Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 września 2026
4399 pkt
punktów Virtualo

Drumindor. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 5 - ebook

Witajcie w piątym tomie Kronik Riyrii autorstwa Michaela J. Sullivana, bestsellerowego pisarza według list New York Times i USA Today.

Kiedy krasnoludzki mistrz w swoim fachu zostaje wyrzucony z pracy i grozi zemstą, spółka łotrzyków do wynajęcia, znana jako Riyria, zostaje zatrudniona, by go powstrzymać. Wyprawa do rajskiego kurortu Tur Del Fur w połączeniu z hojnym dodatkiem na pokrycie kosztów oraz prostym zadaniem do wykonania sprawiają, że ta praca zamienia się w wakacje. Byłoby idealnie, gdyby nie fakt, że niezadowolony pracownik nosi nazwisko Berling, a celem jego gniewu są legendarne wieże Drumindoru. Wydanie w szacie graficznej, wizualnie pasującej do tomów z poprzednich lat.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-75-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Kiedy w 2010 roku ukoń­czy­łem serię _Odkry­cia Riy­rii_, byłem gotowy zosta­wić za sobą Royce’a, Hadriana i cały świat Elanu. Była to w końcu tylko jedna histo­ria, a nie życiowe powo­ła­nie. Do tej pory pew­nie już usły­sze­li­ście, że moja żona, Robin, narze­kała, że chce spę­dzić wię­cej czasu z miło­ścią swo­jego życia – Hadria­nem. Nie podo­bało jej się, że sta­ną­łem mię­dzy nimi. Chciała wię­cej, a ja nie zamie­rza­łem uła­twiać jej romansu z innym męż­czy­zną. Gdy wydaw­nic­two Orbit przy­go­to­wy­wało się do ponow­nego wyda­nia serii _Odkry­cia Riy­rii_, musia­łem usu­nąć wer­sje, które wyda­łem wła­snym sump­tem. W rezul­ta­cie przez kilka mie­sięcy nie mia­łem żad­nych ksią­żek w sprze­daży. Robin uznała to za mar­ke­tin­gową wpadkę i posta­no­wiła wypeł­nić tę lukę opo­wia­da­niem, które miało pro­mo­wać ponowne wyda­nie serii. Innymi słowy namó­wiła mnie do napi­sa­nia opo­wia­da­nia _The Visco­unt and the Witch_. Napi­sa­łem je, ponie­waż uwa­ża­łem, że to przy­zwo­ita, zamknięta całość, opo­wia­da­jąca o tym, jak Royce i Hadrian poznali Alberta Win­slowa, co miało miej­sce w dru­gim roku ich współ­pracy. Uzna­łem, że to dobry począ­tek powie­ści i zaczą­łem zasta­na­wiać się, czy nie napi­sać ciągu dal­szego tej histo­rii.

W tam­tym cza­sie nowa powieść, nad którą pra­co­wa­łem, _Anti­the­sis_, zapo­wia­dała się na porażkę, więc zaczą­łem pisać _Różę i Cierń_ – _The Rose and Thorn_. Nawia­sem mówiąc, ofi­cjalny tytuł – _The Rose and the Thorn_ – został wybrany przez wydaw­nic­two Orbit z powo­dów, któ­rych ni­gdy do końca nie zro­zu­mia­łem i z któ­rymi się nie zgo­dzi­łem, ale nie mia­łem w tej kwe­stii nic do powie­dze­nia. W każ­dym razie, zanim ją skoń­czy­łem, zda­łem sobie sprawę, że to głu­pio pisać o dru­gim roku współ­pracy, nie przed­sta­wia­jąc pierw­szego. Pomy­śla­łem, że nie mam wyj­ścia: muszę opi­sać histo­rię powsta­nia Riy­rii. Odło­ży­łem więc _Różę i Cierń_ i napi­sa­łem _Wieżę Koronną_, a potem wró­ci­łem do skoń­cze­nia tego, od czego zaczą­łem. Moja żona była szczę­śliwa, nawet jeśli wydaw­nic­two Orbit nie­szcze­gól­nie – nie lubią tam pre­qu­eli i pró­bo­wano by mnie znie­chę­cić do pisa­nia, gdyby wie­dzieli, czemu poświę­cam czas. Ci, któ­rzy mnie znają, wie­dzą, że ta roz­mowa nie skoń­czy­łaby się dobrze.

Po ukoń­cze­niu tych dwóch powie­ści wresz­cie mogłem porzu­cić Elan i gatu­nek fan­tasy, żeby zająć się innymi rodza­jami pisar­stwa, widzi­cie bowiem, że ni­gdy nie pla­no­wa­łem zostać pisa­rzem fan­tasy.

Tyle że nie mogłem uwol­nić się od Elanu. Jesz­cze nie.

Czu­łem się zobo­wią­zany do opo­wie­dze­nia prawdy o prze­szło­ści Elanu i roz­po­czą­łem sze­ścio­to­mową serię _Legendy Pierw­szego Impe­rium_ (kolejny cykl pre­qu­eli), którą chciało opu­bli­ko­wać wydaw­nic­two Pen­guin Ran­dom House. Jed­nakże mię­dzy pla­no­waną datą pre­miery _Epoki mitu_ a wyda­niem ostat­niej książki o Riy­rii minę­łyby ponad cztery lata, a zgod­nie z nową umową z wydaw­nic­twem Pen­guin Ran­dom House nie mogłem opu­bli­ko­wać kolej­nej powie­ści o Ela­nie, dopóki ich książki nie ukażą się na rynku. To ozna­cza­łoby rok 2021, czyli minę­łoby pra­wie dzie­sięć lat od _Róży i Cier­nia_, zanim kto­kol­wiek ponow­nie usły­szałby o Roy­sie i Hadria­nie. To byłoby zde­cy­do­wa­nie zbyt długo. Wtedy Robin wpa­dła na pomysł, żebym opu­bli­ko­wał nową książkę o Ela­nie, nim zacznie obo­wią­zy­wać umowa.

– Jak szybko potra­fisz napi­sać nową histo­rię o Riy­rii? – zapy­tała.

Oka­zało się, że odpo­wiedź brzmi: w sześć­dzie­siąt osiem dni. Książka _Śmierć Dul­gath_ została opu­bli­ko­wana pod koniec 2015 roku, zale­d­wie kilka mie­sięcy przed _Epoką mitu_.

Po ukoń­cze­niu _Legend Pierw­szego Impe­rium_, kiedy cze­ka­łem na wyda­nie ksią­żek, bawi­łem się pomy­słem stwo­rze­nia serii „powie­ści pomo­sto­wych”, które wypeł­ni­łyby ogromną lukę mię­dzy _Legen­dami_ a _Riy­rią_. W ten spo­sób powstał cykl _The Rise and Fall_, ale praca nad nim znowu ozna­cza­łaby długą lukę mię­dzy opo­wie­ściami o Riy­rii, więc zro­bi­łem sobie prze­rwę i napi­sa­łem _Znik­nię­cie córki Win­tera_. Następ­nie, z powodu zmiany poli­tyki wydaw­nic­twa Pen­guin Ran­dom House (wyma­ga­ją­cej zacho­wa­nia praw do audio­bo­oków, które już sprze­da­li­śmy), nie mogli­śmy wydać u nich ostat­nich ksią­żek z serii _Legendy Pierw­szego Impe­rium_. Co wię­cej, podział wypadł dość nie­zręcz­nie (cztery u nich i dwie u nas). Ponie­waż ten kon­kretny cykl bar­dziej przy­po­mi­nał dwie ści­śle powią­zane ze sobą try­lo­gie, Robin zdo­łała odzy­skać prawa do _Epoki legendy_ i przy­wró­cić rów­no­wagę: trzy do trzech. Szczę­śli­wym efek­tem ubocz­nym tych rene­go­cja­cji było wyda­nie _Znik­nię­cie córki Win­tera_ w limi­to­wa­nej edy­cji już w 2017 roku.

A cały ten wywód spro­wa­dza się do stwier­dze­nia, że ostat­nia książka o Riy­rii została wydana sie­dem lat temu. Bio­rąc to pod uwagę, czy warto było poświę­cić czas na napi­sa­nie kolej­nej? Czy kto­kol­wiek na­dal inte­re­so­wał się Royce’em i Hadria­nem? Czy komu­kol­wiek zale­żało?

Zada­łem to pyta­nie w kilku poprzed­nich książ­kach i poda­łem swój adres e-mailowy, aby uzy­skać odpo­wiedź. Kilka osób poświę­ciło czas, żeby napi­sać. Oto nie­które z ich wypo­wie­dzi:

„Podobno w przed­mo­wach do swo­ich ksią­żek pytasz, czy chcemy kolej­nych powie­ści. Chcę tylko powie­dzieć: Tak! Wię­cej Royce’a i Hadriana. Pro­simy!”.

„Twoje książki z tymi boha­te­rami są wspa­niałe! Popro­si­łeś, żeby czy­tel­nicy dali ci znać, jeśli chcą wię­cej. Ja chcę wię­cej!”.

„Jestem świeżo po _Śmierci Dul­gath_ i z całą pew­no­ścią mogę prze­czy­tać jesz­cze sto kolej­nych przy­gód Hadriana i Royce’a”.

„Zasta­na­wiam się, czy są jakieś now­sze przy­gody Hadriana i Royce’a. Tęsk­nię za tymi face­tami”.

Nade­szły setki innych podob­nych komen­ta­rzy, co spra­wiło, że pomy­śla­łem, że może… być może… nad­szedł czas, by napi­sać kolejną powieść.

Poja­wił się jesz­cze jeden czyn­nik, który wpły­nął na powsta­nie tej powie­ści. Czy­tel­nicy, któ­rzy wła­śnie skoń­czyli cykl _Legendy Pierw­szego Impe­rium_ oraz trzy książki z cyklu _The Rise and Fall_ byli nieco zestre­so­wani. Stawka wzro­sła, a dra­mat był… cóż… bar­dziej dra­matyczny. A po dro­dze wiele serc zostało zła­ma­nych, i to wię­cej niż jeden raz. Czy­tel­nicy potrze­bo­wali wytchnie­nia i pro­sili o coś zabaw­nego, coś bar­dziej „z życia wzię­tego”, co nie wią­za­łoby się z poten­cjal­nym koń­cem świata albo śmier­cią uko­cha­nego boha­tera. Marzyły im się stare, dobre waka­cje z Riy­rią. Ni­gdy nie piszę w odpo­wie­dzi na zapo­trze­bo­wa­nie czy­tel­ni­ków. Zawsze pisa­łem tylko te histo­rie, które sam chcę czy­tać – tak jest naj­le­piej, naprawdę. Pisa­nie dla innych spra­wia, że czas spę­dzony przy kla­wia­tu­rze to mor­dęga zamiast rado­ści, ale…

Jest jeden czy­tel­nik – czy­tel­niczka, która potrafi wpły­nąć na moje decy­zje. A ona chciała, wręcz potrze­bo­wała odro­biny rado­ści w tych trud­nych cza­sach. Posta­no­wi­łem więc napi­sać ksią­żeczkę, która zaspo­ko­iłaby pra­gnie­nie mojej żony, żeby spę­dzić tro­chę czasu z dwiema posta­ciami, które uwiel­bia: Royce’em i Hadria­nem.

Kło­pot w tym, że ci dwaj nic na to nie pora­dzą, że zawsze ładują się w jakąś kabałę.

Oto więc _Dru­min­dor_, kolejna histo­ria, któ­rej zakoń­cze­nie wielu już zna. Zaczęła się jako zabawna, bez­tro­ska przy­goda, a z cza­sem prze­ro­dziła się w coś znacz­nie wię­cej, w coś zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nego, i mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Ale nim zacznie­cie, mam pewne ogło­sze­nie… posłu­chaj­cie, pro­szę.

_Michael J. Sul­li­van_

wrze­sień 2024PROJEKT _THE CYCLE_

Wraz z zakoń­cze­niem serii _The Rise and Fall_ oraz wyda­niem _Dru­min­doru_ nie­któ­rzy z was zaczęli pytać: „Co dalej?”. I nie dość, że pyta­li­ście, to jesz­cze suge­ro­wa­li­ście.

Nie­któ­rzy z was chcieli poznać histo­rię Pierw­szej Wojny, inni wcze­sne lata życia Royce’a i Hadriana. Cho­ciaż po wyda­niu _Róży i Cier­nia_, kiedy prze­ko­na­li­ście się, jaki daw­niej był Royce, takich próśb poja­wia się mniej. Jed­nakże naj­czę­ściej dopra­sza­li­ście się o książki roz­gry­wa­jące się po serii _Odkry­cia Riy­rii_. Żeby zro­zu­mieć, dla­czego opie­ra­łem się temu pomy­słowi, musi­cie dowie­dzieć się, jak piszę swoje książki.

Nie jestem fanem opo­wie­ści, które zaczy­nają się fan­ta­stycz­nie, a potem szybko tracą roz­pęd z każdą kolejną czę­ścią. Zazwy­czaj dzieje się tak, ponie­waż autor od razu ujaw­nia wszyst­kie swoje naj­lep­sze pomy­sły, żeby zdo­być czy­tel­ni­ków. Ja tak nie robię. Kiedy zaczy­na­łem _Odkry­cia Riy­rii_, wąt­pi­łem, czy cokol­wiek z tego zosta­nie wydane, więc nie mar­twi­łem się tym, czy od razu zro­bię wiel­kie wra­że­nie. Zamiast tego zacho­wa­łem naj­bar­dziej sma­ko­wite kąski na koniec. W rezul­ta­cie ostat­nia książka z tego cyklu oka­zała się naj­lep­sza – zgod­nie z zamie­rze­niem – głów­nie dla­tego, że była kul­mi­na­cją wszyst­kiego, co wyda­rzyło się wcze­śniej. Wie­dząc, że nie zdo­łam tego prze­bić, nawet nie pró­bo­wa­łem.

Sama kon­cep­cja była dla mnie nie­po­jęta. Jak mogłem pod­nieść stawkę jesz­cze bar­dziej? Jak mógł­bym spra­wić, żeby punkt kul­mi­na­cyjny stał się jesz­cze bar­dziej dra­ma­tyczny? Wątek toczący się przez całą serię został już zamknięty i zwy­czaj­nie nie dało się prze­bić _Per­ce­pli­quis_. Żeby to osią­gnąć, potrze­bo­wał­bym więk­szego, głęb­szego i jesz­cze bar­dziej nad­rzęd­nego wątku fabu­lar­nego: jesz­cze wyż­szej stawki, więk­szej liczby postaci i potęż­niej­szego finału. Nie zda­jąc sobie z tego sprawy, ludzie pro­sili mnie o ni mniej, ni wię­cej jak stwo­rze­nie zupeł­nie nowej serii poświę­co­nej powsta­niu świata i impe­rium novroń­skiego. A potem musiał­bym stwo­rzyć kolejną serię, która łączy­łaby te książki z opo­wie­ściami o Riy­rii. I robiąc to wszystko, musiał­bym jakoś pod­sy­cać rosnącą chęć – nie, despe­racką potrzebę – ze strony czy­tel­ni­ków, żeby dowie­dzieć się, jak to wszystko się skoń­czy.

A to, drogi przy­ja­cielu, jest po pro­stu sza­leń­stwem.

Można by argu­men­to­wać, że nie jestem do końca roz­sądny, ponie­waż dokład­nie to zro­bi­łem, poświę­ca­jąc dekadę na pisa­nie _Legend Pierw­szego Impe­rium_ i _The Rise and Fall_. To przed­się­wzię­cie, któ­rego zwień­cze­niem była publi­ka­cja powie­ści _Fari­lane_ i _Esra­had­don_, spra­wiło, że poja­wił się nowy kan­dy­dat do miana naj­czę­ściej zgła­sza­nej suge­stii: chcie­li­ście wie­dzieć, co sta­nie się z Turi­nem.

Pod pew­nymi wzglę­dami to było dobre, bo w końcu o to wła­śnie cho­dziło – żeby obu­dzić w moich czy­tel­ni­kach głód cze­goś więk­szego. Nie­stety to też przy­po­mina sytu­ację, kiedy zwra­casz na sie­bie uwagę wszyst­kich, prze­chwy­tu­jąc mikro­fon na weselu. Publika ocze­kuje, że powiesz coś war­tego uwagi, a oka­zuje się, że poło­że­nie fun­da­men­tów było naj­ła­twiej­szą czę­ścią wyzwa­nia.

Prze­szkody oka­zały się przy­tła­cza­jące. Musiał­bym wymy­ślić coś cał­kiem nowego i gładko połą­czyć to z aspek­tami Elanu zna­nymi wcze­śniej tylko mnie. Musia­łem też powią­zać dwa­dzie­ścia ksią­żek w jedną spójną całość, zacho­wu­jąc jed­no­cze­śnie usta­lone zasady i prawa mojego świata – co ozna­czało, że nie mogłem oszu­ki­wać. Te z góry usta­lone, nośne ściany, któ­rych nie można prze­nieść ani usu­nąć, utrud­nia­łyby mi, o ile nie cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiły, stwo­rze­nie arcy­dzieła, które mogłoby spró­bo­wać prze­bić _Per­ce­pli­quis_. Z tego powodu nie wie­dzia­łem, czy to, co mia­łem nadzieję stwo­rzyć, jest w ogóle moż­liwe.

W obli­czu tego wręcz nie­wy­ko­nal­nego zada­nia postą­pi­łem tak, jak postą­pi­łaby każda nor­malna osoba na moim miej­scu. Powo­ła­łem komi­sję zło­żoną z wysoce wykwa­li­fi­ko­wa­nych eks­per­tów od świata Elanu i pole­ci­łem im oce­nić, czy warto w ogóle roz­wa­żać pod­ję­cie się takiego pro­jektu. Tak powstała komi­sja zwana _The Explo­ra­tory Com­mit­tee_, a bio­rąc pod uwagę wyma­ga­nia konieczne do zasia­da­nia w tak sza­no­wa­nym ciele dorad­czym, TEC oka­zała się komi­sją jed­no­oso­bową. Zasia­dłem w niej tylko ja.

23 lutego 2022 roku TEC weszła do pomiesz­cze­nia badaw­czo-roz­wo­jo­wego, do któ­rego drzwi zostały zabite gwoź­dziami. Od ponad dwóch i pół roku komi­sja obra­duje w tajem­nicy. Ostat­nio jed­nak poja­wiło się kilka prze­cie­ków – zarówno dobrych, jak i złych. Naj­gor­sze jest chyba to, że „Pro­jekt” nie może docze­kać się zie­lo­nego świa­tła, dopóki nie zostaną napi­sane wszyst­kie konieczne książki. Nie lubię obie­cy­wać cze­goś, czego osta­tecz­nie mogę nie zro­bić, więc nic nie obie­cuję. Naj­lep­szą wia­do­mo­ścią jest to, że „Pro­jekt” został ofi­cjal­nie prze­mia­no­wany na: _The Cycle_. Nie doszłoby do tego, gdyby komi­sja nie pokła­dała dużej wiary w pro­jekt, ponie­waż nada­nie cze­muś nazwy ma moc tchnię­cia w to życia.

Ponie­waż _Dru­min­dor_ może być ostat­nią powie­ścią, jaką opu­bli­kuję w ciągu kilku naj­bliż­szych lat, przez pewien czas nie będziemy mieli oka­zji do tych małych poga­wę­dek. W związku z tym chcę dać wam moż­li­wość śle­dze­nia postę­pów w pro­jek­cie _The Cycle_. Może­cie to robić, odwie­dza­jąc naszą stronę inter­ne­tową pod adre­sem bit.ly/the-cycle lub zaglą­da­jąc na ser­wer Discorda pod adre­sem bit.ly/cycle-discord. Za ich pośred­nic­twem będziemy sta­rać się infor­mo­wać was na bie­żąco o wszel­kich istot­nych zmia­nach.TOWARZYSZE W LEKTURZE

Czy pod­czas czy­ta­nia lub słu­cha­nia książki Micha­ela J. Sul­li­vana zda­rzyło wam się kie­dyś, że po zakoń­cze­niu roz­działu lub sceny chcie­li­ście z kimś o tym poroz­ma­wiać, ale zda­li­ście sobie sprawę, że nie zna­cie nikogo, kto by też ją czy­tał? Czy zda­rzyło wam się, że aż was skrę­cało, tak bar­dzo chcie­li­ście podzie­lić się jakąś teo­rią? Albo potrze­bo­wa­li­ście, żeby ktoś odpo­wie­dział wam na pyta­nia? A może po pro­stu wście­kli­ście się jak dia­bli z powodu śmierci uko­cha­nej postaci i szu­ka­li­ście kogoś, kto by was wysłu­chał, zro­zu­miał i oka­zał współ­czu­cie? Cóż, dzięki Discor­dowi ist­nieje wła­śnie takie miej­sce (bit.ly/elan­di­scord). Znaj­dzie­cie tam osobne kanały poświę­cone każ­dej z dwu­dzie­stu powie­ści Micha­ela osa­dzo­nych w Ela­nie. Aby łatwiej można było go zna­leźć, tym­cza­sowo prze­nie­śli­śmy kanał Dru­min­dor na szczyt listy (bit.ly/dru-start). Tam może­cie poroz­ma­wiać z innymi Sul­li­fa­nami, nie oba­wia­jąc się spo­ile­rów. Na kanale Dru­min­dor znaj­dzie­cie także:

- news: ogło­sze­nia doty­czące pro­duk­cji i infor­ma­cje o pre­mie­rach. Michael może rów­nież powia­do­mić o wyda­rze­niach, w któ­rych weź­mie udział, i poin­for­mo­wać, do jakich miast się wybiera.
- author-free-zone: kanał, na któ­rym może­cie oma­wiać kwe­stie, o któ­rych nie chce­cie, żeby wie­dzieli Michael lub Robin Sul­li­van.
- ask-michael-or-robin: kanał, na któ­rym może­cie zada­wać pyta­nia auto­rowi lub „kobie­cie sto­ją­cej za książ­kami”, doty­czące wszyst­kiego, co nie jest zwią­zane z pisa­niem, na przy­kład na temat zama­wia­nia ksią­żek.
- typos: jeśli zauwa­ży­cie błąd w książce, zgło­ście go, żeby został popra­wiony w następ­nych wyda­niach.
- end-of-the‑book-discus­sion: miej­sce, w któ­rym nie ma miej­sca na spo­ilery, ponie­waż wszy­scy tam obecni prze­czy­tali już całą histo­rię.

A jeśli chce­cie nawią­zać kon­takt z innymi zago­rza­łymi czy­tel­ni­kami Sul­li­vana, ist­nieje rów­nież tęt­niący życiem i popu­larny ser­wer Riy­ria: strona zało­żona i pro­wa­dzona przez fanów ksią­żek Micha­ela. Autor czę­sto odwie­dza tę stronę, by podzie­lić się nowi­nami, ogło­sze­niami albo po pro­stu odpo­wie­dzieć na pyta­nia nur­tu­jące czy­tel­ni­ków. Znaj­dziesz ją tutaj: bit.ly/riy­ria-discord.

Aha, jesz­cze coś, co może wam się spodo­bać. Dla tych, któ­rzy chcie­liby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o Ela­nie i zwią­za­nych z tym świa­tem histo­riach, ist­nieje wspa­niały kanał na YouTube o nazwie _Riy­ria Expla­ined_; można go zna­leźć pod adre­sem bit.ly/riy­ria-expla­ined. Znaj­dzie­cie tam dogłębne ana­lizy popu­lar­nych tema­tów, ale zacho­waj­cie ostroż­ność. Cho­ciaż jego twórca stara się uni­kać spo­ile­rów, a przy­naj­mniej przed nimi ostrzega, łatwo się na nie natknąć.ROZDZIAŁ 1. OSTATNI BERLING

Roz­dział 1

_Ostatni Ber­ling_

– Przy­kro mi, Gra­vis – powie­dział naj­bar­dziej współ­czu­ją­cym tonem lord Byron, cho­ciaż z doświad­cze­nia wie­dział, że ten ton nie wystar­czy – ale z żalem muszę prze­ka­zać ci nie­przy­jemną nowinę: zosta­łeś zwol­niony z obo­wiąz­ków.

Kra­sno­lud stał przed lor­dem Byro­nem i wspa­nia­łym biur­kiem, potwor­nie nie pasu­jąc do wystaw­nego gabi­netu.

Pew­nie do żad­nego miej­sca by nie paso­wał, pomy­ślał lord Byron.

Kra­sno­lud nie miał nawet trzech stóp wzro­stu, włosy się­gały mu niżej kolan, a broda ocie­rała się o pod­łogę. Brwi, które wyra­stały na moc­nym łuku brwio­wym, wyglą­dały jak para zanie­dba­nych żywo­pło­tów, któ­rych ogrod­nik zmarł sto lat temu. Te brwi rzu­cały zło­wiesz­czy cień na jego twarz. Ogól­nie rzecz bio­rąc, Gra­vis Ber­ling wyglą­dał prak­tycz­nie jak wło­chaty stóg siana z parą żało­snych ślepi.

Z dru­giej strony oni wszy­scy tak wyglą­dają, nie­praw­daż? – pomy­ślał lord Byron.

– Nie rozu­miem, panie – powie­dział Gra­vis gło­sem typo­wym dla kra­sno­lu­dów: baso­wym i przy­po­mi­na­ją­cym zgrzyt kamie­nia.

Lord Byron nie­wiele wie­dział o kra­sno­lu­dach, cho­ciaż zatrud­niał ich małą armię. Jak wszy­scy sły­szał legendy, żarty w pubach i widy­wał je w przed­sta­wie­niach teatral­nych, gdzie zawsze grały zło­czyń­ców. Kra­sno­ludy nie­wąt­pli­wie paso­wały do takiej roli. Małe i wło­chate, prze­my­kały w mroku, czuły się jak u sie­bie w domu w pod­zie­miach, gdzie żaden roz­sądny czło­wiek w życiu by się nie zapu­ścił. Szczury były takie same i budziły w ludziach strach oraz nie­na­wiść. Ludzie, w któ­rych nie budziły obrzy­dze­nia, nale­żeli zwy­kle do tego rodzaju, który uwa­żał małe wło­chate stwo­rze­nia za milut­kie, jak te damy, które pró­bują się opie­ko­wać ranną wie­wiórką albo szo­pem. Jed­nak kra­sno­ludy nie były niczym takim. Nie były też rów­nie pro­ste jak nie­mile widziane gry­zo­nie. Kra­sno­ludy były nie­bez­pieczne, a ich nik­czemny wzrost tylko wpro­wa­dzał w błąd. Lord Byron widział raz, jak kra­sno­ludzki gór­nik zmiaż­dżył skałę gołą ręką. Uzbro­jeni w oskardy krew­niacy Gra­visa potra­fili prze­bić się przez kamień jak przez wysoką trawę. Nie dość, że były prze­ra­ża­jąco silne, to jesz­cze wytrzy­małe jak wilki i dłu­go­wieczne jak żół­wie. Według niektó­rych opo­wie­ści mogły prze­żyć pięć stu­leci. Lord Byron miał powody, żeby wie­rzyć, że w tych histo­riach kryje się prawda, bo sam Gra­vis miał spo­koj­nie ponad setkę. Lata uwi­dacz­niały się w liniach żło­bią­cych mu twarz, w głę­bo­kich doli­nach pod smęt­nymi oczami, w szorst­kiej siwiź­nie wszyst­kich jego wło­sów. Nie­które legendy suge­ro­wały wręcz, że kra­sno­ludy nie uro­dziły się z ciała i krwi, ale zostały stwo­rzone z kamie­nia. To dla­tego ich głosy zgrzy­tały tak nie­przy­jem­nie i dla­tego kra­sno­ludy nie miały żad­nych uczuć.

– Co ma pan na myśli, mówiąc o zwol­nie­niu z obo­wiąz­ków?

Lord Byron zmarsz­czył brwi roz­cza­ro­wany tą reak­cją. Udaje głupka, pomy­ślał. Naprawdę mia­łem nadzieję, że ina­czej się to poto­czy. Z dru­giej strony mia­łem też nadzieję, że minie mi poda­gra w lewym palcu stopy.

– Od tej chwili – wyja­śnił lord Byron – nie jesteś już pra­cow­ni­kiem Del­go­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu.

Kra­sno­lud zmru­żył oczy i zje­żył potworne brwi. Wyglą­dają jak zje­żone gąsie­nice niedź­wie­dziówki, pomy­ślał lord. Gąsie­nice potra­fią się jeżyć? Stro­szyć futro? To dla­tego nazy­wają je niedź­wie­dziów­kami? Wąt­pię.

– Co to zna­czy, panie? – dopy­ty­wał się dalej Gra­vis, naj­wy­raź­niej odgry­wa­jąc igno­ranta.

Lord Byron oparł się poku­sie prze­wró­ce­nia oczami. Miał za sobą długi dzień, z czego więk­szość zajęło mu zwal­nia­nie ponad dwóch tuzi­nów kra­sno­lu­dów. Mógł kazać, żeby zajął się tym bry­ga­dzi­sta, i teraz żało­wał, że tak nie zro­bił, ale uwa­żał, że pewne rze­czy należy zała­twiać w sto­sowny spo­sób. Del­gos był repu­bliką, a nie monar­chią. Pra­cow­nik miał prawo usły­szeć nowinę o zwol­nie­niu bez­po­śred­nio od swo­jego pra­co­dawcy.

– To zna­czy, że już tu nie pra­cu­jesz, Gra­vis. Otrzy­masz ostat­nie wyna­gro­dze­nie przy drzwiach, gdy będziesz wycho­dził.

Kra­sno­lud patrzył dalej, jakby nie rozu­miał po rhuń­sku. Kra­sno­ludy cza­sem tak robiły – uda­wały głu­pich, mam­ro­cząc coś pod nosem w swoim wła­snym języku.

– Ale… – Gra­vis rozej­rzał się po gabi­ne­cie. – Ja tu nie pra­cuję. Ja pra­cuję w Dru­min­do­rze, panie.

Lord Byron spo­dzie­wał się, że stary inży­nier okaże się pro­ble­mem. Gra­vis Ber­ling pra­co­wał dla Zarządu Portu dłu­żej niż kto­kol­wiek inny, dłu­żej nawet niż sam lord Byron. Dodat­kowo ist­niał pro­blem jego rodo­wego nazwi­ska. Podobno nie­jaki Andvari Ber­ling, pra­dawny kra­sno­lud, zapro­jek­to­wał i nad­zo­ro­wał budowę for­tecy. Lord Byron nie był co do tego prze­ko­nany, ale nie mógł tego wyklu­czyć. Wszystko jest moż­liwe, prawda? Gra­vis z pew­no­ścią uwa­żał, że to moż­liwe, i w jego gło­wie Dru­min­dor nale­żał do niego – sta­ro­żytna for­teca była jego dzie­dzic­twem. Dla­tego lord Byron nale­gał, żeby sta­rego inży­niera przy­pro­wa­dzono do biura jako ostat­niego. Wie­dział, że spo­tka­nie będzie nie­po­trzeb­nie wyczer­pu­jące i skoń­czy się sceną. Już nie mógł się docze­kać, kiedy wyna­gro­dzi to sobie fili­żanką her­baty i dłu­gim spa­ce­rem wzdłuż zatoki. Nic tak nie pomaga oczy­ścić myśli jak słone mor­skie powie­trze i kubek gorą­cego sali­fanu, zwłasz­cza z odro­biną świeżo wyci­śnię­tej cytryny. Fili­żanka her­baty zde­cy­do­wa­nie wymaga świe­żej cytryny, bo ina­czej jaki w tym sens?

Lord Byron nie lubił scen ani żad­nych innych nie­po­ko­jów. Był poukła­da­nym czło­wie­kiem, który budził się każ­dego ranka o wscho­dzie słońca, zawsze naj­pierw wkła­dał lewy but, a potem prawy, ni­gdy nie wycho­dził z domu bez kape­lu­sza i ręka­wi­czek. Zawsze nale­żało postę­po­wać, zacho­wu­jąc porzą­dek, a ser­cem i duszą porządku są utarte sza­blony. Ludzie tacy jak Gra­vis wno­szą… bała­gan. Kon­takty z nim bar­dzo przy­po­mi­nały prze­ty­ka­nie zapcha­nej rury gołą ręką. I gdyby przy­ci­snąć go w tej kwe­stii, lord Byron przy­znałby się do pew­nej nie­do­sko­na­ło­ści cha­rak­teru, jaką była skłon­ność do odkła­da­nia na póź­niej wszyst­kiego, co mogło oka­zać się przy­kre. Poin­for­mo­wa­nie Gra­visa Ber­linga, że nie będzie mógł dłu­żej zaj­mo­wać się swoim uko­cha­nym Dru­min­do­rem po ponad stu latach pracy, z całą pew­no­ścią okaże się nie­przy­jemne.

Lord Byron wes­tchnął poiry­to­wany, zanim powie­dział coś, o czym był prze­ko­nany, że Gra­vis dosko­nale wie, ale celowo udaje, że nie ma o tym poję­cia:

– Dru­min­dor sta­nowi część Del­go­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu, Gra­vis. Dla­czego uda­jesz tak ogra­ni­czo­nego?

Może nie­po­trzeb­nie użył słowa „ogra­ni­czony”. Lord Byron wąt­pił, żeby ktoś taki jak Gra­vis wie­dział, co ono zna­czy. Jed­nak bez względu na powód, kra­sno­lud nagle zaczął spra­wiać wra­że­nie, jakby prze­stał słu­chać. Mimo ubo­giego słow­nic­twa wia­do­mość dotarła do Gra­visa. Może potrze­bo­wała chwili, żeby prze­bić się przez ten gąszcz kudłów.

– Pra­co­wa­łem tam całe życie, ja… – Kra­sno­lud pogła­dził brodę, strze­la­jąc oczami na boki w nie­spre­cy­zo­wany, acz paniczny spo­sób.

Lord Byron widy­wał podobne zacho­wa­nie u męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się do szu­bie­nicy. Gra­vis był prze­ra­żony, jak każdy w obli­czu bar­dzo nagłego końca dłu­giego życia.

– Ni­gdy nie mia­łem dzieci – wyznał kra­sno­lud. Nagle zaczął brzmieć, jakby bra­ko­wało mu powie­trza. – Jestem ostat­nim z Ber­lin­gów. Ostat­nim! Nie został już nikt z mojego klanu. Nie mam rodziny poza żoną, a ona… – Zawa­hał się, jakby nowa i strasz­liwa myśl prze­kro­czyła próg jego umy­słu. – Moja Ena jest chora! Bie­dac­two. Cho­ruje już od pew­nego czasu i jej stan się pogar­sza. Jak ja… Bez pracy będę musiał pła­cić czynsz za naszą cha­łu­pinę. Jeśli ją stracę, nie zosta­nie mi nic. Ni­gdzie nie znajdę zatrud­nie­nia, nie w tym wieku. – Popa­trzył na swoje ręce, jakby go zdra­dziły. – Co zro­bi­łem nie tak, panie? Przy­się­gam na waszego boga i na mojego, że wszystko napra­wię. Naprawdę. Zro­bię wszystko. Pro­szę. Pro­szę.

Lord Byron spo­dzie­wał się tego pyta­nia. Wszy­scy je zada­wali i za każ­dym razem odpo­wia­dał tak samo.

– To nie twoja wina, Gra­vis. Trium­wi­rat Admi­ni­stra­cyjny Tur Del Fur uznał, że w obli­czu ostat­nich nie­po­ko­jów dal­sza zgoda na to, by twoi pobra­tymcy zawia­dy­wali Dru­min­do­rem, sta­nowi… cóż, zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa mia­sta.

– Jakie nie­po­koje? I co ma pan na myśli, mówiąc o zagro­że­niu bez­pie­czeń­stwa? – Gra­vis wyglą­dał na zagu­bio­nego. – Ber­lin­go­wie… zbu­do­wali Dru­min­dor, panie. Ta… ta cała zatoka nie była zdatna do zamiesz­ka­nia, dopóki nie przy­był tu Andvari Ber­ling. Powiem panu, co jest zagro­że­niem: brak Ber­linga, który nale­ży­cie zająłby się sta­ruszką. To jest wła­śnie nie­bez­pieczne. Zwol­nie­nie mnie z obo­wiąz­ków, jak pan to ujął, jest nie­od­po­wie­dzialne, nie­bez­pieczne i sta­nowi abso­lutne zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa mia­sta.

– Mam świa­do­mość, że twój…

– Druma wybu­chała przez cały czas, do dia­ska, bucha­jąc chmu­rami popiołu i tru­ją­cych gazów, wypusz­cza­jąc stru­mie­nie lawy. Ta śliczna zatoczka była tru­jącą, śmier­cio­no­śną pułapką, zanim zbu­do­wa­li­śmy Dru­min­dor!

– Tak, dosko­nale rozu­miem…

– I jesz­cze byli piraci, Dac­cań­czycy i Ba Ran. Pusto­szyli te wybrzeża! Gdyby nie „moi pobra­tymcy”, nie byłoby Dru­min­doru, Tur Del Fur, żad­nego Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu ani Trium­wi­ratu Admi­ni­stra­cyj­nego! Gdyby nie moi ludzie, ten gabi­net byłby dymią­cym kra­te­rem sto­pio­nej skały! Te wszyst­kie wasze śliczne skle­piki, kawia­renki, wyszynki i teatry w ogóle by nie ist­niały.

– To nie jest moja decy­zja, Gra­vis.

– Jest pan prze­wod­ni­czą­cym Sto­wa­rzy­sze­nia Zarządu Portu! – Zgrzyt żwiru zamie­nił się w ryk lwa. – Wła­śnie pan powie­dział, że Dru­min­dor to część tego zepsia­łego Sto­wa­rzy­sze­nia.

– Tak, ale nie ja rzą­dzę kra­jem. Decy­zję pod­jął Trium­wi­rat. Jeśli się z tym nie zga­dzasz, zwróć się z pre­ten­sjami do nich.

Oto była tar­cza lorda Byrona. Ni­gdy dotąd nie myślał o tym w taki spo­sób, zanim nie został świad­kiem prze­miany Gra­visa z błęd­nego cza­ro­dzieja zęba­tek i prze­kładni w coś o wiele bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego. Raz jesz­cze lord Byron przy­po­mniał sobie, jak naga dłoń tam­tego gór­nika zamie­niła skałę w chmurkę pyłu, i przez chwilę się bał. Ręce Gra­visa, nawet jeśli stare, na­dal mogły posia­dać siłę wykra­cza­jącą daleko poza moż­li­wo­ści śmier­tel­nika.

– Pew­nie, to nie zależy od cie­bie. To nie zależy nawet od Nie­świę­tej Trójcy. Nawet gdyby chcieli, nie zmie­nią spo­sobu, w jaki ludzie myślą – powie­dział zre­zy­gno­wany Gra­vis, a potem spoj­rzał na wypo­le­ro­waną pod­łogę i pokrę­cił głową. – Jest tak samo jak zawsze, prawda? Myśle­li­śmy, że w repu­blice będzie ina­czej. Bez kró­lów, cesa­rzy, Kościoła. Po pro­stu wolni ludzie zajęci wła­snymi spra­wami. Nie­stety nic się nie zmie­niło. Zawsze jest tak samo. – Pod­niósł wzrok i prze­szył lorda Byrona spoj­rze­niem. – To ja powi­nie­nem zwal­niać cie­bie, was wszyst­kich. Dru­min­dor jest mój i żaden z was na niego nie zasłu­guje. Nie rozu­mie­cie jego języka, nie wie­cie nawet, jak działa. – Urwał i zamy­ślił się na chwilę, jakby nowy, potworny pomysł przy­szedł i zapu­kał do drzwi jego umy­słu. – A ja ow­szem.

Gra­vis Ber­ling spio­ru­no­wał wzro­kiem lorda Byrona i uśmiech poja­wił się pod wło­sami. Okropny, potworny uśmiech.

– W rze­czy samej, ja znam go dosko­nale.

– Musisz już wyjść – powie­dział lord Byron – i pamię­taj, jeśli spró­bu­jesz wró­cić do Dru­min­doru, zosta­niesz aresz­to­wany.

Gra­vis ski­nął głową i ruszył do drzwi. A potem zatrzy­mał się i, nie oglą­da­jąc się, powie­dział:

– Jeśli wrócę do Dru­min­doru, nie zosta­nie już nic, co można aresz­to­wać, i nikt, kto mógłby mnie aresz­to­wać.

Na długo po tym, jak kra­sno­lud wyszedł, lord Byron wpa­try­wał się w puste drzwi gabi­netu, sły­sząc echo tych słów. Wciąż go prze­śla­do­wały, jak nadej­ście pełni.ROZDZIAŁ 4. DYLIŻANS

Roz­dział 4

_Dyli­żans_

Hadrian jechał razem z baga­żem na pła­skim dachu powozu. Rze­czy Arca­diusa, Royce’a i jego wła­sne razem wzięte zmie­ści­łyby mu się na kola­nach. Jed­nak torby Gwen i kufry w stylu kapi­tana mor­skiego, nale­żące do Alberta, zaj­mo­wały tyle miej­sca na dachu, że Hadrian zaczął zasta­na­wiać się nad dwiema kwe­stiami: co takiego mogli ze sobą zabrać i jak bar­dzo on sam nie doce­nił swo­ich potrzeb. Przed Hadria­nem znaj­do­wał się kozioł woź­nicy, gdzie ojciec i syn sie­dzieli obok sie­bie.

Ojciec, który nazy­wał się Shelby, jechał po lewej i w tej chwili powo­ził. Jego syn, Heath, zaj­mo­wał miej­sce straż­nika po pra­wej. Mło­dzie­niec nosił krót­kie ostrze gra­ftoń­skie – tanią, ale prak­tyczną broń, która wyglą­dała na nowiutką. Lekką kuszę z drzewa oliw­nego przy­mo­co­wano do pod­nóżka mię­dzy nimi – była nie­wi­doczna, ale w zasięgu ręki.

– Potra­fisz posłu­gi­wać się tym ostrzem? – zapy­tał Hadrian.

Heath pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się.

– Pan się boi? Nie ma potrzeby. Cały czas jeź­dzimy na tej tra­sie. Ani razu nie widzie­li­śmy roz­bój­nika. Więk­szość ludzi podró­żuje pie­szo, a nasza _Lata­jąca Dama_ ni­gdy się nie zatrzy­muje.

– To po co wam miecz i kusza?

– Bo ostroż­no­ści ni­gdy za wiele – odpo­wie­dział Shelby.

Miał niski, roz­sądny głos ciężko pra­cu­ją­cego ojca, który widział dość świata, żeby być bar­dziej ostroż­nym niż cie­ka­wym. Przy­po­mi­nał Hadria­nowi jego wła­snego ojca, który zmarł już pra­wie sześć lat temu, kiedy Hadrian prze­by­wał z dala od domu. To była wisienka na tor­ciku jego żalów, który zaczy­nał się od walki z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, a koń­czył się na tygry­sie. Od tego czasu doszły kolejne błędy, ale to były uczciwe pomyłki. Tamte wcze­śniej­sze były świa­do­mie popeł­nio­nymi złymi uczyn­kami.

– Naszym zada­niem jest dowieźć pasa­że­rów bez­piecz­nie do celu – powie­dział Shelby, trzy­ma­jąc wodze w jed­nej ręce i długi bat w dru­giej. Hadrian ani razu nie widział, żeby bił zwie­rzęta. Strze­lał nim tylko w powie­trzu. To wystar­czało. – I trak­tu­jemy nasze obo­wiązki poważ­nie.

Shelby utrzy­my­wał konie w kłu­sie, od czasu do czasu dając im zwol­nić i odpo­cząć, zwy­kle kiedy wspi­nali się na wzgó­rze. Hadrian zdu­mie­wał się szyb­ko­ścią. Trwał jesz­cze ranek, a już minęli wio­skę Win­dham w kró­le­stwie War­ric. Ni­gdy nie jechałby na Tan­cerce w takim tem­pie rów­nie długo. Spo­kojne dwa­dzie­ścia mil to było mnó­stwo drogi na jeden dzień podróży. Wie­dział z doświad­cze­nia, że w nagłych sytu­acjach koń może poko­nać sto mil w ciągu dnia, ale potem wyczer­pane zwie­rzę będzie potrze­bo­wało dłu­giego odpo­czynku. Wymiana koni roz­wią­zy­wała ten pro­blem. Nie był to nowy pomysł. Od wie­ków korzy­stali z tego woj­skowi kurie­rzy, ale Hadrian wąt­pił, żeby kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wyko­rzy­stano ten patent w podró­żach lądo­wych cywili.

Uznał, że to genialny pomysł.

Podróż nie tylko była szybka, ale też zdu­mie­wa­jąco wygodna. Mimo zmar­z­nię­tej ziemi, licz­nych kolein i od czasu do czasu kamie­nia albo korze­nia jazda oka­zała się nad­zwy­czaj gładka. Powóz koły­sał się i pod­ska­ki­wał jak sta­tek na wzbu­rzo­nym morzu, ale nie szar­pał tak mocno, jak przy­wykł do tego Hadrian.

– Czyj to powóz? – zapy­tał.

– Mój – odpo­wie­dział Shelby.

– Wygląda na drogi.

– Bo jest.

Ewi­dent­nie nie­za­do­wo­lony z nie­chęci ojca do roz­wi­nię­cia tematu, wtrą­cił się Heath:

– Mój ojciec i dzia­dek pra­co­wali jako sta­jenni dla króla Fre­de­ricka w Gale­an­no­nie. Mój dzia­dek marzył, żeby prze­nieść się do Ver­nesu, kupić barkę i otwo­rzyć wła­sny inte­res prze­woź­ni­czy na Ber­num. Zmarł, zanim mu się udało, ale zosta­wił oszczęd­no­ści i marze­nie mojemu ojcu, tyle że…

– Nie mam zie­lo­nego poję­cia o bar­kach – wszedł mu w słowo Shelby.

– Ale pró­bo­wa­łeś – zauwa­żył Heath. – I dużo się nauczy­łeś.

– Nauczy­łem się, że nie mam zie­lo­nego poję­cia o bar­kach. Posze­rzy­łem swoją wie­dzę także na tyle, żeby zdać sobie sprawę, że nie mam szansy kon­ku­ro­wać z kom­pa­niami już dzia­ła­ją­cymi na Ber­num.

– Dowie­dzia­łeś się także o przy­stan­kach – dodał Heath, któ­remu naj­wy­raź­niej nie odpo­wia­dało, że ojciec tak nisko się ceni. Odwró­cił się do Hadriana. – Zna pan rzeczne barki?

– Tak. Pły­ną­łem jedną z Ver­nesu do Col­nory. Nie było to nad­zwy­czajne doświad­cze­nie.

– Więc wie pan, jak wymie­niają konie. Dzięki temu mogą pły­nąć cały dzień i noc. Stąd mój ojciec wziął pomysł powozu jeż­dżą­cego na sta­łych tra­sach z przy­stan­kami. Zatrzy­mał konie, a sprze­dał barkę. Zamiast pró­bo­wać kon­ku­ro­wać z rzecz­nymi kom­pa­niami, zapro­po­no­wał szybki, nie­za­wodny trans­port lądowy i zaczął zabie­rać pasa­że­rów do miast leżą­cych z dala od rzeki, takich jak Kil­nar, Swan­wick, Rati­bor, Aqu­esta i Col­nora. Nie ma tam żad­nego trans­portu publicz­nego. Mamy spory ruch w inte­re­sie, kiedy Ber­num zaczyna wyle­wać albo pod­czas suszy. A ponie­waż wymie­niamy konie po dro­dze, możemy jechać pra­wie bez prze­rwy. Żadne barki, a nawet kró­lew­skie karety nie podró­żują rów­nie szybko.

– Tak, sam to zauwa­ży­łem.

Hadrian uznał wręcz, że jadą tro­chę za szybko. Może w cie­pły letni dzień byłoby to przy­jemne, ale pra­wie nie­ustanny kłus spra­wiał, że miał dość zim­nego wia­tru i mokrego śniegu na twa­rzy, przez który led­wie cokol­wiek widział.

– Gładko jedzie, co?

– Ow­szem. Zwy­kle na wozie czło­wie­kowi zęby pró­bują wypaść z głowy.

– To genialny pomysł mojego syna – powie­dział Shelby. – Powóz to po pro­stu pudełko na osiach. Nie­ważne, jak ład­nie wygląda to pudełko, na­dal jest przy­mo­co­wane do czte­rech solid­nych kół. Heath oddzie­lił pudło od osi, sto­su­jąc… Jak to nazy­wasz?

– Resory – wyja­śnił Heath. – To te dłu­gie pła­skie pasy wygię­tego metalu z zawia­sami na koń­cach, dzięki czemu nad­wo­zie, pudło, pod­ska­kuje na nich pod­czas jazdy. Nie­które powozy ary­sto­kra­tów są pod­wie­szone na skó­rza­nych pasach, ale to nie łago­dzi szcze­gól­nie przy­krego wra­że­nia, kiedy natra­fia się na kole­inę, a poza tym skóra jest mniej trwała. Przy budo­wie powozu zwy­kle jedna osoba robi nad­wo­zie, to naj­czę­ściej uta­len­to­wany meblarz, a drugi czło­wiek, kowal, robi osie, koła i całą resztę. W Tarin Vale jest taki jeden gość imie­niem Bar­tho­lo­mew, mistrz cechu koło­dziej­skiego, który robi wszystko.

– Nie pra­cuje za szybko – wtrą­cił Shelby.

– Prawda, ale po tym, jak w wypadku zła­ma­li­śmy jedną oś, pra­co­wa­łem u niego…

– Heath od dawna inte­re­suje się kowal­stwem. Ma do tego głowę – powie­dział Shelby z nie­skry­waną dumą. – Cią­gle coś tam buduje. Wyna­lazł te sprę­żyny, na któ­rych pan teraz pod­ska­kuje.

– Mia­łem pomysł – wyja­śnił Heath – a Bar­tho­lo­mew spra­wił, że to zadzia­łało.

– Obaj tego doko­na­li­ście. Chło­pak jest bystrzej­szy, niż na to wygląda. O niebo bystrzej­szy od swo­jego ojca, to pewne. Powi­nien zostać doradcą króla albo lorda-kupca, ale tylko tyle mogę mu dać.

– Wolę powo­zić – gor­li­wie zapew­nił ojca Heath. – Nie zno­sił­bym cią­głych ukło­nów. A poza tym uśmie­cham się od ucha do ucha za każ­dym razem, gdy widzę nasze nazwi­sko na drzwiach. – Znowu odwró­cił się do Hadriana. – Zamó­wi­li­śmy u Bar­tho­lo­mew następny powóz. Będzie się nazy­wał _Hura­gan Han­son_ i będzie miał o wiele lep­sze resory. Posłu­żymy się pękami osob­nych cien­kich meta­lo­wych pasów, ale praw­dziwa róż­nica polega na trzpie­niu w przed­niej osi, dzięki czemu pod­wo­zie z pro­sto­kąta zamieni się w trój­kąt. Wtedy koła od wewnętrz­nej będą mogły zakrę­cać ostrzej niż zewnętrzne. Dzięki temu łatwiej będzie go pro­wa­dzić i zmniej­szy się ryzyko, że się prze­wróci, co naprawdę pomoże w górach. Myślę, że dzięki _Hura­ga­nowi_ skró­cimy czas podróży o jedną trze­cią.

– Konie mogą mieć wła­sne zda­nie na ten temat – odparł Hadrian.

– Będziemy potrze­bo­wać wię­cej zmian. Mam nadzieję, że pew­nego dnia będziemy mieli flotę powo­zów wyjeż­dża­ją­cych każ­dego dnia z każ­dego więk­szego mia­sta od Tur Del Fur po Lank­steer. Wyobraża pan to sobie? Każdy, kto zechce, będzie mógł przyjść na sta­cję dyli­żan­sową, zapła­cić małą sumę i poje­chać do Col­nory, spę­dzić kilka godzin na zała­twia­niu tego, czego potrze­buje, i wró­cić do Med­fordu następ­nego dnia. A może nawet tego samego.

– Chło­pak jest geniu­szem, ale też marzy­cie­lem – ode­zwał się Shelby. – Ma to pew­nie po dziadku. Mnie wystar­czyłby cie­pły komi­nek, pełny brzuch, wygodny fotel i miła kobieta. Ale nie jemu. Chciał­bym ci przy­po­mnieć, Heath, że jesteś mi winien wnuka.

– Wezmę się za to.

– Nie stwo­rzy­łem tego inte­resu, żeby padł, bo będziesz zbyt zajęty zmie­nia­niem świata.

– Jesz­cze nie zna­la­złem tej jedy­nej.

– Jesteś zbyt wybredny. Jeśli ma cztery koń­czyny, dwoje oczu i więk­szość pal­ców, to nie powi­nie­neś narze­kać.

– Jak pan widzi, mój ojciec ma wyso­kie wyma­ga­nia.

Hadrian zare­cho­tał.

– Jest pan żonaty, panie Blac­kwa­ter? – zapy­tał Shelby. – Czło­wiek, który odnosi takie suk­cesy… Na pewno ma pan już gro­madkę dzieci.

– Wła­ści­wie to nie. Tak się składa… że przez wiele lat słu­ży­łem w woj­sku i od tego czasu… Zdzi­wiłby się pan, jak trudno zna­leźć kobietę, która ma więk­szość pal­ców.

Teraz Heath się roze­śmiał.

– Ile ma pan lat, panie Blac­kwa­ter? – zapy­tał Shelby. – Jeśli mogę spy­tać.

– Dwa­dzie­ścia cztery.

Shelby pokrę­cił głową i wes­tchnął.

– Nie wiem, co myśleć o mło­dych ludziach w tych cza­sach. W wieku Heatha mia­łem już żonę i syna, a trójkę wię­cej, nim osią­gną­łem pań­ski wiek.

– Ile ma pan dzieci?

Shelby nie odpo­wie­dział.

– Teraz jestem tylko ja – ode­zwał się Heath.

To dość gwał­tow­nie zakoń­czyło roz­mowę. Hadrian uznał, że zapę­dził się w rejony, w które nie powi­nien. Był roz­cza­ro­wany, bo roz­mowa poma­gała mu zapo­mnieć o zim­nym wie­trze, prze­ni­ka­ją­cym przez weł­nianą koszulę i pele­rynę, ale też derkę, którą dali mu Han­so­no­wie.

– Prze­pra­szam, jeśli powie­dzia­łem coś nie­wła­ści­wego – ode­zwał się.

– Nie ma za co – odparł Shelby.

Heath obej­rzał się na Hadriana.

– Jakieś dzie­sięć lat temu nasza rodzina miała domek w Fal­lon Mire – powie­dział cicho, wska­zu­jąc połu­dnie z lek­kim odchy­le­niem na zachód. – To mała wio­ska w tam­tym kie­runku. Mia­łem osiem lat i cały czas dopra­sza­łem się, żeby ojciec zabrał mnie w trasę. Dla mnie to była wielka przy­goda. W końcu pozwo­lił mi pew­nego lata. Podróż była okropna. Nic nie ukła­dało się dobrze. Pogoda była paskudna, ugrzęź­li­śmy w bło­cie na dwa dni. Potem roz­wa­li­li­śmy koło pośrodku pust­ko­wia. Ojciec zatrud­nił się jako pomoc na far­mie, żeby zebrać pie­nią­dze na naprawę. Przez ponad dwa mie­siące miesz­ka­li­śmy w tym powo­zie. Ja strze­głem go i dba­łem o konie, pod­czas gdy ojciec pra­co­wał w polu i wra­cał póź­nym wie­czo­rem z odro­biną chleba i sera. Cały czas myśla­łem, jakiego mamy pecha. Pod­czas gdy mama roz­ko­szuje się latem, ja całymi dniami sie­dzę sam uwię­ziony w tym powo­zie. Oka­zało się, że się myli­łem. Tego lata zaraza przy­szła do Fal­lon Mire. Od tej pory jeste­śmy tylko my dwaj.

– Przy­kro mi – powie­dział Hadrian.

– Tym bar­dziej nale­ża­łoby zna­leźć dziew­czynę i zało­żyć rodzinę – dora­dził synowi Shelby. – Ni­gdy nie wia­domo, co się wyda­rzy. Tylko głu­piec czeka.

Hadrian spoj­rzał na pada­jący śnieg, który ude­rzał go w twarz i kleił mu się do rzęs.

Shelby Han­son ma rację, uznał.

***

Royce nie wie­dział, czy powi­nien sie­dzieć obok Gwen, czy naprze­ciwko. Oba roz­wią­za­nia miały dobre i złe strony, ale różne dobre i złe strony. Kiedy przy­szło co do czego, wybrał bez zasta­no­wie­nia i nie kie­ru­jąc się żadną logiką. Usiadł obok niej i natych­miast poża­ło­wał. Była tak bli­sko. Piko­wane skó­rzane sie­dze­nia były wąskie, więc doty­kali się rękami i nogami. A kiedy powóz przy­śpie­szył i zaczął pod­ska­ki­wać, czę­sto wpa­dali na sie­bie i zde­rzali się jak klasz­czące dło­nie.

Przez cztery lata zna­jo­mo­ści Royce dotknął Gwen tak nie­wiele razy, że pamię­tał każdą taką chwilę. Te intymne zde­rze­nia, wymu­szone na nim pod bacz­nym spoj­rze­niem Arca­diusa i Alberta, spra­wiały, że zatę­sk­nił za cza­sem spę­dzo­nym w kopalni soli. Zasta­na­wiał się, czy nie zamie­nić się miej­scami z Hadria­nem. Sie­dze­nie na zim­nie i wil­goci wyda­wało się rado­sne w porów­na­niu z tą tor­turą, ale powstrzy­my­wały go dwie rze­czy. Po pierw­sze, oba­wiał się zro­bić złe wra­że­nie. Nie chciał, żeby Gwen pomy­ślała, że nie może znieść sie­dze­nia obok niej. To było bar­dzo dale­kie od prawdy. Jed­nak nawet gdyby zostali tylko we dwoje, wciąż by cier­piał. Napię­cie było wręcz bole­sne. Wszy­scy poza tym spra­wiali wra­że­nie szczę­śli­wych i zado­wo­lo­nych. Albert i Arca­dius cza­sem nawet przy­sy­piali. Royce sie­dział cały czas napięty, bo w każ­dej chwili mógł popeł­nić błąd, powie­dzieć albo zro­bić coś głu­piego.

Od kiedy to się stało pro­ble­mem?

Towa­rzy­stwo Gwen zawsze spra­wiało mu przy­jem­ność. Od pierw­szych tygo­dni, kiedy opie­ko­wała się nim, aż odzy­skał zdro­wie, czuł się przy niej tak swo­bod­nie, jak przy nikim innym dotąd. A jed­nak nie­dawno Royce odkrył, że nara­sta w nim nie­po­kój, gdy znaj­duje się w pobliżu niej. Czuł się tak, jakby natra­fił na kru­che por­ce­la­nowe cacko, które stało mu się nie­zbędne do życia, i potwor­nie bał się, że je stłu­cze. Gwen stała się tak cenna, że to aż bolało. Prze­ko­nany, że upo­ko­rze­nie zwią­zane z popeł­nio­nym błę­dem zosta­nie tylko zwięk­szone przez obec­ność widowni, cier­piał nie­zno­śne katu­sze.

Może uda­łoby mu się wmó­wić pozo­sta­łym, że zamie­nia się z Hadria­nem, bo dba o przy­ja­ciela kosz­tem wła­snego kom­fortu, ale, o ile takie zacho­wa­nie paso­wało do Hadriana, dla Royce’a było zde­cy­do­wa­nie nie­ty­powe. I zosta­wała jesz­cze druga kwe­stia. Mimo katu­szy zwią­za­nych z potwor­nym upo­ko­rze­niem i zaże­no­wa­niem prze­ko­nał się, że sie­dze­nie obok Gwen DeLancy – nacisk jej ciała, cie­pło, zapach wło­sów – było nie­wia­ry­god­nie przy­jemne i potwor­nie uza­leż­nia­jące. Przy­po­mi­nało to upi­cie się winem Mon­te­mor­cey. Bukiet i smak były wyśmie­nite i im wię­cej pił, tym bar­dziej był upo­jony. Wkrótce stra­cił resztki roz­sądku i za bar­dzo zaczął się roz­ko­szo­wać. Jego trzeźwe ja ostrze­głoby go, ale ogłu­piały alko­ho­lem umysł nie był zdolny do rze­czo­wego osądu. Wkrótce wino odbie­rze mu wszelki roz­są­dek, z jakim się uro­dził, i zostawi go odsło­nię­tego i nara­żo­nego na cios. Potem, rzecz jasna, nadej­dzie kata­strofa. A jed­nak kiedy pro­po­no­wano mu kolejny kie­li­szek, jego trzeźwy umysł czę­ściej się zga­dzał, niż odma­wiał. Royce nie rozu­miał, jak do tego doszło, tak samo jak nie rozu­miał, dla­czego zlał się potem.

***

– Jesteś nad­zwy­czajną kobietą, Gwen­do­lyn – powie­dział Arca­dius, kiedy skoń­czył ją wypy­ty­wać o jej prze­szłość i prze­tarł przo­dem szaty oku­lary. Robił to już czwarty raz, odkąd wyje­chali z ulicy Prze­kor­nej, i Royce zaczął podej­rze­wać, że brud musi kryć się w jego oczach. – Zawia­du­jesz spo­rym inte­re­sem i aż się zasta­na­wiam, ile byś zdzia­łała, dys­po­nu­jąc lep­szym wykształ­ce­niem. Są pro­gramy na uni­wer­sy­te­cie dla potom­ków rodów kupiec­kich, kursy na temat eko­no­mii w ogóle i regio­nal­nej, prawa han­dlo­wego, księ­go­wo­ści i naj­lep­szych metod orga­ni­zo­wa­nia ksiąg i rachun­ków. Taka osoba jak ty wypo­sa­żona w taką wie­dzę i umie­jęt­no­ści mogłaby wkrótce zamiesz­kać w Dziel­nicy Szla­chec­kiej, zawia­du­jąc tuzi­nem legal­nych inte­re­sów i brać udział w Jesien­nej Gali w Med­for­dzie na zapro­sze­nie samego króla.

Gwen zaśmiała się nie­zręcz­nie.

– Nie mia­ła­bym co na sie­bie wło­żyć.

– Och, myślę, że mia­ła­byś już wtedy pie­nią­dze na wspa­niałą gar­de­robę.

– Nie wie­dzia­ła­bym, co kupić.

– Z rado­ścią bym pomógł – wtrą­cił się Albert. Sie­dział z głową opartą o wyście­łaną ścianę powozu koło okna, gdzie przez więk­szość drogi pró­bo­wał się zdrzem­nąć, bo przy­znał, że nie­wiele spał poprzed­niej nocy. – Dora­sta­łem u boku mojej ciotki w posia­dło­ści Huf­fing­ton w oto­cze­niu ary­sto­kra­tek. Dla każ­dej byłem czymś pomię­dzy wier­nym słu­żą­cym a adop­to­wa­nym synem. Nie znam się na wojaczce, ale jestem znawcą mody dam­skiej.

Gwen pokrę­ciła głową.

– Poza tym nie rozu­mia­ła­bym kon­wer­sa­cji i nie wie­dzia­ła­bym, co powie­dzieć. Naj­pięk­niej­sza suk­nia na świe­cie nie pomo­głaby mi roz­ma­wiać z dżen­tel­me­nami i damami, któ­rzy oce­niają ludzi po kolo­rze skóry. To wszystko brzmi cudow­nie, ale wąt­pię, żeby naprawdę takie było. Sie­dzia­ła­bym, czu­jąc się nie­zręcz­nie i nie na miej­scu, pocąc się i żału­jąc, że nie jestem gdzie indziej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij