Dzieje Maren - ebook
Dwuczęściowy Tom I „Lazurowy Smok” rozpoczyna sagę „Dzieje Maren”. To opowieść Bruno Hawkinsa, zagubionego mężczyzny, który dołącza do tajemniczej grupy Lazur i wyrusza w podróż przez wyspę Maren. Na pozór zwyczajne spotkanie w karczmie szybko prowadzi go w głąb historii o wyborach i ich konsekwencjach. Szukając nowego początku, Bruno odkrywa, że każdy krok ma swoją cenę, a świat obiecujący wolność potrafi odebrać wszystko inne. „Historię tworzy rzeczywistość, a nie papier.” — Lora
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-301-3 |
| Rozmiar pliku: | 944 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niebo przypominało spękaną skorupę jaja. Szare, ciężkie chmury wisiały nisko nad drogą, jakby lada moment miały się z niej osunąć i pogrzebać cały świat w deszczu. Bruno Hawkins, niewysoki kasztanowłosy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu i bystrych, zielonych oczach nie przepadał za takimi porankami, ale był to pierwszy od tygodni, który nie zaczął się od ucieczki.
_A to już sukces._ Bruno stanął przed oberżą.
Drzwi do karczmy Pod Czarnym Lwem __ otworzyły się lekko, wpuszczając do środka strugę chłodnego wiatru. Wewnątrz panował zgiełk, a powietrze było przesycone mieszanką zapachu piwa, pieczonego mięsa i dymu z fajek. Dębowe stoły i ławy nosiły głębokie ślady uczt, a na ścianach wisiały stare mapy Maren oraz wyblakłe proporce głównych miast wyspy: Słoneczne Państwo, Drakon, Tsunam, Grom, Kamienny Gród i Windside. Choć nie było tłoczno, gwar rozmów i śmiechów wypełniał pomieszczenie. Klientela składała się głównie z podróżnych, którzy przekrzykiwali się nawzajem opowieściami o swoich wyprawach.
Hawkins zatrzymał się w progu, rozglądając się uważnie. Nikt nie zauważył jego subtelnego ruchu dłoni, po którym nastąpił trzask tłuczonego szkła. Goście karczmy spojrzeli w stronę źródła hałasu, a mężczyzna, wykorzystując zamieszanie, ruszył w kierunku lady, gdzie skupiał się najmniejszy zgiełk. Ostrożnie zwrócił się do karczmarza — krzepkiego faceta o witalnym wzroku.
— Dzień dobry — odezwał się cicho, starając się być jak najbardziej dyskretnym. — Szukam osoby o imieniu Jedriej.
Oberżysta spojrzał na niego żwawo — jego ruchy zdawały się być szybsze od myśli i pochłonięte zamówieniami. Bruno poczuł się nieco swobodniej.
— Co? — zagrzmiał głośno. — Piwa już nie ma!
— Jedriej, nie piwo — powtórzył Hawkins, oglądając się za siebie. — Jeden ze zleceniodawców z tutejszej tablicy ogłoszeń.
Stuknął palcem w kartkę z wiadomością. Karczmarz zmrużył oczy, przyglądając się niepewnie papierowi. Jego spojrzenie błądziło po tekście, ale wyraz twarzy pozostawał bez zmian. Zniecierpliwiony Bruno po chwili schował ogłoszenie, gotowy do opuszczenia karczmy, ale oberżysta nagle poklepał się po głowie.
— Aaa, to ten malutki! — zaśmiał się na głos, jakby rozwiązał niezwykle skomplikowaną zagadkę. — Jedriej… Wiedziałem, że skądś kojarzę to imię! Tam jest! — wskazał na ostatni stolik po drugiej stronie knajpy. — Proszę cię bardzo! A piwa chcesz?
— Malutki? — zdziwił się Bruno, lecz jego rozmówca już był zajęty obsługą innego klienta. — Nie chcę… Dzięki.
Przecisnął się przez grupkę wąsatych trubadurów, którzy przechwalali się swoimi najnowszymi dziełami. Jeden z nich twierdził, że był świadkiem pojedynku warga z harpią, a drugi, że widział dziewicę na jednorożcu. _Głupcy_ — skwitował Bruno.
Kiedy dotarł do ostatniego stolika, zrozumiał, o co chodziło karczmarzowi. Jedriej okazał się być niziołkiem o rudych, kędzierzawych włosach i piegowatej twarzy. Jego małe, inteligentne oczka biegały po stronach opasłego tomiszcza, które trzymał w rękach. Bruno zdołał odczytać tytuł: _„_Przewodnik po Wyspie Maren_”_ autorstwa Lucana Cloina.
Usiadł przy stole bez słowa. Położył przed niziołkiem pergamin z ogłoszeniem. Zaczekał w napięciu na jego pierwszą reakcję, lecz ten dopiero po chwili — i to w dodatku niechętnie — oderwał wzrok od książki. Spojrzał pytająco na gościa.
— Tak? — uniósł szare oczka.
— Ty jesteś Jedriej? — zapytał Bruno. — Ten z tablicy ogłoszeń?
— Zależy, kto pyta.
— Przychodzę w sprawie zlecenia — przeszedł do sedna. — Składam chęć podjęcia pracy.
Hawkins przysunął kartkę bliżej, a niziołek zerknął na nią podejrzliwie i wrócił wzrokiem na właściciela. Piegowata twarz rudzielca zabłysła na moment zainteresowaniem, ale chwilę później przygasła. Bruno uniósł brwi w obawie, że wyjął nie ten dokument, co trzeba.
Na ogłoszeniu widniało:
_Poszukiwany:_
_Czerstwy, zdolny, ambitny rolnik ogarniający dobrze ziemię i ewentualnie jadło._
_Jedriej, Karczma Pod Czarnym Lwem_
Nie pomylił się — kartka była właściwa. Jedriej odchrząknął.
— Wybacz, bratku, ale nie wyglądasz mi na rolnika — podsumował, oceniając go uważnie. — Ani tym bardziej na kucharza. Jesteś ciut za wątły.
Bruno mimowolnie parsknął śmiechem. _Gra ze mną._ Malec przekrzywił głowę w zdziwieniu.
— Powiedziałem coś śmiesznego?
— Nie jestem ani rolnikiem, ani kucharzem — odpowiedział. — I dobrze o tym wiesz.
Rudzielec odłożył ogłoszenie na bok. Zmrużył oczy.
— A to ciekawe. Kim zatem jesteś? I dlaczego mi przeszkadzasz? — zapytał, wskazując na książkę. — Nie widzisz, że czytam?
Nie czekając na odpowiedź, powrócił lekceważąco do lektury. Bruno zamknął mu ją przed nosem.
— Ej, ej! — obruszył się — Tylko bez takich!
— Jestem tym, kogo naprawdę szukasz — wyszeptał te słowa z naciskiem. — Mogę udowodnić, tylko bądź cicho…
— Nie wiem, o czym mówisz, człowieku, ale zaraz zawołam ochro…
Zaczął podnosić głos, lecz Bruno w porę mu przerwał. Obrócił się przez ramię, upewniając się, że nie jest obserwowany, a potem pstryknął palcami.
Na krótką chwilę w jego dłoni zatańczyły dwa malutkie płomienie ognia. Oblicze Jedrieja ożywiło się nowym zainteresowaniem, a jego usta momentalnie umilkły. Niziołek wyprostował się na krześle i odłożył książkę. Potrzebował chwili, żeby zwilżyć suche gardło piwem.
— No skoro tak stawiasz sprawę — uśmiechnął się tajemniczo, nachyliwszy się bliżej rozmówcy. Szepnął — Jak ci na imię?
— A co? — zapytał podejrzliwie Hawkins.
— A to, że chyba jakoś powinienem na ciebie mówić? — odparł niziołek. — Czy może wolisz hmm… Pstrykacz? — puścił mu oczko.
— Bruno Hawkins.
— Bruno Hawkins… — powtórzył malec, kiwając głową ze zrozumieniem. — A ja jestem Jedriej Arkan. Miło mi.
Niziołek grzecznie wyciągnął dłoń, ale Bruno ją zignorował. Ten spojrzał na niego z wyrzutem.
— Czy będzie miło, to się dopiero okaże — wyjaśnił, rzucając mu chłodne spojrzenie. — Powiedz najpierw, o co chodzi z tym ogłoszeniem.
Szeroki uśmiech zszedł z twarzy Jedrieja. Odrzuconą rękę schował pod stół i zamilkł urażony. _Karzełki słyną z dobrego wychowania —_ prychnął Bruno. _Pewnie takiego też oczekują od innych._
— To może jednak będę na ciebie mówić Maruda? — mruknął po chwili Jedriej.
— Nazywaj mnie jak chcesz — odpowiedział czarodziej. — Ale jeśli naprawdę wiesz kim jestem, to równie dobrze powinieneś wiedzieć, dlaczego mnie tu być nie powinno. I rozumieć moją ostrożność. Więc gadaj!
— Ależ rozumiem — uspokoił go niziołek. — Dlatego chciałbym ci zagwarantować, że twoja tożsamość jest ze mną całkowicie bezpieczna — obiecał, unosząc dłoń z wyciągniętym palcem ku górze. — Ale mi przerwałeś. Przyrzekam na mały palec!
— Wszystkie są małe — skomentował Bruno.
— Ha! A jakiś zabawny!
— Do rzeczy — spoważniał. — Pytam po raz ostatni: co to za ogłoszenie?
Jedriej zmarszczył czoło i napił się kolejnego łyku piwa. Bruno zauważył, że kufel był praktycznie wielkości jego głowy. Zaczął zastanawiać się, czy dobrze postąpił, ryzykując tą znajomością — on nie mógł mu niczego zaoferować. _Jest tylko niziołkiem…_
— Nie rozumiem pytania… — podrapał się po rudej czuprynie Jedriej. — Odczytałeś ogłoszenie, czy nie? Wiesz czego dotyczy.
— Odczytałem? — zdziwił się Hawkins. — Niczego nie odczytywałem. Wyczułem magiczną aurę na podpisie i nic więcej. Treść była nieistotna.
— Że co? Jaką magiczną aurę? — tym razem skrzywił się malec. — Nie rozumiem, o czym mowa…
Obaj spojrzeli na siebie pytająco. Po chwili Jedriej dodał rozżalonym głosem:
— Jak to treść była nieistotna? — brzmiał jak artysta, którego geniuszu nigdy nie doceniono. — W sensie, że nie zrozumiałeś jej, tak?
Bruno zerknął na ogłoszenie ponownie. Słowa brzmiały tak samo błaho, ale magiczne wibracje nie zniknęły — _drobne, subtelne, lecz wyczuwalne_. Wzruszył obojętnie ramionami.
— Jest bez sensu — powtórzył. — Co by mnie miało obchodzić gotowanie, rolnictwo i…
— To, że go nie widzisz — westchnął zawiedziony Jedriej — nie znaczy, że go nie ma. Ah, wielka szkoda, bo tak długo nad tym myślałem! Ale może spojrzysz jeszcze raz? Tylko zwróć uwagę na pierwsze litery w każdym wyrazie. Widzisz, co tworzą?
Hawkins przyjrzał się dokładniej, a niziołek wystukał mu wskazane miejsca, które układały się w słowo:
— „Poszukiwany: C-z-a-r-o-d-z-i-e-j”! Teraz to widzisz?
— Niesamowite — mruknął lekceważąco Bruno. — I co z tego?
— Ano to — Jedriej uśmiechnął się dumnie — że sam to wymyśliłem!
Mina niziołka była tak beztrosko zadowolona, że Bruno zaczął podejrzewać, czy nie wpadł aby przypadkiem w pułapkę i teraz się z niego nie naśmiewano. Był w końcu zbiegiem, którego ścigał Krąg Magów i łowcy czarownic, a takie namaszczone zaklęciem zlecenia od razu powinny budzić jego wątpliwości. Niestety dla Hawkinsa, wątpliwości zbyt często mieszały się z ciekawością.
— To co z tym ogłoszeniem? — zapytał znowu. — Do czego jest potrzebny ci czarodziej?
— Ha! A do czego nie byłby mi potrzebny czarodziej? — parsknął głośno Jedriej.
Za głośno.
Pojedynczy sąsiedzi rzucili ukradkowe spojrzenia na ich stolik. Nawet wąsaci trubadurowie przestali na moment rozprawiać o swych durnych dziełach. Bruno zaśmiał się udawanie, jakby Jedriej właśnie opowiedział mu niesamowitą historię. Nieproszone pary oczu powróciły po chwili do własnych rozmów. Czarodziej posłał rudzielcowi ostrzegawcze spojrzenie.
— Bądź cicho, jeśli łaska — wyszeptał z naciskiem. — Nie tylko ty mnie szukasz, karle.
— Wybacz, mój błąd — przyznał cichutko Jedriej. — Ściany mają uszy, tak, tak. Zawsze o tym zapominam.
— Nie wiem, czy ściany, ale ludzie na pewno.
Odczekali kolejne kilka minut, aż uwaga ich stolikiem całkiem zniknie, a potem Bruno kontynuował:
— Słuchaj no — rzekł teraz już całkowicie poważnie. — Sporo ryzykujesz, kontaktując się ze mną i podpisując się pod takimi ogłoszeniami, jak to — stuknął w papier. — Nie wiem skąd wytrzasnąłeś magiczną pieczęć ani kim u licha jesteś, ale bardzo ciekawi mnie, jakie to zadanie wymagałoby udziału akurat czarodzieja? I to zadanie… — spojrzał wymownie na Jedrieja — przepraszam, jeśli teraz urażę: ALE od niziołka. I mów wprost, bo za dużo czasu już na ciebie straciłem. A nie mam go wiele.
Jedriej zmarszczył czoło, nie komentując oczywistej zniewagi. Otworzył książkę i wyjął z niej mały zwitek pergaminu. Widniał na nim symbol drzewa w kolorze lazurowym, zapisany drobną czcionką. Rozwinął papier i odchrząknął.
— Zadanie nie jest ode mnie, a od grupy, którą reprezentuję — oznajmił.
— Czyli?
— O tym zaraz — zignorował go. — Pozwól, że najpierw przedstawię ci cel, a potem przejdę do szczegółów. O ile oczywiście zechcesz do nas dołączyć. Wówczas poprosiłbym cię o podpis tego dokumentu — pokazał miejsce na rozwiniętym papierku. — O, dokładnie tutaj.
Bruno uniósł brew.
— Co to za szwindel? — zapytał, marszcząc czoło. — Myślisz, że to podpiszę?
— Żaden szwindel — zapewnił go Jedriej. — To wstępna zgoda na udział w wyprawie… Zwykła formalność.
_Zwykła formalność, no jasne._ Odczucia Bruno zmieniły się. Niziołek może i nie był osobą, która chciała go porwać, ale samo podpisywanie tajemniczych umów też nie zwiastowało niczego dobrego. Kojarzył takie precedensy tylko i wyłącznie z oszustwami — _groźnie było igrać z podobnym ogniem_. Szczególnie osobie, która nie była nigdy na tym świecie.
Jedriej zauważył jego zawahanie, więc dodał:
— Po prostu staramy się być na tyle formalni, na ile możemy — wyjaśnił. — A w zasadzie mamy jedną osobę, która tego pilnuje, ale czy to źle? Porządek musi być!
— Wybacz, ale jeszcze nie słyszałem, żeby podpisywanie tajemniczych dokumentów od nieznajomych kończyło się dla kogoś dobrze. Za to słyszałem legendę o Baristanie, który chciał ukraść księżyc. Też ją może słyszałeś?
— Nie bardzo… — odkaszlnął Jedriej, ucinając temat. — W takim razie pozwól, że przedstawię ci zadanie. Na późniejsze decyzje przyjdzie jeszcze czas.
Bruno zastanowił się przez chwilę, czy brnąć w to dalej, czy może już teraz odpuścić. Po chwili skinął jednak głową — ciekowość znów zwyciężyła. _A przecież samo wysłuchanie tej oferty jeszcze do niczego mnie nie zobowiązuje!_ Odchylił się na fotelu i skrzyżował dłonie za głową.
— Mów.
— Wolisz krótszą czy dłuższą wersję? — zapytał Jedriej.
— Krótszą.
— Tak myślałem — uśmiechnął się. — No więc razem z moimi towarzyszami planujemy wyprawę na smoka. Poszukujemy czarodzieja do kompanii.
Hawkins niemal poleciał plecami do tyłu. Utrzymał równowagę w ostatniej chwili, łapiąc się za kant stołu. Teraz był już niemal pewien — _coś tu było nie tak!_ _W każdym innym przypadku co by to miało znaczyć?_
_Paskudne, małe niziołki i ich figle! —_ zaklął w myślach. — _Niepotrzebnie straciłem na niego czas! No już, zaśmiej się i skończ tę farsę, karle._
Mimo to mina Jedrieja nie uległa zmianie. Był tak samo poważny, jak przedtem.
— Żartujesz, prawda? — zapytał tak na wszelki wypadek Bruno, gotów do wyjścia.
— Ani trochę — zaprzeczył niziołek. — A dlaczego miałbym?
— Może dlatego, że to absurd? Smoki wymarły wieki temu!
— Kto ci naopowiadał takich bajek?
Czarodziej nie odpowiedział. Czuł narastającą frustrację. Powinien w tym momencie oddalać się od Kręgu, Tsunam i wścibskich oczu, a rozprawiał z niziołkiem o smokach i podejrzanych umowach. Do tego wszystkiego działo się to w zatłoczonej karczmie, pełnej ciekawskich uszów i plotkarskich ust. _Jak tu w ogóle trafiłem?!_
_Ale skoro tak łatwo było mi tu wejść, równie łatwo będzie wyjść! _— pomyślał. Jedriej natomiast znów trafnie wyczuł jego nastrój, bo dodał:
— Ostatnie plotki sugerują, jakoby widziano smoka w okolicach Gromu. Według nich…
— I na tym opieracie swoją wyprawę? — przerwał mu czarodziej. — Na plotkach?
— Każda plotka ma w sobie ziarno prawdy — rzekł z powagą niziołek. — Inaczej nikt nie wpadłby na jej wymyślenie.
— Żegnam, na mnie pora — zdecydował w końcu Bruno, wstając z miejsca.
Sięgnął po zlecenie i gotów był zapomnieć o tej dziwacznej rozmowie, lecz Jedriej wcale nie wyglądał na przejętego jego decyzją. Wręcz przeciwnie — na twarzy malca pojawił się nawet lekki, ironiczny uśmieszek, co tym bardziej wzburzyło czarodzieja, który aż miał ochotę rzucić kąśliwą uwagą pod jego adresem. _Albo może przypalę mu tę rudą czuprynę!_
_Nie —_ powstrzymał się w ostatniej chwili- _Nie dam mu tej satysfakcji._ Zamiast wybuchu, obwieścił sarkastycznie:
— No cóż w takim razie dziękuję za rozmowę! I powodzenia ze smokiem! — uśmiechnął się zjadliwie. — Jak następnym razem będziecie szukać garnca złota na końcu tęczy, odezwij się! Taką wyprawę rozważę!
— Skoro sam poruszyłeś temat złota…
Bruno odwrócił się, ruszając w stronę drzwi, gdy nagle usłyszał brzdęk monet za plecami. Zatrzymał się i zerknął przez ramię — kolejny raz z czystej ciekawości. Na stole pojawił się spory mieszek pieniędzy.
Jedriej spokojnie, jakby od niechcenia, napił się piwa i pozwolił, żeby wyobraźnia Bruno zrobiła swoje.
— To pierwsze wynagrodzenie: płatne z góry — oznajmił, ocierając rękawem pianę z ust. — Potem dojdą jeszcze cztery takie. Łącznie pięć.
Czarodziej wrócił do stołu i bez pytania sięgnął po woreczek. Otworzył go, wyciągnął jedną monetę i położył ją sobie na dłoni — był to złocisty słoneczniak, ozdobiony symbolem słońca, waluta Słonecznego Państwa, stolicy Maren — _drogi kapitał_. Obejrzał go dokładnie ze wszystkich stron, sprawdzając autentyczność, po czym wrzucił z powrotem do mieszka. Ocenił ciężar sakiewki — _Na oko jest tu z półtora funta monet_. _Sporo._
Usiadł. Niziołek okazał się głupcem, ale bogatym głupcem — z takimi niekiedy było warto rozmawiać.
— Dobra — skrzyżował palce pod brodą. — Coście za jedni?
— Czyli jednak jesteś zainteresowany? — uśmiechnął się triumfalnie malec.
— Nie mówię tak, nie mówię nie. Ale chętnie poznam szczegóły.
Niziołek cmoknął w powietrzu, jakby dał do zrozumienia, że teraz to on będzie stawiać warunki.
— A ja chętnie ci wszystko wyjaśnię, ale potrzebuję twojej jednoznacznej deklaracji udziału — powiedział. — Nie chciałbym, żebyś znów wstawał i siadał z powrotem do stołu. Ty pewnie też nie, co? To zwraca uwagę.
Położył dokument przed Brunem. Ten zerknął jeszcze raz na mieszek — _fakt faktem, że bardzo by mi się przydał w obecnej sytuacji — nie mam ani noclegu ani ochrony, ani nawet pieprzonego jedzenia_. Czarodziej podrapał się po brodzie, analizując intensywnie wszystkie za i przeciw. W końcu zapytał:
— Ten dostaję teraz, tak? — upewnił się — A później jeszcze cztery takie? Dobrze zrozumiałem?
— Dokładnie tak — potwierdził Jedriej.
— Identyczne?
— Ta jest.
— Za walkę z nieistniejącym stworzeniem?
— Za walkę ze smokiem, ale jeśli tak go nazywasz, to tak: z nieistniejącym stworzeniem.
— A co jeśli mam racje i bestia naprawdę nie istnieje?
Jedriej uśmiechnął się szeroko.
— Bez obaw. Pieniądze zgarniesz tak czy owak, ale po prostu bez bonusów ze skarbu smoka. To proste.
Oczy niziołka nie zdradzały podstępu, a jego twarz była spokojna i pewna siebie. Bruno uznał, że albo mówił prawdę, albo był niespełna rozumu — _finalnie raczej nie żartował_. Było to bardziej niż podejrzane, ale z drugiej strony pieniądze, które przed nim leżały były realne. _I całkiem zachęcające._
_Poza tym kto poważny wyrusza na smoka z niziołkiem w szeregach?_ _Ta grupa z pewnością nie jest specjalnie bystra, a już na pewno nie niebezpieczna._
Podrzucił sakiewką do góry. _To dar od losu —_ uznał. — _Wprost świetna okazja by poprawić swoją sytuację. Chociażby kosztem głupoty innych!_ A tak podobno działał ten świat realny, poza murami Kręgu — trzeba było być cwanym. _To darmowe złoto, które będę mógł wykorzystać._
— A i warto jeszcze wspomnieć, że w grę wchodzą dodatkowe nagrody — dodał niziołek, ponownie trafnie odgadując zmianę w nastawieniu czarodzieja. Bruno zaczynał dostrzegać, że ten zachowuje się niczym doświadczony kupiec — _Czyta ze mnie, jak z księgi…_ — Wspomniany skarb smoka, podzielony na dziesięć równych części oraz potencjalne bonusy za osiągnięcia podczas wyprawy. W skrócie? Fortuna!
— Na to wygląda — zgodził się Bruno.
— Więc na co czekasz? Być może starczy ci na zakup własnej posiadłości — zasugerował Jedriej z błyskiem w oku. — Lub nawet wolności…
— Nawet wolności… — powtórzył wolno.
Czarodziej postukał palcami w stół. Wątpliwości go nie opuszczały, ale sięgnął po pióro. _Co mi szkodzi?_
— Brzmi cudownie — ocenił. — Gdzie haczyk?
— Haczyk? Jaki haczyk? — zaśmiał się Jedriej. — Walka ze smokiem to nie wystarczający „haczyk”? Nie wspominając nawet o innych niebezpieczeństwach, na które możemy natrafić po drodze? Będziemy mieli do przejścia całą wyspę wszerz i wzdłuż!
_Całą wyspę, mówisz…_ — zastanowił się Bruno. To był kolejny argument za wzięciem udziału w tej wyprawie. Czarodziej nie wiedział, jakie zagrożenia miał na myśli niziołek, bo nigdy wcześniej nie wędrował samotnie po Maren, ale przecież po to uciekł z Kręgu, żeby poznać ten świat. Znał jedynie to, co przeczytał w księgach, a teraz nadarzała się doskonała okazja na uzupełnienie wiedzy o praktykę.
_Poza tym powinienem być w ciągłym ruchu, żeby nie dorwali mnie łowcy czarownic._
— Haczyka nie ma — powtórzył raz jeszcze Jedriej, poprawiając się na krześle. — Choć ze względu na twoje nietypowe zdolności będziemy zapewne wymagać od ciebie więcej niż od innych. Niektórzy nie lubią takiej odpowiedzialności. Lub też presji. Co kto woli. Ale przynajmniej zapłata jest godziwa, prawda? — wskazał oczami na kartkę — To jak będzie?
— Wszystko ma swoją cenę — mruknął bardziej do siebie, niż do niego, Bruno.
Wzmianka o odpowiedzialności przeszła mu koło ucha — ich los był mu obojętny. Prędzej martwiły go te potencjalne niebezpieczeństwa na drodze, ale one przecież równie dobrze mogłyby go spotkać, gdyby podróżował na własną rękę. _A nawet gorzej — z grupą przynajmniej miałbym obstawę._
_A więc złoto, ochrona i możliwość podróży po wyspie Maren?_ — podsumował sobie. — _Akurat wszystko, co potrzebuję! Przypadek czy dar od losu? A może przeznaczenie_? — prychnął w myślach. — _Szkoda, że nie wierzę w takie rzeczy…_
— Dobra tam, niech będzie! — złapał łapczywie za mieszek. — To gdzie podpisać? I co dalej?
— Dalej? — Jedriej uśmiechnął się nań tajemniczo. — Dalej poznasz moją grupę. Do zobaczenia!
Hawkins nie zdążył nawet zapytać gdzie i kiedy mieliby się spotkać, gdy poczuł nagłe ukłucie w okolicach łydki, jakby coś wbiło mu się pod skórę. Chwilę później świat zawirował mu w głowie, a ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa.
Spanikowany, spróbował wstać i krzyknąć, ale na próżno — zwalił się ciężko na ziemię. W tle usłyszał tylko oddalający się głos Jedrieja, który wzywał ochronę, a potem odpłynął.Rozdział 2. Lazurowe drzwi
Bruno ocknął się w ciemnym pomieszczeniu, z którego unosiła się intensywna woń dębowego piwa — jeszcze silniejsza niż w samej karczmie. Wokół panowała cisza, którą co jakiś czas przerywało kapanie wody. Nic go nie bolało, ale czuł się tak otępiały, jak po wyrwaniu z głębokiego snu. Z ulgą zauważył, że jego kończyny nie są spętane. Po chwili jednak ta myśl zaczęła go niepokoić.
_Dureń, dureń!_ — zganił siebie — _Tak się dać podejść! I to karłowi!_
— O! No nareszcie! — rozległ się znajomy głos z kąta pomieszczenia. — A już myślałem, że cię przypadkowo… ekhem… zabiłem.
Czarodziej momentalnie zerwał się na równe nogi. W dłoni uformował ognisty pocisk i obrócił się w kierunku głosu. Jedriej stał tam z jabłkiem w ręku, którym się nieomal nie zakrztusił, gdy zobaczył ostrą reakcję towarzysza. Zakaszlał nerwowo, klepiąc się po brzuchu.
— Hej, hej, spokojnie! To tylko ja! — zawołał, unosząc ręce w geście pokoju. — Jedriej Arkan z karczmy _Pod Czarnym Lwem_! Zapomniałeś?!
Hawkins zacisnął zęby. Ostatnie, co chciał teraz zobaczyć, to twarz tego wariata. Ale gdzie on był? I jak tu trafił? Pamiętał tylko ukłucie i utratę przytomności przy stoliku Jedrieja…
Gdy wzrok Bruno przyzwyczaił się do mroku, dostrzegł rzędy beczek za plecami niziołka. Oprócz tego w pomieszczeniu nie było nikogo. Wyglądało ono na piwniczkę.
— Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany? — zapytał rudzielec, gdy zobaczył, że Bruno się uspokoił.
— Słucham?! Uśpiłeś mnie! — warknął czarodziej.
— Dobrze, że nie upiłem — parsknął Jedriej. — Zresztą spokojnie, to były tylko procedury — ocenił wymijająco. — Gdybym miał złe zamiary, to bym cię związał albo chociaż wezwał posiłki, nie uważasz?
Bruno nie odpowiedział. Po chwili wyprostował się i zdmuchnął swój czar. Niziołek odetchnął z ulgą. Ruchem głowy wskazał na mały flakon z długą igłą zanurzoną w gęstym, przezroczystym płynie. Skrzyżował ręce na piersi i zagwizdał cicho.
— Niedźwiedzi sen — wyjaśnił. — Środek na bezsenność z Tsunam. Nieszkodliwy, choć może przesadziłem z dawką. Przepraszam… W każdym razie nic ci po nim nie będzie.
Hawkins wymacał miejsce ukłucia na łydce. Lekko swędziało, ale poza tym wszystko wydawało się w porządku. Rozprostował obolałe ręce.
— Nie mogłeś mnie tu po prostu przyprowadzić? — zapytał z wyrzutem. — Jak grzeczny, mały skrzat?
— Nie mogłem. Tak jak wspomniałem: procedury — odparł niewzruszony Jedriej. — Nasza kryjówka jest ściśle tajna. A przynajmniej dla obcych.
— Czyli nie zdradzisz mi gdzie jestem?
— Gratuluję znajomości pojęcia „ściśle tajna”. To już coś!
— Nie tak miała wyglądać nasza współpraca — pożalił się Bruno. — Chyba mam prawo wiedzieć, gdzie jestem?
— Masz. Przed wejściem do siedziby Lazur. To ci powinno wystarczyć.
— Jakiego znowu Lazur?
— Tak nazywa się moja grupa: Lazur.
Niziołek bez większych wyjaśnień odszedł od beczek i zaczął tupać nogami w podłogę, jakby wykonywał jakiś dziwaczny taniec. Bruno zmarszczył czoło, zastanawiając się, co on najlepszego wyrabia. Na wszelki wypadek zaczął wycofywać się niepozornie w kierunku wyjścia.
— Cholera, nigdy nie mogę zapamiętać, gdzie to było… — mamrotał Jedriej, skacząc z jednej nogi na drugą.
Bruno kątem oka zauważył jego stopy: nagie, włochate i nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty ciała. Paliczki sugerowały dużo większy zakres ruchów u palców niż u człowieka. Czarodziej zatrzymał się i zmarszczył czoło, przypominając sobie z pozoru nieistotny fakt z ich wczorajszej rozmowy — w czasie jej trwania Jedriej cały czas trzymał ręce na wierzchu. _Jak więc…_
— Zaraz, zaraz — powiedział. — Czy ty… Czy ty aby nie wstrzyknąłeś mi tego całego „Niedźwiedziego snu”… stopą?!
Niziołek przestał stepować i spojrzał na niego, jakby ten właśnie zadał najgłupsze pytanie świata. _W sumie ma rację._
— No, a czym innym? — zaśmiał się głośno. — Chyba nie… — machnął dłonią — Ah nie, zresztą nie ważne… O! Tu jest ta klapa!
Jedriej odnalazł wreszcie poszukiwaną deskę i uderzył w nią kilkukrotnie, po czym zaczął odłupywać fragment podłogi. Po chwili ukazał im się metalowy właz. Malec otworzył przejście, a Bruno zobaczył zardzewiałą, wąską drabinę prowadzącą w dół, ku ciemności kanałów. Wzdrygnął się.
Niziołek otrzepał dłonie, a potem zauważył nietęgą minę towarzysza.
— No co tak patrzysz? — zapytał. — Chyba nie liczyłeś na szpaler powitalny?
— Z każdą minutą mam coraz więcej wątpliwości… — mruknął Bruno, spoglądając w dół.
— Hmm… na to już trochę za późno, bratku.
— Czy to groźba? Bo zabrzmiało jak groźba.
— Groźba? Ode mnie? — rudzielec przybrał niewinny wyraz twarzy. — Daj spokój! Ty władasz ogniem, a ja mam metr dwadzieścia w kapeluszu! O jakich groźbach my tu mówimy?
— Chwytasz przedmioty stopą — zwrócił uwagę Bruno. — Dla mnie to też pewnego rodzaju magia.
Jedriej ruszył wolnym krokiem w głąb tunelu. Hawkins odprowadził go wzrokiem, aż czerwona czupryna zniknęła w głębi mroku. Zawahał się, ale w końcu postawił stopę na pierwszym szczeblu — _skoro powiedziałem A, należało też powiedzieć B._
— Tylko zamknij właz za sobą! — krzyknął z dołu Jedriej.
_No pewnie, już zamykam!_ — pomyślał Bruno, zostawiając właz otwarty.
***
Zejście okazało się długie. Szczeble pokrywała korozja, która drażniła dłonie. Bruno nie cierpiał brudu ani powierzchni, które zostawiały lepki osad. Próbował zejść szybko, ale okazało się, że Jedriej guzdra się pod nim niemiłosiernie. Zacisnął usta. Przeklinając niziołka, pokonywał kolejne stopnie.
W końcu, po prawie minucie męki, jego stopa dotknęła twardej powierzchni dna. Z ulgą zorientował się, że nie było tu ani wilgotno ani brudno. Był pewien, że trafią do mokrych kanałów — tymczasem powietrze było w tym miejscu dziwnie suche, a wokół panowała cisza.
— Aż tak ci się tutaj spodobało? — zapytał Jedriej, który od półtora minuty czekał, by ruszyć dalej.
Bruno wciąż rozglądał się zdezorientowany. Nie tego spodziewał się zastać w tym miejscu.
— Gdzie my jesteśmy? — zapytał.
— Przecież mówiłem: nie mogę powiedzieć. To ściśle tajne, pamiętasz?
— To mi nie wygląda na kanały pod miastem… — myślał na głos Hawkins. — Ani na ścieki… To nie są też typowe podziemia…
— Ah, no wieczór zagadek też nie — parsknął niziołek. — Więc może po prostu chodźmy dalej? Wkrótce wszystko się wyjaśni.
Przemierzyli około stu metrów w głąb korytarza, aż za zakrętem zamigotało światło. Jedriej pstryknął palcami, po czym podrzucił w górę dziwaczny przedmiot przypominający kapsel. Zanucił dziwną piosenkę.
_Przede mną świat otwarty na wskroś,_
_choć lepiej, żebym nie skończył jak łoś!_
_Maren to miejsce piękne i urodziwe,_
_lecz bywa często też niegodziwe!_
— Ostatnia prosta! — oznajmił wesoło.
Podążyli w kierunku źródła blasku. W miarę zbliżania się do niego Bruno zaczął dostrzegać potężne drzwi z masywnego metalu, przy których stał strażnik. Był wysoki, barczysty, o ciemnej skórze i surowym spojrzeniu. Głowę przyozdabiał mu błyszczący, złoty hełm, który odbijał poświatę pochodni. Czarodziej kojarzył przyłbicę z książek o Słonecznym Państwie.
_Na bogów, przecież to niemożliwe, żeby karzeł zabrał mnie aż do stolicy…_
— Witaj, Samie! — zagaił wesoło strażnika, Jedriej. — Co słychać?
Mężczyzna odburknął coś niezrozumiałego pod nosem. Zauważył w towarzystwie niziołka Bruno, którego od razu zmierzył podejrzliwym spojrzeniem. Oględziny trwały ciut za długo, więc czarodziej zaczął czuć się niezręcznie — malec na szczęście sprawnie zainterweniował.
— To jest — zawahał się. — Eee… Pstrykacz! Tak, Pstrykacz! Dołączył do naszej wyprawy na smoka. Pstrykaczu, to jest Sam.
Sam uniósł brew. Hawkins zdobył się na sympatyczny uśmiech, ale wyszło raczej sztywno. Olbrzym nawet nie zareagował.
— Czy możemy przejść dalej? — zapytał Jedriej, a jego ton, choć wciąż życzliwy, brzmiał teraz znacznie bardziej niecierpliwie.
Strażnik odsunął się na bok, udostępniając im przejście. Bruno dostrzegł za jego plecami drzwi pokryte licznymi, błękitnymi żyłkami żywicy, lśniącymi w świetle pochodni. Ich intensywny kolor i kształt przyciągały wzrok, a wręcz hipnotyzowały. Gdy się otworzyły, weszli do środka.
***
Pomieszczenie za lazurowymi drzwiami zaskoczyło czarodzieja. Przede wszystkim było zbyt duże, jak na podziemną norę, ale jednocześnie zbyt schludne, jak na kryjówkę najemników.
Zostało perfekcyjnie zagospodarowane. Po obu stronach, przy ścianach, stały długie skórzane sofy, a na środku znajdował się stół, przy którym mogło usiąść co najmniej dziesięć osób. Na blacie leżały karty, kości, szachy, butelki po napojach, resztki jedzenia oraz zużyte fajki z ziołem.
Rogi pomieszczenia zostały urządzone z myślą o rozmaitych aktywnościach: w jednym znajdowała się tarcza do strzelania z łuku, w drugim kukła do ćwiczeń mieczem, a w trzecim ciężary do podnoszenia. W ostatnim rogu stało prowizoryczne stanowisko alchemiczne. Przy niektórych ścianach, pomiędzy sofami, były regały z książkami oraz półki wypełnione trofeami z wypraw. Salon wyglądał na zadbany i drogocenny.
_Czymkolwiek nie był ten cały Lazur — na pewno nie należał do biednych _— uznał Bruno.
— Nie takiego widoku się spodziewałeś po zejściu przez właz, co? — zaśmiał się Jedriej, zauważając zaskoczoną minę czarodzieja.
— Bynajmniej — odpowiedział Hawkins, wciąż szukając odpowiedniejszego słowa. — Ale już rozumiem, skąd miałeś taki wielki mieszek złota.
— A to nie wszystko! — uśmiechnął się malec, wskazując na boki salonu.
W miejscu niektórych regałów znajdowały się drzwi, prowadzące do kolejnych pomieszczeń. Hawkins naliczył ich łącznie dziesięć — po pięć na prawą i lewą ścianę. Nie wiedział, co się za nimi znajdowało, lecz mógł się domyśleć — przy stole było bowiem tyle samo krzeseł.
— Wasza drużyna liczy dziesięć osób, zgadłem?
Jedriej potwierdził skinieniem głowy.
— Teraz już tak.
Po drugiej stronie pomieszczenia, naprzeciwko drzwi frontowych, stały drugie — bardzo do tych pierwszych podobne, ale jeszcze większe i potężniejsze. Flankowały je dwie masywne, marmurowe kolumny, a lico na ich powierzchni przypominało nieregularny układ gałęzi, blokujących przejście.
_Za nimi musiało znajdować się coś istotnego._ _Może skarbiec?_ To pierwsze, co przyszło czarodziejowi do głowy.
— A tam co jest? — postanowił zapytać, wskazując na charakterystyczne wrota.
— Cierpliwości, bratku– uśmiechnął się Jedriej. — Wkrótce cię oprowadzę. Najpierw jednak może przedstawisz się reszcie?
Bruno dopiero teraz dostrzegł, że w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze inne osoby. Wszyscy porzucili swoje obecne zajęcia i z zainteresowaniem przyglądali się nowemu gościowi — nie mniej intensywnie, niż on salonowi.
Nie wiedząc, czy powinien się z nimi witać z osobna, czy może po prostu zrobić ogólne przedstawienie, Bruno stał w miejscu milcząc i rozglądając się nieśmiało. Nie był przyzwyczajony do podobnych sytuacji. W Kręgu głównie medytował lub się uczył, a kontakty z innymi ograniczały się do minimum — prostych pytań i jeszcze prostszych odpowiedzi.
— Uwaga, moi drodzy! — zabrał głos Jedriej, zauważając jego zakłopotanie. — Proszę o chwilę uwagi! Chciałbym wam przedstawić ostatniego członka naszej wyprawy na smoka: czarodzieja… Pstrykacza!
Prezentacja zabrzmiała niczym zapowiedź dawno wyczekiwanego herosa, więc Bruno mógł się spodziewać oklasków lub innych oznak zachwytu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego, obrzucono go najróżniejszymi spojrzeniami — zszokowanymi, zdziwionymi, ale też wątpiącymi.
Poczuł się trochę, jak koń w cyrku, którego przebrano za jednorożca. _Nikt tu na mnie nie czekał._
— Ale żeś go urządził, Jedriej! — skarciła niziołka jakaś kobieta, która nadeszła z prawej. — Widzisz, że chłopak się stresuje, a ty jeszcze robisz z niego centrum wydarzeń! Herbaty byś mu lepiej zaparzył!
Hawkins rozejrzał się, poszukując wzrokiem swojej wybawicielki, ale nikogo nie dostrzegł. Nagle kątem oka zauważył drobny ruch przy nogach. Zobaczył tam drugiego niziołka, tym razem kobietę, która, w odróżnieniu od reszty, miała szeroki, ciepły uśmiech na twarzy.
— Dzień dobry, Pstrykaczu! Trochę dziwne imię, jak na człowieka… — zawahała się — …brzmi bardziej, jak dla psa. Ale cóż, co kraj to obyczaj, jak to mówią! Ja miałam kiedyś psa Pukacza… No! W każdym razie: jestem Rosa Arkan — przedstawiła się, wyciągając dłoń.
Bruno sięgnął pamięcią do początku dzisiejszego dnia i przypomniał sobie, że Jedriej nazywał się dokładnie tak samo. _Arkan — to nie mógł być przypadek_.
— Tak — trafnie odczytała jego minę kobieta. — Rudzielec, którego zdążyłeś już poznać, to mój mąż. Stety, albo niestety.
Rosa posiadała krótkie, czerwone włosy i pulchną twarz. Widać było od razu, że jest tej samej rasy, co Jedriej, ale w przeciwieństwie do niego, jej oblicza nie zdobiło tyle piegów. Uśmiech mieli natomiast identyczny.
Czarodziej, nauczony doświadczeniem, od razu uścisnął dłoń kobiety. Wolał nie psuć sobie pierwszego wrażenia u tak sympatycznej osoby.
— Miło mi, jestem Bruno Hawkins — przedstawił się.
— Naprawdę? Czyli Pstrykacz to tylko ksywka? — odetchnęła z ulgą Rosa. — Całe szczęście, bo imię byłoby fatalne!
— Żeby tylko — uśmiechnął się Bruno. — To nawet nie jest ksywka. Nikt mnie tak nie nazywa. Tak po prawdzie, twój mąż ją wymyślił i jak widać lubi się tego trzymać.
Rosa rzuciła Jedriejowi ganiące spojrzenie. Ten tylko wzruszył ramionami.
— No co? — burknął. — Powtarzał, że zależy mu na dyskrecji! Nic lepszego nie wymyśliłem…
Niziołka pokręciła bezradnie głową.
— Przepraszam za mojego męża, ale bywa czasami, hmm… „niesforny”, że się tak wyrażę. Psotliwy.
— Nie szkodzi — odparł Bruno z uśmiechem. — Powoli się do niego przyzwyczajam. Minęło kilka godzin.
— Kilka godzin! — stęknęła żartobliwie kobieta. — A wyobraź sobie całe życie! Ale Bruno, pozwolisz może, że przedstawię cię reszcie? Tylko mniej oficjalnie?
— Z przyjemnością, lecz najpierw to ja…
Nie dokończył, bo rozległ się głośny dźwięk zawiasów. Okazało się, że błękitne drzwi z naprzeciwka otworzyły się z głośnym echem. W wejściu stanęła kobieta (człowiek), a za nią mężczyzna (krasnolud).
— Co to za zamieszanie? — zapytał niskim głosem ten drugi.
— O, pani Lora! I pan Czosnek! Witamy serdecznie! — zawołał Jedriej, pędząc właśnie z filiżanką herbaty w kierunku Bruno, nieomal się nie przewracając po drodze. — Spójrzcie kogo nam wreszcie przyprowadziłem! Czarodzieja! We własnej osobie! Ha, a nie mówiłem!
Rudzielec dopadł do Bruno i znamiennie przekazał mu filiżankę, chcąc go odznaczyć w towarzystwie. Uwaga dwójki przybyszów skupiła się na czarodzieju. Krasnolud patrzył na niego z drażniącą wyższością, jakby przyprowadzono mu pachołka do pomocy, a przenikliwy wzrok kobiety był… inny.
_Podoba mi się _— zrozumiał Hawkins. Kobieta już z daleka wydawała mu się atrakcyjna, więc jej zainteresowanie sprawiało mu ambiwalentną przyjemność. Poczuł gęsią skórkę na karku.
— Czarodziej? — zapytał z powątpiewaniem Czosnek, lecz Bruno przestał zwracać na niego uwagę. — Nie wygląda… hmm… przesadnie imponująco. Wygląda dość zwyczajnie.
— Czarodziej, czarodziej! — zapewnił Jedriej — Mnie też się z początku wydawał nieciekawy, ale potem pokazał, co umie! Pozory mylą!
— I co umie? — prychnął krasnolud, dodając po chwili krytycznym tonem. — Do diabła, Jedriej, jeśli przyprowadziłeś nam kanciarza do kryjówki, to wiesz, jakie mogą być tego konsekwencje?! Dla ciebie i dla niego? Mam nadzieję, że jesteś tego świadomy!
— Jestem! — zasalutował malec. — A to nie jest żaden kanciarz! Na własne oczy widziałem, jak sobie dłoń zapalił! I to dwukrotnie!
— A po ilu piwach byłeś? — zażartował ktoś z kąta sali.
Wszyscy parsknęli urywanym śmiechem. Bruno słuchając tej rozmowy, czuł się trochę jak we śnie — jego wzrok był wciąż pochłonięty widokiem Lory. Z rozproszenia wyciągnęło go dopiero silne uderzenie łokciem Jedrieja. Niziołek rzucił mu wymowne spojrzenie, a Bruno zorientował się, że Czosnek także unosi brew, niczym wybredny i znudzony widz. _Nie spodobał mu się ten jednorożec._
— Pal tę łapę! — syknął przez zęby Jedriej, sprawiając wrażenie coraz bardziej zestresowanego.
Czarodziejowi nie w smak było udowadniać cokolwiek przed zadufanym w sobie krasnoludem, ale zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później i tak musiałby to zrobić. Pstryknął palcami, zgodnie z nadaną sobie ksywką, a w jego dłoni zatańczyły płomienie ognia. Czosnek rozszerzył szeroko oczy w zdumieniu, a stojąca obok niego Rosa westchnęła głośno w zachwycie.
Hawkins usłyszał jeszcze kilka innych szmerów pośród siedzących przy stole, a podejrzany mroczny elf, palący fajkę najbliżej niego, zaklął cicho, po czym zakrztusił się tytoniem i zaczął kaszleć.
Jedynie Lora, niewzruszona pokazem, stała z nieufnym wyrazem twarzy. Mrużąc oczy, poszukiwała oznak oszustwa.
— Coś tam czaruje… — przyznał po chwili Czosnek. — Rzecz niesłychana…
— A może to fakir? — zasugerował głośno mroczny elf z fajką.
— Fakir? Jaki fakir?! — oburzył się Jedriej. — Sam jesteś fakir! Ślepy jesteś?! Przecież niczym sobie tej ręki nie polał ani nie miał od czego zapalić! Głupio myślisz, Kucyk!
— Może i masz rację… — mruknął elf — A może jej nie masz. Kto wie.
— Coś jeszcze potrafi? — spytał nonszalancko Czosnek.
I nagle w Bruno wezbrał gniew. Krasnolud jeszcze ani razu nie odezwał się bezpośrednio do niego, naprawdę traktując czarodzieja, jak atrakcję w cyrku. _Ten jednorożec też ma rogi._ Zwiększył płomień w dłoni.
— Potrafi, lecz wolałby nie spalić wam kryjówki — uśmiechnął się zjadliwie.
Stojący obok Jedriej zaśmiał się niezręcznie, próbując obrócić groźbę w żart, ale zbladł po chwili. Krasnolud wreszcie uraczył Bruno swoim wyniosłym spojrzeniem. Zmrużył oczy.
— Niezła z ciebie kanalia, jak widzę — skomentował sucho. — Choć w zasadzie nie powinno mnie to dziwić, skoro uciekłeś z Kręgu. Tylko my tu mamy pewne zasady, których ty też będziesz musiał przestrzegać. O ile zechcesz do nas dołączyć, oczywiście.
Bruno zniósł jego spojrzenie.
— Lub w zasadzie: o ile my zechcemy cię przyjąć — zwrócił się z powrotem do Jedrieja. — Przedstawiłeś mu kontrakt?
— Tylko skróconą wersję — odpowiedział malec — Zgodził się podpisać umowę, gdy…
— Wie, jaki jest cel?
— O smoku wie.
— A o wynagrodzeniu?
— Też, tylko, że…
— A pytałeś go o…
— A czy czarodziej nie może mówić sam za siebie? — przerwała im niespodziewanie Lora.
Kobieta pierwszy raz zabrała głos, a brzmiał on tak aksamitnie i władczo, że upomniany Czosnek momentalnie zamilkł. Lora spojrzała pytająco na Bruno, a ten wyprostował się tak, jakby dopiero teraz przyszło mu rozmawiać z kimś naprawdę istotnym. Czosnek pociągnął nosem.
— Oczywiście, że mogę — odpowiedział, zdobywając się na zaczepny uśmiech w kierunku kobiety.
Spodziewał się, że ta odpowie mu tym samym, lecz mocno się przeliczył. Na jej twarzy zamiast uśmiechu pojawił się grymas, a ona odwróciła się do niego plecami i wyszła.
— W takim razie zapraszam do mojego gabinetu — rzuciła na odchodne.
Zniknęła za lazurowymi drzwiami, a w ślad za nią, jak rzep, udał się Czosnek. Rozczarowany Bruno dołączył do nich dopiero później, kiedy zobaczył ponaglający wzrok Jedrieja.