­stego marca 1980 roku zgi­nęło osiem­dzie­siąt sie­dem osób, jed­nak naj­więk­szą sen­sa­cję wy­wo­łała wia­do­mość, że wśród ofiar była po­pu­larna i bar­dzo lu­biana pio­sen­karka, Anna Jan­tar. Kilka miejsc za nią sie­działa moja mama.

Przy­go­to­wa­nia do po­wrotu mamy z Ame­ryki za­częły się w czwar­tek rano, kiedy bab­cia Wronka za­rzą­dziła ge­ne­ralne sprząt­nie miesz­ka­nia, łącz­nie z trze­pa­niem dy­wa­nów, szo­ro­wa­niem wanny przy uży­ciu żrą­cej pa­sty i my­ciem okien wodą z octem. Okna na su­cho wy­cie­rało się zmię­tymi ga­ze­tami i była to moja ro­bota. Jak na trzy­na­sto­let­nią dziew­czynkę z bloku by­łam za­ska­ku­jąco silna. Przy mi­ni­mal­nej po­mocy sio­stry, nie­chęt­nej do wy­ko­ny­wa­nia ja­kich­kol­wiek prac do­mo­wych, by­łam w sta­nie wy­tar­gać ogromny dy­wan z dru­giego pię­tra na po­dwórko, a na­stęp­nie prze­wie­sić go przez trze­pak. Zimą miesz­kańcy blo­ków ukła­dali dy­wany wło­sem w dół, a po ich wy­trze­pa­niu zo­sta­wały na śniegu brudne, szare placki w róż­nych kształ­tach i roz­mia­rach.

Moja sio­stra Olga była pięć lat ode mnie star­sza, dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­sza, kilka ki­lo­gra­mów cięż­sza i bar­dzo atrak­cyjna. Kiedy wy­cho­dziła z bloku, chłopcy wy­sia­du­jący na ław­kach na­tych­miast od­wra­cali głowy w jej stronę i za­czy­nali gwiz­dać i po­krzy­ki­wać, ale ża­den ni­gdy do niej nie za­ga­dał. Jej dłu­gie włosy zimą czy la­tem fa­lo­wały na wie­trze ni­czym je­dwabne nitki, a że no­siła głowę wy­soko, wy­da­wało się, że idzie przez szare po­dwórko mo­delka. W prze­ci­wień­stwie do mnie Olga nie była zbyt prze­jęta po­wro­tem mamy z Ame­ryki, dla mo­jej sio­stry roz­sta­nia i po­wroty w ro­dzi­nie sta­no­wiły tylko tło dla jej wła­snych prze­żyć. Dla mnie okres nie­obec­no­ści mamy był nie­prze­li­czalną na go­dziny wiecz­no­ścią. Po­le­ciała do No­wego Jorku koń­cem lata ze­szłego roku, a że­gna­jąc się, obie­cała wró­cić nie póź­niej niż za sześć mie­sięcy, na taki po­byt po­zwa­lała jej wiza. Mama nie była osobą, która by świa­do­mie zro­biła coś nie­le­gal­nego, więc te pół roku od­zna­czy­łam w ka­len­da­rzu jako pew­nik.

Za­po­wia­dała swój po­wrót dwa razy, ale po­tem go od­wo­ły­wała. Drugi ter­min był wy­zna­czony na dzień przed Wi­gi­lią ze­szłego roku, miała przy­le­cieć do Ber­lina, a stam­tąd po­je­chać po­cią­giem do Rze­szowa. Do­brze, że zmie­niła zda­nie, bo mi­niona zima sie­dem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego prze­szła do hi­sto­rii jako naj­sroż­sza od stu­le­cia. Przy­wa­liła całą Pol­skę dwu­me­tro­wym śnie­giem, skuła mro­zem szyny, rury, za­wiasy, kra­węż­niki, ciężko było się po­ru­szać i wszel­kie po­dróże po kraju od­ra­dzały ustami zmar­twio­nych spi­ke­rów i re­dak­to­rów te­le­wi­zja, prasa i ra­dio. Mama nas prze­pro­siła za tę zmianę pla­nów i obie­cała nie­spo­dziankę.

– Na pewno wio­sną! – obie­cała i obie z bab­cią Wronką uzna­ły­śmy, że to bę­dzie kwie­cień.

Osta­tecz­nie o tym, że do nas wraca, mama po­in­for­mo­wała dwa dni przed pla­no­wa­nym wy­lo­tem z No­wego Jorku, dwu­na­stego marca. Nie mie­li­śmy w miesz­ka­niu te­le­fonu, więc jak zwy­kle roz­mowa od­była się u są­siadki Sta­wiar­skiej z na­prze­ciwka i mia­łam to szczę­ście, że nie było w miesz­ka­niu Olgi ani babci Wronki, więc z mamą roz­ma­wia­łam ja. Ostatni raz.

– Jak wszystko pój­dzie do­brze, wi­dzimy się w pią­tek wie­czo­rem – po­wie­działa na po­że­gna­nie, cmo­ka­jąc w słu­chawkę.

Wiele rze­czy może pójść nie tak przy tak skom­pli­ko­wa­nej lo­gi­stycz­nie po­dróży. Mama naj­pierw mu­siała prze­mie­ścić się na lot­ni­sko JFK w No­wym Jorku, po­ko­nać ocean „ru­skim sa­mo­lo­tem”, wy­lą­do­wać na Okę­ciu, a na­stęp­nie prze­je­chać przez pół Pol­ski, żeby zna­leźć się w na­szym miesz­ka­niu przy ulicy Dą­brow­skiego w Rze­szo­wie i nas uści­skać. Bab­cia Wronka na­wet mo­dlić nam się nie ka­zała o szczę­śliwy po­wrót mamy zza oce­anu, tak była pewna, że sprawa jest pro­sta i nie­za­gro­żona gnie­wem Bo­żym.

W 1973 roku pierw­szy sa­mo­lot Ił-62, ochrzczony jako „Mi­ko­łaj Ko­per­nik”, za­czął la­tać na da­le­kie trasy, rów­nież do USA, co wcze­śniej nie było moż­liwe. Pol­skie Li­nie Lot­ni­cze la­tały tylko nad blo­kiem ko­mu­ni­stycz­nym i na Bli­ski Wschód oraz oczy­wi­ście do Mo­skwy. Kiedy Ił-62 wy­lą­do­wał w Chi­cago, pol­ski kon­su­lat zor­ga­ni­zo­wał fetę na cześć ma­szyny i lu­dzi, któ­rzy po raz pierw­szy przy­le­cieli z Pol­ski do USA. Nada­wa­nie sa­mo­lo­tom imion wiel­kich Po­la­ków było dziw­nym po­my­słem, ale do­sko­nale od­zwier­cie­dlało du­cha so­cja­li­stycz­nych cza­sów pro­pa­gandy na­ro­do­wej. Ka­ta­strofy Ko­per­nika i Ko­ściuszki po­waż­nie za­szko­dziły przy­jaźni pol­sko-ra­dziec­kiej, choć – jak się oka­zało po la­tach – wina tych ka­ta­strof za­czy­nała się u kon­struk­tora w Mo­skwie, a koń­czyła we wła­dzach Pol­ski Lu­do­wej rzą­dzą­cej po­śred­nio LOT-em w War­sza­wie.

Ochrzczony i wy­bierz­mo­wany przed kilku laty „Mi­ko­łaj Ko­per­nik” wy­le­ciał z No­wego Jorku z po­nad­dwu­go­dzin­nym opóź­nie­niem z po­wodu śnie­życy, która roz­hu­lała się nad lot­ni­skiem, i po dzie­wię­ciu go­dzi­nach spo­koj­nego lotu zbli­żył się do lot­ni­ska Okę­cie kilka mi­nut po je­de­na­stej. Wia­do­mość o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu po­dało pol­skie ra­dio wcze­snym po­po­łu­dniem czter­na­stego marca 1980 roku, ale za­nim ta wieść do­tarła do mnie, okrą­żyła zie­mię dwa razy.

Nie śpie­szy­łam się tego dnia po szkole do domu. Trasę po­ko­ny­wa­łam pie­szo lub – jak mó­wi­ły­śmy w szkole – „z buta” w pięć mi­nut, jed­nak po dro­dze były planty, plac za­baw i górka, która zimą prze­mie­niała się w stok al­pej­ski, na­to­miast la­tem w zie­loną łąkę, więc po­kus nie bra­ko­wało i bez względu na porę roku rzadko uda­wało mi się do­trzeć do miesz­ka­nia w pięć mi­nut. By­łam pod­mi­no­wana z po­wodu po­wrotu mamy, na śnia­da­nie zja­dłam tylko piętkę chleba z ma­słem, która ugrzę­zła mi w gar­dle. Nie wy­po­wie­dzia­łam gło­śno swo­jego ma­rze­nia z obawy, że za­pe­szę, ale li­czy­łam w du­chu, że mama szy­kuje nam nie­spo­dziankę i przy­wie­zie tatę. Wy­je­chał do Ame­ryki z pla­nem, że wróci po roku, a pie­nią­dze, które za­robi, pójdą na naj­pil­niej­sze po­trzeby ro­dziny. W miesz­ka­niu prze­pro­wa­dzi się re­mont, pod blo­kiem sta­nie Po­lo­nez, ubie­rzemy się w Pe­wek­sie i po­je­dziemy na wczasy do Ju­go­sła­wii.

Od­bla­sku mo­jego szczę­ścia z przy­jazdu ro­dzi­ców szu­ka­łam u naj­droż­szej mi osoby.

Te­re­ska była moją przy­ja­ciółką od przed­szkola. Wy­szły­śmy z bu­dynku Szkoły Pod­sta­wo­wej nu­mer 10 imie­nia Mar­ce­lego No­wotki jako ostat­nie, uwa­ża­jąc, żeby nikt z klasy do nas nie do­łą­czył. Za­pa­le­nie pierw­szego w ży­ciu pa­pie­rosa nie po­trze­bo­wało świad­ków. Te­re­ska re­gu­lar­nie okra­dała swo­jego ojca, cza­sami było to na­wet dwa­dzie­ścia zło­tych, szybko wy­dane na oran­żadę w proszku lub skon­den­so­wane mleko w tubce, ale tego dnia przy­nio­sła do szkoły le­d­wie na­po­czętą paczkę Klu­bo­wych oraz pu­dełko za­pa­łek.

Po­szły­śmy w na­sze ulu­bione miej­sce za szkołą, gdzie znaj­do­wał się ka­wał nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej ziemi ob­sa­dzo­nej wiel­kimi drze­wami i prze­ro­śnię­tymi krze­wami da­ją­cymi schro­nie­nie przed wścib­skim okiem przy­pad­ko­wych prze­chod­niów. Usia­dły­śmy pod drze­wem, każda na swoim szma­cia­nym worku, i przez chwilę pa­trzy­ły­śmy na bu­dy­nek po­li­tech­niki. Tam mia­ły­śmy w nie­da­le­kiej przy­szło­ści za­po­znać i po­de­rwać fan­ta­stycz­nych stu­den­tów, gdy za­miast zwi­nię­tych w kłę­bek skar­pe­tek bę­dziemy no­sić w biu­sto­no­szach coś wię­cej. Stu­denci Po­li­tech­niki Rze­szow­skiej przez sam fakt by­cia stu­den­tami wzbu­dzali w dziew­czy­nach go­rące pra­gnie­nia, bez względu na to, czy po­cho­dzili ze wsi, co dało się naj­pierw wy­czuć no­sem, a po­tem zo­ba­czyć oczami, czy z oko­licz­nych miast, które nie miały wyż­szej uczelni, ta­kich jak Dę­bica, Tar­nów, Mie­lec czy Kro­sno. Dla nas było jesz­cze za wcze­śnie, by na po­waż­nie roz­ma­wiać z chło­pa­kami, obie doj­rze­wa­ły­śmy bar­dzo po­woli, nie mu­sia­ły­śmy jesz­cze ku­po­wać waty w ap­tece, a i wy­obra­że­nia o ko­bie­co­ści mia­ły­śmy wą­tłe.

Te­re­ska przy­pa­liła pa­pie­rosa, lekko się za­cią­gnęła i po­dała mnie. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów było w de­chę i świad­czyło o zbli­ża­ją­cej się do­ro­sło­ści. Moi ro­dzice pa­lili pa­pie­rosy od pięt­na­stego roku ży­cia, o czym opo­wia­dali z uśmie­chem wyż­szo­ści, za­zna­cza­jąc przy tym, że nam nie wolno. Ćmili w po­ko­jach, kuchni, na­wet w ła­zience, a kiepy po­rzu­cali w krysz­ta­ło­wej po­piel­niczce lub ce­ra­micz­nej łódce z Ce­pe­lii, wy­cią­ga­nej z kre­densu na wiel­kie oka­zje. Olga rów­nież pa­liła, w zi­mie na klatce scho­do­wej pię­tro wy­żej, w le­cie przy otwar­tym oknie, ale do­piero wtedy, kiedy lampka w po­koju ro­dzi­ców zga­sła.

– Mu­szę już iść… – Po­wą­cha­łam zgra­białe od zimna palce, cuch­nęły ty­to­niem i gumą, która wsiąk­nęła w skórę dłoni pod­czas gry w ko­szy­kówkę.

– Nie idziemy do de­li­ka­te­sów? Mam szmal… – Te­re­ska wy­cią­gnęła z kie­szeni kurtki pię­cio­zło­tówkę. – Star­czy na dwa ob­wa­rzanki.

Tego dnia na sta­no­wi­sku „pie­czywo-na­biał” za szybą le­żały tylko bo­chenki chleba z kmin­kiem i kilka okla­płych sztan­gli. W po­szu­ki­wa­niu ob­wa­rzan­ków prze­szły­śmy całą ulicę Dą­brow­skiego, pod Zam­kiem Lu­bo­mir­skich od­bi­ły­śmy w prawo i pod szkołę wró­ci­ły­śmy inną drogą, przez Obroń­ców Sta­lin­gradu. W żad­nym mi­ja­nym spo­żyw­czaku nie było ob­wa­rzan­ków. Jesz­cze bar­dziej głodna i zmar­z­nięta osta­tecz­nie po­szłam na obiad do Te­re­ski, który jej nie­pra­cu­jąca mama trzy­mała na ga­zie w peł­nej go­to­wo­ści dla wszyst­kich człon­ków ro­dziny aż do sa­mego wie­czora.

Mama Te­re­ski wy­glą­dała na jej bab­cię. Nie­uma­lo­wana, otyła, przed­wcze­śnie po­si­wiała, prze­pa­sana far­tu­chem pani Da­nu­sia cały dzień aż do dzien­nika spę­dzała w kuchni. Kiedy po­dała obiad, sama ni­gdy nie za­sia­dała z ro­dziną do po­siłku, na­tych­miast ucie­kała do swo­jego ma­ciup­kiego kró­le­stwa, które roz­cią­gało się od ku­chenki ga­zo­wej wzdłuż sza­fek po­przez stół aż do lo­dówki. Każdy cen­ty­metr po­wierzchni był tam za­jęty, pod sto­łem pię­trzyły się worki z mąką, pro­diż, ma­lak­ser, pu­ste sło­iki, na bla­tach i pa­ra­pe­cie stały rzędy garn­ków, mi­sek, po­jem­ni­ków z ka­szą, ry­żem i cu­krem. Nad ku­chenką wi­siały war­kocz czosnku oraz kom­po­zy­cje z ce­buli. Do­słow­nie wszę­dzie można się było do cze­goś przy­kleić, po­nie­waż pani Da­nu­sia nie dbała prze­sad­nie o czy­stość w swoim kró­le­stwie. Ale go­to­wała do­brze, choć nie­zbyt róż­no­rod­nie, naj­le­piej wy­cho­dziły jej sznycle oraz za­bie­lany barszcz czer­wony z jaj­kiem.

– Jedz, Ha­niu, jedz… wi­dzę, że ci sma­kuje… Kiedy twoja ma­mu­sia wraca?

– Dziś wie­czo­rem – od­par­łam z ustami peł­nymi ziem­nia­ków i ćwi­kły.

– Twoja ma­mu­sia to taka ele­gancka ko­bieta… – wes­tchnęła, wy­gła­dza­jąc far­tuch na po­dołku. – Pa­mię­tam, jak że­ście się wpro­wa­dzili, ty jesz­cze w be­ciku by­łaś, nio­sła cię przez po­dwórko jakby do chrztu. Ubrana była w ko­stium, zdaje mi się, że gra­na­towy. Spód­niczka przed ko­lano i czarne szpi­leczki na za­trzask, pa­mię­tam jak dziś.

– Na szpil­kach prze­pro­wadzkę ro­biła? – Te­re­ska miała wąt­pli­wo­ści.

– No prze­cież pani Ela sama nie tar­gała me­bli na pię­tro… Tra­ga­rzy mieli. Pan in­ży­nier, to też pa­mię­tam, pod­je­chał au­tem pod same drzwi i przy­wiózł wa­sze wa­lizki.

– A skąd mama to wszystko wie? Prze­cież od nas nie wi­dać Hani bloku.

– W ich klatce mieszka kraw­cowa Dziu­rzyń­ska, cią­gle do niej cho­dzi­łam szyć, aku­rat wtedy też za­szłam do przy­miarki.

Pod­nio­słam głowę znad ta­le­rza. Wy­obraź­nia mnie za­wio­dła, nie mo­głam zo­ba­czyć pani Da­nusi ubra­nej w szytą na miarę su­kienkę czy spód­nicę, na­wet gdy­bym prze­nio­sła się w cza­sie i od­mło­dziła o kil­ka­na­ście lat.

Zer­k­nę­łam na ze­gar wi­szący w przed­po­koju, zro­biło się już późno. Po­dzię­ko­wa­łam za pyszny obiad i po­szłam do domu. Szny­cel wie­przowy ule­piony i usma­żony przez pa­nią Da­nu­się był ostat­nim po­sił­kiem, który zja­dłam tego dnia.

Są­siadka Sta­wiar­ska miała w miesz­ka­niu te­le­fon jako je­dyna w na­szej klatce. Ten luk­sus za­ła­twił jej syn, mi­li­cjant, kiedy z nią za­miesz­kał po burz­li­wym roz­wo­dzie z nie­wierną i krnąbrną żoną. Nasz blok na­zy­wany był „mi­li­cyj­nym”, po­nie­waż miesz­kało w nim kilka ro­dzin mun­du­ro­wych, ofi­ce­rów i sze­re­gow­ców z po­bli­skiej ko­mendy wo­je­wódz­kiej. Miesz­ka­nia, po trzy na każ­dym z trzech pię­ter, były duże jak na ów­cze­sne stan­dardy. Zo­stały wy­bu­do­wane nie­długo po woj­nie, kiedy jesz­cze so­cja­li­styczne bu­dow­nic­two nie za­brnęło w za­ułek cia­snoty, by­le­ja­ko­ści i ciem­nej kuchni.

Bab­cia Wronka nie lu­biła roz­ma­wiać przez te­le­fon, słu­chawkę trzy­mała zbyt da­leko od ucha, jakby się oba­wiała kon­taktu z ga­da­ją­cym przed­mio­tem, i za­wsze gło­śno krzy­czała, choć nie za­wsze słabe po­łą­cze­nie tego wy­ma­gało. Kiedy pani Sta­wiar­ska za­pu­kała do drzwi i po­wie­działa, że z War­szawy do nas dzwo­nią, bab­cia wy­słała Olgę.

– Pew­nie Ela dzwoni, wy­py­taj się do­kład­nie, o któ­rej bę­dzie, że­bym wie­działa, kiedy wodę na pie­rogi na­sta­wić. Ona nie lubi od­sma­ża­nych, na świeżo mu­szą być.

Z War­szawy dzwo­nił pan Le­szek, który za­de­kla­ro­wał się przy­wieźć mamę do Rze­szowa swoim au­tem. Moi ro­dzice przy­jaź­nili się z Lesz­kami od czasu wpro­wadzki na osie­dle i czę­sto się od­wie­dzali przy oka­zji imie­nin czy wol­nej so­boty, aż do mo­mentu wy­jazdu taty do Ame­ryki. Mama tra­fiła na li­stę „po­dej­rza­nych” ko­biet z ra­cji tego, że nie miała męża pod ręką od dłuż­szego czasu, więc nie za­pra­szano jej tak chęt­nie jak wcze­śniej. Do Lesz­ków nie cho­dziła pra­wie wcale, jed­nak dawny przy­ja­ciel domu, nieco po kry­jomu, opie­ko­wał się nami, za­cho­wu­jąc przy­zwo­ity dy­stans, żeby nie draż­nić żony. Po­zwo­liła mu po­je­chać na Okę­cie i na­wet przy­go­to­wała ka­napki na drogę, ma­jąc na wi­doku torbę z do­la­rami le­cącą Iłem z No­wego Jorku.

Olga z po­czątku nie zro­zu­miała, co pan Le­szek miał na my­śli, mó­wiąc, że nie bę­dzie dłu­żej cze­kać na lot­ni­sku, bo ciała i tak by mu nie wy­da­dzą, po­nie­waż nie jest z ro­dziny. Do głowy mu nie przy­szło, że do nas wieść o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu „Mi­ko­łaj Ko­per­nik” jesz­cze nie do­tarła, więc zre­la­cjo­no­wał szybko to, co zo­ba­czył oraz usły­szał na lot­ni­sku, i obie­cał opo­wie­dzieć wię­cej szcze­gó­łów po po­wro­cie.

– Nie wiem, czy dam radę dziś, patrz, która już go­dzina… z tego wszyst­kiego stra­ci­łem ra­chubę czasu, ale ju­tro po pracy do was zaj­rzę i się na­ra­dzimy, co z po­grze­bem i tak da­lej.

– Czyim po­grze­bem? – za­py­tała Olga.

– No jak czyim? Wa­szej mamy… Sa­mo­lot się roz­bił! Nie ma­cie ra­dia? – Pan Le­szek był zde­ner­wo­wany. – Dziś rano sa­mo­lot rąb­nął i wszy­scy zgi­nęli!

Olga usia­dła na pod­ło­dze i za­krę­ciła mocno sznur od te­le­fonu wo­kół palca.

– Sa­mo­lot się roz­bił? Ten z mamą? Ten z No­wego Jorku?!

– Ten! Sam bym nie wie­rzył, żeby nie ci zroz­pa­czeni lu­dzie na lot­ni­sku, któ­rych ka­retki za­bie­rały…

– To zna­czy, że jed­nak ktoś prze­żył?!

– Ech… nie, nie pa­sa­że­rów, tylko cze­ka­ją­cych na lot­ni­sku, mdleli je­den po dru­gim. Przy­je­chało woj­sko, mi­li­cja, pła­cze, krzyki, co tam się działo… Na­wet wódkę ser­wo­wali na uspo­ko­je­nie, ale jak się po czymś ta­kim uspo­koić? Koło po­mnika chłod­nie po­dobno stoją, cały kon­wój… To jest nie do wy­obra­że­nia… Tyle na­rodu zgi­nęło za jed­nym za­ma­chem… Nikt się nie ura­to­wał, nikt… – chlip­nął.

Mimo że serce mo­jej sio­stry zbu­do­wane było ze szkła, gwoź­dzi i drutu, za­częła mięk­nąć. Jej głos drżał.

– Na pewno mama le­ciała tym sa­mo­lo­tem? Pa­nie Leszku, niech się pan skupi, bo może to ja­kaś kosz­marna po­myłka… Trzeba wszystko do­kład­nie spraw­dzić…

– Co tu jesz­cze spraw­dzać? Ela zgi­nęła w ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu! Pa­weł nie dzwo­nił z Ame­ryki? Twój oj­ciec jesz­cze nie dzwo­nił? No niechby się nie oka­zało, że on też wsiadł na ten sa­mo­lot, żeby wam nie­spo­dziankę zro­bić… Je­zus Ma­ria…

– Ja pi­tolę… – po­wta­rzała Olga, co­raz głę­biej za­pa­da­jąc się w so­bie. – Ja pi­tolę…

– W każ­dym ra­zie ja się będę zbie­rał do domu, nic tu po mnie. Olga… naj­szczer­sze kon­do­len­cje… Ech… Nie wiem, co po­wie­dzieć… Żeby pani Wa­le­ria za­wału nie do­stała… Jak ty jej to wszystko po­wiesz? Z Paw­łem mu­sisz się skon­tak­to­wać, sprawdź, czy… no wiesz, czy aby też nie le­ciał tym sa­mo­lo­tem…

Tato nie za­dzwo­nił tego dnia, co nas jesz­cze bar­dziej przy­gnę­biło, a nu­mer, który do niego mia­ły­śmy, nie od­po­wia­dał.

Po prze­mo­dlo­nej na ko­la­nach nocy udało mi się za­snąć. Przy­tu­lona do babci, z głową wci­śniętą w jej po­duszkę pach­nącą wa­le­rianą, spa­łam kilka go­dzin i śniła mi się mama, którą ze stajni wy­wlókł koń. Nogę miała przy­wią­zaną do ko­pyta. Obu­dził mnie strach. Bab­cia Wronka ka­zała nam się ubrać na czarno i we trzy po­ma­sze­ro­wa­ły­śmy gę­siego do ko­ścioła sa­le­ty­nów ni­czym kon­dukt ża­łobny. Trzy pary oczu wpa­try­wały się w błę­kitną Matkę Bo­ską, bła­ga­jąc, żeby się zli­to­wała i od­dała nam mamę, uży­wa­jąc swo­jej nie­ziem­skiej mocy. Głowę mia­łam pełną krze­pią­cych opo­wie­ści o cu­dach, tych za­klę­tych w wo­dzie w Lo­ur­des, re­li­kwiach za­ku­tych w złych krzy­żach i ku­lach roz­wie­szo­nych na ścia­nie sank­tu­arium w Czę­sto­cho­wie na do­wód na­głego ozdro­wie­nia, więc mo­dli­łam się żar­li­wie, może na­wet nieco na­chal­nie.

Cud się jed­nak nie zda­rzył, mo­dli­twy wy­le­ciały z na­szych serc z dużą ener­gią, ale naj­pew­niej ni­g­dzie nie do­tarły, ni­czym ra­kieta wy­słana w ko­smos, która roz­la­tuje się na mi­lion ka­wał­ków za­raz po star­cie.

Do­piero w po­nie­dzia­łek udało się Ol­dze do­dzwo­nić do taty, a ten bar­dzo się zdzi­wił, że nie­po­ko­imy go o tak póź­nej po­rze.

– Olga, stało się coś? Wiesz, która jest go­dzina?! Trze­cia dwa­dzie­ścia w nocy… Ja rano mu­szę wstać do pracy…

– Co się stało?! Chyba wiesz, co się stało! Cze­kamy i cze­kamy na te­le­fon! – Olga spoj­rzała na mnie i na są­siadkę sie­dzącą po dru­giej stro­nie ławy w po­koju. Za­pew­ni­ły­śmy ją, że za­pła­cimy za to po­łą­cze­nie mię­dzy­na­ro­dowe, jak tylko przyj­dzie ra­chu­nek, jed­nak wo­lała być obecna przy roz­mo­wie i mało dys­kret­nie zer­kała na ze­ga­rek.

– Ale co? No mówże… – Oj­ciec ziew­nął.

– Sa­mo­lot się roz­bił, nie sły­sza­łeś? W pią­tek rano… Ten z No­wego Jorku do War­szawy.

– Sły­sza­łem, po­da­wali w wia­do­mo­ściach, straszna tra­ge­dia, nie­dawno by­łem w klu­bie w Ne­warku i śpie­wała Anna Jan­tar, fajna babka.

Olga pró­bo­wała za­cho­wać spo­kój, ale nie po­tra­fiła za­pa­no­wać nad zło­ścią.

– Anna Jan­tar, co ty ga­dasz?! Mama zgi­nęła w tej ka­ta­stro­fie! Twoja żona!

Oj­ciec chrząk­nął i za­kasz­lał. Pa­lił paczkę pa­pie­ro­sów dzien­nie, jego ka­ta­strofa też się po­woli zbli­żała.

– Dziecko, ty na­wet tak nie żar­tuj – ode­zwał się po chwili. – Mama po­le­ciała do Pol­ski ty­dzień temu, nie w ze­szły pią­tek.

Olga trzy­mała słu­chawkę od­da­loną od ucha, że­bym i ja mo­gła sły­szeć, co mówi oj­ciec. Za­nim do­tarł do mnie sens jego słów, moja sio­stra za­częła wrzesz­czeć, ale nie umia­łam oce­nić, czy z ra­do­ści, czy z gniewu. Roz­ma­wiali jesz­cze parę mi­nut, za­sta­na­wia­jąc się wspól­nie, gdzie się mama po­działa, skoro przy­le­ciała do Pol­ski przed ty­go­dniem. Gdzie jest? Co robi? Oj­ciec nie miał żad­nej sen­sow­nej hi­po­tezy, po­że­gnali się obiet­nicą, że będą to wy­ja­śniać po obu stro­nach Atlan­tyku.

Pan Le­szek w na­szym imie­niu skon­tak­to­wał się z LOT-em i po dłu­gich ne­go­cja­cjach otrzy­mał po­twier­dze­nie, że Elż­bieta Wol­ska była na li­ście pa­sa­że­rów fe­ral­nego lotu.

Gor­sza od ża­łoby po ma­mie oka­zała się sen­sa­cja wo­kół mnie i Olgi w pierw­sze dni po tra­ge­dii. Są­sie­dzi, na­uczy­ciele, ko­le­żanki, li­sto­nosz, kio­skarka ga­pili się tak osten­ta­cyj­nie, jak­bym była ja­kimś dzi­wo­lą­giem, któ­rego po­winni po­ka­zy­wać w cyrku. Nikt się do mnie nie od­zy­wał, nie po­cie­szał mnie, nie skła­dał kon­do­len­cji, tylko pa­trzyli z da­leka, wbi­ja­jąc spoj­rze­nia jak ćwieki w skó­rzaną kurtkę. Nie wiem, czego wy­pa­try­wali u osie­ro­co­nej trzy­na­sto­latki. Si­nych plac­ków pod oczami z nie­wy­spa­nia czy do krwi ob­gry­zio­nych pa­znokci? Chciwe spoj­rze­nia śle­dziły mnie przez kilka dni w dro­dze do szkoły, do sklepu, do ko­ścioła i za­czę­łam czuć się winna śmierci mamy, po­nie­waż te bły­ska­jące chorą cie­ka­wo­ścią oczy żą­dały wy­tłu­ma­cze­nia dla­czego. Oczy cze­kały na wię­cej pi­kant­nych szcze­gó­łów na te­mat ka­ta­strofy, w któ­rej prze­cież oprócz mo­jej mamy zgi­nęła pio­sen­karka Anna Jan­tar, o czym trą­bili w te­le­wi­zji i pra­sie. Czer­pa­ły­śmy z tego faktu po­cie­sze­nie, że okrutny los nie oszczę­dza ni­kogo, kiedy za­czyna wy­bie­rać go­dzinę, miej­sce oraz osobę, któ­rej zgasi świa­tło. Śmierć mamy stała się bar­dziej pod­nio­sła z tego po­wodu, że wraz z nią zgi­nęła znana pio­sen­karka, a także człon­ko­wie ame­ry­kań­skiej dru­żyny bok­ser­skiej, któ­rych czarne, prze­cięte na pół przez pasy ciała zna­le­ziono wbite w zie­mię w miej­scu roz­bi­cia sa­mo­lotu. Byli to bar­dzo mło­dzi chłopcy, ama­to­rzy, szy­ku­jący się do­piero do wiel­kiej spor­to­wej ka­riery.

Kiedy w środę po ka­ta­stro­fie po­szłam do szkoły, pani od pol­skiego roz­pła­kała się na mój wi­dok, na­to­miast pani od geo­gra­fii ob­da­ro­wała mnie we­dlow­ską cze­ko­ladą. Była wy­raź­nie wzru­szona, za­glą­da­jąc mi w oczy, ale oprócz „biedne dziecko” nie umiała nic krze­pią­cego po­wie­dzieć. Poza Te­re­ską nikt z klasy się do mnie nie zbli­żył tego dnia, pod­czas prze­rwy sta­ły­śmy pod oknem, ty­łem do wrzesz­czą­cego ko­ry­ta­rza, a do świe­tlicy na obiad wcale nie po­szłam, choć by­łam głodna jak wilk.

– No i co się ga­pisz, pa­lan­cie?! – ryk­nęła Te­re­ska w stronę krę­cą­cego się wo­kół nas gów­nia­rza. – Chcesz za­ro­bić z li­ścia?

Chło­pak wy­wa­lił ję­zor i uciekł.

– Jesz­cze do mnie nie do­tarło, co się stało – wy­szep­ta­łam. – Może to wszystko mi się tylko śni? Prze­cież ta­kie rze­czy się nie zda­rzają w nor­mal­nym świe­cie.

Te­re­ska przy­su­nęła się bli­żej mnie.

– W ro­dzi­nie mo­jej mamy, po­wiem ci, zda­rzały się ta­kie okrop­no­ści, że­byś nie uwie­rzyła.

– Co na przy­kład?

– Brat mamy ko­le­ja­rzem był, zna­czy kie­ro­wał po­cią­gami, nie wiem, jak to się fa­chowo na­zywa. Ma­szy­ni­sta? Nie­ważne… No i co rusz ktoś mu się pod jego po­ciąg rzu­cał, przy­się­gam, chyba z dzie­sięć osób prze­je­chał, bo nie zdą­żył wy­ha­mo­wać.

– Okropna śmierć, tak pod pę­dzący po­ciąg sko­czyć. – Wzdry­gnę­łam się.

– Ale za to szybka, choć nie za­wsze… – Te­re­ska zni­żyła głos. – Po­dobno nie­któ­rych po­ćwiar­to­wało, a jesz­cze chwilę żyli… Wu­jek czę­sto opo­wia­dał, wi­dział na wła­sne oczy te ka­wałki lu­dzi. No i co? Pew­nego dnia sam się pod po­ciąg rzu­cił, tyle tylko, że nie na swo­jej tra­sie.

– No co ty? Po­waż­nie?

– Tato twier­dził, że brat mamy miał nie­równo pod su­fi­tem i że to od za­wsze było wia­domo, więc nie po­wi­nien tymi po­cią­gami kie­ro­wać. Na dworcu w Sę­dzi­szo­wie się pod po­ciąg rąb­nął. Osie­ro­cił troje dzieci, ale na tym się czarna se­ria nie skoń­czyła. Naj­star­szy syn wujka so­bie strze­lił w łeb, kiedy na war­cie stał, jak w woj­sku słu­żył.

– Też miał coś z głową?

– Nie wiem, ale po­dobno dziew­czyna go rzu­ciła, jak do woja po­szedł, może to przez nią? – Te­re­ska zro­biła smutną minę i przez chwilę nic do sie­bie nie mó­wi­ły­śmy, po­rów­nu­jąc tra­ge­die ro­dzinne.

Po ostat­niej lek­cji od­było się krót­kie spo­tka­nie z dy­rek­to­rem szkoły. Do jego ga­bi­netu, wy­raź­nie prze­jęta, za­pro­wa­dziła mnie wy­cho­waw­czyni. Pani Li­sie­wicz wska­zała miej­sce na dy­wa­nie, gdzie mam sta­nąć, cen­tral­nie przed so­lid­nym dę­bo­wym biur­kiem, zza któ­rego za­rzą­dzał na­szą szkołą dy­rek­tor. W tym miej­scu dy­wan był mocno wy­dep­tany i wy­śli­zgany. Onie­śmie­lona roz­glą­da­łam się po prze­stron­nym ga­bi­ne­cie ki­pią­cym czer­wie­nią. Za­równo wzo­rzy­sty dy­wan, jak i za­słony oraz obi­cia krze­seł były ciem­no­czer­wone, flaga oraz sztan­dar umo­co­wany za ple­cami dy­rek­tora nieco ja­śniej­sze. Pach­niało ku­rzem i fa­solką po bre­toń­sku. Uświa­do­mi­łam so­bie, że z okna tego ga­bi­netu roz­ta­cza się wi­dok na po­li­tech­nikę i skarpę oraz drzewo, pod któ­rym pa­li­ły­śmy z Te­re­ską pa­pie­rosy. Po­my­śla­łam, że trzeba nam bę­dzie na przy­szłość zna­leźć dys­kret­niej­szą miej­scówkę. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów bar­dzo mi się spodo­bało i nie za­mie­rza­łam prze­stać.

Dy­rek­tor, wy­soki, ły­sie­jący pan w ro­go­wych oku­la­rach, bu­dził strach i po­dziw w do­sko­nale rów­nych pro­por­cjach. O na­uczy­cie­lach mó­wiło się wów­czas tak jak o zmar­łych: albo do­brze, albo wcale. Byli przy­by­szami z Mą­drej Pla­nety, nie mieli ży­cia pry­wat­nego, sła­bo­ści ani na­tręctw. Wszystko od nich za­le­żało, za­równo oceny w dzien­niku, jak i po­czu­cie wła­snej war­to­ści u ucznia, któ­rego mo­gli jed­nym sło­wem wdep­tać w glebę lub wy­strze­lić pod nie­biosa. Do­piero gdy opusz­cza­łam mury szkoły pod­sta­wo­wej, zo­ba­czy­łam ich ta­kimi, ja­kimi byli. Grono pe­da­go­giczne, zwy­czajni lu­dzie z ry­sami na cha­rak­te­rze i oso­bo­wo­ściami głęb­szymi niż Rów Ma­riań­ski.

Dy­rek­tor szkoły na­zy­wał się Szela i uczył star­sze klasy hi­sto­rii. W ósmej kla­sie za­cznie uczyć mnie, ale póki co by­łam dla niego jed­nym z se­tek bez­i­mien­nych far­tusz­ków z bia­łym koł­nie­rzy­kiem i tar­czą przy­szytą na le­wym rę­ka­wie.

Chrzą­ka­jąc, prze­cie­rał oku­lary i długo się zbie­rał, by za­cząć prze­mowę. Cze­ka­ły­śmy z pa­nią wy­cho­waw­czy­nią na jego słowa w po­kor­nym mil­cze­niu ze spusz­czo­nymi gło­wami. Gdyby mama zgi­nęła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym lub choć umarła na raka, nie wia­łoby ode mnie taką grozą, nikt by się nie in­te­re­so­wał sta­nem mo­jego osie­ro­co­nego serca, ale ka­ta­strofa pa­sa­żer­skiego sa­mo­lotu sta­wiała przed ta­kimi eru­dy­tami jak dy­rek­tor szkoły cał­kiem nowe wy­zwa­nie. Na po­czą­tek ob­wie­ścił, że mogę przez ty­dzień, dajmy na to dwa, nie przy­cho­dzić na lek­cje. Do­dat­kowo, tu zro­bił zna­czącą pauzę, świe­tlica bę­dzie mnie kar­mić za darmo do końca roku szkol­nego. Dla dy­rek­tora, oce­nia­ją­cego głę­bię tra­ge­dii uczen­nicy szó­stej klasy, strata matki rów­nała się ze stratą co­dzien­nego obiadu, co było w pełni zro­zu­miałe. Rola ma­tek w cza­sach jego dzie­ciń­stwa z pew­no­ścią nie wy­kra­czała da­leko poza kuch­nię.

– Jak masz na imię? – za­py­tał na ko­niec spo­tka­nia.

– Ha­nia.

– Jesz­cze raz mi przy­po­mnij, na­zwi­sko?

– Wol­ska, szó­sta A – po­śpie­szyła z in­for­ma­cją wy­cho­waw­czyni.

Dy­rek­tor wstał zza biurka, pod­szedł do mnie i po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. Sku­li­łam się. Przez chwilę pa­trzył na wi­szące nad moją głową go­dło, jakby szu­kał tam in­spi­ra­cji.

– Mu­sisz od te­raz opie­ko­wać się swoją sio­strzyczką, prze­jąć rolę ma­musi… I wiem, że to nie­ła­twe za­da­nie, ale na pewno po­do­łasz – po­wie­dział uro­czy­ście.

Zer­k­nę­łam na wy­cho­waw­czy­nię, nie śmia­łam ode­zwać się do dy­rek­tora szkoły, szcze­gól­nie kiedy był w sta­nie ta­kiego unie­sie­nia jak te­raz.

– Pa­nie dy­rek­to­rze, sio­stra Hani uczy się w li­ceum, jest od niej star­sza…

Szela spoj­rzał na swoją pod­władną z nie­chę­cią, uka­rał ją dys­cy­pli­nar­nie wzro­kiem za to, że zbyt po­bież­nie zre­fe­ro­wała mu moją sy­tu­ację ro­dzinną.

– Tak czy tak, nie za­po­mi­naj o szkole, ale te­raz zrób so­bie fe­rie i… od­pocz­nij.

Po­dzię­ko­wa­łam ski­nie­niem głowy i wy­ma­sze­ro­wa­łam za wy­cho­waw­czy­nią z czer­wo­nego ga­bi­netu.------------------------------------------------------------------------

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Pełna li­sta roz­dzia­łów:

Okładka

Ty­tu­łowa

Strona re­dak­cyjna

De­dy­ka­cja

ROZ­DZIAŁ 1, Ka­ta­strofa

ROZ­DZIAŁ 2, Wdowa

ROZ­DZIAŁ 3, Zdrada

ROZ­DZIAŁ 4, Wio­cha

ROZ­DZIAŁ 5, Spa­dek

ROZ­DZIAŁ 6, Wy­gna­nie

ROZ­DZIAŁ 7, Dziecko

ROZ­DZIAŁ 8, Prze­me­blo­wa­nie

ROZ­DZIAŁ 9, Ce­cy­lia

ROZ­DZIAŁ 10, Jo­sef

ROZ­DZIAŁ 11, Wojna

ROZ­DZIAŁ 12, List

ROZ­DZIAŁ 13, Aresz­to­wa­nie

ROZ­DZIAŁ 14, Wol­ność

ROZ­DZIAŁ 15, Wik­tor

ROZ­DZIAŁ 16, Awan­tura

ROZ­DZIAŁ 17, Po­wrót

ROZ­DZIAŁ 18, Ślub

ROZ­DZIAŁ 19, Spo­tka­nie

ROZ­DZIAŁ 20, Mama
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij