Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dzieła przegrane - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
31 sierpnia 2026
7,77
777 pkt
punktów Virtualo

Dzieła przegrane - ebook

Dzieła przegrane to jedenaście opowiadań, które napisałem w latach 2016–2026, jako propozycje na różne konkursy. Większość z nich nigdy niczego nie wygrała, dwa zajęły trzecie miejsce. Dzięki temu zbiorowi możecie przekonać, dlaczego tak się stało...

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398161503
Rozmiar pliku: 717 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Podziel wszystkie ryzyka

Grzegorz Tomczyk miał dwadzieścia dziewięć lat i był posiadaczem tytułu magistra na kierunku finanse, rachunkowość i ubezpieczenia, kredytu na mieszkanie o powierzchni pięćdziesięciu sześciu metrów kwadratowych, białego hatchbacka o pojemności jeden sześć oraz dwudziestolitrowego akwarium, w którym hodował krewetki odmiany Red Crystal.

​ Od ponad czterech lat pracował jako analityk w centrali austriackiej firmy ubezpieczeniowej Sentinel Insurance, nigdy nie wychodził z domu ubrany byle jak, brał tylko zimne prysznice, inwestował dziesięć procent swoich dochodów i czytał przynajmniej jedną książkę miesięcznie.

​ W tym miesiącu był to Wielki Gatsby , pozycja szósta na liście „Stu książek, które powinien przeczytać każdy mężczyzna”, którą znalazł kiedyś w Internecie. Lektura jednak nie szła mu zbyt dobrze, bo coraz przypominała o niedawnym rozstaniu, z którym nie do końca się pogodził, pomimo zewnętrznych oznak wskazujących na to, że tak właśnie jest, jak, między innymi, świeże konto na Tinderze.

​ Tęsknił za nią.

​ Jedynym zewnętrznym przejawem owej tęsknoty był coweekendowy rytuał czyszczenia akwarium – w sobotnie popołudnie Grzegorz, a właściwie to Grzesiek, bo tak mówili na niego prawie wszyscy, włączał płytę I’m Your Man Leonarda Cohena, przy użyciu małego podbieraka delikatnie wyławiał krewetki, przekładał je do przygotowanego wcześniej pojemniczka, powoli spuszczał wodę do wiaderka i metodycznie czyścił każdy zakamarek akwarium oraz cały osprzęt filtracyjny, osuszając przy tym butelkę whisky single malt.

​ Po ponownym napełnieniu akwarium i opróżnieniu butelki zmieniał playlistę na rzewne radiowe pościelówy z przełomu wieków, kładł się na kanapie i, dopóki nie zasnął, przewijał przed oczami wyobraźni masochistyczne scenariusze masowo produkowane przez podtruty rudą wódą mózg.

​ Według modelu przeżywania żałoby zaproponowanego przez Elisabeth Kübler-Ross Grzesiek znajdował się gdzieś pomiędzy fazami negocjacji a depresji.

​ Następująca po takiej sobocie agonalna niedziela również składała się ze stałych punktów programu: wstydu, zimnego prysznica, ibuprofenu, prania, zamówienia pizzy, prasowania koszul przy jakimś smutnym, polskim filmie sprzed trzydziestu lat, którego nie miał siły przełączyć i paraliżującego poczucia bezsensu, pojawiającego się zwykle na minuty przed zaśnięciem.

​ Dlatego też w poniedziałki Grzesiek zazwyczaj czuł się zmięty.

​ – Grzesiek, zjesz ze mną lunch? – Głos menadżera wyrwał go z medytacji nad kalkulacją ryzyka wystąpienia szkód w uprawach rzepaku, powstałych w wyniku wiosennych gradobić i przymrozków.

​ – Jasne – odpowiedział. W dni robocze jadał tylko lunche, ale dużo by dał, żeby pójść na zwykły obiad, w pachnącym gotowaną kapustą barze mlecznym.

​ Menadżer Kamil, niewiele od niego starszy, zaprosił go na pad thai.

​ Żołądek Grześka był tak wykręcony ze stresu, że tylko rozbabrał swoją porcję i wypił parę łyków wody.

​ Kamil mówił prawie bez przerw, więc Grzesiek zajęty był tylko kiwaniem głową i powtarzaniem „no tak”, „pewnie, że nie” i „rozumiem” w zależności od tego, jak wypadało podsumować właśnie zakończony fragment wypowiedzi Kamila.

​ Słuchając opowieści Kamila, Grzesiek miał wrażenie, że, po pierwsze, przygotował ją sobie wcześniej, po drugie, że jest w dużej części oparta na scenariuszu, który lekko modyfikuje, żeby dostosować pewne detale do osoby, z którą akurat w tym dniu się spotyka i, po trzecie, że w kalendarzu zapisał sobie 14.00 LUNCH GRZESIEK MOTYWACJA, bo odmienił motywację przez wszystkie przypadki, oprócz wołacza.

​ Z pracy Grzesiek wyszedł grubo po piątej, zmęczony i głodny.

​ W korku przez chwilę zastanawiał się nad zamówieniem pizzy już teraz, żeby dotarła do domu w tym samym czasie co on, ale po chwili zrezygnował i postanowił, że pójdzie na spacer i poszuka baru mlecznego.

​ Zaparkował niedaleko swojego osiedla i wszedł w jedną z uliczek.

​ Po przejściu kilkunastu metrów miał już ochotę się poddać, gdy nagle w ciągu kamienic zauważył coś, co przykuło jego uwagę – czerwony szyld ze smokiem i drzwi tego samego koloru, obwieszone żółtymi kawałkami papieru z wypisanymi czerwonym atramentem chińskimi znakami.

​ – Może być – powiedział do siebie.

​ Po wejściu okazało się, że nie wszedł do orientalnego baru, tylko bardzo małego sklepiku – cała jego powierzchnia była zastawiona półkami, na których kurzyły się mosiężne posążki Buddy, dziwaczne bibeloty i książki oprawione w czerwoną skórę. Wszystko wyglądało na bardzo stare.

​ Już miał wychodzić, gdy z zaplecza wyszedł nagle sprzedawca – starszy, wysuszony i opalony mężczyzna z długimi, białymi włosami i brodą, którego Grzesiek automatycznie nazwał w myślach dziadkiem.

​ Ubrany był w spraną koszulę we wzór paisley i znoszone dżinsy. Na haczykowatym nosie nosił małe okularki w złoconej oprawie ni to korekcyjne, ni przeciwsłoneczne.

​ – Dzień dobry. Co będzie dla pana?

​ – Dzień dobry... eee... właściwie to... – Grzesiek nie zdążył dokończyć, bo sprzedawca podniósł do góry palec, jakby chciał powiedzieć „proszę zaczekać”, odwrócił się na pięcie i znów poszedł na zaplecze.

​ Wrócił po chwili, niosąc w rękach spore tekturowe pudełko. Położył je na ladzie.

​ – Wygląda mi pan na kogoś, kto lubi gadżety.

​ Grzesiek zauważył, że pudełko jest zadrukowane chińskimi znakami. Jedynym napisem, który był w stanie przeczytać, był duży napis FRAGILE.

​ Sprzedawca ostrożnie otworzył pudełko i wyjął z niego coś, co wyglądało jak mała kasa fiskalna albo duży kalkulator naukowy.

​ – Powinno się panu spodobać. – Przesunął urządzenie po ladzie w stronę Grześka.

​ Pomyślał, że jeżeli teraz wyjdzie bez słowa, to zachowa się jak ostatni cham, więc postanowił poświęcić staruszkowi bodaj kilka minut.

​ Wziął urządzenie w ręce.

​ Wyświetlacz i mały panel solarny wyglądały zupełnie jak w zwykłym kalkulatorze, jednak, oprócz standardowych przycisków z cyframi i znakami matematycznymi pod nimi były też trzy przyciski, które wydały się Grześkowi dziwne – czarny przycisk z białą, przerywaną linią i obok biały, z czarną linią bez przerwy i trzeci, największy i czerwony przycisk z symbolem yin i yang.

​ Na pożółkłej, plastikowej obudowie widniał czerwony napis z nazwą urządzenia: Yijing 2 易經 二 .

​ – Kupiłem go w dziewięćdziesiątym pierwszym w Tajpej. Pojechałem tam po komputerki, ale facet, który nimi handlował, wcisnął mi za parę dolarów jeszcze to. – Sprzedawca wskazał na urządzenie. – Z tego, co udało mi się zrozumieć z rozmowy nim, a jego angielski był jeszcze gorszy niż mój mandaryński, to konstruktor tego urządzenia był podobno genialnym matematykiem, który pracował dla triady. Zlecono mu wykonanie tego urządzenia do kalkulacji prawdopodobieństwa powodzenia transakcji. Później ten facet opracował instrukcję w łamanym angielskim i próbował zainteresować swoim wynalazkiem sklepy komputerowe. Dostarczył małą partię temu facetowi, ale później słuch o nim zaginął. Proszę spojrzeć, instrukcja jest w pudełku, a urządzenie działa – mówiąc to, wcisnął przycisk ON.

​ Ekran rozbłysł na zielono.

​ Gdyby taką historyjkę Grzesiek usłyszał na randce od jednej z dziewczyn, z którymi umawiał się przez Tindera, to zareagowałby pewnie tak samo, jak na opowieści o retrogradacji Merkurego i uzdrawiającej mocy górskich kryształów, czyli pełnym pobłażliwości uśmiechem. Nie było mu nawet żal, gdy przestawały się odzywać po pierwszym spotkaniu.

​ Dzisiaj jednak Grzesiek pomyślał: „Dobra, niech stracę, dziadek jest pewnie artystą z bujną wyobraźnią. Lepiej, żeby dorabiał sobie do emerytury sprzedawaniem badziewia z dorobioną historyjką naiwnym turystom i kolekcjonerom dziwactw, niż chodził na zupę do Sióstr Miłosierdzia”.

​ Przez chwilę Grzesiek oglądał urządzenie, a potem pudełko, w końcu zapytał:

​ – Ile? Nie widzę ceny.

​ – Cenę ustalam indywidualnie z każdym klientem. Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego. Wie pan, kto to powiedział?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij