-
nowość
Dwie siostry. Saga warszawska. Tom 7 - ebook
Dwie siostry. Saga warszawska. Tom 7 - ebook
Saga warszawska – powieści, w których codzienność i życie towarzysko-rodzinne toczą się na tle wielkich wydarzeń XIX i XX wieku
Siostry Demelówny – Joanna i Odetta – bardzo się od siebie różnią. Pierwsza to poważna lekarka, a druga romantyczna studentka Akademii Sztuk Pięknych. Obie jednak zwracają uwagę na młodego lekarza, Stefana Sucheckiego. Gdy ich ojciec wyrusza do Lwowa z misją zorganizowania stacji nasłuchowej, żądna przygód Otusia zabiera się razem z nim. W drodze poznaje szalenie przystojnego pilota, Maksa Szeptyckiego.
Kraj szykuje się do wojny. Z internowania w Magdeburgu przyjeżdża Józef Piłsudski i wygłasza gorące przemówienie z balkonu pensjonatu. Na ulicy Warszawy prowadzone są zbiórki pieniędzy i kosztowności na rzecz wojska. W Europie szaleje grypa hiszpanka, a nowe możliwości leczenia daje niedawno odkryty lek – aspiryna.
Autorka brawurowo prowadzi czytelnika poprzez meandry polskiej historii, łamiąc przy tym stereotypy. Błyskotliwa fabuła oraz wspaniale nakreślony obraz społeczeństwa i panujących w nim relacji to największe atuty tej sagi. Polecam z całego serca.
Edyta Świętek, autorka sag:
Spacer Aleją Róż, Sandomierskie wzgórza, Saga krynicka
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68742-49-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
(w kolejności, w jakiej pojawiają się w powieści)
• Władeczka, kiedyś Jurgawkówna – dziewczyna prosta, naiwna i poczciwa, która jednak dopnie swego.
• Lucuś Paździerz – warszawski cwaniaczek, co to myśli, że może zawrócić każdej dziewczynie w głowie, i dlatego musi dostać po nosie. Komunista.
• Joanna Demelówna – lekarka, osoba dzielna i szlachetna, a mimo to wydawało jej się, że jest pozbawiona szans na szczęście, bo konsekwencje choroby Heinego-Medina spowodowały, że kuleje.
• Otusia Demelówna – lekkomyślna i piękna siostra Joanny.
• Inżynier Wacław Demel – ojciec obu sióstr, który w wojnie polsko-bolszewickiej miał odegrać istotną rolę.
• Aurelia i Piotr Sucheccy – znani z poprzednich tomów rodzice Krystyny z Sucheckich Demelowej, matki obu sióstr.
• Doktor Stefan Suchecki – poważny młody człowiek, którego pokrewieństwo z rodzinami Demelów i Sucheckich było dalekie i trudne do zdefiniowania.
• Emilia Walewska – najmłodsza siostra Krystyny Demelowej, pisarka, osoba doświadczona życiowo (o czym wiedzą czytelnicy poprzednich części niniejszego cyklu) i wrażliwa.
• Maria Suchecka – bardziej odporna na życiowe ciosy przyjaciółka Emilii.
• Stanisław Walewski – mąż Emilii, którego wierność wojskowym i patriotycznym tradycjom swojego rodu przyczyniała żonie wielu strapień.
• Tadeusz Suchecki – ukochany mąż Marii, którego wojenne losy zagnały w głąb Syberii.
• Maksymilian Szeptycki – pilot, mężczyzna piękny, odważny, pełen pogody ducha i życiowego temperamentu. Ach…
• Aniela Suchecka – dużo młodsza siostra pani Krystyny Demelowej, lwowianka.
Warszawa, Lwów, fronty wojny polsko-bolszewickiej i daleka Syberia w latach 1918-1920.1
Władeczka, Warszawa, wrzesień,
a może początek października 1918 roku
– Śmierdzisz!
Władeczka tylko wzruszyła ramionami. Miała tego wszystkiego dosyć. Wracała ze szpitala po całym dniu szorowania posadzek, parapetów, klamek, framug drzwi jakimiś dezynfekującymi świństwami, podawania kaczek i basenów, wymiany zafajdanej pościeli, usługiwania. Jak miała pachnieć? A zresztą dla kogo?
Popatrzyła z niechęcią na swojego męża. Siedział jak zwykle na zydlu w kuchni i kopcił marny tytoń zawinięty w gazetę. To dopiero cuchnęło!
Postawiła na kuchennym stole zakupy, butelkę z mlekiem, kilka kartofli i ser. Otworzyła okno, by choć trochę wywietrzyć, ale Heniuś wstał i zamknął.
Westchnęła ciężko. Na co jej przyszło! Ten Heniuś jeszcze nie tak dawno wydawał jej się przepustką do lepszego świata. Kiedy go poznała, zastępował organistę w Kościele Najświętszego Zbawiciela przy placu zwanym Rotundą. Tam go zobaczyła pierwszy raz, jak schodził po schodkach z chóru. Zaraz podbiegli do niego jacyś inni, zaczęli klepać po plecach i krzyczeć: „Dobrze było! Dobrze!”. A on nie zwracał na nich uwagi, tylko zastąpił jej drogę i spytał:
– A panience jak się podobało?
Taki był początek ich miłości. Potem było tylko gorzej. Nawet pięknych wspomnień za wiele nie miała. To było w czasie Wielkiej Wojny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że nastanie wolna Polska, i ludziom się wydawało, że jak już wydarzy się ten cud, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną głód, chłód i inne nieszczęścia. Z tego powodu chodziły ludziska jak otumaniałe ze szczęścia. Władeczka też. Toteż jak Heniuś zaproponował, żeby razem zamieszkali, bo tak łatwiej i taniej, to jakby niebo się przed nią otworzyło, bo marzyła jej się taka miłość, jaką widziała za czasów służby u swoich państwa. Pani Emilia – najpierw Żarska, potem Walewska – miała szczęście do chłopów. Pierwszy ją na rękach nosił, ale umarł nieboraczek. Zaraz pojawił się drugi i ten też patrzył się w nią niby w jaki święty obrazek. Władeczka też by tak chciała, a tu jej się trafił Heniuś, obibok i miglanc. Trzeba było wrócić do rzeczywistości.
– Idę do Zarzecznych po Zygmusia.
– Nie siedź tam jak zwykle do wieczora. Będziemy mieli ważnych gości!
Matko Boska, znowu? Już miała dosyć tych ważnych gości! Siedzieli w ich jedynym pomieszczeniu, które było jednocześnie kuchnią, sypialnią i salonem, do późna w noc, kłócili się o politykę i kopcili śmierdzące papierosy! Ten jej Heniuś do roboty by się lepiej zabrał! Ale gdzie tam! Gdzie pójdzie, to go zaraz wyciepią! Bo leń, bo buntownik, bo podżegacz! Ale nic nie powiedziała. Co miała mówić? Chciała mieć światowego męża, to ma! Tylko polityka mu w głowie, a o to, by było co do garnka włożyć, ona się musi martwić!
Zeszła na podwórze. Już dobrze mroczniało, a stara Zarzeczna, okutana w wielką kraciastą chustę, ciągle siedziała na ławce pod ścianą oficyny i robiła na drutach kolejną parę skarpet. Dwoje bobasów baraszkowało w kojcu na rozłożonym kożuchu. Na jej widok jeden z nich zaśmiał się głośno i czepiając się szczebli, spróbował wstać. Ukucnęła i rozwarła ramiona. Wpadł w nie z impetem, a ona wyciągnęła go zza zagrodzenia.
– Mama! – Śmiał się i mocno się do niej przytulił.
Dla takich chwil Władeczka chciała żyć! Z nich czerpała siłę do pracy i cierpliwość do Heniusia.
– Pożegnaj się ładnie z Leonkiem i z babcią Gieniusią.
– Siednijcie se, Władeczko, odpocznijcie. Przecież ty prosto z pracy.
Tyle było radości babci, że sobie pogadała, posłuchała, co tam się we Warszawie dzieje, bo ona przecież cięgiem na tym podwórku siedziała i niańczyła cudze bachory, kiedy ich matki szły do roboty. A na podwórku tylko nędzna brzózka, która już postradała wszystkie liście, wychodek, z którego cuchnęło na całą okolicę, i trzepak, radość dzieciarni, póki jeszcze rodzice nie pognali ich do roboty. To było jej królestwo. Ale już niedługo, bo coraz częściej pogoda się robiła taka, że psa z budy by nie wygonił, i ona będzie musiała siedzieć z tymi dzieciakami w mieszkaniu Zarzecznych, w którym panował zaduch, taki jaki zwykle panuje, kiedy w jednym pokoju je, śpi i żyje pięcioro ludzi.
– Ten mój znowu jakichś gości sprosił! Przyjdą towarzysze, herbatę im cięgiem rób, chleb cały wyżrą i smalec! – Władeczka jednak klapnęła na ławce koło babci Gieniusi. Też chętnie by sobie pogadała z kimś życzliwym, ale zaraz porwała się z powrotem. – Toż ja jeszcze mleko dla Zygmusia kupiłam. Muszę schować, bo wypiją!
– Masz ty się! Skaranie boskie! Żeby tylko z tego jakiejś większej biedy nie było! Bo powiadają, że te komunisty to Żydy, antychrysty!
– Ludzie jak inne – odpowiedziała Władeczka. – Tak na mój rozum, to domagają się niektórych słusznych rzeczy. A wasz Józek też do nas przychodzi!
– Eee, on ino tak z ciekawości. – Babcia Geniusia machnęła lekceważąco dzierganą skarpetą, ale Władeczka już tego nie widziała, bo z Zygmusiem na rękach poszła do domu.
Zziajała się trochę, bo wdrapać się na czwarte piętro z takim ciężarem wcale nie było łatwo. W kuchni już siedział Józek Zarzeczny, a Heniuś sięgał do kredensu po kubki, by nalać w nie mleka.
Władeczka szybko zabrała butelkę ze stołu.
– Herbaty wam zrobię – zaproponowała i otworzyła okno, by postawić mleko na parapecie na zewnątrz. Miała na nim zamontowaną niewielką skrzyneczkę. Tam nie powinno skisnąć.
Tymczasem złaziło się do nich coraz więcej ludzi, a ona wyczuwała, że tym razem wszyscy czekają na kogoś wyjątkowego. Jakiś Kostrzewa. To nazwisko słyszała nieraz.
Wreszcie przyszedł, a właściwie przyszła. Kobieta! Władeczka była zaskoczona, kiedy zobaczyła swojego chłopa wycierającego ścierką kuchenny stołek, żeby ten niecodzienny gość mógł usiąść.
Wera Kostrzewa! Taką miała postawę, taką pewność w sobie jak nie przymierzając sam pan nieboszczyk Żarski, który był za życia najbardziej znanym w Warszawie mecenasem! Podobno studiowała na jakimś paryskim uniwersytecie! Skarbona czy jak mu tam. Podobno była więziona w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli! Podobno zesłano ją na Syberię, ale już wróciła!
To się Władeczce w głowie nie mieściło, skąd u kobiety taka siła, taka odwaga, że umiała się przeciwstawić wszystkim tym ważnym, którzy rządzili. Dlatego koniecznie musiała przyjrzeć się tak niezwykłej osobie. Stanęła w drzwiach prowadzących na korytarz i oparła się o framugę. Lulała na rękach Zygmusia i otulała go ciepłą chustą. Przez otwarte drzwi szedł zimny podmuch, bo na dole brama wiecznie się nie domykała, a na strychu były powybijane okna, więc przeciągi hulały po całej kamienicy. Ale wolała to. Pracowała w szpitalu, więc wiedziała, że takie zatęchłe powietrze i brud nie są zdrowe, szczególnie dla małego dziecka, więc niech se syneczek pooddycha trochę tą świeżością, bo w ich pokoju siekierę można było zawiesić.
Siedział tam człowiek przy człowieku. Prawie same chłopy. Komu starczyło miejsca, to na wyrku, komu nie, to na podłodze pod wszystkimi ścianami, a jedyny zydel Heniuś zaoferował pani Werze. Wszyscy oni kopcili potwornie śmierdzącą machorkę. Nawet ta Kostrzewa paliła cienkiego papierosa w długiej szklanej fifce.
Pani Wera była niezwykle piękną kobietą. Miała już swoje lata, ale jej cera ciągle jaśniała świeżością. Słodko patrzące oczy otoczone były siateczką bardzo delikatnych, ledwie widocznych zmarszczek. Ciemne włosy zaczesywała do tyłu i niedbale wiązała. Widać było, że wcale nie dbała o siebie! Staroświecka długa spódnica utytłana na dole w błocie, bluzczyna byle jaka, nie lepsza od tych, w których chodziła Władeczka! Jedynie po bucikach znać było rękę dobrego szewca. Tak, buciki były piękne, z delikatnej skórki, sznurowane, z wybitym zdobieniem składającym się z drobnych dziureczek.
– Towarzysze – mówiła tymczasem ta fascynująca osoba głosem cichym i uwodzicielsko melodyjnym – nie pozwólcie się otumanić tymi wszystkimi słowami o wolności! Cóż jest ta wolność i dla kogo? Może dla was, towarzysze, skoro każą wam o nią walczyć, wciągają do wojska? A powiedzcie mi, kto was niewoli? Kto ogranicza wasze życiowe możliwości?
Kto mnie ogranicza? – myślała gorączkowo Władeczka, wspominając lekarzy ze swojego szpitala. – Doktor Demelówna? W żadnym wypadku! To już bardziej doktor Marchwicki! No i Heniuś! Heniuś przede wszystkim! Grosza do domu nie przyniesie, całymi dniami włóczy się nie wiadomo gdzie, a swoje wymagania ma! Zjeść potrzebuje, na machorkę mu daj, gacie upierz! O! Nie tak wyobrażała sobie życie Władeczka! Już więcej poszanowania miała, jak pracowała jako służąca do wszystkiego u państwa Żarskich.
Ale nie odważyła się nic powiedzieć. Zresztą tak samo jak inni zebrani.
– To wszystko jedno, czy właścicielem tego zakładu jest Polak czy Żyd, czy Niemiec! Każdy z nich tak samo was wykorzystuje. Bo dla robotnika nie narodowość jest ważna, ale to, by mógł sam o sobie stanowić. By sam zarządzał miejscem, w którym pracuje, by miał wpływ na sposób, w jaki dzielone są zyski pochodzące z jego pracy. Nie narodowość jest dla nas wrogiem, ale sposób funkcjonowania państwa! Państwo jednak musi istnieć. Musi być jak dom, który trzeba urządzić, w którym można dopominać się swojego! Dlatego jednoczmy się! W gromadzie stanowimy siłę, z którą każdy będzie się musiał liczyć!
O Boże! – pomyślała Władeczka. – Toż to jasne jak słońce!
– Bo celem naszym jest, by wolność, prawo i sprawiedliwość zapanowały na całym świecie. Dlatego musi zwyciężyć wszechświatowa rewolucja! Bracia Rosjanie już zwyciężyli! Bracia Niemcy już niedługo utworzą swoją Republikę Rad! A my na co czekamy? Stwórzmy naszą polską republikę!
Władeczka nie zauważyła, kiedy ta Kostrzewa ze zwykłej, zaniedbanej kobiety przekształciła się w przywódcę, za którym ona poszłaby na kraj świata! Wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana tak bardzo, że nie zauważyła, jak jeden z tych, którzy towarzyszyli Werze, przygląda się jej.
Wtedy obudził się śpiący Zygmuś. Oprzytomniała. Odwróciła się, by wyjść na korytarz i tam go na nowo uśpić, by nie przeszkadzał w zebraniu, ale właśnie odwracając się, zaczepiła wzrokiem o nieznajomego. Uśmiechnął się do niej, odsłaniając ładne, białe zęby. Miał na sobie niezniszczony garnitur i czystą, świeżą koszulę. Był gładko ogolony. Władeczce przyszło do głowy, że wyglądał tak, jakby pachniał wodą kolońską! Wydał jej się bardzo elegancki! Ale nie miała czasu, by zamienić z nim choćby słowo, bo Zygmuś już się rozpłakał na całego.
Od 1922 r. ten plac nazywa się Placem Zbawiciela.
O Emilii z Sucheckich Żarskiej piszę w tomie Tango dla trojga.2
Doktor Joanna Demelówna,
Warszawa, 11 listopada 1918 roku
11 listopada 1918 roku Joanna Demelówna siedziała w swoim pokoju i przeglądała wycinki prasowe dotyczące epidemii dziwnej choroby panoszącej się wśród żołnierzy w Północnej Ameryce. Przebiegała ona stosunkowo łagodnie, ale Joannę niepokoiła łatwość, z jaką się rozprzestrzeniała.
W domu panowała cisza, choć mieli sporo gości, a pora była przedobiednia. Wszyscy jednak, nawet dziadkowie, wyszli na balkon. W skupieniu nad pracą przeszkadzał jej jedynie harmider za oknem, ale tym razem nie mogła mieć pretensji do ludzi hałasujących na ulicy. Uśmiechnęła się leciutko, choć nie zdarzało jej się to zbyt często. Nastroje euforii zdawały się przenikać przez szyby okien i docierać aż tu, i nawet osoba tak zdyscyplinowana i surowa dla siebie jak ona musiała przyznać, że poddaje się im, że pozwala tej atmosferze, która ogarnęła całą Warszawę, ba! cały kraj, zaburzać swój rytm pracy.
Okna pokoju Joanny wychodziły na ulicę Moniuszki. Naprzeciwko znajdował się pensjonat prowadzony przez Wandę Romanówną, a u niej od wczoraj zamieszkał na drugim piętrze w specjalnie przygotowanym apartamencie Józef Piłsudski. Zjechał niespodzianie. Co prawda już od kilku dni krążyły wieści o tym, że został zwolniony z twierdzy w Magdeburgu, że lada dzień dotrze do Warszawy. Nawet codziennie wokół Dworca Głównego stojącego przy skrzyżowaniu najważniejszych warszawskich ulic, Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, gromadziły się tłumy. Ale on przyjechał w niedzielę o siódmej rano, kiedy całe miasto spało jeszcze, wypoczywając po szaleństwach jednych z ostatnich przedadwentowych bali, dansingów, fajfów czy gdzie tam kto bywał.
Joanna oczywiście nie bywała.
Pochyliła się znowu nad papierami. Wyciągnęła z nich notatki dotyczące pojawiających się także w Europie przypadków tej dziwnej infekcji. Te miały już znacznie cięższy przebieg. Choroba atakowała płuca, rozprzestrzeniała się gwałtownie w organizmie, często ze skutkiem śmiertelnym. Jej przebieg przypominał dżumę płucną, najgroźniejszą postać choroby, która dziesiątkowała ludzkość od średniowiecza, ale jak na dżumę odznaczała się bardzo małą śmiertelnością. Gdyby mieli do czynienia z grypą lub, jak ją inaczej nazywano, influenzą, to musiałaby być to jakaś szczególnie zjadliwa jej odmiana.
Sprawa tej dziwnej choroby zainteresowała doktor Demel, bo coraz więcej takich przypadków odnotowywano w Warszawie, a wczoraj na jej oddziale w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc zmarł pacjent z gwałtownymi grypowymi objawami. Joanna trudno się godziła ze śmiercią któregoś ze swoich podopiecznych. Koledzy mówili, że to sprawa jej płci i ta nadmierna, jak twierdzili, wrażliwość uniemożliwi jej wykonywanie zawodu, który z takim trudem zdobyła.
– Niedoczekanie! – mruknęła pod nosem i znowu zagłębiła się w pracy.
Upór, konsekwencja i pracowitość! To były jej wytyczne w życiu. Stanowiły broń przed izolacją, bezsensem istnienia i upokarzającą świadomością, że jedynym uczuciem, jakie może wzbudzać taki ktoś jak ona, jest litość. Na to Joanna nigdy nie pozwoli!
Za oknem wybuchł nagle harmider okrzyków, z których doktor Demelówna nie była w stanie wyłowić żadnych sensownych słów, a potem głosy połączyły się.
– Jeszcze Polska nie zginęła! – huknęło.
Z wysiłkiem wstała zza biurka. Nie sięgnęła po laskę, tylko opierając się o stojącą niedaleko komodę i półki z książkami, dokuśtykała do okna.
Cała przestrzeń wąskiej uliczki wypełniona była ludźmi. Stali głowa przy głowie, a każda zadarta, każda wpatrująca się w górę na udekorowany narodowymi barwami balkon na drugim piętrze.
Pojawił się na nim wąsaty człowiek. Uniósł ręce do góry i gestem poprosił o ciszę. Gwar zamarł. Tylko gdzieś z dala, z placyku koło filharmonii i jeszcze dalej, gdzie także stał tłum, dobiegał szmer. Tam już nikt nie miał szans na usłyszenie tego, co powie Piłsudski.
Ale Joanna miała.
Otworzyła okno. Chłód i wilgotne powietrze wdarły się do środka. Poczuła na twarzy drobniusieńkie kropelki mżawki.
– Obywatele! – zawołał Piłsudski, a jego silny głos poniósł się nad głowami. – Bardzo gorąco dziękuję Wam za to przyjęcie tak serdeczne, któreście mi zgotowali. Po raz już trzeci wita mnie Warszawa, a wita mnie jako tego, który krew i życie swoje każdej chwili ojczyźnie i ludowi polskiemu oddać gotów!
Słuchała tych słów z rezerwą. Tak, jej też udzielił się nastrój powszechnego entuzjazmu, ale rozsądek nie pozwalał zapomnieć, przed jak wielkimi trudnościami staje zmartwychwstająca Polska. Przecież przez jej tereny przetoczył się wojenny walec. Rosjanie, nie chcąc zostawiać niczego wartościowego w rękach wypierających ich z naszych terenów Niemców, niszczyli wszystko, co tylko się dało. Ziemia leżała odłogiem, wsie popalono, miasta zrujnowano, a wszystkie fabryki, zakłady ograbiono. Granice nieustalone, a w Rosji i w Niemczech po władzę sięgała bolszewicka zaraza, której Joannę nauczono się bać. Wymizerowani latami wojny ludzie teraz będą się domagać, by nowe państwo załatwiło ich wszystkie potrzeby. A tak się nie da. Gdzie się zwrócą po pomoc? Może właśnie do tej idei, która nakazuje wszystko grabić, a budować sama nie potrafi?
Joanna nie była optymistką, ale w ten jeden dzień postanowiła się cieszyć.
Dziewczyna wychyliła się nieco z okna i spojrzała w lewo. Tam znajdował się balkon, na który można było wyjść z salonu ich mieszkania. Stali na nim wszyscy domownicy, nawet dziadkowie. Państwo Sucheccy byli już bardzo starzy. Dziadek Piotr przekroczył osiemdziesiątkę, a babcia Aurelia, choć sporo młodsza od niego, nie wyglądała dobrze. Coś jej doskwierało. Joanna powinna się nią zająć, ale starsza pani jak ognia bała się lekarzy, nawet jeśli tym lekarzem była jej własna wnuczka.
I pomyśleć, że to właśnie przez nią panna Demelówna uparła się zdobyć wykształcenie. Opowieści babci o tym, jak z dalekiego Omska pojechała do Petersburga, by tam studiować medycynę na kursach bestużewskich, a potem jej te kursy zamknęli i dlatego wyszła za mąż za dziadka Piotra, były tak pełne tęsknoty za niezrealizowanym marzeniem, że Joanna się tymi marzeniami zaraziła. Choć wykłady na kursach w kilka lat potem wznowiono i dziewczyna mogła pójść drogą babci, to jednak nie miała już zaufania do petersburskiej uczelni. Wybrała Kraków.
Tuż za babcią stał tatko i otulał swoją teściową karakułowym futrem. Robiło się zimno i tylko patrzeć, kiedy mżawka zamieni się w śnieg.
Tatko to inżynier Wacław Demel, jeden z najlepszych specjalistów od elektryczności, człowiek, którego Joanna najbardziej na świecie szanowała. Wyglądał nobliwie: wysoki, o żołnierskiej postawie, ubrany w paltot, w cylindrze i okularach w złotych oprawkach na nosie. Zwykle opanowany, teraz uśmiechał się radośnie i Joanna miała wrażenie, że w jego oczach błysnęły łzy. Ale może to tylko ta mżawka?
Jej równie dystyngowana mama, Krystyna, Krysiulka, jak mawiał tatko, poprawiała biało-czerwoną szarfę, którą kazała ozdobić balkon. Niższa od ojca, ale także postawna i elegancka, w niewielkim kapelusiku na ciemnych, już lekko przetykanych siwizną włosach, wpatrywała się z entuzjazmem w balkon stojącej naprzeciwko kamienicy.
Była tam także jej siostra Odetta, zwana w rodzinie Otusią, która oryginalne imię zawdzięczała miłości ojca do Czajkowskiego. Otusia jak zwykle zachowywała się zupełnie niepoważnie. Machała trzymanymi w rękach małymi chorągiewkami, przesyłała całusy komuś stojącemu pod ich balkonem, śmiała się głośno. Aż ojciec musiał ją trochę mitygować, bo zagłuszała słowa Piłsudskiego, ale uczynił to jak zwykle ciepło i łagodnie.
Joanna uważała, że rodzice za bardzo rozpieszczają Otusię, ale sama też często ulegała urokowi siostry.
Znajomi mówili, że tak w zasadzie są do siebie podobne. Że nawet Joanna byłaby od Otusi piękniejsza, gdyby nie to, co się stało prawie dwadzieścia lat temu. Obie miały ciemne, wijące się włosy, tylko u Joanny zwykle były spięte w gładki kok, z którego jednak wymykały się czasem jakieś drobne skręcone loczki, a u Otusi opadały na kark ledwie ujęte wstążką. Obie miały wyraziste oczy koloru dobrze wypieczonego piernika, tylko u Joanny patrzące poważnie i ze skupieniem, a u Otusi rozfiglowane. Obie też cerę miały mleczną, zaróżowioną delikatnym rumieńcem. Usta u Otusi skore były do swawolnych uśmiechów, a u Joanny pełne, trochę niepasujące do reszty, bo zmysłowe, stworzone do pocałunków. Ale to chyba na ironię, bo Joanna nie pozwalała sobie na tak niestosowne oczekiwania czy marzenia.
Za Otusią stał jeszcze jakiś ich krewny, także Suchecki, którego Joanna widziała po raz pierwszy w życiu. Przyciągnęła go tu ze sobą pani Maria Suchecka, zaprzyjaźniona z ciotką Joanny, czyli przyrodnią siostrą mamy, Emilią Walewską.
Pani Maria zwracała uwagę niezwykłą elegancją i strojem zgodnym z najnowszymi trendami mody. Miała niezbyt ładną, trochę nieregularną twarz i wspaniałe, pszeniczne, grube włosy krótko obcięte na modnego w Paryżu boba. W Warszawie jeszcze niewiele kobiet odważało się skrócić włosy. Ubrana była w garsonkę, której krój nawiązywał do wojskowego munduru, i w niewielki, głęboko nasunięty na oczy kapelusik.
Pani Emilia za to epatowała artystycznym wyglądem. Zwiewna, luźna sukienka sięgająca do pół łydki połyskiwała seledynem podkreślonym bajecznie kolorowym szyfonowym szalem. Trzymała pod pachą swoją książkę, wydaną niedawno przez panów Trzaskę, Everta i Michalskiego, którzy szykowali się do otworzenia dużego domu wydawniczego. Pani Emilia była bowiem pisarką, ciągle jeszcze mało znaną, ale ona i jej mąż wierzyli, że ten stan rzeczy wkrótce się zmieni.
Piłsudski skończył przemawiać. Stał jeszcze chwilę, przyglądając się tłumowi, a potem zniknął za szklanymi drzwiami balkonu. Tłum jednak się nie rozchodził. Czekał nie wiadomo na co.
To zirytowało Joannę. Już przecież czwartego listopada działająca przy Radzie Regencyjnej komisja zdrowia wydała stosowne zalecenia. Należało zasłaniać usta i nos, częściej myć ręce, unikać dużych skupisk ludzi, nie wolno było spluwać na ulicach. Całe miasto obwieszone było plakatami ostrzegającymi przed zagrożeniem epidemiologicznym. I co? I nic. Ludzie nie przejmowali się tym zagrożeniem. Tak spowszedniała im śmierć w czasie ledwie zakończonej wojny? Tak potaniało ludzkie życie? Przyjazd Piłsudskiego był dla nich ważniejszą sprawą, nadchodząca wolność tym bardziej.
Joanna to wszystko rozumiała, tylko…
Westchnęła ciężko pod wpływem tej myśli, sięgnęła po laskę i wyszła ze swojego pokoju. Z jadalni dobiegał dźwięk dzwonka wzywającego na posiłek.
Pokój Joanny, salon i jadalnia miały okna wychodzące na Moniuszki. Reszta pomieszczeń wielkiego, siedmiopokojowego mieszkania na pierwszym piętrze, które zajmował inżynier Demel z rodziną, miały okna skierowane na podwórze.
– Będzie nam bardzo miło gościć państwa na obiedzie – dobiegł Joannę głos jej ojca.
W jadalni zastała całą liczną rodzinę. Młody, nieznany jej Suchecki krygował się i wymawiał od zaproszenia niezręcznie i nieszczerze. Zachwyconym wzrokiem zerkał co chwila na Otusię i widać było, że chciałby spędzić w jej towarzystwie jeszcze trochę czasu.
Joanna to zauważyła i poczuła lekką przykrość, ale zaraz stłumiła to uczucie. Z jakiego niby powodu miałoby być jej przykro? Przecież to, czy jakiś mężczyzna zwróci na nią uwagę, spojrzy choćby z nikłym zainteresowaniem, to sprawa jej niedotycząca, więc powinna znaleźć się poza myślą, poza emocją, poza marzeniem. Dawno tak postanowiła.
A ten człowiek zwracał na siebie uwagę jakąś prowincjonalną niezręcznością i wypomadowaną fryzurą z przedziałkiem pośrodku, co tchnęło minionym już dosyć dawno dziewiętnastym stuleciem.
Wszyscy zajęli miejsca przy stole, czekali tylko na nią.
– Doktor Stefan Suchecki – ojciec przedstawił gościa – przyjechał do stolicy z Pułtuska. Czym pan chce się tutaj zajmować?
Młody człowiek już ochłonął, bo ukłonił się z miłym uśmiechem.
– Dostałem od swojego promotora propozycję przyjęcia posady w Szpitalu Świętego Ducha połączonej z pracą naukową dotyczącą rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Teraz, po tak wyniszczającej wojnie, to okazuje się już bardzo poważnym problemem.
Joanna chętnie porozmawiałaby na ten temat, ale nie było okazji, bo Adela, poczciwa kobieta od wielu lat pełniąca funkcję kucharki w domu inżynierostwa, postawiła na stole salaterkę z sałatką kartoflaną, a na osobnych półmiskach pasztet i rybę w galarecie, wreszcie na koniec rogaliki ze śliwkowymi powidłami i dzbanek z kwasem chlebowym dla chętnych. Potrawy były niewykwintne, ale ciągle mimo zakończonej wojny dawały się odczuć braki w zaopatrzeniu.
– Pisał mi mój brat z Krakowa, że Galicja już cała jest wolna od wojsk austriackich, a pierwsze były Tarnów i Kraków – zagaiła rozmowę pani Krystyna, nalewając z samowara herbatę do delikatnych filiżanek.
– W Warszawie tak samo już niedługo będzie. Dni Rady Regencyjnej są policzone, zwłaszcza po przyjeździe Piłsudskiego – dopowiedział jej mąż.
– Bardzo wdzięczny jestem państwu za to zaproszenie. To, co się teraz dzieje tu, na tej ulicy, ma historyczne znaczenie, a mogłem na to wszystko patrzeć z państwa balkonu.
Suchecki niby zwracał się do obojga Demelów, ale ciągle zerkał na Otusię, a ta zachowywała się karygodnie. Joanna dziwiła się rodzicom, że tego nie widzą. To wpatrywała się w młodego lekarza, to spuszczała oczy i tylko z ukosa zza rzęs rzucała mu niby ukradkowe spojrzenia, to uśmiechała się do niego figlarnie, to udawała, że popada w zadumę.
Joanna dobrze znała swoją młodszą siostrę i doskonale wiedziała, co to znaczy. Mała próbowała na poważnym człowieku siły swojego uroku. Bo Otusia nie mogła znieść w swoim otoczeniu młodego mężczyzny, który nie poddałby się jej wdziękowi, nie biegł na każde wezwanie, nie wzdychał i nie słał zachwyconych spojrzeń. Joanna widziała, że zabiegi jej siostry odnoszą skutek, że doktorowi Sucheckiemu coraz trudniej było oderwać oczy od tych wszystkich minek. Żal się jej go zrobiło, bo doskonale wiedziała, że na drugi dzień Odetta zajmie się następnym nieszczęśnikiem, a o doktorze nie będzie już pamiętać.
– Co pan sądzi o tej nowej chorobie, która pokazała się już w Galicji? – spytała, by ochronić go przed dalszymi zabiegami Otusi. – Społeczeństwo warszawskie mało to obchodzi, a ja dziś miałam na swoim oddziale w szpitalu jej pierwszą śmiertelną ofiarę.
– Chyba za bardzo się tym przejmujesz, córeczko, to nie cholera albo tyfus – odpowiedział za Stefana ojciec. – Moja córka ma obsesję na temat grypy. Zbiera wszystkie doniesienia dotyczące tego.
– Słyszałem o pani doktor – Suchecki uniósł się lekko znad krzesła, by jej się ukłonić – ale byłem przekonany, że zajmuje się pani pediatrią, to choć trochę bardziej kobiece.
Cała sympatia, jaką wzbudził w Joannie do tej pory ten człowiek, zniknęła jak sen złoty. Następny, który będzie dowodził, że medycyna jest zbyt poważną sprawą, by zajmowały się nią kobiety. Ostatecznie, jak widać, mogły się zajmować chorymi dziećmi, ale niczym więcej.
– A co do tej choroby, to jej śmiertelność wydaje się nikła. W porównaniu do cholery, na którą umiera co drugi zarażony, czy tyfusu. Naprawdę nie ma się czym przejmować, droga pani.
Ton, jakim to powiedział, do żywego dotknął Joannę, bo pod gładką uprzejmością tliło się lekceważenie. Zdążyła się już do tego przez lata studiów przyzwyczaić, ale bolało ją to stale tak samo.
– Myślę, że nie ma pan racji. Tu wiele zależy od skali zachorowań. Jeśli nawet umrze co setny zarażony, a ich będą miliony, to mamy setki tysięcy śmierci. Cholera czy tyfus zwykle grasują na ograniczonym terytorium, a ta choroba objęła cały świat. W Ameryce…
– To daleko, córko! – ojciec przerwał jej stanowczo.
Wspierał ją zawsze w dążeniu do wiedzy, opłacił drogie studia, ale nie lubił, kiedy w ferworze dyskusji przekraczała pewne granice, które Joanna w myślach złośliwie nazywała granicami niewieściej skromności w pokazywaniu, że się ma rozum.
Jednak jej zdaniem te granice przekraczać należało. Wszelkie granice zniewalające kobiety. Zresztą już były przekraczane, choćby w ubiorze. Suknie zaczęły odsłaniać kostkę, a czasem nawet i pół łydki. Rzecz do niedawna niebywała! Kobiety odgrywały coraz większą rolę, szczególnie podczas kończącej się wojny. Organizowały nowe szpitale dla rannych, zastępowały mężczyzn w życiu gospodarczym, gdy ci ruszyli na front. Ba! Nawet same uczestniczyły w walkach. Jednak pan Wacław Demel, choć taki światły i postępowy, w kwestii kobiet zatrzymał się jakby w pół kroku. Rozumiał ich pęd do wiedzy, ale to nie znaczyło jego zdaniem, że trzeba od razu burzyć cały porządek społeczny! Dla Joanny też głos ojca był święty i zawsze się przed jego nakazami uginała.
– A w tym liście jest też dodatek dla ciebie, Joasiu – powiedziała pani Krystyna, nie przejmując się słowami męża, po czym przyniosła grubą szarą kopertę.
Były w niej prasowe wycinki i kilka kartek zapisanych równym, starannym pismem. Ciekawość była zbyt wielka. Joanna zerknęła na wycinki i zaczęła czytać:
– „Głos Narodu” z dwudziestego drugiego października pisze: całe gminy leżą w ogromnej gorączce, wielu chorym bucha krew z ust i nosa. Kto się zaziębi, umiera. Nie ma kto…
– Asieńko, nie przy kolacji – Otusia przerwała jej rozkapryszonym tonem, ale w jej oczach pojawił się strach. To, o czym czytała Joanna, było okropne! – I co sobie o nas pomyśli pan Suchecki?
– Pan Suchecki dopiero teraz czuje, że je kolację z rodziną, której nie obce są problemy współczesności – młody lekarz odpowiedział jej z uśmiechem – ale ma pani rację, to nie jest temat na rozmowy przy stole.
By potwierdzić szczerość skruchy wyrażanej w imieniu Joanny, solidnie ucałował dłoń pani Krystyny niejako w zastępstwie, bo wolałby, by to była rączka Otusi.
– Wcześniej czy później ta grypa nas dopadnie i nie będzie już tylko tematem niestosownej rozmowy przy kolacji – powiedziała jeszcze Joanna, czując narastającą odrazę do całego świata, i zamilkła.
Razem z nią zamilkła cała reszta, nawet Otusia zaprzestała uprawiania swoich czarów na Sucheckim. Trzeba było nie lada kunsztu, by znowu rozniecić już bardziej stosowną rozmowę i pani Krystyna się tym kunsztem wykazała.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Autentyczne przemówienie Piłsudskiego z balkonu pensjonatu Wandy Romanówny, cyt. za: L. Wyszczelski, Warszawa. Listopad 1918, Warszawa 2008, s. 190.
Aktem 5 listopada 1916 r. Niemcy i Austro-Węgry powołały na okupowanych przez siebie terenach uzależnione od nich Królestwo Polskie, którym w zastępstwie niepowołanego króla miała rządzić Rada Regencyjna.