-
nowość
Dzieci Behemota - ebook
Dzieci Behemota - ebook
Róża i Elik przez całe życie słyszeli, że świat poza Behemotem umiera. Betonowe ściany miały ich chronić, a system miał wiedzieć, co jest dla nich najlepsze. Kiedy odkrywają, że prawda została przed nimi ukryta, ucieczka staje się ich jedyną szansą. Wraz z grupą dzieci i kilkorgiem dorosłych próbują wysłać sygnał poza zasięg Behemota. System nie zamierza jednak pozwolić im odejść. Ścigani, przemoczeni i coraz bardziej bezsilni muszą nauczyć się sobie ufać. Nie są bohaterami. Są dziećmi — przestraszonymi, omylnymi i zdolnymi stracić wszystko. „Dzieci Behemota” to pełna napięcia i emocji dystopijna powieść dla młodzieży i młodych dorosłych. Historia o kontroli, strachu, odpowiedzialności i nadziei pojawiającej się wtedy, gdy wszystko wydaje się już stracone. Bo czasem najtrudniejsze nie jest otworzyć drzwi. Najtrudniejsze jest uwierzyć, że po drugiej stronie ktoś jeszcze słucha.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397461871 |
| Rozmiar pliku: | 4,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rano w Behemocie zaczynało się wcześniej, niż powinno.
Nie przez słońce.
Większość mieszkańców nigdy nie widziała prawdziwego świtu. Tutaj dzień uruchamiał system. Najpierw zapalały się główne arterie komunikacyjne. Potem segmenty mieszkalne. Na końcu boczne ciągi techniczne i niższe poziomy. Ludzie nauczyli się rozpoznawać porę dnia po kolorze lamp. W segmencie C-17 światło zawsze zapalało się zbyt gwałtownie. Róża otworzyła oczy dokładnie wtedy, gdy lampa nad drzwiami zamigotała trzy razy i rozbłysła pełną mocą. Przez chwilę leżała nieruchomo.
Nasłuchiwała.
Wentylacja pracowała ciężko gdzieś za ścianą. Kilka mieszkań dalej ktoś kaszlał długo i mokro. Z korytarza dochodził zgrzyt transportowego wózka.
Normalny poranek.
Dopiero wtedy usiadła.
Materac zatrzeszczał cicho.
Elik spał po drugiej stronie pokoju, zwinięty pod cienkim kocem tak ciasno, jakby próbował zajmować mniej miejsca, niż naprawdę zajmował. Jedna ręka wystawała spod materiału. W dłoni nadal ściskał zielony kapsel.
Róża westchnęła.
— Elik.
Nie poruszył się.
— Elik, wstawaj.
Mruknął coś niewyraźnie i naciągnął koc na głowę.
— Kolejka do wody już pewnie stoi.
To zadziałało natychmiast.
Koc opadł.
— Długa?
— Jak zawsze.
Usiadł gwałtownie i przetarł oczy. Miał sześć lat i bardzo poważnie traktował rzeczy, które uważał za ważne.
Woda była ważna.
Kapsle też.
— Pilnowałaś ich? — zapytał od razu.
Róża spojrzała pod ścianę. Metalowe pudełko po konserwie stało dokładnie tam, gdzie zostawił je wieczorem.
— Nikt ich nie ukradł.
Elik odetchnął z ulgą. W Behemocie dzieci szybko uczyły się pilnować swoich rzeczy. Nawet jeśli były to tylko kapsle. Róża podeszła do małego zbiornika przy ścianie. Na dnie została cienka warstwa deszczówki. Zamoczyła palce i przetarła twarz.
Woda była lodowata.
Prawdziwa.
Nie pachniała chlorem jak ta z dystrybucji. Elik obserwował ją spod koca.
— Mało zostało?
— Trochę.
— Dziś będzie padać?
Róża spojrzała w stronę małego okna wentylacyjnego przy suficie. Nie było przez nie widać nieba. Tylko betonową ścianę sąsiedniego segmentu i fragment rury, po której czasem spływała woda z wyższych poziomów.
— Może wieczorem.
Elik skinął głową, jakby to była wystarczająca odpowiedź.
Potem otworzył pudełko.
Kapsle zabrzęczały cicho.
Układał je codziennie od nowa.
Według kolorów.
Według wielkości.
Czasem według znaków producentów, których znaczenie dawno już zniknęło. Róża nigdy mu nie przeszkadzała. W świecie, w którym ludzie potrafili znikać bez śladu, własny porządek był czymś cennym.
Dla Elika kapsle nie były po prostu kawałkami metalu. Każdy miał rolę. Zielone oznaczały tych, którzy wracali. Niebieskie — tych, którzy czekali. Czerwonych nie lubił, ale nie wyrzucał, bo, jak tłumaczył, nie można udawać, że złe rzeczy nie istnieją tylko dlatego, że psują układ.
Tego ranka ustawił cztery zielone w ciasnym kwadracie i otoczył je pierścieniem srebrnych.
— Co to jest? — zapytała Róża.
— C-17.
— A srebrne?
— Ściany.
— To ich dałeś za dużo.
Elik zmarszczył nos i zabrał dwa. Po chwili dołożył je jednak z drugiej strony.
— Tam też jest ściana — wyjaśnił.
Do drzwi zapukano dwa razy, a potem trzeci, cichszy. Róża od razu rozpoznała ten rytm. Mila z 17-C nie potrafiła zapukać równo, choć próbowała od miesięcy.
Dziewczynka wsunęła do pokoju głowę. Miała osiem lat, włosy obcięte nożem technicznym i za duży sweter po starszym bracie, którego Elik nigdy nie poznał.
— Mama pyta, czy macie jeszcze pasek grzewczy — powiedziała.
Róża spojrzała na jedyny sprawny pasek leżący przy zbiorniku. Nocą owijała nim bolący nadgarstek. Bez ciepła palce drętwiały jej tak mocno, że rano ledwo odkręcała zawory.
— Na jak długo?
Mila wzruszyła ramionami.
— Dziadek znowu nie może wstać.
Róża podała jej pasek.
Dziewczynka schowała go pod sweter i od razu przykucnęła przy kapslach.
— Mogę być zielona?
— Już jesteś — odpowiedział Elik.
— Która?
Wskazał najmniejszy kapsel, powyginany na brzegach.
Mila skrzywiła się.
— Ten jest brzydki.
— Ale zawsze wraca.
To ją przekonało. Przesunęła swój kapsel poza srebrny pierścień i zaczęła nim krążyć po podłodze.
— Teraz poszłam po wodę.
— Sama nie możesz — zaprotestował Elik.
— Mogę, jak jestem dorosła.
— Nie jesteś.
— W zabawie jestem.
Elik zastanawiał się nad tym, po czym ustawił obok jej kapsla większy zielony.
— To idzie z tobą ktoś duży.
Mila przewróciła oczami, ale nie odsunęła drugiego kapsla.
Róża patrzyła na nich chwilę. Dzieci w Behemocie bawiły się w kolejkę po wodę, kontrolę i powroty do segmentu. Nie znały sklepów, parków ani szkół, w których człowiek naprawdę siadał przy oknie. Znały za to kolory statusów i wiedziały, że w dobrej zabawie wszyscy wracają.
— Idź już — powiedziała w końcu do Mili. — I nie zgub paska.
— Nie zgubię.
Przy drzwiach dziewczynka obejrzała się jeszcze na Elika.
— Po wodzie dokończymy.
— Tylko nie ruszaj siebie — ostrzegł, wskazując mały zielony kapsel.
Mila zasalutowała jak funkcjonariusz z ekranów edukacyjnych i zniknęła na korytarzu.
Elik poprawił jej kapsel, żeby stał prosto.
— Teraz wszyscy są — powiedział.
Róża nie poprawiła go, choć zielony oznaczający ich opiekuna od dziewięciu dni leżał na boku, poza układem.
— Ile jest? — zapytała, zakładając kurtkę.
Elik liczył chwilę w skupieniu.
— Osiemdziesiąt trzy.
— Wczoraj były osiemdziesiąt dwa.
Uśmiechnął się szeroko.
— Bo znalazłem czerwony.
Czerwone były najrzadsze.
Traktował je niemal jak skarb.
— Jak będzie sto, zrobimy znak — przypomniał.
— Wiem.
— Duży.
— Wiem.
— Taki, żeby było wiadomo, że tu jesteśmy.
Róża spojrzała na niego uważniej. Mówił to zawsze z całkowitą powagą. Jakby naprawdę wierzył, że gdzieś tam ktoś może szukać takich znaków. Z korytarza dobiegł głos administracyjny: „Dystrybucja wody dla segmentów C-15 do C-19 rozpocznie się za siedem minut. Prosimy o przygotowanie identyfikatorów.”
Elik skrzywił się.
— Nie lubię tego głosu.
— Nikt nie lubi.
— To czemu go nie wyłączą?
Róża założyła kanister na ramię.
— Bo wtedy ludzie musieliby myśleć sami.
Elik zastanawiał się nad tym chwilę.
— To źle?
Nie odpowiedziała od razu.
— Chodź.
Korytarz segmentu C-17 był już pełen ludzi. Drzwi mieszkań otwierały się i zamykały rytmicznie. Ktoś ciągnął metalowy pojemnik po podłodze. Dwójka dzieci siedziała pod ścianą i jadła coś z jednej puszki. Starsza kobieta owijała dłonie bandażem tak zużytym, że bardziej przypominał szary sznurek niż materiał. Nikt nie mówił głośno. Rano ludzie oszczędzali siły. Elik szedł blisko Róży, trzymając pudełko z kapslami pod kurtką.
— Wszyscy są? — zapytał nagle.
To pytanie zadawał codziennie. Róża rozejrzała się po znajomych drzwiach. Po twarzach sąsiadów. Po segmencie, który trwał tutaj od lat, choć ludzie w środku ciągle się zmieniali.
— Są.
Elik uspokoił się natychmiast. Dopiero kiedy ruszyli w stronę punktu dystrybucji, Róża zauważyła coś dziwnego. Drzwi do mieszkania 17-C były zamknięte.
Za długo.
Zwykle otwierały się jako pierwsze. Starszy mężczyzna mieszkający tam wychodził po wodę codziennie o tej samej porze. Punktualnie. Jakby bał się, że system zapisze jego spóźnienie. Dzisiaj drzwi pozostawały nieruchome.
Róża zwolniła krok.
— Co? — zapytał Elik.
— Nic.
Ale jeszcze przez chwilę patrzyła na te drzwi. I po raz pierwszy poczuła pod żebrami coś zimnego.
Nie strach.
Przeczucie.ROZDZIAŁ 2 — KOLEJKA
Punkt dystrybucji znajdował się trzy segmenty dalej, przy głównej arterii poziomu C. Żeby tam dojść, trzeba było przejść przez dwa wąskie korytarze techniczne, most nad strefą serwisową i długi ciąg rur grzewczych, przy których zawsze robiło się duszniej niż w reszcie Behemota. Ludzie szli szybko. Nie dlatego, że się spieszyli. Po prostu w tłumie człowiek albo płynął razem z innymi, albo zostawał zepchnięty pod ścianę. Róża przytrzymała Elika za kaptur, kiedy grupa starszych chłopaków przebiegła obok nich.
— Patrz, jak łazisz — prychnął jeden. — Jak szczur z puszką.
Elik mocniej przycisnął pudełko do brzucha, ale nic nie odpowiedział. Nauczył się już, że czasem lepiej udawać, że się nie słyszy. Przy moście nad strefą serwisową tłok zrobił się większy. Z dołu unosiło się gorące powietrze pachnące olejem i mokrym metalem. Między kratami podłogi widać było niższy poziom pełen rur, przewodów i migających świateł technicznych. Elik jak zwykle zwolnił właśnie tutaj. Lubił patrzeć w dół.
— Myślisz, że tam mieszkają ludzie? — zapytał cicho.
— W serwisach?
Skinął głową.
— Pewnie tak.
— To czemu nigdy ich nie widać?
Róża poprawiła kanister na ramieniu.
— Bo jak człowiek pracuje niżej, to rzadziej wychodzi wyżej.
Nie była to pełna odpowiedź, ale wystarczająca. Elik znów spojrzał przez kraty.
— Tam jest ciemniej.
— Mhm.
— Jakby Behemot miał brzuch.
Róża mimowolnie się uśmiechnęła. Czasem mówił dziwne rzeczy, ale nigdy głupie. Przy dystrybucji kolejka ciągnęła się już przez pół korytarza. Metalowe barierki ustawiono tak ciasno, żeby ludzie stali blisko siebie i zajmowali mniej miejsca. Nad zaworem świeciła tablica z numerami segmentów. C-17 migało na żółto.
To było nowe.
Róża zauważyła to od razu. Obok zaworu stało dwóch funkcjonariuszy ochrony. Zwykle był jeden. Dzisiaj obaj mieli pałki przypięte przy pasach.
— Dlaczego żółte? — zapytał Elik.
— Nie wiem.
Ale wiedziała, że coś się zmieniło. Kobieta z segmentu 18-D przesunęła się bliżej.
— Słyszałaś? — zapytała półgłosem.
Róża pokręciła głową.
— Podobno w nocy zabrali kogoś z niższych poziomów.
— Kogo?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— Ludzie gadają różne rzeczy.
Ludzie zawsze gadali różne rzeczy. Że poza murami nic już nie żyje. Że elity mają własne ogrody na najwyższych poziomach. Że istnieją miasta bez kontroli. Że woda z dystrybucji powoduje bezpłodność. Że na samym dole Behemota są poziomy, których nie ma na mapach. Większość plotek umierała po kilku dniach.
Ale nie wszystkie.
Kolejka przesunęła się o krok. Potem kolejny. Zawór syknięciem wypuszczał wodę do następnych pojemników. Ludzie odbierali swoje racje szybko, bez rozmów. Nad nimi odezwał się głos administracyjny: „Przypominamy, że gromadzenie niezarejestrowanych zasobów wodnych jest zabronione.” Kilka osób odruchowo spojrzało po sobie.
Elik ściszył głos.
— Wiedzą o deszczówce?
— Nie.
— Skąd wiesz?
— Bo wtedy zabraliby zbiorniki.
To uspokoiło go przynajmniej trochę. Przed nimi starszy mężczyzna zeskanował identyfikator. Terminal zapiszczał.
Zielone światło.
Wszedł.
Potem następna osoba.
Potem kolejna.
Kiedy przyszła kolej na kobietę z 17-C, terminal nagle zaświecił się na biało.
Nie zielono.
Nie czerwono.
Biało.
Kolejka zatrzymała się natychmiast. Funkcjonariusz spojrzał na ekran.
— Proszę poczekać.
Kobieta zesztywniała.
— Ale ja tylko po wodę.
— Proszę poczekać.
Drugi funkcjonariusz podszedł bliżej. Ludzie w kolejce odsunęli się od niej niemal odruchowo. Nie gwałtownie, nie ostentacyjnie. Po prostu zostawili wokół niej trochę więcej miejsca. Jakby biały kolor był czymś zakaźnym. Elik przytulił się do ręki Róży.
— Co zrobiła?
— Nic.
Kobieta próbowała się uśmiechnąć.
— To musi być pomyłka.
Funkcjonariusz nie odpowiedział.
Terminal znów zapiszczał. Białe światło zmieniło się na żółte. Róża zauważyła, że jeden z patroli odruchowo położył dłoń bliżej pałki.
— Status w trakcie aktualizacji — powiedział chłodno funkcjonariusz. — Proszę odejść od punktu dystrybucji.
— Ale moje dzieci…
— Proszę odejść.
Kobieta zrobiła krok do tyłu.
Potem drugi.
Nikt jej nie dotknął.
Nie musieli.
Dopiero wtedy Róża ją rozpoznała.
Matka Mili.
Rano była tylko sąsiadką mijaną w korytarzu. Teraz biały status zabrał jej imię szybciej, niż funkcjonariusz zdążył podnieść głowę znad terminala.
Elik zrobił krok poza barierkę.
— Jej dziadek jest chory — powiedział do patrolu. — Mamy ich pasek grzewczy.
Róża złapała go za kaptur i przyciągnęła z powrotem.
Kobieta spojrzała na nich. Przez moment w jej twarzy pojawiła się ulga. Ktoś ją znał. Ktoś mógł powiedzieć, że nie była tylko błędem na ekranie.
— Powiedz Mili, żeby nie wychodziła — zdążyła powiedzieć.
Funkcjonariusz zasłonił ją ramieniem.
— Bez komunikacji z kolejką.
— Ale ona tylko— zaczął Elik.
Róża ścisnęła jego ramię.
— Cicho.
Elik patrzył za nią.
— Czemu jej nie powiedziałaś, że Mila ma swój kapsel?
— Bo patrol by usłyszał.
— I co?
Róża nie potrafiła wyjaśnić sześciolatkowi, że czasem człowiek milczy nie dlatego, że to mądre, tylko dlatego, że całe ciało nauczyło się milczeć wcześniej niż głowa.
— Powiemy jej później — odpowiedziała.
Elik pokiwał głową.
Później było słowem, któremu dzieci ufały dużo dłużej niż dorośli.
Najgorsze rzeczy w Behemocie rzadko zaczynały się od przemocy. Zaczynały się od procedury. Elik patrzył szeroko otwartymi oczami, kiedy kobieta odchodziła powoli w stronę bocznego korytarza. Sama.
— Czemu nikt jej nie pomaga? — zapytał szeptem.
Róża nie odpowiedziała.
Bo znała odpowiedź.
Ludzie w Behemocie bali się dwóch rzeczy bardziej niż głodu: zauważenia i powiązania. Kolejka ruszyła dalej niemal natychmiast, jakby nic się nie wydarzyło. Kiedy przyszła ich kolej, Róża podała identyfikator spokojnie, choć czuła napięcie w karku.
Funkcjonariusz zeskanował pasek.
Zielone światło.
Potem spojrzał na Elika.
Za długo.
— Dziecko niezarejestrowane jako samodzielne? — zapytał.
— Jest pod moją opieką.
Funkcjonariusz skinął głową.
Terminal znów zapiszczał.
Przez krótką sekundę światło zawahało się między zielonym a żółtym. Róża poczuła, jak serce uderza mocniej. Ale po chwili system zaakceptował wpis.
Zielone.
— Następny.
Odeszli od zaworu szybciej niż zwykle. Dopiero kilka korytarzy dalej Elik odezwał się ponownie:
— Ona wróci?
Róża ścisnęła uchwyt kanistra. Woda chlupnęła ciężko w środku.
— Nie wiem.
To była pierwsza naprawdę uczciwa odpowiedź tego dnia.ROZDZIAŁ 3 — DESZCZÓWKA
Zbiorniki znajdowały się dwa poziomy wyżej, pomiędzy starym modułem wentylacyjnym a nieużywaną śluzą techniczną. Oficjalnie przejście było zamknięte od lat. Oficjalnie nikt nie powinien tam chodzić. Dlatego właśnie było bezpieczne. Róża wspinała się po wąskich schodach ostrożnie, trzymając kanister blisko nogi. Metalowe stopnie uginały się lekko pod ciężarem. Elik szedł za nią, sapiąc cicho i obejmując pudełko z kapslami jak coś kruchego.
— Czemu nie możemy pić normalnej wody jak wszyscy? — zapytał.
— Bo ta jest lepsza.
— Smakuje inaczej.
— Właśnie dlatego.
Elik zastanawiał się chwilę.
— Ale tamta jest cieplejsza.
Róża spojrzała przez ramię.
— Ciepłe nie znaczy dobre.
Nie pytał dalej.
Przejście kończyło się niskim tunelem serwisowym. Trzeba było schylić głowę, żeby przejść pod grubymi rurami owiniętymi starą izolacją. Powietrze pachniało mokrym betonem i kurzem. Na końcu tunelu znajdowała się ich mała kryjówka. Trzy plastikowe zbiorniki ustawione pod przeciekającą rurą odpływową. Dwa wiadra. Kilka filtrów zrobionych ze starych tkanin, piasku i węgla. Wszystko poskładane z rzeczy znalezionych albo wymienionych po cichu z ludźmi z serwisów.
Nie wyglądało imponująco.
Ale działało.
Elik od razu podbiegł do największego zbiornika.
— Padało!
Rzeczywiście.
Poziom wody był wyższy niż wczoraj. Róża odetchnęła z ulgą, której wcześniej nawet nie zauważała. W Behemocie człowiek uczył się cieszyć małymi rzeczami: pełnym zbiornikiem, suchym miejscem do spania, sprawną lampą albo ciszą za ścianą. Elik uklęknął przy filtrze i zajrzał do środka.
— Trzeba wymienić materiał.
— Wieczorem to zrobię.
— Mogę pomóc.
— Wiem.
Lubił pomagać.
Nawet jeśli częściej przeszkadzał, niż naprawdę pomagał. Róża odkręciła jeden ze zbiorników i zanurzyła kubek w chłodnej wodzie. Przez chwilę patrzyła na drżące odbicie światła na powierzchni.
Przy zbiornikach Elik uparł się, że sam wymieni pierwszą warstwę filtra. Róża dała mu kawałek tkaniny i pokazała, jak naciągnąć go na metalową obręcz.
— Równo. Bez dziur.
— Wiem.
Nie wiedział. Materiał zsunął się dwa razy, a za trzecim Elik pociągnął zbyt mocno i rozdarł go na środku.
Róża wyrwała mu obręcz z ręki.
— Mówiłam, żebyś uważał.
— Uważałem.
— To był ostatni czysty kawałek.
Elik cofnął dłonie. Na twarzy miał ten uparty wyraz, który pojawiał się zawsze sekundę przed płaczem.
— Chciałem pomóc.
— Pomaganie nie polega na robieniu szybciej.
— Ty robisz wszystko szybko.
Odpowiedź była tak trafna, że Róża zezłościła się jeszcze bardziej. Przez chwilę chciała powiedzieć, że ona musi. Że ktoś musi pamiętać o wodzie, filtrach, identyfikatorach, jedzeniu i tym, żeby Elik miał suche skarpety. Że nie ma prawa drzeć rzeczy, których nie da się zastąpić.
Zamiast tego usiadła na podłodze.
Nadgarstek pulsował bólem po całej nocy bez paska grzewczego. Palce drżały jej ze zmęczenia.
Elik zauważył to dopiero teraz.
— Boli?
— Trochę.
— Przez Milę?
— Nie. Przez Behemota.
To wyjaśnienie mu wystarczyło. Usiadł obok i zaczął wygładzać podarty materiał na kolanie.
— Można zszyć.
— Można.
— Brzydko będzie.
— Woda nie patrzy.
Elik parsknął śmiechem, choć jeszcze miał mokre oczy. Róża znalazła w kieszeni kawałek nici i zardzewiałą igłę. Szyli razem. Ona prowadziła igłę, on pilnował, żeby supeł nie przeszedł przez tkaninę.
Zajęło im to trzy razy dłużej niż zwykła wymiana filtra.
Kiedy skończyli, łata była krzywa, ale szczelna.
— Pomogłem? — zapytał Elik.
Róża chciała odpowiedzieć od razu. Zatrzymała się jednak, bo widziała, jak bardzo czeka na ocenę.
— Tak. Najpierw zepsułeś. Potem pomogłeś naprawić.
— Czyli pół pomocy?
— Mniej więcej.
Uśmiechnął się z ulgą. Dla dziecka pół pomocy wciąż było czymś, czym można się pochwalić.
Czysta.
Przynajmniej bardziej niż ta z dystrybucji. Na niższych poziomach od dawna krążyły plotki, że z wodą dzieje się coś dziwnego. Ludzie częściej chorowali, gorzej spali i byli bardziej nerwowi. Ale w Behemocie wszystko mogło być winą zmęczenia.
Albo głodu.
Albo powietrza.
Tutaj nawet zdrowi wyglądali czasem jak chorzy.
— Róża?
Spojrzała na Elika.
— Mhm?
— Jak myślisz… deszcz jest prawdziwy?
Zmarszczyła brwi.
— Co?
— No… czy ktoś go robi?
To pytanie znowu było dziwne.
Ale nie głupie.
Elik usiadł po turecku na podłodze.
— Bo jak wszystko tutaj działa przez system… światła, drzwi, woda… to może deszcz też.
Róża oparła się o zbiornik.
— Chyba nie da się zrobić deszczu.
— Behemot jest duży.
— Nie aż tak.
Elik przyjął to spokojnie. Potem wyjął z kieszeni nowy kapsel.
Niebieski.
— Znalazłem go przy rurach.
Róża spojrzała uważniej.
Był czystszy niż większość.
Prawie nowy.
— Pokaż.
Podał jej kapsel bez protestu. Na odwrocie ktoś wydrapał cienką linię przypominającą półokrąg przecięty kreską.
Róża lekko zesztywniała.
— Skąd dokładnie go wziąłeś?
— Leżał przy odpływie.
— Ktoś tutaj był?
Elik wzruszył ramionami.
— Nie widziałem nikogo.
Róża jeszcze chwilę obracała kapsel w palcach.
Znak wyglądał znajomo.
Nie wiedziała skąd.
Ale coś jej się w nim nie podobało. Z dołu dobiegł nagle odległy dźwięk syreny technicznej.
Krótki.
Przerywany.
Nietypowy.
Elik podniósł głowę.
— Co to?
Róża nasłuchiwała przez chwilę. Potem usłyszała coś jeszcze.
Kroki.
Nie na głównych schodach.
Bliżej.
W tunelu serwisowym.
Ktoś szedł powoli. Bez pośpiechu. Jak człowiek, który dokładnie wie, dokąd idzie. Róża natychmiast zgasiła małą lampę stojącą przy zbiornikach. Pomieszczenie pogrążyło się w półmroku. Elik przycisnął pudełko z kapslami do piersi. Kroki zatrzymały się tuż za zakrętem tunelu. Przez kilka sekund słychać było tylko kapanie wody. Potem ktoś odezwał się spokojnym, cichym głosem:
— Jeśli chcecie dalej zbierać deszczówkę, musicie nauczyć się lepiej ukrywać ślady.
Róża poczuła, jak zimno przechodzi jej po plecach. Nie znała tego głosu.ROZDZIAŁ 4 — CZŁOWIEK Z SERWISÓW
Róża nie odpowiedziała od razu. W półmroku widziała jedynie zarys sylwetki stojącej przy wejściu do tunelu. Mężczyzna był wysoki i szczupły. Miał na sobie ciemną kurtkę serwisową bez oznaczeń segmentu. To właśnie było najgorsze. W Behemocie każdy należał do jakiegoś poziomu, sekcji albo pracy. Ludzie bez oznaczeń nie pojawiali się przypadkiem. Elik przesunął się bliżej Róży tak cicho, że prawie tego nie usłyszała. Krople deszczu kapały ze zbiornika jednostajnym rytmem. Mężczyzna spojrzał na filtry.
— Macie słaby odpływ. Przy większym deszczu zbiornik wam pęknie.
Róża nadal milczała.
— Nie przyszedłem was zgłaszać — dodał po chwili.
— Skąd mamy wiedzieć?
Mężczyzna lekko przechylił głowę.
— Nie macie.
To akurat zabrzmiało uczciwie. Przez chwilę nikt się nie poruszył. Tunel był tak ciasny, że każdy krok odbijał się echem od rur i ścian. Elik spojrzał na kapsel w dłoni Róży.
— To pana?
Mężczyzna przeniósł wzrok na niebieski kapsel.
— Gdzie go znalazłeś?
— Przy odpływie.
Westchnął cicho.
Jakby liczył na inną odpowiedź.
— Powinienem być ostrożniejszy.
Róża ścisnęła kapsel mocniej.
— Co oznacza ten znak?
Nie odpowiedział od razu. Najpierw spojrzał na wejście do tunelu, potem na stare rury pod sufitem, jakby sprawdzał, czy naprawdę są sami.
— Nic, czym powinniście się interesować.
— To po co pan go zostawił?
— Nie zostawiłem go dla was.
To zabrzmiało prawdziwie.
Mężczyzna zrobił krok bliżej. Światło z odległego korytarza padło częściowo na jego twarz. Był starszy, niż myślała Róża. Może po pięćdziesiątce. Miał zmęczone oczy, kilkudniowy zarost i dłonie ubrudzone smarem.
Prawdziwy serwis.
Nie patrol.
— Jak długo zbieracie wodę? — zapytał.
— Wystarczająco długo.
Skinął głową.
— Dobrze.
— Dlaczego?
— Bo ludzie, którzy piją tylko wodę z dystrybucji, ostatnio częściej chorują.
Tunel nagle zrobił się jeszcze cichszy. Elik spojrzał na Różę.
— Mówiłem.
— Cicho.
Mężczyzna przykucnął przy jednym ze zbiorników.
— Filtr wymieniacie regularnie?
— Staramy się.
Dotknął palcem brzegu pojemnika.
— I nie mówcie o tym nikomu.
— Już pan mówił.
— Nie zrozumiałaś.
Spojrzał na nią uważniej.
— Nikomu.
Tym razem w jego głosie pojawiło się coś cięższego.
Nie groźba.
Ostrzeżenie.
Róża poczuła napięcie w karku.
— Co jest w tej wodzie?
Mężczyzna podniósł wzrok.
I pierwszy raz zawahał się naprawdę.
— Jeszcze nic, co zabija szybko.
Mężczyzna zauważył, jak Elik patrzy na wodę.
— To nie znaczy, że po jednym kubku człowiek zachoruje — dodał. — Ani że każda gorączka pochodzi z dystrybucji.
— To skąd wiadomo? — zapytała Róża.
— Nie wiadomo. I właśnie na tym polega problem.
Wyjął z kieszeni mały pasek papieru testowego. Zamoczył końcówkę w zbiorniku. Papier pozostał blady.
Potem sprawdził wodę z kanistra dystrybucyjnego. Na pasku pojawiła się szara obwódka.
— Co to jest? — zapytał Elik.
— Środek uspokajający. Za mało, żeby ktoś zasnął przy stole. Dość, żeby gorzej myślało się po kilku miesiącach.
— Pan to zrobił?
Pytanie było proste. Mężczyzna jednak cofnął rękę, jakby Elik dotknął rany.
— Pomogłem zbudować system, który pozwolił to zrobić.
— Czyli trochę?
— Nie ma „trochę”, kiedy wynik pije całe miasto.
Mężczyzna zajął się odpływem. Przez kilka minut naprawdę pracował: poprawił uszczelkę, wyczyścił zapchany kanał i przestawił zbiornik tak, by patrol nie widział mokrego śladu od wejścia.
Ręce miał sprawne, ale niepewne. Przy mocniejszym ruchu skrzywił się i przycisnął dłoń do boku. Pod kurtką rozlała się świeża plama krwi.
— Kto pana zranił? — zapytał Elik.
— Ludzie, którzy uważają pytania za awarie.
— To głupie.
— Bardzo.
Róża podała mu czysty skrawek tkaniny. Wahał się, zanim przyjął. Dorośli w Behemocie częściej dawali dzieciom ostrzeżenia niż dziękowali za pomoc.
— Jak pan ma na imię? — zapytał Elik.
Mężczyzna zawahał się.
— Imiona tworzą powiązania. A system właśnie ich szuka.
— To będę mówił „Pan Od Odpływu”.
— Brzmi okropnie.
— Może pan powiedzieć imię.
Mężczyzna prawie się uśmiechnął, ale nie odpowiedział.
Elik zmarszczył brwi.
— To po co ją dają?
Róża chciała go uciszyć, ale mężczyzna odpowiedział.
— Bo duże miasta są trudne do utrzymania.
— Behemot jest za duży? — zapytał Elik.
Przez twarz mężczyzny przemknęło coś dziwnego.
Zmęczenie.
A może smutek.
— Był budowany dla większej liczby ludzi niż teraz — powiedział spokojnie. — A mimo to zaczyna brakować wszystkiego.
— To czemu po prostu nie otworzą murów?
Róża zamknęła oczy na sekundę. Dzieci zadawały pytania, których dorośli unikali od lat. Mężczyzna spojrzał gdzieś ponad nimi.
— Bo wtedy ludzie zobaczyliby, że świat się nie skończył.
Cisza po tych słowach była cięższa niż wcześniej. Róża poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.
— Co?
Mężczyzna natychmiast jakby oprzytomniał.
Za dużo powiedział.
Wstał gwałtownie.
— Zapomnijcie, że tu byłem.
— Kim pan jest? — zapytała.
— Nikim ważnym.
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia z tunelu.
— Proszę pana! — zawołał Elik.
Mężczyzna zatrzymał się.
— Wszyscy są? — zapytał chłopiec poważnie.
Pytanie zawisło pomiędzy rurami i mokrymi ścianami. Mężczyzna długo nie odpowiadał. Potem spojrzał na Elika tak, jakby pierwszy raz od dawna ktoś powiedział coś, czego nie potrafił zignorować.
— Nie — odpowiedział cicho. — Już nie wszyscy.
I odszedł.
Jeszcze przez chwilę słyszeli jego kroki odbijające się echem w tunelu. Potem została tylko deszczówka kapiąca do zbiorników. Elik patrzył w ciemność.
— On kłamał?
Róża nie wiedziała.
I właśnie to było najgorsze.ROZDZIAŁ 5 — PIOTR
Piotra pierwszy raz naprawdę zauważyła kilka dni później. Wcześniej oczywiście mijała go dziesiątki razy. W Behemocie ludzie żyli tak blisko siebie, że twarze sąsiadów znało się lepiej niż własne odbicie. Większość i tak pozostawała częścią tłumu. Piotr należał właśnie do takich ludzi.
Cichy.
Chudy.
Zawsze trochę z boku. Nie rzucał się w oczy i najwyraźniej bardzo mu to odpowiadało. Tego dnia siedział na podłodze przy panelu technicznym obok głównego korytarza C-17. Miał rozkręconą osłonę wentylacji i grzebał coś przy przewodach cienkim śrubokrętem. Elik od razu zwolnił.
— Naprawia pan coś?
Piotr nawet nie podniósł wzroku.
— Próbuję.
— Co się zepsuło?
— Wszystko.
Elik uznał to za dobrą odpowiedź. Róża chciała przejść dalej, ale zatrzymała się, kiedy usłyszała cichy trzask instalacji. Światło nad korytarzem zamigotało, po czym ustabilizowało się ponownie. Piotr dokręcił ostatnią śrubę.
— Powinno wytrzymać jeszcze trochę.
— Umiesz naprawiać takie rzeczy? — zapytał Elik.
— Jak się długo mieszka w Behemocie, człowiek uczy się różnych rzeczy.
Dopiero teraz spojrzał na nich dokładniej. Jego wzrok zatrzymał się na kanistrze Róży. Potem na mokrym materiale przy spodzie. Za mokrym jak na wodę z dystrybucji. Róża zauważyła to natychmiast. Piotr jednak nic nie powiedział.
— Ty jesteś z 17-B — stwierdził po chwili.
— A ty z 17-F.
Lekko uniósł brwi.
— Kojarzysz segmenty?
— Kojarzę ludzi, którzy nie gadają za dużo.
To chyba go rozbawiło, choć uśmiech zniknął równie szybko, jak się pojawił. Elik przykucnął obok panelu.
Piotr sięgnął ponownie do panelu i dotknął jednego z przewodów końcówką śrubokręta. Natychmiast poszedł trzask. Wentylator zawył, światło zgasło, a z rury nad nimi wyrwała się chmura gorącej pary.
Piotr odskoczył i uderzył barkiem o ścianę.
Elik wrzasnął bardziej z zaskoczenia niż strachu. Róża pociągnęła go za kaptur poza zasięg pary.
— Mówiłeś, że naprawiłeś! — rzuciła.
— Powiedziałem, że próbuję.
Para syczała jeszcze kilka sekund, po czym Piotr dopadł do ręcznego zaworu i zakręcił go przez rękaw. Kiedy cofnął dłoń, skóra na dwóch palcach była czerwona.
— Pokaż — powiedziała Róża.
— Nic mi nie jest.
— To czemu trzymasz rękę za plecami?
Piotr spojrzał na Elika. Chłopiec patrzył na niego z mieszaniną podziwu i rozczarowania.
— Bo zrobiłem głupią rzecz — przyznał w końcu.
— Myślałem, że umiesz wszystko naprawić — powiedział Elik.
— Ja też czasem tak myślę. To zwykle chwila przed tym, jak coś wybuchnie.
Róża podała mu mokrą szmatkę. Owinął nią palce niechętnie.
— Pomyliłeś przewody? — zapytała.
Piotr pokręcił głową.
— Schemat na osłonie jest sprzed dwóch przebudów. Ktoś zamienił obieg wentylacji z odpowietrzeniem i nie naniósł poprawki.
— Czyli to nie twoja wina?
— Moja. Uwierzyłem schematowi, którego nie sprawdziłem.
Powiedział to ostrzej, niż wymagała sytuacja. Jakby nie mówił tylko o przewodzie.
Elik przykucnął przy panelu, ale nie dotknął niczego.
— Skąd wiesz, co jest prawdą, jak rysunek kłamie?
Piotr popatrzył na splątane kable.
— Sprawdzasz, dokąd naprawdę prowadzą.
— Wszystkie?
— Tyle, ile zdążysz.
— A jak nie zdążysz?