Dzieci Nieporządku - ebook
Kryształy widzą wszystko. Twoje myśli. Twoje kłamstwa. Twoje najskrytsze marzenia. I uczą się ciebie.
Optymaci rządzący Mniejszym Światem stworzyli iluzję idealnego społeczeństwa. Pod powierzchnią kolorowej rzeczywistości jak ze snu sączą się jednak niepewność i paranoiczny strach. W zapomnianym uzdrowisku na obrzeżach cywilizacji rodzi się plan, który ma wstrząsnąć posadami obu światów.
Kiamand, zmuszona do noszenia w sobie setek obcych, bolesnych wspomnień. Lori i Elad, desperacko poszukujący przyjaciółki, którą system uwięził we własnym dzieciństwie. W świecie, w którym manipulacja masowo zawiera sojusz z tyranami biedniejszych narodów, a przerażająca siła spoza granic ludzkiego pojmowania budzi się do życia, ich ścieżki wkrótce się przetną.
Niepokojąca, brutalna i piekielnie wciągająca. „Dzieci Nieporządku” odzierają fantastykę z baśniowych złudzeń. Tu nikt nie jest niewinny, a każdy sekret ma swoją cenę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68205-91-6 |
| Rozmiar pliku: | 4,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zawodzie, Swent
Nawołująca skrytego w stogu siana uciekiniera Kiamand była czymś więcej niż tylko sobą: była mnóstwem innych osób.
Przez mroczną, nastroszoną strukturę dostrzegała pół bladej twarzy należącej do drżącej istoty, która się przed nią chowała. Kiamand nagle poczuła jednocześnie litość, smutek i gniew, sprzeczności pochodzące z setek skradzionych wspomnień, które w sobie nosiła.
Mężczyzna tymczasem słyszał jej głos, ale nadal jej nie widział. Miał na imię Mermin i choć liczył sobie ponad trzydzieści lat, miał umysł dziecka. Dlatego zamierzała go przyprowadzić do uzdrowiska Bursztyn, które czasem nazywała domem: tacy jak on byli bowiem dobrą walutą, mającą przysłużyć się jego mieszkańcom w nadchodzącej podróży. „Do wyruszenia w drogę potrzeba już tylko jednej osoby, lecz o dobrym zdrowiu” – oznajmił kochany przez jednych i znienawidzony przez drugich przywódca zgromadzenia.
– Wychodź stamtąd. No już, chodź. – Kiamand mogła niemal posmakować jego lęk i ciekawość. – Proszę.
– Na razie wolę pobawić się tu.
– No, dalej – ponaglała głośniej i bardziej natarczywie, bo szybko wschodzący księżyc przypominał jej, że robiło się późno i kończył się czas. – Będziemy tańczyć i bawić się przez całą noc. Aż cię sen zmorzy.
Mermin z pewnością słyszał już historie o obcych, chorych ludziach, o sekcie odmawiającej posłuszeństwa wszelkim prawom i dobrym obyczajom cywilizowanego świata. Zostawiali prezenty pod drzwiami i zapraszali dzieci oraz młodych dorosłych do Bursztynu, owego tajemniczego uzdrowiska w posępnym sercu starego lasu. Rodzice go ostrzegali, sąsiad też: „Tam to lepiej nie chodź się bawić, nie wiada, co z sobą stamtąd przyniesiesz, lecz na pewno nie dobre zdrowie. To dziwaki i odszczepieńcy!”.
Ostrzegali go przed tym, lecz teraz najwyraźniej nie mógł już dłużej opierać się nieziemskiemu brzmieniu głosu nieznajomej. Mermin był zaciekawiony i przestraszony. Nieznajoma bardzo się różniła od majętnych i ułożonych gospodyń, które widywał na co dzień. Ubrana niedbale i trochę po męsku: nie nosiła też makijażu czy jakichkolwiek ozdób. Nie zaplotła czarnych jak skrzydło kruka włosów w warkocz: opadały jej w nieładzie na ramiona, jakby dopiero wstała z łóżka. Jej twarz była dziewczęca, ale oczy – zupełnie nie. Długo mierzył ją wzrokiem, zastanawiając się, czy jest zwykłym człowiekiem, takim jak on, czy też kimś całkowicie, fundamentalnie odmiennym; czy może jej zaufać, czy raczej powinien dalej siedzieć w bezpiecznym schronieniu.
– Dostaniesz sto pudełek cukierków. Najlepsze słodycze, jakie kiedykolwiek jadłeś, najlepszy cydr. I złotą pelerynę.
– No dobra. – Księżyc błyszczał w jego okrągłych oczach, kiedy wygrzebywał się ze swej kryjówki pod stogiem siana. Głośno szeleścił słomą, dysząc niczym zwierzątko. Pot przyklejał do czoła jego jasną, równo przyciętą czuprynę. Poczochrał ją nerwowo, przestąpił z nogi na nogę i znowu się zawahał.
Kiamand się rozejrzała. Byli tu sami. Zawodzie było obszarem położonym cztery kilometry od granicy najbliższego osiedla noszącego dźwięczną nazwę Pluski. Połać ziemi, coraz rzadziej uprawianej i coraz gęściej pofałdowanej, zmierzającej ku obręczy Wzgórz Kresowych, na których kończyła się większość lokalnie dostępnych map. Były tu wielkie jak domy stogi siana, puste i pozamykane stodoły, strachy na wróble, które dla odstraszenia błędnych ogników odziano, zgodnie z miejscowym przesądem, w krwistoczerwone ubrania wywrócone na lewą stronę. Zmurszałe, kamienne obeliski pozostawione przez prehistorycznych mieszkańców tych ziem we dnie i w noce spoglądały ponuro na nielicznych odwiedzających. Z rzadka dostrzec można było smukłe, osamotnione kształty wiatraków i solarnych ogniw, dostarczających energię okolicznym wioskom.
– Chodź ze mną – wyszeptała Kiamand, a ponieważ Mermin zaczął coś bełkotać, dodała: – I bądź cicho.
Ziemia bezgłośnie przyjmowała jej bose stopy, gdy dreptali razem po trawie i mchu. Wschodzący czerwonawy księżyc wisiał jak lampa na liliowym niebie. Skrzypiały sosny, korony olch szeleściły liśćmi, modrzewie klekotały drewnianymi palcami, wiatr wzmagał się, w miarę jak zapadała noc: czuła na twarzy jej chłodne tchnienie, wciąż przesycone zapachem jesiennego dnia. Różne leśne zwierzęta gorączkowo poszukiwały schronienia, by zapaść w bezpieczny sen. Kiamand nie obawiała się wędrówki przez las pogrążony w mroku: była Wodniczką i jej zmieniające kolor oczy z łatwością przystosowywały się do ciemności.
Przełożony jej zgromadzenia liczył, że zniknięcie opóźnionego w rozwoju mężczyzny łatwiej będzie miejscowym wytłumaczyć. Znakomicie powinien też wypełniać swoją funkcję w podróży do nowego celu, do którego mieszkańcy Bursztynu dążyli od lat, poprzez badania, obrzędy i gorączkowe sny.
– Idź przede mną – poinstruowała Kiamand Mermina. – Nie bój się, pomyśl, że to wszystko ci się śni. Będziesz się bawić do utraty tchu. Ale bądź cicho – nakazała, gdy zaczął wydawać z siebie głośne westchnienia.
Kiedy szli przez las, powtarzała mu, że to tylko sen, a potem groziła, że go zabije, jeśli zechce zawrócić. I tak w kółko. Mermin oddychał wtedy spazmatycznie i mamrotał coś pod nosem lub popłakiwał cicho. Idąc z przymkniętymi oczami, Kiamand nie patrzyła już nawet na tego miękkiego, bladego, nieszczęsnego mężczyznę, którego nawet jeszcze nie szukano.
– Widzisz te światełka? – zapytała, chcąc go uspokoić, i obróciła jego dużą głowę w stronę błędnych ogników, odłamków lżejszego niż powietrze kryształu, wydostających się z podziemi w poszukiwaniu wszystkiego, co ludzkie. Mieniły się wśród drzew niczym bezimienne gwiazdy. Przyciągnął je jego strach. – Popatrz, jak mrugają. Dają nam znak. Prowadzą nas do uzdrowiska i nie mogą się doczekać.
Stąd wiedziała, że są już blisko Bursztynu. Przyprowadzi nowego członka. Przywódca przyjmie go z zadowoleniem. Uśmiechnie się i powie kilka pięknych zdań. A potem wyruszą w podróż.
Kiamand boleśnie odczuwała przy tym swoje pierwotne pragnienie, odziedziczone po kilku nieszczęsnych przodkach, zapisane w kościach, we krwi.
Uległa mu, gdy znaleźli się odpowiednio głęboko w sosnowej głuszy. Posadziła bezwolnego mężczyznę na pokrytej mchem i igłami ziemi.
Nim Mermin wkroczy do uzdrowiska, musi zostać przez nią sprawdzony, musi dołączyć również do jej świata.
Obróciła go gwałtownie ku sobie, przekładając do drugiej ręki sztylet, który miała ze sobą. Nawet nie zaprotestował, oszołomiony nieziemskim blaskiem i wibrującym szmerem ogników, które utworzyły mu nad głową świetlisty wieniec, jakby chciały podkreślić jego czystość i świętość. Zrobiła niewielką dziurkę po wewnętrznej stronie jego dłoni. Na powierzchni ukazała się ciemna plamka krwi.
Spróbowała jej, nabierając ciepłą smużkę na palec i muskając ją końcem języka, i czekała na odpowiedź. Zaraz też przed jej oczami ukazał się jego świat: zapach starego kleju w szufladzie, śmiechy dzieciaków za oknem, raniące go niczym trzaśnięcia bicza. Nie mógł lub obawiał się do nich dołączyć, chociaż tego pragnął. Obserwował drobinki pyłu wydobywające się ze śmiertelnie poranionej kanapy na poddaszu, z gniewną goryczą myślał o jedynych osobach w okolicy, które zechciały zaprosić go do siebie, do wspólnej przygody. „Chcemy się bawić”.
„Nie!” – opuściła jego wspomnienie, które od teraz będzie w niej żyć.
Obok tysięcy innych.
Kiamand nagle otworzyła swoje prawdziwe oczy, a w jej głowie rozległ się szept: „Och, o nie, co ja zrobiłam? Co ja robię?! Przepraszam, przepraszam”.
„Zostaw go!” – pomyślała buntowniczo.
„Ktoś go kocha!”
„Kiamand!”
I Kiamand też zapłakała, wypuszczając sztylet na ziemię i przykładając nadgarstki do skroni, jakby chciała coś wycisnąć ze swojej głowy, te skradzione przed chwilą wspomnienia; i drżała tak, zrozpaczona.
Podziemny świat, z którym rozmawiali w Bursztynie, desperacko potrzebował pokarmu. Tylko w ten sposób odnajdą drogę. Dlatego musiała go tam przyprowadzić. Ale zajrzawszy do jego głowy, nie była w stanie tego zrobić. Przecież on tego nie przeżyje.
Niech zatem wraca.
W jej płaczu pojawiły się ulga oraz wstyd: porwała kogoś, uprowadziła bezbronne stworzenie.
– Wracaj, wracaj – powiedziała do Mermina, a on podniósł się, niemrawo, niezdarnie. I ruszył przed siebie, łkając coraz donośniej i żałośniej: syrena alarmowa przeznaczona dla tych, którzy go kochali. – Uciekaj stąd. Błagam. Wracaj. Proszę.
Patrzyła, jak Mermin oddala się od niej. Na skutek doznanego szoku i działania niezwykłych sił kryjących się pod uzdrowiskiem wkrótce całe doświadczenie wyda mu się snem, zapomni o nim albo nie będzie w stanie stwierdzić, czy przydarzyło się to jemu, czy jakiejś innej osobie. I wędrując pod gwiazdami, za jakiś czas zda sobie sprawę, że nie wie, skąd przychodzi; jak gdyby dotychczas szła za niego inna, obca osoba.
Kiamand dobrze znała to uczucie.
***
Uzdrowisko Bursztyn, Swent
Wściekłe łomotanie rozległo się u bram pogrążonego we śnie uzdrowiska Bursztyn.
Teren ośrodka, wydarty przed wiekami prastarej leśnej głuszy, otoczono wysokim, ceglanym murem. Kiedyś leczono tu choroby płuc, skóry, wzroku oraz rozmaite inne schorzenia. Bogaci i szlachetnie urodzeni mieszkańcy szerokiego świata przybywali tłumnie, by zaznać słynnego mikroklimatu sosnowych borów i zasmakować przedwiecznych wód wypływających z jaskiniowych jezior.
Obecnie wykorzystywano to miejsce do czegoś innego.
– Otwórzcie mi! – zawołała Kiamand, bezskutecznie szarpiąc za mosiężną klamkę.
Wodniczka nie wiedziała, jak się tu znalazła. Minęła noc, czerwone, mgliste słońce nad głuszą przebijało się przez przezroczystą sieć brzozowych koron, solarne lampy rozstawione wokół ośrodka powoli gasły. Jej wspomnienia były mętne i chaotyczne, te zdobyte przez jej własne zmysły przenikały się nawzajem ze skradzionymi.
Musiała odpocząć.
Dwuskrzydłowe wrota uzdrowiska we wszystkich jej wspomnieniach oznaczały bezpieczeństwo i pragnęła tylko jak najszybciej znaleźć się za nimi.
– Zabiłam jakieś zwierzę – wydyszała, gdy wrota wreszcie się otworzyły. Spojrzała zdezorientowana na swoje rękawy, na których zakrzepła krew. Otworzył jej Ilale, przywódca zgromadzenia z Bursztynu.
Mężczyzna spoglądał na nią z góry: przewyższał wzrostem wszystkich mieszkańców uzdrowiska. Jego twarz była pociągła, o posągowych rysach, cera ogorzała, pełna drobnych zmarszczek, wyglądała niezdrowo. Ale jego uśmiech, szeroki, odsłaniający idealne, białe zęby, zawsze wydawał się jej młodzieńczy.
Po chwili Ilale już się nie uśmiechał.
– Kiamand. Co zrobiłaś? Wyszłaś bez ostrzeżenia. Wszyscy cię szukali.
Spróbowała tego w sobie poszukać, by znaleźć odpowiedź. Wspomnienie rodziców, wspomnienie śmiechu, wspomnienie lasu; wspomnienie wspomnienia, wspomnienie myśli. Nic się ze sobą nie łączyło, nie było początku i końca. Były w niej tylko wyraziste, lecz wirujące w chaosie odłamki pamięci przypominające roztrzaskane szkło, które oślepia jej rozsądek. Kalejdoskop bezsensownych kawałków świata.
– Zaczekaj chwilę. Spokojnie. Przestań się w to wsłuchiwać. – Ilale ujął jej twarz dłońmi i na chwilę oboje zamilkli. – Przestań słuchać cudzych żyć. Słuchaj bicia swojego serca. Chociaż przez chwilę.
– Uległam – powiedziała. – Uległam trochę za wcześnie.
Spróbowała skoncentrować się na tu i teraz: na porannym, chłodnym powietrzu, na ciepłych promieniach słońca, które czuła na karku, na zapachu sosnowego lasu, jasnych mchów i wrzosów. Czerwone iskry światła igrały na oknach i dachach uroczych budynków uzdrowiska.
– Przyszedł do mnie. – Jej spojrzenie oddaliło się na moment, zawisło na czubku jednego z drzew, gdy wracała do unoszących się we mgle strzępów swojej wyprawy. – Schował się. Och nie. Nie zrobiłam tego. On… Poszedł sobie. Zabrałam jego wspomnienie, pożałowałam go. Dałam mu odejść.
– Kiamand. – Nie musiała patrzeć na Ilalego, by wiedzieć, że jego twarz stężała, a wargi zacisnęły się w wąski, chłodny grymas. – To bardzo źle. To nie jest właściwy sposób na zyskanie nowych członków. Z łatwością mogłabyś zrobić to inaczej.
– Wiem – odpowiedziała. – Nie potrafiłam.
– Jeśli wyda się, co mu zrobiłaś, nim pozwoliłaś mu odejść, oni nam tego nie wybaczą. Rozgniewany tłum nie będzie się przejmował chronionym statusem uzdrowiska. – Mury Bursztynu były bezpieczne tak długo, jak długo jego sąsiedzi przejmowali się prawami Stolicy. – Jeszcze raz któryś z mieszkańców osiedla zwabiony przez Bursztyn straci zmysły i znajdą go w polu, oszalałego, szarpiącego kłosy zboża i wyjącego do ziemi… Niech Firya wypuści kolejną symulakrę, w poszukiwaniu przygód, i niech trafi na niewłaściwych ludzi… Nie. – Marszczył przez chwilę brwi w milczeniu. – Nie będziemy już zapraszali miejscowych. Czas wrócić do szukania ochotników z daleka. Musimy rozesłać ogłoszenia i poprosić naszych przyjaciół na szerokim świecie o pomoc w znalezieniu chętnych.
– Stamtąd zgłaszają się tylko różne niedojdy, pijacy i szaleńcy – wtrącił się inny, męski głos. Lachet, ogrodnik i członek ważnej grupy studyjnej w Bursztynie, zwabiony hałasem przyczłapał do bramy w klapkach i szlafroku. Kiamand spoglądała na jego wielkie, białe łydki kąsane przez poranny chłód. Jego stareńka matka dreptała tuż za nim.
– Mermin też nie był w pełni władz umysłowych – odparł Ilale. – A jednak miał to, czego nam potrzeba. Zdrowe ciało, silne serce.
To była jedna z pierwszych lekcji, jakie przyswoiła sobie społeczność Bursztynu, gdy kilkanaście lat wcześniej rozpoczęła drogę ku nowemu przeznaczeniu. Nie każdy kuracjusz był na nie gotów. Nie każdy nadawał się do nadchodzącej podróży. Dlatego właśnie musieli szukać takich ludzi jak Mermin.
– Co ja zrobiłam? – Kiamand oddała się powracającej panice.
Jak wielką wyrządziła mu krzywdę? Dlaczego zdecydowała się to zrobić? Czy przełożony zmanipulował ją, czy była to jej własna wola? Drżała i traciła oddech; przycisnęła suche i zimne palce do skroni, jakby znów chciała wycisnąć z głowy to, co na chwilę ją opanowało, albo przeciwnie, zatrzymać to coś w czaszce, nie pozwolić mu przejąć kontroli nad resztą ciała. Opadła na ziemię, walcząc z falami wewnętrznych dreszczy. Wilgotna trawa na chwilę przesłoniła jej świat.
– Już wszystko dobrze, wszystko jest dobrze – uspokajał ją Ilale.
– Niech ucichną – wykrztusiła, łapczywie połykając powietrze. – Niech już będzie cicho. Cisza!
Ukradziony świat Mermina był w niej, krzyczał do niej, lecz ona nie mogła odwrócić się i przemówić do niego, zawołać w odpowiedzi: wybacz mi, znowu uległam.
– Czy prosisz o lekarstwo? – zapytał przywódca, przekrzywiając głowę. – Musisz poprosić.
– Tak – powiedziała bez tchu, bardzo cicho, choć wiedziała, że będzie tego żałować, gdy następnego dnia obudzi się znów wypełniona cudzą pamięcią. – Proszę.
– Lachet. – Stanowczy głos przywódcy na chwilę ją uspokoił. Ciemna sylwetka Ilalego pochylała się nad nią w aureoli wstającego słońca. – Lekarstwo.
– Jakie lekarstwo? – zapytał olbrzymi mężczyzna.
– Innego człowieka – odparł Ilale głosem pełnym zdziwienia, jakby uważał go za niespełna rozumu. – Inne życie. Które już poznała. Które łatwiej wjedzie. Dawaj, natychmiast.
– Ach. – Lachet pacnął się otwartą dłonią w czoło. – Oczywiście.Ktoś inny niż ona
Czernina
Watra nie słyszał gwaru panującego w barze. W głowie kołatało mu się bardzo świeże wspomnienie: wyszczerzone w szerokim uśmiechu zęby dziewczynki, skierowane na sufit spojrzenie jej wielkich, szarych oczu, w których błyszczał zachwyt, jakby widziała coś, czego nikt inny nie dostrzegał. Ten zachwyt nie zniknął nawet wtedy, gdy do jej twarzy zbliżała się rozżarzona końcówka papierosa.
„Była jakaś dziwna. To nie było zwyczajne dziecko” – te myśli pojawiały się w głowie Watry, gdy tylko na moment stracił koncentrację, jak mdłości przed snem, kiedy wypije się o jedno piwo za dużo. Ta dziewczynka, którą dziesięć dni temu zabrał z ulicy, tak naprawdę wcale nie była dziewczynką. To było coś innego.
COŚ innego.
Watra potrząsnął głową. Nie chciał o tym myśleć. Wiedział, że nie może, zdecydowanie nie powinien o tym myśleć.
– Zamknij się – wyrwało mu się.
– Gdo ma zię zamgnądź?
Ten głos przypominał dźwięk piły tnącej zardzewiałą blachę. Kolega Watry, Groń, przyglądał mu się badawczo ze śladem rozbawienia na bardzo ogorzałej twarzy. W jego głęboko osadzonych, okrągłych oczkach nie było jednak wesołości. Siedzieli w Lagunie, jednym z tanich barów Czerniny: ponure, zielonkawe światło lamp wykonanych z mosiądzu i szkła, niskie, kamienne stoły, przy których stłoczona klientela piła tani alkohol z ustawionych w rządkach metalowych kubeczków, pochylała się nad grą w kości lub stosikami cennych drobiazgów zwędzonych lub nabytych od odwiedzających miasto turystów ze szczęśliwszej części świata.
Czernina była najludniejszym i najmłodszym osiedlem Swentu – powstała po odkryciu w pobliżu dużych złóż węgla. Jednak po krótkim okresie dostatku zapotrzebowanie na ten surowiec zaczęło spadać: coraz częściej korzystano z energii czerpanej z sił natury; prawa rządzących stolicą Optymatów tylko wspierały ten trend. Wówczas osiedle podzieliło się na dwie części: bogatą, zamkniętą dla osadników, lecz otwartą dla turystów, przede wszystkim hojnych miłośników życia na prowincji, i biedną, żyjącą z resztek przemysłu wydobywczego, rolnictwa czy, tak jak Watra i Groń, parającą się tym i owym.
Ostatnio większą część dochodów Watra czerpał ze zdobywania i wypychania różnych części zwierząt. Chętnie i regularnie kupowali je przedstawiciele dziwacznej zbieraniny zajmującej dawny ośrodek uzdrowiskowy Bursztyn, który obrócili w coś w rodzaju siedziby kultu religijnego. Byli bandą odklejeńców i Watra nie miał pojęcia, po co im tego aż tyle, ale płacili znakomicie, bo w żelu, który chyba sami wytwarzali.
– Gdo ma zię zamgnądź? – zapytał ponownie Groń.
– Ty – rzucił Watra. – Znikam na moment.
Przemknął pod rzędem ciężkich, czarnych kotar na zaplecze, gdzie w powietrze wzbijał się wonny, kolorowy dym, puszyste dywany tłumiły odgłosy kroków wiotkich dziewcząt i chłopców, spoconych, obdartych, lecz obwieszonych błyskotkami, kołyszących się do muzyki, która nagle wydała się mężczyźnie mroczna, niezupełnie ludzka i niepokojąca.
Watra czym prędzej sięgnął do kieszeni po niewielkie metalowe pudełko po gwoździach. W środku jednak nie było gwoździ, lecz kosteczki przezroczystego, lśniącego milionem drobnych gwiazdeczek żelu. Sprzedawano go aż w sześciu odmianach, ta była najmocniejsza. Watra włożył sobie jedną kosteczkę za dziąsło. W gardło zapiekła go cudownie rześka gorycz. Ostra czystość ze zdrojów starożytnego uzdrowiska. Drżąca, lodowata fala euforii wezbrała pod jego sercem i rozpłynęła się po całym ciele: och tak, wieczór na mieście, koktajle i śmiech, i mroczne wibracje muzyki przenikające jego ciało aż do kości. Trwało to może trzy sekundy, a potem natrętna myśl powróciła.
– Co za akcja – powiedział na głos. Trudno mu było uwierzyć, że minęło już tyle dni, od kiedy znalazł tamtą dziewczynkę. Albo, poprawił się w myślach, coś, co najpierw wziął za dziewczynkę pałętającą się po ulicy, a co było tak naprawdę czymś innym. Tak czy owak, zaproponował wtedy, że może u niego posiedzieć, jeśli jest jej zimno. Być może zrobił to dlatego, że kogoś mu bardzo przypominała. Tak, z całą pewnością zrobił to właśnie dlatego, że kogoś mu przypominała.
Kogoś, kogo zobaczył, kiedy był małym dzieckiem i po raz pierwszy w życiu widział działający kryształ.
Stał wówczas w sporym tłumie gapiów i z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w osadzony na skomplikowanej konstrukcji z lśniącego metalu gładki, ciemny, półprzezroczysty owal, w którym dokonywał się cud. Kryształy były przedmiotami rzeźbionymi z samego kośćca ziemi: łączyły ludzi i pokazywały im różne rzeczy, czasem takie, które oni chcieli zobaczyć, ale częściej takie, które one same chciały im pokazać. Ten kryształ pokazał mu rówieśniczkę. Watra wiedział, że nazywała się Nenno i wydawała mu się wtedy najładniejszą dziewczynką, jaką widział. Śpiewała. W jej śpiewie było coś, czego Watra nigdy nie zapomniał. Gdy go słuchał, jego głowa wydawała się lekka jak piórko i było mu smutno, ale w taki sposób, że było to przyjemne. Myślał o swojej matce, którą ledwo pamiętał: śpiew Nenno sprawiał, że widział ją wyraźnie jak nigdy wcześniej i nigdy później. Tłumy ludzi uwielbiały dziewczynkę. Jak żadnego innego człowieka wcześniej. Nazywano ją fenomenem. Fenomen studiowano, lecz nikt jak dotąd nie zdołał w pełni go wyjaśnić.
Istota, którą Watra znalazł na ulicy, była zaniedbana i zachowywała się dziwnie, ale do złudzenia przypominała mu Nenno. Tylko że ona miałaby teraz dwadzieścia parę lat. Watra wiedział jednak, że to skojarzenie to nie efekt regularnego nadużywania żelu – podobieństwo spotkanego na ulicy dziecka do Nenno wydawało mu się tak samo uderzające, gdy był trzeźwy. Co prawda wielu uzależnionym od żelu przywidywały się różne rzeczy – żeby daleko nie szukać, Groń kiedyś załatwił jedną ze swoich kobiet tulipanem, przekonany, że kiwała go na boku. Z psem.
– A dy dzo – zagadnął Groń, gdy Watra wrócił do ich stolika – żel brałeź?
Pokiwał głową.
– Dy… – Usta Gronia były rozdziawione. Watra spojrzał tam, gdzie kolega pokazywał.
Do baru weszła kobieta – musiała chyba wywodzić się z jakiegoś miejsca, o którego istnieniu Watra nie wiedział. Nigdy wcześniej nikogo takiego nie widział: skóra ciemna jak heban, włosy gęste i kręcone, czarnoniebieskie, z kosmykiem ufarbowanym na srebrno. Była ubrana jak na bal, w zwiewną sukienkę mieniącą się różnymi odcieniami zieleni, która zdawała się łagodnie falować, jak na wietrze, choć w pomieszczeniu nie było przeciągu, miała też wielkie kolczyki w uszach i okulary w cieniutkich złotych oprawach, które musiały być warte więcej, niż Watra zarabiał przez pół roku. Jakby tego było mało, skierowała się prosto do nich.
– Przepraszam bardzo – zagadnęła niskim głosem, pozbawionym akcentu, którego można było się spodziewać. – Nie wiecie może, jak stąd dojść do Urzędu Górskiego?
– He, a po co ci do tego urzędu? – zapytał Watra, jak tylko ochłonął po paru sekundach.
– Po pozwolenie na zbieranie lokalnej flory – odparła. – A nijak nie mogę się tu znaleźć. Wy, pomyślałam, wyglądacie mi na tutejszych, na pewno mi pomożecie…
Groń z uciechy wydał z siebie niski, gardłowy syk, jak pies, któremu dać do miski kiełbasy i złapać go za pysk. Bezgłośnie wymówił wyrazy „baza” i „impreza”. Watra też nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu, ale się powstrzymał. Cudzoziemka nie sprawiała wrażenia, jakby spostrzegła wymianę spojrzeń między nimi.
– No więc… – zaczął Watra – teraz z kolegą sobie jemy. Ale co tam, pomogę, pokażę, co trzeba…
Wydawała się wdzięczna i poszła za nim bez słowa. Powietrze było przesycone zapachem mokrej i zimnej ziemi. Mijali wąskie i wysokie domy wielorodzinne, wykonane w całości z drewna i zwieńczone bardzo spadzistymi dachami ze zdobieniami w kształcie górskich zwierząt. Zielonkawe światło latarni rzucało nikły poblask na bliskie zbocza gór i pełne gwiazd niebo, migotało w drobinkach szkła zaścielających ulice, pozostałościach po tych czy innych zamieszkach. Choć od czasu odkrycia kryształów ludzkość zrobiła niesamowity postęp w niektórych dziedzinach nauki o nazwach, których znaczenia Watra mógł się tylko domyślać, dotyczył on głównie wielkich miast, równie odległych jak świecące nad dachami Czerniny gwiazdy. Energia czerpana ze słońca, wiatru i wody umożliwiła ludziom dokonywanie rzeczy, które wcześniej wydawały się niemożliwe, jak przemierzanie wielkich regionów w ciągu dnia czy spowijanie całych miast w jasnym świetle, jednak z większości tych dobrodziejstw korzystali przede wszystkim mieszkańcy szczęśliwiej położonych miejsc niż Czernina.
– A tak w sumie – zagadnął Watra, chcąc przerwać milczenie – to skąd jesteś?
– Ach – zaśmiała się cudzoziemka. – Urodziłam się na Wyspach Księżycowych. Ale jestem ze Stolicy.
– A. Stolica. – Nie był w stanie wymyślić mądrzejszej odpowiedzi.
Stolica była miejscem, o którym Watra nie wiedział prawie nic i które nic go nie obchodziło. Siedzieli tam Optymaci, obrzydliwie bogaci starcy, którzy tym wszystkim rządzili. Kiedyś Watra zobaczył kilka obrazków ze Stolicy na czyimś krysztale: boleśnie piękny świat, jak ze snu. Strzeliste kamieniczki o ścianach z marmuru mieniącego się barwami świtu lub zmierzchu i ogromnych oknach z ciemnobłękitnego szkła obramowanego złotem. Przyjęcia na dachach pałaców, gdzie w srebrnych baliach bulgotał grzany koniak, a śliczne dzieci umalowane jak lalki roznosiły tace ze stosami żywych raków i langust. Napędzane słońcem i wiatrem powietrzne machiny podobne do obłoków, przepływające pomiędzy budynkami tak wysokimi jak dziesięć domów z Czerniny postawionych jeden na drugim.
– Tu, w prawo – odezwał się, kiedy zbliżyli się do bramy wiodącej na ich podwórko. – Muszę, tego, taką paczkę odebrać. Chwilkę tylko zajmie. Zaczekaj w środku.
Gdy weszli na podwórko ich kamienicy, na twarzy cudzoziemki po raz pierwszy odbiły się chyba jakieś wątpliwości. Rzeczywiście, pogrążone w mroku miejsce wyglądało ponuro: z węglowych piecyków bił słaby, czerwonawy blask, okna, z których dawno wybito szyby, pozasłaniane były dywanikami, ceratami i ogólnie wszystkim, czym się dało, na rogach podwórka piętrzyły się świeżo wypchane głowy dzikich zwierząt, a woń dymu z tanich kadzidełek nie do końca maskowała smród towarzyszący ich produkcji.
– Tylko na chwilkę – powiedział Watra i pchnął cudzoziemkę delikatnie w stronę wejścia. – Zaczekasz w środku.
– Eee… – wyjąkała kobieta. – Chętnie, chociaż trochę mi się spieszy…
Watra uśmiechnął się w duchu.
– To już tylko kawałek stąd – powiedział. – No, idziemy, idziemy. – Znów popchnął ją lekko: żel rozgrzewał mu krew i zaczynał się niecierpliwić. – Bo koledzy przyjdą, a oni już będą mniej mili.
– Patrz! – wykrzyknęła cudzoziemka. – Straż idzie! – Wskazała jakiś punkt za plecami Watry.
Mężczyzna się odwrócił. Dopiero po sekundzie zdał sobie sprawę, że w Czerninie przecież straż rzadko pokazuje się na ulicach o tej porze. Kiedy ponownie spojrzał na cudzoziemkę, ta stała przed nim w dziwacznej pozycji. Jedną dłonią zakrywała oczy, w drugiej trzymała jakiś drobny przedmiocik – złotawe pudełeczko rozkładające się jak kwiat, w środku którego coś migotało, jak drobniutka gwiazda.
– Co do… – mruknął Watra trochę z rozbawieniem, ale nie do końca, bo zaniepokoiła go nagła pewność siebie widoczna w ruchach kobiety.
– Mamy cię, Watra – powiedziała.
Chwilę później rozbłysło światło, tak jasne i potężne, że przesłoniło cały świat.
– Ej… – wydyszał, ale nie zdążył dokończyć. W tym momencie poczuł na plecach dotyk czegoś ostrego i twardego, następnie ciszę wypełnił ogłuszający hałas przypominający trzask, jaki wydałaby z siebie ogromna, przełamująca się powoli tafla szkła. Plecy mężczyzny wygięły się gwałtownie do przodu, a następnie do tyłu, przez całe ciało przebiegła fala skurczów tak silnych, że zawyłby, gdyby nie fakt, że nie mógł wydobyć z siebie głosu. Twarda, zimna ziemia wybiegła mu na spotkanie, potoczył się po niej, jakby turlała go jakaś olbrzymia, niewidzialna ręka. Wyrżnął głową o ścianę. Z oczu ciekły mu łzy, a z ust ślina. „Dziryt szokowy” – zdążył pomyśleć. Trzask pękającego szkła rozległ się ponownie i Watra stracił przytomność.
Pierwszym, co zobaczył, gdy się ocknął, była twarz mężczyzny. Twarz o dziwnym kolorze, szarym czy może szarobrązowym. Tłuste, ciemne włosy zwisające w strąkach. Owalne i bardzo podkrążone oczy. „Wschodniak” – pomyślał Watra. „Jak jedna z tych łajz kręcących się po rynku nad ranem”.
– No nie. – Watra rozpoznał głos cudzoziemki, niski i matowy, zanim ją zobaczył. – A taka impreza się szykowała – parsknęła śmiechem.
– Śmieć – prychnął jej towarzysz, kopiąc Watrę w żebra. – Chciałeś sobie poszaleć. Chętnie po wszystkim oddałbym cię służbom, ale obchodzą się tu z takimi jak ty zbyt wyrozumiale.
Sięgnął po coś do zawieszonej na ramieniu torby. Watra spróbował się rozejrzeć. Byli w jakiejś piwnicy. Sterty dywanów i narzędzi walały się po ziemi. Pokój oświetlało wyłącznie światło z trzymanego przez cudzoziemkę kryształu: gładkiego, ciemnego owalu z rozjarzonym pomarańczowo wnętrzem przywodzącym na myśl żar z ogniska. Mimo zimna, bólu i przerażenia Watra nie zdołał powstrzymać westchnienia: pierwszy raz od lat widział jeden z tych pięknych, groźnych, tajemniczych przedmiotów, które wydawały się żywymi istotami. Spróbował się poruszyć i od razu napotkał opór. Był starannie przywiązany do rury grzewczej za pomocą grubej liny wspinaczkowej.
– Pewnie zastanawiasz się, w co właściwie wdepnąłeś, co? – Wschodniak popatrzył Watrze w oczy. Pokręcił głową. – Nie masz pojęcia – dodał, chyba bardziej do siebie, i znowu parsknął śmiechem, który zaraz zamarł w zimnej ciemności piwnicy.
– Zostaw go, Elad – mruknęła cudzoziemka. – Nie traćmy czasu.
Watra słyszał tylko swój przyspieszony oddech. Przez chwilę walczył z odruchem wymiotnym.
– Co wy… co wy, ludzie… – wydyszał, usiłując złapać oddech. – Kim wy, kurwa, jesteście? Nie wiecie… – Nie przerwali mu. Watra wziął to za dobry znak. – Nie wiecie nawet…! – wykrzyknął, wytrzeszczając oczy. – Wiecie, kim jestem? Koledzy będą mnie szukać. Pożałujecie, że was tu przywiało. Obiecuję wam to.
– Wiemy, kim jesteś. – Cudzoziemka przez chwilę mierzyła go spojrzeniem. – Mamy kilka pytań. Odpowiadaj prosto i uczciwie, a obiecuję, że nic więcej ci nie zrobimy. W porządku?
Watra nic nie powiedział. Czuł, że ci ludzie nie są nawykli do przemocy. Kobieta wzięła do ręki kryształ.
– Przyjrzyj się uważnie temu dziecku. Czy widziałeś je już kiedyś? – zwróciła się w stronę kryształu. – Nenno – wyszeptała. – Nenno, Nenno, Nenno.
Serce podeszło Watrze do gardła, gdy usłyszał jej imię. Nie chciał patrzeć na kryształ, ale nie mógł się powstrzymać.
Ponoć lubiły pokazywać ludziom ból i cierpienie, nieraz ciężko było się z nimi porozumieć i zmusić je do działania, choć, jak mówiono, materia, z której je wytwarzano, miała coś wspólnego z ludzkim organizmem. Gdy się to udawało, były w stanie pokazywać ludziom najróżniejsze obrazy, teraźniejszość i przeszłość, pozwalały im też na wysyłanie do siebie wiadomości i rozmowę na odległość. „Czary” – mówił ojciec Watry, gdy jeszcze żył. „Nic dobrego z tego nie wyjdzie”.
– Nenno, Nenno, Nenno – powtarzała cudzoziemka.
Wreszcie kryształ najwyraźniej usłuchał i ze złotej mgiełki wyłoniła się drobna, blada twarzyczka. Watra wlepił w nią wzrok z uwagą. A potem na moment go zatkało. „To ona” – zrozumiał, a dreszcz przeszedł mu po plecach. Nie była podobna. Była identyczna. Tylko jeśli to istotnie była Nenno, to dlaczego nadal miała dwanaście lat? „Albo to coś tylko wyglądało na dziewczynkę w wieku dwunastu lat” – pomyślał Watra, czując, jak przeszywa go dreszcz. Żel pulsował mu w żyłach, a myśli gnały jak opętane. Szalona rzecz, która mu się przydarzyła, zaczęła urastać do rozmiarów dziejącego się na jawie koszmaru. Najpierw ta dziewczynka, którą znalazł na ulicy, teraz oni.
Musieli wyczytać prawdę z jego twarzy.
– Powiedz wszystko, co o niej wiesz – nakazała kobieta.
Watra otworzył i zamknął usta. Potrzebowali go. Inaczej nie zadawaliby pytań. Jednego Watra nauczył się w obcowaniu z ludźmi, którzy mogli zdmuchnąć go w mgnieniu oka – należało maskować strach i, jeśli to możliwe, znaleźć ich słaby punkt.
– A w ogóle – wciągnął powietrze, starając się nadać swojemu głosowi neutralne brzmienie – czemu tak bardzo obchodzi was bezdomny dzieciak, co miał chyba pecha i polazł do nie tej dzielnicy, co trzeba? Jej rodzicami to raczej nie jesteście.
Przez zmęczoną twarz mężczyzny, którego cudzoziemka nazwała Eladem, przemknął spazm bólu.
– Lepiej po prostu mów, co wiesz, śmieciu. – Te słowa były tylko trochę głośniejsze od szeptu.
– Nic nie wiem.
Wschodniak nachylił się nad nim.
– A mnie się coś wydaje, że jednak wiesz. Tak… – Pokiwał głową. – Wygląda na to, że dobrze wiesz. – Elad nagłym ruchem opuścił mu spodnie.
Watra potrząsnął głową i szarpnął się wściekle.
– Odłóż to – warknął, patrząc, jak mężczyzna zbliża się do niego z dzirytem szokowym w dłoni. Urządzenie przypominało wykonaną z lśniącego metalu krótką włócznię albo oszczędne w zdobienia i ostro zakończone berło. Przyciski na jego powierzchni rozjarzyły się mocnym, liliowym blaskiem. Jeszcze jeden z wynalazków, które ludzkość zawdzięczała rewolucji technologicznej po odkryciu kryształów. – Co to ma być? Odłóż to, kurwa! Natychmiast! Co to jest? No bez jaj.
– Bez jaj? – zdziwił się Elad. – A ja właśnie myślę – dodał, manewrując dzirytem w okolicy krocza Watry – że z jajami.
Dźwięk trzasku pękającego szkła trwał krócej niż sekundę, ale tyle wystarczyło, by Watra z bólu zawył jak bity pies. W ustach miał pełno krwi: musiał ugryźć się w język. Łapał powietrze krótkimi, szybkimi wdechami.
– Lori – rzucił mężczyzna, patrząc na cudzoziemkę. – Twoja kolej.
– Na czym skończyliśmy? – zapytała kobieta. – Więc widziałeś tę dziewczynkę.
Watra zawisł na podtrzymujących go więzach. Nie mógł oderwać wzroku od końcówki dziryta.
– No. Dziwna była – wydyszał. – Jakby stuknięta albo coś. Zrobiło mi się żal dzieciaka, nie?
– Jak się zachowywała?
– No… Ten. Dziwnie.
Patrzyli na niego w ciszy.
– Watra – odezwał się mężczyzna po trzech sekundach – a mógłbyś być bardziej dokładny?
– Więc – Watra wziął głęboki oddech – jak ją zobaczyłem, że się błąka bez celu, to jej powiedziałem… No, że jak nie ma dokąd pójść, to może posiedzieć chwilę u mnie, nie? No i potem przyszedł Groń. Na imprezę, żel, wino. Zaraz zobaczył tę dziewczynkę, no i pyta, co to za jedna. To się razem napiliśmy, ale ona nic nie mówiła. Wtedy wciągnęliśmy żel. A ta mała cały czas… jakby nie kontaktowała. Dałem jej trochę żelu. Żeby się lepiej poczuła, nie? Co w tym dziwnego? Ja w jej wieku już wciągałem. Minęła może z minuta i jak ona się nie wydrze nagle… Takiego wjazdu to w życiu nie widziałem. Oczy wybałuszone jak nie wiem co i drze coś na całe gardło bez sensu. Coś jakby piosenka. Róża, cierń, coś takiego. Że się nie boi. – Mężczyzna i kobieta wymienili się spojrzeniami. – Drze się i nie chce przestać, i wymachuje rękami. – Watra przypomniał sobie, że już wówczas przeraził się nie na żarty. Jakby dostąpiła jakiegoś objawienia czy czegoś w tym rodzaju. Szeroki uśmiech, wybałuszone oczy, wyciągnięte ręce. Przeszedł go dreszcz. I wtedy, i teraz, kiedy opowiadał. Nie zachowywała się jak żadne dziecko, które do tej pory widział. – Próbowałem ją uciszyć. Ale już było za późno. Groń się obudził, bo mu się przysnęło, i jak to zobaczył, to się trochę wkurzył. I… Powiedział, że spotkaliśmy demona. No i się wydarł, kopnął ją, zgasił na niej papierosa, a potem uwiązał ją na łańcuchu do pieca. – Watra przełknął ślinę, zastanawiając się, czy powinien mówić dalej. Nie zobaczył, co Groń zrobił dziewczynce, ale mógł się domyślać. – Co później z nią robił, nie wiem, bo nie mogłem patrzeć, wyszedłem.
***
Gdy mężczyzna słuchał opowieści Watry, w jego głowie pojawiło się wspomnienie sprzed dziesięciu lat. Mijał właśnie trzeci dzień roku szkolnego i Elad czuł, że nienawidzi życia. Nie zmieniał tego odczucia fakt, że przedwczoraj skończył jego dwunasty rok. Nie zmieniała go również przyjemna, ciepła bryza znad ciemnobłękitnego Wielkiego Morza, szelest grubych, szmaragdowych listków na drzewach o białych pniach rosnących wzdłuż nadmorskiej promenady, sok z mrożonego mango ani zmierzchające niebo, które zaczynało właśnie przybierać rdzawy kolor.
Starczyły ledwie trzy dni, by wszelkie jego plany o byciu normalnym i znalezieniu przyjaciół okazały się niedorzecznymi mrzonkami. Nikt go nie lubił. A on sam nie robił tego, co sprawiało, że ludzie się lubili, na przykład zaproszenie kogoś na chodzenie po sklepach czy na smażonego kurczaka z budki wydawało mu się rzeczą równie dziwną, odległą i nieosiągalną jak sterowanie machiną powietrzną. Jedyne, co potrafił, to wdawać się w długie i podszyte rozpaczą dysputy z nauczycielami na tematy historyczne, podczas których oglądał się na pozostałych członków klasy z goryczą i nadzieją, że jego najlepsze żarty, które pieczołowicie szlifował całymi godzinami podczas nudnych wieczorów w swoim pokoju, wywołają coś więcej niż co najwyżej niepewne, ostrożne uśmieszki. Gdy jednak w idiotyczny sposób potknął się, uderzając czołem o framugę drzwi, to było co innego: wówczas śmiechom nie było końca. Był dziwny, był śmieszny; nigdy nie będzie im równy. Odstawił resztę soku z mango, czując, że jego nogi robią się ciężkie od rozpaczy wzbierającej gdzieś w podbrzuszu. Ze zdumiewającą jasnością uświadomił sobie, co się teraz stanie: zacznie płakać i ktoś to zobaczy.
Nie zrobił tego jednak. Promenadą z naprzeciwka nadchodziły dwie dziewczyny z jego klasy. Pierwsza szła Nenno, piękność o kasztanowych włosach i szarych oczach, tak ładna, że gdy na nią patrzył, ogarniało go dziwne uczucie, które trudno było nazwać, coś jak ból, który nie był nieprzyjemny. Była znana, chłopcy szeptali o niej na przerwach, a był to ten szczególny spocony, rozchichotany szept, który wzbudzał w Eladzie obrzydzenie, nauczyciele odzywali się do niej z rezerwą i podziwem, niektórzy także z uwielbieniem lub niechęcią. Elad czuł, że nienawidzi jej najbardziej ze wszystkich za ten swobodny, bezmyślny urok, który sprawiał, że wszyscy bez zastanowienia akceptowali ją jak swoją, że cokolwiek nie zrobiła, w każdym towarzyskim kółeczku, w każdym rombie posadzki, w każdej minucie była u siebie, była wśród swoich. Obok niej szła Lori, czarnoskóra dziewczynka o kręconych, ciemnoniebieskich włosach i w ogromnych okularach, cicha i nieśmiała, do której Nenno przysiadła się na pierwszych zajęciach. Jej również Elad nienawidził, właśnie za to.
Wpatrywał się nie tyle w morze i metalowe dachy rezydencji położonych nad bielutką plażą, co przed siebie, usiłując przybrać wyraz wyniosłego zamyślenia. Skoncentrował się na tym, licząc, że dzięki temu zdoła się nie rozpłakać.
– …a w ogóle ten gość jest szalony. Naprawdę. Jak wszyscy wyszli z klasy, to mówił do siebie, dasz wiarę? I to jakieś wariactwa. „Dalibóg, pies to walił”, mało nie posikałam się ze śmiechu… – opowiadała Nenno. Śmiała się głośno i szczerze, tak jak potrafiły tylko szczęśliwe dzieci, które otaczały Elada od trzech dni.
Nagle urwała. Chłopiec poczuł, że serce mu przyspiesza. Nie mogła go rozpoznać, z całą pewnością nie…
– Ej! – Musiała mówić do niego, choć wydawało się to niemożliwością, nie do pojęcia… – Ty jesteś Elad, no nie? Halo?
Dopiero teraz zdołał na nią spojrzeć. Zamachała mu przed oczami ręką, przemknęło mu przez głowę, że wykonywała ten żartobliwy, ostrożny, jednocześnie przyjazny i szyderczy gest tak naturalnie, tak swobodnie. Jakby robiła to co rano. Jakby nie było nic prawdziwszego na świecie. Jej szare oczy błyszczały jak światełka na drugim krańcu bezbrzeżnego mroku między nimi.
– Ty jesteś dobry z historii, nie? No, bo właśnie rozmawiałyśmy z Lori, że za nic nie wiemy, o co chodziło z tą Bezkrwawą Rewolucją…
Odpowiedział stekiem bzdur i niedorzeczności, które miały w zamyśle być śmieszne i które potem wywoływały w nim na przemian wstyd i jakąś dziwną rozkosz. Jego serce zapomniało o jednym uderzeniu, a może o kilku. Lepiej od niego wiedziało, że cisza dobiegała końca i że nic już nigdy nie miało być takie samo jak przedtem, jak przed odnalezieniem go przez tą dziwną, cudowną dziewczynkę, która mieszała wszystkim w głowach, a która przy tym wydawała się jedyną znaną Eladowi osobą potwierdzającą istnienie niedorzecznego banału określanego przez dorosłych mianem dobrego serca.
***
Watra urwał, widząc grymas bólu, który pojawił się na twarzach kobiety i mężczyzny, gdy mówił o tym, że nie wie, co Groń później robił z dziewczynką, która przypominała mu Nenno. Wziął głęboki oddech.
– I odlecieliśmy potem od żelu. A jak się ocknęliśmy, to tej dziewczynki już nie było. Poszła sobie.
– Poszła? – Kobieta nachyliła się nad nim. – Jak?
Watra zawisł na linkach, wyczerpany.
– No… Nie wiem, jak wyszła, bo drzwi były zamknięte. Na łańcuch. Może przez okno albo… – Pokręcił głową.
– Kiedy? Kiedy to było?
– Więcej niż tydzień temu. Dziesięć dni.
– I nie masz oczywiście pojęcia, dokąd mogła pójść?
– Skąd mam wiedzieć?
Przyglądali mu się w ciszy. Watra nie mógł powstrzymać dygotania.
– Chyba naprawdę nie wie – mruknął mężczyzna. A potem bez ostrzeżenia uniósł dziryt szokowy. Trzask pękającego szkła rozległ się ponownie i przed oczami Watry zapadła ciemność.
***
– Myślisz, że przeżyje?
Elad był tak zmęczony, że słyszał głos Lori dobiegający jakby spod powierzchni wody. Spojrzał na nią – zdążyła zamienić elegancką sukienkę na zielony ubiór podróżny. Nadal oddychała szybko, a jej oczy były rozbiegane. Zerkała na Elada z niedowierzaniem, jakby chciała zapytać: czy my to właśnie zrobiliśmy?
– Możliwe. Bardzo możliwe, że przeżyje – odparł Elad. Choć odeszli od piwniczki ledwie kilka kroków, krzyki zamkniętego w skrzyni na narzędzia Watry nie wydawały się głośniejsze od szelestu gałązek. – Pewnie w końcu ktoś go znajdzie. W jakim stanie, to inna sprawa. Czy to ważne?
Lori wzruszyła ramionami.
– Pospiesz się.
Mężczyzna pokiwał głową i zaciągnął się papierosem, czując, jak opuszcza go napięcie ostatnich strasznych godzin. W ciszy słyszał wyraźnie kapanie kropelek zimnej wilgoci z gałązek krzewów. Spomiędzy rzadkich drzew i ścian drewnianych domków na obrzeżach Czerniny wynurzał się blady, złotawy poblask. Wstawał świt. Drugi świt ich poszukiwań. O tej porze na szczęście na ulicach Czerniny nie było nawet włóczęgów. Elad pomyślał, że oboje z Lori z całą pewnością rzucają się w oczy. On, ze swoją podłużną twarzą i szarą cerą arystokraty ze Wschodu, okryty szykownym, lecz bardzo znoszonym płaszczem i z papierosem w dłoni, Lori ze swoimi mieniącymi się granatem i srebrem włosami, które sprawiały, że na każdej ulicy zwracały się na nią spojrzenia wszystkich przechodniów.
Watra pewnie długo będzie ich pamiętać. O ile po dzisiejszej przygodzie coś zostanie z jego nieszczęsnego umysłu. Tak czy owak, nikt raczej nie przejmie się jego losem, może poza kolegami, o których mówił… o ile rzeczywiście istnieli. Na ich szczęście łatwo wpadł w zastawioną przez nich pułapkę. Lori sama zaproponowała ryzykowny plan, w którym przypadła jej rola przynęty. Posłużyła się świetlną bombą i dzirytem szokowym na tyle sprawnie, że Elad był jej właściwie niepotrzebny. Był pod wrażeniem jej odwagi, zimnej krwi i determinacji. Gdy znali się jako dzieci, również była od niego dzielniejsza – nie bała się ściągać w najbardziej ryzykownych momentach i z kamienną twarzą bezczelnie kłamać nauczycielom w żywe oczy.
– Słyszysz coś? – Elad wytężył słuch. – Chyba przestał krzyczeć?
– Pewnie się zmęczył – westchnęła Lori. – Trzymaj się, Watra.