Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Duch - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 czerwca 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Duch - ebook

Nie każda wojna kończy się zwycięstwem. Nie każda legenda rodzi się z bohatera. Gdy armia Mongołów wkracza do kraju, jedno miasto staje się ostatnią przeszkodą na drodze do podboju. Wśród płonących wiosek, strachu i śmierci rodzi się opowieść o wojowniku, którego nikt nie widzi, lecz wszyscy się boją. Ludzie nazywają go Duchem. Yasuo zrobi wszystko, by ocalić swoje miasto. Z każdym kolejnym zwycięstwem coraz bardziej oddala się jednak od człowieka, którym był kiedyś. Gdy na jego drodze ponownie staje Yone — dawny przyjaciel i jedyna osoba zdolna dostrzec prawdę ukrytą pod legendą — wojna przestaje być walką o przetrwanie. Staje się walką o duszę. „Duch” to mroczna opowieść o przyjaźni wystawionej na próbę, cenie zwycięstwa i granicy, po przekroczeniu której bohater staje się tym, czego sam najbardziej się obawiał. To historia o wojnie. Ale jeszcze bardziej o tym, co pozostaje po jej zakończeniu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 30 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

AKT I

Dym unosił się nad ruinami wioski. Domy, które pamiętały jeszcze śmiech dzieci i zapach gotowanych potraw, teraz były stertą spalonego drewna i czarnego popiołu. Każdy krok Yasuo zagłębiał go w ziemię przesyconą smrodem śmierci. Każdy oddech przypominał o tym, co stracił.

Obok niego szedł Yone, młodszy, mniej doświadczony, ale z oczyma pełnymi podziwu i niepokoju.
— Nigdy… nie widziałem czegoś takiego — wyszeptał, spoglądając na przyjaciela. — Jak możesz… zachować spokój?

Yasuo spojrzał na zgliszcza. Jego oczy były zimne, niemal puste, ale w środku płonęło coś dzikiego.
— Spokój? — odpowiedział cicho. — Spokój nie pomoże tym, którzy już nie mają domu. Honor nie przywróci ich życia.

Ich kroki zatrzymały się przy stercie popiołu, w którym ledwo można było dostrzec spalone szczątki. Yasuo ukląkł, przesuwając ręką po węgielkach. Każda resztka była dla niego przypomnieniem, że kodeks samuraja tu nie wystarczy.

— Musimy… — Yone przerwał, widząc w oczach Yasuo coś, co go przeraziło. — Musimy coś zrobić?

Yasuo wstał, ostrze w dłoni lśniło w blasku zachodzącego słońca. W jego spojrzeniu była determinacja, której Yone nigdy wcześniej nie widział.
— Zrobię to, co trzeba… nawet jeśli samuraj nigdy nie powinien.

Na horyzoncie dostrzegli sylwetki Mongołów, przesuwające się między dymem i ruinami. Ich zbroje błyszczały, a konie tupotały, niosąc strach. Yasuo poczuł w sobie gniew, ból i zimną, brutalną precyzję, jakiej wymaga nadchodząca walka.

Pierwszy najeźdźca wbiegł do wioski, nie zdając sobie sprawy, że staje twarzą w twarz z kimś, kto już nie jest zwykłym samurajem. Yasuo rzucił się naprzód, ostrze przecinające powietrze, mięśnie przeciwnika rozdzierane precyzyjnym ciosem. Krzyk przeszył okolice, a krew trysnęła na popiół, mieszając się z kurzem i dymem.

Yone stał obok, nie wierząc własnym oczom.
— To… to nie jest człowiek… — wyszeptał. — To duch…

Yasuo obrócił się, jego twarz wciąż zimna, bez śladu współczucia, choć w środku paliła go gniewna, brutalna siła. To był początek przemiany. Nie będzie już samurajem, którego znali.

A w sercach ludzi, którzy oglądali scenę z ukrycia, narastał strach i podziw. Yasuo stał się kimś więcej — cieniem zemsty, który nie znał litości.

W oddali rozciągało się pole wyschniętej trawy, poprzecinane szlakami pośpiesznie opuszczonych wiosek. Światło księżyca odbijało się od wyschniętej ziemi, a w powietrzu unosił się zapach popiołu i gnijących resztek plonów.

Yasuo szedł cicho, jego kroki niemal niezauważalne. Ostrze w dłoni błyszczało w blasku księżyca, a oczy były ostre jak nóż. Obok niego kroczył Yone, wciąż próbujący zrozumieć przemianę przyjaciela.

— Nie mogę zrozumieć… — mruknął Yone. — Skoro są tacy… w liczbie i sile, czemu ty nie boisz się niczego?

Yasuo zatrzymał się, patrząc na bezkresne pole. Jego wzrok przesuwał się po śladach stóp, poprzecinanych w błocie, które prowadziły do małej wioski na horyzoncie.

— Honor nie ochroni nas tutaj — odpowiedział spokojnie. — Liczy się tylko skuteczność.

W ciszy nocy dotarli do wioski. Była spalona, ale w jej ruinach słychać było szelesty — Mongołowie pozostawili patrol. Yasuo spojrzał na Yone.

— Będziemy musieli użyć podstępu. Nie ma innej drogi.

Pierwszy patrol pojawił się zza zasłony dymu. Zamiast rzucać się do bezpośredniego starcia, Yasuo wskazał ręką na fragment zniszczonego domu. Yone zrozumiał jego plan dopiero, gdy Yasuo zniknął w cieniu, a kilku Mongołów zostało osaczonych i brutalnie wyeliminowanych z precyzją, której Yone nigdy nie widział. Krew trysnęła, ciała runęły w błoto, a krzyki wroga odbijały się od ruin.

Yone patrzył, przerażony i zafascynowany.

Yasuo wrócił, ostrze wciąż lśniło krwią, twarz spokojna, bez śladu współczucia.

— Każdy, kto stanie na drodze mojej wioski, nauczy się bać — powiedział, a w jego oczach paliła się dzika determinacja. — I nie będzie innej drogi niż przetrwanie.

Na polu księżyc odbijał się od mokrej ziemi, a cienie Yasuo i Yone ciągnęły się daleko, jak zwiastuny przemiany, której nie dało się zatrzymać.

Mgła wpełzała między drzewa, sprawiając, że las wydawał się żyć własnym, złowieszczym życiem. Każdy krok Yasuo łamał gałęzie pod stopami, a echo rozchodziło się po wilgotnym powietrzu jak szelest duchów. Yone szedł za nim, próbując nie stracić go z oczu, ale czuł, że przyjaciel nie należy już do świata zwykłych ludzi.

— Czy… czy oni kiedykolwiek zrozumieją, kim jesteś? — wyszeptał Yone, patrząc na Yasuo. Jego oczy odbijały wstręt i podziw jednocześnie.

Yasuo nie odpowiedział. Jego wzrok przyciągnęły ruiny świątyni, częściowo zawalone, wciśnięte w gęsty las. Kamienne filary były popękane, a w nich osadzone rzeźby demonów i duchów przeszłości. To miejsce było świadkiem wielu bitew, a teraz stało się areną kolejnej próby brutalnej przemiany Yasuo.

Cień wśród filarów zdradził ruch — grupa Mongołów przygotowywała zasadzkę. Tym razem byli liczni, uzbrojeni w włócznie i noże. Nie chcieli od razu walczyć twarzą w twarz.

Yasuo zrobił krok naprzód, każdy mięsień napięty jak sprężyna. Nie było tu miejsca na honorowy pojedynek — liczyła się skuteczność i podstęp.

Pierwszy atakujący wyłonił się zza filara, włócznia w ręku. Yasuo wślizgnął się w ruch, wbiegając ostrzem w ramię przeciwnika. Krzyk przeciwnika wypełnił las, echo odbijało się między drzewami, a krew trysnęła na mchy i wilgotne liście.

Drugi Mongoł próbował zaskoczyć go z góry, przeskakując filar. Yasuo odbił cios, wbiegł ostrzem w bok, słysząc trzask mięśni i kości. Jego ruch był precyzyjny, brutalny, zimny. Każdy krzyk wroga był dla niego ciężarem, który jednocześnie napędzał go do dalszej przemiany.

Yone patrzył z boku, niemal sparaliżowany.

— To… to nie jest samuraj, którego znałem… — wyszeptał. — To coś innego… coś, czego zaczynam się bać.

Trzeci i czwarty Mongoł rzucili się razem, próbując otoczyć Yasuo w wąskich ruinach. Ostrze przecięło mięśnie jednego, drugi padł od ciosu w klatkę piersiową. Krzyki odbijały się echem, mieszając z szumem drzew i wilgotnej ziemi.

Kiedy walka się zakończyła, Yasuo stał wśród ruin, ostrze pokryte krwią, twarz spokojna, oczy zimne. W jego spojrzeniu była siła, która przerażała i fascynowała jednocześnie. Yone nie wiedział, czy ma się bać, czy podziwiać przyjaciela.

— To już nie jest człowiek, którego znałem — powiedział Yone, przerywając ciszę. — To duch… którego nie da się pokonać.

Yasuo spojrzał na niego tylko na chwilę, w jego oczach błyszczała determinacja i chłód.

— Jeśli chcemy ocalić ludzi, czasem trzeba stać się tym, czego nigdy nie chcieliśmy — odpowiedział, po czym ruszył w głąb lasu, zostawiając po sobie ciszę i krew.

Droga, którą szli, nie była już drogą. Była pasmem kolein, rozjechanych przez ciężkie wozy i kopyta koni. Ziemia była zbita, czarna, nasiąknięta czymś więcej niż tylko deszczem. Yasuo czuł w głębi siebie czym. Nie musiał się schylać, by to rozpoznać.

Po obu stronach traktu stały drzewa bez liści, jakby ogień wypalił z nich życie. Na jednym z pni wisiał zerwany sznur. Na drugim — ślad po ostrzu, głęboki, brutalny, wykonany bez pośpiechu. Ktoś ćwiczył. Albo się bawił.

Yone zwolnił krok.

— Tu… była karawana — powiedział cicho.

Yasuo skinął głową.

Nie było ciał. Mongołowie nauczyli się sprzątać po sobie. Ale ziemia pamiętała. Rozdeptane paciorki, rozłupane skrzynie, porozrywane worki z ryżem. Na jednym z kamieni — zaschnięta, ciemna plama.

Yasuo zatrzymał się.

W jego głowie nie pojawił się gniew.

Pojawiła się pustka.

Honor uczył, że należy stawić czoła wrogowi. Wyjść mu naprzeciw. Spojrzeć w oczy.

Ale tutaj nie było komu spojrzeć w oczy. Tylko ślady. Tylko skutki.

Yasuo uklęknął i podniósł coś z ziemi — mały, metalowy grot strzały. Krótki. Nie samurajski. Mongołowie używali ich do polowań… i do egzekucji.

Obrócił grot w palcach.

— Gdybym był tu wcześniej — powiedział spokojnie — zginęliby uczciwie.

Yone spojrzał na niego.

— A teraz?

Yasuo nie odpowiedział od razu. Wstał. Spojrzał w stronę lasu, gdzie ziemia była nienaturalnie cicha.

— Teraz uczciwość nie ma znaczenia.

Ruszyli dalej. Im głębiej w las, tym więcej znaków wojny: porzucone sandały, połamane włócznie, ślady ciągniętych ciał. Yasuo czuł, jak coś w nim pęka, ale nie w sposób gwałtowny. To było powolne. Metodyczne. Jak wyłamywanie kości jedna po drugiej.

Zatrzymali się przy strumieniu. Woda była mętna. Na brzegu leżała przewrócona figurka bóstwa opiekuńczego, twarz odłupana.

Yasuo patrzył na nią długo.

— Uczono mnie, że duchy chronią ziemię — powiedział w końcu. — A teraz widzę tylko duchy tych, których nie ochronił nikt.

Sięgnął do torby. Wyciągnął mały, metalowy przedmiot. Yone zmarszczył brwi.

— Co to jest?

— Broń — odparł Yasuo. — Taka, której nie powinienem nosić.

Rozłożył dłoń. Shuriken. Prosty, brzydki. Skuteczny.

Yone nic nie powiedział. Tylko patrzył, jak Yasuo chowa go z powrotem, jakby podejmował decyzję, której nie da się cofnąć.

— Nie zamierzam już walczyć tak, jak mnie uczono — powiedział Yasuo cicho. — Zamierzam wygrać.

Zapadła cisza. Nie ta spokojna — ciężka, obciążona znaczeniem.

Yone po raz pierwszy nie zaprzeczył.

Nie próbował przypomnieć o kodeksie.

Nie powiedział, że to złe.

Ruszyli w dalszą drogę, a las zdawał się rozstępować przed nimi, jakby sam wiedział, że coś idzie jego ścieżką. Coś, co nie było już tylko człowiekiem.

Obóz Mongołów leżał w dolinie, tam gdzie strumień zwalniał i rozlewał się w płytkie zakole. Było to miejsce idealne — osłonięte, z dostępem do wody, z dobrą widocznością na okolicę. Idealne dla armii.

I idealne dla kogoś, kto nie zamierzał walczyć twarzą w twarz.

Yasuo obserwował obóz z wysokiego brzegu, ukryty wśród krzewów. Widziało go tylko niebo i Yone, który leżał kilka kroków dalej, wpatrzony w to samo miejsce, ale z zupełnie innym uczuciem w żołądku.

Mongołowie śmiali się.

Jedli.

Myli ręce w strumieniu.

— Jest ich zbyt wielu — szepnął Yone. — Nawet dla ciebie.

Yasuo nie zaprzeczył.

Zamiast tego sięgnął do torby. Wyciągnął niewielki gliniany pojemnik, owinięty w materiał. Ostrożnie go rozwinął. W środku znajdowała się ciemna, lepka substancja.

— Co to jest? — zapytał Yone.

— Trucizna — odpowiedział Yasuo spokojnie. — Używana do zatruwania szczurów. I ludzi, którzy piją bez pytania.

Yone zesztywniał.

— Woda…?

Yasuo skinął głową.

Przez chwilę obaj milczeli. W dole słychać było śmiech, brzęk naczyń, rozmowy. Ci ludzie nie wiedzieli, że właśnie zostali osądzeni — nie przez ostrze, lecz przez decyzję.

— To nie jest walka — powiedział w końcu Yone. — To… rzeź.

Yasuo patrzył na obóz tak, jakby patrzył na pole po burzy.

— Widziałeś drogę. Widziałeś strumień. Widziałeś dziecięce sandały.

Odwrócił się do Yone.

— Oni nie dali wyboru. Honor jest luksusem tych, którzy jeszcze mają co chronić.

Zsunął się po zboczu, poruszając się powoli, bezszelestnie. Dotarł do strumienia powyżej obozu. Woda była czysta. Zbyt czysta.

Uklęknął.

Przez ułamek chwili jego dłoń zawisła nad wodą.

W głowie zobaczył siebie sprzed lat — klęczącego w dojo, powtarzającego słowa kodeksu. „Walcz uczciwie. Nie zatruwaj. Nie atakuj słabszych.”

Palce mu zadrżały.

A potem przypomniał sobie spaloną wioskę.

Otworzył pojemnik i powoli wlał zawartość do strumienia. Substancja zniknęła niemal natychmiast, rozpuszczając się w nurcie. Woda płynęła dalej — obojętna, jakby nic się nie stało.

Yasuo patrzył na nią długo.

— Właśnie przekroczyłeś granicę — powiedział cicho Yone zza pleców.

— Tak — odpowiedział Yasuo. — I nie ma już powrotu.

Nie czekali. Odeszli w głąb lasu, zanim pierwsze krzyki dotarły do ich uszu. Najpierw były pojedyncze. Potem chaotyczne. Wreszcie — paniczne.

Yone zatrzymał się.

Nie patrzył w stronę obozu.

— Nie podniosłeś miecza — powiedział. — A i tak…

— Zabiłem — dokończył Yasuo. — Tak samo jakbym przeciął im gardła.

Las przyjął ich bez słowa. Ptaki ucichły. Nawet wiatr jakby zwolnił.

Yone po raz pierwszy zrozumiał coś, czego wcześniej tylko się domyślał:

Yasuo nie walczył już z Mongołami.

On walczył z wojną samą w sobie.

I jeśli miał ją wygrać, musiał stać się kimś, kogo świat zapamięta nie jako bohatera —

lecz jako ostrze, które przyszło bez zapowiedzi.

Pierwszy Mongoł upadł, zanim zdążył krzyknąć.

Drugi zwymiotował, chwytając się za brzuch, jakby coś od środka próbowało go rozerwać. Trzeci klęknął przy wodzie, pijąc łapczywie, przekonany, że to ona go uratuje — i tylko przyspieszył własną śmierć.

Obóz, który jeszcze przed godziną tętnił śmiechem, zamienił się w miejsce chaosu. Konie zrywały się z uwięzi, stratowane ciała leżały w błocie, a ludzie biegali bez celu, trzymając się za gardła, za brzuchy, za twarze wykrzywione bólem.

— To nie choroba… — wyszeptał jeden z oficerów, patrząc na pianę na ustach umierającego towarzysza. — To… klątwa.

Słowo rozeszło się szybciej niż śmierć.

Duch.

Demon rzeki.

Coś, co nie walczy.

Nie było strzał.

Nie było ostrzy.

Nie było wroga, którego można było zobaczyć.

Ci, którzy przeżyli, uciekli jeszcze tej samej nocy. Porzucili zapasy, broń, rannych. Każdy bał się dotknąć wody. Każdy bał się zasnąć.

Kilka dni później Yasuo i Yone przechodzili przez opustoszały obóz.

Zapach był nie do zniesienia.

Ciała leżały tam, gdzie padły. Niektóre były nienaruszone, jakby śmierć przyszła cicho. Inne wykrzywione, z paznokciami wbitymi w ziemię, z ustami rozdziawionymi w niemym krzyku.

Yone odwrócił wzrok.

— Oni… nawet nie wiedzieli, że tu byłeś.

Yasuo patrzył na martwych długo.

Nie było w nim triumfu.

Było coś gorszego — chłodna akceptacja.

— I właśnie dlatego to zadziałało.

Na skraju obozu znaleźli porzuconą chorągiew. To był znak paniki.

— Będą mówić — dodał Yasuo. — Przesadzać. Zmyślać.

Noc była sucha. Zbyt sucha.

Las, przez który szli, skrzypiał cicho, jakby sam bał się ognia. Yasuo zatrzymał się przy porzuconym wozie. Drewno było stare, nasiąknięte olejem, który Mongołowie używali do smarowania osi.

Yasuo zanurzył palce w ciemnej cieczy. Potem powoli przeciągnął nimi po ostrzu swojego miecza.

Yone zamarł.

— Co robisz?

— Kończę z iluzją — odpowiedział Yasuo.

Mongołowie pojawili się nagle. Sześciu. Może siedmiu. Pewni siebie. Myśleli, że znaleźli tylko dwóch uciekinierów.

Pierwszy krzyk pojawił się, gdy Yasuo podpalił ostrze.

Ogień nie buchnął.

On przylgnął.

Płonący miecz przeciął powietrze i ramię przeciwnika jednocześnie. Skóra zapaliła się szybciej niż drewno. Zapach palonego ciała był natychmiastowy, duszący, obrzydliwy.

Ciosy były krótkie. Brutalne. Nie było miejsca na finezję. Płomień wypalał rany, sprawiał, że krzyki były głośniejsze, a strach absolutny.

Jeden z Mongołów padł na kolana, próbując ugasić własną pierś, ale tylko rozmazywał ogień po ciele. Inny uciekł, wrzeszcząc, zanim Yone wbił mu nóż w plecy — pierwszy raz bez zawahania.

Gdy było po wszystkim, Yasuo zgasił miecz w ziemi.

— Teraz — powiedział cicho — będą opowiadać o ogniu, który idzie nocą.

Yone patrzył na swoje dłonie. Drżały. Ale nie z obrzydzenia.

Wreszcie zrozumiał.

Szli długo w ciszy.

Yone przerwał ją pierwszy.

— Następnym razem… nie musisz robić wszystkiego sam.

Yasuo spojrzał na niego kątem oka.

— Widziałem, jak reagują — ciągnął Yone. — Na strach. Na opowieści.

Zatrzymał się.

— Możemy ich rozdzielać. Prowokować. Zostawiać fałszywe ślady. Sprawić, żeby zabijali się nawzajem z podejrzeń.

Yasuo nie odpowiedział od razu.

— W wiosce na północ — dodał Yone — są stare dzwony ostrzegawcze. Jeśli je poruszyć nocą… pomyślą, że duch wrócił. Uciekną. Albo wyjdą z obozu.

Zapadła cisza.

Yasuo w końcu skinął głową.

— Myślisz jak oni.

Yone przełknął ślinę.

— Nie. Myślę, jak ktoś, kto chce, żeby to się skończyło.

Yasuo ruszył pierwszy.

— W takim razie — powiedział — jutro zrobimy to po twojemu.

Las przyjął ich bez sprzeciwu.

A gdzieś daleko, Mongołowie już szeptali o dwóch duchach —

jednym, który przynosi śmierć,

i drugim, który uczy się, jak ją prowadzić.

Plan Yone był prosty.

I właśnie dlatego był skuteczny.

Nie zaatakowali obozu.

Nie dotknęli żadnego Mongoła.

Zamiast tego weszli między nich, jak cień.

Yone poruszał się szybciej, niż Yasuo się spodziewał. Rozwieszał skrawki materiału na drzewach — podarte chorągwie, zabrudzone krwią, umyślnie rozcięte. Na ścieżkach zostawiał ślady stóp prowadzące donikąd. Przy wozach przeciął liny, tak by skrzypiały przy najlżejszym ruchu wiatru.

Najważniejszy był dźwięk.

Stare dzwony z opuszczonej wioski zabrzmiały krótko, nieskładnie — nie alarm, nie sygnał. Coś pomiędzy.

Mongołowie zerwali się ze snu.

— To on — padło szeptem.

— Widziałem ogień w lesie.

— Nie było ognia.

Nikt nie był pewien niczego.

Yasuo obserwował z oddali, jak napięcie narasta, jak ludzie łapią za broń, jak celują w cienie, które nie istnieją. Jeden z oficerów uderzył żołnierza za panikę. Inny krzyczał, by trzymać pozycje.

Potem ktoś strzelił.

Strzała trafiła w plecy własnego towarzysza.

Krzyk rozpętał chaos.

Yasuo i Yone odeszli, zanim padł drugi trup.

Za ich plecami obóz sam się rozpadał.

— Nie musieliśmy… — zaczął Yasuo.

— Właśnie o to chodzi — przerwał Yone cicho.

Legenda narodziła się szybciej, niż ktokolwiek mógł ją kontrolować.

Mongołowie opowiadali różne wersje, ale każda miała te same elementy:

— ogień, który nie gaśnie,

— ostrze, które pali ciało i duszę,

— postać, która pojawia się tam, gdzie nie ma walki… a potem znika.

Jedni twierdzili, że to demon zesłany przez bogów wyspy.

Inni, że to duch samuraja, który porzucił honor i dlatego nie można go zabić.

— On nie atakuje obozów — mówił jeden z rannych. — On łamie nas wcześniej.

Dowódcy próbowali karać za te opowieści.

Ale strach był szybszy od bata.

Yasuo słyszał własne imię w cudzych ustach — przekręcone, szeptane, wykrzywione w coś obcego. „Płonący duch”. „Ten, który idzie bez ostrzeżenia”.

Pierwszy raz poczuł nie dumę, a odklejenie.

Jakby legenda zaczęła żyć własnym życiem.

— Jeśli to się wymknie spod kontroli… — zaczął Yone.

— Już się wymknęło — odpowiedział Yasuo.

Tej nocy Yasuo długo patrzył na swoje dłonie.

Nie były już rękami samuraja.

Były narzędziem opowieści.

Wioska była cicha.

Za cicha.

Gdy Yasuo i Yone weszli między chaty, drzwi zamykały się bez trzasku. Okiennice opadały powoli. Dzieci były wciągane do środka, jakby ktoś obawiał się, że sam widok Yasuo może je skrzywdzić.

Starszy mężczyzna ukląkł na drodze.

— Nie zabijaj nas — powiedział, nie podnosząc wzroku.

Yasuo stanął jak wryty.

— Nie przyszliśmy po was — odezwał się Yone, ale głos miał napięty.

Kobieta wyszła z chaty i postawiła na ziemi miskę ryżu. Drżały jej ręce.

— Wiemy — powiedziała. — Gdyby nie ty… oni by tu byli.

Nie było w tym wdzięczności.

Była ulga zmieszana z lękiem.

Dziecko spojrzało na Yasuo z fascynacją i strachem jednocześnie. Jak na coś, co ratuje… ale nie powinno istnieć.

Yasuo odwrócił wzrok pierwszy.

— Tak właśnie muszą nas widzieć — powiedział później do Yone.

— Jak coś pomiędzy — odparł przyjaciel. — Pomiędzy wybawcą a przekleństwem.

Yasuo skinął głową.

— Jeśli mają się bać…

— …niech boją się tego, co powstrzymuje gorsze zło — dokończył Yone.

Odeszli bez pożegnania.

Za nimi wioska odetchnęła.

Przed nimi czekała droga, na której Yasuo coraz rzadziej pytał, kim był,

a coraz częściej — kim jeszcze musi się stać.

Mongołowie w końcu przestali czekać.

Nie było już krzyków o demonach ani kar za szeptane legendy. Dowódca wydał prosty rozkaz:

zastawić pułapkę.

Las, w którym Yasuo widywany był najczęściej, stał się areną łowów. Pochodnie wbite w ziemię, napięte liny, dzwonki, psy trzymane na krótkich smyczach. Strzelcy zajęli pozycje na wzgórzach. Piechota ruszała wolno, pewnie, z tarczami złączonymi w mur.

— Jeśli to duch — powiedział jeden z oficerów — to dziś dowie się, że duch też krwawi.

Yasuo obserwował ich z gałęzi drzewa.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij