-
nowość
-
promocja
Dziadek naszego kota - ebook
Dziadek naszego kota - ebook
Podczas pobytu dziadka i babci w sanatorium Krzysiek z mamą i siostrą przyjeżdżają do domu dziadków, aby zaopiekować się ich kotem. Zadanie wydaje się proste i przyjemne ale… nie z tym egzemplarzem! Kocisko, rasowy ragdoll o uroczym pyszczku, wszystkich terroryzuje! Nie toleruje hałasu, mięsko je tylko drobno pokrojone i o określonych, również nocnych porach, a światło w łazience musi być dla niego zawsze zapalone, inaczej nie skorzysta z kuwety, tylko... możecie się domyślić! Dziadek kocha swojego koteczka i uważa, że to są po prostu kocie rytuały, a nie – jak twierdzi mama – dziwactwa, które da się wyeliminować. Ale czy na pewno?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8208-748-2 |
| Rozmiar pliku: | 5,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To miały być zwyczajne wakacje. I rzeczywiście na początku takie były.
Najpierw rodzice chodzili jeszcze do pracy, a ja czekałem na wyjazd na obóz. Uwielbiałem takie czekanie. To była najfajniejsza rzecz, jaka się może zdarzyć dziesięcioletniemu człowiekowi – robienie niczego. Po tych wszystkich szkolnych udrękach – wstawaniu wczesnym rankiem, odrabianiu lekcji, przypominaniu sobie, co odrobić, tłumaczeniu mamie, dlaczego się nie odrobiło, siedzeniu w ławce, uczeniu się rzeczy, które człowiek uważa za, delikatnie mówiąc, nieprzydatne w dalszej perspektywie życiowej – wizja całego dnia spędzonego według własnego pomysłu była rajem.
Oczywiście mama miała dużo obiekcji co do tego raju. I bardzo dziwne teorie.
Na przykład, że pozostawia dziecko bez opieki. Samo słowo „dziecko” już obrażało moją dziesięcioletnią, męską dumę. Dzieckiem to była moja pięcioletnia siostra Ula. Ja byłem praktycznie nastolatkiem.
Albo że zrobię sobie bliżej niesprecyzowaną krzywdę. No to już było tak obraźliwe, że aż trudno o komentarz.
Ewentualnie, że spędzę cały dzień przed komputerem (niewykonalne z powodu ustawionej blokady rodzicielskiej – ja nazywałem ją „brakiem zaufania”, a mama „genialnym wynalazkiem ludzkości, który pozwala jej spokojnie spać”).
Padła nawet straszna propozycja zesłania mnie na półkolonie typu lato w mieście. Ooo, to mnie przeraziło nie na żarty! Gdyby mama się mocno zawzięła (w upieraniu się przy dbaniu o nasze „dobro” była wprost mistrzynią), wylądowałbym w dzielnicowym domu kultury z prędkością światła. A, powiedzmy sobie szczerze, półkolonie to diabelskie połączenie szkoły, wspomnień z przedszkola i straszliwej nudy. Broniłem się, jak mogłem, przed wizją wstawania bladym świtem, spacerów po mieście, zbiorowych posiłków i lepienia z gliny, czyli „zajęć rozwijających zdolności artystyczne”, jak to eufemistycznie określił organizator. Nieoczekiwanie z pomocą przyszła mi cena tego koszmaru. Mama przestudiowała dwa razy ulotkę reklamującą to więzienie ze spacerniakiem, uniosła brwi i powiedziała do taty: „No, to już przesada”. Wiedziałem, że moja niezależność jest uratowana.
Zatem co rano napawałem się świadomością, że nie muszę wstawać, z fałszywym żalem machałem na pożegnanie mojej siostrze, która – zainstalowana w dyżurnym przedszkolu – nawet nie udawała, że mi nie zazdrości, zamykałem drzwi za rodziną i zaczynałem celebrować wolność. Mogłem oglądać w telewizji, co chciałem (w sumie niewiele chciałem, ale liczył się fakt, że podejmowałem decyzję), jeździć z kolegami na rowerze bez tłumaczenia, ile można się włóczyć bez celu, jeść chleb z keczupem na śniadanie o dwunastej w południe, robić akrobacje na desce bez konieczności bezustannego odmachiwania mamie na dowód, że jeszcze żyję, albo bezczynnie leżeć, jeśli tylko przyszła mi na to ochota.
Kiedy już nasyciłem się wolnością i nicnierobieniem, to nawet dobrze zniosłem obozowe rygory w Szklarskiej Porębie. Potem wyjechaliśmy wszyscy razem nad morze i to nadal jeszcze były zwyczajne wakacje z:
۰ polowaniem na te dwie godziny ładnej pogody na plaży
۰ próbami kąpieli w wodzie, której odczuwalna temperatura była wartością jednocyfrową
۰ tłumaczeniem mamie, że lody z niebieskobrokatową, zastygającą polewą nie są „toksyczną chemią”, tylko wakacyjnym przysmakiem
۰ zapewnianiem „rocznego utrzymania właścicielowi wesołego miasteczka” (tata tak zawsze cedził przez zęby po odejściu od kasy)
۰ szukaniem kamieni do wbijania parawanu, a potem czterech parawanów (bo co któryś dzień z silniejszym bałtyckim wiatrem tata kupował kolejny)
۰ obowiązkowym wdychaniem jodu, czyli niekończącymi się, nudnymi spacerami po plaży w deszczu, wietrze i w zimowej kurtce
۰ odciąganiem Ulki od „stanowisk niszczenia włosów” (tak mama mówiła o doplataniu kolorowych warkoczyków)
۰ izolowaniem mnie od stoliczków z „niezbadanymi alergenami” (tak z kolei wyrażała się o zmywalnych tatuażach z henny)
۰ integrowaniem rodziny przy lekko zdekompletowanym chińczyku w mikrodomku z przeciekającym dyskretnie dachem.
Tak, to nadal były wakacje, które znałem.
A po powrocie, kiedy wytrzepaliśmy już piasek ze wszystkich rzeczy, wyleczyliśmy katary i przeziębienia nabyte w czasie uodparniającego wdychania jodu, sierpień zbliżał się ku końcowi, a w osiedlowej Biedronce pojawiła się pierwsza promocja opatrzona złowieszczym hasłem: „Witaj, szkoło!”, okazało się, że wakacje się dopiero zaczynają.
Zadzwoniła babcia.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_