Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dwoje nad przepaścią - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
11 kwietnia 2026
40,00
4000 pkt
punktów Virtualo

Dwoje nad przepaścią - ebook

Ona go nie cierpi. On jej potrzebuje. Czy przetrwają, zdani wyłącznie na siebie?

Zander Rune kiedyś był ulubieńcem tłumów, a teraz jest złym chłopcem Hollywoodu i problemem producentów. Musi jak najszybciej naprawić swój publiczny wizerunek, inaczej straci rolę życia, a jego marzenia legną w gruzach.

Charlie Hart to zwyczajna nastolatka, która nie cierpi wszystkiego, co reprezentuje sobą Zander. Za sprawą przebiegłego planu najlepszej przyjaciółki oraz niespodziewanego konkursu w mediach społecznościowych musi udawać największą fankę Zandera. Pod opieką słynnego specjalisty od survivalu Rykona Hawke’a wyruszają razem na czterodniową wyprawę nagrywaną na potrzeby jego reality show.

Nie mają wyboru! Jeśli chcą przetrwać, muszą sobie zaufać.

„Genialna twórczyni o niesamowitej wyobraźni”

Sarah J. Maas

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68625-61-5
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Nigdy nie obawiałem się śmierci.

Może ze względu na swój wiek, bo jestem nastolatkiem i cieszę się idealnym zdrowiem.

Może dlatego, że śmierć przyjdzie po nas wszystkich i strach przed nieuniknionym nie ma sensu.

Albo dlatego, że nigdy nie zastanawiałem się zbyt głęboko nad swoją śmiertelnością. Traktowałem ją jak coś, co będę kontemplował w odległej przyszłości, może w trakcie kryzysu wieku średniego albo zmagania się z innymi problemami egzystencjalnymi.

Gdybym wiedział, że niedługo będę błądził na odludziu i runę z olbrzymiego wodospadu na spotkanie ze śmiercią, może poświęciłbym nieco więcej uwagi życiu i jego kresowi.

Teraz jednak już za późno na takie refleksje.

Za późno na cokolwiek.

Kiedy uderzam o twardą powierzchnię szalejącej lodowatej rzeki, nie mam czasu na strach przed tym, co zaraz nadejdzie. Nie mam nawet czasu na żal za wszystkim, co stracę, za życiem, które mógłbym wieść, za marzeniami, które nigdy się nie spełnią. Mam czas na tylko jedną jedyną myśl, jedyne odczucie, zanim ciemność pochłonie wszystko.

Ból.ZANDER

W chwili, gdy wysiadam z windy wieżowca i wchodzę do biura mojego agenta, promienie słońca wpadające przez wysokie na całą ścianę okna bezlitośnie mnie atakują. Syczę, osłaniając piekące oczy przed bezchmurnym niebem nad Los Angeles.

Słyszę niezadowolone cmokanie, a potem głęboki głos, który mówi:

– Może i odbębniłeś prace społeczne, ale nadal musisz zachować trzeźwość. Chyba że chcesz wrócić na odwyk?

Mrużąc oczy, w końcu odnajduję wzrokiem mojego agenta, Gabriela Kinga. Odpoczywa na sofie z kremowej skóry i przygląda mi się znad kubka kawy na wynos.

– Nie mam kaca. – Ten zarzut jest tak niesprawiedliwy, że aż piecze mnie w piersi. Do tego dochodzi poczucie winy, wstyd i, co najgorsze, żal. Natychmiast to wszystko tłumię. – Twoje biuro równie dobrze mogłoby znajdować się na słońcu. Znasz taki wynalazek jak rolety?

– Potrzebuję dawki witaminy D – odpowiada Gabe i wystawia śniade ramię na słońce.

Z podwiniętymi do łokci rękawami i rozpiętym kołnierzykiem wykrochmalonej koszuli wygląda mniej schludnie niż zazwyczaj. To, że zaprosił mnie do swojego biura, nie wróży nic dobrego. Zwykle rozmawiamy przez telefon, zwłaszcza ostatnio, kiedy bardzo staram się unikać paparazzi.

Gabe wskazuje na stojącą naprzeciwko niego identyczną sofę z kremowej skóry.

– Usiądź, Zander.

Idę tam, próbując ignorować nieprzyjemny ucisk w brzuchu. Gabe to nie tylko mój agent, ale i przyjaciel, w zasadzie niemal substytut ojca. Wspierał mnie, odkąd jako kompletny naturszczyk przyjąłem wyzwanie i poszedłem na casting do filmu na motywach popularnej serii książek dla dzieci. Zaskoczyłem wszystkich, bo dostałem główną rolę. Franczyza _Zagubieni dziedzice_ okazała się takim sukcesem, że nakręcono cztery kinowe hity, i z dnia na dzień przyniosła mi sławę. Reporterzy nieustannie powtarzają, że moje życie to prawdziwa hollywoodzka bajka. Gabe towarzyszył mi w tej drodze na każdym kroku. Umowy, scenariusze, promocja, wywiady, fani, media społecznościowe – nie miałem pojęcia, co robię, dopóki się nie zjawił i nie przejął kontroli, gdy zatrudniłem go jako dwunastolatek. Teraz, w wieku osiemnastu lat, nadal nie mam pojęcia, co robię. Okazuje się jednak, że jedyne, na czym się znam, to aktorstwo, a co więcej, naprawdę je lubię. Wnikam do umysłu bohatera, gdy reżyser wykrzykuje: „Akcja!” i aż do chwili, w której oznajmia: „Koniec zdjęć!” czuję, że żyję. Czuję się wolny. Jestem jednym z niewielu szczęśliwców, którzy odnaleźli swoje powołanie, i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym robić cokolwiek innego.

Może dlatego tak się denerwuję, siadając naprzeciwko Gabe’a. Jeszcze nie widziałem, żeby kiedykolwiek miał tak zrezygnowaną minę i głęboki smutek w oczach.

Smutek z mojego powodu.

– Od razu przejdę do rzeczy – oznajmia Gabe bez ogródek, bo nie lubi tracić czasu. – Studio grozi, że znajdzie innego odtwórcę roli Titana Wolfe’a.

Czuję się tak, jakby coś we mnie umarło.

– Po tej całej sprawie z Summer i tak wszyscy przypięli ci łatkę niegrzecznego chłopaka – ciągnie Gabe, a kiedy otwieram usta, żeby zaprotestować, ucisza mnie wzrokiem. – Prawda jest bez znaczenia, Zan, to Hollywood. – Jego słowa brzmią stanowczo, ale głos ma skruszony. – Jasne, że masz talent, charyzmę i... cóż, całą resztę, ale zrobiłeś sobie wroga w osobie jednego z najbardziej wpływowych reżyserów w branży. Twoja reputacja legła w gruzach, a my staramy się ograniczyć straty. – Wbija we mnie spojrzenie ciemnych oczu. – Sam wiesz, za ile sznurków musiałem pociągnąć, żebyś trafił na casting do _Wojny Titana_. Docenili twoje umiejętności na tyle, żeby obsadzić cię w głównej roli, ale nie dziw się, że są ostrożni, zwłaszcza po ostatnich zarzutach jazdy pod wpływem. W zasadzie mają trochę racji, powołując się na naruszenie warunków umowy. Jestem szczerze zdziwiony, że grożą ci tylko wylaniem.

Zaciskam zęby i wyglądam przez olbrzymie okno, ale ostatnie zdanie mnie zaskakuje.

– Czyli nie... – Mam zachrypnięty głos, więc kaszlę i próbuję od nowa. – Tylko grożą? To znaczy, że nie zerwali umowy?

Gabe powoli upija łyk kawy.

– Jeszcze nie.

Głośno wypuszczam powietrze z płuc, ale ulga nie trwa długo.

– Kiepsko to wygląda, młody.

Łagodność w jego głosie uświadamia mi, że sytuacja jest poważna. Właśnie z tego powodu – oraz dlatego, że kariera jest dla mnie wszystkim – prostuję się i pytam:

– Jak to naprawić?

Mógłby powiedzieć cokolwiek, a ja i tak bym to zrobił. Nie mam niczego poza aktorstwem. Gdyby przepadło, przepadłbym wraz z nim.

Gabe znowu popija kawę.

– Musimy podreperować twój wizerunek – oznajmia w końcu.

Marszczę brwi, bo to przecież oczywiste.

– I mamy na to tylko dwa tygodnie – dodaje, a moje serce zamiera.

– Dwa tygodnie?

Kiwa głową, po czym stawia kawę na małym stoliku pomiędzy nami i sięga po tablet.

– Pod twoją nieobecność Val próbowała przekonać producentów...

Mówi to tak, jakbym wyjechał na wakacje, a nie odbywał nakazane wyrokiem sądu prace społeczne i zaliczał odwyk. Jedno i drugie było niczym symboliczny klaps w porównaniu z tym, jak mogłoby się to skończyć.

– ...ale chcą kręcić jak najszybciej, co w praktyce oznacza, że potrzebują kogoś nowego na wczoraj. Val udało się wytargować dwa tygodnie, jednak twierdzi, że musisz dokonać czegoś w rodzaju cudu, żeby cię zatrzymali.

Wychylam się w jego kierunku i pocieram twarz dłonią. Valentina Martinez, reżyserka _Wojny Titana_, należy do grona moich najzagorzalszych orędowników, między
innymi to właśnie dzięki niej dostałem główną rolę w produkcji, którą media już ochrzciły „filmem dekady”, mimo że zdjęcia jeszcze się nie rozpoczęły. Val ma w nosie plotki, interesuje ją jedynie jej artystyczna wizja. Podobno obejrzała materiał ze mną i kazała reżyserowi castingu ściągnąć mnie na czytanie tekstu razem z odtwórczynią głównej roli żeńskiej, żeby sprawdzić, czy łączy nas chemia. Wtedy tego nie wiedziałem, ale byłem jedynym aktorem, którego powrotu zażądała osobiście. Od początku wyobrażała sobie mnie jako Titana Wolfe’a. Jeśli stracę tę rolę, będzie niemal równie załamana jak ja.

Niemal.

– Czy mówili coś o tym jak... jak miałbym się wykazać? – pytam Gabe’a, lekko się zacinając.

Jak mam udowodnić, że nie jestem człowiekiem, za jakiego mnie uważają, skoro cały świat w to wierzy?

– Nic konkretnego. – Gabe przesuwa palcem po ekranie tabletu. – Ale Val i ja sporo o tym rozmawialiśmy i... – Stuka w ekran, po czym znowu na mnie spogląda. – Val ma pewien pomysł.

Wskazuje głową ścianę gabinetu, do której przymocowano telewizor. Na wygaszaczu ekranu widać fale rozbijające się o brzeg. Gabe znowu stuka w ekran tabletu, wygaszasz znika, a pojawia się nagranie z nastolatkiem na niebieskiej sofie, rozbawionym czymś, co powiedział dziennikarz prowadzący wywiad. Dźwięk jest wyciszony, ale pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj.

Ten chłopiec to ja, cztery lata temu, podczas tournée prasowego w ramach promocji drugiej części _Zagubionych dziedziców_. Właśnie skończyłem czternaście lat i po sukcesie pierwszej części wszystkie najważniejsze talk-show na świecie zaprosiły mnie na wywiad. Zwykle pojawiałem się sam, czasem razem z kolegami z planu.

Nie odrywam wzroku od telewizora. Trudno mi uwierzyć, jak niewinnie wtedy wyglądałem. Jak... pozytywnie. Dziwnie tak patrzeć na siebie – coś mi każe myśleć, że osoba na ekranie to ktoś inny. Jakiś dzieciak, który podbija widownię, odgarniając włosy w niezwykłym srebrzystym odcieniu i w odpowiednim momencie mrugając niepokojąco błękitnymi oczami prosto do kamery. Omal nie parskam śmiechem, kiedy widzę, jak chłopak próbuje oczarować widzów, jednak udaje mi się powstrzymać. Częściowo dlatego, że jestem świadomy uważnego spojrzenia Gabe’a, a częściowo dlatego, że zmagam się z emocjami, które walczą o moją uwagę. Zazdroszczę samemu sobie, co nie ma sensu, ale to uczucie zdominowało wszystkie inne.

– Musimy do tego wrócić – mówi Gabe cicho. – Albo do starszej, bardziej doświadczonej wersji. – Zatrzymuje obraz na czternastoletnim mnie, uśmiechniętym tak radośnie, że roztapia serca ludzi na całym świecie. – Musimy znowu wydobyć tę ludzką stronę ciebie. Niewinność, szczerość, wrodzone dobro, dzięki którym ludzie cię pokochali. To właśnie trzeba pokazać wszystkim – chcemy, żeby znowu zobaczyli ciebie, a nie „Zandera Rune’a, niegrzecznego chłopaka Hollywoodu”.

To przezwisko doprowadza mnie do szału.

– Nie jestem...

– Wiem, Zan – przerywa mi Gabe, tracąc cierpliwość. – Ale to nie mnie musisz przekonać.

Głośno wypuszczam powietrze z ust i powtarzam sobie w myślach, że Gabe tylko próbuje mi pomóc.

– Mówiłeś, że Val wpadła na jakiś pomysł? – Wskazuję ręką na ekran telewizora. – Co to ma z tym wspólnego?

Gabe nerwowo poprawia się na sofie, a ja zaczynam się niepokoić. Przewija nagranie do przodu, po czym znowu wciska pauzę, gdy dziennikarz prezentuje zdjęcie jeszcze młodszego mnie, siedmiolatka z wędką w dłoni, stojącego w sięgającym mu do łydek spienionym potoku. Aparat miał samowyzwalacz, więc mama i tata też się załapali. Obejmują mnie z obu stron i wszyscy się uśmiechamy.

Robię obojętną minę, kiedy odwracam się do Gabe’a, świadomy, że uważnie mnie obserwuje. Pamiętam, dlaczego dziennikarz pokazał mi właśnie to zdjęcie, tak jak pamiętam każde słowo tamtej rozmowy po tym, jak fotografia pojawiła się w telewizorach na całym świecie. Nie rozumiem jednak, po co Gabe wraca akurat do tego.

– Wcześniej skłamałem – przyznaje. – W zasadzie pomysł wyszedł ode mnie, nie od Val. Poprosiłem ją o pomoc, bo czas nas goni, a ona ma odpowiednie kontakty. Pracowała już z jego ekipą produkcyjną, więc zminimalizuje biurokrację i puści machinę w ruch, zanim miną twoje dwa tygodnie.

Milknie, jakby czekał na moją odpowiedź, ale ja mogę jedynie powtórzyć:

– Jego ekipą produkcyjną? – Zupełnie nie wiem, o co chodzi. – Czyją ekipą? I przy czym pracowała?

Gabe nie odpowiada od razu, tylko dopija resztki kawy.

– Ten pomysł... Nie spodoba ci się to.

Wahanie w jego głosie wystarczy, żebym przygotował się na najgorsze, w dodatku Gabe wzdycha, długo i głośno, po czym mówi:

– Jesteś zbyt utalentowanym aktorem, żeby studio i widzowie nie zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie
udajesz skruszonego, bo próbujesz znowu wkupić się w ich łaski. Dlatego potrzebujemy kogoś jeszcze, żeby wyeksponował ciebie takiego, jakiego ludzie chcą ujrzeć. Kogoś, kto im
przypomni, że nadal jesteś tamtym chłopcem, który rzucił
świat na kolana, i że twoje ostatnie wybryki to faza przejściowa. Kogoś, kto udowodni, że nadal jesteś wart zaangażowania i uwielbienia.

Czuję napięcie w każdym mięśniu w ciele.

– Mówisz „kogoś”, ale co to znaczy? – Przypominam sobie wzmiankę o ekipie produkcyjnej i ostrożnie pytam: – Kogo jeszcze wciągnąłeś w plan ratowania mojego wizerunku?

Gabe uśmiecha się leniwie, co uruchamia wszystkie dzwonki alarmowe w mojej głowie.

– Na tym polega genialność mojego pomysłu. – Znowu zaczyna stukać w tablet. – Nikt nie powie, że to ustawiliśmy, bo nikt nie zostanie „wciągnięty”, jeśli sam się na to nie zdecyduje. Jeśli będziesz trzeźwo myślał i zachowywał się nienagannie przez kilka dni, wrócisz do gry przed upływem tych dwóch tygodni.

Teraz już zupełnie niczego nie rozumiem, ale na widok spojrzenia Gabe’a gryzę się w język i grzecznie czekam. Tym razem mój agent nie wykorzystuje ekranu ściennego telewizora, nadal widnieje na nim zdjęcie z naszej jedynej rodzinnej wycieczki na łono natury. Powinienem był się zorientować, że to zapowiedź tego, co nastąpi, sposób Gabe’a na złagodzenie szoku informacyjnego, ale w życiu bym się nie domyślił, że ta fotografia posłużyła mu za inspirację i podpowiedziała, jak ocalić moją karierę.

Wyjaśnienie atakuje mnie z siłą tarana, kiedy Gabe odwraca tablet w moją stronę.

Wbijam wzrok we wstępną wersję komunikatu prasowego i mogę tylko zakląć pod nosem. Gabe nie mylił się w dwóch sprawach.

Jego pomysł jest genialny. I naprawdę cholernie mi się nie podoba.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij