-
nowość
-
promocja
Dziecko Rosemary - ebook
Dziecko Rosemary - ebook
Nowe wydanie kultowej powieści grozy Iry Levina z 1967 roku.
Książka w nowym, znakomitym tłumaczeniu Roberta Ginalskiego.
Książka, której mistrzostwo Truman Capote porównywał do „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa, znalazła się na liście 100 najlepszych powieści wszech czasów wg Mystery Writers of America.
Truman Capote
„The New York Times”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-118-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROSEMARY I GUY WOODHOUSE’OWIE właśnie podpisali umowę najmu pięciopokojowego mieszkania w białym klocku przy Pierwszej Alei, kiedy niejaka Cortez zawiadomiła ich, że zwolnił się czteropokojowy apartament w Bramfordzie. To stare, czarne i monstrualne gmaszysko składa się z labiryntu wysokich mieszkań, pożądanych ze względu na kominki oraz wiktoriańskie detale. Rosemary i Guy zaraz po ślubie wpisali się na listę oczekujących, lecz w końcu zrezygnowali.
Guy zakrył mikrofon, przyciskając słuchawkę do piersi, i przekazał wiadomość żonie.
– O nie! – jęknęła; wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
– Za późno – powiedział do telefonu. – Wczoraj podpisaliśmy umowę najmu.
Rosemary złapała go za rękę.
– A może uda się z niej wymiksować? – podsunęła. – Coś wymyślimy.
– Chwileczkę, pani Cortez. – Guy znów zakrył mikrofon. – Co miałbym im powiedzieć? – zapytał.
Skołowana Rosemary bezradnie zamachała rękami.
– Bo ja wiem? Prawdę. Że mamy szansę zamieszkać w Bramfordzie.
– Kochanie, takie rzeczy ich nie obchodzą – uświadomił ją.
– Guy, ty na pewno coś wymyślisz. Obejrzyjmy chociaż to mieszkanie, dobrze? Umów się na oglądanie. Błagam. Zanim ona się rozłączy.
– Podpisaliśmy umowę, Ro. Mamy związane ręce.
– Proszę cię! Ona się zaraz rozłączy! – Rosemary zaszlochała, udając, że cierpi, oderwała słuchawkę od piersi męża i spróbowała przystawić mu ją do ust.
Roześmiał się i nie stawiał oporu.
– Pani Cortez? Okazuje się, że chyba możemy zrezygnować z tamtego lokalu. Nie zawarliśmy wiążącej umowy, podpisaliśmy tylko przedwstępną, bo zabrakło im formularzy. Czy możemy obejrzeć mieszkanie?
Pani Cortez udzieliła im wskazówek – niech się stawią w Bramfordzie między jedenastą a wpół do dwunastej, znajdą pana Micklasa albo Jerome’a, powołają się na nią i powiedzą, że przyszli obejrzeć mieszkanie 7E. A potem niech do niej zadzwonią. Dała Guyowi swój numer.
– Widzisz, jak chcesz, to potrafisz – pochwaliła go Rosemary, wkładając skarpetki stopki i żółte czółenka. – Jesteś niezrównanym kłamcą!
Guy przeglądał się w lustrze.
– Chryste, pryszcz! – rzucił.
– Nie wyciskaj.
– Wiesz, że tam są tylko cztery pokoje. Nie ma dziecięcego.
– Wolę cztery pokoje w Bramfordzie niż całe piętro w tamtym… tamtym białym blokhauzie – oświadczyła.
– Wczoraj byłaś nim zachwycona.
– Spodobał mi się, ale zachwycona nie byłam. Głowę dam, że nawet architekt nie jest zachwycony. Połączymy salon z jadalnią i wygospodarujemy miejsce na piękny pokój dla dziecka… jeśli w ogóle będzie potrzebny.
– Będzie, już niedługo – zapewnił ją. Przesuwał elektryczną maszynką do golenia pod nosem, spoglądając w odbicie swoich dużych piwnych oczu.
Rosemary wcisnęła się w żółtą sukienkę i zasunęła zamek na plecach.
Znajdowali się w kawalerce Guya. Na ścianach wisiały plakaty z Paryża i Werony, a na podłodze stał duży tapczan; pokój miał też aneks kuchenny.
Był wtorek trzeciego sierpnia.
PAN MICKLAS OKAZAŁ SIĘ drobnym i energicznym człowieczkiem, któremu brakowało części palców u rąk, więc ściskanie mu dłoni było dość krępujące, choć jemu najwyraźniej nie przeszkadzało.
– No proszę, aktor – ucieszył się, środkowym palcem naciskając guzik windy. – Mamy wzięcie wśród aktorów. – Wymienił czterech mieszkających w Bramfordzie, same znane nazwiska. – Widziałem pana w czymś?
– Pomyślmy – odparł Guy. – Jakiś czas temu grałem Hamleta, prawda, Liz? Potem występowaliśmy razem w _Brodźcu_…
– Mąż żartuje – wpadła mu w słowo Rosemary. – Grał w _Lutrze_ i w _Nikt nie kocha albatrosa_, a poza tym w wielu serialach telewizyjnych i reklamach.
– Reklamy – rozmarzył się pan Micklas. – Kopalnia pieniędzy, co nie?
– To prawda – przytaknęła Rosemary.
– A jakie wyzwanie dla artysty – dorzucił Guy.
Spojrzała na niego błagalnie. Zrewanżował się miną ucieleśnionej niewinności, a potem nad głową pana Micklasa łypnął na nią pożądliwie, niczym lubieżny wampir.
Windę – wyłożoną dębową boazerią i z błyszczącą mosiężną poręczą – obsługiwał młody czarny chłopak w liberii, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy.
– Na siódme – polecił pan Micklas i zwrócił się do Guya i Rosemary: – Mieszkanie ma cztery pokoje, dwie łazienki i pięć szaf ściennych. Na początku dom składał się z olbrzymich apartamentów, najmniejszy miał dziewięć pokoi, ale z czasem prawie wszystkie podzielono na czwórki, piątki i szóstki. Siedem E to czwórka, pierwotnie tylna część dziesiątki. Zachowały się oryginalna kuchnia i główna łazienka… Jak wkrótce się państwo przekonają, są olbrzymie. Główną sypialnię przerobiono na salon, druga stała się obecną sypialnią, a dwa pokoje dla służby połączono i powstała jadalnia albo drugi pokój. Macie państwo dzieci?
– W planach – odparła Rosemary.
– To idealny pokój dla dziecka, z osobną łazienką i wielką szafą w ścianie. Całość została pomyślana dla młodego małżeństwa, jak państwo.
Winda zatrzymała się. Uśmiechnięty czarny chłopak opuścił ją nieco w dół, a potem podjechał do góry, by zrównać podłogi kabiny i korytarza na piętrze; nadal się uśmiechając, otworzył wewnętrzną mosiężną kratę i zewnętrzne rozsuwane drzwi. Pan Micklas przepuścił Rosemary i Guya przodem i wysiedli na kiepsko oświetlony korytarz o ciemnozielonych ścianach i z wykładziną tego samego koloru. Sprzed rzeźbionych zielonych drzwi z numerem 7B zerknął na nich robotnik, po czym wrócił do montowania judasza w wyciętym otworze.
Pan Micklas poprowadził ich w prawo, a potem w lewo krótkimi odgałęzieniami ciemnozielonego korytarza. Idąc za nim, Rosemary i Guy zobaczyli wytarte placki na tapecie i szew w miejscu, gdzie odkleiła się i zagięła do spodu; widzieli przepaloną żarówkę w kinkiecie z rżniętego szkła i dziurę w ciemnozielonym dywanie, zaklejoną jasnozieloną taśmą.
Guy zerknął na Rosemary. Łatany dywan? – mówiło jego spojrzenie. Uciekła wzrokiem i uśmiechnęła się promiennie. Uwielbiam to, tutaj wszystko jest cudowne! – krzyczała jej mina.
– Od śmierci poprzedniej lokatorki, pani Gardenii, minęło dopiero kilka dni, jej rzeczy wciąż są w mieszkaniu – poinformował pan Micklas, nie oglądając się na nich. – Jej syn prosił mnie o przekazywanie oglądającym, że dywany, klimatyzatory i niektóre meble można odkupić praktycznie za bezcen. – Skręcił w kolejne odgałęzienie korytarza, wyłożone nowszą na oko tapetą w zielone i złote pasy.
– Czy zmarła w mieszkaniu? – spytała Rosemary. – Nie żebym…
– Ależ nie, skądże – zaprzeczył czym prędzej pan Micklas. – W szpitalu. Tygodniami leżała w śpiączce. Była bardzo stara, umarła, nie odzyskawszy przytomności. Też chciałbym tak odejść, kiedy wybije moja godzina. Do końca zachowała pogodę ducha i energię, sama sobie gotowała, robiła zakupy… Była jedną z pierwszych kobiet prawników w stanie Nowy Jork.
Dotarli do schodów na końcu korytarza. Po lewej ujrzeli drzwi mieszkania 7E, pozbawione rzeźbionych ozdób i węższe od tych, które mijali. Pan Micklas nacisnął perłowy guzik dzwonka – nad którym na czarnej plastikowej tabliczce wypisano białymi literami _L. Gardenia_ – i przekręcił klucz w zamku. Pomimo brakujących palców poradził sobie z klamką i szarmancko otworzył drzwi.
– Zapraszam – powiedział i stojąc na palcach, przytrzymał im drzwi wyciągniętą na całą długość ręką.
WĄSKI KORYTARZ BIEGNĄCY NA wprost od wejścia dzielił czteropokojowe mieszkanie na pół, po dwa pomieszczenia z każdej strony. W pierwszym po prawej była kuchnia; na jej widok Rosemary nie mogła powstrzymać chichotu, bo była równie duża, jeśli nie większa, niż cała kawalerka, w której teraz mieszkali. Znajdowały się tam sześciopalnikowa kuchenka gazowa z dwoma piekarnikami, kolosalna lodówka i ogromny zlew; poza tym były dziesiątki szafek, okno wychodzące na Siódmą Aleję, rzeczywiście wysoki sufit, a nawet – gdyby usunąć chromowany stół i krzesła pani Gardenii oraz powiązane roczniki „Fortune” i „Musical America” – idealne miejsce na coś w rodzaju błękitno-kremowego kącika śniadaniowego, którego projekt wycięła sobie z ostatniego numeru „House Beautiful”.
Naprzeciwko kuchni znajdowała się jadalnia. Mógł to być też drugi pokój, który pani Gardenia najwyraźniej wykorzystywała jako coś pomiędzy gabinetem a oranżerią. Na prowizorycznych półkach pod spiralami zgaszonych jarzeniówek stały setki małych roślin, więdnących bądź martwych, a pośród nich królowało biurko żaluzjowe, zawalone książkami i papierami. Był to piękny mebel, okazały i wiekowy. Rosemary zostawiła Guya i pana Micklasa, rozmawiających przy drzwiach, i podeszła do niego, ostrożnie omijając półkę z uschniętymi brązowymi liśćmi. Takie biurka wystawiano w witrynach antykwariatów; dotykając go, zastanawiała się, czy to jeden z tych przedmiotów, które można odkupić praktycznie za bezcen. Na różowym papierze ktoś wypisał pięknym charakterem pisma: …_niż tylko zajmującą rozrywką, jak sądziłam. Nie mogę już dłużej utożsamiać się z…_ Rosemary uświadomiła sobie, że wtyka nos w nie swoje sprawy, podniosła wzrok i zobaczyła, że pan Micklas odwraca się od Guya.
– Czy to biurko wchodzi w skład rzeczy, które syn pani Gardenii chce sprzedać? – spytała.
– Nie wiem – odparł pan Micklas. – Ale mogę się dowiedzieć.
– Jest piękne – przyznał Guy.
– Prawda? – rzuciła Rosemary i z uśmiechem rozejrzała się po ścianach i oknach.
Pomieszczenie idealnie nadawałoby się na taki pokój dziecięcy, jaki sobie wymarzyła. Był trochę ciemny – okna wychodziły na wąskie podwórko – ale żółto-biała tapeta ładnie by go rozjaśniła. Łazienka, choć niewielka, stanowiła miły dodatek, a szafa, pełna doniczek z młodymi sadzonkami, które wyglądały na całkiem zdrowe, była naprawdę porządna.
Skierowali się do wyjścia.
– Co to za rośliny? – zapytał Guy.
– Głównie zioła – odparła Rosemary. – Jest mięta, bazylia… a tych nie znam.
Dalej w korytarzu, po lewej, znajdowała się szafa dla gości, a po prawej – szerokie sklepione wejście do salonu. Naprzeciwko widniały dwa duże okna wykuszowe, z szybami w kształcie rombów i trzyczęściowymi ławami pod spodem. W ścianie po prawej zamontowano mały kominek z rzeźbionym gzymsem z białego marmuru, a tę po lewej zajmowały wysokie dębowe regały.
– Och, Guy! – pisnęła Rosemary, chwyciła jego dłoń i ją ścisnęła.
– Uhm – mruknął wymijająco, ale odwzajemnił uścisk.
– Kominek działa, ma się rozumieć – powiedział pan Micklas, stojący obok nich.
Sypialnia, za ich plecami, była wystarczającej wielkości – miała mniej więcej cztery metry na sześć i okna wychodzące na to samo wąskie podwórko co te w pomieszczeniu, które mogło być jadalnią, drugim pokojem lub pokojem dziecięcym. Łazienka za salonem była duża i pełna obłych białych urządzeń z mosiężnymi gałkami.
– Cudowne mieszkanie! – zawołała Rosemary po powrocie do salonu. Obróciła się, rozkładając ramiona, jakby chciała je objąć. – Uwielbiam je!
– Próbuje pana skłonić do obniżki czynszu – rzucił Guy.
Pan Micklas uśmiechnął się.
– Podnieślibyśmy go, gdybyśmy mogli. To znaczy ponad dozwolone piętnaście procent. Mieszkania z takim urokiem i charakterem są dziś równie rzadkie jak zęby u kury. Nowi… – Urwał, spoglądając na mahoniową sekreterę stojącą na końcu głównego korytarza. – Dziwne – mruknął. – Za tą sekreterą jest szafa. Z całą pewnością. Powinno ich być pięć: dwie w sypialni, jedna w drugim pokoju i dwie w korytarzu, tutaj i tutaj. – Podszedł do mebla.
Guy stanął na palcach.
– Ma pan rację – przytaknął. – Widzę górną krawędź drzwi.
– Przesunęła ją – zauważyła Rosemary. – Sekreterę. Kiedyś stała tutaj.
Wskazała wysoki ślad na ścianie obok drzwi sypialni i głębokie odciski po czterech kulistych nóżkach w bordowym dywanie. Od tych wgnieceń aż do miejsca, gdzie teraz przy wąskiej sąsiedniej ścianie znajdowała się sekretera, biegły łukiem blade rysy.
– Pomoże mi pan? – zwrócił się do Guya pan Micklas.
Wspólnymi siłami stopniowo przepchnęli mebel z powrotem na jego pierwotne miejsce.
– Już wiem, czemu zapadła w śpiączkę – mruknął Guy, napierając.
– Nie przesunęłaby jej sama. Miała osiemdziesiąt dziewięć lat – odparł pan Micklas.
Rosemary z wahaniem spojrzała na drzwi szafy, które odsłonili.
– Wolno nam je otworzyć? – spytała. – Może powinien to zrobić jej syn?
Nogi sekretery idealnie wpasowały się w cztery odciski w dywanie. Pan Micklas rozmasował pozbawione niektórych palców dłonie.
– Mam pozwolenie na pokazanie mieszkania – oświadczył, podszedł do drzwi i je otworzył.
Szafa była prawie pusta; z jednej strony stał odkurzacz, z drugiej kilka desek. Na górnej półce leżały niebieskie i zielone ręczniki kąpielowe.
– Ten, kogo tam zamknęła, zwiał – skomentował Guy.
– Widocznie nie potrzebowała pięciu szaf – skwitował pan Micklas.
– Ale dlaczego zastawiła odkurzacz i ręczniki? – spytała Rosemary.
Pan Micklas wzruszył ramionami.
– Pewnie nigdy się nie dowiemy. Chyba na starość rzeczywiście dziwaczała. – Uśmiechnął się. – Mogę państwu coś jeszcze pokazać albo wyjaśnić?
– Tak – odparła Rosemary. – Co z praniem? Czy na dole jest pralnia?
PODZIĘKOWALI PANU MICKLASOWI, który odprowadził ich aż na ulicę, i wolno ruszyli Siódmą Aleją.
– Jest tańsze od tamtego – powiedziała Rosemary takim tonem, jakby na uwadze miała przede wszystkim względy praktyczne.
– Ale ma o jeden pokój mniej, kochanie – zauważył Guy.
Przez chwilę szła w milczeniu.
– Za to jest w lepszej dzielnicy – dodała w końcu.
– To prawda – przyznał. – Mógłbym chodzić do teatrów pieszo.
Podniesiona na duchu, zapomniała o względach praktycznych.
– Guy, weźmy je! Proszę cię! Proszę! To takie cudowne mieszkanie! Ta stara pani Gardenia nic z nim nie zrobiła! Ten salon mógłby być… mógłby być piękny, ciepły i… Och, Guy, proszę cię! Weźmy je, dobrze?
– Jasne – rzucił z uśmiechem. – Jeśli tylko uda nam się wykręcić z tamtej umowy.
Uszczęśliwiona Rosemary złapała go pod rękę.
– Uda się! – zawołała. – Coś wymyślisz, wiem, że potrafisz!
Guy zadzwonił z przeszklonej budki telefonicznej do pani Cortez, a Rosemary, stojąc na zewnątrz, próbowała czytać z ruchu warg. Pani Cortez powiedziała, że daje im czas do trzeciej; jeśli do tej pory się nie odezwą, zadzwoni do następnych chętnych z listy oczekujących.
Poszli do Rosyjskiej Herbaciarni i zamówili po Krwawej Mary i kanapce z kurczakiem na czarnym chlebie.
– Możesz im powiedzieć, że zachorowałam i muszę iść do szpitala – podsunęła Rosemary.
Taki argument nie był jednak ani przekonujący, ani dostatecznie mocny. Guy zmyślił więc bajeczkę o tym, że dostał propozycję dołączenia do obsady spektaklu _Przyjdź i zadmij w róg_, która wybierała się na czteromiesięczne tournée po Wietnamie i Dalekim Wschodzie. Aktor grający Alana złamał biodro, więc jeśli on, Guy, znający rolę z wcześniejszych występów, nie wskoczy na jego miejsce, wyjazd trzeba będzie przełożyć o co najmniej dwa tygodnie. A byłoby szkoda, przecież ci chłopcy tam, w Wietnamie, tak dzielnie walczą z komunistami. Jego żona musiałaby w tym czasie zatrzymać się u rodziców w Omaha…
Przećwiczył tę historyjkę dwa razy i ruszył na poszukiwanie telefonu.
Rosemary sączyła drinka i zaciskała mocno kciuk schowanej pod stołem lewej ręki. Myślała o mieszkaniu przy Pierwszej Alei, którego już nie chciała, i skrupulatnie wyliczała w myślach jego zalety: lśniąca nowością kuchnia, zmywarka, widok na East River, centralna klimatyzacja…
Kelnerka przyniosła kanapki.
Obok przeszła ciężarna kobieta w granatowej sukience. Patrząc na nią, Rosemary oceniła ją na szósty, może siódmy miesiąc; przyszła matka rozmawiała wesoło przez ramię z objuczoną torbami starszą kobietą, pewnie matką.
Ktoś siedzący pod ścianą naprzeciwko pomachał do niej ręką – ruda dziewczyna, która zaczęła pracę w CBS kilka tygodni przed jej rezygnacją. Rosemary odwzajemniła gest. Dziewczyna powiedziała coś bezgłośnie, a widząc, że koleżanka nie zrozumiała, powtórzyła. Siedzący na wprost niej mężczyzna odwrócił się i spojrzał na Rosemary; jego woskowa twarz sprawiała, że wyglądał jak zagłodzony.
I wtedy wrócił Guy – wysoki, przystojny, z trudem hamował uśmiech, a z całej jego postawy biło jedno słowo: Tak.
– Załatwiłeś? – rzuciła Rosemary, gdy usiadł naprzeciwko niej.
– Załatwiłem – odparł. – Umowa jest unieważniona, zwrócą nam zaliczkę, a ja mam wypatrywać porucznika Hartmana z Korpusu Łączności. O drugiej jesteśmy umówieni z panią Cortez.
– Dzwoniłeś do niej?
– Dzwoniłem.
Ni stąd, ni zowąd stanęła obok nich ruda dziewczyna, zaczerwieniona i rozpromieniona.
– Właśnie mówiłam, że małżeństwo wyraźnie ci służy, wyglądasz wspaniale – powiedziała.
Rosemary roześmiała się, gorączkowo próbując sobie przypomnieć jej imię.
– Dziękuję! Świętujemy. Właśnie załatwiliśmy sobie mieszkanie w Bramfordzie!
– W Bram? – Dziewczyna aż zapiszczała. – Uwielbiam ten budynek! Jeśli będziecie kiedyś chcieli je podnająć, jestem pierwsza w kolejce, pamiętajcie! Te wszystkie dziwaczne gargulce i stwory, co się wspinają między oknami!Rozdział drugi
O DZIWO, HUTCH PRÓBOWAŁ ich od tego odwieść, twierdząc, że Bramford to „strefa zagrożenia”.
Po przyjeździe do Nowego Jorku w czerwcu 1962 roku Rosemary zamieszkała z inną dziewczyną z Omaha i dwiema z Atlanty przy Lexington Avenue, na jej modnym odcinku. Hutch mieszkał po sąsiedzku i wprawdzie zrezygnował z roli ojca zastępczego na pełny etat, jakiego dziewczyny z chęcią by z niego zrobiły – wychowałem dwie córki i wystarczy, pięknie dziękuję – to jednak zawsze był pod ręką w razie nagłych wypadków, takich jak „Noc, kiedy ktoś czaił się na schodach przeciwpożarowych” albo „Ten raz, gdy Jeanne o mało się nie udławiła”. Nazywał się Edward Hutchins, był Anglikiem i miał pięćdziesiąt cztery lata. Pod trzema pseudonimami pisał trzy serie książek przygodowych dla chłopców.
Rosemary zapewniał pomoc w innego rodzaju sytuacjach kryzysowych. Była najmłodsza z sześciorga dzieci – pozostała piątka wcześnie wyszła za mąż lub ożeniła się i zamieszkała niedaleko rodziców. W Omaha zostawiła za sobą wiecznie wściekłego, podejrzliwego ojca, milczącą matkę i czworo obrażonego rodzeństwa. (Tylko Brian, drugi najstarszy z braci, który miał problem z alkoholem, powiedział: „Jedź, Rosie, rób, co chcesz” i wsunął jej do ręki plastikową torebkę z osiemdziesięcioma pięcioma dolarami). W Nowym Jorku dręczyło ją poczucie winy, gryzła się, że jest egoistką, a Hutch wspierał ją mocną herbatą, rozmowami o rodzicach i dzieciach i tłumaczył, że każdy ma także obowiązki wobec samego siebie. Zadawała mu pytania, które w katolickim liceum były nie do pomyślenia, a on z kolei zapisał ją na wieczorowy kurs filozofii na New York University. „Zrobię jeszcze księżnę z tej ulicznicy!” – mawiał, na co Rosemary dowcipnie odpowiadała: „Się wie!”.
Teraz Rosemary i Guy mniej więcej raz w miesiącu spotykali się z Hutchem na kolacji – przeważnie u nich, a jeśli przyszła jego kolej i on zapraszał, to w restauracji. Guy uważał go wprawdzie za nudziarza, ale zawsze odnosił się do niego serdecznie; żona Hutcha była kuzynką dramatopisarza Terence’a Rattigana, a Hutch z nim korespondował. Guy wiedział, że w teatrze często najbardziej liczą się znajomości, nawet te z drugiej ręki.
W czwartek, po obejrzeniu mieszkania Rosemary i Guy zjedli z Hutchem kolację U Klubego – w małej niemieckiej knajpce przy Dwudziestej Trzeciej. We wtorek po południu wymienili go jako jedną z trzech osób, które na życzenie pani Cortez udzielą im referencji, a on tymczasem otrzymał jej prośbę i już ich polecił.
– Korciło mnie, żeby napisać, że ćpacie i śmiecicie, gdzie popadnie, albo robicie coś równie odpychającego dla zarządców nieruchomości – rzekł.
Zapytali dlaczego.
– Nie wiem, czy o tym słyszeliście – powiedział, smarując bułkę masłem – ale na początku wieku Bramford miał dosyć marną reputację. – Spojrzał na nich, zobaczył, że nie mają o tym pojęcia, i mówił dalej. (Miał szeroką, błyszczącą twarz, żywe niebieskie oczy i kilka pasm przyklepanych czarnych włosów, zaczesanych w poprzek łysiny). – Oprócz sław takich jak Isadora Duncan czy Theodore Dreiser w Bramfordzie mieszkało sporo nieciekawych, acz znanych osób. Siostry Trench przeprowadzały tam swoje eksperymenty dietetyczne, a Keith Kennedy wydawał przyjęcia. W Bramfordzie mieszkał też Adrian Marcato. I Pearl Ames.
– Kim były siostry Trench? – zapytał Guy, a Rosemary dodała:
– A kto to był Adrian Marcato?
– Siostry Trench to były dwie przykładne damy z epoki wiktoriańskiej, które od czasu do czasu uprawiały kanibalizm – wyjaśnił Hutch. – Ugotowały i zjadły kilkoro małych dzieci, w tym własną bratanicę.
– Urocze – mruknął Guy.
Hutch odwrócił się do Rosemary.
– Adrian Marcato zajmował się czarną magią – ciągnął. – W latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku wzbudził sensację, ogłaszając, że przywołał żywego Szatana. Na dowód pokazywał garść włosów i kawałki pazurów i najwyraźniej ludzie mu uwierzyli… w każdym razie było ich dość, żeby zebrać tłum, który napadł go i omal nie zabił na dziedzińcu Bramfordu.
– Żartujesz – wtrąciła Rosemary.
– Jestem śmiertelnie poważny. Kilka lat później działalność zaczął tam prowadzić Keith Kennedy i w latach dwudziestych dom stał prawie pusty.
– Wiedziałem, co robili Keith Kennedy i Pearl Ames – odezwał się Guy – ale nie miałem pojęcia, że mieszkał tam Adrian Marcato.
– I te siostry – dorzuciła Rosemary, wzdrygając się.
– Dopiero w związku z brakiem mieszkań po drugiej wojnie światowej budynek znów się zapełnił – ciągnął Hutch. – Teraz ma renomę prestiżowego starego apartamentowca. Ale w latach dwudziestych mówiono na niego Czarny Bramford i rozsądni ludzie omijali go szerokim łukiem. Melon jest dla ciebie, prawda, Rosemary?
Kelner przyniósł przystawki. Rosemary spojrzała pytająco na Guya; ten zmarszczył czoło i szybko pokręcił głową: Spokojnie, nie daj mu się wystraszyć.
Kelner odszedł.
– Przez lata w Bramfordzie wydarzyło się aż nadto potwornych i niesmacznych rzeczy – podjął Hutch. – I nie wszystkie należą do odległej przeszłości. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku znaleziono w piwnicy martwe niemowlę zawinięte w gazetę.
– Ale przecież… od czasu do czasu pewnie w każdym budynku zdarzają się okropne rzeczy – zaprotestowała Rosemary.
– Od czasu do czasu tak – przyznał. – Sęk w tym, że w Bramfordzie okropne rzeczy zdarzają się znacznie częściej niż tylko „od czasu do czasu”. Są też mniej spektakularne nieprawidłowości. Na przykład liczba samobójstw jest tam wyraźnie wyższa niż w innych domach o podobnej wielkości i wieku.
– A twoim zdaniem z czego to wynika? – zapytał Guy, udając, że jest na serio zatroskany. – Na pewno da się to jakoś wytłumaczyć.
Hutch przyglądał mu się przez chwilę.
– Nie wiem – odparł. – Może po prostu zła sława otaczająca siostry Trench przyciągnęła Adriana Marcato, z kolei jego renoma przyciągnęła Keitha Kennedy’ego i w końcu budynek stał się czymś w rodzaju… mekki dla ludzi bardziej niż inni skłonnych do pewnych zachowań. A może zachodzą zjawiska, których jeszcze nie znamy, związane z polami magnetycznymi, elektronami czy czym tam jeszcze… Coś, co powoduje, że dane miejsce staje się siedliskiem zła, dosłownie. Wiem jedno: Bramford wcale nie jest wyjątkiem. W Londynie, na Praed Street, stał niewielki budynek, w którym w ciągu sześćdziesięciu lat dokonano pięciu brutalnych morderstw. Nie miały ze sobą nic wspólnego… zabójcy ani ofiary nie byli spokrewnieni i nie chodziło o ten sam kamień księżycowy ani o sokoła maltańskiego. A jednak sześćdziesiąt lat przyniosło pięć bestialskich zabójstw w tym samym domku ze sklepem na parterze i mieszkaniem na piętrze. Zburzono go w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku… bez żadnego szczególnego powodu, bo z tego, co wiem, działka do dziś stoi pusta.
Rosemary dłubała łyżeczką w melonie.
– Może są też dobre domy – powiedziała. – Takie, w których ludzie ciągle się w sobie zakochują, pobierają się i mają dzieci.
– I zostają gwiazdorami – dorzucił Guy.
– Pewnie są i takie – przyznał Hutch. – Tyle że o nich się nie słyszy. To te parszywe zdobywają rozgłos. – Uśmiechnął się do nich. – Wolałbym, żebyście znaleźli sobie jakiś porządny dom zamiast Bramfordu.
Łyżeczka z kawałkiem melona zatrzymała się w połowie drogi do ust.
– Naprawdę próbujesz nas od tego odwieść? – spytała Rosemary.
– Moja droga, wieczorem byłem na całkiem udanej randce z czarującą kobietą i przerwałem ją tylko po to, żeby się z wami zobaczyć i powiedzieć, co mam do powiedzenia. Tak, naprawdę próbuję wam to wyperswadować.
– Na litość boską, Hutch… – zaprotestował Guy, ale ten wpadł mu w słowo:
– Nie twierdzę, że ledwie wejdziecie do Bramfordu, fortepian spadnie wam na głowę, zjedzą was stare panny albo zamienicie się w kamień. Mówię tylko, że takie są fakty, więc trzeba je brać pod uwagę tak samo, jak rozsądny czynsz czy działający kominek… a ten dom ma wyjątkowo wysoki wskaźnik przykrych zdarzeń. Po co z premedytacją wchodzić w strefę zagrożenia? Jeśli już tak wam zależy na dziewiętnastowiecznym przepychu, wprowadźcie się do Dakoty albo do Osborne’a.
– Dakota należy do spółdzielni mieszkaniowej, a Osborne ma iść do rozbiórki – zauważyła Rosemary.
– Nie przesadzasz aby trochę, Hutch? – zapytał Guy. – Czy w ostatnich latach zdarzyło się tam jeszcze „coś przykrego”? Poza tym dzieckiem w piwnicy?
– W zeszłą zimę zginął windziarz – odparł Hutch. – W wypadku, o którym lepiej nie mówić przy stole. Dziś po południu spędziłem trzy godziny w bibliotece, nad katalogiem „New York Timesa” i mikrofilmami. Chcecie usłyszeć więcej?
Rosemary spojrzała na Guya. Odłożył widelec i otarł usta.
– To bez sensu – oświadczył. – No dobrze, zdarzyło się tam sporo przykrych rzeczy. Ale to nie znaczy, że będą się powtarzać. Nie widzę powodu, dlaczego Bramford miałby być większą „strefą zagrożenia” niż jakikolwiek inny dom w tym mieście. Jeśli rzucasz monetą i pięć razy z rzędu wypadnie ci orzeł, to wcale nie znaczy, że kolejne pięć rzutów też da orła. Ani że ta moneta różni się od innych. Ot, zwykły przypadek i tyle.
– Gdyby rzeczywiście coś tam było nie tak, to chyba by go zburzono? – dorzuciła Rosemary. – Jak tamten dom w Londynie.
– Dom w Londynie należał do rodziny ostatniego z zamordowanych. Bramford jest własnością kościoła obok.
– No widzisz – rzucił Guy, zapalając papierosa. – Będziemy pod boską opieką.
– Dotychczas jakoś nie działała – zauważył Hutch.
Kelner zabrał ich talerze.
– Nie wiedziałam, że ten dom należy do Kościoła – powiedziała Rosemary.
– Całe to miasto do nich należy – skwitował Guy.
– A próbowaliście w Wyomingu? – spytał Hutch. – Zdaje się, że to ten sam kwartał ulic.
– Kochany, próbowaliśmy wszędzie – zapewniła go Rosemary. – Naprawdę wszędzie. Nie ma nic, absolutnie nic, są tylko te nowe bloki, a w nich równiutkie kwadratowe pokoje, wszystkie identyczne, i kamery ochrony w windach.
– Czy to aż takie straszne? – zapytał Hutch z uśmiechem.
– Tak – odparła.
– Mieliśmy już się do takiego wprowadzać, ale zrezygnowaliśmy, żeby wziąć to mieszkanie – dodał Guy.
Hutch przyglądał im się przez chwilę, a potem odchylił się na krześle i uderzył dłońmi w stół.
– Wystarczy – powiedział. – W ogóle nie powinienem się wtrącać, ale odtąd będę pilnował własnego nosa. Palcie sobie w tym waszym kominku! Dam wam zasuwę do drzwi i od dziś będę trzymał buzię na kłódkę. Wybaczcie mi, jestem idiotą.
Rosemary się uśmiechnęła.
– W drzwiach już jest zasuwa. I łańcuch, a nawet wizjer.
– No to pamiętajcie, żeby używać wszystkich trzech – poradził Hutch. – I nie łaźcie po korytarzach, żeby się przedstawiać każdemu, kto się napatoczy. To nie Iowa.
– Omaha.
Kelner podał dania główne.
W PONIEDZIAŁEK PO POŁUDNIU Rosemary i Guy podpisali dwuletnią umowę najmu mieszkania 7E w Bramfordzie. Wręczyli pani Cortez czek na pięćset osiemdziesiąt trzy dolary – czynsz za pierwszy miesiąc z góry oraz kaucję – i dowiedzieli się, że jeśli chcą, mogą się wprowadzić przed pierwszym września, bo mieszkanie zostanie opróżnione do końca tygodnia, więc malarze mogą wejść już w środę osiemnastego.
Tego samego dnia po południu zadzwonił Martin Gardenia, syn poprzedniej lokatorki. Umówili się z nim w mieszkaniu na wtorek, na ósmą wieczorem, i spotkali wysokiego mężczyznę po sześćdziesiątce o pogodnym, otwartym usposobieniu. Pokazał im rzeczy, które chciał sprzedać, i podał – bardzo atrakcyjne – ceny. Rosemary i Guy naradzili się, obejrzeli wszystko i kupili dwa klimatyzatory, toaletkę z palisandru z tapicerowanym stołkiem, perski dywan z salonu oraz przybory kominkowe: ruszt, ekran i pogrzebacz. Niestety, biurko żaluzjowe nie było na sprzedaż. Kiedy Guy wypisywał czek i pomagał oznaczać przedmioty, które miały zostać, Rosemary zmierzyła salon i sypialnię składaną dwumetrową miarką, którą kupiła rano.
W marcu Guy zagrał epizodyczną rolę w serialu _Inny świat_. Teraz jego postać powróciła na trzy dni, więc przez resztę tygodnia był zajęty. Rosemary przejrzała teczkę z pomysłami na wystrój, które zbierała od czasów liceum, wybrała dwa najbardziej pasujące do nowego mieszkania i poszła oglądać meble z Joan Jellico, jedną z dziewczyn z Atlanty, z którymi dzieliła lokum po przyjeździe do Nowego Jorku. Joan miała wizytówkę dekoratora, dzięki czemu mogły wejść do hurtowni i salonów wystawowych. Rosemary chłonęła wzrokiem asortyment, robiła dla Guya notatki i szkice, objuczona próbkami tkanin i tapet wróciła do domu w samą porę, by obejrzeć go w _Innym świecie_, a potem zdążyła jeszcze wyskoczyć po zakupy na kolację. Opuściła zajęcia z rzeźby i z radością odwołała wizytę u dentysty.
W piątkowy wieczór mieszkanie było już ich – pustka wysokich pokoi i obcego im mroku, w którą weszli z lampą i torbą z zakupami, słuchając, jak z najdalszych zakątków niesie się echo ich kroków. Włączyli klimatyzatory i zachwycali się dywanem, kominkiem i toaletką; podziwiali też wannę, klamki, zawiasy, sztukaterię, podłogi, kuchenkę, lodówkę, wykusze i widok. Zrobili sobie piknik na dywanie – kanapki z tuńczykiem i piwo – a potem rozrysowali plan wszystkich czterech pomieszczeń; Guy mierzył, a Rosemary szkicowała. Wrócili na dywan, zgasili lampę, rozebrali się i kochali w nocnej poświacie z pozbawionych żaluzji okien.
– Ciii! – syknął później Guy, rozszerzając oczy ze strachu. – Słyszysz? To siostry Trench żują dzieci!
Rosemary walnęła go mocno w głowę.
Kupili sofę i olbrzymie łóżko, stół do kuchni i dwa krzesła z giętego drewna. Zadzwonili do dostawcy elektryczności, do firmy telefonicznej, do sklepów, do fachowców i firmy od przeprowadzek Padded Wagon. W środę osiemnastego przyszli malarze, załatali, zaszpachlowali, zagruntowali, pomalowali i w piątek dwudziestego zniknęli, zostawiając po sobie kolory niemal identyczne z próbkami Rosemary. Potem przyszedł tapeciarz, pomarudził, ale wykleił sypialnię.
Obdzwonili sklepy, fachowców i matkę Guya w Montrealu. Kupili szafę, stół do jadalni, sprzęt hi-fi, nową zastawę i sztućce. Było ich na to stać: w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku Guy zagrał w serii reklam Anacinu, które, wielokrotnie powtarzane, przyniosły mu osiemnaście tysięcy dolarów i wciąż dawały solidny dochód.
Zamontowali rolety, wykleili półki, dopilnowali kładzenia dywanu w sypialni i białych winylowych płyt w przedpokoju. Kupili telefon z trzema gniazdkami, zapłacili rachunki i zostawili na poczcie zawiadomienie o zmianie adresu.
W piątek dwudziestego siódmego sierpnia przeprowadzili się. Joan i Dick Jellico przysłali im dużą roślinę w donicy, a agent Guya mniejszą. Od Hutcha dostali telegram: _Bramford zmieni się ze złego domu w dobry w dniu, gdy znajdą się w nim drzwi z napisem_ R. i G. Woodhouse’owie.