Dziecko zmarzniętej ziemi - ebook
27000 lat temu Europę zalała fala chłodu, jakiego świat wcześniej nie widział. Wiele bestii z północnych stepów wymarło. W tym samym czasie z powierzchni Ziemi zniknął jeden z największych wrogów, jakich napotkała ludzkość, najpotężniejsza z bestii Północnych Krain. Oto historia, jak do tego doszło.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-370-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Karyia wyjrzała niepewnie na pustą, rozległą przestrzeń tundry. Wciągnęła do płuc powietrze. Było chłodne. Zbyt chłodne. Wciąż jeszcze powinni mieć co najmniej jeden księżyc.
Nawet nie drgnęła, kiedy spomiędzy gęstwiny leszczynowego gaju wyłoniła się masywna, włochata sylwetka. Jej ostry róg poruszał się wraz z pyskiem, zwierzę węszyło. Czuła jego niepokój. Jednorożec włochaty, młody osobnik, dźwigał na swoich barkach nie tylko pana, krępego dwarfa. Objuczony pakunkiem dyszał z wyczerpania. Karyia czuła, że oprócz niepokoju, dręczy go też zmęczenie. Spojrzała w górę, na jeźdźca, nie powinna tego robić. Szybko odwróciła wzrok, gdy reszta grupy, jeden za drugim, zaczęli wyłaniać się z gęstwiny.
Anyia sprężystym krokiem minęła ją prawie niepostrzeżenie. Szturchnęła w ramię. Gruby warkocz włosów jak kolor słońca zahaczył o ramię Karyi. W ułamku sekundy zapoznała się z nowym otoczeniem. Nigdy nie byli tak daleko w kierunku Mórz Śródziemia. Anyia nie powinna być tak beztroska. Powinna zachować czujność.
Zbliżyła się w stronę włochatej bestii. Wystraszone dziecko, to wszystko, co widziała w jego oku. Pyskiem zahaczył o jej ramię, pozwolił, aby pieściła mu czoło i brodę. Wyjęła z torby garść świeżych owoców jarzębu, by nieco ulżyć maluchowi odrobiną żywności. Czuła, jak zaczyna się uspokajać i sama też zrobiła się spokojniejsza. Wtedy Anyia zerknęła na nią, jakby chciała przed czymś ostrzec. Ostry ból przeszył jej plecy. Mok Thar zeskoczył i jeszcze w locie z impetem kopnął ją w plecy.
Instynktownie napięła mięśnie ud i bioder. Zachwiała się. Krępa sylwetka jednego dwarfa, jak bardzo nie byłby umięśniony i silny, nie była w stanie wytrącić z równowagi kogoś takiego, jak Karyia. Kogoś, kto nie był ani czystym dwarfem, ani ludziem.
Piskliwy dźwięk obelg Mok Thara uderzył ją po uszach. Przeszył ją lęk. Była wyższa od niego. Miała zahartowane ciało, które grupa dwarfów trenowała do jednego, do polowań na megabestie. Młody jednorożec, objuczony pakunkiem suszonego mięsa swoich krewnych był przykładem na to, że Karyia mogła poradzić sobie z o wiele większym zagrożeniem.
Coś jednak było w pisku dwarfa. Przeszył ją paniczny strach, sparaliżował aż do szpiku kości. Jakby straciła kontrolę nad ciałem. Anyia zbliżyła się, ale zachowała dystans. Również zamarła w bezruchu. Mok Thar uniósł w górę prawą dłoń i zacisnął w pięść. Lewą postukał po rogu muflonu, który miał przymocowany do biodra. To jeszcze bardziej ją przeraziło. Karyia przyklęknęła, wiedziała, co zaraz ją spotka. Kara za brak dyscypliny. Ból. Nikt jej nie pomoże.
Krępy dwarf już brał zamach, gdy koścista sylwetka wyłoniła się cicho i sprawnie z gęstwiny gaju leszczynowego i pochwyciła jego rękę. Cichy pisk, prawie szept niósł ze sobą nutę złego przeczucia. Grak Bezok spoglądał w dal, ale jego oczy były przeszklone i zasłonięte popielatą chmurą, nie mógł widzieć od dawna. Nie oczami.
Dwarfy wymieniły ze sobą kilka piskliwych skrzeknięć. Nie rozumiała w pełni ich śpiewnej mowy. Znała pojedyncze słowa, głównie polecenia, których ich uczyli. Potrafiła jednak wyczuć wyraźnie emocje. Grak Bezok był przepełniony lękiem. Kościstym palcem wskazywał w niebo, gdzie w oddali zbierały się złowieszcze chmury. Nie mógł ich widzieć, a jednak. Gestem dał do zrozumienia, jak bardzo niepokoi go lodowaty wiatr, który niósł się z północnych rejonów o jeden księżyc zbyt wcześnie. Wreszcie zamaszyście wskazał na rozległą, pustą tundrę i dopiero w tym momencie dotarło do niej, że nie słyszy odgłosu życia. Drobne zwierzęta, wszystkie gdzieś zniknęły.
Grak poklepał po zadzie jednorożca i położył rękę na ramieniu Mok Thara. Dwarf od razu się uspokoił i Karyia odczuła, że wraca jej władza w nogach. Szybko oddaliła się w kierunku Anyi. Obie wyszły na prowadzenie. Tak było zdecydowanie lepiej.
— O czym rozmawiali? — Młodsza siostra zbliżyła się, by nikt nie mógł usłyszeć, o czym szepce. Chwyciła starszą za ramię. Musiała przecież wiedzieć, że za taki kontakt też grozi im kara. Karyia delikatnie ją odsunęła. Była w tym geście zarazem matczyna troska, jak i lęk przed gniewem Mok Thara.
— Mam złe przeczucia, Anyia — odpowiedziała zdawkowo i czujnie spoglądała przed siebie. Młodsza siostra zignorowała jej ostrzeżenie.
— Grak wygląda na przestraszonego. To nowość.
— Nie czujesz, że coś jest nie tak? — Karyia nie kryła irytacji.
— Zimno. Pusto. Co to może oznaczać? — Anyia zastanowiła się przez moment. Karya mogła wyczuć, że także i w niej buduje się niepokój. To dobrze. Będzie przygotowana.
Szli dalej w milczeniu. Na otwartym terenie mogli przemieszczać się znacznie sprawniej. Mok Thar na barkach młodego jednorożca mógł pokonać taką odległość, o jakiej dwarf czy ludź na swoich nogach mogli tylko pomarzyć.
Po kilku godzinach marszu grupa zatrzymała się i wszyscy nerwowo spoglądali na chaotyczne tropy mamutonów. Kilkudziesięciu zaniepokojonych dwarfów, kilkoro ludzi, młody jednorożec włochaty i dwie hybrydy. Tylko Grak Bezok siedział spokojnie na skalnym ułomku, węszył swoim szóstym zmysłem. Gdy Karyia wpatrywała się w niego z oddali dłuższą chwilę, by wyczuć, co ma w głowie, zerknął w jej kierunku. Uśmiechnął się. Skinął dłonią, zachęcił, aby podeszła. Nie mógł jej widzieć. Nie przejmowała się tym jednak, chwilę potem była przy nim, skulona, wyczekiwała na to, co ma do powiedzenia.
Starzec wyjął zamocowaną do pleców włócznię z leszczynowego drewna. Jak gdyby nigdy nic, zaczął ją polerować. Już dawno nie brał udziału w polowaniu. Broń służyła mu za podparcie, gdy wykrzywione od choroby kolana odmawiały dalszego posłuszeństwa w marszu.
— Karyia — powiedział piskliwym, harmonijnym głosem dwarfa. Spojrzała na niego skupiona. On jeden ze wszystkich dwarfów, których znała, nie miał nic przeciwko temu, żeby patrzeć w jego twarz. Wiedziała, że nie widzi. Nie mógł widzieć przez mgłę, jaka wiele lat temu zasnuła mu oczy. Nie mógł widzieć oczami. Zawsze jednak wiedział, widział swoich szóstym zmysłem, czuł, przewidywał, prorokował.
— Grak Bezok — odparła cicho, by zachęcić go do rozmowy. Jej głos był pusty i bezdźwięczny w porównaniu z głosem dwarfa. Starzec uśmiechnął się ponownie. Znał dobrze język, którym posługiwali się ludzie. Z nim jednym mogła porozmawiać, za rozmowę z ludźmi z grupy groziła jej kara.
— Spójrz na Mok Thara — zaczął i wskazał palcem w stronę grupy. Karyia tylko zerknęła kątem oka. Mok Thar był zajęty, więc nie zwracał na nią uwagi. W umięśnionych dłoniach trzymał ciało ludzkiej kobiety. Miała bladą skórę, jak zimowe futro zająca. Zębami wpił się w jej szyję i ssał łapczywie gorącą krew. Kobieta nawet nie zająknęła, choć jej twarz krzywił grymas bólu. Karyia czuła, jak cierpi. Tymczasem starzec kontynuował:
— Duchem Mok Thara kieruje chciwość. Mamutony dałyby nam tyle dóbr, że moglibyśmy ze spokojem zjawić się na Lodowym Zjednoczeniu jako zwycięzcy. Nawet wy dwie nie jesteście warte tyle, co jeden dorosły mamuton. — Palcem wskazał w stronę Anyi, która dyskretnie próbowała nie zwracać na siebie uwagi gdzieś na obrzeżach obozu. Włosy jej stanowiły jednak tak silny kontrast do włosów pozostałych dwarfów i ludzi, że trudno jej było nie zauważyć. Karyia słuchała dalej słów Grak Bezoka:
— Mamy jednakże tego młodego, wystraszonego jednorożca. Ty i Anyia umożliwiłyście jego schwytanie. — Karyię przeszył dreszcz na myśl o tamtym polowaniu. Były przynętą i jednocześnie nagonką na nieduże stado jednorożców. Jeden z dwarfów, młody mężczyzna pełen życiowej energii w swojej nadmiernej brawurze podszedł zbyt blisko i tylko szybko reakcja Karyi sprawiła, że uszedł z życiem. Szybko jednak nie dojdzie do pełni zdrowia.
Mok Thar zajęczał głośno, przepełniony uniesieniem, odepchnął ludzką kobietę a dwarfka, która miała wysoką pozycję w grupie chwyciła ją delikatnie i zaczęła spijać z jej szyi krew. Ludzka kobieta cierpiała z bólu, ale nie próbowała się wyrywać. To i tak by jej nie pomogło. Ludzie byli w grupie niczym więcej, jak źródłem największego przysmaku dwarfów, krwi. Karyia z przerażeniem patrzyła na to, jak kolejka dwarfów wysysa życie z tych kilku ludzi, którzy towarzyszyli grupie. Współczuła im. Nie mogła im jednak pomóc. Ona, choć sama była hybrydą człowieka, nigdy nie była wykorzystywana w ten sposób. Płynęła w niej krew dwarfa. Nikt nie ośmieliłby się tego.
Grak Bezok musiał wyczuć jej zmartwienia, bo szturchnął ją dłonią i mówił dalej. On jeden, który nie korzystał z ludzkiej krwi. On jeden, który czuł cierpienie tych zwierząt.
— Powinniśmy wracać Karyia, zbierać się na północ. Chłód ciągnie wcześniej, niż powinien. To wszystko… — zawahał się. Wziął głęboki wdech. Po chwili pisk znowu wydobył się z jego ust:
— Czuję coś, czego nie potrafię nazwać. — Karyia nie rozumiała go. Mówił do niej, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Siedziała u jego stóp i pozwalała mu głaskać swoje ciemne włosy.
— Grak Bezok? — Ośmieliła się zapytać, gdy starzec milczał zamyślony dłuższą chwilę i pieszczota jego kościstej dłoni osłabła.
— Tak dziecko? — Wyczuła szczerą opiekuńczość w jego głosie i poczuła się bezpieczniej.
— Co się stanie z nami? Ze mną i z Anyią, gdy dotrzemy do Lodlantydy?
— Nie martw się tym dziecko — odparł zdawkowo, ale widziała zmartwienie na jego twarzy. Smutek.
Mok Thar stanął nad nimi jak wielkie drzewo z krain południa. Zasłonił krępym cielskiem czerwone słońce, które zniżyło się coraz bardziej i już miało chować się za horyzontem. Nawet Grak Bezok czuł respekt przed tym dwarfem. Wymienili się spojrzeniami, potem piskami, Karyia nie rozumiała zbyt wiele. Wiedziała, że się sprzeczają. Mok Thar robił się agresywny, nie miała odwagi się oddalić. Miała tylko nadzieję, że nie wyładuje na niej swojego gniewu, że Grak ją ochroni, jak robił to wielokrotnie wcześniej.
Skuliła się bardziej w nadziei, że stanie się niepozornie mała, ale była to złudna nadzieja. Była wyższa od dwarfów i wyższa nawet od ludzi. Krępa jak dwarfy, z umięśnionymi udami, które przystosowane były przez ciężki trening do morderczych sprintów i kopnięć.
Nagle wszystko zniknęło, cisza. Tylko pisk dwarfki, która przerażona biegła w stronę centrum ich obozu. Za wcześnie na rozpoczęcie polowania, jeszcze słońce nie zaszło, jeszcze księżyc w pełni nie zawisł na nieboskłonie.
Grupa dwarfów zamarła i patrzyła w kierunku, skąd dochodził hałas. Jednorożec zaczął prychać nerwowo, jakby chciał zerwać się do biegu. Tuż za dwarfką rozproszone stado panter grotowych polowało. Było zbyt późno, żeby uniknąć konfrontacji. Śmierć zawisła w powietrzu.2
Każdej pełni księżyca rodzina dwarfów przygotowywała się do nocnego polowania. Składali pieczołowicie cały swój dobytek w pakunki ze skór, starannie splecione sprawnymi rękoma doświadczonych dwarfek. Liczyli dokładnie żywność, która pozostała z poprzednich polowań. Sprawdzali tropy okolicznej zwierzyny. Konsultowali stare mapy lodowych Krain Północy, zapisane głęboko w pamięci starszyzny.
Po krótkiej naradzie wyruszali przez rozległe, święte gaje leszczynowe, które były dla nich ważnym źródłem pokarmu w czasach, gdy zwierzyna zawodziła.
Każda grupa dwarfów chciała upolować wielkie, niebezpieczne zwierzę. Muflon? Megaloceros? Nie, prawdziwie ambitna grupa chciała czegoś więcej. Chciała mieć za sobą polowanie na naprawdę dużego zwierza. Na bestię. Powód do dumy na corocznym zgromadzeniu dwarfów z całego kontynentu w Lodlantydzie. Taki choćby jednorożec włochaty, wielkie zwierzę stadne. Każdy, kto upolowałby jednego, byłby uznany za wielkiego dwarfa. Nie było to jednak proste. Zwierzęta gromadziły się w stadach, które broniły młodych i bywały agresywne. Jeden ruch wielkiego łba i ostry róg rozrywał ciało dwarfa, jakby był to wiosenny, świeży liść leszczyny.
Mok Thar miał jednak pomysł. Słyszał na ostatnim Zjednoczeniu, że w Krainach Wschodu, które graniczyły ze światami Mórz Śródziemia, hoduje się specjalny rodzaj wojowników, hybrydy ludzi i dwarfów. Zdobycie ich jednak nie było tanie. Mok Thar ruszył więc już wczesną wiosną na południe, do krain ludzi. Ludzie to delikatne zwierzęta, podobne tylko trochę do dwarfów, ale niezbyt silne i niezbyt mądre. Mieszkają przez cały rok w miastach z roślin, nad morskimi wybrzeżami. Żywią się tym, co wyciągną ze słonej wody. Fisz. To obrzydliwe.
Ludzie jednak w całej swej obrzydliwości i nieporadności mają najsłodszą krew ze wszystkich zwierząt. Dlatego są bardzo cenne, jako materiał przetargowy.
Wystarczyło dziesięciu dwarfów, uzbrojonych w maczugi, topory i włócznie, żeby z jednego miasta ludzi pozyskać ich taką ilość, aby dwarfy ze wschodu zgodziły się wymienić ich na dwie kobiety hybrydy. Mieszańce. Musiał nabyć dwie, bo tak je szkolono do polowań na bestie, parami. Córki ludzkiej kobiety i dwarfiego samca.
Większość dwarfów uważała, że to obrzydliwe. Jak można mieszać krew ludzi i nasienie dwarfów, żeby powstało coś tak paskudnego? Początkowo wszyscy byli raczej sceptyczni i uznali, że Mok Thar postradał zmysły. Szybko przekonali się, że nie mają racji. Obrzydliwe hybrydy, Anyia i Karyia, okazały się świetnie wyszkoloną zwierzyną do polowań. Wyższe od dwarfów, ale prawie tak samo umięśnione. Wytrzymałe na klimat Północnych Krain. Sprawne w walce i to bez uzbrojenia. O nie, dwarfy ze wschodu stwierdziły jednoznacznie, żeby nie dawać im do rąk broni. Jedna hybryda, twierdzili, mogłaby w mgnieniu oka pozbyć się całej grupy dwarfów, jak bardzo nie byliby doświadczonymi wojownikami.
Mok Thar bał się swoich nowych zwierząt, ale szybko zauważył, że reagują dobrze na polecenia i jak tylko okaże się im siłę, potrafią czuć respekt i są posłuszne. Dlatego postanowił wypróbować je od razu na stadzie jednorożców. Trofeum jednorożca, jego róg, jego mięso, jego skóry, każdy dwarf, który na Lodowym Zgromadzeniu w Lodlantydzie pokazywał się z czymś takim, był od razu uznany za wielkiego wojownika i mógł liczyć nawet na to, żeby zimę spędzić w lodowym pałacu, u boku samego królu.
Gdyby jednak pokazał się z ciosami mamutona… Wtedy mógłby liczyć nawet na sam tron.
Grak Bezok, starszy szaman który przeżył już dziesiątki zjednoczeń i widział prawie całą Krainę Północy wiedział, że to szaleństwo. Mamuty były mądrymi zwierzętami, największymi ze wszystkich bestii. Kilkakrotnie zdarzyło się, że doświadczona grupa dwarfów, przy odrobinie szczęścia mogła oddzielić od reszty stada mamutonów jakiegoś schorowanego, starego osobnika. Cena jednak zazwyczaj była wysoka. Życie jednego lub kilku dwarfów, poległych w tej nierównej walce z bestią. Grak Bezok wiedział, że Mok Tharem kieruje chciwość. Mieli już ze sobą młodego jednorożca, co praktycznie gwarantowało im miejsce w pałacu. Przywódca chciał jednak czegoś więcej.
Tropy mamutonów skierowały ich daleko na południe, co samo w sobie było nietypowe. Mok Thar wiedział, że zwierzęta migrują by uciec tylko od najsroższych zim. Czyżby przeczuwały coś, czego zwykły dwarf nie potrafi dostrzec?
Tropy nagle zrobiły się chaotyczne w pobliżu rzeki, która wypływała ze skalnych wzgórz. Idealne miejsce na obóz wypadowy do nocnego polowania. Coś jednak musiało przestraszyć mamutony, bo wyraźnie rozpierzchły się w tym miejscu na wszystkie strony. Grube kołtuny brunatnej sierści zalegały nad plażą rzeki, w jej zakolu. Coś zaszło je od drugiej strony, były w pułapce. Część zwierząt w panice i desperacji weszła w rwący strumień i zniknęła w jego nurcie. Reszta popędziła wzdłuż rzeki, brzegiem na złamanie karku.
Grak Bezok nigdy nie widział czegoś takiego. Mamuton był największym zwierzęciem, królem wszystkich bestii. Brunatna sierść, widoczna na tle śniegów z daleka ostrzegała, żeby się nie zbliżać, podczas gdy drobniejsze zwierzęta miały sierść białą jak śnieg, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Dwarfy były jedynymi istotami, które ośmielały się atakować mamutony. Chyba, że…
Starcowi przeszła przez głowę niepokojąca myśl, ale szybko uznał ją za głupią. Byli zbyt daleko na południe, może pół księżyca drogi dzieliło ich od wybrzeży Mórz Śródziemia, gdzie rezydowali ludzie. Tylko jedno zwierzę, oprócz dwarfów, mogło poradzić sobie w starciu z mamutonem. Pantera grotowa. Gigantyczny kot, który jednym machnięciem łapy mógł rozszarpać na strzępy dwarfa, który nieopatrznie by się do niego zbliżył. Pantery żyły jednak w skalnych rejonach wysokich gór, daleko na północy, gdzie raczyły się mięsem megalocerosów i jednorożców. Spotkanie ich tak daleko na południe byłoby czymś niespotykanym.
Starzec wolał nie mieć racji, dlatego odrzucił od siebie tę myśl. Zagłębił dłoń w gęste, ciemne włosy siedzącej u jego stóp hybrydy. Karyia. Hybrydzie podobała się ta pieszczota, siedziała zrelaksowana mimo tego wszystkiego, co musiała przejść, aby stać się tym, kim jest.
Nagle pisk przerażenia młodej dwarfki, Bryny, wypełnił powietrze dookoła. Grak Bezok wytężył słuch. Oczy już dawno odmówiły mu posłuszeństwa i musiał polegać na innych zmysłach. Słyszał, jak cała grupa zamiera, wyraźnie przerażona. Ziemia dudniła, jakby wielkie zwierzęta galopowały z każdej strony. Wciągnął do płuc powietrze i wyczuł zapach, którego nie chciał czuć. Piżmo grotowej pantery. W szkołach Lodlantydy dwarfy uczy się od maleńkości tego zapachu, żeby w trakcie letnich wędrówek były przygotowane na najgorsze. Przeczucie go nie myliło, stado grotowych panter, wielkie stado, szarżowało w stronę ich grupy. Wielka, doświadczona samica biegła na przedzie. Tuż obok kilka młodszych osobników, co najmniej trzy samce i jedna młoda samica, zaczęły tworzyć łowną formację. Muszą działać szybko, jeśli chcą ujść z życiem.
Co może jednak zrobić dwarf w obliczu takiego zagrożenia? Dawno nie czuł tak bardzo przytłaczającej bezsilności. On, stary ślepiec od lat uczony, aby unikać tych zwierząt. Czy właśnie nadeszła śmierć? Dla nich wszystkich? Jak mogli tak bardzo zignorować przeczucia, które mówiły im wyraźnie, że coś niedobrego się zbliża? Jak on, stary, doświadczony dwarf mógł być tak naiwny? Obóz blisko skał, gdzie mieli ograniczoną widoczność? Zestarzał się, przestał być czujny.
Poczuł pod dłonią jak napinają się mięśnie na karku Karyi. Była przestraszona, ale czujna. Tak, hybrydy. To ich jedyna nadzieja. Nawet one, jak bardzo nie byłyby silne i wyszkolone, nie mają szans w starciu choćby z jedną panterą. Mogą jednak kupić im trochę czasu, żeby najmłodsze i najsilniejsze dwarfy uciekły w dół rzeki. To może się udać. Ostatnia nadzieja.
Grak Bezok spojrzał w kierunku, gdzie jeszcze kilka chwil wcześniej słyszał beztroskie popiskiwania Mok Thara. Przywódca zamilkł, musiał sparaliżować go strach.
— Karyia — powiedział w stronę hybrydy i wyczuł, jak ta w skupieniu spogląda w jego kierunku.
— Grak Bezok — odparła spokojnym, pytającym głosem. Panowała nad lękiem. Była dobrze przeszkolona. Mogła ich uratować. Zaufał jej w tej chwili. Pochwycił swoją leszczynową włócznię, o którą dbał tyle lat, ale która służyła mu jedynie za podporę. Nie powinien tego robić. Dwarfy ze wschodu ostrzegały wyraźnie. Wspominały o incydencie, gdzie hybryda dostała do rąk broń i źle się to skończyło. Chciał jednak zwiększyć jej szanse, a przez to szanse reszty grupy. Wyciągnął włócznię w kierunku hybrydy. Karyia tylko czekała cierpliwie, choć wrzaski Bryny zaczęły wypełniać im całą przestrzeń.
Grak Bezok wziął sprawy w swoje ręce. Karyia zrozumiała szybko. Wiedziała, że czas nie jest po ich stronie. To było mądre zwierzę, choć Mok Thar twierdził inaczej. Uważał hybrydy za obrzydliwe mieszańce, które trzeba trzymać na krótkiej smyczy.
Starzec powstał na kamieniu i zaczął popiskiwać słowa, których Karyia zrozumieć nie mogła. Wreszcie nastąpiło poruszenie w grupie. Mok Thar wzdrygnął się. Spoglądał w kierunku Karyi, która zaczęła biec w stronę Bryny. Wyjął starannie wyciosany instrument, zrobiony z rogu muflonu, który przymocowany był do jego biodra. Ręka mu zadrżała i róg wypadł, uderzając głucho o ziemię. Karyia zadrżała. Ten róg, ten dźwięk. Mok Thar niezdarnie schylił się i pochwycił instrument, tym razem pewniej. Przyłożył do ust, nabrał w płuca i przeponę tyle powietrza, ile tylko był w stanie i zadął.
Bardzo niski dźwięk był kontrastem z piskliwymi jękami Bryny. Pantera właśnie ją dopadła. Potężna łapa uderzyła ją w plecy i dwarfka upadła cała we krwi, bez ruchu. Bestia zawyła i całe stado panter zmieniło formację. Otoczyło grupę i pozostała im tylko jedna droga ucieczki, rwący nurt wezbranej od jesiennych opadów rzeki.
Właśnie to musiały czuć mamutony, pomyślała Karyia, gdy jej nogi ruszyły pędem w stronę bestii. Stado panter osaczyło je i zmusiło do odwrotu.
Wtem dźwięk rogu dotarł do jej uszu i Karyia poczuła, jak nagle się uspokaja. Mięśnie jej nóg się naprężają, pewnie chwyta leszczynową włócznię w dłonie. Widzi, jak dwarfy zrywają się do ucieczki. Widzi jak Anyia, bez broni, bez żadnej pomocy zaczyna pędzić w stronę Bryny, która leży bez ruchu przygnieciona grubą łapą pantery. Na ten widok wielka samica pantery waha się i zaczyna węszyć w powietrzu.
Nogi niosą ją same. Nagle opuszcza ciało i przestaje czuć ból, strach, czy chłód. Dźwięk rogu. Czy Anyia czuje tak samo? Chyba tak. Może patrzeć na jej sylwetkę, jej gruby, złoty warkocz, który unosi się tuż za nią. Ciało obleczone w wełnę i skóry muflonu, naprężone mięśnie.
Bestia już nie jest taka straszna. Gdy widzi dwie szarżujące na nią hybrydy, chwyta w paszczę swoją zdobycz, młodą dwarfkę i zaczyna się wycofywać, ale Anyia jest już tuż obok. Jednym sprawnym susem wskakuje panterze na plecy, obejmuje ją udami, zaciska pierścień ramion wokół jej szyi, aż bestia puszcza swoją zdobycz, rozwścieczona.
Nawet widok siostry w tak dużym niebezpieczeństwie nie sprawia, że się boi. Potrzebuje jeszcze tylko kilku sekund, żeby dobiec do bestii. Ściska mocniej leszczynową dzidę, zaczyna przyjmować postawę do ciosu. We dwie może dadzą radę. Może powstrzymają bestię.
Pantera zaczyna się wyrywać i szarpać, widać wyraźnie, że Anyia ma problem, aby utrzymać się na jej grzbiecie. Jeśli upadnie, to może oznaczać jej koniec. Bestia uderzy ją i przeora szponami.
Jest już w odległości rzutu, gdy pantera rusza w kierunku rzeki. Szarpie gwałtownie całym ciałem i Anyia traci uchwyt. Zdąży jeszcze wyszarpać garść sierści z karku zwierzęcia i z impetem leci w górę, by po chwili zanurzyć się w chłodnych odmętach rwącej rzeki.
Karyia, wciąż niesiona niewysłowioną siłą, którą dał jej dźwięk rogu, wpada w szał. Rozkłada ramiona i wydaje z siebie okrzyk, jakiego nie byłby w stanie wydać żaden dwarf. Zapiera się na umięśnionym udzie, bierze zamach. Włócznia Grak Bezoka niczym pocisk z procy szybuje prosto w bestię. W ułamku sekundy trafia ją w udo i wbija się głęboko, uszkadzając tętnicę. Pantera odwraca cielsko, wydaje przeraźliwy okrzyk bólu i z wbitą dzidą zaczyna uciekać w kierunku skał, skąd przybyła.
Pozostałe koty wpadają tymczasem w sam środek obozu. Karyia odwraca się, by zobaczyć prawdziwy chaos. Przerażony jednorożec, który warczy by odgonić od siebie młodego samca. Chce uciekać, ale nie może wyrwać się z więzów. Mok Thar jest kilka metrów dalej, wymachuje toporem przed młodą samicą. Stoi plecy w plecy z innym, masywnym dwarfem, który próbuje odepchnąć od siebie kolejną bestię. Ta zdąży wpić się w jego szyję i Karyia widzi, jak tryska z niej krew. Dwa pozostałe samce skaczą od dwarfa do dwarfa. Jeden cios łapy powala każdego. Przegrywają to starcie.
Nim Karyia zdąży zareagować, ziemię przeszywa dudnienie. Nie zwraca jednak na nie większej uwagi. Wypełnia ją gniew i rozrywają sprzeczne uczucia, nawet, jeśli jakby odległe. Chce skoczyć do wody, za Anyią, która odpłynęła gdzieś w dół rzeki. Jednocześnie czuje, że musi walczyć, musi biec w stronę najbliższego ze zwierząt i walczyć do skutku, choćby do śmierci.
W całym tym chaosie nikt nie zauwa jak nadchodzi wielka samica mamutona. Jej masywne cielsko porusza się zwinnie, wprawia całą ziemię w drgania. Widocznie była gdzieś niedaleko, w skalnych załomach, zmęczona poprzednim starciem ze stadem panter, odpoczywała. Warczące pantery wybiły ją ze snu i przybyła na ratunek własnemu stadu, które już dawno nie istnieje.
Młodą panterę tylko ucieczka ratuje przed starciem z wielkimi ciosami mamutona. Zwierzę nie zdąży zrobić uniku, matrona szarpie wielkim łbem i pantera szybuje wysoko w górę, jęcząc z bólu i przerażenia. Reszta kotów waha się. Tylko przez moment rozważają, czy czasem nie zaatakować mamutona. Nie ma jednak ich matki w pobliżu. Zniknęła między skałami, zostawiając za sobą krwisty ślad.
Pierwsza wycofuje się młoda kotka i pędzi w kierunku, gdzie zniknęła jej matka. Pozostałe dwa samce pędzą tuż za nią. Jeden, którego mamuton uderzył swoim ciosem, nie ma tyle szczęścia. Z impetem uderza o podłoże. Słychać trzask łamanych kości.
Mamuton podbiega do niego i przygniata masywną, owłosioną stopą.
Karyia nie wie, co ma dalej robić. Nie może w pełni kierować swoim ciałem. Znajduje się jakby gdzieś z boku, nieustraszona, bez bólu, bez zmęczenia. Czeka na polecenia dwarfów, ale nie żadnych nie słyszy. Może tylko oddać się instynktowi, który nią kieruje. Pędzi za oddalającym się stadem panter grotowych.
Widzi jeszcze, jak Mok Thar wydaje z siebie świergotliwe piski i gestami nawołuje pozostałe przy życiu dwarfy. Widzi, jak resztkami sił otaczają starą, wycieńczoną samicę mamutona z każdej strony, jak wbijają w jej cielsko kolejne włócznie, jak atakują ją toporami. Czuje jeszcze, jak wielkie zwierzę poddaje się. Stara, słaba samica, wycieńczona starciem z grotowymi panterami poddaje się i pada pod naporem dwarfskich ciosów. Karyia nie może tylko dostrzec, gdzie jest Grak Bezok.3
Pędziła krwawym tropem, niesiona siłą, której nie rozumiała i nie potrafiła kontrolować. W jej głowie tymczasem pędziła gonitwa myśli. Co się wydarzyło? Co się stało z Anyią? Powinna była pobiec wzdłuż rzeki, powinna była spróbować ją ratować. Nurt był wyjątkowo silny tej jesieni, rzeka głęboka, dno śliskie i kamieniste. Dlaczego nie może sprawić, żeby nogi niosły ją tam, gdzie ona chce?
Tymczasem coś kazało jej biec za panterami. Nie czuła bólu, nie czuła zmęczenia. Po prostu biegła. Otoczenie zmieniało się, z płaszczyzny tundry wyrosły skalne pagórki i teren podniósł się tak, że musiała wkładać w bieg wiele wysiłku. Nabierała w płuca tyle powietrza, ile tylko była w stanie pomieścić.
W pewnym momencie wszystko dookoła zrobiło się rozmyte i niewyraźne, widziała tylko tropy krwi i ślady stóp pantery, które robiły się coraz mniej wyraziste. Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedno wzniesienie. Gęste zarośla jeżynowe, wydeptana ścieżka. Jaskinia tuż przy rzecznym zakręcie.
Schyliła się na czworaka, żeby zmieścić się do wąskiego przejścia, które musiały wydeptać mieszkające tutaj zwierzęta i nagle poczuła jak ogarnia ją zmęczenie. Wróciła w ułamek sekundy do swojego ciała, wyczerpanego i wymęczonego. Wszystkie mięśnie nóg, nawet te najmniejsze, palił żywy ogień. Ledwo co mogła złapać oddech.
Wślizgnęła się do środka mrocznej groty i trochę po omacku, trochę korzystając z węchu, dotarła do niej. Wielka samica pantery. Doświadczona matka, która musiała mieć za sobą niezliczoną ilość polowań, niezliczoną ilość zabitych ofiar. Teraz czekała ją już tylko śmierć.
Bestia oddychała jeszcze, ale jej oddech był słaby i charczący. Karyia zbliżyła się ostrożnie, nie czuła się zagrożona. Przeciwnie. Czuła wyraźnie, jak zwierzę się jej boi, ale nie jest nawet w stanie się poruszyć, zdane na łaskę losu. Coś zamruczało i poruszyło się w półmroku. Drobne kocięta próbowały dostać się do matczynych piersi. Pantera miała miot, młode poruszały się niezdarnie.
Nie była w stanie już myśleć. Przygniotło ją gigantyczne zmęczenie. Doczołgała się do zwierząt. Pantera przestała na nią reagować, zbyt wycieńczona, wykrwawiała się. Karyia oparła się o jej wciąż ciepłe i żywe cielsko. Było przyjemnie miękkie. Dotknęła dłonią umięśnionego zadu. Wyczuła włócznię, która wystawała z głębokiej rany tam, gdzie ją wbiła.
— No już — powiedziała spokojnym głosem do zwierzęcia, które wzdrygnęło się z bólu i zaczęła gładzić go po szorstkiej sierści.
Powieki miała ciężkie niczym głazy, zaczynała odpływać w sen. Uderzył w nią głód i pragnienie. Uderzył w nią smutek i tęsknota, troska o Anyię, o Grak Bezoka. Dlaczego przybiegła tutaj, za umierającą panterą, zamiast zostać z grupą, zamiast walczyć, zamiast szukać Anyi? Nie rozumiała tego i nie mogła sobie tego darować.
Jednakże znała dobrze to uczucie, gdy nagle staje się kimś obcym dla swojego ciała i ból przestaje mieć znaczenie. Dźwięk rogu muflonu. To ten dźwięk wyrywał z ciała jej duszę, by mogła spoglądać na siebie z boku, jakby była kimś zupełnie innym. Nie czuła wtedy bólu, ani zmęczenia. Wstępowała w nią jakaś naddwarfska siła.
Przypomniała sobie nagle całą Wschodnią Krainę dwarfów, a w zasadzie tylko miasto nad Jeziorem Czarnym, gdzie żyła od urodzenia przez te kilkanaście lat, gdzie surowe, mądre dwarfy uczyły ją dzień w dzień, od świtu do zmierzchu, jak ma walczyć, nawet objuczona ciężkimi kamieniami i kawałkami skór. Jak ma walczyć ramię w ramię ze swoją siostrą, z Anyią, z pozostałymi hybrydami.
Przypomniała sobie, jak dwarfy dęły w mufloni róg i nagle opuszczała ciało, a potem na jedno piskliwe polecenie rzucała się na grupę ludzi, które dwarfy hodowały dla ich słodkiej krwi. Nawet grupa uzbrojonych w najlepszą broń dwarfów ludzi nie była w stanie jej powstrzymać. Łamała im kości, gruchotała twarze w dziwacznym, bitewnym szale, bez bólu i zmęczenia. Gołymi rękami, kopiąc i dusząc. Ale gdy moc rogu muflonu mijała, padała wycieńczona, przygnieciona własnym grzechem. Zabijanie było złe. Nie chciała tego. Nigdy już nie będzie zabijać. Tak powtarzała sobie od lat.
Pantera westchnęła głęboko, jakby w odpowiedzi na jej myśli, które powoli zamieniały się w sen. Zaczęła oddychać płytko i pochrapywać. Zwierzę zasnęło. To była matka, która wiedziona instynktem chciała tylko wykarmić swoje młode. Teraz zginie powoli od rany zadanej włócznią Grak Bezoka. Tylko dlatego, że ona nie potrafiła się kontrolować.
— No już, śpij — Karyia powiedziała szeptem i pogładziła umięśniony zad. Nie była już w stanie nawet mówić. W tym momencie chciała już tylko zasnąć, razem z matką kociąt i już więcej się nie obudzić. Już nigdy więcej nie poddawać się sile dźwięku muflonu, nigdy więcej zabijać dla czyjejś wygody albo chciwości. Grak Bezok wiedział, że Mok Thar jest chciwym dwarfem, że chce więcej, niż potrzebuje grupa. Grak Bezok to mądry dwarf, który chce jak najlepiej dla grupy, jak najlepiej dla niej i dla Anyi.
No właśnie, co z Anyią? To była ostatnia myśl, jaka nawiedziła ją przed snem. Ta jedna myśl, ta jedna osoba, która dawała jej siłę i chęć do życia. Anyia. Musi iść, musi wracać wzdłuż rzeki. Nurt porwał siostrę, ale ona jest silna, jest hybrydą. Hybrydy są silne. Musi iść brzegiem rzeki, aż znajdzie Anyię, całą i zdrową. Ale jeszcze nie teraz. Nastał zmierzch, nie ma więcej sił, nie może nawet wstać.
Nie, zdrzemnie się tylko momencik, tylko kilka chwil, kilka głębszych oddechów. Potem zaczerpnie wody z rzeki, tak bardzo chce się pić. Może znajdzie coś do jedzenia w gęstych zaroślach jeżyn, które okalały wejście do jaskini, tak. Jest już noc, ale przejrzysta a księżyc w pełni oświetla drogę.
Chłód wilgotnej jaskini przeszył jej stopy, wtuliła się mocniej w ciało wielkiej pantery.
— Tylko krótka drzemka… — powiedziała do siebie na głos, po czym odpłynęła głęboko w niebyt snu.4
Z koszmarnych snów wyrwały ją kocie popiskiwania. dwa szkraby, wielkości dorodnych, pustynnych zajęcy, nerwowo szturchały jej nagie stopy.
Ocknęła się, otrząsnęła i rozejrzała po mrocznej jaskini. Widziała wyraźnie to przestronne miejsce, widziała kontury kości zwierząt, które pantera musiała tutaj zaciągnąć. Mały kociak ugryzł ją w wielki palec u stopy.
— Aua! — skarciła go i odepchnęła delikatnie. — Jesteś głodny? — zapytała, chwyciła kociaka w dłonie i uniosła w górę. — Przepraszam, jesteś głodna? — poprawiła się, gdy zobaczyła, że to młoda kotka.
Drugi z maluchów zaczął skomleć jeszcze głośniej widząc, że Karyia się ocknęła. Czuła ich głód. Czuła ich strach. Zerknęła w bok, na wielkie cielsko pantery matki. Brzuch nie poruszał się od oddechu, nie było też słychać, jak charczy. Ciało bestii było sztywne i chłodne. Odeszła do Matki.
Karyia delikatnie odłożyła młodego kociaka i wstała na nogi. Bolały ją wszystkie mięśnie. Język i usta miała wysuszone. W brzuchu zaburczało głośno. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia z groty i poczuła, jak lodowate powietrze z zewnątrz kłuje ją w odsłonięte ramiona. Nie miała ze sobą nic. To wszystko, co posiadała, pozostało w obozie dwarfów.
Kociaki niezdarnie ruszyły za nią i były tuż przy jej nogach, ocierając się i miaucząc.
— Już dobrze. Poszukamy czegoś do jedzenia — powiedziała do nich, schyliła się i pogłaskała. Samiczka odważnie oddała się tej pieszczocie, ale samczyk wycofał się i zasyczał.
— Ojej, ale jesteś straszny! — Karyia zachichotała. — Dam ci na imię Mok — powiedziała głośno i oficjalnie, aż echo odbiło się od wilgotnych ścian groty. Kotkę wzięła na ręce. Pod dłońmi czuła, że jej brzuch jest pusty. Jak długo spała w tej jaskini?
Wyczołgała się pod niskim stropem, potem przez gęste zarośla jeżynowe. Kociaki wahały się, czy wyjść za nią. Mok wycofał się, ale w zamian zaczął skomleć jeszcze głośniej i jeszcze bardziej przeraźliwie. Zignorowała go, musiała znaleźć coś do picia, potem będzie miała czas zająć się zwierzakami.
Kotka, odważniejsza, powoli, krok za krokiem, ruszyła za nią na świat zewnętrzny, którego nigdy wcześniej nie widziała. Tymczasem w zagłębieniu skalnym, na rzecznym wybrzeżu, zalegała warstewka świeżego śniegu.
Kotka była nie mniej zdziwiona, niż Karyia. Mała nigdy nie widziała śniegu. Przyszła na świat może jeden księżyc wcześniej, późną, chłodną jesienią. Tyle samo powinno dzielić ich od pierwszego śniegu. Niemożliwe przecież, żeby spała tak długo.
Zaśmiała się na tę myśl. Wiedziała z opowieści Graka, że wiele zwierząt chowa się na zimę w głębokich grotach i zapada w długi sen. Grak mówił, że robią tak ursodony, najniebezpieczniejsze z bestii, jakie zamieszkiwały krainy północy. Żaden dwarf nie uszedł z życiem w starciu z tym potworem. Żadna inna bestia, nawet mamuton, nie mogła się mu równać. Czy i ona spała, jak jeden z nich? Była hybrydą, nie była normalnym dwarfem, ani nawet człowiekiem. Może mogła zapaść w głęboki sen. Posmutniała na tę myśl.
Jeśli spała przez jeden księżyc, to Anyia oddaliła się już znacznie i będzie miała trudności, żeby ją odnaleźć. Nawet nie dopuściła do siebie myśli, że Anyi mogło się coś stać. Wtedy młoda kotka otarła się o jej nagą łydkę. No tak, nie mogła spać tak długo. Przecież kociaki umarłyby z głodu. Widocznie przespała całą noc, wymęczona długim biegiem. Najwyżej dwie noce.
— Zaraz znajdziemy coś do picia, chodź. — powiedziała do kotki. — Jak masz na imię? — zapytała i zamyśliła się. Gdyby miała córkę, jak mogłaby dać jej na imię? Szybko skarciła się za taką myśl. Podeszła do brzegu rzeki i obmyła twarz rześką wodą. Hybrydy nie mogły mieć dzieci, to było surowo zabronione. Tylko dwarfki mogły rodzić, jak choćby Byrna. Byrna była drobną dwarfką, nigdy nie nadużywała swojej władzy w stosunku do Karyi i Anyi. Nawet ludzi traktowała dobrze i często dbała, aby nie brakowało im żywności. Nie miała dzieci. Kilka księżyców wcześniej miała urodzić swojego pierwszego, malutkiego dwarfika, ale krew opuściła jej macicę i malutka dziewczynka urodziła się bez ducha, cała sina.
Bryna płakała długo, bo cieszyła się bardzo na myśl o tym, że zostanie matką. Miała już nawet wymyślone imię, Yra. Tak, to było dobre imię.
— Śmiało Yra, spróbuj — Karyia popchnęła kotkę w stronę rzeki, gdzie strumień nie był zbyt wartki. Zwierzę było bardzo ostrożne, węszyło długo. Wreszcie zanurzyło pyszczek i zaczęło pić łapczywie.
— Prawda, że smaczne?
Karyia wypiła tyle wody ile była w stanie, ale teraz głód zaczął dokuczać jej jeszcze bardziej. Rozejrzała się po skalistej dolinie. Jeżynowe zarośla były już puste, rośliny przygotowywały się do zimy.
— Musimy coś zjeść Yra. Prawda? Jesteś głodna? — spytała a kotka w odpowiedzi spojrzała na nią i zamiauczała głośno. — No i musimy zanieść wody twojemu odważnemu i strasznemu bratu, Mok na pewno umiera z pragnienia!
Nabrała wody w dłonie i ostrożnie wczołgała się z powrotem do groty. Kociak czekał tuż przy niskim stropie i pił łapczywie oblizując jej dłonie.
— Sama woda nam nie wystarczy, ale obawiam się, że będzie ciężko coś znaleźć do jedzenia. Gdybyśmy tylko byli w leszczynowym gaju. Tam mielibyśmy orzechów pod dostatkiem — myślała głośno. — Tylko wy chyba nie jecie orzechów, prawda? — zastanawiała się głośno. Pantery grotowe były jednym z najstraszniejszych drapieżników, nie wyobrażała sobie, żeby jadły coś innego, niż mięso i ciała swoich ofiar.
Kiedy zamieszkiwała w mieście nad Czarnym Jeziorem, dwarfy miały surowe zasady, co do tego, co mogą jeść hybrydy, takie jak ona. Mięso było surowo zabronione. Każda upolowana przez nią zwierzyna trafiała do ust i żołądków dwarfów. Jej zostawały orzechy i rośliny oraz mniejsze dobra leszczynowego gaju. Zwykle po takiej diecie cierpiała bardzo i każdego ranka bolał ją mocno brzuch, jakby miała urodzić jednorożca. Te rzadkie chwile, gdy Byrna litowała się nad nimi i dawała im skosztować kostny szpik lub jaja były dla niej ulgą. Ale nie chciała jeść mięsa. Zwierzęta, które zabijała, cierpiały. Nie chciała tego.
Nie była pewna, co dalej robić. Wiedziała tylko, że musi powrócić do miejsca, gdzie mieli obóz. Powinna znaleźć coś do jedzenia, może orzechy. Może znajdzie coś dla tych dwóch maluchów.
— Yra, posłuchaj mnie uważnie — uklęknęła przy kotce i zaczęła tłumaczyć jej swój plan — na chwilę oddalę się, ale obiecuję, że powrócę tutaj jak najszybciej — głaskała kotkę po okrągłej główce, by ją nieco uspokoić — wtedy pochowamy waszą mamę, nakarmię ciebie i brata i będziesz mogła rozpocząć swoje życie.
Po dłuższym czasie, niechętnie, wstała wreszcie i odeszła. Kotka podążała za nią jakiś czas, ale wreszcie zatrzymała się i tylko pomiaukiwała smutno. Karyię bolał jej smutek. Nie widziała jednak innego wyjścia.
Wędrowała długo, nagie stopy zaczęły odczuwać chłód pierwszego śniegu. Niebo zasnute chmurami wyglądało, jakby miało sypnąć w każdej chwili kolejną jego porcją. Skuliła ramiona i przyspieszyła kroku, żeby nieco się rozgrzać. Jej brzuch głośno zaburczał.
Po kilku godzinach marszu wzdłuż brzegu rzeki natrafiła wreszcie na znajomy wyłom i za jego rogiem zobaczyło to, co pozostało z jej obozu. Na środku sterczał korpus mamutona, pozbawiony kłów, ogołocony z większości skór i mięsa.
Cała polana była wymalowana brunatną, skrzepniętą krwią mamutona i dwarfów. Nie było jednak śladu po jej grupie. Nie było śladu po panterach. Tylko pustka.
Karyia rozejrzała się po obozie. Zdążyli wypatroszyć mamutona, ale zostawili sporo za sobą. Nie powinni tak robić. Grak Bezok na pewno był niepocieszony takim marnotrawstwem i takim brakiem szacunku dla życia tej samicy. Normalna grupa dwarfów wykorzystałaby najmniejszy fragment ciała tego kolosa, każdy włosek sierści i każdą kosteczkę. Ale nie grupa Mok Thara. On się spieszył, miał swoje plany. Był chciwy.
Rozejrzała się za tropami dwarfów, ale mogła tylko wywnioskować, że grupa, to, co z niej zostało, zebrali się, wypatroszyli mamutona i ruszyli pospiesznie na południe wzdłuż rzeki, w ciągu jednego tylko dnia. Czyżby szukali Anyi? A ona? Dlaczego nie ruszyli za Karyią? Uznali, że umarłam, że podążyłam do groty pantery i zostałam zamordowana?
Rozmyślała tak i jej uwagę przykuły tropy stóp i krwi, które prowadziły gdzieś za obóz, w kierunku skalnych ułomków, przesłaniających widok. Podążyła tym śladem. Dwarfy. Nie żyją. Ośmioro. Pięć kobiet, jeden mężczyzna i dwóch młodocianych dwarfów. Każdy z rozszarpaną szyją, głową, niektórzy bez kończyn. Ułożyli ich obok siebie, bez poprawnego rytuału. Jak Grak Bezok mógł pozwolić na coś takiego? Zadała sobie pytanie i sekundę potem uderzyła w nią odpowiedź.
Potrzebowała chwili, żeby rozpoznać jego twarz, przeoraną szponami pantery. Jego oko, za popielatą mgłą, puste i bez życia. Leżał razem z innymi, najstarszy dwarf w grupie, jedyny, który się do niej odzywał.
Uklęknęła nad jego ciałem i zapłakała cicho. Potem spojrzała w niebo i wydała z siebie głośny, gniewny okrzyk.
Każdy, nawet najgorszy dwarf, zasługiwał na to, aby zostawić jego puste ciało w miejscu osłoniętym od sił natury. Natura przeżarłaby ciało deszczem i wiatrem, potem drobne zwierzęta zaczęłyby na nim ucztować, wreszcie pojawiłyby się one, cała grupa hien grotowych. Każdy więc dwarf zasługiwał na to, aby jego ciało osłonić od sił natury i umieścić w domu, w grocie, pośród dóbr, które posiadał za życia.
Nie zastanawiała się długo. Anyia musiała poczekać. To trzeba zrobić dobrze. Trzeba to zrobić tak, jak zrobiłby Grak Bezok.
Założyła na obolałe nogi buty jednej z dwarfek, zrobione z utwardzonej skóry megalocerosa i wyściełane wełną muflonu. Od razu ulżyło jej stopom. Ubrała się cieplej w skórzane kostiumy, które nosiły kobiety, a które im już nie będą potrzebne. Potem spojrzała jeszcze raz na ciało Grak Bezoka i uniosła je na ramieniu. Czekała ją długa droga.
Zabrała z obozu tylko kawał wątroby i kość z podudzia mamutona, spakowała go sobie do torby, którą nosił ze sobą starzec. Potem zaniosła go z powrotem do groty, gdzie zostawiła dwoje młodych kociąt. Przez kilka godzin drogi łkała cicho. Dotarło do niej, że Grak Bezok odszedł bezpowrotnie. Jedyna rzecz, jaka ją ucieszyła to ta, że wśród martwych dwarfek nie było Byrny.13
— Nie mam pojęcia, co ta mała bestia robi tutaj — zastanawiał się na głos mężczyzna o bogatym, gęstym zaroście w kolorze suchego popiołu. Ojciec Sorena. Mówił raczej rzadko, jeśli już miał coś do powiedzenia, zwykle były to konkrety i krótkie zdania.
— Dobijemy ją? Żeby nie cierpiała? — Soren pytająco spojrzał na ojca. Siedzieli naprzeciwko siebie, ognisko rozświetlało ich twarze. Karyia zamarła na te słowa.
— Nie… — powiedziała cicho i dwoje mężczyzn zamilkło. Oczekiwali czegoś więcej, ale Karyia tylko wzięła kociaka do siebie, na kolana i zbliżyła się z nim do Sorena.
Siedzieli blisko siebie. Wilgoć z jej ubrania zaczęła odparowywać w gorącym powietrzu, jakie biło od żaru ognia. Głaskała małą panterę za uszkami, tak, jak kociak lubił. Nie była ranna. Za to wycieńczona i strasznie wychudzona.
— To Yra — powiedziała po dłuższej chwili, ale mężczyźni tylko bardziej się zdziwili. — Nie mam pojęcia, jak tutaj dotarła. Biedactwo musiało błądzić przez te śniegi.