Duch na Prąd - ebook
Co zobaczysz, gdy śmierć pozwoli ci zobaczyć wszystko od „drugiej” strony? Roman ginie i staje się duchem. Może przenikać przez ściany. Obserwować każdego… i wpływać na rzeczywistość. Po raz pierwszy w życiu — a może śmierci — widzi prawdę. Prawdę o ludziach, którym ufał. O systemie, który miał go chronić. O instytucjach, które powinny reprezentować dobro. I ta prawda jest nieznośna. Zdrada. Korupcja. Hipokryzja. Zło ukryte pod pozorami przyzwoitości. Roman wybiera zemstę. Tylko dla osób 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-046-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chciałbym, coś powiedzieć,
Wolałbym teraz jednak,
O niczym, nie wiedzieć.
Ta prawda mnie niszczy,
Niemoc mnie zabija,
Jednak wiedza o tym
Tak straszna, nie mija!
Mógłbym się zabić!
Coś by to zmieniło?
Czy to, że bym umarł,
Coś by odmieniło?
To jest już niedaleko, i
Coraz szybciej się zbliża,
Nieuchronność zdarzenia,
Rozumowi ubliża!
Niechże się to skończy!
Niechże to już minie.
Niech te życie wreszcie,
Ostatecznie, minie!
Niech ciemność ogarnie
To, co było jasne!
Zimno, zamrozi
Odwiecznie gorące.
Na zawsze jednak,
Okrutnie i pięknie,
Blade światło księżyca,
Świecić będzie we mn...”
__________________________________________Tomasz Kucz_PROLOG
Fabryczne osiedle o trzeciej nad ranem wyglądało jak upiorne miasto duchów. Nad osiedlem widać było ogromny jasny księżyc w pełni, który rozświetlał okolice upiornym, zimnym światłem. Puste ulice, migoczące latarnie, cisza przerywana jedynie odległym szumem wiatru. Przy krawężniku stała grupka mężczyzn z piwami w rękach, rozgrzanych alkoholem i nocną imprezą. Ani to, że byłą noc, ani księżyc i gwiazdy, nie mogły im przeszkodzić w spędzaniu czasu z kolegami. Adam trzymał telefon, filmując coś dla żartów. Grzegorz i Kuba stali obok, śmiejąc się i przekomarzając między sobą.
Nagle zza zakrętu z piskiem opon wyłonił się samochód. BMW wyjąc silnikiem jak ranne zwierzę, wypada na prostą. Sądząc po wyjącym silniku obrotomierz pewnie tańczył gdzieś w czerwonym polu. Auto jechało zygzakiem, wyraźnie za szybko, prowadzone przez kogoś, kto nie powinien chodzić a co dopiero trzymać się kierownicy.
— O kurwa, to Romek! — krzyknął Kuba, rozpoznając auto kolegi.
Samochód jeszcze przyspieszył. Sto dwadzieścia. Sto trzydzieści. Latarnie migały po obu stronach jak w jakimś kosmicznym tunelu. Wewnątrz auta widać było dwie sylwetki — kierowca wyraźnie gestykulował jedną ręką, w tym samym czasie pasażer szarpał się w pasach, jakby chciał się odpiąć i uciec z pojazdu już w czasie jego jazdy.
— Co on wyprawia?! Pojebało go?! — Adam instynktownie uniósł telefon wyżej, wciąż nagrywając.
Kolejny zakręt zbliżał się z przerażającą szybkością. O wiele za szybko jak na taką prędkość. BMW gwałtownie skręciło w lewo. Wizg opon rozdarł nocną ciszę — tak głośny, że aż w uszach dzwonił. Auto zaczęło się obracać, ale coś poszło nie tak. Obrót postępował o wiele się za szybko. Świat wokół samochodu zamienił się w wirujący kalejdoskop świateł — latarnie, budynki, niebo, asfalt.
— JEZU! — wyrwało się Grzegorzowi.
Koła po prawej stronie auta oderwały się od ziemi. Przez ułamek sekundy BMW zawisło w powietrzu, przechylone, balansując między ziemią a niebem. Potem przewróciło się na bok. Potężny łoskot rozdarł noc. Metal zgrzytał o asfalt, fontanna iskier wystrzeliła spod samochodu jak fajerwerki, rozświetlając ciemność. Auto zaczęło kozłować. Raz, drugi, trzeci. Z każdym obrotem słychać było trzask tłuczonego szkła, zgrzyt uginającego się metalu, huk uderzających o siebie i asfalt części samochodu.
Trzej mężczyźni stali jak sparaliżowani, nie mogąc uwierzyć w to, co widzą. Przy kolejnym obrocie drzwi po stronie pasażera zerwały się z zawiasów z metalicznym wizgiem. Przez otwór, który pozostał, w następnym ułamku sekundy wyrzucone zostało ciało pasażera. Robert zawirował w powietrzu jak szmaciana lalka, uderzył o asfalt praktycznie płasko wyrzucony siła obrotową z samochodu, odbił się raz, drugi, i prześlizgnął w stronę wielkiej kupy przydrożnych liści pod płotem, które wiatr nawiewał pewnie od kilku miesięcy.
— ROBERT! — krzyknął Kuba, ruszając w tamtą stronę.
Ale auto jeszcze nie skończyło swojego tańca śmierci. Metalowy pocisk z Romkiem w środku wirował dalej, zmierzając prosto w ścianę fabrycznego budynku. Dwadzieścia metrów. Piętnaście. Dziesięć. Pięć. Dach BMW całą swoją powierzchnią, uderzył w ceglany mur. Metal natychmiast sprasował się łatwo jak puszka po coli. Słychać było nagły pisk, zgrzyt i trzask maltretowanego z ogromną siłą metalu — dach został wprasowany do środka. Przednia szyba eksplodowała w milion diamentowych kawałków, które w świetle latarni wyglądy jak uciekające z miejsca katastrofy ogniki. Kolumna kierownicy wbiła się w kierowcę przebijając zarówno jego jak i fotel. Cała góra samochodu zgnieciona została jak harmonia. Auto, teraz już bardziej stos złomu niż pojazd, powoli jakby od niechcenia, opadło z powrotem na koła z jękiem sprężyn i syczeniem pękniętych przewodów hydraulicznych. A potem nastała nienaturalna cisza. Podejrzanie głucha, jakby sam świat zamarł na chwilę w obliczu tak strasznej tragedii. Tylko gdzieś z wnętrza rozbitego pojazdu cicho syczała para z rozbitej chłodnicy.
Adam wciąż trzymał telefon. Chociaż ręka zaczynała mu już bieleć z wysiłku, tak mocno, spazmatycznie ściskał aparat. Jeszcze chwila a sam telefon również ulegnie naciskowi zdrętwiałej z wysiłku ręki i również przestanie istnieć podobnie jak zalegający niedaleko pojazd. Grzegorz stał z szeroko otwartymi ustami, blady jak ściana. Oczy wychodziły mu powoli z orbit, a łzy przerażenia powoli wzbierały aby za chwilę zalać twarz mężczyzny. Praktycznie nie oddychając. Trwał tak, jak w jakimś strasznym, niepojętym stuporze. Chociaż oczy widziały to do przerażonego umysłu nie dochodziło jeszcze czego akurat stał się mimowolnym świadkiem. Kuba, jedyny, który nie poddał się grozie sytuacji, klęczał już przy Robercie, sprawdzając mu puls i oddech.
— Żyje! Ledwo, ale żyje! Dzwońcie po karetkę! Ruszcie się kurwa! Co tak stoicie? — krzyknął do pozostałych. — Sprawdźcie też co u Romka! Szybko. Każda sekunda się liczy!
Grzegorz i Adam wyrwani z szoku przez krzyk jedynego przytomnego w danej chwili kolegi, podbiegli chwiejnie do zmaltretowanego BMW. Przez szparę rozbitego okna było widać wnętrze pojazdu. To, co zobaczyli, sprawiło, że Grzegorz odwrócił się i zwymiotował. Żadna sekunda, ani nawet godzina nie mogła zmienić już nic w zastanej sytuacji. Kabina była zgnieciona do połowy pierwotnej wysokości auta. Dach wprasowany się do środka, praktycznie na płasko, zmiażdżył wszystko, co było pod nim. Przez niewielką szparę między dachem a resztą pojazdu widać było, że kolumna kierownicy wbiła się głęboko w klatkę piersiową kierowcy, wyglądającą jakby była zapadnięta do środka ciała. Głowa zwisała nienaturalnie, pod dziwnym kątem, jakby ktoś próbował ją odkręcić. Krew była wszędzie; — na desce rozdzielczej, na szybach, na suficie, sącząca się krwawym strumieniem przez szczeliny w zgniecionym metalu, tworzyła już półokrąg obok rozwalonej maszyny i dochodziła już powoli do nóg zszokowanych mężczyzn.
Ale najgorsze w tym wszystkim były oczy. Szeroko otwarte, wpatrzone w jakiś punkt przed sobą, już martwe. Puste. Adam nagle cofnął się, pobladły jak papier. Nie mogąc uwierzyć, nawet nie chcąc uwierzyć w to co właśnie widzi na własne oczy.
— On… on… nie żyje. Kurwa, on nie żyje! Romek nie żyje!
Nie było czasu na reanimację, na próby ratowania. Śmierć musiała nastąpić natychmiast, w ułamku sekundy, gdy metal dachu pod naporem ściany zmiażdżył wszystko co żywe w środku. Tak szybko, że ciało nawet nie zdążyło zarejestrować bólu. Tak szybko, że może nawet umysł nie zdążył pojąć, co się dzieje. Twarz wyglądała na spokojną, bez śladów przerażenia spowodowanego nieuchronną śmiercią. W oddali, jakby z innego świata, zaczęły wyć syreny wezwanej karetki. Najpierw jedna, potem druga, trzecia. Ale dla Romka było już za późno. Gwiazdy na nocnym niebie błyszczały obojętnie, jak zawsze. Piękne i zimne, beznamiętni świadkowie ludzkiej tragedii, rozgrywającej się o trzeciej nad ranem na pustym, fabrycznym osiedlu.Rozdział 3
A poza tym — pomyślałem z rosnącym podekscytowaniem — mam teraz nieograniczony dostęp do każdego miejsca, do którego tylko zapragnę się dostać! Mogę dowiedzieć się na przykład, co naprawdę myślą o mnie ludzie, których znałem. Mogę zobaczyć ich prawdziwe twarze, nie te, które pokazują na co dzień. To jak supermoce! Jak w tych filmach o superbohaterach, tylko, że zamiast latać, mogę przechodzić przez ściany i być niewidzialny.
Pierwsi na mojej liście byli oczywiście moi przyjaciele. Ci sami, którzy rzekomo byli mymi braćmi, kumplami na dobre i złe. Ci, którzy pili ze mną, śmiali się z moich żartów, poklepywali po plecach. Chciałem wiedzieć, co naprawdę o mnie myślą. Wspominają mnie? Tęsknią?
Zacząłem więc swoją przygodę od Kuby. Mieszkał niedaleko, w bloku na osiedlu robotniczym. Dotarłem tam w kilkanaście minut — przyzwyczajałem się już do tego chodzenia, choć wciąż czasami zapominałem o koncentracji i odlatywałem kawałek w górę, lub potykałem się o krawężniki, gdy się za bardzo rozpędziłem.
Przeszedłem przez drzwi bez problemu, praktycznie się nie zatrzymując. Przychodziło mi to już z coraz większą łatwością. W środku było cicho. Kuba siedział sam w salonie, przed telewizorem, z piwem w ręce. Na ekranie leciał jakiś durny teleturniej, ale on nawet nie patrzył. Wpatrywał się w telefon, stukając intensywnie w ekranik.
Podszedłem bliżej, ciekaw co pisze. Nie mogłem zobaczyć ekranu — za bardzo musiałbym się nachylić, a nie byłem pewien czy moja niematerialna głowa nie zanurzy się w jego ramieniu. Jakoś nadal miałem opory aby z własnej woli zanurzać swoje niematerialne ciało w ludzi. Ale po chwili usłyszałem sygnał wiadomości w telefonie trzymanym przez byłego już w sumie kolegę. Kuba aż poderwał się, sprawdził wyświetlacz i uśmiechnął się szeroko. Od razu kliknął w ikonkę telefonu i zadzwonił.
— Cześć skarbie — powiedział miodowym głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałem. — Tak, Beaty nie ma. Wyszła do matki i przez jakiś czas jej nie będzie. Możesz przyjechać na małe co nieco!
_Czekaj. Beaty nie ma? Beata to jego żona! Od siedmiu lat są małżeństwem! Mają nawet dziecko!_
Po piętnastu minutach rozległo się pukanie do drzwi. Kuba otworzył, a do środka wślizgnęła się młoda dziewczyna — może dwadzieścia kilka lat, szczupła, Czarne długie włosy opadały łagodnymi falami na jej ramiona i plecy. Była w obcisłych jeansach i krótkiej białej kurtce. Po wejściu od razu rzuciła się mu na szyję.
— Tęskniłam — wymruczała, całując go w szyję.
— Ja też, kochanie — odpowiedział Kuba, ściskając ją za tyłek. Jakby nie mógł się już doczekać — Chodź, nie mamy dużo czasu. Stara długo u matki nie wytrzyma.
Pociągnął ją w stronę sypialni. Ja, jak idiota, poszedłem za nimi. Nie wiem czemu. Ciekawość? Niedowierzanie? A może po prostu chciałem zobaczyć, jak głęboko sięga ta zdrada?
To, co zobaczyłem, to było… no cóż. Żenada i rozczarowanie.
W filmach dla dorosłych wszystko wygląda tak… wyreżyserowanie. Piękne ciała, perfekcyjne oświetlenie, muzyka w tle, jęki, które brzmią jak koncert operowy. Seks trwający kilkadziesiąt minut. A tu? Tu była zwykła szara, a raczej goła rzeczywistość.
Kuba ściągnął koszulkę, odsłaniając obrośnięty jakąś wyleniałą i poprzecieraną szczeciną brzuch, który od naszych imprezek z piwem wyraźnie urósł. Dziewczyna zdjęła bluzkę, potem majtki i biustonosz, zwykły, szary, trochę rozciągnięty. Nie było żadnego erotycznego rozbierania, żadnych uwodzicielskich gestów. Po prostu dwie osoby mechanicznie zdejmujące ubrania, jakby szykowali się aby pójść pod prysznic.
A potem… no, zaczęli. I to było jeszcze bardziej żałosne. Kuba sapał jak lokomotywa, dziewczyna wpatrywała się w sufit z wyrazem twarzy mówiącym „kiedy to się w końcu skończy?”. Po niecałych dwóch minutach — dosłownie, patrzyłem na zegar na szafce nocnej — Kuba wydał z siebie coś pomiędzy jękiem a kaszlem, przewrócił się ze stęknięciem rannego bawoła na bok i powiedział:
— Boże, byłaś niesamowita. Kocham Cię!
Dziewczyna tylko westchnęła.
— Tak, ja Ciebie też.
Leżeli przez chwilę w milczeniu. Potem Kuba spojrzał na zegarek.
— Kurczę, Beata zaraz wróci. Musisz już iść. Zdzwonimy się i umówimy na jakąś kolację przy świecach!
Dziewczyna wstała bez słowa i zaczęła się ubierać. Żadnych czułości, żadnych słów o dozgonnej miłości. Tylko szybkie: „Pa, dzwonię później” i wyszła.
Kuba został sam. Spojrzał na telefon, przewinął jakieś zdjęcia, westchnął i poszedł do łazienki.