-
nowość
Dwa światy Jedno uczucie - ebook
Dwa światy Jedno uczucie - ebook
Była cichą fotografką z małego miasteczka. Był koreańską supergwiazdą, uwielbianą przez cały świat. Jedno przypadkowe spotkanie... I wszystko wymknęło się spod kontroli. Katie McGomery chciała tylko robić zdjęcia. Yoon Ji Lin chciała uciec tylko na chwilę. Żadne z nich nie planowało miłości. A jednak los połączył ich w sposób, którego nie mogli już ignorować. Im lepiej się poznawali, tym silniejsza stawała się ich więź. Sekrety, których nie mogli ujawnić. Świat kamer, które nigdy nie przestały patrzeć. Decyzja, która na zawsze zmieni ich życie
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 453 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwa światy, jedno uczucie
Katie McGomery
Poranne słońce leniwie wlewało się przez wysokie okna Galerii „Perspektywy”, rozsypując po wnętrzu tysiące złotych refleksów. Światło ślizgało się po drewnianych stołach, fotografiach zawieszonych na ścianach i grafitowych płytkach podłogi, tworząc atmosferę spokoju, której nie sposób było znaleźć nigdzie indziej. W powietrzu mieszał się aromat świeżo mielonej kawy, wanilii i starego drewna — zapach miejsca, które dla wielu było przytulną kawiarnią, lecz dla Katie McGomery stanowiło cały świat.
Dla dwudziestopięcioletniej fotografki galeria była czymś znacznie więcej niż pracą. Była spełnionym marzeniem, schronieniem i dowodem na to, że nawet najcichsze marzenia mogą nabrać realnych kształtów. Każdy obraz na ścianie, każda półka i każdy detal wnętrza nosiły ślady jej wysiłku, cierpliwości i pasji. Katie stworzyła to miejsce własnymi rękami, pragnąc, aby każdy odwiedzający odnalazł tu choć odrobinę ciepła, inspiracji i spokoju.
Na pierwszy rzut oka Katie nie wyróżniała się krzykliwą urodą. Nie należała do kobiet, które przyciągają uwagę głośnym śmiechem czy wyzywającym strojem. Jej piękno było subtelne, dostrzegalne dopiero wtedy, gdy ktoś poświęcił jej chwilę uwagi. Drobne piegi rozsiane po policzkach dodawały jej twarzy naturalnego uroku, a brązowe oczy z bursztynowymi refleksami zdawały się skrywać setki niewypowiedzianych historii. Było w nich coś wyjątkowego — spokój, wrażliwość i niezwykła umiejętność dostrzegania szczegółów, które umykały innym.
Długie kasztanowe włosy opadały miękkimi falami na jej ramiona, mieniąc się w słońcu ciepłymi, miodowymi refleksami. Jej uśmiech nie był szeroki ani ostentacyjny, lecz szczery i ciepły, sprawiający, że ludzie czuli się przy niej swobodnie. Katie miała w sobie naturalną łagodność, która nie wynikała ze słabości. Wręcz przeciwnie — była efektem siły charakteru i życzliwości, którą obdarzała świat mimo własnych rozczarowań i trudnych doświadczeń.
Od najmłodszych lat patrzyła na rzeczywistość inaczej niż większość ludzi. Tam, gdzie inni widzieli zwyczajną ulicę, ona dostrzegała historię. W przypadkowym spojrzeniu przechodnia odnajdywała emocje, a w promieniu światła padającym na bruk — piękno warte zatrzymania na zawsze. Aparat fotograficzny był dla niej czymś więcej niż narzędziem pracy. Był sposobem rozumienia świata. Gdy przykładała oko do wizjera, wszystko zwalniało. Chaos codzienności ustępował miejsca harmonii, a każdy kadr stawał się opowieścią zapisaną światłem.
Mówiono, że jej fotografie mają w sobie magię. Nie dlatego, że były technicznie doskonałe, lecz dlatego, że potrafiły uchwycić emocje. Katie widziała ludzi takimi, jakimi byli naprawdę — bez masek, bez pozorów, bez sztuczności. Ta niezwykła wrażliwość była jednocześnie jej największym talentem i największą słabością. Głęboko przeżywała cudzy ból; nie potrafiła przejść obojętnie obok cierpienia ani niesprawiedliwości.
Najlepszym dowodem jej dobroci była Lulu — srebrzysta kotka o bursztynowych oczach. Kilka lat wcześniej Katie znalazła ją przy drodze, wychudzoną, przemarzniętą i przestraszoną. Nie zastanawiała się ani chwili. Zabierając zwierzę do domu, uratowała nie tylko jego życie, ale także zyskała wierną towarzyszkę. Od tamtej pory Lulu stała się częścią jej codzienności — cichym kompanem samotnych wieczorów i świadkiem wszystkich marzeń, obaw i sukcesów swojej właścicielki.
Choć życie Katie wydawało się spokojne i uporządkowane, w głębi duszy nosiła tęsknotę za czymś więcej. Nie za sławą czy bogactwem, lecz za przygodą, która nadałaby jej codzienności nowy sens. Czasami wieczorami siadała przy oknie swojego mieszkania nad galerią, trzymając w dłoniach kubek gorącej herbaty. Wpatrywała się wtedy w rozgwieżdżone niebo nad Maryland i pozwalała myślom wędrować daleko poza granice miasta.
W takich chwilach często zastanawiała się, czy gdzieś na drugim końcu świata ktoś właśnie patrzy na te same gwiazdy. Ktoś, kogo jeszcze nie znała, a kto pewnego dnia odmieni całe jej życie.
Nie miała pojęcia, że los już zaczął pisać tę historię. A jej kolejny rozdział miał rozpocząć się tysiące kilometrów od domu — w miejscu, o którym nigdy nawet nie śniła.
Yoon Ji Lin
Nocne światła Seulu rozciągały się aż po horyzont niczym morze gwiazd odbitych na ziemi. Miasto pulsowało życiem, pełne dźwięków, ruchu i nieustannego pośpiechu. Na dachu jednego z luksusowych apartamentowców siedział mężczyzna, który dla milionów ludzi był symbolem sukcesu. Yoon Ji Lin patrzył na rozświetlone ulice, lecz jego myśli znajdowały się daleko stąd — poza blaskiem reflektorów, poza czerwonymi dywanami i światem, który każdego dnia domagał się od niego perfekcji.
Dla fanów był gwiazdą. Dla mediów ikoną. Dla producentów gwarancją sukcesu. Jego twarz zdobiła billboardy, okładki magazynów i reklamy największych światowych marek. Jego głos rozbrzmiewał w słuchawkach milionów słuchaczy, a filmy i seriale z jego udziałem biły rekordy popularności. Jednak za tym wszystkim krył się człowiek, którego niewielu miało okazję naprawdę poznać.
Yoon Ji Lin miał dwadzieścia osiem lat i był przykładem tego, że sukces rzadko przychodzi łatwo. Jego życie nie zaczęło się w luksusie. Dorastał w niewielkim mieszkaniu w Busan, gdzie każdy dzień był walką o lepsze jutro. Ojciec zniknął z jego życia tak wcześnie, że wspomnienie jego twarzy dawno już zatarło się w jego pamięci. Pozostała tylko matka — kobieta silniejsza niż kiedykolwiek potrafiłby wyrazić słowami. To ona pracowała ponad siły, by zapewnić im godne życie. To dla niej obiecał sobie, że pewnego dnia odmieni ich los.
Na pierwszy rzut oka wydawał się człowiekiem stworzonym do świata show-biznesu. Wysoki, szczupły, o doskonale proporcjonalnej sylwetce, poruszał się z naturalną elegancją. W każdym jego geście widoczna była pewność siebie, ale nie była to arogancja. Wynikała raczej z lat ciężkiej pracy, dyscypliny i nieustannego życia pod czujnym okiem kamer.
Jego twarz przyciągała uwagę swoją harmonią rysów. Wyraźnie zarysowana linia szczęki nadawała mu męski charakter, podczas gdy delikatne kontury policzków łagodziły surowość jego wyglądu. Usta często układały się w lekki półuśmiech — ten sam, który sprawiał, że miliony fanek na całym świecie traciły głowę. Jednak najbardziej charakterystyczne były jego oczy.
Ciemne jak noc nad Morzem Wschodnim, głębokie i przenikliwe, potrafiły wyrazić więcej niż najdłuższy dialog. Nie przyciągały uwagi krzykliwością. Przyciągały prawdą, kryła się w nich historia chłopca, który zbyt wcześnie nauczył się odpowiedzialności. Historia młodego mężczyzny, który wielokrotnie musiał udowadniać swoją wartość. Były w nich wspomnienia nieprzespanych nocy, wyczerpujących treningów, niekończących się castingów i samotności, która często towarzyszy ludziom stojącym na samym szczycie.
Gęste włosy w kolorze ciemnego brązu, wpadającego w czerń, zwykle układały się swobodnie, choć nawet ten pozorny nieład wydawał się idealny. Kilka niesfornych kosmyków opadających na czoło odbierało mu część chłodnej perfekcji, którą tak często przypisywały mu media, odsłaniając bardziej ludzką, przystępną stronę jego natury.
Poza kamerami Yoon był znacznie prostszy niż mogłoby się wydawać. Najchętniej zakładał zwykły T-shirt, jeansy i sportowe buty. Lubił anonimowo spacerować ulicami miasta, zatrzymywać się w małych kawiarniach i obserwować ludzi. Był człowiekiem spokojnym, refleksyjnym i niezwykle lojalnym wobec tych, których kochał. Nie ufał łatwo, ponieważ sława nauczyła go, że nie każdy uśmiech jest szczery, a nie każde słowo jest wypowiadane bez ukrytych intencji.
Mimo sukcesów pozostał skromny. Nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. Pamiętał chwile, gdy wraz z matką liczyli każdą wydaną monetę. Pamiętał jej zmęczone dłonie i ciche westchnienia, gdy myślała, że nikt jej nie słyszy. To właśnie ona była powodem, dla którego nie poddał się, gdy inni rezygnowali.
Jego życie zmieniło się przypadkiem. Pewnego popołudnia, podczas wizyty w centrum handlowym, nieznajomy mężczyzna zatrzymał go i zadał pozornie zwyczajne pytanie:
— Masz ciekawe oczy. Myślałeś kiedyś o modelingu?
To jedno zdanie otworzyło drzwi do świata, którego wcześniej nawet nie brał pod uwagę. Pierwsze sesje zdjęciowe przyniosły pieniądze, które pomogły jego matce. Później pojawiły się kolejne kontrakty, castingi i reklamy. W końcu przyszła pierwsza rola aktorska, a za nią kolejne. Sukces narastał jak fala, która z każdym rokiem stawała się coraz większa.
Z czasem nauczył się żyć w świetle reflektorów. Opanował sztukę uśmiechania się, gdy był zmęczony. Nauczył się odpowiadać na pytania, nie zdradzając niczego o sobie. Stworzył wokół własnej prywatności mur, którego nikt nie potrafił sforsować.
Jednak za tym murem krył się człowiek, który coraz częściej zadawał sobie jedno pytanie.
"Kim jestem, gdy nikt nie patrzy?"
Bo choć świat znał Yoon Ji Lina — gwiazdę, aktora, modela i idola milionów — prawdziwy Ji Lin wciąż szukał miejsca, w którym mógłby być po prostu sobą. Miejsca, gdzie nie musiałby niczego udowadniać, niczego odgrywać i nikogo zachwycać.
Nie wiedział jeszcze, że odpowiedź na to pytanie pojawi się w jego życiu niespodziewanie. Wraz z kobietą, która patrzyła na świat przez obiektyw aparatu i potrafiła dostrzec ludzi takimi, jakimi byli naprawdę.
Dwa światy
Tysiące kilometrów dzieliło Maryland od Seulu. Dwa kontynenty, dwa języki, dwie zupełnie różne rzeczywistości. A jednak los już od dawna, niewidzialnymi nićmi, splatał drogi dwojga ludzi, którzy nie mieli pojęcia o własnym istnieniu.
Katie McGomery prowadziła spokojne życie fotografki. Między aromatem kawy unoszącym się w jej galerii a cichym mruczeniem ukochanej kotki Lulu odnajdywała piękno w najprostszych chwilach. Świat widziała przez obiektyw aparatu, dostrzegając emocje tam, gdzie inni widzieli jedynie codzienność. Każde zdjęcie było dla niej historią, a każde spojrzenie — opowieścią czekającą na odkrycie.
Po drugiej stronie świata Yoon Ji Lin żył w blasku reflektorów. Uwielbiany przez miliony fanów aktor i model wydawał się mieć wszystko: sławę, sukces i życie, o którym wielu mogło jedynie marzyć. Jednak za idealnym uśmiechem kryła się samotność, której nie potrafiły zagłuszyć ani oklaski, ani światła kamer.
Pewnego wieczoru Katie natrafiła w internecie na jego zdjęcie. Nie znała jego nazwiska, nie oglądała jego filmów i nie śledziła świata celebrytów. Coś jednak zatrzymało ją przy tym zdjęciu. Było to spojrzenie — głębokie, zamyślone i naznaczone niewypowiedzianym smutkiem. Jakby za perfekcyjnym wizerunkiem krył się człowiek, który zgubił część siebie.
Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego, ale wydrukowała fotografię i przypięła ją nad swoim biurkiem.
W tym samym czasie Yoon Ji Lin kończył kolejną sesję zdjęciową, nieświadomy, że gdzieś po drugiej stronie świata ktoś dostrzegł w nim coś, czego od dawna nie zauważał już nawet on sam.
Gdy nad Seulem wschodziło słońce, Maryland pogrążało się w nocnym półmroku. Dwa światy pozostawały od siebie odległe, połączone jedynie tym samym niebem. Katie marzyła o podróży do Azji i wystawie swoich fotografii. Yoon próbował odnaleźć spokój w życiu, które od dawna nie należało już wyłącznie do niego.
Żadne z nich jeszcze nie wiedziało, że los właśnie zaczął pisać historię, która połączy dwa odległe światy. Historię o miłości, przeznaczeniu i odwadze, by zaufać uczuciu silniejszemu niż granice, sława i tysiące kilometrów dzielące dwa serca. Dwa światy. Jedno uczucie. Jedna historia, która miała odmienić wszystko.
EPILOG PROLOGU
Życie potrafi tworzyć scenariusze, które nawet najbardziej utalentowany reżyser nie wymyśliłby. To historie pełne zbiegów okoliczności, przypadków i spotkań, które wydają się nierealne, dopóki naprawdę się nie wydarzą.
Ona była zwyczajną dziewczyną z niewielkiego amerykańskiego miasteczka. Prowadziła własną galerię połączoną z kawiarnią, fotografowała świat takim, jakim go widziała i wierzyła, że najpiękniejsze historie kryją się w prostych chwilach. Towarzyszyły jej aparat fotograficzny, ukochana kotka Lulu i serce pełne ciepła, którym obdarzała ludzi wokół siebie. Nie marzyła o sławie. Nie szukała wielkich przygód. Chciała jedynie zatrzymywać ulotne momenty i nadawać im wieczność za pomocą zdjęć.
On żył po drugiej stronie świata. Był gwiazdą koreańskiego kina, człowiekiem rozpoznawanym na ulicach, na lotniskach i na okładkach magazynów. Miliony ludzi znały jego uśmiech. Miliony podziwiały jego talent. Niewielu jednak dostrzegało samotność skrytą za blaskiem reflektorów. Każdego dnia odgrywał rolę dla kamer i publiczności, coraz częściej zastanawiając się, czy sam jeszcze pamięta, kim jest poza nimi.
Dzieliło ich niemal wszystko. Ocean. Tysiące kilometrów. Inny język. Inna kultura. Inne marzenia, doświadczenia i codzienność. A jednak los już zaczął splatać ich ścieżki.
Nie poprzez wielkie wydarzenia, spektakularne zbiegi okoliczności ani romantyczne gesty rodem z filmów. Wszystko zaczęło się znacznie ciszej. Od jednego zdjęcia. Jednego spojrzenia zatrzymanego w kadrze. Od krótkiej wiadomości wysłanej bez większych oczekiwań.
Czasami najważniejsze chwile w naszym życiu nie przypominają przełomowych momentów. Nie towarzyszy im ani muzyka, ani fanfary. Pojawiają się niepozornie, ukryte pośród zwyczajnych dni, kiedy najmniej się ich spodziewamy.
Tak właśnie było tym razem.
Dwa odległe światy zaczęły powoli zmieniać swoje orbity, zbliżając się do siebie niemal niezauważalnie. Jak gwiazdy, które przez lata wędrowały po własnych ścieżkach, nieświadome, że pewnego dnia ich światy się spotkają.
Ani Katie ani Yoon Ji Lin nie wiedzieli jeszcze, że los właśnie otworzył pierwszy rozdział historii, która na zawsze odmieni ich życie.
Historii o marzeniach. O przeznaczeniu. O odwadze, by zaufać własnemu sercu. I o miłości, która narodziła się między dwoma światami.ROZDZIAŁ 1
Kiedy przeszłość dzwoni po raz drugi
Powietrze w mojej galerii „Perspektywy” w Maryland zawsze miało ten sam charakterystyczny zapach: świeżo parzonej kawy, chemii fotograficznej, drewna i czegoś jeszcze — mieszanki spokoju, którą potrafiłam odnaleźć tylko tutaj.
Po zachodzie słońca ruch na ulicy ucichł. W pomieszczeniu słychać było jedynie cichy pomruk Lulu, mojej srebrzystej kotki, która spała zwinięta w kłębek na parapecie, ogrzewana ostatnimi promieniami popołudniowego słońca.
Tego wieczoru miałam dziwne wrażenie, że świat wokół mnie na chwilę się zatrzymał. Jakby wszystko wstrzymało oddech przed czymś, co miało nadejść.
Chwilę później zadzwonił telefon.
Najpierw usłyszałam krótkie drżenie na blacie stolika. Potem ekran rozświetliło imię, które znałam od dziecka.
Anna – moja najstarsza przyjaciółka.
Dziewczyna, z którą dzieliłam lizaki, sekrety i szkolne dramaty. Ta sama, z którą potrafiłam przegadać całą noc, siedząc pod gwiazdami i marząc o przyszłości.
Poczułam lekkie szarpnięcie w sercu. Nie był to niepokój. Raczej przeczucie. To dziwne uczucie, które pojawia się tuż przed czymś, co ma się wydarzyć, ale my nie wiemy, co dokładnie ma się stać.
— Katie… — usłyszałam jej głos, zanim zdążyłam się odezwać. Brzmiał cicho i niepewnie. — Jesteś moją ostatnią nadzieją.
Na mojej twarzy pojawił się półuśmiech.
— Oho. To brzmi, jakbyś miała mi zaraz powiedzieć, że muszę ratować świat. Zagłada cywilizacji czy tylko katastrofa w twoim domu?
Zwykle by się zaśmiała. Tym razem jednak tego nie zrobiła.
— Fotograf odwołał współpracę.
Zamrugałam.
— Jak to odwołał? Przecież ślub jest już za kilka dni!
— Dokładnie za dwa tygodnie — westchnęła.
Moja dłoń zamarła na kubku gorącej herbaty z miodem.
— Chyba żartujesz. Co teraz?
— Katie, on naprawdę złamał nogę. Spadł ze schodów. Nie mamy nikogo na zastępstwo. A ja… — zawahała się. — Ja chcę, żebyś to ty zrobiła zdjęcia.
Powietrze nagle zgęstniało.
Mój wzrok przesunął się po ścianach galerii. Portrety. Krajobrazy. Ujęcia światła i cienia. Moje fotografie. Moje historie.
— Annie… Nigdy nie robiłam zdjęć ślubnych.
— Wiem.
— To zupełnie co innego. To presja, harmonogram, oczekiwania rodziny…
— Katie — przerwała mi łagodnie. — Znam cię. Wiem, co potrafisz. Twoje zdjęcia mają coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. Mają serce. A ja chcę, żeby ktoś, kto mnie kocha, był przy mnie tego dnia.
Zamknęłam oczy.
Annie zawsze wiedziała, jak trafić do mojego serca. Mogłam odmówić każdemu. Ale nie jej. Nie dziewczynie, która płakała w moich ramionach po stracie rodziców. Nie tej samej, która później siedziała przy mnie podczas moich własnych kryzysów.
— Katie… proszę.
Westchnęłam. Właśnie podpisałam niewidzialną umowę z losem.
— Dobrze. Zrobię to. Ale pamiętaj, że cię ostrzegałam.
Po drugiej stronie słuchawki rozległ się okrzyk radości. Anna rozłączyła się dokładnie w chwili, gdy chciałam zadać kolejne pytanie. Jak zawsze. Zostawiła mnie samą z emocjami.
Lulu spojrzała na mnie z parapetu takim wzrokiem, jakby wiedziała, że znowu zamierzam wywrócić swoje życie do góry nogami.
— Cóż, moja droga — mruknęłam, drapiąc ją za uszkiem. — Wygląda na to, że lecę do Włoch.
Kotka odpowiedziała przeciągłym miauknięciem. Na swój sposób pewnie chciała powiedzieć:
„Rób, co chcesz. Byle wrócić przed porą karmienia.”
Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wenecja. Anna. Ślub. Aparat. Wspomnienia przewijały się przez moją głowę niczym stare slajdy.
To zadziwiające, jak jeden telefon potrafi otworzyć drzwi do przeszłości, o której myślało się, że dawno już została zapomniana.
Przy każdej próbie zaśnięcia wracały obrazy dzieciństwa, pierwszego aparatu kupionego na pchlim targu, kawiarni mojej mamy i ludzi, których fotografowałam tylko dla siebie.
Następnego ranka galeria znów tętniła życiem. Punktualnie o ósmej otworzyłam drzwi.
Zapach świeżo palonej kawy wypełniał wnętrze, a Luca, mój pracownik, przygotowywał pierwsze zamówienia.
Przez szklaną witrynę wpadały promienie porannego słońca. Drzewo przed wejściem kołysało się lekko na wietrze.
Wszystko wydawało się takie zwyczajne. A jednak wiedziałam, że za kilka dni ten widok będzie tylko wspomnieniem.
Galeria „Perspektywy” nie powstała przypadkowo. Miałam dwadzieścia pięć lat, kiedy postanowiłam, że nie chcę żyć według cudzych planów. Fotografia była jedynym językiem, którym naprawdę potrafiłam opowiadać o sobie. Z czasem moja galeria i kawiarnia stały się czymś więcej niż miejscem pracy. Była przystanią.
Starsza pani z końca ulicy codziennie malowała tu akwarele. Studenci pisali prace dyplomowe. Kobieta po trudnym rozstaniu zawsze siadała w tym samym kącie, z nową książką w dłoniach.
Byłam świadkiem ich historii. Tak jak oni byli świadkami mojej. Mówi się, że dom tworzą ludzie. Ja miałam ich wielu.
Wieczorem wróciłam do mieszkania nad galerią. Lulu czekała już przy drzwiach, domagając się porcji pieszczot.
Włączyłam lampkę nocną i wyciągnęłam walizkę. Zaczęłam pakować sprzęt fotograficzny: aparaty, obiektywy, filtry, ładowarki, statyw i zapasowe karty pamięci.
Później dołożyłam kilka osobistych rzeczy — płaszcz przeciwdeszczowy, sukienkę na ceremonię oraz notatnik pełen szkiców i pomysłów na kadry.
Wszystko układało się na swoim miejscu. A mimo to niepokój nie znikał. Nie bałam się fotografowania ślubu. Bałam się Wenecji. Bałam się tego, co może się tam wydarzyć. Tego, kogo mogę tam spotkać. Nie przyznałam się do tego nawet przed samą sobą. Jednak nigdy wcześniej nie podróżowała tak daleko i to ją trochę przerażało, zwłaszcza nieznajomi ludzie.
Zaparzyłam gorącą czekoladę z cynamonem i otworzyłam stary laptop. Przeglądałam fotografie sprzed lat. Pierwsze nieudane portrety. Rozmazane krajobrazy. Amatorskie kadry. W końcu zatrzymałam się na jednym zdjęciu.
Anna miała wtedy siedemnaście lat. We włosach miała kwiaty, a jej śmiech wydawał się niemal słyszalny mimo upływu czasu.
Patrząc na fotografię, przypomniałam sobie jej słowa o marzeniach, miłości i o tym, że życie zawsze potrafi zaskoczyć.
Może właśnie dlatego zgodziłam się na ten wyjazd. Może fotografia ślubna nie była tylko pracą. Może była zamknięciem pewnego rozdziału.
Zasypiając z aparatem leżącym obok mnie, nie miałam pojęcia, że po drugiej stronie świata pewien mężczyzna właśnie podejmował decyzję, która już wkrótce skieruje ich drogi ku sobie.ROZDZIAŁ 2
Lot ku ciszy
— CUT! Głos reżysera przeciął przestrzeń niczym błyskawica, przebijając się przez szum rozmów i odgłosy pracującej ekipy filmowej.
Pomieszczenie, jeszcze przed chwilą pełne kontrolowanego chaosu, zaczęło powoli wracać do rzeczywistości. Reflektory gasły jeden po drugim, jakby ktoś kolejno wyłączał gwiazdy na nocnym niebie.
Yoon Ji Lin opuścił ramiona. Naprawdę opuścił. Jak człowiek, który przez wiele godzin dźwigał ciężar większy, niż był gotów unieść.
— Dobra robota, wszyscy! — Zawołał reżyser. — Zapraszam do bufetu. Krótkie podsumowanie i koniec na dziś!
Po studiu rozeszły się westchnienia ulgi. Technicy zaczęli zwijać sprzęt, aktorzy rozmawiali między sobą, ktoś śmiał się głośno w oddali.
Yoon pozostał nieruchomy. Stał na dekoracyjnym tarasie, który miał imitować luksusowy balkon bohatera serialu. Jeszcze chwilę wcześniej odgrywał tu scenę pełną emocji. Musiał płakać, rozpaczać, walczyć z bólem.
Problem polegał na tym, że nawet po zakończeniu zdjęć jego dłonie wciąż lekko drżały. Nikt tego nie zauważył. W końcu odwrócił się i ruszył w stronę garderoby.
Długi korytarz wydawał się nie mieć końca. Na ścianach wisiały plakaty promujące kolejne sezony serialu. Na każdym z nich widniała jego twarz. Idealna. Nieskazitelna. Perfekcyjna. Taka, jaką kochali fani.
Yoon zatrzymał wzrok na jednym z plakatów. Coraz częściej miał wrażenie, że ludzie nie kochają Go. Kochają produkt. Twarz. Wizerunek. Wyobrażenie człowieka, którym nigdy naprawdę nie był.
Drzwi garderoby zamknęły się za nim cicho. Wreszcie cisza. Podszedł do lustra i zaczął zmywać makijaż. Kiedy spojrzał na swoje odbicie, przez chwilę milczał. Podkrążone oczy. Zmęczona twarz. Cienie po wielu nieprzespanych nocach. Ślady miesięcy pracy bez odpoczynku.
Uśmiechnął się gorzko.
Takiego Yoon Ji Lina nigdy nie zobaczą jego fani. Ta wersja nie trafiała na plakaty. Nie pojawiała się w reklamach. Nie istniała dla świata.
Przeczesał dłonią włosy i zamknął oczy.
"Muszę zniknąć."
Ta myśl wracała do niego od miesięcy. Tym razem była jednak silniejsza. Czuł ją w kościach. W zmęczonych powiekach. W każdej części własnego ciała. Potrzebował ciszy. Prawdziwej ciszy.
W tym momencie telefon zawibrował. Na ekranie pojawiła się wiadomość od Min Su Juna, jego wieloletniego asystenta.
"Zarezerwowałem bilety. Wenecja. Wylot jutro o 9:45. W systemie agencji nie ma po tobie śladu. Sprawdziłem dwa razy. Bezpiecznie i prywatnie."
Po przeczytaniu wiadomości Yoon poczuł, jak napięcie po raz pierwszy od wielu tygodni opuszcza jego ramiona. Wenecja. Miasto, którego nigdy wcześniej nie odwiedził. Miasto kanałów, mostów i historii zapisanych w starych murach.
Po raz pierwszy od dawna poczuł coś na kształt ekscytacji. Nie dlatego, że szukał przygód. Wręcz przeciwnie. Chciał tylko jednego. Aby przez kilka dni nikt niczego od niego nie oczekiwał.
Następnego ranka lotnisko Incheon tętniło życiem. Ludzie spieszyli się do odprawy, ciągnęli walizki, rozmawiali w różnych językach.
W tym tłumie Yoon Ji Lin poruszał się niemal niezauważalnie. Czarna czapka zasłaniała część twarzy. Maska zakrywała nos i usta. Miał na sobie luźną szarą bluzę, jasne dżinsy i sportowe buty. Wyglądał jak zwyczajny pasażer. I właśnie o to chodziło.
Zanim szedł ochroniarz udający turystę. Obok znajdował się Min Su Jun — człowiek, któremu ufał bardziej niż komukolwiek innemu.
— Wszystko pod kontrolą — powiedział cicho asystent, podając mu dokumenty.
— Dziękuję.
Przez całą drogę Yoon myślał tylko o jednym.
"Nie chcę być dziś Yoon Ji Linem.
Nie chcę być nim jutro.
Choć przez chwilę."
W samolocie zajął miejsce przy oknie. Nie wybrał pierwszej klasy. Nie chciał luksusu. Chciał normalności.
Wsunął słuchawki do uszu, ale nie włączył muzyki. Chciał słyszeć własne myśli. A może właśnie ich nie słyszeć.
Po raz pierwszy od dawna pozwolił sobie zasnąć. We śnie wrócił do Busan. Zobaczył swoją matkę stojącą przy kuchence. Pachniała proszkiem do prania i domem.
— Yoon Ji Lin! Znowu nie zjadłeś śniadania!
Usłyszał jej głos tak wyraźnie, jakby siedziała obok.
Potem pojawił się kolejny obraz. Dwunastoletni chłopak w znoszonych trampkach. Centrum handlowe. Obcy mężczyzna w skórzanej kurtce.
— Masz ciekawe oczy, chłopcze.
Wtedy zabrzmiało to jak żart. Jednak wizytówka, którą otrzymał tamtego dnia, zmieniła całe jego życie.
Obudził się, gdy stewardesa ogłaszała lądowanie. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie czuł napięcia. Czuł spokój.
Lotnisko Marco Polo przywitało go ciepłym, wilgotnym powietrzem pachnącym solą i świeżo parzonym espresso. Ludzie rozmawiali głośno. Śmiali się. Gestykulowali. Wszystko wydawało się inne. Lżejsze. Jakby nikt nie oceniał człowieka tutaj przez pryzmat jego nazwiska.
Yoon wziął głęboki oddech.
"Tak pachnie wolność?"
Sam był zaskoczony własną myślą.
Razem z Min Su Junem i ochroniarzem skierowali się do wodnej taksówki. Mała łódź kołysała się przy pomoście. Silnik mruczał cicho, niczym stary kot. Gondolier, starszy mężczyzna z siwym wąsem, przyjrzał mu się przez chwilę. Nie miał pojęcia, że rozmawia z jedną z największych gwiazd Azji.
— Pierwszy raz w Wenecji, signore?
— Pierwszy — odpowiedział Yoon z uśmiechem.
— Ach… Wenecja. Miasto zakochanych.
Yoon mimowolnie zesztywniał.
"Miasto zakochanych."
To określenie zawsze wydawało mu się właściwe dla filmów i scenariuszy. Jednakże nigdy do jego życia.
Wieczorne światła odbijały się w wodzie, gdy łódź płynęła kanałami. Yoon obserwował stare kamienice, mosty i restauracje pełne ludzi. Po raz pierwszy od dawna nie musiał się spieszyć. Nie musiał nikogo udawać. Nie musiał grać żadnej roli.
Zamieszkali w niewielkiej kamienicy przy spokojnej uliczce. Pokój był skromny. Małe łóżko. Biurko. Drewniana szafa. Nic więcej.
I właśnie dlatego spodobał mu się od pierwszej chwili. Tutaj nie było plakatów z jego twarzą. Nie było paparazzi. Nie było fanów. Była tylko cisza.
Otworzył okno. Do środka wpadł zapach morza, świeżego pieczywa i ziół. Zapach zwyczajnego życia.
Wyjął swój prywatny aparat fotograficzny. Ten sam, którego używał wyłącznie dla siebie. Spojrzał przez wizjer. Mostek. Kanał. Światło odbijające się od tafli wody.
I nagle…Smukła sylwetka kobiety w niebieskiej sukience. Aparat przewieszony przez ramię. Przeszła przez most. Zniknęła za rogiem. Trwało to zaledwie sekundę. Yoon opuścił aparat. Jego serce niespodziewanie przyspieszyło.
— Kim jesteś…? — wyszeptał.
Nie wiedział jeszcze, że odpowiedź na to pytanie już wkrótce odmieni całe jego życie.ROZDZIAŁ 3
Wenecja o zmierzchu, jak film, którego zakończenia jeszcze nie znamy
Niebo nad Wenecją powoli ciemniało, przybierając kolor głębokiego granatu. Uliczne lampy rzucały miękkie, żółtawe światło na stare kamienice, mostki i mokrą kostkę brukową. Wodna taksówka, którą przybyli, już dawno odpłynęła, zostawiając za sobą jedynie delikatnie falującą wodę.
Min Su Jun rozpakowywał torbę w sąsiednim pokoju, ochroniarz dyskretnie sprawdzał okolicę, a Yoon Ji Lin nadal stał przy otwartym oknie z aparatem w ręku, patrząc na kanał.
Z dołu dochodziły do niego pojedyncze głosy, śmiech i włoskie słowa, których nie rozumiał, ale brzmiały przyjemnie. Zwyczajnie. A ta zwyczajność była dla niego tak rzadka, że wydawała się niemal egzotyczna.
Oparł czoło o chłodną ramę okna i na moment zamknął oczy. W jego głowie, jak zawsze wtedy, gdy pozwalał sobie na chwilę ciszy, zaczęły pojawiać się obrazy sprzed lat.
Miał dwanaście lat, gdy jego życie po raz pierwszy skręciło w kierunku, którego nigdy do końca świadomie nie wybrał. Pamiętał tamten dzień w centrum handlowym jak scenę z filmu: tłum ludzi, kolorowe reklamy, zapach smażonego kurczaka i słodkich deserów. On i jego koledzy biegli po ruchomych schodach, śmiejąc się z czegoś, co dziś nie miało już żadnego znaczenia.
I nagle poczuł dłoń na ramieniu. Odwrócił się. Przed nim stał mężczyzna w skórzanej kurtce, z włosami zaczesanymi do tyłu i intensywnym spojrzeniem. Patrzył na niego tak, jakby dostrzegał coś, czego inni nie widzieli.
— Masz ciekawe oczy, chłopcze — powiedział po chwili. — Pracuję w agencji reklamowej.
Wyciągnął wizytówkę.
— Jeśli kiedykolwiek zechcesz spróbować…, zadzwoń.
Yoon tylko prychnął w duchu.
"Model? On?"
Brzmiało to absurdalnie.
— Oczywiście — mruknął, chowając kartonik do tylnej kieszeni spodni bardziej z grzeczności niż z prawdziwej chęci skorzystania z propozycji.
Po godzinie niemal o tym zapomniał. Tydzień później, stojąc w progu ich małego mieszkania, usłyszał głos matki:
— Yoon Ji Lin!
Znał ten ton. Oznaczało to jedno: znalazła coś albo dowiedziała się czegoś, o czym chciała z nim porozmawiać. Wszedł do salonu. Mama siedziała na kanapie, trzymając w dłoni wizytówkę.
— Co to jest? — Zapytała spokojnie, choć w jej oczach dostrzegł zaskoczenie i troskę.
Wzruszył ramionami.
— Nic specjalnego. Ktoś podszedł do mnie w centrum handlowym i powiedział, że pracuje w agencji reklamowej. Dał mi tę kartkę. To wszystko.
Spodziewał się krytyki. Zakazu. Może nawet wyrzucenie wizytówki do kosza. Ale jego mama nie zrobiła nic z tych rzeczy. Patrzyła długo na mały kartonik, jakby próbowała odczytać z niego przyszłość.
— Wiesz, jak ciężko nam teraz jest — powiedziała cicho. — Pracuję na dwa etaty, a mimo to czasem wciąż nie starcza na wszystko.
Podniosła na niego wzrok.
— Może… spróbujesz?
Zamurowało go.
— Mamo, nie żartuj — parsknął nerwowo. — To pewnie jakiś naciągacz. Poza tym ja się do tego nie nadaję.
Wstała z kanapy i podeszła do niego. Położyła mu dłoń na głowie tak, jak robiła to wtedy, gdy był małym chłopcem i chciała, żeby przestał się bać.
— Nie mówię, że musisz. Tylko pomyśl. Jeśli choć trochę mógłbyś na tym zarobić, może udałoby się odłożyć coś na twoje studia. Nie chcę, żebyś martwił się o pieniądze tak jak ja.
Jej głos był spokojny, ale zmęczenia w oczach nie dało się ukryć. Pamiętał jej spuchnięte dłonie, nadgodziny w sklepie i późne wieczory w pralni. Wtedy coś w nim pękło.
— Dobrze — powiedział, próbując brzmieć obojętnie. — Zobaczymy, kim jest ten człowiek. Jeśli coś wyda się podejrzane, od razu wychodzimy.
Mama spojrzała na niego zaskoczona.
— Pójdziemy razem?
— Tak. To był twój pomysł, mamo. Poza tym nadal jestem niepełnoletni. Jeśli coś z tego wyjdzie, będziesz mi potrzebna. Jesteś moją matką i moim opiekunem prawnym. Niestety, musisz mnie jeszcze przez kilka lat niańczyć.
Uśmiechnęła się przez łzy.
— Wiesz jedno, Yoon Ji Lin? Ja się tobą nie męczę. Urodzenie ciebie było najlepszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła.
Poczuł, jak ściska go w gardle.
— Mamo, wystarczy tej melancholii — powiedział szybko i objął ją mocno. — Mam ochotę coś zjeść. A ty?
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę kuchni. Bał się, że jeśli zostanie jeszcze chwilę, sam się rozpłacze.
Tydzień później stanęli razem przed szklanymi drzwiami agencji. Na logo widniały stylizowane sylwetki kobiety i mężczyzny. Wszystko wyglądało zaskakująco profesjonalnie.
Zrobiono mu kilka zdjęć. Poproszono, żeby przeszedł przez salę, spojrzał w obiektyw, odwrócił głowę i spróbował się uśmiechnąć.
Yoon był spięty, niepewny i przekonany, że za chwilę ktoś go wyśmieje. Fotograf, niski mężczyzna w okularach, odłożył aparat i zmrużył oczy.
— Ma coś w spojrzeniu — mruknął bardziej do siebie niż do innych. — To rzadkie.
Kobieta z biura zapisała coś w notesie.
— Zrobimy portfolio. Odezwę się.
Yoon nie wierzył, że tak się stanie. Odezwali się trzy dni później.
Pierwsza praca była prosta — reklama odzieży dla nastolatków. Stał w dżinsach i bluzie, uśmiechając się do kamery jak zwykły chłopak w jego wieku.
Za tę sesję dostał pierwsze w życiu poważne pieniądze. Kiedy przyniósł kopertę do domu i położył ją na stole, mama dotknęła jej palcami, jakby bała się, że to pomyłka.
— To… za zdjęcia? — Zapytała cicho.
— Tak. Powiedzieli, że jeśli się postaram, może będzie więcej.
Jej oczy zaszkliły się.
— Jestem z ciebie dumna — szepnęła, mocno go przytulając. — Ale obiecaj mi jedno.
— Co takiego?
— Obiecaj, że szkoła będzie najważniejsza. Reszta to tylko dodatek. Nie sprzedawaj siebie za cenę, której później nie będziesz mógł udźwignąć.
Wtedy nie rozumiał tych słów tak jak dzisiaj. Dla dwunastoletniego chłopca były to tylko delikatne ostrzeżenia. Dla dorosłego Yoon Ji Lina brzmiały jak przepowiednia.
Jego kariera rozwijała się szybciej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Najpierw pojawiły się kolejne sesje zdjęciowe, potem reklama popularnego napoju, casting do serialu, rola drugoplanowa, a później kolejne propozycje.
Z czasem jego twarz zaczęła pojawiać się na plakatach, w telewizji i internecie. Fanki pisały listy, czekały pod wejściem do budynku, płakały na jego widok. Sukces był jak fala. Wynosił go wysoko, ale jednocześnie odbierał mu grunt pod nogami.
Zarabiał więcej niż jego mama mogłaby zarobić przez kilka lat ciężkiej pracy. Kupił jej lepsze mieszkanie, zapewnił leczenie, odpoczynek i spokojniejszy sen. To był jego największy powód do dumy. Ale w zamian stracił anonimowość. Prywatność. Zwyczajność. A z czasem także część samego siebie.
Yoon odsunął się od okna w weneckiej kamienicy, jakby wspomnienia stały się zbyt ciężkie. Usiadł na łóżku, oparł łokcie o kolana i splótł dłonie.
Czasami zastanawiał się, co by było, gdyby wtedy wyrzucił wizytówkę. Czy pracowałby teraz w jakimś biurze? Czy chodziłby rano do piekarni po bułki, nie zakrywając twarzy czapką ani maską? Czy mógłby zakochać się w kimś naprawdę — bez podejrzeń, bez kamer, bez lęku, że druga osoba kocha tylko jego nazwisko i pieniądze?
Uśmiechnął się gorzko.
— Za późno już, żeby o tym myśleć — mruknął do siebie.
Wstał i poszedł pod prysznic. Gorąca woda zmyła z niego resztki podróży, ale nie zmyła ciężaru myśli.
Kiedy wrócił do pokoju, ubrany w miękką koszulkę i dresy, zegar wskazywał już późny wieczór. Ktoś delikatnie zapukał do drzwi.
— Wszystko w porządku, panie Yoon Ji Lin? — zapytał Min Su Jun, wychylając głowę.
— Tak — odparł Yoon. — Jutro chcę przejść się sam po okolicy. Bez ochrony. Bez ciebie. Potrzebuję po prostu… być zwykłym turystą.
Asystent zawahał się.
— To nie jest najlepszy pomysł.
— Wiem — przerwał mu spokojnie Yoon. — Ale będę chodził tylko po małych uliczkach i po sklepikach. Nie pójdę na główne place. Dam radę.
Min Su westchnął, ale w końcu skinął głową.
— Dobrze. Proszę mieć przy sobie telefon. I proszę odbierać, jeśli zadzwonię.
— Obiecuję — Yoon uniósł dłoń w geście przysięgi.
Min Su Jun był jego asystentem od wielu lat. Średniego wzrostu, z krótkimi, kruczoczarnymi włosami i ciemnymi okularami, które często zakrywały połowę jego twarzy. Na co dzień ubierał się swobodnie, ale gdy wymagała tego sytuacja, potrafił wyglądać jak prezes z koreańskiego dramatu. Był dobrze zorganizowany, lojalny i dyskretny. Yoon ufał mu bardziej niż większości ludzi. Czasami rozumieli się bez słów. Gdy drzwi się zamknęły, Yoon zgasił światło.
Miasto za oknem wciąż żyło. Słychać było pojedyncze głosy, stukot kroków i śmiech turystów zagubionych w wąskich uliczkach. W półmroku aparat leżał na stoliku, jak niemy świadek jego myśli. Yoon położył się i zamknął oczy.
Zanim zasnął, wrócił do niego obraz sprzed kilku godzin. Smukła sylwetka kobiety przechodzącej przez most. Aparat przewieszony przez ramię. Włosy związane w niedbały kucyk. Krok pewny, a jednocześnie lekki.
Nie widział jej twarzy, ale coś w niej go zaintrygowało. Może dlatego, że wyglądała jak ktoś, kto patrzy na świat z boku. Przez szkło. Z dystansem. Ale też z czułością.
— Ciekawe, kim jesteś… — wyszeptał w ciemność.
Noc w Wenecji była długa, lecz spokojna. Sen przyniósł mu poszarpane obrazy: syrenę statku, twarz matki, błysk flesza i uśmiech nieznanej kobiety na moście, którego jeszcze nie zdążył zobaczyć naprawdę.
Tymczasem gdzieś daleko, w innym punkcie miasta, pewna fotografka, czekająca na ślub najlepszej przyjaciółki, zasypiała z aparatem na stoliku.
Nie wiedziała, że los właśnie przesuwał dwie figury na swojej szachownicy.ROZDZIAŁ 4
Pierwsze spotkanie
Wenecja o poranku była jak świat stworzony na nowo — delikatny, kruchy, podobny do szkła dmuchanego przez mistrza, który jednym oddechem potrafi nadać mu kształt. Mgła osiadała na kamiennych uliczkach niczym cienka woalka, spowijając miasto aurą tajemnicy. Słońce dopiero zaczynało przeciskać się przez horyzont, odbijając się w spokojnej tafli kanałów.
Katie McGomery zawsze wstawała wcześnie. Nie z obowiązku ani z przyzwyczajenia, lecz z powodu tego wyjątkowego uczucia, które miała — że jeśli przegapi jeden poranek, może utracić coś, czego nie da się już odzyskać. Wenecja wywarła na niej ogromne wrażenie.
Zaraz po śniadaniu postanowiła wybrać się na spacer po mieście. Zabrała ze sobą tylko małą torebkę i aparat. Ruszyła po przygodę. Miała nadzieję, że ten dzień przyniesie jej wiele pozytywnych wspomnień i będzie mogła zrobić wiele ciekawych zdjęć.
Jej kroki odbijały się echem od wilgotnych murów. Na ramieniu miała torbę z aparatem — trochę ciężką, trochę niewygodną, ale od dawna nieodłączną. Aparat był dla niej czymś więcej niż narzędziem pracy. Był przedłużeniem spojrzenia, pamięcią i sposobem na uchwycenie chwil, zanim znikną jak poranna mgła.
Do sklepiku Donatelli weszła wcześniej niż zwykle. Jest w Wenecji tylko od dwóch dni, a już zaprzyjaźniła się z kilkoma osobami z sąsiedztwa. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym brzękiem dzwoneczka, który zawsze brzmiał jak ciepłe powitanie. Właścicielka, Donatella, jednak nie zwróciła na nią uwagi. Stała przy ladzie, energicznie gestykulując, jakby tłumaczyła komuś sprawę najwyższej wagi. I rzeczywiście ktoś tam był.
Katie zatrzymała się na moment. Sylwetka mężczyzny natychmiast wydała jej się znajoma, choć nie potrafiła jeszcze przypisać jej do żadnego konkretnego wspomnienia.
Był wysoki, smukły, ubrany w jasną bluzę i dżinsy. Włosy miał lekko potargane, jakby przed chwilą zdjął kaptur. W dłoniach trzymał karton mleka i paczkę kawy, wskazując je Donatelli z rosnącą bezradnością.
— Ja tylko chcę kupić to. Mleko. Kawa. Proszę — powtórzył po angielsku.
Jego akcent był łagodny, melodyjny. Koreański. Donatella rozłożyła ręce.
— Nie, nie, signore, ja nic nie rozumiem! Naprawdę nic! — Mówiła po włosku, gestykulując coraz szybciej.
Katie miała się już odezwać, gdy mężczyzna podniósł wzrok. Ich spojrzenia się spotkały.
I w tej krótkiej sekundzie — zawieszonej między oddechem a mrugnięciem — wydarzyło się coś, czego Katie od dawna nie czuła. Jakby świat przyciszył się tylko po to, by zrobić miejsce na jedno spojrzenie.
Jego oczy były ciemne i głębokie. Nie ciężkie, raczej podobne do nocnego nieba tuż przed burzą — pełne czegoś, czego nie umiała nazwać.
Serce Katie przyspieszyło. Poczuła ciepło pod skórą i natychmiast nie polubiła tego uczucia. Było zbyt intensywne. Zbyt nagłe. Zbyt niebezpieczne.
On również na chwilę znieruchomiał. Yoon Ji Lin patrzył na nią, jakby przez sekundę zapomniał, po co właściwie przyszedł do sklepu. Coś w jej sposobie bycia było niezwykle spokojne. Naturalne. Nie próbowała niczego udowodnić. Nie grała żadnej roli.
Przez lata nauczył się rozpoznawać ludzi, którzy czegoś od niego chcieli — zdjęcia, autografu, rozmowy, choćby krótkiej bliskości z kimś znanym. Ona natomiast wyglądała tak, jakby w ogóle nie wiedziała, kim jest. I to właśnie przyciągnęło go najbardziej. Nie poczuł nagłego olśnienia ani teatralnego zachwytu. Raczej coś subtelniejszego. Ciekawość. Spokój. Dziwne poruszenie. W jej oczach było skupienie kogoś, kto naprawdę dostrzega rzeczy, których inni nie zauważają.
— Katie! — Zawołała nagle Donatella, wreszcie ją dostrzegając. — Moja kochana! Ten mężczyzna mnie nie rozumie. Ja też nie rozumiem, co on mówi!
Katie zbliżyła się ostrożnie, próbując opanować drżenie dłoni. Znała język włoski ze szkoły średniej; mało tego, była najlepsza na roku. Miała wtedy poczucie, że może się jej kiedyś przydać ta zdolność i proszę, nadeszła ta chwila.
— Mogę jakoś pomóc? — Zapytała po angielsku.
Mężczyzna, jakby wyrwany z zamyślenia, skinął głową. Zdjął maseczkę i odsłonił twarz.
Był nieziemsko przystojny. Katie poczuła, jak rumieniec pojawia się na jej twarzy. Odwróciła prędko wzrok i zerknęła na Donatelle, która również wpatrywała się w niego z wyraźnym oczarowaniem. Po czym wróciła do niego, próbując ukryć, że nie mogła przestać mu się przyglądać. Po kryjomu nawet uszczypnęła się w rękę za plecami, by wrócić do rzeczywistości.
— O… tak. Proszę. Chcę tylko kupić mleko i kawę.
Katie odwróciła się do Donatelli i przetłumaczyła po włosku:
— Chcę kupić mleko i kawę.
— Ach, tak! — Donatella natychmiast się ożywiła. — Teraz rozumiem! Dzięki Bogu, że przyszłaś, kochanie. Moja wybawicielko!
Przesłała Katie całusa i zaczęła pakować produkty do torby, mrucząc coś po włosku pod nosem. W sklepie zapadła krótka cisza. Katie spojrzała na mężczyznę, który poprawiał rękaw bluzy z subtelnym zakłopotaniem. I wtedy zrozumiała. To był on. Nie mogła sobie teraz przypomnieć jego nazwiska, ale wiedziała, że jest koreańskim celebrytą.
"Mężczyzna ze zdjęcia, które kilka tygodni wcześniej przypięła nad biurkiem."
Na tamtej fotografii jego oczy wydawały się puste, jakby coś w nich zgasło. Teraz stał przed nią naprawdę. Nie jako gwiazda, idol czy twarz z reklam. Był żywy. Prawdziwy. Bardziej zagubiony, niż mogłaby się spodziewać. Katie postanowiła jednak nie zdradzić, że go rozpoznała, aby nie wywoływać niepotrzebnego napięcia ani chaosu.
"Jeśli nosi maseczkę, to znaczy, że nie chce, żeby go ktokolwiek rozpoznał."
Pomyślała.
— Jesteś turystą? — Zapytała miękko.
Jego oczy lekko się rozszerzyły.
— Tak. To znaczy… tak, turystą. Właśnie przyjechałem.
— Z Korei Południowej?
Uniósł brwi.
— Tak… skąd wiesz?
Uśmiechnęła się tak, by ukryć więcej niż zdradzić.
— Zgadywałam. Narzeczony mojej bliskiej przyjaciółki jest Koreańczykiem. Kiedy mówi po angielsku, ma podobny akcent do pana.
Mężczyzna odebrał torbę od Donatelli i lekko się ukłonił. Katie zauważyła, że jego uśmiech — ten cichy, nieśmiały — zupełnie różnił się od tych, które widziała w reklamach. Był ciepły. Prawdziwy. I niebezpiecznie ujmujący. Katie poczuła rumieniec na policzkach i natychmiast skarciła się w myślach.
— Dziękuję za pomoc — powiedział cicho. — Gdybyś się nie pojawiła, chyba nigdy nic bym nie kupił.
Katie parsknęła śmiechem, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Nie ma za co. Wenecja jest piękna, ale czasami trudna do zrozumienia.
— Mieszkasz tu? — Zapytał nagle, kierując się powoli w stronę wyjścia.
Zawahał się, jakby sam był zaskoczony własnym pytaniem.
— Tymczasowo — odpowiedziała ostrożnie. — Na stałe mieszkam w USA. W Maryland. Mam tam galerię-kawiarnię i mieszkanie tuż nad nią.
W jego oczach pojawiło się szczere zainteresowanie.
— Galerię? Jesteś artystką?
Katie poprawiła torbę na ramieniu.
— Fotografką.
Między nimi zapadła nowa cisza. Nie była niezręczna. Przypominała raczej niewidzialną nić, która łączy dwie osoby, choć jedna z nich nie zna drugiej.
Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy z ostrożnością, jakby bał się przekroczyć niewidzialną granicę.
— Może… pokażesz mi kiedyś tę galerię? — Zapytał cicho.
Katie zawahała się. W środku poczuła nagły szum krwi. Nie chciała być niemiła. Nie chciała też sprawiać wrażenia kogoś, kto od razu ulega urokowi znanego mężczyzny. To byłoby głupie. Nierozsądne.
Ona — zwykła fotografka z Maryland. On — idol połowy Azji.
A jednak jego głos nie brzmiał jak głos sławnego człowieka. Brzmiał jak głos kogoś, kto szuka choć odrobiny zwyczajności.
— Może kiedyś — powiedziała w końcu, wiedząc, że
i tak nigdy nie będzie miała okazji tego zrobić — jeśli będziesz miał czas.
Bezpieczna odpowiedź. Neutralna. Uśmiechnął się. Tym razem odważniej.
— Właśnie po to tu przyjechałem. Żeby mieć czas.
Powiedział to półgłosem, jakby bardziej do siebie niż do niej. Po chwili dodał:
— Jeszcze raz dziękuję. Życzę miłego pobytu w Wenecji.
— Tobie też — odpowiedziała szybko. — Kto wie, może się jeszcze spotkamy.
To ostatnie zdanie wyrwało się z jej ust, zanim zdążyła je powstrzymać. Katie natychmiast zakryła usta dłonią.
"Co ja wygaduję?"
Yoon trzymał już dłoń na klamce, lecz nagle odwrócił się do niej.
— Liczę na to — powiedział cicho.
Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Ukłonił się jeszcze Donatelli na pożegnanie i wyszedł.
Gdy przekroczył próg sklepu, odruchowo założył maseczkę na twarz. Po kilku krokach jednak się zatrzymał, zawahał i zdjął ją. Przyzwyczajenie do ukrywania twarzy było w nim głęboko zakorzenione. Zwykle nie wychodził bez czapki i maseczki. Czuł się bez nich zbyt widoczny. Teraz jednak, w wąskiej uliczce Wenecji, po raz pierwszy od dawna zapragnął oddychać swobodnie. Schował maseczkę do kieszeni.
Katie stała przez chwilę nieruchomo, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Donatella spojrzała na nią, uniosła brwi i oparła ręce na biodrach. Obie patrzyły przez witrynę, dopóki sylwetka mężczyzny nie zniknęła za rogiem, jakby pochłonęła ją poranna mgła.
— Kto to był? — Zapytała Donatella, mrużąc oczy. — Przystojniak.
Katie zaśmiała się nerwowo.
"Niebezpiecznie seksowny." Pomyślała.
— Tylko zwykły turysta — odparła, chowając aparat do torby.
Obie jednak wiedziały, że to nie było prawdą. Zwykły turysta nie miałby tak intensywnego spojrzenia. Zwykły turysta nie sprawiłby, że serce Katie przyspieszyłoby jak po biegu przez most Rialto. Zwykły turysta nie zostawiłby po sobie uczucia, którego nie potrafiła nazwać.
Katie wróciła do hotelu z przyspieszonym pulsem i oddechem, który długo nie chciał się uspokoić.
Kilka ulic dalej Yoon Ji Lin siedział na brzegu łóżka, wpatrując się w torbę z mlekiem i kawą. Czuł się bardziej zdezorientowany niż po pierwszym castingu w życiu.
— Kim… ona była? — wyszeptał pod nosem.
Jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że to jedno spotkanie pokieruje nie tylko jego pobytem w Wenecji, ale całym jego życiem. A miasto wyglądało, jakby przyglądało im się z góry, z cichym uśmiechem kogoś, kto już znał finał tej historii.ROZDZIAŁ 5
Cisza Wenecji
Poranek w Wenecji miał w sobie coś, czego nie potrafiło oddać żadne zdjęcie — nawet to najlepsze, nawet to wykonane przez Katie. Mgła unosiła się nad wodą niczym delikatny welon, otulając kanały mleczną miękkością. Z otwartych okien kamienic dobiegał aromat świeżo parzonej kawy, a skrzypienie starych łodzi mieszało się z odgłosami pierwszych przechodniów.
Katie obudziła się wcześnie rano. Chciała zobaczyć jak najwięcej przed wyjazdem. Zbliżał się dzień ślubu Anny, a tym samym dzień powrotu do rzeczywistości.
Odsunęła pościel i usiadła na łóżku. Potrzebowała fotografować. Bardziej niż czegokolwiek innego.
Wczorajsze spotkanie z tym mężczyzną nie dawało jej spokoju. Fotografia natomiast zawsze była dla niej czymś więcej niż pracą. Była terapią. Sposobem na uporządkowanie emocji, których nie umiała nazwać.
Po kilku minutach zeszła do niewielkiej hotelowej jadalni. Pani Lorenza już czekała przy ekspresie, uśmiechając się ciepło. Jak zawsze. Jak ktoś, kto widzi więcej niż mówi.
— Dzień dobry, panienko Katie! — zawołała. — Dziś Wenecja jest piękna jak sen. Zdjęcia same będą się robić.
Katie zaśmiała się cicho.
— Mam nadzieję. Przyda mi się odrobina magii.
Lorenza podała jej filiżankę.
— Magia jest wszędzie. Tylko nie każdy potrafi ją dostrzec.
Katie upiła łyk kawy. Ciepło natychmiast rozlało się po jej ciele.