-
nowość
Dzień po dniu - ebook
Dzień po dniu - ebook
Jest to opowieść o Janku i Franku, którzy rozpoczynają studia i zamieszkują razem w akademiku. Nigdy wcześniej się nie spotkali. Po jakimś czasie jednak zaprzyjaźniają się, poznają koleżanki z grupy Justynę i Karolinę. Niebawem między Jankiem i Justyną się rodzi uczucie, które ma szansę przetrwać dłużej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 386 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dzień był piękny i słoneczny, choć był to dzień wrześniowy i co prawda w kalendarzu jest jeszcze lato, ale praktycznie to już jesień. No powiedzmy, że okres przejściowy. Różnie to z tym miesiącem bywa, bo przecież ludzie jeszcze jeżdżą nad polskie morze na wczasy, tak jak w poprzednich miesiącach letnich, ale nieraz ich czeka przykra niespodzianka, bo na dworze wiatr i deszcz i nie da się poleżeć na plaży i wykąpać w morzu.
Pozostają jedynie spacery po plaży.
Jednak obecny wrzesień był ciepły, ale to było duże miasto, a nie nadmorska plaża.
Był to Campus wyższej uczelni i jak to bywa w takich miejscach bywa przyjemnie, bo to teren zadbany, z parkiem, z wiekowymi drzewami i zabudowaniami takimi jak wydziały uczelniane, akademiki i cała infrastruktura potrzebna do życia.
Jednym słowem to ciepły dzień w przyjemnym miejscu. Nie za wiele szczęścia jednorazowo?
Zależy jak na to patrzeć.
Mimo, że miejsce było przyjemnie, a dzień ciepły toczyło się tu zwyczajne życie, a zwyczajne życie nie zawsze bywa piękne i bezproblemowe.
Każdy kto tu przyjeżdża ma na to nadzieje, że przed nim świetlana przyszłość, a w każdym razie, że wykształcenie pozwoli zbudować w niedalekiej przyszłości dostatnie, bezproblemowe życie, ale szkoła ta wysoko podnosiła poprzeczkę i wiele wymagała od swoich przyszłych absolwentów.
Szkoła należała do tych największych w kraju i razem z innymi tworzyła świetne zaplecze akademickie w mieście do wypuszczania w świat ludzi z wyższym wykształceniem.
Nie wszyscy jednak pragnęli uczyć się tu. Duże wymagania wobec studentów, pięć lat nauki by zdobyć magisterium nie wszystkich przyciągały jak magnes, a jeszcze trzeba dodać, że człowiek z dyplomem ukończenia takiej szkoły po studiach wcale nie miał zapewnionej w wyuczonym zawodzie pewnej i stabilnej pracy, a co najważniejsze dobrze płatnej.
Po takiej szkole trzeba było się kształcić dalej, żeby zdobyć specjalne uprawnienia, które to dopiero otwierały drzwi do jakichś lepszych zarobków. Poza tym trzeba było zainwestować dużo w sprzęt, który dopiero pozwalał otworzyć praktykę prywatną, bo na posadzie państwowej absolwent zarabiał zbyt mało, by kupić mieszkanie, założyć rodzinę i egzystować na przyzwoitym poziomie.
Wszystko to powodowało, że chętnych nie były tłumy, mimo że na przykład każdy kto chciał dostawał miejsce w akademiku i nie płacił zbyt dużo.
Najczęściej przychodzili tu niepoprawni pasjonaci, albo tacy, którzy mieli łatwość uczenia się i nic innego nie umieli, albo ci co od dawna myśleli, że to, a nie co innego chcą robić w życiu, nawet za niewielkie pieniądze.
Tak, czy inaczej egzamin wstępny było trzeba zdać, by się dostać na wymarzony kierunek, bo jednak chętnych było zawsze trochę więcej niż miejsc.
Pod koniec września się kręciło już tu sporo ludzi, takich którzy się dostali. Trzeba było załatwić masę rzeczy, zakwaterować się w akademiku i poznać nowych ludzi, bo najczęściej przychodziło tu wiele osób samotnych, rzadko kiedy parę osób znających się na przykład z liceum, albo technikum.
Ci z liceum mieli gorzej, bo jeszcze nie mieli wyuczonego zawodu.
Szkoła była skupiona na ulicy, która w dużej części należała do niej właśnie. Był to jakiś plus. Na zajęcia się chodziło tam na piechotę. Cała infrastruktura też tam była.
Janek stał przed tablicą, która to dokładnie wyszczególniała kto gdzie mieszka. Był już zakwaterowany i nawet już pobrał pościel, którą trzymał pod pachą, torba w ręce i plecak na plecach.
Dostał pokój na pierwszym piętrze. Nie musiał korzystać z windy. Wszedł powoli i zapukał do drzwi pokoju. Rozległo się: proszę, ze środka, więc otworzył drzwi i wszedł.
Na łóżku leżał jakiś młodzian i z ciekawością przyglądał się wchodzącemu. Był w łapciach, bez butów i widać było, że już się zdążył co nieco zadomowić. Usiadł na łóżku. Wstał i podszedł do Janka. Podał mu rękę i powiedział:
– Franciszek Dobrzyński. Chyba będziemy mieszkać w tym pokoju razem – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.
– Janek Zieliński. Chyba tak. Od dawna tu jesteś?
– Od paru dni.
– Jak tu jest?
– Sam jeszcze dobrze nie wiem. Rozpakuj się i odpocznij. Jeszcze nie pora na obiad. Po obiedzie możemy się przejść po osiedlu.
– W porządku. Ale mnie zmęczyła ta podróż. Sam jesteś?
– Sam, a ty?
– Też sam.
Janek rzucił pościel na łóżko, a torbę położył na podłodze. Plecak miał duży, turystyczny. Trochę czasu mu to zajęło, żeby go zdjąć z pleców, a gdy nareszcie uwolnił się od bagaży usiadł na łóżku, a następnie się położył. Rzeczywiście był zmęczony i spocony, a nawet trochę brudny.
Nie poszedł jednak od razu do łazienki, bo musiał chwilę chociaż poleżeć na czymś miękkim.
Z dworca kolejowego przyjechał tramwajem, a to był kawałek drogi. Ludzi w tramwaju było dużo o tej porze i nie usiadł chociaż na chwile.
Z przystanku tramwajowego musiał dojść z pakunkami również kawałek drogi. Opuściły go siły, kiedy wchodził do akademika, a teraz leżał jak nieprzytomny. Po chwili zasnął, ale długo nie pospał. Franek go zbudził, bo trzeba było iść na obiad. Janek otworzył oczy nie rozumiejąc o co chodzi.
– Trzeba iść na obiad Janek, chyba że masz jakieś własne zapasy, które chciałbyś teraz zjeść.
– Mam, ale to na kolację chyba. Chciałbym coś zjeść na ciepło.
– To wstawaj. Idziemy.
– Poczekaj trochę. Ogarnę się.
Usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Ziewnął. Ubrał się, wstał i powiedział:
– Masz klucz od pokoju?
– Mam.
– Dla mnie też masz?
– Klucz dają jeden. Jak wychodzisz z akademika to zostawiasz go na portierni.
– Rozumiem – powiedział Janek jakby nie rozumiejąc, pogładził się po włosach i wstał.
– Idziemy.
Wyszli z pokoju i zamknęli za sobą drzwi na klucz. Franek oddał go na portierni. Wyszli z akademika. Stołówka rzeczywiście była koło akademika.
Weszli i prostym krokiem ustawili się przy ladzie. Wybór dań był niewielki lecz były świeże i pachnące i nie bardzo drogie.
Po wybraniu dań i zapłaceniu w kasie poszli do stolika.
– Dosyć tu ładnie – powiedział Janek
– I dosyć nieźle gotują.
Zjedli szybko bo byli głodni. Poczuli się lepiej. Janek pomyślał, że takie obiady to niezła zapowiedź ich pobytu na studiach. Jak się człowiek nie martwi o codzienne jedzenie to może dużo zdziałać.
Po chwili byli na zewnątrz.
– Chcesz obejrzeć naszą galerię. Tam też są obiady, ale droższe i może nawet smaczniejsze.
– Możemy tam zajrzeć, ale kupować nie będziemy nic, bo tam pewnie drogo.
– To zależy co. Nie wszystko jest tam drogie.
– No to chodź. Pójdziemy obejrzeć tę galerię.
Galeria była prawie nowa. Była też nowoczesna skoro prawie nowa, ale nie zachwycała w jakiś nadzwyczajny sposób. Ot, nowoczesna galeria parę kroków od akademika. Z pewnością można było tam się nieźle okupić, ale nie za tanio, raczej drożej niż taniej. Była też pizzeria, chociaż trudno było z pewnością powiedzieć, że to prawdziwa pizzeria, bo było tak wiele dań innych, a jedynie parę pizz. Cóż, można było pójść może z dziewczyną na randkę, ale żywić się codziennie raczej nie.
Można też było coś kupić do ubrania i było jeszcze parę instytucji jak bank, apteka i inne. Tak więc galeria była użyteczna.
Janek i Franek postanowili pójść na lody, albo jakieś ciastko, no i jakiś chłodny napój, bo było ciepło. W ostateczności lody wydały im się za drogie i mało ciekawe. Wzięli po eklerku i Colę.
– Powiem ci, że tu nawet jest przyjemnie, ale na obiady nie będziemy tu przychodzić. Widziałem menu. Jakieś dziwne dania. Raczej nie polskie.
– Wolałbyś tu bar mleczny?
– A wiesz, że bary mlecznie można też spotkać w mieście? Ale jest tam dosyć drogo. Drożej niż w naszej stołówce. Nie wyżywisz się.
– Po co chodzić do miasta, jeśli tu wszystko jest. Jest też kino takie studenckie.
– No to można pójść.
– Można, ale tu jest mało raczej przebojów kinowych. Bardziej filmy artystyczne, jakieś alternatywne. Zresztą nie znam się na kinie.
– Ja też nie. Całe życie chodziłem na filmy do zwykłych kin.
– A tu w galerii też jest kino?
– Nie sprawdzałem, ale chyba jest. Tak bywa w galeriach.
– Idziemy. Obejdziemy tę całą galerię, bo mamy czas.
– Dlaczego nie. Ja też jej nie znam całej. Może odkryjemy jakieś cuda.
Specjalnie żadnych cudów nie odkryli, bo była to przecież galeria jakich dużo wszędzie.
Było jeszcze wcześnie. Nie chciało im się wracać do akademika. Poszli do parku. Był to właściwie chyba park, który należał do szkoły, bo na to wyglądało. Był tam również rektorat. Piękne stare drzewa jeszcze posadzone chyba przed wojną. Rozrosłe ponad miarę, musiały być wzmacniane różnymi metalowymi podpórkami. Było tu naprawdę romantycznie. Nic tylko malować to wszystko. Rozrosłe stare drzewa wśród budynków, które pamiętały czasy przedwojenne. Usiedli na ławce, których tu było wiele i patrzyli jak dzieci z przedszkola, bo park był naprawdę urokliwy, zwłaszcza w kolorach jesieni. Poza tym można było zaobserwować także dziewczyny, które spacerowały, albo tylko tędy przechodziły. Należało przypuszczać, że będą przychodzić tu częściej, bo im się podobało. Gorzej, że lato już przeminęło i miała niebawem nadejść jesienna plucha, a następnie śnieg i mróz być może, co samo w sobie nie jest złe, ale jak zimno lepiej siedzieć w domu i pić herbatę z cytryną niż spacerować po parku, choćby i najładniejszym.
Nacieszyli oczy pięknymi widokami lecz nie można przecież bez końca siedzieć na ławce.
Zresztą chcieli wejść na wydział, a wydział był nieopodal. Budynek nie tak nowoczesny jak tamta galeria, w której byli, ale również bryła jego była nowoczesna. Chyba postmodernistyczna. Pamiętała czasy Le Corbusiera, który wymyślił nowoczesne wieżowce i nie tylko.
Niektóre budynki były tu starsze, a niektóre nowsze. Szkoła budowała się powoli. Wydziały powstawały niejednocześnie.
Weszli na wydział i poszli w kierunku dziekanatu, żeby zobaczyć jeszcze raz swoje nazwiska na listach przyjęć, a następnie sprawdzić i zapisać plan zajęć. Zajęć było sporo. Prawie codziennie po osiem godzin. Były tam przedmioty, których wcześniej nie mieli nigdy jeszcze w życiu. Dziwne nazwy najczęściej, ale były też dobrze znane jak matematyka, czy fizyka.
Janka rozbolała głowa od patrzenia i nierozumienia. Nazwy sobie przyswoili, ale czym się miał charakteryzować dany przedmiot nie mieli pojęcia. Franek też kręcił nosem. Wyglądało to na zadanie niełatwe, żeby studia, które wybrali zaliczyć. Trzeba było przynajmniej spróbować.
Zapisali co trzeba i poszli w kierunku wyjścia, a następnie akademika.
Zrobili krótki spacerek i dotarli do swojego akademika. Po drodze zobaczyli, że budynek sąsiedni, czyli sąsiedni akademik miał na parterze przychodnię zdrowia, pocztę i sklep. Nie musieli daleko chodzić płacić rachunki, w tym rachunki za kwaterę.
Weszli na korytarz i w portierni wzięli klucz do swego pokoju. Kiedy weszli po schodach zobaczyli, że do pokoju obok wchodzą dwie dziewczyny ubrane w długie suknie, zupełnie jak jakieś damy z wyższych sfer, ale na uwagę zasługiwało to, że owe damy niosły ze sobą każda po garnku wypełnionym jakimiś potrawami. Może zupa i drugie danie. Widocznie same gotowały obiady. Janek i Franek się zdumieli. Nie spodziewali się takiego sąsiedztwa.
Weszli do pokoju i usiedli na fotelach.
– Widziałeś te dwie panie?
– Widziałem. Czy tu są jakieś biura? To były chyba jakieś urzędniczki.
– Skąd. To studentki z wyższego roku. Chyba z architektury.
– No tak. Panie architektki. To by się zgadzało.
– Może być przyjemnie w towarzystwie takich dziewczyn.
– No tak, ale to wyższy rok i wyższe sfery.
– Nie przesadzaj z tymi sferami. A który rok to nie mam pewności.
– Wyglądały na nieprzystępne.
– To tylko pozory. Ubierają suknie nie po to by zaszpanować. Taki mają gust po prostu. Ty chyba jesteś z głębokiej prowincji i znasz tylko dziewczyny w dżinsach i t-shirt’ach.
– Z prowincji jestem, ale nie za głębokiej. U nas też są architekci i nawet aktorki. Chociaż teatr jest tylko jeden.
– A rozmawiałeś kiedyś z dziewczyną takiego pokroju?
– Nie.
– To spróbuj zamienić parę słów chociaż. Wyższe sfery to nie są, ale inne charaktery. Myślisz, że słuchają muzyki rockowej? Bo ja wątpię.
– Hm, może nie będzie tak źle.
– Nie mówię, że będzie źle. Trzeba się z nimi zapoznać. Może od czasu do czasu zaproszą nas na obiad.
– To by mi się podobało.
Pierwszy dzień pobytu Janka pomału się kończył. Nie miał złych wrażeń lecz raczej mieszane i był bardzo zmęczony. Odbył tego dnia długą podróż, a później mnóstwo wrażeń z osiedla. W sumie jednak był zadowolony z wszystkiego z czym się zetknął pierwszego dnia.
Nie wiedział jak będzie mu się uczyło w tej nowej szkole, ale otoczka tego wszystkiego była pozytywna.
Trzeba jeszcze dodać, że pokój, w którym mieszkali, a raczej wszystkie pokoje w tym akademiku miały duże balkony co było nie do pogardzenia. Takich balkonów nie było nawet w osiedlach mieszkaniowych. A pod balkonem na dole rósł krzak bzu, który rozrósł się tak bardzo, że był już drzewem i dosięgał swymi gałęziami piętra. Można sobie wyobrazić jakie zapachy się tu roznosiły wiosną, bo w obecnej jesiennej chwili bez tracił już powoli swe wszystkie liście.
A w ogóle z okna, z balkonu rozchodził się piękny widok na osiedle, które parę metrów za akademikiem kończyło się płotem, a za nim rozciągał się zakład przemysłowy lecz z tej strony za akademikami było jeszcze sporo miejsca i znajdował się mały park wraz z kortem tenisowym i licznymi alejkami i ławkami do spacerów.
W czasie Juwenaliów miały tam się odbywać imprezy okolicznościowe, o których Janek dużo słyszał i były to dosyć malownicze opowieści, bo dawniej odbywające się święta studenckie przeszły już do legendy.
Nadciągnął już wieczór i trzeba było zjeść jakąś kolację, ale młodzi panowie studenci nie musieli chodzić do sklepu, bo Janek miał zapasy przywiezione z domu, a Franek zaopatrzył się już wcześniej i na szczęście w pokoju była mała lodówka.
W dawniejszych czasach zapasy jedzenia się wynosiło na balkon w zimie, a latem trzeba było wszystko zjadać tego samego dnia.
Tak więc po krótkiej wizycie w klubie studenckim, który był na tym samym piętrze i wypiciu tam szklanki Coli wrócili do pokoju i zaczęli robić kolację, która była raczej zwyczajna i prosta, bo takie mięli produkty.
Drzwi od balkonu były otwarte na całą szerokość, bo było ciepło, a Janek i Franek spokojnie konsumowali przywiezione z domu, bądź zakupione na osiedlu produkty.
Noc zapowiadała się ciepła. Z klubu dobiegał dźwięk muzyki, a w pokoju był też osiedlowy radiowęzeł w postaci głośnika zawieszonego na ścianie z małym pokrętłem głośności.
Janek dostrzegł go już po kolacji i zaciekawił się, bo jeszcze nigdy nie widział takiego urządzenia.
– Co to jest? - zapytał Franka
– To radiowęzeł.
– Nadają muzykę?
– Nie tylko muzykę. Jest tu też takie lokalne radio studenckie. Radiowęzeł jest rozprowadzony po całym osiedlu, to znaczy we wszystkich akademikach.
– Włączałeś już to?
– Tak, a właściwie nie ma po co na razie. Radio zacznie nadawać jak rozpocznie się nowy rok akademicki.
– To raczej zrozumiałe.
– Puszczali trochę muzyki z płyt, ale ja tu mam jak widzisz moją mini wieżę i to sobie włączam.
– Przywiozłeś z domu?
– Tak.
– Chciało ci się?
– Chciało, bo ja bracie mam samochód i wszystko nim przywiozłem, cha cha.
– To mnie zaskoczyłeś.
– Widzisz. Czeka cię tu jeszcze dużo zaskoczeń.
– Z twojej strony?
– Niekoniecznie. Ja jestem najspokojniejszym człowiekiem na świecie.
– Ja z kolei jestem cichy i pokornego serca.
– To żeśmy się dobrali.
I panowie się zaczęli śmiać nie mogąc się uciszyć.
– Będzie u nas cicho jak by makiem zasiał – podsumował Janek
– Kto wie jak to będzie. Będziemy się przecież zmieniać, dorośleć.
– Tylko proszę cię bez filozofowania.
– Dlaczego? Filozofia to bardzo wdzięczna rzecz.
– Takie pisane palcem na wodzie. Zaraz znika.
– Nie unikniesz jej. Będziemy mieć przez rok kurs filozofii.
– A niech to….
– A ty czym się interesujesz?
– Ja? Astronomią.
– To popatrzymy nocą w gwiazdy, bo dziś bezchmurne niebo.
Zapadał powoli zmierzch. W akademiku robiło się już rojno. Parę osób przesiadywało w klubie, ale wszyscy jeszcze nie przyjechali. Jeszcze było ponad tydzień do tak zwanej immatrykulacji, czyli przysięgi studenckiej połączonej z wręczeniem indeksów. Jeszcze nie byli studentami zupełnie i całkowicie. Oficjalnie można powiedzieć.
Janek i Franek posprzątali trochę w pokoju. Dokonali wieczornej toalety i położyli się do łóżek, a właściwie usiedli na nich. Janek był ciekawy jak będzie się mu spało w nowym miejscu. Taki stary zabobon nieszkodliwy. To miała być wróżba jak tu się będzie spało zawsze.
Łóżka mięli nie bardzo wygodne. Płaskie, dosyć twarde tapczany.
Franek włączył jakąś płytę. Co to było? Janek nie mógł rozpoznać. Nigdy nie słyszał takiej muzyki.
Franek wyjaśnił, że to portugalski kwintet, czterech panów grało na gitarach, a jedna pani śpiewała. Muzyka gitarowa, portugalska naturalnie. W sam raz przed snem. Bo to była taka muzyka raczej relaksacyjna. Mało znany zespół w Polsce. Zwał się chyba Madredeus.
Drzwi balkonowe zamierzali trzymać otwarte przez całą noc, bo miało być jeszcze prawie dwadzieścia stopni na dworze. Noc była rzeczywiście bezchmurna.
Janek wyszedł na balkon. Franek za nim. Ulica, na której mieszkali jak i całe osiedle było dobrze oświetlone. Ludzie jeszcze spokojnie spacerowali w tę i z powrotem. Niektórzy dopiero przyjeżdżali do akademików. Widać było dobrze całe osiedle, wydziały, akademiki i całą infrastrukturę. Parku z tej strony widać nie było. Ich akademik stał szczytem do ulicy i od szczytu było wejście. Widzieli więc tylko połowę ulicy z tej strony.
Niebo było czyste czyli rozgwieżdżone. Janek się zastanawiał, czy tu w tej szkole, bądź gdzieś w mieście jest obserwatorium astronomiczne. To była jego pasja. Trochę już w swoim życiu przeżył i widział, że rzeczywistość, która nas otacza nie jest idealna, to znaczy życie na naszej planecie i nieraz się zastanawiał, czy są we wszechświecie światy bardziej idealne, lepsze do życia. Odbywało się to w świecie marzeń albowiem w żaden sposób nie mógł tego sprawdzić. Nawet gdyby miał najlepszy teleskop w świecie nie mógłby przez niego tych pragnień sprawdzić. Musiałby polecieć do gwiazd, a to było niemożliwe, ale widoki dostarczane przez teleskopy było i tak tak fascynujące, że chciał przez nie oglądać odległe gwiazdy i inne ciała niebieskie.
Tutaj gdzie obecnie zamieszkał panowie chętniej obserwowali ciała dziewcząt. Janek też nie był od tego, żeby je obserwować. Miał jednak pewien dystans do nich, bo to była ta część życia, w której nie czuł się najlepiej.
W liceum próbował zbliżać się do dziewczyn lecz z marnym skutkiem. Nie dosyć, że miał wrodzoną nieśmiałość do nich to jeszcze był wybredny i byle czym się nie zadowolił.
Jednak sytuacja pod tym względem się poprawiła. Miał obecnie większe pole do popisu. Jeśli tu nie miał znaleźć sobie dziewczyny to chyba nigdzie. Poza tym to duże miast zawierało w sobie obszary, o których się nawet nie spodziewał, że istnieją. Jeśli już tak by chciał to mógł pójść na wybory miss polska albo na pokazy mody, gdzie było mnóstwo pięknych modelek.
Wiedział już jednak tak dużo o tych sprawach, że pośpiech nie jest tu najlepszym doradcą.
Chciał się lepiej przyjrzeć dziewczynom z sąsiedniego pokoju, bo już wiedział, że jest na czym oko zawiesić.
– Rozmawiałeś z dziewczynami z sąsiedniego pokoju? Co o nich sądzisz? - zapytał Franka
– Jeszcze nie. Chociaż była okazja.
– Jak to było?
– Poszedłem kiedyś pożyczyć herbaty. Rzeczywiście mi zabrakło.
– I co? Zamieniłeś parę słów?
– Słabo to poszło. Dziewczyna wzięła ode mnie szklankę. Napełniła ją całkowicie herbatą i oddała szklankę.
– Tak bez słowa?
– Bez. Może nie miała ochoty rozmawiać.
– Może. Zbyła cię po prostu. Może nie wpadłeś jej w oko.
– Wiesz to nie są takie zwykłe dziewczyny. Po pierwsze starsze, a po drugie wyczułem inny świat.
– Jaki inny świat?
– Architektki to już prawie artystki. Wyobraź sobie dziewczynę, która pewnie chodziła do prywatnej szkoły, następnie do liceum plastycznego, a później zdała na architekturę. Artystka owszem, ale słaba z przedmiotów ścisłych i ogólnych. Ma wysoko rozwinięty zmysł estetyczny. Nieraz bardzo nietypowy. Na byle kim oka nie zawiesi.
– Chyba masz rację. Czytałem kiedyś, że ludzie zaczynają się coraz bardziej dzielić na humanistów i technicznych i te dwie grupy oddalają się od siebie coraz bardziej. Czy polonista dogada się z inżynierem?
– To mi zapodałeś temat. Muszę się nad tym zastanowić.
– A co będzie z naszymi architektami?
– Jeszcze się zobaczy.
– Zobaczy się.
Panowie położyli się do łóżek, ale jeszcze długo nie mogli zasnąć. Dumali tak o różnych sprawach niczym w jakiejś świątyni dumania. Nie odzywali się do siebie. Tapczany na których spali nie były zbyt wygodne. Powiedział by ktoś, że dryl wojskowy. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś ich uczył składania ubrań w kostkę i posyłania pościeli.
Po cichu grało radio Franka, ale tak, że nie można było rozróżnić słów rozmowy, czy piosenki. Janek nawet nie pytał jaka to stacja. Było mu wszystko jedno, a że muzyczka była fajna o nic więcej nie pytał. Zastanawiał się co będzie robił jutro, bo jeszcze zajęć w szkole nie było.
Może wybierze się do miasta, które znał raczej słabo.
Prawdę mówiąc nie znał tego miasta wcale. Wybrał studia tu trochę przez przypadek i zdążył poznać jedynie okolice szkoły. Oprócz tego, że znał już na pamięć drogę na dworzec, bo przecież przyjeżdżał tu na egzaminy. Zatem praktycznie musiał poznać całe miasto od początku.
– Znasz miasto w którym studiujemy? - zapytał Franka
– Trochę znam. Byłem tu parę razy samochodem.
– No to znasz nieźle.
– Niby tak, a coś cię interesuje szczególnie?
– Wybrałbym się jutro na rynek, koło ratusza.
– Cha cha cha, tu nie ma ratusza, nie ma rynku.
– No to jak? A co jest?
– Jedna z najdłuższych ulic w kraju. Tam są władze, w kamienicy. Możemy się przejść tą ulicą. Jest dosyć urokliwa. Secesyjne kamieniczki, wiesz, większość z nich odrestaurowana. Przyjemnie pospacerować.
– To może pójdziemy do kina?
– Może, ale powiem ci, że teraz kino to jeden chłam.
– Coś ty? Poważnie? Dawno nie byłem w kinie.
– Lepiej chodźmy na rynek. Może kupimy coś do ubrania. Jest tam też duża stołówka. Można zjeść obiad. To w sumie niedaleko. Można pójść na pieszo.
– Jeśli tak mówisz.
– Nie gardzisz rynkiem? Mam na myśli ubrania? Zresztą tam zaraz jest dom towarowy. Też można się okupić.
– Coś ci jest szczególnie potrzebne?
– Jakiś strój na wf. Szlafrok też by się przydał.
– No to pójdziemy. A teraz śpimy.
– Śpimy. Pamiętaj co ci się przyśni pierwszy raz na nowym miejscu.
Lecz jednak nie usnęli od razu. Nic dziwnego, tyle wrażeń jednego dnia na nowym miejscu. Janek nie wierzył w prorocze sny. Prawdę mówiąc rzadko kiedy cokolwiek mu się śniło, a jeszcze mniej pamiętał. Bardziej ufał temu co tu zobaczył pierwszego dnia i wrażenia miał pozytywne. Było tu wszystko co było potrzebne do nauki. Byle tylko zdrowie dopisało i mały łut szczęścia.
Natomiast jeśli chodzi o dziewczyny to puścił wodze fantazji. Jaka powinna być jego dziewczyna? Blondynka z niebieskimi oczami i wydatnym biustem. Kiedyś marzył o takich dziewczynach, ale stwierdził po namyśle i biorąc rzecz poważnie, że z takich panienek się wyrasta. Co tak naprawdę było ważne? Żeby się z dziewczyną dogadywać, nadawać na jednej fali. Sylwetka powinna być smukła, kolor oczu, włosów obojętny, niepaląca, niepijąca, może być sportsmenka albo mieć upodobania artystyczne, może być romantyczna dusza.
Tak naprawdę kombinacji mogło być wiele. Ludzie mają przebogate charaktery, każdy jest inny i na swój sposób fascynujący.
Problem polega tylko na tym, żeby mieć dosyć rozumu, żeby to wszystko rozpoznać, żeby nie oceniać powierzchownie i szybko. Nie każdy ma taką umiejętność, a raczej mało kto.
– Franek, umówiłbyś się na randkę z jedna z tych pań architektek? - zapytał kolegi
– Czy ja wiem? Tak na pierwszy rzut oka to są dziewczyny z innego świata.
– Może tylko pozornie?
– Może.
– Że się dziwnie ubierają?
– Jak na tą szkołę to my się dziwnie ubieramy. Jak byśmy przyszli prosto z budowy.
– Cha cha, chyba masz rację. Może czas pomyśleć o jakichś lepszych strojach?
– Nie przesadzaj. To w czym my chodzimy to światowa norma. A panie z architektury powinny w rzeczy samej ubierać się inaczej. Zresztą akurat te dziewczyny chyba rzeczywiście przesadzają. Inne architektki chodzą tak jak my.
– Może były dziś na jakiejś imprezie, albo uroczystości.
– Może. Nie pomyśleliśmy o tym.
– Ale z nas osły.
I panowie zaczęli rechotać z własnej krótkowzroczności i naiwności.
– Zresztą za jakiś czas to się wyjaśni.
– Może te dziewczyny chodzą tak do szkoły, na zajęcia?
– Może.
– W każdym razie miło popatrzeć i mamy fajne sąsiedztwo.
– Tak.
– A propos, poznałeś już ludzi z naszej grupy?
– Nie. Trzeba sprawdzić na liście, a najlepiej na pierwszych zajęciach.
– Słusznie.
Franek wyłączył radio i poszli spać pierwszy raz na nowym miejscu dla Janka. Wiecie jak to jest spać na jakimś nowym łóżku. Początkowo człowiek nie wie jak się ułożyć. Łóżka akademikowe do najwygodniejszych nie należały. Zwykłe tapczany. Janek dosyć długo przewracał się z boku na bok jako że w ogóle miał problemy ze spaniem. W domu też i nawet chciał z tym pójść do lekarza. Franek już oddychał miarowo. W końcu i Janek zasnął.
Zapomnieli, że mieli w nocy obserwować gwiazdy.
Obudzili się około godziny ósmej, ale nie chciało im się jeszcze wstawać.
– Może byśmy tak coś zjedli? - zaproponował Franek
– Czemu nie.
– Może byś nastawił czajnik?
– Chwila moment. Jeszcze czas.
– No dobra. Ja nastawię czajnik.
– Proszę cię bardzo.
– Wiesz co, może byśmy zjedli jajecznicę? Ale trzeba iść do kuchni.
– Gdzie ta kuchnia?
– Niedaleko. Koło klubu.
– No dobra. Ja zrobię.
Janek tak jak stał poszedł w piżamie z patelnią w ręku do kuchni i mało się nie przewrócił, bo tam była jednak z architektek. Wstyd mu było bo był jedynie z piżamie niezbyt pięknej, a dziewczyna miała na sobie szlafrok. Przez chwilę się zastanawiał czy się nie wycofać, ale postanowił zostać. Najgorsze było to, że nastawisz danie na ogień, a ono potrzebuje czasu, żeby dojść na tym ogniu. Zapadła w kuchni głucha cisza. Janek rzucił okiem na dziewczynę. Podobała mu się. Przełknął ślinę.
– Może…
– Słucham?
– Może byśmy się poznali. Mieszkamy po sąsiedzku.
– Owszem. Czemu nie. Jestem Kornelia.
– Bardzo…
– Proszę?
– Bardzo oryginalne imię i bardzo ładne.
– A ty?
– Ja? Mam na imię Janek.
– Też ładnie.
– Janek? To takie zwyczajne imię. Co innego Kornelia.
– Może masz racje… - dziewczynie zachciało się śmiać, rzuciła okiem na chłopaka – No idę już. Moje danie już gotowe. Do zobaczenia następnym razem – I wyszła z kuchni
– Jankowa jajecznica też już była gotowa – poszedł do pokoju.
Zjedli śniadanie w milczeniu. Janek chciał opowiedzieć co się zdarzyło w kuchni, ale na chwile odebrało mu mowę. Postanowił więc najpierw zjeść spokojnie śniadanie. Kornelia zrobiła na nim duże wrażenie i nie wiedział czy to dobrze czy źle i czy to wspaniałe sąsiedztwo wyjdzie im na dobre. Nie spotkał nigdy takiej dziewczyny. Wyszukanie maniery w połączeniu z młodzieńczą świeżością. Zupełnie nie wiedział jak rozmawia się z takimi dziewczynami, bo przecież nie powie do niej: hej, jak się masz. Nie powie też: droga pani. Zakręciło mu się w głowie. W końcu postanowił powiedzieć Frankowi.
– Byłem w kuchni – powiedział
– No wiem i co? Czemu jesteś taki blady.
– Tam była ta dziewczyna.
– Z sąsiedniego pokoju? Coś ty? No i co?
– Zapoznaliśmy się. Ma na imię Kornelia.
– Ładnie. Ale pogadaliście trochę?
– Trochę. Większość była milczeniem.
– Czego się dowiedziałeś?
– Że ma na imię Kornelia.
– I to wszystko? To się nie popisałeś.
– Ciekawe jak ty byś się zachował.
Przeszła im ochota do dalszej rozmowy. Janek pomyślał, że będzie ignorował dziewczyny i będzie ich unikał.
Frankowi na początku chciało się śmiać, ale pomyślał, że trzeba będzie chyba poszukać towarzystwa gdzie indziej.
Zjedli i położyli się na łóżkach. Nie chciało im się rozmawiać. Janek zaczął wspominać dziewczyny ze swojego liceum, a Franek myślał co dziś mają robić, bo zajęć jeszcze nie było.
Przypomniał sobie, że mieli iść na rynek kupić jakieś ubrania i stroje na wf.
– Idziemy na rynek? Mieliśmy iść się okupić – zapytał Franek
– Ja w zasadzie wszystko mam i nic nie potrzebuje, ale jak chcesz to mogę ci towarzyszyć. Poznam trochę miasta.
– No to ogolimy się i do miasta.
Dokonali porannej toalety. Ubrali się niezbyt ciepło i wyszli z pokoju na korytarz, gdzie kręciło się parę osób, ale dziewczyny z sąsiedniego pokoju nie. Janek odetchnął głębiej. Najgorsze było to, że Kornelia spodobała mu się i miał teraz dylemat, ale pomyślał, że to mu samo przejdzie.
– Wejdziemy jeszcze na wydział, Zobaczymy listę studentów z naszej grupy.
– Jeśli chcesz?
– Przyjdzie czas, że będziemy szukać pomieszczeń, w których będziemy mieli zajęcia. Może dziś trochę popatrzymy.
– Aule są tylko trzy. Nie potrzeba długo szukać.
– Tak. Rzeczywiście, ale jeszcze sale ćwiczeń.
– Ogarniemy to.
Przeszli na drugą stronę ulicy i skierowali swoje kroki na wydział. Daleko nie było. Idąc na wydział należało przejść alejką przez park.
Ich wydział posiadał jakby patio, czyli taki mały dziedziniec, przez który musieli przejść na przełaj, żeby wejść do środka. Trochę osób tam się kręciło, zwłaszcza ludzi z pierwszego roku. Kusiło ich, żeby poznać lepiej ten budynek, a poza tym był tam mały bar na piętrze i mała stołówka na parterze. Można było zjeść obiad lub nawet ciastko z kremem i wypić kawę, ale Janek i Franek poszli na pierwsze piętro, gdzie wisiały listy z grupami studentów i plan zajęć.
Znaleźli się na liście tej samej grupy, co oznaczało, że razem będą chodzić na zajęcia. Uściskali się serdecznie i przybili piątkę.
Janek zaczął trochę się przyglądać ludziom, zwłaszcza dziewczynom, ale nie chciał rozpytywać na oślep, do której grupy kto należy. Na to musiał zaczekać do zajęć.
– No to co? Chyba możemy iść? - zagadnął do Franka
– Tak.
Poszli do wyjścia. Janek rzucił okiem na kilka atrakcyjnych studentek i uśmiechnął się. Franek tego nie zauważył. Janek w głębi duszy określał sam siebie jako kobieciarza, ale jeszcze nigdy się nikomu do tego nie przyznał. Miał jakiś zmysł estetyczny, dzięki któremu mógł się delektować widokiem pięknych kobiecych ciał. Samo patrzenie sprawiało mu przyjemność, ale był jednocześnie chorobliwie nieśmiały i to była niemała przeszkoda.
Wyszli z wydziału i przez park doszli do głównej ulicy miasta, następnie skręcili w prawo i szli dalej, ale rynku nie było nigdzie widać.
– Gdzie ten rynek? - zapytał zirytowany Janek
– Jakiś kilometr stąd.
– Co? To może powinniśmy wziąć twój samochód?
– Nie lubisz spacerów po mieście. Musisz poznać kawałek miasta. To robi dobrze na kręgosłup.
– Weź przestań. Myślałem, że jesteś mądrzejszy.