-
nowość
Dzieci czerwonego deszczu - Dzień pierwszy - ebook
Dzieci czerwonego deszczu - Dzień pierwszy - ebook
Dzień Pierwszy Zwyczajny wtorek, który zmienił wszystko. Deszcz zaczyna padać siedem minut po siódmej. Ma barwę słabej, wczorajszej herbaty. Alert przychodzi dwie minuty wcześniej, ale nikt nie bierze go na serio. Piekarz przy ulicy Sienkiewicza wsuwa do pieca kolejną blachę. Sekretarka kancelarii komorniczej kończy rutynowe wezwanie do zapłaty dla samotnej wdowy. Pięćdziesięciu jeden kadetów klasy mundurowej czeka na szkolnym placu na poranną musztrę. Osiemdziesiąt minut później ich świat, jaki znali, jest już tylko wspomnieniem. Odkryj początek niezwykłej serii! „DZIEŃ PIERWSZY” to mocne, klimatyczne otwarcie cyklu krótkich, bogato ilustrowanych powieści. Akcja serii rozgrywa się w ciągu zaledwie jednego roku – roku znacznie dłuższego i mroczniejszego, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Gotowi na pierwszy dzień?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397567566 |
| Rozmiar pliku: | 95 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Od tysiąca lat Warta opływała Koło tym samym łukiem — leniwa, czarna wstęga pod niebem barwy zmatowiałej cyny. Bez tego zakola miasta by nie było. W 1362 roku król Kazimierz Wielki, spoglądając na pętlę rzeki, ujrzał w niej naturalną twierdzę. Nadał Kołu prawa miejskie. Potem przyszli Niemcy, przyszli Szwedzi, a później znów Niemcy. Za każdym razem Koło trwało po swojemu: grzebało swoich zmarłych i na nowo otwierało piekarnie.
Cztery minuty po szóstej, w rześki wtorkowy poranek, piekarz z ulicy Sienkiewicza, w samym centrum Koła, wyciągnął z pieca pierwsze blachy z bochenkami rustykalnego chleba. W zetknięciu z chłodnym powietrzem ich gorące skórki zasyczały i zatrzeszczały ostro jak cienki lód pod butem. Na parapecie siedział bezpański kot, śledząc każdy ruch piekarza z niewzruszoną cierpliwością. Wiedział, że prędzej czy później coś spadnie na podłogę.
Punktualnie o siódmej autobus miejski przejechał obok pływalni. Za kierownicą siedział zmęczony kierowca, a jedynym pasażerem był chłopak w bluzie z kapturem, który o ósmej trzydzieści miał z kretesem oblać sprawdzian z fizyki. Nastolatek oparł czoło o drżącą szybę i desperacko usiłował wmówić sobie, że rozumie trzecią zasadę dynamiki Newtona.
Linia szła Kolejową — obok podstawówki, obok pływalni, obok technikum — pod dworzec, a potem obwodnicą do ronda i Blizną pod liceum imienia Kazimierza Wielkiego. Tego samego, który sześćset lat wcześniej ujrzał pętlę rzeki i uznał, że to dobre miejsce na miasto.
O siódmej trzy pociąg ze stolicy województwa wtoczył się na kolski dworzec, pamiętający jeszcze dwudziestolecie międzywojenne — jedenaście minut przed czasem. Nie był to żaden omen ani dobry, ani zły, lecz jedynie osobliwa anomalia na polskiej kolei. W ścianie budynku stacji umieszczono tablicę pamiątkową. W 1942 roku Niemcy przywozili tutaj pociągami Żydów z getta łódzkiego, przepędzali ich przez całe miasto do synagogi, gdzie nocowali, a potem ładowali do wagonów kolejki wąskotorowej i wywozili na zachód, do Powiercia i dalej, do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem. Nie wrócił nikt. Kamień lśnił od porannej rosy. Jak zawsze o tej porze wyglądał, jakby się pocił.
O siódmej pięć wszystkie telefony komórkowe w promieniu szesnastu kilometrów zawibrowały dokładnie w tej samej sekundzie.
Gdyby ktoś stał wówczas na murach zrujnowanego czternastowiecznego zamku na północ od miasta, być może usłyszałby niski, jednostajny pomruk dwudziestu tysięcy telefonów wibrujących zgodnym chórem w kieszeniach, torebkach i na kuchennych blatach. Nie było tam jednak nikogo. Od czasu, gdy przed wiekami przeszli tędy Szwedzi, z zamku pozostały jedynie ruiny.
ALERT: W REGIONIE WYKRYTO INTENSYWNE OPADY O NIEZNANYM SKŁADZIE CHEMICZNYM. NATYCHMIAST POSZUKAJ SCHRONIENIA W BUDYNKU. UNIKAJ KONTAKTU Z WODĄ DESZCZOWĄ. ZAMKNIJ WSZYSTKIE OKNA.
Piekarz przeczytał wiadomość, prychnął i wsunął do pieca kolejną blachę. Pracował mimo gradobicia, planowych wyłączeń prądu, dwóch rozwodów, a nawet przez cały tydzień żałoby narodowej po śmierci papieża. Nie zamierzał teraz odwracać tabliczki na stronę z napisem „Zamknięte” tylko dlatego, że dostał jakiś automatyczny komunikat.
Autobus dojeżdżał wtedy do dworca. Chłopak zerknął na ekran. Poczuł lodowate ukłucie niepokoju, lecz po chwili znów pochylił się nad podręcznikiem.
Na dworcu konduktor wyszedł na peron. Nie spojrzał nawet na telefon. Podniósł głowę, popatrzył w niebo i zmarszczył brwi. Z chmurami było coś nie tak. Nie miały stalowej szarości burzy ani sinego fioletu nadciągającej nawałnicy. Przybrały chorobliwy odcień gnijącej tkanki.
ROZDZIAŁ 1
Szpital
Deszcz zaczął padać siedem minut po siódmej.
Jerzy Kruk był na trzecim piętrze szpitala miejskiego i sprawdzał oznaczenia wyjść ewakuacyjnych. Miał czterdzieści osiem lat, lecz wciąż zachował szerokie, ciężkie barki i potężną sylwetkę z czasów, gdy jako dwudziestolatek wyczynowo grał w piłkę ręczną. Od blisko dwóch dekad był szpitalnym inspektorem BHP i znał budynek od podszewki. Wiedział, które drzwi przeciwpożarowe pęczniały i zacinały się podczas deszczu. Wiedział nawet, że siekiera w szafce hydrantowej na końcu oddziału położniczego miała trzonek z jesionu.
Właśnie notował na tablecie, że oznaczenie wyjścia ewakuacyjnego zaczyna się odklejać, kiedy to usłyszał. Nie przypominało to łagodnego szmeru jesiennego deszczu. Coś ciężko i głucho grzechotało o szybę za jego plecami, jakby ktoś rzucał w okno garście mokrego żwiru.
Jerzy odwrócił się.
Po szybie nie spływały strużki wody. Powlekała ją śliska ciecz w kolorze słabej, wczorajszej herbaty — jakby ktoś rozcieńczył coś znacznie ciemniejszego i bardziej czerwonego. Światło sączące się przez ciecz spowijało wyłożony linoleum korytarz nierzeczywistą, duszącą poświatą.
— Znowu ten pył znad Sahary — rzuciła pielęgniarka, mijając go w pośpiechu z kartą pacjenta w dłoni. — Piąty raz w tym roku. Jeszcze trochę, a ekipa od mycia okien zacznie strajkować.
Jerzy powoli skinął głową. To już się zdarzało. Pył znad Afryki, niesiony przez fronty atmosferyczne, przemierzał Morze Śródziemne, przekraczał Karpaty i opadał nad Polską w postaci karmazynowego błota, pokrywającego zaparkowane samochody i balkony. To wyjaśnienie przyniosło mu ulgę. Wszystko się zgadzało.
Kwadrans po siódmej sanitariusz Damian wyszedł pod betonowe zadaszenie nad podjazdem dla karetek na szybkiego papierosa. Daszek zatrzymywał deszcz padający pionowo, nie chronił jednak przed wiatrem, który wdmuchiwał pod zadaszenie drobną, zimną mgiełkę. Damian zadrżał, gdy wilgoć osiadła mu na twarzy, przedramionach i odsłoniętej skórze karku, gdzie kołnierzyk zsunął się zbyt nisko.
Jednym pstryknięciem posłał niedopałek prosto w kałużę, wrócił do środka i odruchowo wyszorował ręce w zlewie do dezynfekcji. Potem ruszył na drugie piętro, by przewieźć jednego z pacjentów.
O siódmej czterdzieści Marta, pielęgniarka z SOR-u, dotarła pieszo do szpitala z przystanku autobusowego. Trzy przecznice wcześniej wiatr wywinął jej parasol na drugą stronę, a deszcz przesiąkł przez kurtkę i zmroził ramiona. W szatni energicznie wycierała mokre włosy papierowymi ręcznikami. Gdy wrzucała je do kosza, dostrzegła na białym papierze blade, rdzaworóżowe smugi.
Pył znad Sahary — pomyślała, przewracając oczami. Związała włosy i ruszyła na dyżur.
O siódmej pięćdziesiąt dwie zdenerwowana kobieta niemal siłą wciągnęła przez rozsuwane drzwi SOR-u swojego sędziwego sąsiada, Tadeusza Grzelaka. Pan Grzelak wyszedł z psem na spacer, gdy nagle lunęło. Był przemoczony do suchej nitki i dygotał z zimna.
— A gdzie pies? — zapytała pielęgniarka podczas wstępnego badania.
Kobieta spuściła wzrok.
— Zostawiłam go. Nie… nie mogłam się przemóc, żeby go dotknąć.
Pana Grzelaka otulono kocem termicznym, podano mu kubek gorącej herbaty i pozostawiono w poczekalni na obserwacji ze względu na ryzyko hipotermii. Z drżącym uśmiechem podziękował pielęgniarce. Przez siedemdziesiąt dwa lata był uprzejmym dżentelmenem. I jako uprzejmy dżentelmen zamierzał umrzeć.
W pewnym sensie właśnie tak zakończyło się jego życie.
O ósmej czterdzieści sanitariusz Damian pchał nosze korytarzem drugiego piętra. Nagle stanął jak wryty.
— Damian? Wszystko w porządku? — zapytała idąca obok niego pielęgniarka Ewa.
Nie odpowiedział. Głowa odchyliła mu się do tyłu, a pusty wzrok utkwił w płytach podwieszanego sufitu. Żuchwa opadła bezwładnie. Światło w jego oczach zgasło.
Jakby gdzieś za nimi przepaliła się żarówka.
Kiedy znów coś w nich rozbłysło, przez oczy Damiana patrzyło już coś, co nie było nim.
Rzucił się na Ewę. Wczepił palce w jej włosy, brutalnym szarpnięciem wykręcił jej głowę, po czym z całej siły wbił twarz pielęgniarki w zbrojoną szybę szafki hydrantowej.
Tak padło drugie piętro.
Minutę później, w sali numer czternaście, pielęgniarka Marta ostrożnie wyjęła igłę dożylną z ramienia pacjenta z cukrzycą i starannie ułożyła ją na metalowej tacce. Następnie wyłamała żuchwę ze stawów i jednym ugryzieniem odgryzła mu dłoń tuż przy nadgarstku.
O ósmej czterdzieści trzy pan Grzelak ostrożnie odstawił pusty kubek po herbacie na stojący obok stolik. Wstał, uprzejmie przeprosił recepcjonistkę, po czym skoczył na drugą stronę lady i wyrwał jej gardło.
Na trzecim piętrze Jerzy Kruk usłyszał, jak szpitalny radiowęzeł ożywa z trzaskiem.
Z głośników popłynął automatyczny komunikat, odczytywany kobiecym głosem:
— Kod czerwony. Kod czerwony. Cały personel medyczny proszony jest o…
Komunikat urwał się w pół zdania.