Drugie życie mojej matki - ebook
14 marca 1980 roku samolot IŁ-62 „Mikołaj Kopernik” lecący z Nowego Jorku do Warszawy rozbił się tuż przed lądowaniem. Wśród 87 ofiar była Anna Jantar. Kilka miejsc dalej siedziała Elżbieta, matka trzynastoletniej Hani.
Dla dziewczynki świat kończy się w jednej chwili. Staje się półsierotą, obserwowaną przez ciekawskich sąsiadów, nauczycieli i koleżanki. W cieniu tragedii musi nauczyć się żyć bez matki – z wyrachowaną siostrą, religijną babcią i ojcem za oceanem. Żałoba miesza się z niedowierzaniem i gniewem.
Wśród ciał ofiar katastrofy nie udaje się zidentyfikować mamy Hani, a wkrótce zaczyna krążyć plotka, że Elżbieta wcale nie zginęła. Nagle odzywają się świadkowie – twierdzą, że po wypadku lotniczym widzieli ją całą i zdrową na ulicach Nowego Jorku.
„Drugie życie mojej matki” to poruszająca opowieść o stracie, dorastaniu i rodzinnych tajemnicach. Autorka z niezwykłą czułością i przenikliwością odtwarza realia Polski lat 80., pokazując, jak wielka historia wdziera się w życie zwykłych ludzi. To także pierwszy tom wielopokoleniowej sagi „Bliscy i dalecy” – od dramatycznych wyborów babki po niełatwe decyzje rodziców – w której przeszłość nieustannie splata się z teraźniejszością.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789181530780 |
| Rozmiar pliku: | 5,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Katastrofa
W katastrofie samolotu Ił-62 „Mikołaj Kopernik” lecącego z Nowego Jorku do Warszawy czternastego marca 1980 roku zginęło osiemdziesiąt siedem osób, jednak największą sensację wywołała wiadomość, że wśród ofiar była popularna i bardzo lubiana piosenkarka, Anna Jantar. Kilka miejsc za nią siedziała moja mama.
Przygotowania do powrotu mamy z Ameryki zaczęły się w czwartek rano, kiedy babcia Wronka zarządziła generalne sprzątnie mieszkania, łącznie z trzepaniem dywanów, szorowaniem wanny przy użyciu żrącej pasty i myciem okien wodą z octem. Okna na sucho wycierało się zmiętymi gazetami i była to moja robota. Jak na trzynastoletnią dziewczynkę z bloku byłam zaskakująco silna. Przy minimalnej pomocy siostry, niechętnej do wykonywania jakichkolwiek prac domowych, byłam w stanie wytargać ogromny dywan z drugiego piętra na podwórko, a następnie przewiesić go przez trzepak. Zimą mieszkańcy bloków układali dywany włosem w dół, a po ich wytrzepaniu zostawały na śniegu brudne, szare placki w różnych kształtach i rozmiarach.
Moja siostra Olga była pięć lat ode mnie starsza, dziesięć centymetrów wyższa, kilka kilogramów cięższa i bardzo atrakcyjna. Kiedy wychodziła z bloku, chłopcy wysiadujący na ławkach natychmiast odwracali głowy w jej stronę i zaczynali gwizdać i pokrzykiwać, ale żaden nigdy do niej nie zagadał. Jej długie włosy zimą czy latem falowały na wietrze niczym jedwabne nitki, a że nosiła głowę wysoko, wydawało się, że idzie przez szare podwórko modelka. W przeciwieństwie do mnie Olga nie była zbyt przejęta powrotem mamy z Ameryki, dla mojej siostry rozstania i powroty w rodzinie stanowiły tylko tło dla jej własnych przeżyć. Dla mnie okres nieobecności mamy był nieprzeliczalną na godziny wiecznością. Poleciała do Nowego Jorku końcem lata zeszłego roku, a żegnając się, obiecała wrócić nie później niż za sześć miesięcy, na taki pobyt pozwalała jej wiza. Mama nie była osobą, która by świadomie zrobiła coś nielegalnego, więc te pół roku odznaczyłam w kalendarzu jako pewnik.
Zapowiadała swój powrót dwa razy, ale potem go odwoływała. Drugi termin był wyznaczony na dzień przed Wigilią zeszłego roku, miała przylecieć do Berlina, a stamtąd pojechać pociągiem do Rzeszowa. Dobrze, że zmieniła zdanie, bo miniona zima siedemdziesiątego dziewiątego przeszła do historii jako najsroższa od stulecia. Przywaliła całą Polskę dwumetrowym śniegiem, skuła mrozem szyny, rury, zawiasy, krawężniki, ciężko było się poruszać i wszelkie podróże po kraju odradzały ustami zmartwionych spikerów i redaktorów telewizja, prasa i radio. Mama nas przeprosiła za tę zmianę planów i obiecała niespodziankę.
– Na pewno wiosną! – obiecała i obie z babcią Wronką uznałyśmy, że to będzie kwiecień.
Ostatecznie o tym, że do nas wraca, mama poinformowała dwa dni przed planowanym wylotem z Nowego Jorku, dwunastego marca. Nie mieliśmy w mieszkaniu telefonu, więc jak zwykle rozmowa odbyła się u sąsiadki Stawiarskiej z naprzeciwka i miałam to szczęście, że nie było w mieszkaniu Olgi ani babci Wronki, więc z mamą rozmawiałam ja. Ostatni raz.
– Jak wszystko pójdzie dobrze, widzimy się w piątek wieczorem – powiedziała na pożegnanie, cmokając w słuchawkę.
Wiele rzeczy może pójść nie tak przy tak skomplikowanej logistycznie podróży. Mama najpierw musiała przemieścić się na lotnisko JFK w Nowym Jorku, pokonać ocean „ruskim samolotem”, wylądować na Okęciu, a następnie przejechać przez pół Polski, żeby znaleźć się w naszym mieszkaniu przy ulicy Dąbrowskiego w Rzeszowie i nas uściskać. Babcia Wronka nawet modlić nam się nie kazała o szczęśliwy powrót mamy zza oceanu, tak była pewna, że sprawa jest prosta i niezagrożona gniewem Bożym.
W 1973 roku pierwszy samolot Ił-62, ochrzczony jako „Mikołaj Kopernik”, zaczął latać na dalekie trasy, również do USA, co wcześniej nie było możliwe. Polskie Linie Lotnicze latały tylko nad blokiem komunistycznym i na Bliski Wschód oraz oczywiście do Moskwy. Kiedy Ił-62 wylądował w Chicago, polski konsulat zorganizował fetę na cześć maszyny i ludzi, którzy po raz pierwszy przylecieli z Polski do USA. Nadawanie samolotom imion wielkich Polaków było dziwnym pomysłem, ale doskonale odzwierciedlało ducha socjalistycznych czasów propagandy narodowej. Katastrofy Kopernika i Kościuszki poważnie zaszkodziły przyjaźni polsko-radzieckiej, choć – jak się okazało po latach – wina tych katastrof zaczynała się u konstruktora w Moskwie, a kończyła we władzach Polski Ludowej rządzącej pośrednio LOT-em w Warszawie.
Ochrzczony i wybierzmowany przed kilku laty „Mikołaj Kopernik” wyleciał z Nowego Jorku z ponaddwugodzinnym opóźnieniem z powodu śnieżycy, która rozhulała się nad lotniskiem, i po dziewięciu godzinach spokojnego lotu zbliżył się do lotniska Okęcie kilka minut po jedenastej. Wiadomość o katastrofie samolotu podało polskie radio wczesnym popołudniem czternastego marca 1980 roku, ale zanim ta wieść dotarła do mnie, okrążyła ziemię dwa razy.
Nie śpieszyłam się tego dnia po szkole do domu. Trasę pokonywałam pieszo lub – jak mówiłyśmy w szkole – „z buta” w pięć minut, jednak po drodze były planty, plac zabaw i górka, która zimą przemieniała się w stok alpejski, natomiast latem w zieloną łąkę, więc pokus nie brakowało i bez względu na porę roku rzadko udawało mi się dotrzeć do mieszkania w pięć minut. Byłam podminowana z powodu powrotu mamy, na śniadanie zjadłam tylko piętkę chleba z masłem, która ugrzęzła mi w gardle. Nie wypowiedziałam głośno swojego marzenia z obawy, że zapeszę, ale liczyłam w duchu, że mama szykuje nam niespodziankę i przywiezie tatę. Wyjechał do Ameryki z planem, że wróci po roku, a pieniądze, które zarobi, pójdą na najpilniejsze potrzeby rodziny. W mieszkaniu przeprowadzi się remont, pod blokiem stanie Polonez, ubierzemy się w Peweksie i pojedziemy na wczasy do Jugosławii.
Odblasku mojego szczęścia z przyjazdu rodziców szukałam u najdroższej mi osoby.
Tereska była moją przyjaciółką od przedszkola. Wyszłyśmy z budynku Szkoły Podstawowej numer 10 imienia Marcelego Nowotki jako ostatnie, uważając, żeby nikt z klasy do nas nie dołączył. Zapalenie pierwszego w życiu papierosa nie potrzebowało świadków. Tereska regularnie okradała swojego ojca, czasami było to nawet dwadzieścia złotych, szybko wydane na oranżadę w proszku lub skondensowane mleko w tubce, ale tego dnia przyniosła do szkoły ledwie napoczętą paczkę Klubowych oraz pudełko zapałek.
Poszłyśmy w nasze ulubione miejsce za szkołą, gdzie znajdował się kawał niezagospodarowanej ziemi obsadzonej wielkimi drzewami i przerośniętymi krzewami dającymi schronienie przed wścibskim okiem przypadkowych przechodniów. Usiadłyśmy pod drzewem, każda na swoim szmacianym worku, i przez chwilę patrzyłyśmy na budynek politechniki. Tam miałyśmy w niedalekiej przyszłości zapoznać i poderwać fantastycznych studentów, gdy zamiast zwiniętych w kłębek skarpetek będziemy nosić w biustonoszach coś więcej. Studenci Politechniki Rzeszowskiej przez sam fakt bycia studentami wzbudzali w dziewczynach gorące pragnienia, bez względu na to, czy pochodzili ze wsi, co dało się najpierw wyczuć nosem, a potem zobaczyć oczami, czy z okolicznych miast, które nie miały wyższej uczelni, takich jak Dębica, Tarnów, Mielec czy Krosno. Dla nas było jeszcze za wcześnie, by na poważnie rozmawiać z chłopakami, obie dojrzewałyśmy bardzo powoli, nie musiałyśmy jeszcze kupować waty w aptece, a i wyobrażenia o kobiecości miałyśmy wątłe.
Tereska przypaliła papierosa, lekko się zaciągnęła i podała mnie. Palenie papierosów było w dechę i świadczyło o zbliżającej się dorosłości. Moi rodzice palili papierosy od piętnastego roku życia, o czym opowiadali z uśmiechem wyższości, zaznaczając przy tym, że nam nie wolno. Ćmili w pokojach, kuchni, nawet w łazience, a kiepy porzucali w kryształowej popielniczce lub ceramicznej łódce z Cepelii, wyciąganej z kredensu na wielkie okazje. Olga również paliła, w zimie na klatce schodowej piętro wyżej, w lecie przy otwartym oknie, ale dopiero wtedy, kiedy lampka w pokoju rodziców zgasła.
– Muszę już iść… – Powąchałam zgrabiałe od zimna palce, cuchnęły tytoniem i gumą, która wsiąknęła w skórę dłoni podczas gry w koszykówkę.
– Nie idziemy do delikatesów? Mam szmal… – Tereska wyciągnęła z kieszeni kurtki pięciozłotówkę. – Starczy na dwa obwarzanki.
Tego dnia na stanowisku „pieczywo-nabiał” za szybą leżały tylko bochenki chleba z kminkiem i kilka oklapłych sztangli. W poszukiwaniu obwarzanków przeszłyśmy całą ulicę Dąbrowskiego, pod Zamkiem Lubomirskich odbiłyśmy w prawo i pod szkołę wróciłyśmy inną drogą, przez Obrońców Stalingradu. W żadnym mijanym spożywczaku nie było obwarzanków. Jeszcze bardziej głodna i zmarznięta ostatecznie poszłam na obiad do Tereski, który jej niepracująca mama trzymała na gazie w pełnej gotowości dla wszystkich członków rodziny aż do samego wieczora.
Mama Tereski wyglądała na jej babcię. Nieumalowana, otyła, przedwcześnie posiwiała, przepasana fartuchem pani Danusia cały dzień aż do dziennika spędzała w kuchni. Kiedy podała obiad, sama nigdy nie zasiadała z rodziną do posiłku, natychmiast uciekała do swojego maciupkiego królestwa, które rozciągało się od kuchenki gazowej wzdłuż szafek poprzez stół aż do lodówki. Każdy centymetr powierzchni był tam zajęty, pod stołem piętrzyły się worki z mąką, prodiż, malakser, puste słoiki, na blatach i parapecie stały rzędy garnków, misek, pojemników z kaszą, ryżem i cukrem. Nad kuchenką wisiały warkocz czosnku oraz kompozycje z cebuli. Dosłownie wszędzie można się było do czegoś przykleić, ponieważ pani Danusia nie dbała przesadnie o czystość w swoim królestwie. Ale gotowała dobrze, choć niezbyt różnorodnie, najlepiej wychodziły jej sznycle oraz zabielany barszcz czerwony z jajkiem.
– Jedz, Haniu, jedz… widzę, że ci smakuje… Kiedy twoja mamusia wraca?
– Dziś wieczorem – odparłam z ustami pełnymi ziemniaków i ćwikły.
– Twoja mamusia to taka elegancka kobieta… – westchnęła, wygładzając fartuch na podołku. – Pamiętam, jak żeście się wprowadzili, ty jeszcze w beciku byłaś, niosła cię przez podwórko jakby do chrztu. Ubrana była w kostium, zdaje mi się, że granatowy. Spódniczka przed kolano i czarne szpileczki na zatrzask, pamiętam jak dziś.
– Na szpilkach przeprowadzkę robiła? – Tereska miała wątpliwości.
– No przecież pani Ela sama nie targała mebli na piętro… Tragarzy mieli. Pan inżynier, to też pamiętam, podjechał autem pod same drzwi i przywiózł wasze walizki.
– A skąd mama to wszystko wie? Przecież od nas nie widać Hani bloku.
– W ich klatce mieszka krawcowa Dziurzyńska, ciągle do niej chodziłam szyć, akurat wtedy też zaszłam do przymiarki.
Podniosłam głowę znad talerza. Wyobraźnia mnie zawiodła, nie mogłam zobaczyć pani Danusi ubranej w szytą na miarę sukienkę czy spódnicę, nawet gdybym przeniosła się w czasie i odmłodziła o kilkanaście lat.
Zerknęłam na zegar wiszący w przedpokoju, zrobiło się już późno. Podziękowałam za pyszny obiad i poszłam do domu. Sznycel wieprzowy ulepiony i usmażony przez panią Danusię był ostatnim posiłkiem, który zjadłam tego dnia.
Sąsiadka Stawiarska miała w mieszkaniu telefon jako jedyna w naszej klatce. Ten luksus załatwił jej syn, milicjant, kiedy z nią zamieszkał po burzliwym rozwodzie z niewierną i krnąbrną żoną. Nasz blok nazywany był „milicyjnym”, ponieważ mieszkało w nim kilka rodzin mundurowych, oficerów i szeregowców z pobliskiej komendy wojewódzkiej. Mieszkania, po trzy na każdym z trzech pięter, były duże jak na ówczesne standardy. Zostały wybudowane niedługo po wojnie, kiedy jeszcze socjalistyczne budownictwo nie zabrnęło w zaułek ciasnoty, bylejakości i ciemnej kuchni.
Babcia Wronka nie lubiła rozmawiać przez telefon, słuchawkę trzymała zbyt daleko od ucha, jakby się obawiała kontaktu z gadającym przedmiotem, i zawsze głośno krzyczała, choć nie zawsze słabe połączenie tego wymagało. Kiedy pani Stawiarska zapukała do drzwi i powiedziała, że z Warszawy do nas dzwonią, babcia wysłała Olgę.
– Pewnie Ela dzwoni, wypytaj się dokładnie, o której będzie, żebym wiedziała, kiedy wodę na pierogi nastawić. Ona nie lubi odsmażanych, na świeżo muszą być.
Z Warszawy dzwonił pan Leszek, który zadeklarował się przywieźć mamę do Rzeszowa swoim autem. Moi rodzice przyjaźnili się z Leszkami od czasu wprowadzki na osiedle i często się odwiedzali przy okazji imienin czy wolnej soboty, aż do momentu wyjazdu taty do Ameryki. Mama trafiła na listę „podejrzanych” kobiet z racji tego, że nie miała męża pod ręką od dłuższego czasu, więc nie zapraszano jej tak chętnie jak wcześniej. Do Leszków nie chodziła prawie wcale, jednak dawny przyjaciel domu, nieco po kryjomu, opiekował się nami, zachowując przyzwoity dystans, żeby nie drażnić żony. Pozwoliła mu pojechać na Okęcie i nawet przygotowała kanapki na drogę, mając na widoku torbę z dolarami lecącą Iłem z Nowego Jorku.
Olga z początku nie zrozumiała, co pan Leszek miał na myśli, mówiąc, że nie będzie dłużej czekać na lotnisku, bo ciała i tak by mu nie wydadzą, ponieważ nie jest z rodziny. Do głowy mu nie przyszło, że do nas wieść o katastrofie samolotu „Mikołaj Kopernik” jeszcze nie dotarła, więc zrelacjonował szybko to, co zobaczył oraz usłyszał na lotnisku, i obiecał opowiedzieć więcej szczegółów po powrocie.
– Nie wiem, czy dam radę dziś, patrz, która już godzina… z tego wszystkiego straciłem rachubę czasu, ale jutro po pracy do was zajrzę i się naradzimy, co z pogrzebem i tak dalej.
– Czyim pogrzebem? – zapytała Olga.
– No jak czyim? Waszej mamy… Samolot się rozbił! Nie macie radia? – Pan Leszek był zdenerwowany. – Dziś rano samolot rąbnął i wszyscy zginęli!
Olga usiadła na podłodze i zakręciła mocno sznur od telefonu wokół palca.
– Samolot się rozbił? Ten z mamą? Ten z Nowego Jorku?!
– Ten! Sam bym nie wierzył, żeby nie ci zrozpaczeni ludzie na lotnisku, których karetki zabierały…
– To znaczy, że jednak ktoś przeżył?!
– Ech… nie, nie pasażerów, tylko czekających na lotnisku, mdleli jeden po drugim. Przyjechało wojsko, milicja, płacze, krzyki, co tam się działo… Nawet wódkę serwowali na uspokojenie, ale jak się po czymś takim uspokoić? Koło pomnika chłodnie podobno stoją, cały konwój… To jest nie do wyobrażenia… Tyle narodu zginęło za jednym zamachem… Nikt się nie uratował, nikt… – chlipnął.
Mimo że serce mojej siostry zbudowane było ze szkła, gwoździ i drutu, zaczęła mięknąć. Jej głos drżał.
– Na pewno mama leciała tym samolotem? Panie Leszku, niech się pan skupi, bo może to jakaś koszmarna pomyłka… Trzeba wszystko dokładnie sprawdzić…
– Co tu jeszcze sprawdzać? Ela zginęła w katastrofie samolotu! Paweł nie dzwonił z Ameryki? Twój ojciec jeszcze nie dzwonił? No niechby się nie okazało, że on też wsiadł na ten samolot, żeby wam niespodziankę zrobić… Jezus Maria…
– Ja pitolę… – powtarzała Olga, coraz głębiej zapadając się w sobie. – Ja pitolę…
– W każdym razie ja się będę zbierał do domu, nic tu po mnie. Olga… najszczersze kondolencje… Ech… Nie wiem, co powiedzieć… Żeby pani Waleria zawału nie dostała… Jak ty jej to wszystko powiesz? Z Pawłem musisz się skontaktować, sprawdź, czy… no wiesz, czy aby też nie leciał tym samolotem…
Tato nie zadzwonił tego dnia, co nas jeszcze bardziej przygnębiło, a numer, który do niego miałyśmy, nie odpowiadał.
Po przemodlonej na kolanach nocy udało mi się zasnąć. Przytulona do babci, z głową wciśniętą w jej poduszkę pachnącą walerianą, spałam kilka godzin i śniła mi się mama, którą ze stajni wywlókł koń. Nogę miała przywiązaną do kopyta. Obudził mnie strach. Babcia Wronka kazała nam się ubrać na czarno i we trzy pomaszerowałyśmy gęsiego do kościoła saletynów niczym kondukt żałobny. Trzy pary oczu wpatrywały się w błękitną Matkę Boską, błagając, żeby się zlitowała i oddała nam mamę, używając swojej nieziemskiej mocy. Głowę miałam pełną krzepiących opowieści o cudach, tych zaklętych w wodzie w Lourdes, relikwiach zakutych w złych krzyżach i kulach rozwieszonych na ścianie sanktuarium w Częstochowie na dowód nagłego ozdrowienia, więc modliłam się żarliwie, może nawet nieco nachalnie.
Cud się jednak nie zdarzył, modlitwy wyleciały z naszych serc z dużą energią, ale najpewniej nigdzie nie dotarły, niczym rakieta wysłana w kosmos, która rozlatuje się na milion kawałków zaraz po starcie.
Dopiero w poniedziałek udało się Oldze dodzwonić do taty, a ten bardzo się zdziwił, że niepokoimy go o tak późnej porze.
– Olga, stało się coś? Wiesz, która jest godzina?! Trzecia dwadzieścia w nocy… Ja rano muszę wstać do pracy…
– Co się stało?! Chyba wiesz, co się stało! Czekamy i czekamy na telefon! – Olga spojrzała na mnie i na sąsiadkę siedzącą po drugiej stronie ławy w pokoju. Zapewniłyśmy ją, że zapłacimy za to połączenie międzynarodowe, jak tylko przyjdzie rachunek, jednak wolała być obecna przy rozmowie i mało dyskretnie zerkała na zegarek.
– Ale co? No mówże… – Ojciec ziewnął.
– Samolot się rozbił, nie słyszałeś? W piątek rano… Ten z Nowego Jorku do Warszawy.
– Słyszałem, podawali w wiadomościach, straszna tragedia, niedawno byłem w klubie w Newarku i śpiewała Anna Jantar, fajna babka.
Olga próbowała zachować spokój, ale nie potrafiła zapanować nad złością.
– Anna Jantar, co ty gadasz?! Mama zginęła w tej katastrofie! Twoja żona!
Ojciec chrząknął i zakaszlał. Palił paczkę papierosów dziennie, jego katastrofa też się powoli zbliżała.
– Dziecko, ty nawet tak nie żartuj – odezwał się po chwili. – Mama poleciała do Polski tydzień temu, nie w zeszły piątek.
Olga trzymała słuchawkę oddaloną od ucha, żebym i ja mogła słyszeć, co mówi ojciec. Zanim dotarł do mnie sens jego słów, moja siostra zaczęła wrzeszczeć, ale nie umiałam ocenić, czy z radości, czy z gniewu. Rozmawiali jeszcze parę minut, zastanawiając się wspólnie, gdzie się mama podziała, skoro przyleciała do Polski przed tygodniem. Gdzie jest? Co robi? Ojciec nie miał żadnej sensownej hipotezy, pożegnali się obietnicą, że będą to wyjaśniać po obu stronach Atlantyku.
Pan Leszek w naszym imieniu skontaktował się z LOT-em i po długich negocjacjach otrzymał potwierdzenie, że Elżbieta Wolska była na liście pasażerów feralnego lotu.
Gorsza od żałoby po mamie okazała się sensacja wokół mnie i Olgi w pierwsze dni po tragedii. Sąsiedzi, nauczyciele, koleżanki, listonosz, kioskarka gapili się tak ostentacyjnie, jakbym była jakimś dziwolągiem, którego powinni pokazywać w cyrku. Nikt się do mnie nie odzywał, nie pocieszał mnie, nie składał kondolencji, tylko patrzyli z daleka, wbijając spojrzenia jak ćwieki w skórzaną kurtkę. Nie wiem, czego wypatrywali u osieroconej trzynastolatki. Sinych placków pod oczami z niewyspania czy do krwi obgryzionych paznokci? Chciwe spojrzenia śledziły mnie przez kilka dni w drodze do szkoły, do sklepu, do kościoła i zaczęłam czuć się winna śmierci mamy, ponieważ te błyskające chorą ciekawością oczy żądały wytłumaczenia dlaczego. Oczy czekały na więcej pikantnych szczegółów na temat katastrofy, w której przecież oprócz mojej mamy zginęła piosenkarka Anna Jantar, o czym trąbili w telewizji i prasie. Czerpałyśmy z tego faktu pocieszenie, że okrutny los nie oszczędza nikogo, kiedy zaczyna wybierać godzinę, miejsce oraz osobę, której zgasi światło. Śmierć mamy stała się bardziej podniosła z tego powodu, że wraz z nią zginęła znana piosenkarka, a także członkowie amerykańskiej drużyny bokserskiej, których czarne, przecięte na pół przez pasy ciała znaleziono wbite w ziemię w miejscu rozbicia samolotu. Byli to bardzo młodzi chłopcy, amatorzy, szykujący się dopiero do wielkiej sportowej kariery.
Kiedy w środę po katastrofie poszłam do szkoły, pani od polskiego rozpłakała się na mój widok, natomiast pani od geografii obdarowała mnie wedlowską czekoladą. Była wyraźnie wzruszona, zaglądając mi w oczy, ale oprócz „biedne dziecko” nie umiała nic krzepiącego powiedzieć. Poza Tereską nikt z klasy się do mnie nie zbliżył tego dnia, podczas przerwy stałyśmy pod oknem, tyłem do wrzeszczącego korytarza, a do świetlicy na obiad wcale nie poszłam, choć byłam głodna jak wilk.
– No i co się gapisz, palancie?! – ryknęła Tereska w stronę kręcącego się wokół nas gówniarza. – Chcesz zarobić z liścia?
Chłopak wywalił jęzor i uciekł.
– Jeszcze do mnie nie dotarło, co się stało – wyszeptałam. – Może to wszystko mi się tylko śni? Przecież takie rzeczy się nie zdarzają w normalnym świecie.
Tereska przysunęła się bliżej mnie.
– W rodzinie mojej mamy, powiem ci, zdarzały się takie okropności, żebyś nie uwierzyła.
– Co na przykład?
– Brat mamy kolejarzem był, znaczy kierował pociągami, nie wiem, jak to się fachowo nazywa. Maszynista? Nieważne… No i co rusz ktoś mu się pod jego pociąg rzucał, przysięgam, chyba z dziesięć osób przejechał, bo nie zdążył wyhamować.
– Okropna śmierć, tak pod pędzący pociąg skoczyć. – Wzdrygnęłam się.
– Ale za to szybka, choć nie zawsze… – Tereska zniżyła głos. – Podobno niektórych poćwiartowało, a jeszcze chwilę żyli… Wujek często opowiadał, widział na własne oczy te kawałki ludzi. No i co? Pewnego dnia sam się pod pociąg rzucił, tyle tylko, że nie na swojej trasie.
– No co ty? Poważnie?
– Tato twierdził, że brat mamy miał nierówno pod sufitem i że to od zawsze było wiadomo, więc nie powinien tymi pociągami kierować. Na dworcu w Sędziszowie się pod pociąg rąbnął. Osierocił troje dzieci, ale na tym się czarna seria nie skończyła. Najstarszy syn wujka sobie strzelił w łeb, kiedy na warcie stał, jak w wojsku służył.
– Też miał coś z głową?
– Nie wiem, ale podobno dziewczyna go rzuciła, jak do woja poszedł, może to przez nią? – Tereska zrobiła smutną minę i przez chwilę nic do siebie nie mówiłyśmy, porównując tragedie rodzinne.
Po ostatniej lekcji odbyło się krótkie spotkanie z dyrektorem szkoły. Do jego gabinetu, wyraźnie przejęta, zaprowadziła mnie wychowawczyni. Pani Lisiewicz wskazała miejsce na dywanie, gdzie mam stanąć, centralnie przed solidnym dębowym biurkiem, zza którego zarządzał naszą szkołą dyrektor. W tym miejscu dywan był mocno wydeptany i wyślizgany. Onieśmielona rozglądałam się po przestronnym gabinecie kipiącym czerwienią. Zarówno wzorzysty dywan, jak i zasłony oraz obicia krzeseł były ciemnoczerwone, flaga oraz sztandar umocowany za plecami dyrektora nieco jaśniejsze. Pachniało kurzem i fasolką po bretońsku. Uświadomiłam sobie, że z okna tego gabinetu roztacza się widok na politechnikę i skarpę oraz drzewo, pod którym paliłyśmy z Tereską papierosy. Pomyślałam, że trzeba nam będzie na przyszłość znaleźć dyskretniejszą miejscówkę. Palenie papierosów bardzo mi się spodobało i nie zamierzałam przestać.
Dyrektor, wysoki, łysiejący pan w rogowych okularach, budził strach i podziw w doskonale równych proporcjach. O nauczycielach mówiło się wówczas tak jak o zmarłych: albo dobrze, albo wcale. Byli przybyszami z Mądrej Planety, nie mieli życia prywatnego, słabości ani natręctw. Wszystko od nich zależało, zarówno oceny w dzienniku, jak i poczucie własnej wartości u ucznia, którego mogli jednym słowem wdeptać w glebę lub wystrzelić pod niebiosa. Dopiero gdy opuszczałam mury szkoły podstawowej, zobaczyłam ich takimi, jakimi byli. Grono pedagogiczne, zwyczajni ludzie z rysami na charakterze i osobowościami głębszymi niż Rów Mariański.
Dyrektor szkoły nazywał się Szela i uczył starsze klasy historii. W ósmej klasie zacznie uczyć mnie, ale póki co byłam dla niego jednym z setek bezimiennych fartuszków z białym kołnierzykiem i tarczą przyszytą na lewym rękawie.
Chrząkając, przecierał okulary i długo się zbierał, by zacząć przemowę. Czekałyśmy z panią wychowawczynią na jego słowa w pokornym milczeniu ze spuszczonymi głowami. Gdyby mama zginęła w wypadku samochodowym lub choć umarła na raka, nie wiałoby ode mnie taką grozą, nikt by się nie interesował stanem mojego osieroconego serca, ale katastrofa pasażerskiego samolotu stawiała przed takimi erudytami jak dyrektor szkoły całkiem nowe wyzwanie. Na początek obwieścił, że mogę przez tydzień, dajmy na to dwa, nie przychodzić na lekcje. Dodatkowo, tu zrobił znaczącą pauzę, świetlica będzie mnie karmić za darmo do końca roku szkolnego. Dla dyrektora, oceniającego głębię tragedii uczennicy szóstej klasy, strata matki równała się ze stratą codziennego obiadu, co było w pełni zrozumiałe. Rola matek w czasach jego dzieciństwa z pewnością nie wykraczała daleko poza kuchnię.
– Jak masz na imię? – zapytał na koniec spotkania.
– Hania.
– Jeszcze raz mi przypomnij, nazwisko?
– Wolska, szósta A – pośpieszyła z informacją wychowawczyni.
Dyrektor wstał zza biurka, podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu. Skuliłam się. Przez chwilę patrzył na wiszące nad moją głową godło, jakby szukał tam inspiracji.
– Musisz od teraz opiekować się swoją siostrzyczką, przejąć rolę mamusi… I wiem, że to niełatwe zadanie, ale na pewno podołasz – powiedział uroczyście.
Zerknęłam na wychowawczynię, nie śmiałam odezwać się do dyrektora szkoły, szczególnie kiedy był w stanie takiego uniesienia jak teraz.
– Panie dyrektorze, siostra Hani uczy się w liceum, jest od niej starsza…
Szela spojrzał na swoją podwładną z niechęcią, ukarał ją dyscyplinarnie wzrokiem za to, że zbyt pobieżnie zreferowała mu moją sytuację rodzinną.
– Tak czy tak, nie zapominaj o szkole, ale teraz zrób sobie ferie i… odpocznij.
Podziękowałam skinieniem głowy i wymaszerowałam za wychowawczynią z czerwonego gabinetu.------------------------------------------------------------------------
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pełna lista rozdziałów:
Okładka
Tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
ROZDZIAŁ 1, Katastrofa
ROZDZIAŁ 2, Wdowa
ROZDZIAŁ 3, Zdrada
ROZDZIAŁ 4, Wiocha
ROZDZIAŁ 5, Spadek
ROZDZIAŁ 6, Wygnanie
ROZDZIAŁ 7, Dziecko
ROZDZIAŁ 8, Przemeblowanie
ROZDZIAŁ 9, Cecylia
ROZDZIAŁ 10, Josef
ROZDZIAŁ 11, Wojna
ROZDZIAŁ 12, List
ROZDZIAŁ 13, Aresztowanie
ROZDZIAŁ 14, Wolność
ROZDZIAŁ 15, Wiktor
ROZDZIAŁ 16, Awantura
ROZDZIAŁ 17, Powrót
ROZDZIAŁ 18, Ślub
ROZDZIAŁ 19, Spotkanie
ROZDZIAŁ 20, Mama