Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

DWIE POLSKI, JEDEN STÓŁ - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 kwietnia 2026
29,00
2900 pkt
punktów Virtualo

DWIE POLSKI, JEDEN STÓŁ - ebook

Co zrobić, gdy więcej niż o władzę spieramy się o rzeczywistość? Po wyborach 2023 i 2025 roku Polska przestaje jawić się jako kraj zwykłego politycznego konfliktu. Kiedy społeczeństwo przestaje się zgadzać co do faktów, celów i zasad, nawet te same wydarzenia stają się dwiema odrębnymi opowieściami. W zbliżającym się konflikcie domowym chodzi o coś więcej niż podatki, wiek emerytalny czy reformy instytucji – to spór o to, czym jest państwo, komu służy i jak opowiedzieć jego historię. Jan Redliński analizuje źródła polskich podziałów i wskazuje spokojnie, gdzie prowadzą drogi eskalacji. Sięga do historii I i II Rzeczypospolitej, pokazuje mechanizmy współczesnych podziałów, aż do pytania o realizm wspólnoty w państwie trwałego sporu. „Dwie Polski, Jeden Stół” to książka o warunkach współistnienia. Perspektywa „jednego stołu” nie prowadzi do prostego pojednania, lecz do przestrzeni, w której można różnić się bez chęci wyniszczenia przeciwnika.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Popularnonaukowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 5,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

PĘKNIĘTE LUSTRO: CO WYBORY 2023 I 2025 ZROBIŁY Z OBRAZEM POLSKI

Po wyborach 2023 i 2025 roku Polska nie wygląda przede wszystkim na kraj, który ma dwa programy polityczne. Wygląda na kraj, który utracił wspólny opis własnej rzeczywistości. Jedni mówią o naprawie państwa, drudzy o jego odzyskiwaniu; jedni widzą obronę demokracji, drudzy obronę suwerenności; jedni mówią o powrocie do normalności, drudzy o jej wcześniejszym demontażu. W tym sporze stawką nie jest już tylko to, kto rządzi, ale to, co uznajemy za fakt, co za interpretację, a co za zwykłą propagandę.

Wybory jako test zaufania, nie tylko preferencji

Wybory mają tę właściwość, że na krótko odsłaniają więcej niż zwykła polityczna codzienność. W kampanii zwykle ukrywamy napięcia pod hasłami, a w dniu głosowania widać, jak krucha albo jak trwała jest zgoda co do samej gry. W latach 2023 i 2025 nie chodziło już wyłącznie o zmianę układu sił. Chodziło o coś głębszego: o odpowiedź na pytanie, czy duża część społeczeństwa nadal ufa procedurom, instytucjom i zasadzie, że przegrana strona nie zostaje wykluczona z wspólnoty politycznej.

Wynik wyborów parlamentarnych 2023 roku pokazał zmęczenie częścią dotychczasowego stylu rządzenia, ale nie zakończył sporu o to, jak oceniać ostatnie lata państwa. Dla jednych był to sygnał korekty kursu i przywracania standardów. Dla innych — początek demontażu tego, co uznawali za realną zmianę po 2015 roku: silniejszego państwa, bardziej asertywnego wobec zewnętrznych nacisków i mniej zależnego od dawnych elit. Już wtedy było jasne, że nie ma jednej interpretacji samego wyniku. Każda strona odczytywała go przez własny filtr zaufania i własny stosunek do instytucji.

Wybory prezydenckie 2025 roku dołożyły do tego kolejną warstwę. Pokazały, że spór nie zniknął wraz ze zmianą układu władzy, lecz wszedł w fazę głębszego zakorzenienia. W praktyce oznacza to, że nawet kiedy zmienia się obsada urzędów, nie zmienia się automatycznie sposób, w jaki obywatele rozumieją państwo, media, sądy, administrację i siebie nawzajem. Twarde zwycięstwo jednej strony nie usuwało poczucia drugiej strony, że została zepchnięta na margines. A zwycięstwo przeciwników nie usuwało przekonania ich oponentów, że doszło do odwrócenia wcześniejszych zdobyczy i symbolicznego unieważnienia ich doświadczenia.

To jest ważny punkt wyjścia tej książki: polaryzacja nie jest tu rozumiana jako chwilowa nerwowość kampanii, lecz jako trwały stan relacji między częścią obywateli a państwem. Gdy ludzie przestają ufać tym samym procedurom, zaczynają żyć w różnych porządkach interpretacyjnych. Wtedy nawet te same wybory przestają być wspólnym wydarzeniem. Stają się dwoma odrębnymi opowieściami o tym, co się właściwie wydarzyło.

Dwie opowieści o Polsce

Współczesna polska polaryzacja ma charakter głębszy niż zwykły spór o podatki, politykę społeczną czy sposób reformowania instytucji. To spór o sens państwa i miejsce Polski w świecie. Najkrócej można go opisać jako zderzenie dwóch równoległych opowieści: liberalno-europejskiej i konserwatywno-suwerennościowej. Obie są spójne wewnętrznie. Obie czerpią z realnych doświadczeń. Obie jednak inaczej definiują zagrożenie, porządek i to, co w ogóle uznają za postęp.

Perspektywa liberalno-europejska

W tej narracji państwo jest przede wszystkim narzędziem ochrony reguł, praw i przewidywalności. Dobra Polska to taka, która jest osadzona w europejskim porządku instytucjonalnym, szanuje niezależność sądów, utrzymuje standardy proceduralne i ogranicza pokusę podporządkowania całego życia publicznego jednej większości. W centrum stoi przekonanie, że po 1989 roku Polska weszła na dobrą ścieżkę, ale część tej drogi została później zakłócona przez upartyjnienie instytucji, erozję języka praworządności i nadmierne użycie kategorii wroga wewnętrznego.

Dla tej strony kluczowe są takie pojęcia jak pluralizm, kontrola władzy, europejskość, stabilność reguł i bezpieczeństwo mniejszości. Zagrożeniem nie jest sama różnica poglądów, lecz sytuacja, w której większość zaczyna traktować państwo jak instrument własnej moralnej misji. Wtedy procedura przestaje być ramą, a staje się przeszkodą. Z tej perspektywy wybory 2023 i 2025 były próbą odzyskania zaufania do zasad, a nie wyłącznie zmiany politycznych dekoracji.

Perspektywa konserwatywno-suwerennościowa

W drugiej narracji punkt wyjścia jest inny. Państwo nie jest tu neutralnym strażnikiem reguł, lecz wspólnotowym narzędziem obrony interesu, tożsamości i ciągłości historycznej. Dobra Polska to taka, która nie daje się rozpuścić w abstrakcyjnym uniwersalizmie, nie oddaje zbyt wiele z własnej podmiotowości i nie pozwala, by elity traktowały społeczeństwo jak materiał do wychowawczej modernizacji. W tej opowieści po 1989 roku powstał porządek, który rozdzielił awans i bezpieczeństwo nierówno, a część kosztów przemian została ukryta pod językiem sukcesu.

Tu centralne są pojęcia takie jak suwerenność, godność, ciągłość kulturowa, bezpieczeństwo wspólnoty i obrona przed zewnętrzną presją. Zagrożeniem nie jest większość sama w sobie, lecz sytuacja, w której centrum symboliczne i medialne przestaje uznawać doświadczenie dużej części obywateli za pełnoprawne. Z tej perspektywy wybory 2023 i 2025 były nie tyle prostą zmianą nastroju, ile kolejną próbą obrony przed powrotem do modelu, w którym o Polsce decydują ci, którzy najlepiej mówią językiem europejskich standardów, ale najsłabiej rozumieją lokalne koszty ich wdrażania.

To książka nie o tym, która z tych opowieści „ma rację” w całości. Każda z nich widzi coś istotnego i każda coś pomija. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna strona przestaje rozpoznawać, że druga opiera się na realnym doświadczeniu, a nie na czystej manipulacji. Wtedy spór polityczny przechodzi w spór ontologiczny: nie tylko o to, co zrobić, ale o to, co w ogóle istnieje i komu wolno to nazywać.

Ważne jest również to, że obie narracje mają własne media, własny język symboliczny, własne autorytety i własną pamięć selektywną. Nie żyją wyłącznie w programach partii. Są obecne w rozmowach rodzinnych, w sposobie oglądania wiadomości, w doborze komentatorów, w tym, jak ludzie opowiadają o szkole, pracy, Kościele, Unii Europejskiej albo własnym mieście. W efekcie Polska nie jest po prostu podzielona politycznie. Jest częściowo rozdzielona na dwa ekosystemy sensu.

Gdy spór o opinie staje się sporem o fakty

W każdej demokracji ludzie różnią się ocenami. To normalne. Spór zaczyna się robić niebezpieczny dopiero wtedy, gdy nie dotyczy już tylko ocen, ale podstawowego zestawu faktów, które strony uznają za wiążące. Wtedy rozmowa nie przypomina debaty o rozwiązaniach, lecz starcie dwóch wersji rzeczywistości. I właśnie w tym miejscu pojawia się problem postprawdy — nie jako modne hasło, ale jako praktyka polityczna i medialna.

Postprawda nie oznacza, że fakty zniknęły. Oznacza, że ich społeczna siła osłabła. Ludzie nadal widzą te same nagłówki, te same wydarzenia i te same liczby, ale przypisują im różny ciężar. Dla jednych coś jest dowodem systemowej patologii, dla drugich manipulacją wyjętą z kontekstu. Dla jednych wypowiedź polityka jest skandalem, dla drugich reakcją na wieloletnią hipokryzję strony przeciwnej. Każda strona ma swoje źródła, swoich ekspertów, swoje filtry i swój katalog nieufności.

Nie chodzi więc o to, że wszyscy kłamią. Chodzi o to, że wspólne kryteria wiarygodności słabną. Gdy tak się dzieje, spór o politykę staje się sporem o to, kto ma prawo nazywać rzeczy po imieniu. Jedna strona uznaje drugą za ofiarę propagandy. Druga uważa pierwszą za oderwany od życia aparat symbolicznej dominacji. W obu przypadkach przeciwnik przestaje być partnerem do sporu, a staje się problemem poznawczym: kimś, kto nie tylko myśli inaczej, ale inaczej konstruuje sam świat.

To ma bardzo konkretne skutki. Jeżeli obie strony nie zgadzają się co do tego, co jest faktem, nie mogą już spokojnie rozmawiać o naprawie państwa. Każda propozycja reformy zostaje natychmiast wciągnięta w podejrzenie o ukryty zamiar. Każda korekta procedury jest odczytywana jako triumf jednej narracji nad drugą. W ten sposób zanika przestrzeń, w której można mówić o błędach bez uznawania wszystkiego za akt zdrady albo sabotażu.

Warto doprecyzować jedno: nie każdy głęboki spór jest jeszcze postprawdą. Demokratyczne społeczeństwa z definicji różnią się w ocenie priorytetów. Problem pojawia się wtedy, gdy nie ma już zgody co do tego, jakie źródła informacji są w ogóle uznawane za wiarygodne, jakie instytucje zasługują na minimalne zaufanie i gdzie kończy się interpretacja, a zaczyna dowolność. To właśnie ten próg będzie jednym z głównych tematów tej książki.

Polaryzacja nie jest tylko sprawą polityków

Łatwo byłoby opisać polaryzację jako wynik walki elit. Byłby to opis wygodny, ale niepełny. Konflikt polityczny utrzymuje się tak długo, ponieważ ma zakotwiczenie w codziennych wyborach ludzi: w tym, co czytają, jakie media uznają za własne, z kim rozmawiają, jak rozumieją prestiż i jakie mają doświadczenie instytucji. Polaryzacja to nie tylko preferencja przy urnie. To także styl życia, rytm konsumpcji informacji i sposób budowania tożsamości.

W praktyce oznacza to kilka rzeczy. Po pierwsze, wiele osób nie śledzi „polityki” w abstrakcyjnym sensie. Śledzi własny obóz informacyjny, który dostarcza nie tylko wiadomości, ale też interpretacji i emocjonalnego potwierdzenia. Po drugie, ludzie coraz częściej wybierają treści zgodne z ich wcześniejszym obrazem świata, bo to jest mniej męczące i daje poczucie porządku. Po trzecie, różnice polityczne nakładają się na różnice stylu życia: miejsce zamieszkania, język codzienny, stosunek do religii, do edukacji, do mobilności społecznej, do państwa i do Europy.

Nie znaczy to, że społeczeństwo da się sprowadzić do prostych kategorii. Ale znaczy, że konflikt polityczny przestaje być jednorazowym wyborem między partiami. Zaczyna być częścią szerszego modelu życia. Kiedy tak się dzieje, zmiana poglądu staje się trudniejsza, bo nie dotyczy już tylko opinii o rządzie. Dotyczy grupy, z którą człowiek chce się identyfikować, i środowiska, w którym chce być rozpoznawany jako „swój”.

W tym sensie polaryzacja staje się mechanizmem samowzmacniającym. Im częściej ktoś konfrontuje się z własnym obozem i jego językiem, tym trudniej mu przyjąć, że przeciwnik może mieć częściowo rację. Im silniej rozumie politykę przez pryzmat tożsamości, tym bardziej zagrażające wydają się kompromis i zmiana zdania. To nie jest wyłącznie problem złej woli. To także efekt tego, jak współczesna sfera publiczna organizuje uwagę, przynależność i symboliczne nagrody.

- Polaryzacja działa dziś nie tylko w Sejmie, lecz także w domu, w pracy i w mediach codziennego użytku.
- Jej paliwem są nie tylko programy partii, ale również emocjonalne przywiązania do własnej wspólnoty interpretacyjnej.
- Spór o państwo coraz częściej staje się sporem o to, kim jesteśmy i w jakim świecie chcemy żyć.

O co pyta ta książka

Ta książka nie powstała po to, by ogłosić wygraną jednej strony ani by wywoływać moralną panikę nad rzekomym końcem wspólnoty. Jej zadanie jest bardziej konkretne i mniej efektowne: zrozumieć logikę obu obozów, opisać źródła podziału, pokazać mechanizmy jego podtrzymywania i sprawdzić, jakie warunki są potrzebne, by w jednym państwie dało się żyć bez stałej wojny plemiennej.

To oznacza, że nie będziemy tu szukać łatwego pojednania. Nie ma powodu udawać, że kilka pojednawczych formuł rozwiąże realne konflikty interesów, pamięci i wartości. Nie będziemy też traktować każdej różnicy jako katastrofy. Demokracja bez sporów nie istnieje. Problem polega na czymś innym: na tym, czy spór nadal mieści się w ramach uznawanej gry, czy już ją rozsadza od środka.

Dlatego pytanie przewodnie tej książki brzmi następująco: jak możliwe jest współistnienie w jednym państwie, jeśli jego obywatele coraz rzadziej zgadzają się co do tego, czym to państwo jest, komu służy i jak należy opowiadać jego rzeczywistość? To pytanie prowadzi dalej niż sam konflikt wyborczy. Dotyczy instytucji, języka, pamięci, mediów i codziennych nawyków interpretacyjnych. Dotyczy też granic kompromisu: gdzie można go zawrzeć, a gdzie zaczyna oznaczać rezygnację z podstawowych zasad wspólnej gry.

W kolejnych rozdziałach przejdziemy od obecnego stanu napięcia do jego historycznych źródeł, a potem do współczesnych mechanizmów napędowych i realnych kosztów. Nie po to, by wszystko sprowadzić do jednej przyczyny, ale po to, by oddzielić trwałe struktury od chwilowych haseł. Jeśli to się uda, łatwiej będzie zobaczyć, dlaczego polaryzacja nie jest tylko skutkiem złych polityków, i dlaczego samo zmęczenie konfliktem jeszcze nie oznacza zdolności do odbudowy reguł.

Na początek wystarczy jedno rozpoznanie: Polska po 2023 i 2025 roku nie jest krajem bez wspólnoty. Jest krajem, w którym wspólnota przestała mieć jeden obraz samej siebie. Reszta tej książki ma pomóc zrozumieć, jak do tego doszło, co to robi z państwem i gdzie szukać minimalnych warunków, by różnica nie musiała oznaczać wyniszczenia.Rozdział 2

LEKCJA Z I RZECZPOSPOLITEJ: KIEDY STRONNICTWA WYGRAŁY Z PAŃSTWEM

Jeśli w pierwszym rozdziale chodziło o to, że Polacy coraz częściej żyją w dwóch równoległych opisach rzeczywistości, to tutaj trzeba zrobić krok wstecz i zobaczyć, że ten problem nie wyrósł z niczego. W polskiej historii już raz zdarzyło się, że silne strony politycznej wolności zaczęły działać przeciwko państwu. I nie był to wynik jednego nieszczęśliwego zdarzenia, lecz długiego procesu, w którym spór przestał służyć wspólnocie, a zaczął rozrywać ją od środka.

Złota wolność: od tarczy przed tyranią do narzędzia bezruchu

I Rzeczpospolita długo opierała swoją tożsamość na idei wolności szlacheckiej. Była to wolność realna, głęboko zakorzeniona w politycznej kulturze epoki. Szlachta nie chciała państwa, w którym władza centralna staje się absolutna. Chciała udziału w rządzeniu, wpływu na decyzje i gwarancji, że nikt nie będzie traktował jej jak biernego poddanego. Na poziomie deklaracji była to odpowiedź zrozumiała i w pewnym sensie nowoczesna. Państwo miało być wspólnotą obywateli, a nie tylko narzędziem monarchy.

Problem zaczął się wtedy, gdy obrona wolności zaczęła oznaczać nie współrządzenie, lecz możliwość blokowania wszystkiego. Zamiast mechanizmu odpowiedzialności powstał mechanizm wzajemnego szantażu. Zamiast sporu o kierunek państwa coraz częściej pojawiała się walka o to, czy państwo w ogóle może podjąć decyzję. Złota wolność, która miała chronić przed samowolą, stała się z czasem wygodnym usprawiedliwieniem dla braku dyscypliny politycznej.

To był zasadniczy zwrot. W zdrowym ustroju wolność obywateli zakłada zdolność instytucji do rozstrzygania sporów. W schyłkowej Rzeczpospolitej wolność coraz częściej oznaczała prawo do wyłączenia się z odpowiedzialności. Szlachta i jej przedstawiciele bronili własnych uprawnień tak długo, aż wspólna zdolność do działania zaczęła się kruszyć. W teorii chroniono republikę przed despotyzmem. W praktyce podkopywano jej sprawność.

To ważne rozróżnienie: pluralizm nie polega na tym, że każdy może zatrzymać wszystko. Polega na tym, że różne strony mają wpływ na decyzje, ale uznają wspólne reguły ich podejmowania. Gdy reguły przestają obowiązywać, spór nie buduje wolności. Buduje bezwład.

Właśnie tu widać pierwszy mechanizm, który warto zapamiętać na potrzeby całej książki. Konflikt polityczny jest pożyteczny tylko wtedy, gdy kończy się decyzją, nawet jeśli jest ona dla jednej strony nie w pełni satysfakcjonująca. Jeśli żadna decyzja nie może zapaść, bo każda grupa uznaje swój interes za ważniejszy niż wspólna procedura, polityka zamienia się w serię blokad. Państwo przestaje być narzędziem porządkowania życia zbiorowego, a staje się areną niekończącego się zatrzymywania.

Magnaci, klientele i osłabienie centrum
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij