-
nowość
-
promocja
Dziedzictwo elfów. Tom 2 - ebook
Dziedzictwo elfów. Tom 2 - ebook
Czy da się śnić o szczęściu, gdy wokół płonie świat?
Magdalena ponownie staje na rozdrożu. W związku z tragicznym zdarzeniem porzuca posadę guwernantki w Zalesicach i wraca do rodzinnego domu w Warszawie. Tam staje wobec wyboru między spokojem, który daje jej oddany przyjaciel, a płomieniem uczucia, którego nie potrafi zgasić.
Tymczasem na ulicach Warszawy wrze. W odpowiedzi na rosyjską brankę wybuchają powstańcze walki, a terror zaborcy narasta z każdym dniem. Bohaterowie muszą dokonać wyboru: podjąć ryzyko i stanąć do bitwy czy wycofać się w imię bezpieczeństwa?
Gorzkie rozczarowania, potrzeba wyrzeczeń i tęsknota za dawnym życiem doprowadzą ich do miejsc, w których nigdy nie spodziewali się znaleźć…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8373-888-8 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przygotowania do ślubu i wesela Rozalii i Ksawerego trwały całe lato, sprawiając, że wszelkie inne sprawy zeszły na plan dalszy. W tym także zmiany na stanowisku namiestnika – zmarłego pod koniec maja Gorczakowa zastąpił najpierw Nikołaj Suchozanet, a potem hrabia Karol Lambert. I choć w rozmowach, zarówno w gronie rodzinnym, jak i ze składającymi wizyty sąsiadami, poruszano także aktualne wydarzenia w kraju – trudno było przecież od nich uciec – to jednak z przyjemnością podejmowano potem kwestie związane z zaręczynami, a następnie ślubem i weselem. Taki powiew spokojnej normalności w tym niespokojnym, rozszalałym świecie – jak to ujęła pani Szaniawska. Bo przecież nie można ciągle być tylko w podniosłym czy, jak twierdzą niektórzy, patriotycznym nastroju. Potrzebujemy trochę radości, trochę zabawy.
– Zabawy? – westchnęła moja matka. – Ubolewam, że to wesele nie będzie niestety takie, jak sobie wyobraziłam. A to wszystko z powodu żałoby, i to bynajmniej nie w rodzinie. A jednak nie będziemy ryzykować wyprawiania wielkiego balu. Niektórzy próbowali i na ogół spadały na nich kłopoty ze strony różnych oszołomów wymachujących hasłami, ponoć patriotycznymi. Lecz są to hasła, z którymi trudno dyskutować, by nie zostać oskarżonym o zdradę. Dlatego, chcąc nie chcąc, musimy poprzestać na uroczystym przyjęciu, bez tańców.
– Ależ z pewnością będzie to wspaniałe przyjęcie – zapewniła pospiesznie jej przyjaciółka. Nie była zresztą wyjątkiem, wszyscy to powtarzali, mimo to moja matka była niepocieszona.
Co jednak było szczególnie zastanawiające, a nawet zaskakujące, sama Rozalia bynajmniej nie żaliła się z powodu zapowiadanego przyjęcia bez tańców. Zdaniem części naszej służby, która z przejęciem komentowała wszystkie szczegóły (i plotki) dotyczące wesela, dla Rozalii najważniejsza była perspektywa wyjazdu. Wszystko inne stanowiło jedynie środek do osiągnięcia tego celu. Wprawdzie niektóre pokojówki nie dawały wiary takiemu tłumaczeniu – no bo jak to tak, by panna nie cieszyła się z sukni ślubnej, nie brała udziału w kompletowaniu wyprawy i nie interesowała się innymi szczegółami przygotowań – jednak starsze pokojowe wiedziały swoje. Panience marzyły się wielkie zmiany w życiu. I to głównie zaprzątało jej uwagę. Tak czy owak, dziwnie i smutno będzie bez niej w Zalesicach. Bo nawet jeśli czasem bywała nieznośna, rozkapryszona i trudno za nią nadążyć, to jednak od dziecka zaprzątała uwagę wszystkich. I w pewien sposób wypełniała sobą każde miejsce w domu. Nie to co ten mruk, ta mała dziwaczka, jej siostra.
Słuchałam tych opinii, jak zwykle ukryta za kotarami, wciąż przede wszystkim zdumiona, że pozwalały sobie na te wszystkie uwagi, choć zdawały sobie sprawę, że w każdej chwili ktoś je może usłyszeć. Jak choćby dziewczynka, o której tak się wyrażały – zwłaszcza że znając moje zwyczaje, mogły podejrzewać, że jestem w pobliżu i je podsłuchuję. Dopiero później przyszło mi do głowy, że być może właśnie dlatego pozwalały sobie na te słowa. Instynktownie wyczuwały, że nie naskarżę na nie nikomu. Być może przypisywały to mojej bezradności i niewielkiemu znaczeniu w rodzinie – w gruncie rzeczy jednak po prostu nie dbałam o ich opinię. W tamtych dniach myślałam tylko o Rozalii… i o naszej guwernantce.
Jeśli chodzi o moją siostrę, w całej rozciągłości popierałam zdanie pokojówek. Rozalia zawsze traktowała mnie z góry i nie raz okazywała lekceważenie, lecz mimo to ciężko mi było sobie wyobrazić nasz dom bez niej. Wiedziałam, że będzie mi jej brakować, nawet jej docinków lub dla odmiany ignorowania mnie, bez wyraźnego powodu, ot tak, z powodu złego humoru, dla kaprysu. Lecz z drugiej strony potrafiła też być całkiem znośna i chętna do rozmowy. Jednak w tych dniach, wypełnionych przygotowaniami do ślubu i wesela, przede wszystkim liczyło się dla mnie to, że siostra była obecna w całym moim dotychczasowym życiu i, chcąc nie chcąc (bo różnie z tym bywało), spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. I to miało się już wkrótce skończyć. Gdy o tym myślałam, widziałam przed sobą cały szereg pustych, samotnych dni, a przecież samotność nie była dla mnie niczym nowym i dotąd żyłam z nią za pan brat. Jakże chętnie pogadałabym o tym z Rozalią, otworzyłabym przed nią moje serce, wiedziałam jednak, że to na nic, bo ona dla odmiany wcale nie zamierzała za mną tęsknić. Nie byłam jej potrzebna do szczęścia, znalazła sobie nowy cel w życiu. Błąkając się samotnie po zalesickich łąkach i zagajnikach, życzyłam jej po cichu, by wszystko jej się powiodło.
Była jeszcze inna kwestia, która zaprzątała wtedy moją głowę – co będzie dalej z lekcjami, skoro panna Magdalena zrezygnowała z posady? Czy zostanie na jej miejsce zatrudniony ktoś nowy, kolejna guwernantka? W dodatku tylko dla mnie?
– Amelię pewnie wyślą do szkoły – usłyszałam kiedyś, przechodząc obok kuchni. Rozpoznałam głos Marcysi, która czasem zajmowała się garderobą mojej matki, i dlatego rozpowszechniane przez nią wiadomości były w kuchni uważane za wiarygodne. Jedynie stara Matylda i kucharka próbowały ją wtedy temperować. Serce mi załomotało, gdy usłyszałam te słowa, lecz zaraz kucharka surowo upomniała pokojówkę, by nie tworzyła plotek. Bo przecież Matylda, która z kolei usługiwała starszej dziedziczce (czyli mojej babce), twierdziła, że w sprawie młodszej panienki nic jeszcze nie zostało postanowione.
To jednak znaczy, że coś jest na rzeczy, coś w mojej sprawie planują – pomyślałam, przyciskając dłonie do serca. W przeciwnym razie jego głośne bicie z pewnością zostałoby usłyszane w kuchni.
– W każdym razie powinni ją wysłać do szkoły – odparła najwyraźniej urażona Marcysia. – Jak służyłam u państwa Dworakowskich, to ich obie córki zostały wysłane do szkół. I dobrze im to zrobiło. Lepiej niż te wszystkie domowe nauczycielki, które nic nie są warte. Panny dużo więcej nauczyły się na pensji i do tego stały się bardziej układne i grzeczniejsze. Nie takie dziwadła jak nasza Amelia.
A potem służące zaczęły rozprawiać o pannie Biłowicz. „Mrukliwa była i nie trzymała ze służbą. Ale z drugiej strony, nie sprawiała większych kłopotów, nie przydawała pokojówce zbyt wiele roboty, bo sama utrzymywała nieskazitelny porządek w swoim pokoju i nie oczekiwała, by jej usługiwano. A że maniery miała niczym jakaś księżniczka? Ciągle tylko te książki czytała i włóczyła się po polach i lasach? W dodatku nie zawsze sama, bo czasem w towarzystwie panicza? A i sam pan Zalewski lubił jej towarzystwo; no i te ich wspólne podróże do Warszawy… Nic dziwnego, że młodszej pani Zalewskiej się to nie podobało, ale cokolwiek to było, już się skończyło. Teraz przyjdzie pannie guwernantce zakasać rękawy i wziąć się do prawdziwej roboty, by pomóc własnej rodzinie. Takie życie, nigdy człowiek nie wie, co mu los zgotuje. A bez wątpienia śmierć małego braciszka, w dodatku taka śmierć, to jednak wielkie nieszczęście”. Słuchając tego, odgadłam, że właśnie to nieszczęście, ta tragedia sprawiły, że nasze służące wybaczyły pannie Biłowicz wszelkie wcześniejsze „przewinienia” i kładły kres złośliwym i nieżyczliwym plotkom na jej temat.
Czekałam na przyjazd Romka – miałam nadzieję, że jego towarzystwo mnie ożywi i rozweseli, w każdym razie rozpędzi nastrój melancholii, który w tym czasie mnie nie odstępował. Dość szybko jednak zorientowałam się, że i jego dręczył jakiś niepokój i rozterki. Nie znajdowałam w nim tej radości i zachwytu, jakimi emanował dotąd zawsze, gdy przyjeżdżał na wakacje po całej jesieni i zimie spędzonych w mieście. A gdy pół żartem, lecz także jak najbardziej serio, zapytałam go, czy przyczyną jego złego humoru jest zbliżający się ślub naszej siostry, wzruszył ramionami, po czym odparł, że tak, owszem. Pomysł ze ślubem mu się nie podoba, ale jakie to ma znaczenie, co on myśli? Przecież nikt go o zdanie nie pytał. I to było wszystko, co z niego wydobyłam, bo nie chciał kontynuować tematu, w każdym razie nie ze mną. Wolał rozmawiać o tym z babką. Widziałam ich, jak z markotnymi minami spacerowali kiedyś o zmierzchu po ogrodzie, lecz poza pojedynczymi słowami niczego więcej nie wychwyciłam.
Ślub odbył się we wrześniu 1861 roku, lecz choć pełniłam zaszczytną funkcję jednej z druhen, wszystko pamiętam jak przez mgłę, jakbym nie była uczestnikiem wydarzeń, a obserwatorem oglądającym wszystko z tylnego rzędu teatru. Kościół, świece i ta klęcząca przed księdzem para. Blada jak kreda oblubienica w ślubnym stroju nie przypominała mojej siostry. Przystojny młody człowiek u jej boku był mi zupełnie obcy. Przyjęcie weselne bez tańców przypominało uroczysty świąteczny obiad, tyle że w większym gronie. Wszyscy mówili jeden przez drugiego, ale nie potrafiłabym powtórzyć, o czym rozmawiano. Do dziś tego nie wiem, mogę się co najwyżej domyślać. Siedzący obok mnie młodzieniec, poczuwając się do uprzejmości i kurtuazji, także próbował do mnie zagadywać, lecz moje odpowiedzi były na tyle drętwe, że w końcu dał sobie z tym spokój.
Kilka dni później moja siostra i jej świeżo poślubiony mąż wyjechali do Paryża. Lato miało się ku końcowi, zboże już dawno zebrano z pola; pamiętam, że patrzyłam na smutne rżyska i serce mi się ściskało. Nie chciałam zmian w moim życiu – lecz one i tak nadeszły. Zalesice nie były już takie same, a do tego szóstym zmysłem czułam, że to nie koniec. Jakby nadciągał jakiś potężny walec, a może zawierucha, w każdym razie coś, czego nie można już było zatrzymać. Co najwyżej uciec najdalej, jak się da. Lecz czy byłabym zdolna do takiej ucieczki? Raczej nie. Coraz częściej myślałam natomiast o szkole.
Czy naprawdę zamierzają wysłać mnie na pensję? Nikt o tym nie mówił, ale gdyby zaczęto snuć takie projekty… Mój ewentualny opór i tak nikogo by nie powstrzymał. Tak jak w przeszłości nie powstrzymał ojca przed wysłaniem Romka do gimnazjum w Warszawie. A może jednak szkoła nie byłaby takim złym rozwiązaniem, skoro po raz pierwszy w życiu samotność w Zalesicach coraz bardziej mi doskwierała? Nawet elfy gdzieś zniknęły, bo już ich nie słyszałam.
Lecz w październiku doszło do kolejnego napięcia w kraju. W połowie tego miesiąca, wkrótce po pogrzebie arcybiskupa Fijałkowskiego (na którym, jakżeby inaczej, obecne były tłumy) w Królestwie został ogłoszony stan wojenny. Zamknięto parki, kawiarnie i inne lokale publiczne. Wszelkie zgromadzenia uliczne powyżej trzech osób zostały surowo zabronione, za ich złamanie groziła interwencja policji i wojska. Podobnie jak za nieprzestrzeganie godziny policyjnej. Wszystkie te obostrzenia i zapowiedź surowych kar nie zapobiegły przygotowywanym już od pewnego czasu okolicznościowym nabożeństwom w rocznicę śmierci Kościuszki.
Zaczęły się – zgodnie z planem – piętnastego października. Wojsko otoczyło wówczas trzy świątynie; z kościoła Świętego Krzyża udało się ludziom wymknąć bocznymi drzwiami, żołnierze wtargnęli za to do katedry warszawskiej i kościoła Bernardynów, gdzie aresztowano modlących się tam wiernych, a tysiące ludzi zamknięto w Cytadeli. Kobiety i dzieci potem zwolniono, zatrzymano półtora tysiąca mężczyzn. Warszawska kuria nazwała to profanacją świątyń i ogłosiła zamknięcie wszystkich kościołów i kaplic w Warszawie. Na znak solidarności z klerem katolickim to samo uczyniły protestanckie zbory i synagogi. Zgodnie z oświadczeniem duchownych świątynie miały pozostać zamknięte, dopóki władze nie dadzą gwarancji bezpieczeństwa, że nigdy więcej nie doprowadzą do podobnej profanacji, a modlący się ludzie będą w kościołach bezpieczni. Wszak nawet w starożytnych cywilizacjach szanowano nienaruszalność świątyni, które nie raz stawały się bezpiecznym azylem dla każdego szukającego tam ochrony przed prześladowaniem ze strony władz, w tym także zbiegłych niewolników. Nikt nie ośmielił się narazić bóstwu.
Postawa duchownych i kapłanów (różnych zresztą wyznań i religii) spowodowała niejakie zamieszanie wśród władz, sytuacja stała się bowiem dla nich bardzo niewygodna, zwłaszcza że została powszechnie nagłośniona. Ponoć namiestnik Lambert odżegnywał się od tego, co się stało, próbując całą odpowiedzialność zrzucić na swojego następcę, jako dowodzącego całą akcją. Co w rezultacie skończyło się samobójstwem tego ostatniego. Inny ważny urzędnik kierujący Komisją Śledczą dostał apopleksji, wreszcie sam namiestnik ciężko się rozchorował, podał do dymisji i wyjechał. To samo uczynił też margrabia Wielopolski, zapewniając wcześniej, że nie tylko nie miał nic wspólnego z decyzją o wtargnięciu wojska do kościołów, ale nawet nie wiedział o takich planach.
Wydarzenia te i wszelkie restrykcje związane ze stanem oblężenia sprawiły jednak, że publiczne manifestacje stopniowo traciły swój impet i nie gromadziły już tłumów, w Warszawie właściwie zupełnie ustały. Niektórzy byli skłonni przypuszczać, że sytuacja się stabilizuje, że obie strony znajdą wreszcie jakiś kompromis, w każdym razie nie dojdzie do wybuchu otwartej rewolucji, której wynik byłby z góry przesądzony, a skutki katastrofalne dla całego kraju. Ojciec mój jednak uważał, że sytuacja w dalszym ciągu jest wysoce niepewna i napięta, a w związku z tym nadal wszystko jest możliwe.
Czasami zastanawiałam się, czy w ogóle zamierzają coś postanowić w kwestii mojej dalszej edukacji. I coraz częściej docierało do mnie, że zupełnie świadomie uciekają od tego tematu. Tak jakby w gruncie rzeczy nie mieli pojęcia, co właściwie ze mną począć. Co zrobić z dzieckiem, którego nikt nigdy nie chciał, które pojawiło się przez przypadek, niepotrzebnie tylko komplikując życie reszcie rodziny. Czułam, że zawadzam im jak nigdy dotąd. I jak nigdy dotąd pragnęłam zejść im z oczu, zniknąć, rozpłynąć się we mgle… lecz nawet i to nie było możliwe. Pozostawało mi jedynie czekać. Choć, Bóg mi świadkiem, sama już nie wiedziałam na co.ROZDZIAŁ 2
Gdy w połowie lutego sześćdziesiątego drugiego roku nowy arcybiskup Warszawy Zygmunt Szczęsny Feliński wydał nakaz otwarcia warszawskich świątyń, spotkało się to z niezadowoleniem jednych i aprobatą drugich. Nie mniejsze, a zdaniem niektórych nawet większe kontrowersje wywołało jego polecenie zaprzestania w otwieranych kościołach śpiewów patriotycznych. Naraził się przez to na oskarżenia o powiązania z Petersburgiem, niektórym bowiem nie podobało się, że działalność Kościoła chciał ograniczyć do spraw czysto religijnych.
– Bez wątpienia decyzja arcybiskupa, by ponownie otworzyć kościoły, ustabilizowała sytuację skuteczniej niż jakiekolwiek wcześniejsze decyzje skądinąd różnych rozumnych i wpływowych ludzi – dowodziła w rozmowie z wnukiem Maria Zalewska. – Nie można przecież, nawet w imię jak najbardziej słusznych i szczytnych ideałów, pozbawiać wiernych dostępu do sakramentów i w ogóle do posługi Kościoła. Zresztą, z tego, co mi wiadomo, postanowienie z października zeszłego roku o zamknięciu świątyń zostało zrealizowane tylko w stolicy. W innych miastach do tego nie doszło.
– W innych miastach nie doszło do naruszenia nietykalności świątyń przez wojsko, jak to miało miejsce w przypadku trzech warszawskich kościołów. Już nie mówiąc o tym wszystkim, co wydarzyło się jeszcze wcześniej – odważył się zripostować Romek. – W żadnym innym mieście Królestwa wojsko i policja nie zastosowały tak brutalnych środków wobec mieszkańców.
– A zatem i ty byłbyś gotów poprzeć dość popularne w pewnych kręgach nazywanie arcybiskupa Felińskiego biskupem „petersburskim” – stwierdziła.
Niewiele brakowało, a wzruszyłby ramionami – powstrzymał się dosłownie w ostatnim momencie, zdając sobie sprawę, że babka zrugałaby go za taki gest. W jej przekonaniu świadczył o braku dobrych manier i chęci obrażenia rozmówcy. A wyjaśnianie jej, że w czasach, w jakich przyszło im żyć, większość jego kolegów nagminnie pozwalała sobie na taki gest, wywołałoby tylko kolejną falę krytyki. Wobec tego odnosząc się do jej uwagi, jedynie przecząco pokręcił głową.
– Nie, nie jestem tak radykalny w ocenie arcybiskupa – odparł spokojnie. – Powiem więcej: oskarżanie go o sprzyjanie Moskalom uważam za niesprawiedliwe i kompletnie nieuzasadnione. O ile wiem, arcybiskup Feliński ma niemałe zasługi dla kraju, rozumiem też jego racje. Kościoły były zamknięte od października, to nie mogło trwać w nieskończoność, w dodatku przyczyniało się nie tylko do wzrostu napięcia, ale wręcz wywoływało dezorientację i stawało się niewygodne dla wielu ludzi. Co jednak nie zmienia faktu, że potrafię też zrozumieć rozgoryczenie tych wszystkich, którzy ucierpieli w wyniku wcześniejszych decyzji władz i działań wojska. Były ofiary, a to rodzi chęć odwetu.
– Chęć odwetu prowadzi do jeszcze większych ofiar. I nie rozwiązuje problemu – odparła chłodno Zalewska. – Nie należy kierować się tylko emocjami. W polityce to poważny błąd.
– Jakbym słyszał ojca. – Uśmiechnął się pod nosem. – Słuszne to przysłowie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.
– Słucham?
Trochę się stropił, gdy podchwycił jej pełne urazy spojrzenie.
– Przepraszam, babciu – odparł, kładąc dłoń na piersi. – Wybacz, że się tak zapominam. Ale to dlatego, że wciąż tyle się wokół dzieje…
Babka jednak przerwała jego pokrętne i mętne tłumaczenia:
– Zapominasz o dobrych manierach, bo zbyt rzadko przebywasz w gronie ludzi dobrze wychowanych – oznajmiła kategorycznie. – Tak się niestety często dzieje, gdy młody człowiek zbyt wcześnie opuszcza rodzinny dom i idzie między obcych. A wracając do Felińskiego, to zdaje się, że różne jego protesty wobec poczynań rosyjskich władz i żandarmerii, a także jego inicjatywy w obronie mieszkańców Królestwa powinny przemówić do rozumu tym wszystkim, którzy oskarżają go o uleganie wpływom Rosji. Lecz czegóż tu oczekiwać od radykałów, którzy myślą jedynie o rewolucji!
– Wygląda na to, że pomimo początkowych kontrowersji nawet ci radykałowie stopniowo przekonują się już do arcybiskupa – wtrącił pojednawczo Romek. – I to z tych samym powodów, o których babcia właśnie wspomniała.
– I słusznie, bo pomijając fakt, że to głęboko religijny i pobożny duchowny (a tego przecież przede wszystkim oczekujemy od księży), ma także na swoim koncie wiele innych zasług dla kraju. Jego matka w przeszłości znalazła się na zesłaniu… – dorzuciła ciszej.
– Tak. Wiem o tym.
– Dobrze, aby i inni o tym wiedzieli. W tym także twoi koledzy z uczelni – rzekła surowo.
Romek pomyślał o Czarku i uśmiechnął się w duchu, gdy tylko wyobraził sobie ewentualną dyskusję między swoją babką a przyjacielem. Było więcej niż pewne, że w rozmowie ze starszą damą, zwłaszcza pod krytycznym ostrzałem jej piorunującego spojrzenia, Cezary straciłby sporo ze swojej gardy.
– Może teraz, gdy sytuacja w Warszawie się nieco uspokoiła, twoi rodzice podejmą wreszcie jakieś kroki w sprawie Amelii – odezwała się po chwili milczenia Zalewska, a tak niespodziewana zmiana tematu wprawiła jej wnuka w najwyższe zdumienie.
– W sprawie Amelii? – powtórzył machinalnie.
– Oczywiście. Co cię tak zdumiało? Wystarczy, że oni oboje zachowują się, jakby zapomnieli, że mają jeszcze jedno dziecko. A dziewczyna od kilku miesięcy nie ma żadnego konkretnego zajęcia.
– Masz rację, babciu. – Spojrzał na nią z wdzięcznością, ale i zaciekawieniem. – I co postanowili? Bo ja nie mam o niczym najmniejszego pojęcia.
– Co oni postanowili?! – Wzniosła oczy ku górze. – Nic by nie postanowili, gdybym nimi nie potrząsnęła.
– Nie wątpię – wtrącił z uśmiechem.
– Zaczęło się od tego listu od Rozalii. Tego sprzed dwóch tygodni. Z wiadomością, że spodziewa się dziecka.
– Tak… – mruknął, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że powinien na tę wiadomość zareagować inaczej. Z radością. Z entuzjazmem… ale jakoś nie potrafił się na to zdobyć. – Tak – powtórzył i odchrząknął. – Ale co to ma wspólnego z…
– Otóż twoja matka bardzo się tą wiadomością przejęła. Oczywiście nic w tym dziwnego. Chodzi przecież o jej córkę, wiadomo. Tyle że od tego czasu stale powtarza, że powinna pojechać do Paryża, aby zaopiekować się Rozalią.
– Tak? – Słowa babki go zaskoczyły. Nie miał zielonego pojęcia o pomyśle matki. Gdy przekazała mu wieści od Rozalii, nawet jednym słowem nie napomknęła o własnych planach. – Ale właściwie… w jakim celu?
– Przecież przed chwilą to powiedziałam. Aby zaopiekować się Rozalią. – Ponownie wzniosła oczy ku niebu.
– Rozalia potrzebuje opieki matki? Przecież nie jest tam sama. Przecież… ma męża. – Skrzywił się nieznacznie.
– Wytłumacz to matce, nie mnie – skwitowała oschle Zalewska. – Rozalia ma, czego chciała. Czyli własną rodzinę. I własne obowiązki. A Elżbieta ma swoje obowiązki. Tak ja to widzę.
– Tyle tylko, że wychodząc za mąż, Rozalia nie pisała się na żadne obowiązki – powiedział Romek, uśmiechając się półgębkiem. – Myślała tylko o wyjeździe z Zalesic. A małżeństwo? Miało być wyłącznie środkiem do tego celu.
– Dokonała wyboru. Ludzie kierują się w życiu różnymi motywami, także podejmując decyzję o małżeństwie. Potem ponosi się tego konsekwencje. Dotyczy to wszystkich, także Rozalii – oświadczyła stanowczo Maria.
Roman mimowolnie pomyślał, czy nie zabrzmiało to odrobinę nazbyt stanowczo. Poza tym nawet pod względem ponoszenia tych konsekwencji nie ma sprawiedliwości na świecie, niektórym bowiem i tak wszystko uchodzi płazem. Niemniej powstrzymał się od wygłoszenia na głos tej uwagi, wystarczyło, że przypomniał sobie, z jaką determinacją siostra dążyła do realizacji swoich planów, by jak najrychlej wyrwać się z Zalesic do wielkiego świata. Bez wątpienia babcia potrafiła być surowa i bezkompromisowa w swych opiniach, miała jednak rację. Rozalia ma, czego sama chciała.
– Tak właśnie powiedziałam twojej matce – kontynuowała wyniosłym tonem. – Dokładnie słowo w słowo. Życie to najlepszy nauczyciel. Skoro Rozalia nie chciała słuchać dobrych rad, bo miała się za dorosłą, to teraz musi sobie radzić jak osoba dorosła. Jednak twoja matka nie tylko, że się ze mną nie zgodziła, to jeszcze nie posiadała się z oburzenia. „Ona jest jeszcze taka młoda. To jeszcze dziecko. Moje dziecko”, tak mi odpowiedziała. Gdybyś ją widział! Najwybitniejsza tragiczka na scenie nie potrafiłaby zrobić takiej miny i przemawiać takim głosem. „Szkoda, że dopiero teraz sobie o tym wszystkim przypomniałaś”, odparłam. „Szkoda, że kilka miesięcy temu nie pomyślałaś o jej młodym wieku, niedojrzałości i konsekwencjach jej postępowania. Ale ty nie tylko o tym nie pomyślałaś, ale wręcz skakałaś z zachwytu i radości. Zamiast ją przestrzec, poważnie z nią pomówić, jeszcze ją dodatkowo utwierdzałaś w tej bzdurnej decyzji. Twoja córka nigdy nie miała dość oleju w głowie, ale niestety z twoją głową nie było i nie jest lepiej”. Tak właśnie jej powiedziałam. Słowo w słowo, możesz być tego pewien.
Romek nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Za to po raz kolejny poczynił w duchu spostrzeżenie, że między jego babką a matką chyba już nigdy nie dojdzie do żadnego porozumienia. Obie wyrażały się o sobie krytycznie. Robiły to także w jego obecności. Powinien był do tego już przywyknąć – do pewnego stopnia rzeczywiście tak było – niemniej jednocześnie czuł się już tym zmęczony. I bezradny jak w czasach dzieciństwa.
– Ojciec także wyraził zgodę na to małżeństwo – zauważył. – I jak najbardziej popierał wyjazd Rozalii z kraju.
– Oczywiście. Nie sądź, że o tym zapomniałam. Twój ojciec zna moje zdanie w tej sprawie, ale on przynajmniej nie zamierza zostawiać teraz wszystkiego i wyjeżdżać do Paryża, by opiekować się córeczką. Wręcz przeciwnie, oświadczył twojej matce, że nie powinna tam jechać i wprowadzać fermentu w życie młodych małżonków.
– Wcale mnie to nie dziwi. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić ojca w roli czyjegokolwiek opiekuna, a już na pewno żadnego z jego dzieci – odparł nieco złośliwie Romek. Co nie zmieniało faktu, że w duchu przyznawał mu teraz rację.
Spostrzegłszy, że babka spochmurniała w reakcji na jego uwagę, zmienił ton na znacznie łagodniejszy i pogodniejszy.
– I co na to matka? Na czym w końcu stanęło?
Chmura na czole babki pociemniała jednak jeszcze bardziej. Podobnie jak jej oczy.
– Z tego, co mi wiadomo, obstaje przy swoim. Zresztą, sam jej zapytaj, mnie się nie zwierza, wręcz jest na mnie obrażona. Ona… na mnie – prychnęła. – Moim zdaniem, jeśli Rozalia rzeczywiście potrzebuje wsparcia rodziny, powinna wraz z… tym swoim mężem wrócić do kraju. Ksawery Balicki w przyszłości odziedziczy Bolesławice, mógłby już teraz wykazać jakieś zainteresowanie majątkiem i pomóc staremu stryjowi.
Romek westchnął. Upartość i determinacja babki na ogół wprawiały go w podziw, niekiedy jednak zdumiewały, a nawet trochę irytowały. Jak choćby jej opinie w sprawie Bolesławic.
– Babciu, wszyscy dobrze wiemy, że po śmierci starego pana Balickiego jego spadkobierca, ktokolwiek by nim był, po prostu postara się sprzedać ten majątek. I zadowoli się każdą sumą, modląc się, by w ogóle znalazł jakiegoś nabywcę. Wiedzą o tym wszyscy sąsiedzi, wie o tym także stary pan. Rozalia za skarby świata by tam nie zamieszkała. Ani Ksawery. Bo to faktycznie wyjątkowo ponure domiszcze, nad którym w dodatku, wedle powszechnie panującej opinii, unosi się nieszczęście i klątwa.
– Od kiedy to wierzysz w podobne brednie? – sarknęła babka. – Stary pan Balicki mieszka tam od lat i jakoś nie napotkał żadnego ducha.
– To, w co ja wierzę, nie ma tu żadnego znaczenia. Rozalia nie wychodziła za mąż, by ponownie wrócić w nasze strony. Ksawery także nie żenił się z nią z tego powodu.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Zalewska zawzięcie dziergała na szydełku kolejny ścieg, Roman zapatrzył się na tańczące za oknem płatki śniegu. Marzec w tym roku był wyjątkowo zimny i jak dotąd nic nie wskazywało na to, by zima miała szybko dać za wygraną. Jutro o tej porze będę już w drodze powrotnej do Warszawy – pomyślał Roman. Wcale go to nie martwiło, dawniej rzecz nie do wyobrażenia.
Ciszę przerwała Zalewska:
– Sprzedaż Bolesławic pójdzie zapewne na opędzenie jego długów – rzekła urągliwie. – Posag Rozalii prędzej czy później także się wyczerpie. Oto, jakiego zięcia przyhołubili sobie mój syn i synowa. Gdy pomyślę, że w przyszłości to ty z kolei będziesz miał na karku twoją niemądrą siostrę, jej mężusia i zapewne całą gromadę ich dzieci… – Szarpnęła niecierpliwie włóczką, prując część ściegu. – Dopadną cię jak szarańcza. Dopadną też Zalesice, których teraz tak nie chcą i nie lubią.
– Nie bój się, babciu. Obiecuję, że sobie poradzę – odparł uspokajającym tonem. Zmusił się też do uśmiechu. – Odbiegliśmy od sprawy Amelki. Co z nią?
– No właśnie… Amelia. – Zalewska skrzywiła się lekko, nie odrywając przy tym oczu od robótki. – Zasugerowałam twojej matce, skoro wybiera się do Paryża, aby zabrała ze sobą także młodszą córkę. Skoro Rozalia ma się podobno ucieszyć z wizyty matki, uraduje ją również widok siostry.
Słuchając babki, Romek nie mógł powstrzymać się przed refleksją, że miała jednak spore poczucie humoru.
– Oczywiście Elżbieta nie podchwyciła ochoczo mego pomysłu – kontynuowała Zalewska. – Jej zdaniem wywołałoby to zbyt duże zamieszanie i zwłaszcza Ksawery nie byłby z tego zadowolony. Moim z kolei zdaniem z widoku teściowej także nie będzie zadowolony, więc przyjazd szwagierki nie wpłynie już znacząco na jego nastrój. Tym bardziej że w przeciwieństwie do matki, a nawiasem mówiąc, także do swojej siostry, Amelia w ogóle nie narzuca się ze swoją obecnością.
– No nie, babciu, nie wierzę, że powiedziałaś to wszystko na głos. Na pewno nie aż tak dosłownie. – Romek parsknął krótkim śmiechem.
– Spytałam, kto według niej ma się zająć jej młodszą córką. – Zarówno słowa, ton, jak i wyraz twarzy dziedziczki wyrażały najwyższą dezaprobatę. – I co z jej edukacją. Jest jeszcze zdecydowanie za młoda, by przerywać naukę i występować w roli panny na wydaniu. Nie jest złą dziewczyną, ale bez wątpienia brak jej pewnej ogłady, a ja nie mam czasu, by należycie się nią zająć i wszystkiego nauczyć. Potrzebuje opieki matki, a przynajmniej dobrej nauczycielki. Dwa razy podjęłam się wyszukania właściwej guwernantki, trzeci raz już tego nie zrobię. „Zajmę się tym, gdy wrócę z Paryża”, oznajmiła Elżbieta. „To znaczy kiedy, za kilka miesięcy?”, spytałam. „Co najwyżej mogę napisać do Wojciechowskiej, czy nie przyjęłaby do siebie naszej małej”. Żebyś ty widział minę swojej matki. Ojciec miał zresztą nie lepszą, gdy mu o tym wspomniałam. Równie dobrze mogłabym zaproponować wysłanie Amelii na księżyc.
– Ja zawsze uważałem, że to dobry pomysł, ale co na to Amelka? – Romek zdawał sobie sprawę, że było to raczej pytanie retoryczne. Odpowiedź znał, a przynajmniej się jej domyślał.
– Nie wiem. I mniejsza o to – obruszyła się babka. – Gdy byłam w jej wieku, nikt nie pytał mnie o zdanie i nie przejmował się moimi upodobaniami. A co do twojej siostry, to jedyne rozwiązanie, które przychodzi mi do głowy. Ja w każdym razie nie nadaję się na jej opiekunkę.
Z tym ostatnim faktycznie trudno było dyskutować. Tak jak potrafił sobie wyobrazić rozmowę babki z jego matką i ojcem. Domyślał się także tego wszystkiego, co babka wolała teraz przemilczeć. Bo z pewnością nic nie umknęło jej uwadze, nigdy nie umykało. Wiedział, dlaczego była przeciwna małżeństwu Rozalii i co tak bardzo jej się nie podobało w Ksawerym. Porównywała go do własnego zięcia, jej zdaniem motywy Balickiego niczym się nie różniły od motywów Orszańskiego. Przyzwyczajenia i grzeszki też zapewne mieli podobne lub zgoła takie same, jak wszyscy ci panicze i panowie, którym życie upływało na wałkonieniu się, rozrywkach i uganianiu za spódnicami, obojętnie, czy tu, czy w Paryżu. Matkę jednak oburzały te porównania. I dawała temu wyraz. Hania cierpiała nie tylko z powodu zawiedzionej miłości do męża – tak kiedyś to ujęła. I choć niczego więcej nie dodała, Romek dotąd pamiętał, jak babka zmieniła się wtedy na twarzy. Jak na moment zastygła.
Zgadywał też, jak bardzo pytania o Amelkę były matce nie w smak. Nie miała ochoty zawracać sobie nią głowy, właściwie zawsze tak było, a co dopiero teraz, gdy myślami była już przy Rozalii, w Paryżu. Tym bardziej że o podróży do Paryża marzyła nie mniej niż jej starsza córka. Teraz miała wreszcie okazję ziścić to marzenie, choć oczywiście tęsknota za ukochaną Rozalią i niepokój o nią z pewnością odgrywały nie mniejszą rolę. Wszystkie jej myśli krążyły wokół wyjazdu, gdzie jej tam było w głowie szukanie nowej guwernantki czy też odpowiedniej szkoły dla Amelki. Wysyłanie ogłoszeń, listów, rozmowy z kolejnymi kandydatkami – to mogło trwać całe tygodnie, a ona nie chciała tyle czekać. Tak jak nie miała ochoty na korespondencję i spotkania z przełożonymi pensji dla panien.
Na ojca zaś w tych sprawach w ogóle nie można było liczyć. Romek nie miał najmniejszych wątpliwości, że stary wolał, aby Amelia została w Zalesicach, aby nie musiał się na nią natykać podczas swoich wojaży do stolicy (wystarczyło mu, że w Warszawie przebywał jego syn), a jako oficjalny powód swojej niechęci mógł zawsze podać niepewną sytuację i możliwość odnowienia niepokojów w mieście. Nie miał jednak zbyt wielkiego pola manewru – jeśli żona wyjedzie do Paryża, nie wypadało mu narzucić opieki nad Amelią swojej własnej, i tak już zapracowanej matce. Mógł oczywiście sprzeciwić się wyjazdowi żony – musiałaby go posłuchać – jednak… czy przypadkiem nie marzył, by choć na jakiś czas zeszła mu z oczu?
Ale galimatias – skrzywił się w duchu Roman. Zapewne w każdej rodzinie są jakieś problemy, ze świecą jednak szukać drugiej takiej, gdzie wszystko, dosłownie wszystko zapętliło się niczym węzeł gordyjski.
Zamyślony, w pierwszej chwili nie zaskoczył, że babka znowu zmieniła temat. Potrzebował kilkunastu sekund, by zrozumieć, że mówiła… o pannie Biłowicz.
– Dostałam od niej list. Nie roztkliwia się nad sobą, jest bardzo dzielna, ale gdy o niej pomyślę, robi mi się smutno na sercu. Inaczej wyobrażała sobie swoją przyszłość. Tyle zawiedzionych nadziei… – westchnęła Maria.
– Tak, to rzeczywiście smutne – przytaknął, czując, że słowa z trudem przechodzą mu przez gardło. – To miłe, że ze sobą korespondujecie. – Przez chwilę zastanowił się, czy i z panną Wrońską babka wymieniała listy.
– Polubiłam ją. To mądra i rozsądna dziewczyna. Rzadkie to cechy u młodych panien, a nawet nieco starszych znanych mi kobiet. Już ci to kiedyś przecież mówiłam.
– Tak, pamiętam – przytaknął z uśmiechem.
– A ty z nią nie korespondujesz? Wybacz, że o to pytam, ale odniosłam wrażenie, że… mieliście trochę wspólnych tematów. Możesz być pewien, że ja nie widziałabym niczego niestosownego w takiej korespondencji – zapewniła, spostrzegłszy, że się trochę zmieszał.
Nawet ona, moja wydawałoby się rozumna i rozsądna babka, wciąż pod pewnymi względami uważa mnie za małego chłopczyka – pomyślał z niezadowoleniem. – W jej oczach, podobnie jak w oczach mojej matki, niewiele zmieniłem się od tamtych czasów, gdy jeszcze nosiłem koszulę w zębach.
– Nie – odparł trochę sztywno. – Nasza znajomość nie była na tyle bliska, by ze sobą korespondować. Wy obie miałyście znacznie więcej wspólnych tematów… i okazję, by codziennie je omawiać.
– A zatem nie znasz najnowszych wieści o pannie Biłowicz?
Po chwili krótkiego zastanowienia uznał, że nie ma sensu informować babki o tym, że on i Magdalena mają wspólnego znajomego w osobie Jarosławskiego, zwłaszcza że Czarek tak naprawdę niewiele miał o niej do powiedzenia.
– Jakich wieści? – zapytał wobec tego i nagle, ni z tego, ni z owego, poczuł niepokój.
– Panna Biłowicz zdecydowała się przyjąć oświadczyny jakiegoś kupca galanteryjnego.
Roman na moment zaniemówił. Gdyby w saloniku wybuchła bomba, mniej by to nim wstrząsnęło. Gdy Zalewska podniosła na niego wzrok, wciąż patrzył na nią kompletnie osłupiały i zdezorientowany.
– A więc nic o tym nie słyszałeś? Myślałam, że skoro tyle czasu spędzasz w Warszawie…
I co z tego, że spędzam tam tyle czasu. Warszawa to nie Zalesice czy też Skierniewice, gdzie gdy tylko ktoś kichnie, to wszyscy mieszkańcy plotkują o jego zdrowiu lub chorobie – odpowiedział jej ze złością, oczywiście tylko w myślach.
– Wychodzi za mąż? – wydukał, gdy tylko zdołał wydobyć głos z zaciśniętego gardła. – Ale przecież… przecież jeszcze nie minął rok od śmierci jej brata. – Choć to ostatnie wcale w tym momencie nie było dla niego najistotniejsze.
– Minie za miesiąc – uściśliła. – Poza tym przyjęcie oświadczyn nie oznacza, że ślub odbędzie się jutro czy pojutrze. Jeśli dobrze zrozumiałam, to raczej kwestia kilku miesięcy.
Czemu Czarek o niczym mi nie powiedział? Przeważnie ma tyle do powiedzenia o różnych sprawach i znajomych, bez ustanku miele ozorem, obojętnie, czy ma to sens, czy nie – wściekał się w duchu Romek. Choć jednocześnie musiał przyznać, że kolega nie miał obowiązku mówić mu o wszystkich wydarzeniach dotyczących jego rodziny. Nie wiedział przecież, że dla Romana wszystko, co dotyczyło Magdy, miało aż takie znaczenie. Zwłaszcza że Roman sam zadbał o to, by Cezary niczego takiego się nie domyślił.
Nie, Czarek w ostatnich tygodniach w ogóle nie mówił o swojej rodzinie. Zajmowała go tylko polityka. W październiku, gdy Rosjanie wkroczyli do świątyń, obaj z Romanem niemal cudem uniknęli aresztowania i to tylko dlatego, że znaleźli się wśród uczestników nabożeństwa w kościele świętego Krzyża, skąd wraz z innymi udało się im wymknąć tylnym wyjściem. Zalewscy nie mieli o tym zielonego pojęcia – Romek słowem nie pisnął w domu na ten temat. Podejrzewał, że w przypadku Czarka było podobnie. Cezary w ogóle sprawiał wrażenie opętanego ideą powstania, zemsty, walki, a wszelkie inicjatywy prowadzące do uspokojenia nastrojów określał mianem zdrady narodowej. Trudno zatem wykluczyć, że w tych okolicznościach nawet zaręczyny brata niewiele go obeszły. A może i zirytowały, no bo jakim prawem ktokolwiek może myśleć o tak prozaicznych sprawach, jak zawarcie małżeństwa, skoro ważą się losy całego narodu. Ta ostatnia refleksja sprawiła, że Roman uśmiechnął się z ironią. I dopiero wtedy, gdy zerknął na babkę, zdał sobie sprawę, że uważnie mu się przypatrywała. Tego tylko brakowało, aby zaczęła snuć jakieś domysły.
– W takim razie nie rozumiem, czemu babcia sugeruje, że to smutna wiadomość – zagadnął, starając się nadać swojemu głosowi żartobliwy ton. Choć tak naprawdę wcale go to nie bawiło.
– Jeszcze niedawno stawiała sobie inne cele w życiu. Sama mi to mówiła – odparła.
Wiem. Mnie też to mówiła – pomyślał.
– No cóż… – Ponownie wzruszył ramionami, tym razem nie dbając już o to, że babce może się ten gest nie spodobać. – Tak to już jest, że ludzie mówią jedno, a potem zmieniają zdanie. Panna Biłowicz nie jest tu żadnym wyjątkiem.
Zalewska już tego nie skomentowała. Ponownie pochyliła się nad swoją robótką.