Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Dziennik Noel - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 listopada 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Dziennik Noel - ebook

– Wiesz, co mówią o prawdzie, Jacobie?

– Co takiego?

– Że wyzwala.

Miliony fanów, noce w luksusowych hotelach, podróże pierwszą klasą. Życie Jacoba Churchera, uwielbianego autora, przypomina piękną powieść. Lecz mężczyzna jest samotny i tęskni za prawdziwą miłością. I tylko w snach nawiedza go tajemnicza kobieta.

Gdy Jacob dowiaduje się o śmierci matki, musi wrócić tam, skąd pochodzi. Zagracony rodzinny dom oprócz rupieci kryje bolesne wspomnienia i prawdę o przeszłości pisarza. To przed nimi Jacob całe życie uciekał. Teraz będzie musiał zmierzyć się z tym, co boli najbardziej.

Czy w podróży do własnej przeszłości Jacob odnajdzie ukojenie?

Czy uda mu się odnaleźć kobietę, która nawiedza go w snach?

Czy uwierzy w istnienie prawdziwej miłości?

Dziennik Noel to przepiękna opowieść o tym, co robi człowiek, gdy dostaje szansę, by napisać swoje życie od nowa. Poruszający początek świątecznej Serii z Noel.

Najbardziej osobista i autobiograficzna książka Richarda Paula Evansa.

***

Seria z Noel

Słowo Noel pochodzi z łaciny i oznacza „narodzić się”. Seria z Noel to wyjątkowe historie o tym, że w każdym życiu mogą narodzić się miłość i dobro. Wystarczy tylko mocno w to wierzyć.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-7176-0
Rozmiar pliku: 736 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

W snach, w mglistych zaułkach mojej świadomości, od dawna pojawia się młoda kobieta o długich czarnych włosach mieniących się w słońcu jak obsydian. W wizji tej jestem dzieckiem, kobieta tuli mnie do piersi, śpiewa i patrzy czule w moją twarz łagodnymi oczami w kształcie migdałów. Zawsze jest to ta sama kobieta. Nie wiem, kim ona jest ani dlaczego odwiedza moje sny. Nie wiem nawet, czy naprawdę istnieje. Sprawia jednak takie wrażenie. I w głębi serca za nią tęsknię. Jestem pewny, że mnie kocha. Albo kochała. A ja kocham ją.

To będzie opowieść o tym, jak ją odnalazłem. Oraz o tym, jak podczas tych poszukiwań znalazłem miłość.ROZDZIAŁ 1

środa, 7 grudnia
Chicago

Do Dunkin’ Donuts weszła reporterka z „USA Today”. Wyglądała na zabieganą i zmęczoną, czyli jak niemal każdy w centrum Chicago. Na wywiad z nią o czternastej w cukierni opodal parku Millenium umówiła mnie moja specjalistka od reklamy. Było dziesięć po.

Reporterka odszukała mnie wzrokiem i podeszła szybko.

– Przepraszam za spóźnienie, panie Churcher – wydyszała, rzucając torbę na puste krzesło pomiędzy nami. Rozsupłała wełniany szal, który opatulał jej szyję. Przenikliwy ziąb wyszczypał jej policzki i nos na czerwono. – Szkoda, że nie przyjechałam kolejką miejską. Znalezienie miejsca do parkowania w centrum Chicago jest tak samo trudne jak znalezienie w tym mieście uczciwego polityka.

– Nic się nie stało – powiedziałem.

Przyjrzałem się jej. Wyglądała na dwadzieścia dwa–trzy lata, najwyżej dwadzieścia pięć. Z każdym rokiem kobiety wydawały mi się coraz młodsze. Pewnie dlatego, że się starzałem. Upiłem łyk kawy, a reporterka zdjęła zimowe okrycie.

– Strasznie zimno. Nie dziwię się, że Chicago jest nazywane Wietrznym Miastem.

– Ale ten przydomek nie ma nic wspólnego z pogodą – sprostowałem. – Wymyślił go redaktor nowojorskiego „The Sun”, ponieważ uważał mieszkańców i polityków Chicago za nadętych.

– Nie wiedziałam o tym.

– Napije się pani kawy?

– Nie, dzięki. Zmarnowałam już dosyć pańskiego czasu.

Mając doświadczenia z ponad pięciuset wywiadów dla prasy, nauczyłem się traktować reporterów z taką samą ostrożnością jak bezdomne psy. Prawdopodobnie nie są groźni, ale dla własnego bezpieczeństwa lepiej z góry założyć, że mogą ugryźć. Nauczyłem się też, że stwierdzenie „mówię to nieoficjalnie” jest odbierane jako „sprawdź, czy baterie w twoim dyktafonie są naładowane, kotku, bo zaraz usłyszysz o brudach, na które czekasz”.

– Jak się pan miewa? – zapytała już spokojniejszym tonem.

– Świetnie.

Wyciągnęła z torby mały dyktafon i położyła go na stole.

– Nie ma pan nic przeciwko temu, że będę nagrywać, prawda?

Zawsze zadają to pytanie. I zawsze kusi mnie, żeby powiedzieć, że owszem, mam.

– Nie, skądże.

– Okej, w takim razie zaczynamy. – Nacisnęła guzik i czerwona dioda zaczęła migać. – Rozmawiam ze światowej sławy autorem bestsellerów Jacobem Churcherem. Wywiad znajdzie się w świątecznym podsumowaniu roku. – Spojrzała na mnie. – Panie Churcher, mogę mówić do pana „Jake”?

– Proszę.

– Jake, właśnie ukazała się twoja najnowsza książka. Zbyt wcześnie, żeby trafiła na listy, ale jestem pewna, że tak się stanie.

– Nigdy nie biorę tego za pewnik – rzekłem. – Ale jest środa. Dziś po południu będę już wiedział.

– Jestem pewna, że trafi na pierwsze miejsce.

– Mało prawdopodobne, ale miejmy taką nadzieję.

– Więc jaka dla ciebie jest ta pora roku?

Upiłem łyk kawy, odstawiłem filiżankę i ręką wskazałem salę.

– Właśnie taka. Długie podróże. Mnóstwo wywiadów. Mnóstwo kawy. Kilka podpisanych książek.

– Wczoraj wieczorem podpisywałeś książki w…

– Naperville.

– Właśnie. Jak było?

– Dobrze.

– Ilu czytelników przyszło?

– Pięciuset, może sześciuset. Średnio właśnie tylu przychodzi.

– Ile miast odwiedziłeś?

– Chyba dwanaście. Nowy Jork, Boston, Cincinnati, Birmingham, Dallas… Reszty nie pamiętam.

– Musisz być bardzo zmęczony. Kiedy kończysz podróż promocyjną?

– Chicago to ostatni przystanek. Za cztery godziny odlatuję do domu.

– Więc wracasz do Idaho?

– Do Coeur d’Alene – powiedziałem w taki sposób, jakby to miasto było stanem. – Lecę przez Spokane.

– A więc święta w domu. Jak wygląda Boże Narodzenie u Churchera?

Zawahałem się.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Taki jest temat tego wywiadu.

– Nuda. Przeważnie.

Roześmiała się.

– Spędzasz je z rodziną, przyjaciółmi…

– Nie. Spędzam je samotnie. Otwieram prezenty od agentki i wydawcy, wypijam kilka kieliszków ajerkoniaku, potem oglądam mecze, których nie widziałem, bo byłem w trasie.

Reporterka wyglądała na poirytowaną.

– Ale masz chyba jakieś tradycje bożonarodzeniowe?

– Jasne. Właśnie ci o nich opowiedziałem.

Zirytowała się jeszcze bardziej.

– Jak wyglądały święta twojego dzieciństwa? Jakieś wyjątkowe wspomnienia?

Powoli wypuściłem powietrze z płuc.

– Zdefiniuj „wyjątkowe”.

– Było jakieś Boże Narodzenie, którego nigdy nie zapomnisz?

Uśmiechnąłem się ponuro.

– O tak.

– Możesz mi opowiedzieć?

– Uwierz mi, nie chcesz tego usłyszeć.

– Przekonajmy się.

– No dobrze. Popołudnie pierwszego dnia świąt. Miałem siedem lat, siedziałem w swoim pokoju na podłodze wśród zabawek, które dostałem na Gwiazdkę. Weszła mama i zaczęła krzyczeć, że zrobiłem straszny bałagan. Kazała mi pójść do kuchni i przynieść dużą drewnianą kopyść. Potem ściągnęła mi spodnie i zaczęła mnie bić. Okładała mnie, jakby wstąpił w nią diabeł. Przestała, dopiero kiedy złamała kopyść. Potem włożyła moje rzeczy do walizki, wyciągnęła mnie na ulicę i kazała mi znaleźć sobie inny dom. Stałem tam prawie trzy godziny, trzęsąc się z zimna. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Pomyślałem wtedy, że matki zawsze postępują tak z dziećmi, których już nie chcą. Nie byłem pewien, czy ktoś przyjdzie i mnie zabierze.

W końcu, po trzech godzinach, ponad godzinę po zachodzie słońca, przemarznięty do szpiku kości i głodny, wróciłem do domu i zapukałem do drzwi. Mama otworzyła dopiero po pięciu minutach. Stała i wpatrywała się we mnie. Potem zapytała: „Czego chcesz?”. Odparłem: „Mogę wrócić i tu mieszkać, jeśli będę grzeczny?”.

Odwróciła się bez słowa i weszła w głąb mieszkania. Nie powiedziała, żebym sobie poszedł, ani nie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem, zrozumiałem więc, że mogę wrócić. Poszedłem do swojego pokoju, wczołgałem się pod łóżko i zasnąłem. – Spojrzałem reporterce w oczy. – Nadaje się na wspomnienie wyjątkowych świąt?

Patrzyła na mnie ze zgrozą.

– Okej. Myślę, że mam dość materiału. – Pospiesznie wrzuciła swoje rzeczy do torby i włożyła płaszcz. – Dziękuję. Wywiad ukaże się mniej więcej tydzień przed Bożym Narodzeniem. – Wyszła na lodowatą ulicę.

„Moja agentka od reklamy mnie zabije”, pomyślałem.

*

Jeśli czytaliście którąś z moich książek, znacie mnie pod pseudonimem literackim J. Churcher. Moje pełne nazwisko brzmi Jacob Christian Churcher. Dopiero jako nastolatek uświadomiłem sobie, że nazywam się dziwacznie*, i zastanawiałem się, czy rodzice nadali mi imię dla żartu, podobnie jak ci pokręceni ludzie, których dzieci noszą nazwiska Ima Hogg** lub Robin Graves***.

Christian Churcher. J.Ch. Churcher. Nazwisko wydaje się tym bardziej podszyte ironią, że rodzice nigdy nie zaprowadzili mnie do kościoła.

Można by oczekiwać, że autor romansów ma powodzenie w romansach. Nic bardziej mylnego. Przynajmniej w moim przypadku. Może jestem klasycznym dowodem na to, że ci, którzy nic nie umieją, nauczają innych (a przynajmniej o tym piszą), ponieważ w wieku trzydziestu czterech lat mam na koncie jedynie serię nieudanych związków.

Mimo to wciąż próbuję.

Mówi się, że tylko głupiec postępuje tak samo i spodziewa się innych efektów. Możliwe, że jestem głupcem, uważam jednak, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Czuję, jakbym miał w sobie jakąś zadrę, która uniemożliwia mi znalezienie szczęścia w związku.

A może jest ze mną tak, jak w pewnej piosence****: szukam miłości w niewłaściwych miejscach. Kiedy zaczynałem karierę pisarską, doświadczony pisarz udzielił mi mądrej rady: „Nigdy nie umawiaj się z czytelniczką”. Zlekceważyłem jego ostrzeżenie. Spotykałem się z kobietami, które przychodziły na spotkania autorskie, ale każdy związek trwał mniej więcej tyle samo, ile smak gumy do żucia.

Problem polega na tym, że kobiety czytają moje powieści i zakochują się w opisywanych przeze mnie supermenach. Kiedy nie znajdują takiego idealnego mężczyzny w prawdziwym życiu (bo to niemożliwe), czasami upatrują go we mnie. Właśnie z takimi kobietami dotąd się umawiałem. A one szybko odkrywały, że jestem tak samo niedoskonały jak inni mężczyźni. A może nawet jeszcze bardziej.

*

Istnieje ku temu powód. Mój świat zaczął się walić, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Wydarzyły się dwie rzeczy. Zmarł mój starszy brat i rozwiedli się moi rodzice. Miałem wtedy cztery lata – byłem tylko pozornie za mały, żeby pamiętać. Czwarty sierpnia 1986 roku. Data śmierci Charlesa. Po tym dniu nic nie było już takie samo. Przede wszystkim mama nie była już taka sama.

Ruth – tak miała na imię mama – zmagała się z chorobą psychiczną. Tego, oczywiście, nie wiedziałem, kiedy byłem dzieckiem. Przez lata myślałem, że codzienne lanie i zaniedbywanie mnie to normalność. Kiedy dorastasz obok osoby chorej, nienormalność uważasz za normę. Dopiero kiedy stałem się nastolatkiem, łuski spadły mi z oczu i zobaczyłem, jakie moje życie jest naprawdę – niewiarygodnie popaprane.

Mama nie zawsze zachowywała się w stosunku do mnie okrutnie. Bywała miła i czuła. Były to rzadkie chwile, ale dla mnie najcenniejsze. W miarę jak dorastałem, zdarzały się coraz rzadziej. Przez większość czasu mama była nieobecna.

Często miewała migreny i spędzała dużo czasu w łóżku w ciemnym pokoju. Wyłączała telefon, kryjąc się przed światłem i światem. Stałem się nienaturalnie samodzielny jak na swój wiek. Sam sobie gotowałem, sam wyprawiałem się do szkoły, sam prałem swoje rzeczy w wannie.

Kiedy mama leżała w łóżku, wchodziłem do jej ciemnego pokoju, żeby sprawdzić, jak się czuje. Często prosiła, żebym podrapał ją po plecach i rękach ołówkiem, do którego przykleiła taśmą dwie wykałaczki. Niekiedy drapałem ją całymi godzinami. Były to jedyne chwile, kiedy czułem, że robię coś, czego mama potrzebuje i za co mnie kocha. Zdarzało się, że mówiła wtedy do mnie miłe słowa, których pragnąłem jak tlenu.

Nie tylko w domu żyłem w odosobnieniu. W szkole przez większość czasu trzymałem się na uboczu. Byłem – i nadal jestem – samotnikiem. Może dlatego, że zawsze czułem się inny od swoich rówieśników. Byłem ponury i poważny. Mówiono o mnie, że za dużo myślę. Poza tym nie miałem czasu na zawieranie i podtrzymywanie przyjaźni, bo musiałem uważać, żeby mama sobie czegoś nie zrobiła. Miała skłonności samobójcze i kilka razy próbowała wciągnąć mnie w przygotowania do pozbawienia się życia. Kiedyś poprosiła, żebym naostrzył nóż do krojenia mięsa, bo chciała podciąć sobie żyły.

Innym razem, kiedy byłem trochę starszy, po powrocie ze szkoły zobaczyłem, że wychodzący z rury wydechowej samochodu wąż ogrodowy jest wciśnięty do środka auta przez szparę w tylnym oknie, a szyby w pozostałych oknach są szczelnie zamknięte. Mama była nieprzytomna. Wyciągnąłem ją i położyłem na betonowej posadzce garażu. Miała potężny ból głowy, ale poza tym nie ucierpiała w żaden inny sposób. Ja cierpiałem wiele lat.

Jako trzynastolatek przerosłem mamę i wtedy przestała mnie bić. Może dlatego, że już nie płakałem, kiedy mnie okładała, a może się bała, że mogę jej oddać. Nie żebym kiedykolwiek chciał to zrobić. Pomimo okrucieństwa, którego doświadczyłem, nie byłem agresywny. Nie znosiłem przemocy. I nadal nie znoszę.

Moje wspomnienia o ojcu są co najmniej mgliste. Większość wiedzy o nim pochodziła od mamy, która powtarzała, że tacie na mnie nie zależało. Nauczyłem się nie brać jej słów na poważnie, jednak ojca bezsprzecznie nie było i z tego, co wiedziałem, wynikało, że nie robił nic, by uczestniczyć w moim życiu. Pod pewnymi względami byłem na niego jeszcze bardziej zły niż na mamę. Dlaczego go nie było? Jaką miał wymówkę? Gdyby mu na mnie zależało, to chyba nie zostawiłby mnie z mamą?

Boleśnie wspominam swój ostatni dzień w domu. Kiedy wieczorem wróciłem z pracy w Taco Time, wszystkie moje rzeczy leżały na trawniku. Nawet poduszka. Drzwi były zamknięte na klucz. Nie zapytałem mamy, co tym razem zrobiłem źle. Przestało mnie to obchodzić. Coś we mnie pękło. Wiedziałem, że przyszła pora, żeby odejść.

Pozbierałem kilka rzeczy z trawnika i wróciłem do Taco Time. Jedna z dziewczyn, z którymi pracowałem, Carly, zawsze była dla mnie miła. Była trochę ode mnie starsza i miała samochód, czarno-brązowego chevroleta citationa. Powiedziałem jej, że mama wyrzuciła mnie z domu, a ona zaproponowała, żebym zamieszkał u niej do czasu, aż coś znajdę.

Carly też została wyrzucona z domu, kiedy jej ultrareligijni rodzice przyłapali ją na piciu alkoholu. Zamieszkała wtedy u Candace i Tysona, swojej siostry i szwagra. Pomogłem Carly sprzątać, a potem pojechałem z nią do domu, niepewny, czy jej rodzina pozwoli mi zostać. Jej szwagier był zwalistym, wytatuowanym Samoańczykiem. Budził we mnie strach. Nigdy nie widziałem większego mężczyzny.

Okazało się jednak, że bałem się zupełnie niepotrzebnie. Potężny Tyson był łagodny jak baranek. Miał zaraźliwy, dudniący śmiech, którym wybuchał, kiedy coś szczególnie go rozbawiło. Był gorliwym chrześcijaninem i razem z Candace należał do chrześcijańskiego kościoła bezwyznaniowego. Spotykał się również z grupą mężczyzn na cotygodniowym porannym studiowaniu Biblii. Był oburzony, kiedy się dowiedział, że mama wyrzuciła mnie z domu. Powiedział, że mogę zostać u nich, dopóki nie stanę na nogi. Dla chłopaka w moim wieku i trudnej sytuacji życiowej była to niezwykle wspaniałomyślna propozycja.

Ich mały parterowy dom miał sześćdziesiąt pięć metrów kwadratowych, niewykończoną piwnicę i łazienkę o jasnoróżowych ścianach. Brakowało im dodatkowego łóżka, więc zaoferowali mi ogromny materac, który rozłożyli na podłodze w piwnicy. I tak zyskałem nowy dom.

Candace pracowała jako sekretarka w kancelarii adwokackiej. Tyson był zatrudniony w dziale sprzedaży międzynarodowej firmy handlującej sprzętem telefonicznym i posada ta zapewniała mu przywilej powrotu do domu o wpół do szóstej. Prawie co wieczór po kolacji siadał i pytał, co u mnie.

Przyjemnie było mieć męskie towarzystwo. Rozmowy z dorosłym mężczyzną były dla mnie czymś nowym, ale bardzo je lubiłem. Myślę, że Tyson też je lubił, ponieważ Candace wykazywała nikłe zainteresowanie większością rzeczy, które on uwielbiał: rugby, piekielnie pikantnymi skrzydełkami kurczaka i motorami Harley-Davidson.

Opuściłem dom rodzinny, mimo to nie przestałem chodzić do szkoły. Tyson i Candace wręcz na to nalegali, ale bez ich zachęty też bym kontynuował naukę. Zmieniłem jednak szkołę. A nawet okręg szkolny. Polubiłem nową szkołę, a zwłaszcza lekcje angielskiego i kreatywnego pisania. Powodem była przede wszystkim nauczycielka Janene Diamond – młoda i ładna kobieta, niedawna absolwentka college’u. Słyszy się czasem o uczniach zakochujących się w nauczycielkach: byłem jednym z nich. Nie wiem, czy pani Diamond miała pojęcie, co się działo w moim życiu prywatnym, lecz myślę, że coś wyczuwała. A może też się we mnie podkochiwała (o czym marzyłem).

Niezależnie od jej pobudek zainteresowała się mną w szczególny sposób i zachęcała mnie do pisania. Powiedziała, że piszę jak student college’u i mam zadatki na zawodowego pisarza. Pochwały były dla mnie czymś zupełnie nowym. Często zostawałem po lekcjach i pomagałem pani Diamond poprawiać wypracowania.

Pisanie zawsze było dla mnie rzeczą naturalną. Było jak mówienie, tylko łatwiejsze. Właściwie znacznie łatwiejsze. Kiedy stałem przed grupą ludzi, za każdym razem się denerwowałem, a słowa i myśli w mojej głowie obijały się o siebie chaotycznie niczym popcorn w mikrofalówce.

Jestem przekonany, że w przeważającej części przypadków odnosimy sukcesy nie wbrew życiowym trudnościom, ale właśnie dzięki nim. Myślę, że przeżyta trauma wyzwoliła we mnie chęć pisania i nauczyła empatii. Zawsze tworzyłem w myślach inne światy, bo pomagało mi to przetrwać. Wyobrażałam sobie różne sytuacje, żeby uciec przed swoim prawdziwym życiem i cierpieniem.

Nie mówiąc mi o niczym, pani Diamond zgłosiła jedno z moich opowiadań na okręgowy konkurs kreatywnego pisania. Zająłem pierwsze miejsce. Tyson, Candace i Carly przyszli zobaczyć, jak odbieram nagrodę. Zostałem zaproszony na scenę, gdzie dostałem dyplom, oprawiony w skórę brulion oraz długopis i ołówek marki Cross. Były to najładniejsze rzeczy, jakie kiedykolwiek miałem. Były to również, oprócz babeczki, którą wygrałem w drugiej klasie w konkursie ortograficznym, jedyne zdobyte przeze mnie nagrody.

Rok i trzy miesiące po tym, jak się do nich wprowadziłem, Tyson oznajmił, że jego pracodawca przenosi go do Spokane w stanie Waszyngton i że przeprowadzamy się za dwa miesiące, zaraz po mojej maturze. My. Nigdy nie było pytania, czy z nimi jadę, czy nie. Dla nich to było oczywiste. Byliśmy rodziną.

Carly nie pojechała z nami. Skończyła pierwszy rok na uniwersytecie w Utah i postanowiła zostać w Salt Lake u przyjaciół. We czworo spakowaliśmy cały nasz dobytek, a potem Tyson, Candace i ja załadowaliśmy wszystko na przyczepę i na tył pikapa Tysona. Ze łzami w oczach pożegnaliśmy się z Carly i ruszyliśmy w ponadtysiąckilometrową drogę z Salt Lake do Spokane: Tyson i Candace pikapem, ja używaną toyotą corollą, którą kupiłem pół roku wcześniej.

Może się wydawać dziwne, że nigdy nie powiedziałem mamie o przeprowadzce do innego stanu, nie miałem jednak podstaw, aby myśleć, że to by ją interesowało. Nie zrobiła nic, żeby mnie odnaleźć. Uznałem więc, że powiadomienie jej nie miałoby sensu. Byłoby to jak poinformowanie bezdomnego, na którym kanale nadawany jest mój ulubiony program. Bez sensu.

*

Tydzień po przeprowadzce do Spokane dostałem pracę jako roznosiciel pizzy w Caruso’s Sandwich & Pizza Co. Dobrze zarabiałem na napiwkach i firma pozwalała nam się najeść, co było dla mnie dużym plusem. Zwykle przynosiłem do domu wszystkie nieodebrane pizze, które zostawały na koniec mojej zmiany, a Tyson pochłaniał je z radością o północy.

Pod koniec lata zapisałem się na kurs kreatywnego pisania na uniwersytecie Gonzagi. Dostawałem stypendium i dobre oceny. Podobało mi się w college’u. Nie było tam dzikich imprez w morzu piwa, jakie ogląda się w serialach telewizyjnych, ani niczego w tym stylu. Żyłem głównie samotnie, co mi odpowiadało. Wiele czasu spędzałem w bibliotece i napisałem kilkanaście opowiadań, z których kilka zostało wydanych w „The Reflection”, uniwersyteckim czasopiśmie poświęconym sztuce i literaturze. Dorabiałem też, pisząc dla szkolnej gazety „The Bulletin”.

Po raz pierwszy w życiu wiedziałem, co chcę robić. Chciałem być pisarzem. Szczytem moich marzeń było zostać wydawanym pisarzem. Jak jeden z moich profesorów. Nie był sławny, ale miał swoich wielbicieli. Nie potrafiłem wyobrazić sobie niczego lepszego.

W wieku dwudziestu trzech lat zdobyłem licencjat z literatury. Na ostatnim roku studiów odbywałem praktykę w miejscowej firmie, Deaconess Healthcare. Pisałem dla nich cotygodniowe biuletyny i artykuły do Internetu. Po studiach zatrudnili mnie na cały etat.

Finansowo nigdy nie wiodło mi się lepiej. Dlatego w końcu wyprowadziłem się od Tysona i Candace. Nigdy mnie o to nie prosili – prawdę mówiąc, byli smutni, kiedy zabierałem swoje rzeczy, jednak po tym, co dla mnie zrobili, nie chciałem doprowadzać do sytuacji, kiedy

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij