Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Dziennik Anne Frank. Wydanie 2022 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2022
Produkt chwilowo niedostępny

Dziennik Anne Frank. Wydanie 2022 - ebook

JEDNA Z NAJWAŻNIEJSZYCH KSIĄŻEK XX WIEKU

760. Tyle dni Anne Frank spędza w kryjówce. Razem z rodziną i znajomymi mieszka w przybudówce fabryki w centrum Amsterdamu, ukrywając się przed nazistami. O ponad dwóch latach niepewności, strachu, ale też drobnych radości opowiada wymyślonej przyjaciółce Kitty, do której kieruje wpisy ze swojego dziennika. Aż do dnia, gdy wszyscy zostają wywiezieni do obozu koncentracyjnego.

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-8780-8
Rozmiar pliku: 5,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

ANNE I RODZINA FRANKÓW

Anne Frank urodziła się 12 czerwca 1929 roku we Frankfurcie nad Menem jako druga córka Edith i Otto Franków. Jej siostra Margot była o trzy lata starsza. Otto Frank pochodził z Frankfurtu nad Menem, z niemiecko-żydowskiej rodziny zaliczanej do wyższej klasy średniej. Edith (z domu Holländer) również miała żydowskie korzenie, a jej ojciec był zamożnym przemysłowcem z Akwizgranu.

Rosnące poparcie dla narodowego socjalizmu (partii nazistowskiej) w Niemczech, problemy gospodarcze kraju, w tym szalejąca inflacja, a także mianowanie Adolfa Hitlera kanclerzem III Rzeszy 30 stycznia 1933 roku sprawiły, że rodzina Franków nie wyobrażała już sobie życia w ojczyźnie. Latem 1933 roku Otto Frank jako pierwszy z rodziny przeprowadził się do Amsterdamu. Po kilku miesiącach do męża dołączyła Edith, a następnie, pod koniec 1933 roku – Margot. Na końcu przybyła Anne, która przez kilka tygodni przebywała u babci w Akwizgranie.

W ciągu pierwszych lat pobytu w Amsterdamie rodzina Franków mieszkała w Merwedeplein, żydowskiej dzielnicy klasy średniej, gdzie Anne cieszyła się normalnym dzieciństwem i szybko nawiązała nowe przyjaźnie. Uczęszczała do przedszkola i szkoły Montessori, dopóki nie musiała przenieść się do Liceum Żydowskiego.

AMSTERDAM POD OKUPACJĄ NAZISTOWSKĄ

Gdy w maju 1940 roku Niemcy zajęli Holandię, życie rodziny Franków zmieniło się diametralnie. 20 czerwca 1942 roku Anne napisała w swoim dzienniku:

„Żydzi muszą nosić gwiazdę Dawida; Żydzi muszą oddać swoje rowery, Żydom nie wolno do tramwaju, Żydom nie wolno do auta, także do prywatnego; Żydzi mogą robić zakupy tylko od godziny 15.00 do 17.00; Żydzi mogą chodzić wyłącznie do żydowskiego fryzjera; Żydom nie wolno być na ulicy od godziny 20.00 wieczorem do 6.00 rano; Żydom nie wolno przebywać w teatrach, kinach ani innych miejscach służących rozrywce; Żydom nie wolno na basen, a tym bardziej na korty tenisowe, boisko hokejowe czy inny teren sportowy; Żydom nie wolno wiosłować; Żydom nie wolno publicznie uprawiać żadnego sportu; Żydom nie wolno już siedzieć w swoim ogrodzie po godzinie 8.00 wieczorem ani u znajomych; Żydom nie wolno przychodzić do domów chrześcijan; Żydzi muszą ­chodzić do żydowskich szkół i tym podobne”.

Od października 1940 roku Otto Frank jako Żyd nie miał prawa posiadać własnej firmy. Anne i Margot nie mogły dłużej uczęszczać do szkoły z gojami i jesienią 1941 roku musiały przenieść się do Liceum Żydowskiego. Od maja 1942 roku cała rodzina Franków, jak i wszyscy Żydzi w Holandii, musiała nosić w widocznym miejscu gwiazdę Dawida.

W tym okresie Otto Frank podjął wiele prób, by umożliwić najbliższym emigrację z Holandii. Niestety jego starania o przyznanie wiz wyjazdowych nie przyniosły skutku, gdyż żaden z konsulatów, do których się udał, nie mógł przyjąć osób pozbawionych obywatelstwa.

UCIECZKA DO TAJNEJ KRYJÓWKI

Gdy na początku lipca 1942 roku Margot dostała wezwanie, by stawić się w obozie pracy, siostry dowiedziały się, że rodzice od jakiegoś czasu szykowali kryjówkę w oficynie fabryki Otto Franka przy Prinsengracht. Mężczyzna przez kilka miesięcy w tajemnicy przenosił tam ubrania, naczynia, leki i inne przedmioty. I tak wieczorem 5 lipca Anne i Margot spakowały kilka swoich rzeczy, by kolejnego dnia o poranku przenieść się do kryjówki. Anne musiała pożegnać się z ukochaną kotką Moortje.

6 lipca Anne przybyła do oficyny, którą miała dzielić z rodziną oraz czworgiem innych ludzi. Nie opuści kryjówki aż do dnia aresztowania 4 sierpnia 1944 roku.

DZIENNIK

Na trzynaste urodziny, 12 czerwca 1942 roku, Anne Frank dostała od rodziców notatnik. Tego dnia zaczęła pisać listy do Kitty, swojej wymyślonej przyjaciółki.

Anne rozpoczęła prowadzenie dziennika jeszcze w mieszkaniu przy Merwedeplein i kontynuowała w kryjówce. Na początku pisała tylko dla siebie, ale wiosną 1944 roku przez nielegalnie posiadane radio usłyszała angielską audycję, w której holenderski minister na uchodźstwie wyraził nadzieję na opublikowanie po wojnie pamiętników i listów z czasów niemieckiej okupacji. Zainspirowana tymi słowami Anne postanowiła wydać powieść na podstawie swoich zapisków – o tytule „Het Achterhuis” („Oficyna”). Anne zaczęła więc redagować i wprowadzać poprawki do dziennika, wymyślając pseudonimy dla większości osób, o których pisała.

Ostatni wpis datowany jest na 1 sierpnia 1944 roku. Trzy dni później, 4 sierpnia, kryjówka została zdemaskowana, a mieszkańcy odkryci, aresztowani, po czym deportowani oraz zabici. Otto Frank jako jedyny przeżył wojnę i pobyt w obozach koncentracyjnych. Resztę życia poświęcił publikacji dziennika córki.NA POPRZEDNIEJ STRONIE:
_Anne Frank w maju 1942 roku, niedługo przed zamieszkaniem w kryjówce_

DZIENNIK

12 CZERWCA 1942

Sądzę, że będę Ci mogła wszystko powierzyć, tak jak jeszcze nigdy nikomu, i mam nadzieję, że będziesz dla mnie wielkim oparciem.

28 WRZEŚNIA 1942 (DOPISEK)

Miałam w Tobie do tej pory wielkie oparcie, również w Kitty, do której teraz regularnie piszę. Ten sposób pisania podoba mi się o wiele bardziej i teraz nie mogę się prawie doczekać chwili, kiedy znajdę czas, żeby w Tobie pisać.

Tak się cieszę, że Cię z sobą zabrałam!

NIEDZIELA, 14 CZERWCA 1942

Zacznę od momentu, kiedy Cię dostałam, a więc kiedy Cię ujrzałam na moim stole z prezentami urodzinowymi (bo kupowanie, przy którym też byłam, nie liczy się).

W piątek 12 czerwca obudziłam się już o godzinie szóstej i jest to zupełnie zrozumiałe, jako że były to moje urodziny. Ale o godzinie szóstej nie mogłam jeszcze wstać, musiałam więc opanować swoją ciekawość do za piętnaście siódma. Dłużej nie wytrzymałam, poszłam do pokoju stołowego, gdzie Moortje (kot) powitał mnie swoim łaszeniem się.

Parę minut po siódmej poszłam do taty i mamy, a potem do salonu, żeby rozpakować prezenty; przede wszystkim zobaczyłam Ciebie, i jesteś chyba jednym z moich najmilszych prezentów. Potem bukiet róż, dwie piwonie. Od taty i mamy dostałam niebieską bluzeczkę, grę towarzyską, butelkę soku winogronowego, który według mnie smakuje trochę jak wino (wino robi się przecież z winogron), układankę, pudełeczko kremu, banknot 2,5-guldenowy i bon na dwie książki. Potem dostałam jeszcze jedną książkę, _Camera Obscura_¹, ale Margot już ją ma, dlatego ją wymieniłam, półmisek własnoręcznie upieczonych ciastek (przeze mnie oczywiście, bo w pieczeniu ciastek jestem obecnie mocna), dużo słodyczy i tort truskawkowy od mamy. List od Omi², dokładnie na czas, ale to oczywiście przypadek.

Potem przyszła po mnie Hanneli i poszłyśmy do szkoły. W czasie pauzy częstowałam nauczycieli i uczniów ciastkami maślanymi; a potem musieliśmy wracać do pracy. W domu byłam o godzinie piątej, bo poszłam z innymi na gimnastykę (chociaż nie wolno mi nigdy ćwiczyć, ponieważ moje ręce i nogi wyskakują ze stawów), i dla moich koleżanek i kolegów z klasy wybrałam siatkówkę jako moją grę urodzinową. Wróciwszy do domu, zastałam Sanne Lederman. Ilse Wagner, Hanneli Goslar i Jacque­line van Maarsen przyprowadziłam z gimnastyki, bo chodzą ze mną do klasy. Hanneli i Sanne były wcześniej moimi dwiema najlepszymi przyjaciółkami i kto widział nas razem, mówił zawsze: „Tam idą Anne, ­Hanne i Sanne”. Jacqueline van Maarsen poznałam dopiero w Liceum Żydowskim i teraz ona jest moją najlepszą przyjaciółką. Ilse jest najlepszą przyjaciółką Hanneli, a Sanne chodzi do innej szkoły i ma tam swoje przyjaciółki.

Klub dał mi wspaniałą książkę, _Niderlandzkie podania i_ _legendy_, ale przez pomyłkę dali mi drugą część i dlatego wymieniłam dwie inne książki na część pierwszą. Ciocia Helene przyniosła jeszcze jedną układankę, ciocia Stephanie śliczną broszkę, a ciocia Leny świetną książkę, a mianowicie _Górskie wakacje Daisy._ Siedząc dziś rano w wannie, myślałam o tym, jak by to było wspaniale, gdybym miała takiego psa jak Rin-tin-tin³. Nazwałabym go wtedy również Rin-tin-tin, w szkole zostawałby zawsze u stróża, albo, przy ładnej pogodzie, pod wiatą na ­rowery.

PONIEDZIAŁEK, 15 CZERWCA 1942

W niedzielę po południu odbyło się moje przyjęcie. Rin-tin-tin bardzo przypadł do gustu moim kolegom i koleżankom z klasy. Dostałam dwie broszki, zakładkę do książek i dwie książki. Najpierw opowiem to i owo o klasie i szkole, a zacznę od uczniów.

Betty Bloemendaal wygląda trochę ubogo, sądzę, że taka też jest, mieszka przy ulicy Jana Klasena w dzielnicy West i nikt z nas nie wie, gdzie to jest. W szkole jest bardzo mądra, ale to dzięki temu, że jest taka pilna, bo teraz ta mądrościowatość pozostawia już trochę do życzenia. Jest to dosyć spokojne dziecko.

Jacqueline van Maarsen uchodzi za moją najlepszą przyjaciółkę, ale prawdziwej przyjaciółki nie miałam jeszcze nigdy. Na początku sądziłam o Jacque, że się nią stanie, ale paskudnie się zawiodłam.

D.Q. jest bardzo nerwowym dzieckiem, które zawsze czegoś zapomina i dostaje jedną pracę karną za drugą. Jest bardzo dobroduszna, zwłaszcza dla G.Z.

E.S. jest dzieckiem, które tak niesamowicie dużo gada, że to przestaje być miłe. Kiedy cię o coś pyta, to dotyka zawsze palcami twoich włosów albo guzików. Mówią, że E. mnie nie znosi, ale wcale mi to nie przeszkadza, gdyż i ja nie uważam jej za szalenie sympatyczną.

Henny Mets jest wesołym i miłym dzieckiem, tylko że bardzo głośno mówi, a kiedy bawi się na ulicy, jest bardzo dziecinna. Wielka szkoda, że Henny ma przyjaciółkę, zwaną Beppy, która ma na nią bardzo zgubny wpływ, przez co dziecko to jest niesamowicie brudne i nieprzyzwoite.

J.R., o niej można by napisać tomy. J. jest dzieckiem pyszałkowatym, obgadującym, odrażającym, zachowującym się niczym dorośli, podstępnym, obłudnym. Całkowicie usidliła Jacque i wielka to szkoda. J. płacze o byle co, jest przesadnie wrażliwa, a zwłaszcza niesamowicie dziecinna. Panienka J. musi mieć zawsze rację. Jest bardzo bogata i ma szafę pełną uroczych sukienek, ale te bardzo ją postarzają. To dziecko wyobraża sobie, że jest bardzo ładne, ale jest akurat wręcz przeciwnie. Absolutnie nie znosimy się z J. nawzajem.

Ilse Wagner jest wesołym i miłym dzieckiem, ale jest bardzo dokładna i potrafi godzinami gadać w kółko o tym samym. Ilse dosyć mnie lubi. Jest bardzo zdolna, ale ­leniwa.

Hanneli Goslar czy też Lies, jak nazywają ją w szkole, jest trochę dziwnym dzieckiem, przeważnie bywa zmieszana, a w domu bezczelna. Wszystko, co się jej opowie, wypapla swojej mamie. Ale ma swobodną opinię⁴ i zwłaszcza ostatnimi czasy bardzo ją sobie cenię.

Nannie van Praag-Sigaar jest śmiesznym, małym, mądrym dzieckiem. Podoba mi się. Jest dość zdolna. Dużo powiedzieć o niej nie można.

Eefje de Jong jest, uważam, wspaniałym dzieckiem. Ma dopiero dwanaście lat, ale jest wielką damą. Zachowuje się tak, jakbym ja była małym dzieckiem. Jest też bardzo pomocna i właśnie dlatego ją lubię.

G.Z. jest zapewne najładniejszą dziewczyną z naszej klasy. Ma milutką buzię, lecz w szkole jest dosyć głupia. Dlatego myślę, że zostanie na drugi rok, ale oczywiście nie powiem jej tego.

(DOPISEK)

G.Z. nie została, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, na drugi rok.

Ostatnią z naszych dwunastu dziewcząt jestem ja i siedzę obok G.Z.

O chłopakach można powiedzieć i dużo, i mało.

Maurice Coster jest jednym z wielu moich wielbicieli, ale jest dość męczącym chłopakiem.

Sallie Springer jest okropnie nieprzyzwoitym chłopakiem, mówią o nim, że się parzył. Mimo wszystko uważam, że to jedyny chłopak, bo jest bardzo zabawny.

Emiel Bonewit jest wielbicielem G.Z., ale to nie robi jej zbyt wielkiej różnicy. Jest dosyć nudny.

Rob Cohen też był we mnie zakochany, ale teraz nie mogę go już znieść. Jest obłudnym, kłamliwym, płaczliwym, zwariowanym, męczącym chłopaczkiem, który sobie niesamowicie dużo wyobraża.

Max van de Velde jest wiejskim chłopakiem z Medemblik, ale jest ułożony, jak powiedziałaby Margot.

Herman Koopman też jest okropnie nieprzyzwoity, podobnie jak Jopie de Beer, który jest wielkim flirciarzem i szaleje za dziewczynami.

Leo Blom jest najserdeczniejszym przyjacielem Jopie de Beera, ale zaraża się jego nieprzyzwoitością.

Albert de Mesquita jest to chłopak, który przyszedł z szóstej szkoły Montessori i przeskoczył jedną klasę. Jest bardzo zdolny.

Leo Slager pochodzi z tej samej szkoły, ale nie jest tak zdolny.

Ru Stoppelmon jest małym, zwariowanym chłopczykiem z Almelo, który dopiero później przyszedł do szkoły.

C.N. robi wszystko, czego nie wolno.

Jacques Kocernoot siedzi za nami z Pam, a my zaśmiewamy się do rozpuku (G. i ja).

Harry Schaap jest jeszcze najprzyzwoitszym chłopakiem z naszej klasy, jest miły.

Werner Joseph również, ale, ze względu na obecne czasy, jest zbyt cichy i wydaje się przez to nudny.

Sam Salomon jest niczym włóczęga z dzielnicy biedoty, głuptak. (Wielbiciel!)

Appie Riem jest dość ortodoksyjny, ale też nieprzyzwoity i brutalny.

Teraz muszę kończyć. Następnym razem znowu będę miała tyle do napisania w Tobie, do opowiedzenia Ci. Cześć, jesteś taki świetny!

SOBOTA, 20 CZERWCA 1942

Dla kogoś takiego jak ja pisanie w dzienniku jest bardzo dziwnym doświadczeniem. Nie tylko dlatego, że jeszcze nigdy nie pisałam, ale wydaje mi się, że później ani ja sama, ani nikt inny nie będzie zainteresowany wynurzeniami jakiejś trzynastoletniej uczennicy. Ale cóż, właściwie nie o to chodzi, mam ochotę pisać, a jeszcze bardziej gruntownie i do woli wygadać się na temat wielu spraw.

„Papier jest cierpliwszy od człowieka”, to powiedzenie wpadło mi do głowy, gdy jednego z moich lekko melancholijnych dni siedziałam, nudząc się, z głową na rękach i z rozleniwienia nie wiedziałam, czy mam wyjść, czy też zostać w domu, i w końcu zostałam na tym samym miejscu, i rozpamiętywałam dalej. Tak, istotnie, papier jest cierpliwy, a ponieważ nie mam zamiaru kiedykolwiek ani komukolwiek dawać do czytania tego zeszytu w kartonowej oprawie, który nosi szumną nazwę „dziennika”, chyba że będę mieć jeszcze kiedyś w życiu przyjaciela lub przyjaciółkę, którzy będą „tym” przyjacielem lub „tą” przyjaciółką, pozostaje to prawdopodobnie bez znaczenia.

Teraz doszłam do miejsca, w którym zrodził się ten cały dziennikowy pomysł: nie mam przyjaciółki.

Aby sprawa stała się jeszcze bardziej zrozumiała, musi tu nastąpić wyjaśnienie, w przeciwnym razie nikt nie zrozumie, że trzynastoletnia dziewczyna jest na tym świecie zupełnie sama. Bo to też i nieprawda. Mam kochanych rodziców i szesnastoletnią siostrę, mam, ogółem biorąc, na pewno ze trzydzieści koleżanek i kolegów, i tak zwanych przyjaciółek. Mam orszak wielbicieli na każde zawołanie, którzy, jeżeli nie można inaczej, starają się rozbitym lusterkiem kieszonkowym złapać w klasie choć przez moment moje odbicie. Mam rodzinę, kochane ciotki i dobry dom. Nie, pozornie nie brakuje mi niczego poza „tą” jedną przyjaciółką. Z żadnym z moich znajomych nie mogę robić nic innego, jak żartować, nigdy nie udaje mi się porozmawiać o czymś innym niż o codziennych sprawach ani stać się bardziej otwartą, i w tym cały szkopuł. Możliwe, że ten brak poufałości jest moją winą, w każdym razie fakt ten istnieje i niestety nie można go usunąć. Stąd ten dziennik. Aby to wyobrażenie długo wyczekiwanej przyjaciółki powiększyć jeszcze w mojej fantazji, nie chcę tak po prostu, jak każdy inny, umieszczać w tym dzienniku faktów, ale chcę mu pozwolić, aby sam był tą przyjaciółką, a ta przyjaciółka ma na imię Kitty.

Moja historia! (Idiotka, czegoś takiego się nie zapomina).

Ponieważ nikt nic by nie zrozumiał z moich listów do Kitty, gdybym zaczęła ni stąd, ni zowąd, muszę przedstawić w skrócie historię mojego życia, chociaż robię to niechętnie.

Mój tata, najukochańszy tata, jakiego kiedykolwiek spotkałam, ożenił się z moją mamą, dopiero mając trzydzieści sześć lat, mama miała wtedy dwadzieścia pięć lat. Moja siostra Margot urodziła się w roku 1926 we Frankfurcie nad Menem w Niemczech. Ja z kolei przyszłam na świat 12 czerwca 1929 roku. Do czwartego roku życia mieszkałam we Frankfurcie. Jako że jesteśmy czystej krwi Żydami, tata wyjechał w 1933 roku do Holandii. Został dyrektorem Nederlandse Opekta Mij⁵ do produkcji dżemów. Moja mama, Edith Frank-Holländer, we wrześniu pojechała także do Holandii, a Margot i ja pojechałyśmy do Akwizgranu, gdzie mieszkała nasza babka. Margot pojechała do Holandii w grudniu, a ja w lutym i zostałam położona na stole jako prezent urodzinowy dla Margot.

Prędko poszłam do przedszkola przy szkole Montessori, przy szóstej. Zostałam tam do szóstego roku życia, potem poszłam do pierwszej klasy. W szóstej klasie moją opiekunką była dyrektorka, pani Kuperus. Na końcu roku szkolnego pożegnałyśmy się gorąco i obie płakałyśmy, bo zostałam przyjęta do Liceum Żydowskiego, do którego poszła również Margot.

Nasze życie przebiegało wśród nieuniknionych napięć, jako że ustawy antyżydowskie Hitlera nie oszczędziły rodziny pozostałej w Niemczech. W 1938 roku, po pogromach, dwóch moich wujków, braci mamy, uciekło i bezpiecznie dotarło do Ameryki Północnej, stara babka zamieszkała u nas. Miała wtedy siedemdziesiąt trzy lata.

Po maju 1940 skończyły się dobre czasy: najpierw wojna, potem kapitulacja, wkroczenie Niemców, i dla nas, Żydów, zaczęło się pasmo udręk. Ustawy antyżydowskie następowały jedna po drugiej i nasza wolność została bardzo ograniczona. Żydzi muszą nosić gwiazdę Dawida; Żydzi muszą oddać swoje rowery; Żydom nie wolno do tramwaju; Żydom nie wolno do auta, także do prywatnego; Żydzi mogą robić zakupy tylko od godziny 15.00 do17.00; Żydzi mogą chodzić wyłącznie do żydowskiego fryzjera; Żydom nie wolno być na ulicy od godziny 20.00 wieczorem do 6.00 rano; Żydom nie wolno przebywać w teatrach, kinach ani innych miejscach służących rozrywce; Żydom nie wolno na basen, a tym bardziej na korty tenisowe, boisko hokejowe czy inny teren sportowy; Żydom nie wolno wiosłować; Żydom nie wolno publicznie uprawiać żadnego sportu; Żydom nie wolno już siedzieć w swoim ogrodzie po godzinie 8.00 wieczorem ani u znajomych; Żydom nie wolno przychodzić do domów chrześcijan; Żydzi muszą chodzić do żydowskich szkół i tym podobne. Tak toczyło się nasze życie i nie było nam wolno tego ani tamtego. Jacque mówi mi zawsze: „Nie mam już na nic odwagi, bo się boję, że tego nie wolno”. W lecie 1941 babcia bardzo się rozchorowała. Musiała pójść na operację i z moich urodzin niewiele wyszło. W lecie 1940 też nie, bo wtedy było tuż po wojnie w Holandii. Babcia zmarła w styczniu 1942 roku. Nikt nie wie, ile ja o niej myślę i jak bardzo ją jeszcze kocham. Te urodziny w 1942 roku były więc po to obchodzone, żeby wszystko nadrobić, a świeczka babci stała obok.

Naszej czwórce wiedzie się stale jeszcze dobrze, i tak to dotarłam do dzisiejszej daty, gdzie zaczyna się uroczyste wtajemniczenie w mój dziennik, 20 czerwca 1942 roku.

SOBOTA, 20 CZERWCA 1942

Kochana Kitty!

Zacznę więc od razu; teraz jest tak błogo spokojnie, tata i mama wyszli, a Margot poszła z paroma rówieśnikami do swojej przyjaciółki Trees grać w ping-ponga. Ja też ostatnio dużo gram w ping-ponga, i to tak dużo, że z pięcioma dziewczynami założyłyśmy klub. Nazywa się „Mała Niedźwiedzica minus dwa”. Całkiem zwariowana nazwa, ale to przez pomyłkę. Chciałyśmy niezwykłej nazwy i pomyślałyśmy w związku z naszymi pięcioma członkiniami o gwiazdach, o Małej Niedźwiedzicy. Myślałyśmy, że składa się z pięciu gwiazd, ale pomyliłyśmy się, podobnie jak Duża Niedźwiedzica, ma ona siedem gwiazd. Stąd „minus dwa”. Ilse Wagner ma ping-ponga, a duży pokój stołowy Wagnerów jest stale do naszej dyspozycji. Ponieważ my, pingpongistki, zwłaszcza w lecie uwielbiamy lody, a ping-pong rozgrzewa, gra taka kończy się najczęściej wycieczką do najbliższych sklepów z lodami, które są dostępne dla Żydów, Oase lub Delphi. Portmonetki ani pieniędzy od dawna już w ogóle nie szukam, bo w Oase jest najczęściej taki tłok, że wśród tych wszystkich ludzi znajdą się zawsze jacyś szczodrzy panowie z naszego szerokiego kręgu znajomych albo ten czy inny wielbiciel, który zaproponuje nam więcej lodów, niż mogłybyśmy zjeść w ciągu tygodnia.

Myślę, że będziesz się trochę dziwić, że ja, taka młoda, mówię o wielbicielach. Niestety, czy też w niektórych przypadkach i dobrze, zdaje się, że w naszej szkole nie można uniknąć tego zła. Skoro tylko jakiś chłopak mnie pyta, czy może pojechać ze mną na rowerze do domu i rozmowa zostaje rozpoczęta, mogę być pewna w dziewięciu przypadkach na dziesięć, że tenże młodzieniec posiada ów męczący zwyczaj, że natychmiast zaczyna pałać uczuciem i nie spuszcza mnie już więcej z oczu. Z upływem czasu zakochanie mija, zwłaszcza dlatego, że niewiele sobie robię z ognistych spojrzeń i wesoło pedałuję dalej. Jeżeli czasem jest mi tego za wiele, kręcę trochę rowerem, teczka spada, młodzieniec musi dla przyzwoitości zsiąść i zanim znowu położy teczkę na swoim miejscu, jestem już dawno przy innym temacie rozmowy. To są jeszcze ci najbardziej niewinni, są wśród nich oczywiście i tacy, którzy przesyłają pocałunki na dłoni albo próbują wziąć pod rękę, ale w takim wypadku trafili zdecydowanie pod niewłaściwy adres, zsiadam z roweru i odmawiam dalszego przebywania w ich towarzystwie lub jestem, że tak powiem, obrażona i mówię im dosadnymi słowy, że mogą sobie pójść do domu.

No i tak, podwaliny pod naszą przyjaźń zostały położone, do jutra.

Twoja Anne

NIEDZIELA, 21 CZERWCA 1942

Kochana Kitty,

Cała nasza klasa drży. Przyczyną jest oczywiście zapowiedziane zebranie nauczycielskie. Połowa klasy zakłada się, kto przejdzie, a kto zostanie. G.Z. i ja śmiejemy się do rozpuku z naszych dwóch sąsiadów z tyłu, C.N. i Jac­ques’a Kocernoota, którzy założyli się o cały swój wakacyjny kapitał.

– Przejdziesz.

– A właśnie, że nie.

– A właśnie, że tak.

Od rana do wieczora nawet spojrzenia G. błagające o ciszę ani moje wybuchy nie są w stanie uspokoić tych dwóch. Według mnie jedna czwarta klasy powinna zostać, takie durnie do niej chodzą, ale nauczyciele są najbardziej nieobliczalnymi ludźmi, jacy istnieją, może teraz choć raz będą nieobliczalni w tę dobrą stronę.

O moje przyjaciółki ani o siebie nie boję się za bardzo, na pewno się przetoczymy. Tylko w matematyce czuję się niepewnie. No cóż, zaczekajmy. A tymczasem dodajemy sobie nawzajem odwagi.

Z wszystkimi moimi nauczycielami i nauczycielkami rozumiem się dość dobrze. Jest ich w sumie dziewięcioro, w czym siedmiu panów i dwie panie. Pan Keesing, stary pan od matematyki, był przez dłuższy czas bardzo zły na mnie za to, że tyle gadam. Jedno upomnienie następowało po drugim, aż dostałam karę. Napisać wypracowanie na temat „Gaduła”. Gaduła, co można o tym teraz napisać? To było zmartwienie na później. Wsadziłam dzienniczek do teczki i starałam zachowywać się spokojnie.

Wieczorem, kiedy wszystkie inne zadania domowe miałam już odrobione, moje spojrzenie padło na notatkę o wypracowaniu. Z końcówką pióra w ustach zaczęłam się zastanawiać nad tym tematem. Pleść głupstwa tak, o, po prostu, i pisać najszerzej, jak to możliwie, potrafi każdy, ale znaleźć przekonujący dowód na konieczność mówienia to sztuka. Myślałam i myślałam, potem nagle wpadłam na pomysł, zapisałam trzy zadane mi strony i byłam zadowolona. Jako argument przytoczyłam fakt, że mówienie jest cechą kobiecą, że będę robić, co w mojej mocy, żeby się trochę utemperować, ale oduczyć nie mogłabym się tego nigdy, jako że moja mama mówi prawie tak dużo jak ja, jeżeli nie więcej, i że przecież niewiele można zrobić z odziedziczonymi cechami.

Pan Keesing bardzo się śmiał z moich argumentów, ale gdy na następnej lekcji mimo wszystko kontynuowałam swoją pogawędkę, doszło do drugiego wypracowania. Tym razem miała to być „Niepoprawna gaduła”. Także i to oddałam, i Keesing przez dwie lekcje musiał siedzieć zadowolony. Na trzeciej było mu tego znowu raczej za wiele.

– Anne Frank, za karę, że rozmawiasz, wypracowanie na temat „Kwa, kwa, kwa, powiedziała panna Kwaczka”.

Klasa wybuchnęła śmiechem. Ja także musiałam się śmiać, chociaż moja pomysłowość w zakresie wypracowań o gadulstwie była wyczerpana. Musiałam wymyślić tu coś innego, coś bardzo oryginalnego. Moja przyjaciółka Sanne, dobra poetka, zaoferowała swoją pomoc w napisaniu wypracowania od początku do końca wierszem. Krzyknęłam z radości. Keesing chciał zadrwić ze mnie tym bezsensownym tematem, ale ja moim wierszem zadrwię z niego potrójnie.

Wiersz został ukończony i był wspaniały! Mówił o mamie kaczce i ojcu łabędziu z trzema małymi kaczątkami, które z powodu zbyt częstego kwakania zostały przez ojca zagryzione na śmierć. Keesing na szczęście właściwie zrozumiał ten żart, wiersz z komentarzem odczytał na głos w klasie, a także i w różnych innych klasach. Od tego momentu mogłam rozmawiać i nigdy więcej nie dostałam kary, wręcz przeciwnie, Keesing stale teraz żartuje.

Twoja Anne

ŚRODA, 24 CZERWCA 1942

Kochana Kitty,

Jest potwornie gorąco, każdy sapie i praży się, muszę w tym upale wszędzie chodzić na piechotę. Dopiero teraz widzę, jaki ­przyjemny jest jednak tramwaj, zwłaszcza odkryty, ale ten luksus nie jest już przeznaczony dla nas, Żydów, nam wystarcza pojazd nożny. Wczoraj w południe musiałam pójść do dentysty na Jan Luykenstraat. Od naszej szkoły w dzielnicy Stadstimmertuinen jest to kawał drogi. Po południu prawie zasnęłam w szkole. To szczęście, że ludzie sami dadzą ci coś do picia. Siostra dentysty jest naprawdę bardzo serdecznym człowiekiem.

Jedynym pojazdem, jakim jeszcze możemy jeździć, jest prom. Przewoźnik przy nabrzeżu Joseph Israëlskade zawsze od razu nas zabierał, gdy prosiliśmy o przewiezienie na drugi brzeg. To rzeczywiście nie wina Holendrów, że nam, Żydom, tak się źle powodzi.

Chciałabym nie chodzić do szkoły, na Wielkanoc ukradziono mi rower, a rower mamy tata oddał na przechowanie chrześcijańskim znajomym. Ale na szczęście wakacje zbliżają się wielkimi krokami, jeszcze tydzień i będzie po bólu.

Wczoraj rano przytrafiło mi się coś miłego. Przechodziłam obok przechowalni rowerów, gdy ktoś mnie zawołał. Obejrzałam się i zobaczyłam za sobą przystojnego chłopaka, którego spotkałam poprzedniego wieczora u Wilmy. Jest jej dalekim kuzynem, a Wilma jest koleżanką. Z początku sądziłam, że jest bardzo miła. I faktycznie jest, ale przez cały dzień nie mówi o niczym innym, tylko o chłopakach, a to staje się męczące. Chłopak, trochę zmieszany, podszedł nieco bliżej i przedstawił się jako Hello Silberberg. Byłam trochę zaskoczona i nie wiedziałam za bardzo, czego chce, ale to się szybko wyjaśniło. Chciał skorzystać z mojego towarzystwa i odprowadzić mnie do szkoły.

– Jeżeli i tak idziesz w tym samym kierunku, to pójdę z tobą – odpowiedziałam i poszliśmy razem. Hello ma już szesnaście lat i potrafi w ciekawy sposób opowiadać o przeróżnych rzeczach.

Dziś rano znowu na mnie czekał i od tej pory tak już zostanie.

Anne

ŚRODA, 1 LIPCA 1942

Kochana Kitty,

Do dziś prawie wcale nie mogłam znaleźć czasu na ponowne pisanie. W czwartek byłam całe popołudnie u znajomych, w piątek mieliśmy gości i tak było aż do dzisiaj.

W ciągu tego tygodnia dobrze się poznaliśmy z Hello, opowiedział mi dużo o swoim życiu. Pochodzi z Gelsenkirchen i jest bez rodziców tu, w Holandii, u swoich dziadków. Jego rodzice są w Belgii, a on nie ma możliwości, żeby również się tam dostać. Hello miał dziewczynę, Ursul. Znam ją, jest przykładem łagodności i nudy. Odkąd Hello mnie spotkał, odkrył, że zasypia u boku Ursul. Jestem
więc rodzajem środka pobudzającego, człowiek nigdy nie wie, do czego się jeszcze kiedyś przyda!

Jacque została u mnie w sobotę na noc. W południe ­Jacque była u Hanneli, a ja śmiertelnie się nudziłam.

Hello miał przyjść do mnie wieczorem, ale koło szóstej zadzwonił. Podeszłam do telefonu, odezwał się:

– Mówi Helmuth Silberberg. Czy mógłbym rozmawiać z Anne?

– Tak, Hello, mówi Anne.

– Cześć, Anne, jak się masz?

– Dziękuję, dobrze.

– Bardzo mi przykro, muszę ci powiedzieć, że nie mogę przyjść do ciebie dziś wieczorem, ale chciałbym z tobą chwilę porozmawiać. Czy mogę za dziesięć minut być pod twoim domem?

– Tak, dobrze, no to cześć!

– Cześć, zaraz przyjdę!

Odłożyłam słuchawkę, poszłam szybko się przebrać i poprawiłam włosy. Potem wychylałam się nerwowo przez okno. Wreszcie nadszedł. Cud nad cudami, że nie zbiegłam od razu po schodach, ale zaczekałam spokojnie, aż zadzwoni. Zeszłam na dół, a on od razu wypalił prosto z mostu.

– Słuchaj, Anne, moja babka uważa, że jesteś jeszcze za młoda, żebym regularnie z tobą chodził. Mówi, że mam chodzić do Löwenbachsów, ale chyba wiesz, że nie chodzę już z Ursul.

– Nie, jak to, pokłóciliście się?

– Nie, wręcz przeciwnie. Powiedziałem Ursul, że nie rozumiemy się zbyt dobrze i że dlatego nie powinniśmy ze sobą chodzić, ale Ursul jest u nas bardzo mile widziana, a mam nadzieję, że i ja u niej. Myślałem mianowicie, że Ursul włóczyła się z innym chłopakiem, i dlatego potraktowałem ją odpowiednio. Ale to wcale nie było prawdą. Mój wujek powiedział więc, że muszę Ursul przeprosić, ale ja oczywiście nie chciałem i dlatego z nią zerwałem, ale to był zaledwie jeden z powodów.

Moja babka chce teraz, żebym chodził do Ursul, a nie do ciebie, ale ja tak nie sądzę ani też nie zamierzam tego robić. Starzy ludzie mają czasem bardzo staroświeckie poglądy, lecz ja nie mogę się tym kierować. Potrzebuję moich dziadków, ale i oni mnie w pewnym sensie przecież potrzebują. Mam teraz wolne środy wieczorem, ponieważ dziadkowie myślą, że chodzę na lekcje snycerstwa, ale ja chodzę do takiego klubu partii syjonistycznej. Nie wolno mi tego robić, ponieważ moi dziadkowie są wielkimi przeciwnikami syjonizmu. Ja też nie jestem jego fanatycznym zwolennikiem, ale interesuję się tym. Ostatnio jest tam taki rozgardiasz, że mam zamiar stamtąd wystąpić. Dlatego środa wieczorem będzie ostatnim dniem, kiedy tam pójdę. Potem będę więc mógł w środę wieczorem, w sobotę po południu, w sobotę wieczorem i w niedzielę po południu, i już tak dalej.

– Ale skoro twoi dziadkowie tego nie chcą, to przecież nie możesz tego robić za ich plecami.

– Miłości nie da się poskromić.

Przechodziliśmy wtedy obok księgarni Blankevoort, a tam stał Peter Schiff z dwoma innymi chłopakami; po raz pierwszy od dłuższego czasu znowu mnie pozdrowił, a mnie to naprawdę ucieszyło.

W poniedziałek wieczorem Hello był u nas w domu, żeby zawrzeć znajomość z tatą i mamą. Przyniosłam tort i słodycze, herbatę i ciastka, wszystkiego było pod dostatkiem, ale ani ­Hello, ani ja nie mieliśmy ochoty, żeby tak przez cały czas siedzieć obok siebie na krzesłach, poszliśmy na spacer i dopiero dziesięć po ósmej zostałam dostarczona do domu. Tata był bardzo zły, uważał, że to niebywałe, że wróciłam za późno, musiałam przyrzec, że na przyszłość będę w domu już za dziesięć ósma. Na przyszłą sobotę jestem zaproszona do Hello.

Wilma opowiadała mi, że Hello był u niej któregoś wieczora i że go zapytała:

– Kto ci się teraz bardziej podoba, Ursul czy Anne?

Powiedział wówczas:

– To nie twoja sprawa.

Ale kiedy wychodził (nie rozmawiali ze sobą więcej przez cały wieczór), powiedział:

– No więc Anne, cześć, i nikomu ani słowa!

Siup, zniknął za drzwiami.

Ze wszystkiego można wywnioskować, że Hello jest teraz we mnie zakochany i wyjątkowo mi się to podoba. Margot powiedziałaby, że Hello jest bardzo ułożonym chłopakiem, ja też tak uważam i jeszcze o wiele więcej. Mama też go niesamowicie wychwala. „Przystojny chłopak, uprzejmy i miły”. Cieszę się, że Hello tak przypadł do gustu wszystkim domownikom, poza moimi przyjaciółkami, które uważa za ­ogromnie dziecinne, i ma co do tego rację. Jacque śmieje się ze mnie i z Hello; nie jestem w ogóle zakochana, o nie, wolno mi przecież mieć przyjaciół, nikt niczego złego w tym nie widzi.

Mama wciąż chce wiedzieć, za kogo chciałabym później wyjść, ale myślę, że nigdy nie zgadnie, że za Petera, ponieważ wybijam im to z głowy bez zmrużenia oka. Kocham Petera jak jeszcze nigdy nikogo nie kochałam i stale przekonuję samą siebie, że Peter zadaje się z tymi wszystkimi dziewczynami jedynie po to, żeby ukryć swoje uczucia. Może i on teraz myśli, że Hello i ja jesteśmy w sobie zakochani. Ale to nieprawda. On jest tylko moim kolegą albo, jak mama to określa, kawalerem.

Twoja Anne

NIEDZIELA, 5 LIPCA 1942

Droga Kitty,

Wręczenie świadectw w piątek w Teatrze Żydowskim przebiegło pomyślnie, moje świadectwo nie jest wcale aż takie złe, mam jedną piątkę – niedostateczny z algebry⁶, potem same siódemki, dwie ósemki i dwie szóstki. W domu byli owszem zadowoleni, ale moi rodzice są w sprawie ocen zupełnie inni niż reszta rodziców, nie przejmują się nigdy dobrymi ani złymi świadectwami i zwracają uwagę tylko na to, czy jestem zdrowa, czy za dużo nie pyskuję i czy jestem zadowolona. Jeżeli te trzy rzeczy są w porządku, reszta przyjdzie sama. Ja jestem ich przeciwieństwem, nie chcę być zła. Do liceum zostałam przyjęta warunkowo, ponieważ powinnam była właściwie zostać jeszcze w siódmej klasie szóstej szkoły Montessori, ale kiedy wszystkie dzieci żydowskie musiały pójść do żydowskich szkół, pan Elte, po rozmowie o tym i owym, przyjął warunkowo mnie i Lies. Lies przeszła, ale z trudnym egzaminem poprawkowym z geometrii.

Biedna Lies, prawie nigdy nie może się w domu solidnie pouczyć; w jej pokoiku przez cały dzień bawi się jej mała siostrzyczka, prawie dwuletni rozpieszczony bobas. Kiedy Gabi nie dostaje tego, na co ma ochotę, krzyczy, a jeżeli Lies się nią wtedy nie zajmie, krzyczy pani Goslar. W ten sposób Lies nie może się porządnie uczyć i niewiele pomogą te niezliczone korepetycje, które znowu stale bierze. Też mi gospodarstwo u Goslarów! Rodzice pani Goslar mieszkają w następnej bramie, ale oni również jadają u córki. Potem jest tam jeszcze służąca, niemowlę, pan Goslar, wiecznie roztargniony i nieobecny, i pani, wiecznie zdenerwowana i rozdrażniona, zresztą teraz znowu jest w ciąży. W tym nieopisanym bałaganie Lies ze swoimi dwiema lewymi rękami jest jak ­stracona.

Moja siostra Margot też dostała świadectwo, wspaniałe jak zwykle. Gdyby istniało u nas _cum laude_, przeszłaby na pewno z wyróżnieniem, taka to mądra główka!

Tata w ostatnich czasach dużo przebywa w domu, w przedsiębiorstwie nie ma już czego szukać; to musi być nieprzyjemne, czuć się teraz takim zbędnym. Pan Kleiman przejął Opektę, a pan Kugler „Gies en Co.”, towarzystwo przypraw surogatowych, które zostało założone dopiero co, w roku 1941.

Kiedy parę dni temu spacerowaliśmy razem dookoła naszego placyku, tata zaczął mówić o ukryciu się, o tym, że będzie nam ogromnie trudno żyć w zupełnym odcięciu od świata. Zapytałam, dlaczego już teraz o tym mówi.

– Tak, Anne – powiedział na to – wiesz, że już od ponad roku zanosimy do innych ludzi ubrania, żywność i meble. Nie chcemy pozwolić, żeby nasz dobytek dostał się w ręce Niemców, ale jeszcze bardziej nie chcemy, żeby nas złapano. Odejdziemy więc sami i nie będziemy czekać, aż po nas przyjdą.

– Ale tato, kiedy w takim razie? – Przeraziła mnie powaga, z jaką tata to powiedział.

– Nie martw się o to, my to załatwimy, ciesz się swoim beztroskim życiem tak długo, jak możesz.

To było wszystko. O, niech spełnienie się tych ponurych słów długo jeszcze pozostanie w oddali.

Właśnie ktoś dzwoni, Hello przyszedł, kończę.

Twoja AnneNA POPRZEDNIEJ STRONIE:
_Anne i Margot na plaży, lipiec 1939 roku_

ŚRODA, 8 LIPCA 1942

Kochana Kitty,

Wydaje się, jakby od niedzieli rano do tej pory minęły lata. Wydarzyło się tak wiele, jakby cały świat przewrócił się do góry nogami, ale widzisz, Kitty, że jeszcze żyję, a to najważniejsze, mówi tata. Tak, rzeczywiście, żyję jeszcze, ale nie pytaj gdzie ani jak. Myślę, że dziś nic z mojego pisania nie zrozumiesz, dlatego zacznę od opowiedzenia Ci, co się stało w niedzielę po południu.

O godzinie trzeciej (Hello akurat wyszedł, żeby wrócić później) ktoś zadzwonił do drzwi, nie słyszałam tego, jako że leżałam leniwie na leżaku w słońcu na werandzie i czytałam. Chwilę później w drzwiach do kuchni pojawiła się wzburzona Margot.

– Przyszło wezwanie z SS dla taty – szepnęła. – Mama poszła już do pana van Daana. (Van Daan jest dobrym znajomym i wspólnikiem w firmie taty).

Wystraszyłam się niesamowicie, wezwanie, każdy wie, co to oznacza, czułam już, jak w mojej wyobraźni wyłaniają się obozy koncentracyjne i samotna cela, i mielibyśmy pozwolić wysłać tam tatę?

– On oczywiście nie pójdzie – wyjaśniła mi Margot, gdy czekałyśmy w pokoju na mamę. – Mama poszła do van Daanów, żeby zapytać, czy możemy jutro przenieść się do naszej kryjówki. Van Daan będzie się ukrywać razem z nami. Będziemy tam więc w siódemkę.

Cisza. Nie mogłyśmy więcej rozmawiać, myśl o tacie, który niczego nie przeczuwając, poszedł w odwiedziny do Joodse Invalide, czekanie na mamę, upał, napięcie, wszystko to sprawiało, że milczałyśmy.

Nagle znowu zadzwoniło.

– To Hello – powiedziałam.

– Nie otwieraj – powstrzymała mnie Margot, ale było to zbędne, usłyszałyśmy, że mama i pan van Daan rozmawiają na dole z Hello, potem przyszli na górę i zamknęli za sobą dokładnie drzwi. Przy każdym dzwonku musiałyśmy teraz, Margot albo ja, schodzić cichutko na dół, żeby zobaczyć, czy to tata, nikogo innego nie wpuszczałyśmy. Zostałyśmy z Margot wyproszone z pokoju, van Daan chciał porozmawiać z mamą sam na sam.

Kiedy siedziałyśmy z Margot w naszej sypialni, opowiedziała, że to wezwanie dotyczyło nie ojca, lecz jej. Wystraszyłam się na nowo i zaczęłam płakać. Margot ma szesnaście lat, chcą więc wysyłać takie młode dziewczyny, ale ona na szczęście nie pójdzie, mama sama to powiedziała i do tego odnosiły się też zapewne słowa taty, kiedy rozmawiał ze mną o ukryciu się. Ukryć się, gdzie mielibyśmy się ukryć, w mieście, na wsi, w jakimś domu, w jakiejś szopie, kiedy, jak, gdzie...? Było wiele pytań, których nie mogłam zadać, a które przecież stale na nowo powracały.

Zaczęłyśmy z Margot pakować do teczki szkolnej to, co najpotrzebniejsze. Pierwszą rzeczą, jaką do niej wsadziłam, był ten zeszyt w twardej oprawie, potem wałki do włosów, chusteczki do nosa, podręczniki, grzebień, stare listy; myślałam o ukrywaniu się i wkładałam przez to do teczki najbardziej nonsensowne rzeczy, ale niczego nie żałuję, bardziej zależy mi na wspomnieniach niż na sukienkach.

O godzinie piątej tata wrócił wreszcie do domu, zadzwoniliśmy do pana Kleimana i zapytaliśmy, czy mógłby przyjść jeszcze wieczorem. Van Daan wyszedł i przyprowadził Miep. Miep przyszła, zabrała do torby parę butów, sukienek, żakietów, bielizny i pończoch i obiecała wrócić wieczorem. Potem w naszym mieszkaniu było cicho; nikomu z nas czworga nie chciało się jeść, było jeszcze gorąco i wszystko było bardzo dziwne.

Nasz duży pokój na górze wynajęliśmy niejakiemu panu Goldschmidtowi, rozwiedzionemu mężczyźnie lat trzydziestu paru, który tego wieczora nie miał prawdopodobnie nic do roboty; dlatego przesiedział u nas do godziny dziesiątej i dobrym słowem nie można się go było pozbyć.

O godzinie jedenastej przyszli Miep i Jan Gies. Miep jest od 1933 roku w przedsiębiorstwie taty i stała się zaufaną znajomą, podobnie jak jej świeżo upieczony małżonek Jan. ­Znowu buty, pończochy, książki i bielizna znikały w torbie Miep i głębokich workach Jana; o wpół do dwunastej zniknęli i oni sami.

Byłam śmiertelnie zmęczona i chociaż wiedziałam, że miała to być ostatnia noc w moim łóżku, zasnęłam natychmiast i dopiero o wpół do szóstej rano obudziła mnie mama. Na szczęście upał był nieco mniejszy niż w niedzielę; przez cały dzień lał ciepły deszcz. Wszyscy w czwórkę ubraliśmy się tak grubo, jakbyśmy mieli nocować w lodówce, a to tylko dlatego, żeby zabrać jeszcze trochę odzieży. Żaden Żyd nie odważyłby się w naszej sytuacji wyjść z domu z walizką pełną ubrań. Miałam na sobie dwie koszulki, trzy pary majtek, sukienkę, na tym spódnicę, żakiet, płaszcz letni, dwie pary pończoch, buty, czapkę, szal i jeszcze parę innych rzeczy, dusiłam się już w domu, ale o to nikt nie pytał.

Margot załadowała swoją teczkę szkolną podręcznikami, przyprowadziła rower ze stojaka i pojechała za Miep w nieznaną mi stronę. Ja zaś wciąż jeszcze nie wiedziałam, gdzie znajduje się to tajemnicze miejsce naszego przeznaczenia.

O wpół do ósmej i my zamknęliśmy za sobą drzwi; jedyną istotą, z którą musiałam się pożegnać, był Moortje, mój mały kotek, który miał znaleźć dobrą opiekę u naszych sąsiadów, jak zostało zaznaczone w liście adresowanym do pana Goldschmidta.

Rozścielone łóżka, stół nakryty do śniadania, funt mięsa dla kota w kuchni, wszystko to sprawiało wrażenie, jakbyśmy uciekli na łeb, na szyję. Nie zależało nam na wrażeniach, chcieliśmy uciec, jedynie uciec i bezpiecznie przybyć na miejsce, nic więcej.

Jutro ciąg dalszy.

Twoja Anne

CZWARTEK, 9 LIPCA 1942

Kochana Kitty,

Szliśmy tak w strumieniach deszczu, tata, mama i ja, każdy z nas z teczką szkolną i torbą na zakupy, załadowanymi do samej góry rzeczami leżącymi najczęściej bez ładu jedne na drugich. Idący do pracy robotnicy patrzyli na nas ze współczuciem; na ich twarzach można było wyraźnie odczytać żal, że nie mogą nam zaoferować żadnego pojazdu; rzucająca się w oczy żółta gwiazda mówiła sama za siebie.

Dopiero kiedy byliśmy na ulicy, tata i mama opowiedzieli mi kawałek po kawałku o całym planie ukrywania się. Już od miesięcy wynosili z domu tyle sprzętów i odzieży, ile tylko było można, i teraz byliśmy akurat tak przygotowani, że 16 lipca mieliśmy dobrowolnie zacząć się ukrywać. Przez to wezwanie termin ukrycia się został przyspieszony o dziesięć dni, tak że musieliśmy się zadowolić gorzej uporządkowanymi apartamentami.

Sama kryjówka miała znajdować się w budynku taty biura. Osobom niewtajemniczonym trochę trudno to pojąć, dlatego wyjaśnię to bliżej. Tata nie miał zbyt dużego personelu, pan Kugler, Kleiman i Miep, następnie jeszcze Bep Voskuijl, 23-letnia stenotypistka, wszyscy oni wiedzieli o naszym przyjściu. W magazynie pan Voskuijl, ojciec Bep, i dwóch pomocników, którzy o niczym nie wiedzieli.

Budynek wygląda następująco: parter jest dużym pomieszczeniem, używanym jako skład. Jest on podzielony na różne kąciki, jak sala do mielenia, gdzie miele się cynamon, goździki i surogat pieprzu, i spiżarnia. Obok drzwi do magazynu znajdują się zwykłe drzwi domowe, które, przez kolejne drzwi, prowadzą do schodów. Idąc schodami na górę, dochodzi się do półmatowych drzwi, na których znajdował się kiedyś napis czarnymi literami „kantor”. Jest to duży kantor przedni, bardzo duży, bardzo jasny, bardzo przepełniony. W ciągu dnia pracują tam: Bep, Miep i pan Kleiman. Przez niewielki gabinet z szafą pancerną, garderobę i dużą szafę na zapasy dochodzi się do małego, stęchłego, dość ciemnego pokoiku z tyłu. Siedzieli tam wcześniej pan Kugler i pan van Daan, teraz już tylko ten pierwszy. Do kantoru Kuglera można się dostać również z korytarza, ale wówczas tylko przez szklane drzwi, które otwierają się jedynie od środka, a od zewnątrz z wielkim trudem. Z kantoru Kuglera długim wąskim korytarzem, obok komórki na węgiel, cztery schody do góry, najwspanialszy lokal w całym budynku, kantor prywatny. Wytworne, ciemne meble, linoleum i dywany na podłodze, radio, elegancka lampa, wszystko świetne-świetne. Obok duża, przestronna kuchnia z termą do ciepłej wody i dwoma palnikami gazowymi, a z boku toaleta. To jest pierwsze piętro. Z korytarza na dole biegną do góry zwykłe drewniane schody. Na górze jest mały przedsionek, ­który został nazwany korytarzykiem. Na prawo i lewo od korytarza są drzwi, lewe prowadzą do przedniej części domu ze składami, przednim poddaszem i przednim strychem. Z tej przedniej części budynku biegną jeszcze z drugiej strony długie, strasznie strome schody, typowo holenderskie łamacze nóg, do drugich drzwi prowadzących na ulicę.

Na prawo od korytarza znajduje się „Oficyna”. Żaden człowiek by nie przypuścił, że za tymi prostymi, pomalowanymi na szaro drzwiami jest ukrytych tyle pokoi. Przed drzwiami jest próg, a potem jest się już w środku. Po prawej stronie, na wprost drzwi wejściowych strome schody, na lewo mały korytarzyk i pokój, ten pokój miał się stać pokojem dziennym i sypialnią państwa Franków, obok niego jest jeszcze jeden mały pokój, sypialnia i pokój do nauki dwóch panien Frank. Na prawo od schodów pokój bez okna, z umywalką i zamykanym kącikiem z toaletą, ponownie drzwi, prowadzące do pokoju Margot i mojego. Kiedy wejdzie się schodami na górę i otworzy znajdujące się tam drzwi, staje się ze zdziwienia, że w takim starym domu nad kanałem znajduje się takie duże, jasne i przestronne pomieszczenie. W pomieszczeniu tym stoi piec gazowy (zawdzięczamy to faktowi, że wcześniej było tu laboratorium Kuglera) i zlew. Kuchnia więc, a zarazem i sypialnia małżeństwa van Daanów, wspólny pokój dzienny, jadalnia i pokój roboczy. Malutki pokoik przejściowy stanie się apartamentem Petera van Daana. Dalej, podobnie jak w części przedniej, poddasze i strych. Spójrz, przedstawiłam Ci całą naszą fajną Oficynę!

Twoja Anne

PIĄTEK, 10 LIPCA 1942

Kochana Kitty,

Bardzo prawdopodobne, że Cię porządnie wynudziłam moim rozwlekłym opisem mieszkania, ale uważam, że to jednak konieczne, żebyś wiedziała, gdzie się znalazłam; jak się tu znalazłam, dowiesz się z wszystkich kolejnych listów.

Teraz najpierw ciąg dalszy mojego opowiadania, bo wiesz, że jeszcze nie skończyłam. Kiedy dotarliśmy na ulicę Prinsengracht 263, Miep zaprowadziła nas prędko długim korytarzem, drewnianymi schodami prosto na górę, do Oficyny. Zamknęła za nami drzwi i zostaliśmy sami. Margot przyjechała na rowerze o wiele wcześniej i czekała już na nas.

W naszym pokoju dziennym i we wszystkich innych pokojach był taki bałagan, że aż trudno opisać. Wszystkie kartonowe pudła, które w trakcie minionych miesięcy zostały wysłane do kantoru, stały na podłodze i na łóżkach. Mały pokoik aż do sufitu wypełniony był pościelą. Jeżeli wieczorem chcieliśmy położyć się do przyzwoicie pościelonych łóżek, musieliśmy natychmiast zabrać się do pracy i wszystko posprzątać. Mama i Margot nie były w stanie ruszyć ręką ani nogą, leżały na gołych łóżkach, były zmęczone, rozleniwione i nie wiem co jeszcze, ale tata i ja, dwóch porządkowych w rodzinie, chcieliśmy od razu zacząć.

Wypakowywaliśmy przez cały dzień z pudeł do szaf, majsterkowaliśmy i sprzątali, aż wieczorem padliśmy śmiertelnie zmęczeni na czyste łóżka. Cały dzień nie jedliśmy nic ciepłego, ale to nam nie przeszkadzało;

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.NA POPRZEDNIEJ STRONIE:
_Edith Frank-Hollander z córkami Anne (z lewej) i Margot,
Frankfurt nad Menem, 10 marca 1933 roku.
Zdjęcie zrobione w budce w centrum handlowym Tietz_

We wszystkim jestem dokładnie inna niż ona, a to oczywiście wywołuje konflikty. Nie osądzam mamy charakteru, bo tego osądzać nie umiem, patrzę na nią tylko jak na matkę. Dla mnie mama nie jest matką. Ja sama muszę być swoją matką. Odłączyłam się od nich, lawiruję jedynie, a później zobaczę, dokąd dotarłam. Dzieje się tak zwłaszcza dlatego, że w samej sobie widzę bardzo dobry przykład tego, jaka powinna być matka i kobieta, i niczego takiego nie odnajduję w tej, którą muszę nazywać matką.

Zakładam sobie zawsze, że nie będę więcej patrzeć na przykłady niewłaściwego postępowania mamy, chcę widzieć tylko jej dobre strony, a czego u niej nie znajdę, szukać u siebie samej. Ale to się nie udaje, a najgorsze jest to, że ani tata, ani mama nie uświadamiają sobie, że nie spełniają moich oczekiwań i że ich za to potępiam. Czy ktoś byłby w stanie zadowolić w pełni swoje dzieci?

Czasem wierzę, że Bóg chce mnie wystawić na próbę, teraz, a także później. Muszę stać się tylko dobra, bez przykładów i bez rozmów, wtedy będę później najsilniejsza.

Kto inny niż ja sama będzie później czytać te listy? Kto inny niż ja sama mnie pocieszy? Bo często potrzebuję pociechy, częstokroć jestem nie dość silna i raczej chybiam, niż trafiam. Wiem o tym i próbuję, codziennie na nowo, poprawić się.

Jestem nierówno traktowana. Jednego dnia Anne jest taka rozsądna i może o wszystkim wiedzieć, a następnego dnia słyszę znowu, że Anne jest tylko małą, głupią owieczką, która nic nie wie i myśli, że nauczy się z książek cudów. Nie jestem już dzieckiem ani pieszczoszkiem, którego w dodatku można wyśmiewać do woli. Mam swoje własne ideały, pomysły i plany, ale nie umiem ich jeszcze wyrazić słowami.

Ach, wszystko we mnie rośnie, gdy jestem wieczorem sama, również w ciągu dnia, kiedy muszę znosić ludzi, którzy mi bokiem wychodzą albo którzy zawsze na odwrót pojmują moje zamiary. Dlatego zawsze wracam w końcu do mojego dziennika, to jest mój początek i mój koniec, bo Kitty zawsze jest cierpliwa. Obiecam jej, że wytrwam mimo wszystko, utoruję sobie swoją własną drogę i będę połykać łzy. Chciałabym tylko tak bardzo już zawczasu widzieć rezultaty albo żeby choć jeden raz ktoś tchnął we mnie otuchę, ktoś, kto mnie lubi.

Nie potępiaj mnie, ale potraktuj jak kogoś, kto też może czasem mieć wszystkiego dość!

Twoja Anne

ŚRODA, 3 LISTOPADA 1943

Dostępne w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij