-
nowość
-
promocja
Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 - ebook
Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 - ebook
Witajcie w piątym tomie Kronik Riyrii autorstwa Michaela J. Sullivana, bestsellerowego pisarza według list New York Times i USA Today.
Kiedy krasnoludzki mistrz w swoim fachu zostaje wyrzucony z pracy i grozi zemstą, spółka łotrzyków do wynajęcia, znana jako Riyria, zostaje zatrudniona, by go powstrzymać. Wyprawa do rajskiego kurortu Tur Del Fur w połączeniu z hojnym dodatkiem na pokrycie kosztów oraz prostym zadaniem do wykonania sprawiają, że ta praca zamienia się w wakacje. Byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że niezadowolony pracownik nosi nazwisko Berling, a celem jego gniewu są legendarne wieże Drumindoru. Wydanie w szacie graficznej, wizualnie pasującej do tomów z poprzednich lat.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-75-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedy w 2010 roku ukończyłem serię _Odkrycia Riyrii_, byłem gotowy zostawić za sobą Royce’a, Hadriana i cały świat Elanu. Była to w końcu tylko jedna historia, a nie życiowe powołanie. Do tej pory pewnie już usłyszeliście, że moja żona, Robin, narzekała, że chce spędzić więcej czasu z miłością swojego życia – Hadrianem. Nie podobało jej się, że stanąłem między nimi. Chciała więcej, a ja nie zamierzałem ułatwiać jej romansu z innym mężczyzną. Gdy wydawnictwo Orbit przygotowywało się do ponownego wydania serii _Odkrycia Riyrii_, musiałem usunąć wersje, które wydałem własnym sumptem. W rezultacie przez kilka miesięcy nie miałem żadnych książek w sprzedaży. Robin uznała to za marketingową wpadkę i postanowiła wypełnić tę lukę opowiadaniem, które miało promować ponowne wydanie serii. Innymi słowy namówiła mnie do napisania opowiadania _The Viscount and the Witch_. Napisałem je, ponieważ uważałem, że to przyzwoita, zamknięta całość, opowiadająca o tym, jak Royce i Hadrian poznali Alberta Winslowa, co miało miejsce w drugim roku ich współpracy. Uznałem, że to dobry początek powieści i zacząłem zastanawiać się, czy nie napisać ciągu dalszego tej historii.
W tamtym czasie nowa powieść, nad którą pracowałem, _Antithesis_, zapowiadała się na porażkę, więc zacząłem pisać _Różę i Cierń_ – _The Rose and Thorn_. Nawiasem mówiąc, oficjalny tytuł – _The Rose and the Thorn_ – został wybrany przez wydawnictwo Orbit z powodów, których nigdy do końca nie zrozumiałem i z którymi się nie zgodziłem, ale nie miałem w tej kwestii nic do powiedzenia. W każdym razie, zanim ją skończyłem, zdałem sobie sprawę, że to głupio pisać o drugim roku współpracy, nie przedstawiając pierwszego. Pomyślałem, że nie mam wyjścia: muszę opisać historię powstania Riyrii. Odłożyłem więc _Różę i Cierń_ i napisałem _Wieżę Koronną_, a potem wróciłem do skończenia tego, od czego zacząłem. Moja żona była szczęśliwa, nawet jeśli wydawnictwo Orbit nieszczególnie – nie lubią tam prequeli i próbowano by mnie zniechęcić do pisania, gdyby wiedzieli, czemu poświęcam czas. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ta rozmowa nie skończyłaby się dobrze.
Po ukończeniu tych dwóch powieści wreszcie mogłem porzucić Elan i gatunek fantasy, żeby zająć się innymi rodzajami pisarstwa, widzicie bowiem, że nigdy nie planowałem zostać pisarzem fantasy.
Tyle że nie mogłem uwolnić się od Elanu. Jeszcze nie.
Czułem się zobowiązany do opowiedzenia prawdy o przeszłości Elanu i rozpocząłem sześciotomową serię _Legendy Pierwszego Imperium_ (kolejny cykl prequeli), którą chciało opublikować wydawnictwo Penguin Random House. Jednakże między planowaną datą premiery _Epoki mitu_ a wydaniem ostatniej książki o Riyrii minęłyby ponad cztery lata, a zgodnie z nową umową z wydawnictwem Penguin Random House nie mogłem opublikować kolejnej powieści o Elanie, dopóki ich książki nie ukażą się na rynku. To oznaczałoby rok 2021, czyli minęłoby prawie dziesięć lat od _Róży i Ciernia_, zanim ktokolwiek ponownie usłyszałby o Roysie i Hadrianie. To byłoby zdecydowanie zbyt długo. Wtedy Robin wpadła na pomysł, żebym opublikował nową książkę o Elanie, nim zacznie obowiązywać umowa.
– Jak szybko potrafisz napisać nową historię o Riyrii? – zapytała.
Okazało się, że odpowiedź brzmi: w sześćdziesiąt osiem dni. Książka _Śmierć Dulgath_ została opublikowana pod koniec 2015 roku, zaledwie kilka miesięcy przed _Epoką mitu_.
Po ukończeniu _Legend Pierwszego Imperium_, kiedy czekałem na wydanie książek, bawiłem się pomysłem stworzenia serii „powieści pomostowych”, które wypełniłyby ogromną lukę między _Legendami_ a _Riyrią_. W ten sposób powstał cykl _The Rise and Fall_, ale praca nad nim znowu oznaczałaby długą lukę między opowieściami o Riyrii, więc zrobiłem sobie przerwę i napisałem _Zniknięcie córki Wintera_. Następnie, z powodu zmiany polityki wydawnictwa Penguin Random House (wymagającej zachowania praw do audiobooków, które już sprzedaliśmy), nie mogliśmy wydać u nich ostatnich książek z serii _Legendy Pierwszego Imperium_. Co więcej, podział wypadł dość niezręcznie (cztery u nich i dwie u nas). Ponieważ ten konkretny cykl bardziej przypominał dwie ściśle powiązane ze sobą trylogie, Robin zdołała odzyskać prawa do _Epoki legendy_ i przywrócić równowagę: trzy do trzech. Szczęśliwym efektem ubocznym tych renegocjacji było wydanie _Zniknięcie córki Wintera_ w limitowanej edycji już w 2017 roku.
A cały ten wywód sprowadza się do stwierdzenia, że ostatnia książka o Riyrii została wydana siedem lat temu. Biorąc to pod uwagę, czy warto było poświęcić czas na napisanie kolejnej? Czy ktokolwiek nadal interesował się Royce’em i Hadrianem? Czy komukolwiek zależało?
Zadałem to pytanie w kilku poprzednich książkach i podałem swój adres e-mailowy, aby uzyskać odpowiedź. Kilka osób poświęciło czas, żeby napisać. Oto niektóre z ich wypowiedzi:
„Podobno w przedmowach do swoich książek pytasz, czy chcemy kolejnych powieści. Chcę tylko powiedzieć: Tak! Więcej Royce’a i Hadriana. Prosimy!”.
„Twoje książki z tymi bohaterami są wspaniałe! Poprosiłeś, żeby czytelnicy dali ci znać, jeśli chcą więcej. Ja chcę więcej!”.
„Jestem świeżo po _Śmierci Dulgath_ i z całą pewnością mogę przeczytać jeszcze sto kolejnych przygód Hadriana i Royce’a”.
„Zastanawiam się, czy są jakieś nowsze przygody Hadriana i Royce’a. Tęsknię za tymi facetami”.
Nadeszły setki innych podobnych komentarzy, co sprawiło, że pomyślałem, że może… być może… nadszedł czas, by napisać kolejną powieść.
Pojawił się jeszcze jeden czynnik, który wpłynął na powstanie tej powieści. Czytelnicy, którzy właśnie skończyli cykl _Legendy Pierwszego Imperium_ oraz trzy książki z cyklu _The Rise and Fall_ byli nieco zestresowani. Stawka wzrosła, a dramat był… cóż… bardziej dramatyczny. A po drodze wiele serc zostało złamanych, i to więcej niż jeden raz. Czytelnicy potrzebowali wytchnienia i prosili o coś zabawnego, coś bardziej „z życia wziętego”, co nie wiązałoby się z potencjalnym końcem świata albo śmiercią ukochanego bohatera. Marzyły im się stare, dobre wakacje z Riyrią. Nigdy nie piszę w odpowiedzi na zapotrzebowanie czytelników. Zawsze pisałem tylko te historie, które sam chcę czytać – tak jest najlepiej, naprawdę. Pisanie dla innych sprawia, że czas spędzony przy klawiaturze to mordęga zamiast radości, ale…
Jest jeden czytelnik – czytelniczka, która potrafi wpłynąć na moje decyzje. A ona chciała, wręcz potrzebowała odrobiny radości w tych trudnych czasach. Postanowiłem więc napisać książeczkę, która zaspokoiłaby pragnienie mojej żony, żeby spędzić trochę czasu z dwiema postaciami, które uwielbia: Royce’em i Hadrianem.
Kłopot w tym, że ci dwaj nic na to nie poradzą, że zawsze ładują się w jakąś kabałę.
Oto więc _Drumindor_, kolejna historia, której zakończenie wielu już zna. Zaczęła się jako zabawna, beztroska przygoda, a z czasem przerodziła się w coś znacznie więcej, w coś zupełnie nieoczekiwanego, i mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Ale nim zaczniecie, mam pewne ogłoszenie… posłuchajcie, proszę.
_Michael J. Sullivan_
wrzesień 2024PROJEKT _THE CYCLE_
Wraz z zakończeniem serii _The Rise and Fall_ oraz wydaniem _Drumindoru_ niektórzy z was zaczęli pytać: „Co dalej?”. I nie dość, że pytaliście, to jeszcze sugerowaliście.
Niektórzy z was chcieli poznać historię Pierwszej Wojny, inni wczesne lata życia Royce’a i Hadriana. Chociaż po wydaniu _Róży i Ciernia_, kiedy przekonaliście się, jaki dawniej był Royce, takich próśb pojawia się mniej. Jednakże najczęściej dopraszaliście się o książki rozgrywające się po serii _Odkrycia Riyrii_. Żeby zrozumieć, dlaczego opierałem się temu pomysłowi, musicie dowiedzieć się, jak piszę swoje książki.
Nie jestem fanem opowieści, które zaczynają się fantastycznie, a potem szybko tracą rozpęd z każdą kolejną częścią. Zazwyczaj dzieje się tak, ponieważ autor od razu ujawnia wszystkie swoje najlepsze pomysły, żeby zdobyć czytelników. Ja tak nie robię. Kiedy zaczynałem _Odkrycia Riyrii_, wątpiłem, czy cokolwiek z tego zostanie wydane, więc nie martwiłem się tym, czy od razu zrobię wielkie wrażenie. Zamiast tego zachowałem najbardziej smakowite kąski na koniec. W rezultacie ostatnia książka z tego cyklu okazała się najlepsza – zgodnie z zamierzeniem – głównie dlatego, że była kulminacją wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Wiedząc, że nie zdołam tego przebić, nawet nie próbowałem.
Sama koncepcja była dla mnie niepojęta. Jak mogłem podnieść stawkę jeszcze bardziej? Jak mógłbym sprawić, żeby punkt kulminacyjny stał się jeszcze bardziej dramatyczny? Wątek toczący się przez całą serię został już zamknięty i zwyczajnie nie dało się przebić _Percepliquis_. Żeby to osiągnąć, potrzebowałbym większego, głębszego i jeszcze bardziej nadrzędnego wątku fabularnego: jeszcze wyższej stawki, większej liczby postaci i potężniejszego finału. Nie zdając sobie z tego sprawy, ludzie prosili mnie o ni mniej, ni więcej jak stworzenie zupełnie nowej serii poświęconej powstaniu świata i imperium novrońskiego. A potem musiałbym stworzyć kolejną serię, która łączyłaby te książki z opowieściami o Riyrii. I robiąc to wszystko, musiałbym jakoś podsycać rosnącą chęć – nie, desperacką potrzebę – ze strony czytelników, żeby dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy.
A to, drogi przyjacielu, jest po prostu szaleństwem.
Można by argumentować, że nie jestem do końca rozsądny, ponieważ dokładnie to zrobiłem, poświęcając dekadę na pisanie _Legend Pierwszego Imperium_ i _The Rise and Fall_. To przedsięwzięcie, którego zwieńczeniem była publikacja powieści _Farilane_ i _Esrahaddon_, sprawiło, że pojawił się nowy kandydat do miana najczęściej zgłaszanej sugestii: chcieliście wiedzieć, co stanie się z Turinem.
Pod pewnymi względami to było dobre, bo w końcu o to właśnie chodziło – żeby obudzić w moich czytelnikach głód czegoś większego. Niestety to też przypomina sytuację, kiedy zwracasz na siebie uwagę wszystkich, przechwytując mikrofon na weselu. Publika oczekuje, że powiesz coś wartego uwagi, a okazuje się, że położenie fundamentów było najłatwiejszą częścią wyzwania.
Przeszkody okazały się przytłaczające. Musiałbym wymyślić coś całkiem nowego i gładko połączyć to z aspektami Elanu znanymi wcześniej tylko mnie. Musiałem też powiązać dwadzieścia książek w jedną spójną całość, zachowując jednocześnie ustalone zasady i prawa mojego świata – co oznaczało, że nie mogłem oszukiwać. Te z góry ustalone, nośne ściany, których nie można przenieść ani usunąć, utrudniałyby mi, o ile nie całkowicie uniemożliwiły, stworzenie arcydzieła, które mogłoby spróbować przebić _Percepliquis_. Z tego powodu nie wiedziałem, czy to, co miałem nadzieję stworzyć, jest w ogóle możliwe.
W obliczu tego wręcz niewykonalnego zadania postąpiłem tak, jak postąpiłaby każda normalna osoba na moim miejscu. Powołałem komisję złożoną z wysoce wykwalifikowanych ekspertów od świata Elanu i poleciłem im ocenić, czy warto w ogóle rozważać podjęcie się takiego projektu. Tak powstała komisja zwana _The Exploratory Committee_, a biorąc pod uwagę wymagania konieczne do zasiadania w tak szanowanym ciele doradczym, TEC okazała się komisją jednoosobową. Zasiadłem w niej tylko ja.
23 lutego 2022 roku TEC weszła do pomieszczenia badawczo-rozwojowego, do którego drzwi zostały zabite gwoździami. Od ponad dwóch i pół roku komisja obraduje w tajemnicy. Ostatnio jednak pojawiło się kilka przecieków – zarówno dobrych, jak i złych. Najgorsze jest chyba to, że „Projekt” nie może doczekać się zielonego światła, dopóki nie zostaną napisane wszystkie konieczne książki. Nie lubię obiecywać czegoś, czego ostatecznie mogę nie zrobić, więc nic nie obiecuję. Najlepszą wiadomością jest to, że „Projekt” został oficjalnie przemianowany na: _The Cycle_. Nie doszłoby do tego, gdyby komisja nie pokładała dużej wiary w projekt, ponieważ nadanie czemuś nazwy ma moc tchnięcia w to życia.
Ponieważ _Drumindor_ może być ostatnią powieścią, jaką opublikuję w ciągu kilku najbliższych lat, przez pewien czas nie będziemy mieli okazji do tych małych pogawędek. W związku z tym chcę dać wam możliwość śledzenia postępów w projekcie _The Cycle_. Możecie to robić, odwiedzając naszą stronę internetową pod adresem bit.ly/the-cycle lub zaglądając na serwer Discorda pod adresem bit.ly/cycle-discord. Za ich pośrednictwem będziemy starać się informować was na bieżąco o wszelkich istotnych zmianach.TOWARZYSZE W LEKTURZE
Czy podczas czytania lub słuchania książki Michaela J. Sullivana zdarzyło wam się kiedyś, że po zakończeniu rozdziału lub sceny chcieliście z kimś o tym porozmawiać, ale zdaliście sobie sprawę, że nie znacie nikogo, kto by też ją czytał? Czy zdarzyło wam się, że aż was skręcało, tak bardzo chcieliście podzielić się jakąś teorią? Albo potrzebowaliście, żeby ktoś odpowiedział wam na pytania? A może po prostu wściekliście się jak diabli z powodu śmierci ukochanej postaci i szukaliście kogoś, kto by was wysłuchał, zrozumiał i okazał współczucie? Cóż, dzięki Discordowi istnieje właśnie takie miejsce (bit.ly/elandiscord). Znajdziecie tam osobne kanały poświęcone każdej z dwudziestu powieści Michaela osadzonych w Elanie. Aby łatwiej można było go znaleźć, tymczasowo przenieśliśmy kanał Drumindor na szczyt listy (bit.ly/dru-start). Tam możecie porozmawiać z innymi Sullifanami, nie obawiając się spoilerów. Na kanale Drumindor znajdziecie także:
- news: ogłoszenia dotyczące produkcji i informacje o premierach. Michael może również powiadomić o wydarzeniach, w których weźmie udział, i poinformować, do jakich miast się wybiera.
- author-free-zone: kanał, na którym możecie omawiać kwestie, o których nie chcecie, żeby wiedzieli Michael lub Robin Sullivan.
- ask-michael-or-robin: kanał, na którym możecie zadawać pytania autorowi lub „kobiecie stojącej za książkami”, dotyczące wszystkiego, co nie jest związane z pisaniem, na przykład na temat zamawiania książek.
- typos: jeśli zauważycie błąd w książce, zgłoście go, żeby został poprawiony w następnych wydaniach.
- end-of-the‑book-discussion: miejsce, w którym nie ma miejsca na spoilery, ponieważ wszyscy tam obecni przeczytali już całą historię.
A jeśli chcecie nawiązać kontakt z innymi zagorzałymi czytelnikami Sullivana, istnieje również tętniący życiem i popularny serwer Riyria: strona założona i prowadzona przez fanów książek Michaela. Autor często odwiedza tę stronę, by podzielić się nowinami, ogłoszeniami albo po prostu odpowiedzieć na pytania nurtujące czytelników. Znajdziesz ją tutaj: bit.ly/riyria-discord.
Aha, jeszcze coś, co może wam się spodobać. Dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o Elanie i związanych z tym światem historiach, istnieje wspaniały kanał na YouTube o nazwie _Riyria Explained_; można go znaleźć pod adresem bit.ly/riyria-explained. Znajdziecie tam dogłębne analizy popularnych tematów, ale zachowajcie ostrożność. Chociaż jego twórca stara się unikać spoilerów, a przynajmniej przed nimi ostrzega, łatwo się na nie natknąć.ROZDZIAŁ 1. OSTATNI BERLING
Rozdział 1
_Ostatni Berling_
– Przykro mi, Gravis – powiedział najbardziej współczującym tonem lord Byron, chociaż z doświadczenia wiedział, że ten ton nie wystarczy – ale z żalem muszę przekazać ci nieprzyjemną nowinę: zostałeś zwolniony z obowiązków.
Krasnolud stał przed lordem Byronem i wspaniałym biurkiem, potwornie nie pasując do wystawnego gabinetu.
Pewnie do żadnego miejsca by nie pasował, pomyślał lord Byron.
Krasnolud nie miał nawet trzech stóp wzrostu, włosy sięgały mu niżej kolan, a broda ocierała się o podłogę. Brwi, które wyrastały na mocnym łuku brwiowym, wyglądały jak para zaniedbanych żywopłotów, których ogrodnik zmarł sto lat temu. Te brwi rzucały złowieszczy cień na jego twarz. Ogólnie rzecz biorąc, Gravis Berling wyglądał praktycznie jak włochaty stóg siana z parą żałosnych ślepi.
Z drugiej strony oni wszyscy tak wyglądają, nieprawdaż? – pomyślał lord Byron.
– Nie rozumiem, panie – powiedział Gravis głosem typowym dla krasnoludów: basowym i przypominającym zgrzyt kamienia.
Lord Byron niewiele wiedział o krasnoludach, chociaż zatrudniał ich małą armię. Jak wszyscy słyszał legendy, żarty w pubach i widywał je w przedstawieniach teatralnych, gdzie zawsze grały złoczyńców. Krasnoludy niewątpliwie pasowały do takiej roli. Małe i włochate, przemykały w mroku, czuły się jak u siebie w domu w podziemiach, gdzie żaden rozsądny człowiek w życiu by się nie zapuścił. Szczury były takie same i budziły w ludziach strach oraz nienawiść. Ludzie, w których nie budziły obrzydzenia, należeli zwykle do tego rodzaju, który uważał małe włochate stworzenia za milutkie, jak te damy, które próbują się opiekować ranną wiewiórką albo szopem. Jednak krasnoludy nie były niczym takim. Nie były też równie proste jak niemile widziane gryzonie. Krasnoludy były niebezpieczne, a ich nikczemny wzrost tylko wprowadzał w błąd. Lord Byron widział raz, jak krasnoludzki górnik zmiażdżył skałę gołą ręką. Uzbrojeni w oskardy krewniacy Gravisa potrafili przebić się przez kamień jak przez wysoką trawę. Nie dość, że były przerażająco silne, to jeszcze wytrzymałe jak wilki i długowieczne jak żółwie. Według niektórych opowieści mogły przeżyć pięć stuleci. Lord Byron miał powody, żeby wierzyć, że w tych historiach kryje się prawda, bo sam Gravis miał spokojnie ponad setkę. Lata uwidaczniały się w liniach żłobiących mu twarz, w głębokich dolinach pod smętnymi oczami, w szorstkiej siwiźnie wszystkich jego włosów. Niektóre legendy sugerowały wręcz, że krasnoludy nie urodziły się z ciała i krwi, ale zostały stworzone z kamienia. To dlatego ich głosy zgrzytały tak nieprzyjemnie i dlatego krasnoludy nie miały żadnych uczuć.
– Co ma pan na myśli, mówiąc o zwolnieniu z obowiązków?
Lord Byron zmarszczył brwi rozczarowany tą reakcją. Udaje głupka, pomyślał. Naprawdę miałem nadzieję, że inaczej się to potoczy. Z drugiej strony miałem też nadzieję, że minie mi podagra w lewym palcu stopy.
– Od tej chwili – wyjaśnił lord Byron – nie jesteś już pracownikiem Delgoskiego Stowarzyszenia Zarządu Portu.
Krasnolud zmrużył oczy i zjeżył potworne brwi. Wyglądają jak zjeżone gąsienice niedźwiedziówki, pomyślał lord. Gąsienice potrafią się jeżyć? Stroszyć futro? To dlatego nazywają je niedźwiedziówkami? Wątpię.
– Co to znaczy, panie? – dopytywał się dalej Gravis, najwyraźniej odgrywając ignoranta.
Lord Byron oparł się pokusie przewrócenia oczami. Miał za sobą długi dzień, z czego większość zajęło mu zwalnianie ponad dwóch tuzinów krasnoludów. Mógł kazać, żeby zajął się tym brygadzista, i teraz żałował, że tak nie zrobił, ale uważał, że pewne rzeczy należy załatwiać w stosowny sposób. Delgos był republiką, a nie monarchią. Pracownik miał prawo usłyszeć nowinę o zwolnieniu bezpośrednio od swojego pracodawcy.
– To znaczy, że już tu nie pracujesz, Gravis. Otrzymasz ostatnie wynagrodzenie przy drzwiach, gdy będziesz wychodził.
Krasnolud patrzył dalej, jakby nie rozumiał po rhuńsku. Krasnoludy czasem tak robiły – udawały głupich, mamrocząc coś pod nosem w swoim własnym języku.
– Ale… – Gravis rozejrzał się po gabinecie. – Ja tu nie pracuję. Ja pracuję w Drumindorze, panie.
Lord Byron spodziewał się, że stary inżynier okaże się problemem. Gravis Berling pracował dla Zarządu Portu dłużej niż ktokolwiek inny, dłużej nawet niż sam lord Byron. Dodatkowo istniał problem jego rodowego nazwiska. Podobno niejaki Andvari Berling, pradawny krasnolud, zaprojektował i nadzorował budowę fortecy. Lord Byron nie był co do tego przekonany, ale nie mógł tego wykluczyć. Wszystko jest możliwe, prawda? Gravis z pewnością uważał, że to możliwe, i w jego głowie Drumindor należał do niego – starożytna forteca była jego dziedzictwem. Dlatego lord Byron nalegał, żeby starego inżyniera przyprowadzono do biura jako ostatniego. Wiedział, że spotkanie będzie niepotrzebnie wyczerpujące i skończy się sceną. Już nie mógł się doczekać, kiedy wynagrodzi to sobie filiżanką herbaty i długim spacerem wzdłuż zatoki. Nic tak nie pomaga oczyścić myśli jak słone morskie powietrze i kubek gorącego salifanu, zwłaszcza z odrobiną świeżo wyciśniętej cytryny. Filiżanka herbaty zdecydowanie wymaga świeżej cytryny, bo inaczej jaki w tym sens?
Lord Byron nie lubił scen ani żadnych innych niepokojów. Był poukładanym człowiekiem, który budził się każdego ranka o wschodzie słońca, zawsze najpierw wkładał lewy but, a potem prawy, nigdy nie wychodził z domu bez kapelusza i rękawiczek. Zawsze należało postępować, zachowując porządek, a sercem i duszą porządku są utarte szablony. Ludzie tacy jak Gravis wnoszą… bałagan. Kontakty z nim bardzo przypominały przetykanie zapchanej rury gołą ręką. I gdyby przycisnąć go w tej kwestii, lord Byron przyznałby się do pewnej niedoskonałości charakteru, jaką była skłonność do odkładania na później wszystkiego, co mogło okazać się przykre. Poinformowanie Gravisa Berlinga, że nie będzie mógł dłużej zajmować się swoim ukochanym Drumindorem po ponad stu latach pracy, z całą pewnością okaże się nieprzyjemne.
Lord Byron westchnął poirytowany, zanim powiedział coś, o czym był przekonany, że Gravis doskonale wie, ale celowo udaje, że nie ma o tym pojęcia:
– Drumindor stanowi część Delgoskiego Stowarzyszenia Zarządu Portu, Gravis. Dlaczego udajesz tak ograniczonego?
Może niepotrzebnie użył słowa „ograniczony”. Lord Byron wątpił, żeby ktoś taki jak Gravis wiedział, co ono znaczy. Jednak bez względu na powód, krasnolud nagle zaczął sprawiać wrażenie, jakby przestał słuchać. Mimo ubogiego słownictwa wiadomość dotarła do Gravisa. Może potrzebowała chwili, żeby przebić się przez ten gąszcz kudłów.
– Pracowałem tam całe życie, ja… – Krasnolud pogładził brodę, strzelając oczami na boki w niesprecyzowany, acz paniczny sposób.
Lord Byron widywał podobne zachowanie u mężczyzn zbliżających się do szubienicy. Gravis był przerażony, jak każdy w obliczu bardzo nagłego końca długiego życia.
– Nigdy nie miałem dzieci – wyznał krasnolud. Nagle zaczął brzmieć, jakby brakowało mu powietrza. – Jestem ostatnim z Berlingów. Ostatnim! Nie został już nikt z mojego klanu. Nie mam rodziny poza żoną, a ona… – Zawahał się, jakby nowa i straszliwa myśl przekroczyła próg jego umysłu. – Moja Ena jest chora! Biedactwo. Choruje już od pewnego czasu i jej stan się pogarsza. Jak ja… Bez pracy będę musiał płacić czynsz za naszą chałupinę. Jeśli ją stracę, nie zostanie mi nic. Nigdzie nie znajdę zatrudnienia, nie w tym wieku. – Popatrzył na swoje ręce, jakby go zdradziły. – Co zrobiłem nie tak, panie? Przysięgam na waszego boga i na mojego, że wszystko naprawię. Naprawdę. Zrobię wszystko. Proszę. Proszę.
Lord Byron spodziewał się tego pytania. Wszyscy je zadawali i za każdym razem odpowiadał tak samo.
– To nie twoja wina, Gravis. Triumwirat Administracyjny Tur Del Fur uznał, że w obliczu ostatnich niepokojów dalsza zgoda na to, by twoi pobratymcy zawiadywali Drumindorem, stanowi… cóż, zagrożenie dla bezpieczeństwa miasta.
– Jakie niepokoje? I co ma pan na myśli, mówiąc o zagrożeniu bezpieczeństwa? – Gravis wyglądał na zagubionego. – Berlingowie… zbudowali Drumindor, panie. Ta… ta cała zatoka nie była zdatna do zamieszkania, dopóki nie przybył tu Andvari Berling. Powiem panu, co jest zagrożeniem: brak Berlinga, który należycie zająłby się staruszką. To jest właśnie niebezpieczne. Zwolnienie mnie z obowiązków, jak pan to ujął, jest nieodpowiedzialne, niebezpieczne i stanowi absolutne zagrożenie dla bezpieczeństwa miasta.
– Mam świadomość, że twój…
– Druma wybuchała przez cały czas, do diaska, buchając chmurami popiołu i trujących gazów, wypuszczając strumienie lawy. Ta śliczna zatoczka była trującą, śmiercionośną pułapką, zanim zbudowaliśmy Drumindor!
– Tak, doskonale rozumiem…
– I jeszcze byli piraci, Daccańczycy i Ba Ran. Pustoszyli te wybrzeża! Gdyby nie „moi pobratymcy”, nie byłoby Drumindoru, Tur Del Fur, żadnego Stowarzyszenia Zarządu Portu ani Triumwiratu Administracyjnego! Gdyby nie moi ludzie, ten gabinet byłby dymiącym kraterem stopionej skały! Te wszystkie wasze śliczne sklepiki, kawiarenki, wyszynki i teatry w ogóle by nie istniały.
– To nie jest moja decyzja, Gravis.
– Jest pan przewodniczącym Stowarzyszenia Zarządu Portu! – Zgrzyt żwiru zamienił się w ryk lwa. – Właśnie pan powiedział, że Drumindor to część tego zepsiałego Stowarzyszenia.
– Tak, ale nie ja rządzę krajem. Decyzję podjął Triumwirat. Jeśli się z tym nie zgadzasz, zwróć się z pretensjami do nich.
Oto była tarcza lorda Byrona. Nigdy dotąd nie myślał o tym w taki sposób, zanim nie został świadkiem przemiany Gravisa z błędnego czarodzieja zębatek i przekładni w coś o wiele bardziej przerażającego. Raz jeszcze lord Byron przypomniał sobie, jak naga dłoń tamtego górnika zamieniła skałę w chmurkę pyłu, i przez chwilę się bał. Ręce Gravisa, nawet jeśli stare, nadal mogły posiadać siłę wykraczającą daleko poza możliwości śmiertelnika.
– Pewnie, to nie zależy od ciebie. To nie zależy nawet od Nieświętej Trójcy. Nawet gdyby chcieli, nie zmienią sposobu, w jaki ludzie myślą – powiedział zrezygnowany Gravis, a potem spojrzał na wypolerowaną podłogę i pokręcił głową. – Jest tak samo jak zawsze, prawda? Myśleliśmy, że w republice będzie inaczej. Bez królów, cesarzy, Kościoła. Po prostu wolni ludzie zajęci własnymi sprawami. Niestety nic się nie zmieniło. Zawsze jest tak samo. – Podniósł wzrok i przeszył lorda Byrona spojrzeniem. – To ja powinienem zwalniać ciebie, was wszystkich. Drumindor jest mój i żaden z was na niego nie zasługuje. Nie rozumiecie jego języka, nie wiecie nawet, jak działa. – Urwał i zamyślił się na chwilę, jakby nowy, potworny pomysł przyszedł i zapukał do drzwi jego umysłu. – A ja owszem.
Gravis Berling spiorunował wzrokiem lorda Byrona i uśmiech pojawił się pod włosami. Okropny, potworny uśmiech.
– W rzeczy samej, ja znam go doskonale.
– Musisz już wyjść – powiedział lord Byron – i pamiętaj, jeśli spróbujesz wrócić do Drumindoru, zostaniesz aresztowany.
Gravis skinął głową i ruszył do drzwi. A potem zatrzymał się i, nie oglądając się, powiedział:
– Jeśli wrócę do Drumindoru, nie zostanie już nic, co można aresztować, i nikt, kto mógłby mnie aresztować.
Na długo po tym, jak krasnolud wyszedł, lord Byron wpatrywał się w puste drzwi gabinetu, słysząc echo tych słów. Wciąż go prześladowały, jak nadejście pełni.ROZDZIAŁ 4. DYLIŻANS
Rozdział 4
_Dyliżans_
Hadrian jechał razem z bagażem na płaskim dachu powozu. Rzeczy Arcadiusa, Royce’a i jego własne razem wzięte zmieściłyby mu się na kolanach. Jednak torby Gwen i kufry w stylu kapitana morskiego, należące do Alberta, zajmowały tyle miejsca na dachu, że Hadrian zaczął zastanawiać się nad dwiema kwestiami: co takiego mogli ze sobą zabrać i jak bardzo on sam nie docenił swoich potrzeb. Przed Hadrianem znajdował się kozioł woźnicy, gdzie ojciec i syn siedzieli obok siebie.
Ojciec, który nazywał się Shelby, jechał po lewej i w tej chwili powoził. Jego syn, Heath, zajmował miejsce strażnika po prawej. Młodzieniec nosił krótkie ostrze graftońskie – tanią, ale praktyczną broń, która wyglądała na nowiutką. Lekką kuszę z drzewa oliwnego przymocowano do podnóżka między nimi – była niewidoczna, ale w zasięgu ręki.
– Potrafisz posługiwać się tym ostrzem? – zapytał Hadrian.
Heath podniósł wzrok i uśmiechnął się.
– Pan się boi? Nie ma potrzeby. Cały czas jeździmy na tej trasie. Ani razu nie widzieliśmy rozbójnika. Większość ludzi podróżuje pieszo, a nasza _Latająca Dama_ nigdy się nie zatrzymuje.
– To po co wam miecz i kusza?
– Bo ostrożności nigdy za wiele – odpowiedział Shelby.
Miał niski, rozsądny głos ciężko pracującego ojca, który widział dość świata, żeby być bardziej ostrożnym niż ciekawym. Przypominał Hadrianowi jego własnego ojca, który zmarł już prawie sześć lat temu, kiedy Hadrian przebywał z dala od domu. To była wisienka na torciku jego żalów, który zaczynał się od walki z najlepszym przyjacielem, a kończył się na tygrysie. Od tego czasu doszły kolejne błędy, ale to były uczciwe pomyłki. Tamte wcześniejsze były świadomie popełnionymi złymi uczynkami.
– Naszym zadaniem jest dowieźć pasażerów bezpiecznie do celu – powiedział Shelby, trzymając wodze w jednej ręce i długi bat w drugiej. Hadrian ani razu nie widział, żeby bił zwierzęta. Strzelał nim tylko w powietrzu. To wystarczało. – I traktujemy nasze obowiązki poważnie.
Shelby utrzymywał konie w kłusie, od czasu do czasu dając im zwolnić i odpocząć, zwykle kiedy wspinali się na wzgórze. Hadrian zdumiewał się szybkością. Trwał jeszcze ranek, a już minęli wioskę Windham w królestwie Warric. Nigdy nie jechałby na Tancerce w takim tempie równie długo. Spokojne dwadzieścia mil to było mnóstwo drogi na jeden dzień podróży. Wiedział z doświadczenia, że w nagłych sytuacjach koń może pokonać sto mil w ciągu dnia, ale potem wyczerpane zwierzę będzie potrzebowało długiego odpoczynku. Wymiana koni rozwiązywała ten problem. Nie był to nowy pomysł. Od wieków korzystali z tego wojskowi kurierzy, ale Hadrian wątpił, żeby kiedykolwiek wcześniej wykorzystano ten patent w podróżach lądowych cywili.
Uznał, że to genialny pomysł.
Podróż nie tylko była szybka, ale też zdumiewająco wygodna. Mimo zmarzniętej ziemi, licznych kolein i od czasu do czasu kamienia albo korzenia jazda okazała się nadzwyczaj gładka. Powóz kołysał się i podskakiwał jak statek na wzburzonym morzu, ale nie szarpał tak mocno, jak przywykł do tego Hadrian.
– Czyj to powóz? – zapytał.
– Mój – odpowiedział Shelby.
– Wygląda na drogi.
– Bo jest.
Ewidentnie niezadowolony z niechęci ojca do rozwinięcia tematu, wtrącił się Heath:
– Mój ojciec i dziadek pracowali jako stajenni dla króla Fredericka w Galeannonie. Mój dziadek marzył, żeby przenieść się do Vernesu, kupić barkę i otworzyć własny interes przewoźniczy na Bernum. Zmarł, zanim mu się udało, ale zostawił oszczędności i marzenie mojemu ojcu, tyle że…
– Nie mam zielonego pojęcia o barkach – wszedł mu w słowo Shelby.
– Ale próbowałeś – zauważył Heath. – I dużo się nauczyłeś.
– Nauczyłem się, że nie mam zielonego pojęcia o barkach. Poszerzyłem swoją wiedzę także na tyle, żeby zdać sobie sprawę, że nie mam szansy konkurować z kompaniami już działającymi na Bernum.
– Dowiedziałeś się także o przystankach – dodał Heath, któremu najwyraźniej nie odpowiadało, że ojciec tak nisko się ceni. Odwrócił się do Hadriana. – Zna pan rzeczne barki?
– Tak. Płynąłem jedną z Vernesu do Colnory. Nie było to nadzwyczajne doświadczenie.
– Więc wie pan, jak wymieniają konie. Dzięki temu mogą płynąć cały dzień i noc. Stąd mój ojciec wziął pomysł powozu jeżdżącego na stałych trasach z przystankami. Zatrzymał konie, a sprzedał barkę. Zamiast próbować konkurować z rzecznymi kompaniami, zaproponował szybki, niezawodny transport lądowy i zaczął zabierać pasażerów do miast leżących z dala od rzeki, takich jak Kilnar, Swanwick, Ratibor, Aquesta i Colnora. Nie ma tam żadnego transportu publicznego. Mamy spory ruch w interesie, kiedy Bernum zaczyna wylewać albo podczas suszy. A ponieważ wymieniamy konie po drodze, możemy jechać prawie bez przerwy. Żadne barki, a nawet królewskie karety nie podróżują równie szybko.
– Tak, sam to zauważyłem.
Hadrian uznał wręcz, że jadą trochę za szybko. Może w ciepły letni dzień byłoby to przyjemne, ale prawie nieustanny kłus sprawiał, że miał dość zimnego wiatru i mokrego śniegu na twarzy, przez który ledwie cokolwiek widział.
– Gładko jedzie, co?
– Owszem. Zwykle na wozie człowiekowi zęby próbują wypaść z głowy.
– To genialny pomysł mojego syna – powiedział Shelby. – Powóz to po prostu pudełko na osiach. Nieważne, jak ładnie wygląda to pudełko, nadal jest przymocowane do czterech solidnych kół. Heath oddzielił pudło od osi, stosując… Jak to nazywasz?
– Resory – wyjaśnił Heath. – To te długie płaskie pasy wygiętego metalu z zawiasami na końcach, dzięki czemu nadwozie, pudło, podskakuje na nich podczas jazdy. Niektóre powozy arystokratów są podwieszone na skórzanych pasach, ale to nie łagodzi szczególnie przykrego wrażenia, kiedy natrafia się na koleinę, a poza tym skóra jest mniej trwała. Przy budowie powozu zwykle jedna osoba robi nadwozie, to najczęściej utalentowany meblarz, a drugi człowiek, kowal, robi osie, koła i całą resztę. W Tarin Vale jest taki jeden gość imieniem Bartholomew, mistrz cechu kołodziejskiego, który robi wszystko.
– Nie pracuje za szybko – wtrącił Shelby.
– Prawda, ale po tym, jak w wypadku złamaliśmy jedną oś, pracowałem u niego…
– Heath od dawna interesuje się kowalstwem. Ma do tego głowę – powiedział Shelby z nieskrywaną dumą. – Ciągle coś tam buduje. Wynalazł te sprężyny, na których pan teraz podskakuje.
– Miałem pomysł – wyjaśnił Heath – a Bartholomew sprawił, że to zadziałało.
– Obaj tego dokonaliście. Chłopak jest bystrzejszy, niż na to wygląda. O niebo bystrzejszy od swojego ojca, to pewne. Powinien zostać doradcą króla albo lorda-kupca, ale tylko tyle mogę mu dać.
– Wolę powozić – gorliwie zapewnił ojca Heath. – Nie znosiłbym ciągłych ukłonów. A poza tym uśmiecham się od ucha do ucha za każdym razem, gdy widzę nasze nazwisko na drzwiach. – Znowu odwrócił się do Hadriana. – Zamówiliśmy u Bartholomew następny powóz. Będzie się nazywał _Huragan Hanson_ i będzie miał o wiele lepsze resory. Posłużymy się pękami osobnych cienkich metalowych pasów, ale prawdziwa różnica polega na trzpieniu w przedniej osi, dzięki czemu podwozie z prostokąta zamieni się w trójkąt. Wtedy koła od wewnętrznej będą mogły zakręcać ostrzej niż zewnętrzne. Dzięki temu łatwiej będzie go prowadzić i zmniejszy się ryzyko, że się przewróci, co naprawdę pomoże w górach. Myślę, że dzięki _Huraganowi_ skrócimy czas podróży o jedną trzecią.
– Konie mogą mieć własne zdanie na ten temat – odparł Hadrian.
– Będziemy potrzebować więcej zmian. Mam nadzieję, że pewnego dnia będziemy mieli flotę powozów wyjeżdżających każdego dnia z każdego większego miasta od Tur Del Fur po Lanksteer. Wyobraża pan to sobie? Każdy, kto zechce, będzie mógł przyjść na stację dyliżansową, zapłacić małą sumę i pojechać do Colnory, spędzić kilka godzin na załatwianiu tego, czego potrzebuje, i wrócić do Medfordu następnego dnia. A może nawet tego samego.
– Chłopak jest geniuszem, ale też marzycielem – odezwał się Shelby. – Ma to pewnie po dziadku. Mnie wystarczyłby ciepły kominek, pełny brzuch, wygodny fotel i miła kobieta. Ale nie jemu. Chciałbym ci przypomnieć, Heath, że jesteś mi winien wnuka.
– Wezmę się za to.
– Nie stworzyłem tego interesu, żeby padł, bo będziesz zbyt zajęty zmienianiem świata.
– Jeszcze nie znalazłem tej jedynej.
– Jesteś zbyt wybredny. Jeśli ma cztery kończyny, dwoje oczu i większość palców, to nie powinieneś narzekać.
– Jak pan widzi, mój ojciec ma wysokie wymagania.
Hadrian zarechotał.
– Jest pan żonaty, panie Blackwater? – zapytał Shelby. – Człowiek, który odnosi takie sukcesy… Na pewno ma pan już gromadkę dzieci.
– Właściwie to nie. Tak się składa… że przez wiele lat służyłem w wojsku i od tego czasu… Zdziwiłby się pan, jak trudno znaleźć kobietę, która ma większość palców.
Teraz Heath się roześmiał.
– Ile ma pan lat, panie Blackwater? – zapytał Shelby. – Jeśli mogę spytać.
– Dwadzieścia cztery.
Shelby pokręcił głową i westchnął.
– Nie wiem, co myśleć o młodych ludziach w tych czasach. W wieku Heatha miałem już żonę i syna, a trójkę więcej, nim osiągnąłem pański wiek.
– Ile ma pan dzieci?
Shelby nie odpowiedział.
– Teraz jestem tylko ja – odezwał się Heath.
To dość gwałtownie zakończyło rozmowę. Hadrian uznał, że zapędził się w rejony, w które nie powinien. Był rozczarowany, bo rozmowa pomagała mu zapomnieć o zimnym wietrze, przenikającym przez wełnianą koszulę i pelerynę, ale też derkę, którą dali mu Hansonowie.
– Przepraszam, jeśli powiedziałem coś niewłaściwego – odezwał się.
– Nie ma za co – odparł Shelby.
Heath obejrzał się na Hadriana.
– Jakieś dziesięć lat temu nasza rodzina miała domek w Fallon Mire – powiedział cicho, wskazując południe z lekkim odchyleniem na zachód. – To mała wioska w tamtym kierunku. Miałem osiem lat i cały czas dopraszałem się, żeby ojciec zabrał mnie w trasę. Dla mnie to była wielka przygoda. W końcu pozwolił mi pewnego lata. Podróż była okropna. Nic nie układało się dobrze. Pogoda była paskudna, ugrzęźliśmy w błocie na dwa dni. Potem rozwaliliśmy koło pośrodku pustkowia. Ojciec zatrudnił się jako pomoc na farmie, żeby zebrać pieniądze na naprawę. Przez ponad dwa miesiące mieszkaliśmy w tym powozie. Ja strzegłem go i dbałem o konie, podczas gdy ojciec pracował w polu i wracał późnym wieczorem z odrobiną chleba i sera. Cały czas myślałem, jakiego mamy pecha. Podczas gdy mama rozkoszuje się latem, ja całymi dniami siedzę sam uwięziony w tym powozie. Okazało się, że się myliłem. Tego lata zaraza przyszła do Fallon Mire. Od tej pory jesteśmy tylko my dwaj.
– Przykro mi – powiedział Hadrian.
– Tym bardziej należałoby znaleźć dziewczynę i założyć rodzinę – doradził synowi Shelby. – Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Tylko głupiec czeka.
Hadrian spojrzał na padający śnieg, który uderzał go w twarz i kleił mu się do rzęs.
Shelby Hanson ma rację, uznał.
***
Royce nie wiedział, czy powinien siedzieć obok Gwen, czy naprzeciwko. Oba rozwiązania miały dobre i złe strony, ale różne dobre i złe strony. Kiedy przyszło co do czego, wybrał bez zastanowienia i nie kierując się żadną logiką. Usiadł obok niej i natychmiast pożałował. Była tak blisko. Pikowane skórzane siedzenia były wąskie, więc dotykali się rękami i nogami. A kiedy powóz przyśpieszył i zaczął podskakiwać, często wpadali na siebie i zderzali się jak klaszczące dłonie.
Przez cztery lata znajomości Royce dotknął Gwen tak niewiele razy, że pamiętał każdą taką chwilę. Te intymne zderzenia, wymuszone na nim pod bacznym spojrzeniem Arcadiusa i Alberta, sprawiały, że zatęsknił za czasem spędzonym w kopalni soli. Zastanawiał się, czy nie zamienić się miejscami z Hadrianem. Siedzenie na zimnie i wilgoci wydawało się radosne w porównaniu z tą torturą, ale powstrzymywały go dwie rzeczy. Po pierwsze, obawiał się zrobić złe wrażenie. Nie chciał, żeby Gwen pomyślała, że nie może znieść siedzenia obok niej. To było bardzo dalekie od prawdy. Jednak nawet gdyby zostali tylko we dwoje, wciąż by cierpiał. Napięcie było wręcz bolesne. Wszyscy poza tym sprawiali wrażenie szczęśliwych i zadowolonych. Albert i Arcadius czasem nawet przysypiali. Royce siedział cały czas napięty, bo w każdej chwili mógł popełnić błąd, powiedzieć albo zrobić coś głupiego.
Od kiedy to się stało problemem?
Towarzystwo Gwen zawsze sprawiało mu przyjemność. Od pierwszych tygodni, kiedy opiekowała się nim, aż odzyskał zdrowie, czuł się przy niej tak swobodnie, jak przy nikim innym dotąd. A jednak niedawno Royce odkrył, że narasta w nim niepokój, gdy znajduje się w pobliżu niej. Czuł się tak, jakby natrafił na kruche porcelanowe cacko, które stało mu się niezbędne do życia, i potwornie bał się, że je stłucze. Gwen stała się tak cenna, że to aż bolało. Przekonany, że upokorzenie związane z popełnionym błędem zostanie tylko zwiększone przez obecność widowni, cierpiał nieznośne katusze.
Może udałoby mu się wmówić pozostałym, że zamienia się z Hadrianem, bo dba o przyjaciela kosztem własnego komfortu, ale, o ile takie zachowanie pasowało do Hadriana, dla Royce’a było zdecydowanie nietypowe. I zostawała jeszcze druga kwestia. Mimo katuszy związanych z potwornym upokorzeniem i zażenowaniem przekonał się, że siedzenie obok Gwen DeLancy – nacisk jej ciała, ciepło, zapach włosów – było niewiarygodnie przyjemne i potwornie uzależniające. Przypominało to upicie się winem Montemorcey. Bukiet i smak były wyśmienite i im więcej pił, tym bardziej był upojony. Wkrótce stracił resztki rozsądku i za bardzo zaczął się rozkoszować. Jego trzeźwe ja ostrzegłoby go, ale ogłupiały alkoholem umysł nie był zdolny do rzeczowego osądu. Wkrótce wino odbierze mu wszelki rozsądek, z jakim się urodził, i zostawi go odsłoniętego i narażonego na cios. Potem, rzecz jasna, nadejdzie katastrofa. A jednak kiedy proponowano mu kolejny kieliszek, jego trzeźwy umysł częściej się zgadzał, niż odmawiał. Royce nie rozumiał, jak do tego doszło, tak samo jak nie rozumiał, dlaczego zlał się potem.
***
– Jesteś nadzwyczajną kobietą, Gwendolyn – powiedział Arcadius, kiedy skończył ją wypytywać o jej przeszłość i przetarł przodem szaty okulary. Robił to już czwarty raz, odkąd wyjechali z ulicy Przekornej, i Royce zaczął podejrzewać, że brud musi kryć się w jego oczach. – Zawiadujesz sporym interesem i aż się zastanawiam, ile byś zdziałała, dysponując lepszym wykształceniem. Są programy na uniwersytecie dla potomków rodów kupieckich, kursy na temat ekonomii w ogóle i regionalnej, prawa handlowego, księgowości i najlepszych metod organizowania ksiąg i rachunków. Taka osoba jak ty wyposażona w taką wiedzę i umiejętności mogłaby wkrótce zamieszkać w Dzielnicy Szlacheckiej, zawiadując tuzinem legalnych interesów i brać udział w Jesiennej Gali w Medfordzie na zaproszenie samego króla.
Gwen zaśmiała się niezręcznie.
– Nie miałabym co na siebie włożyć.
– Och, myślę, że miałabyś już wtedy pieniądze na wspaniałą garderobę.
– Nie wiedziałabym, co kupić.
– Z radością bym pomógł – wtrącił się Albert. Siedział z głową opartą o wyściełaną ścianę powozu koło okna, gdzie przez większość drogi próbował się zdrzemnąć, bo przyznał, że niewiele spał poprzedniej nocy. – Dorastałem u boku mojej ciotki w posiadłości Huffington w otoczeniu arystokratek. Dla każdej byłem czymś pomiędzy wiernym służącym a adoptowanym synem. Nie znam się na wojaczce, ale jestem znawcą mody damskiej.
Gwen pokręciła głową.
– Poza tym nie rozumiałabym konwersacji i nie wiedziałabym, co powiedzieć. Najpiękniejsza suknia na świecie nie pomogłaby mi rozmawiać z dżentelmenami i damami, którzy oceniają ludzi po kolorze skóry. To wszystko brzmi cudownie, ale wątpię, żeby naprawdę takie było. Siedziałabym, czując się niezręcznie i nie na miejscu, pocąc się i żałując, że nie jestem gdzie indziej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki