Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Dziewczyna z innej epoki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 sierpnia 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Dziewczyna z innej epoki - ebook

Drodzy Czytelnicy!

Sezon roku 1816 obfituje nie tylko w wykwintne bale, ale też historie tak osobliwe, że niemal nieprawdopodobne. Panna Rebecca Sheridan – dama, która zdaje się nie przystawać do naszej epoki – nagle podbija wszystkie serca, stając się jedną z najjaśniejszych gwiazd sezonu.

Lecz jak dobrze wiemy, tam gdzie do głosu dochodzi serce, rozsądek zwykł ustępować. Zamiast skierować swe uczucia ku jednemu z najbardziej pożądanych dżentelmenów, panna Sheridan najwyraźniej darzy szczególnym zainteresowaniem mężczyznę, o którym mówi się wyłącznie półgłosem. Reedlan Knox – nazwisko budzące niepokój i ciekawość – sprawia, że dama zachowuje się w sposób, który trudno uznać za roztropny.

Z pewnością bardziej spostrzegawczy zdążyli już zauważyć, że pod nienaganną fasadą naszego świata kryje się znacznie więcej, niż wypadałoby przyznać. Niepokojące sekrety zaczynają wychodzić na światło dzienne, a intrygi, które większość wolałaby przemilczeć, przyciągają pannę Sheridan z zadziwiającą siłą.

I jak na ironię, jedyną osobą zdolną pomóc naszej bohaterce może okazać się właśnie ten, którego powinna unikać najbardziej.

Rodzi się zatem pytanie: czy panna Sheridan zdoła ocalić swoje serce, czy też odda je bez reszty w ręce mężczyzny, który z łatwością może je złamać?

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-758-4
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Środa, 8 maja

Gdybym dostawała funta za każdym razem, gdy słyszę: „Masz starą duszę”, byłabym już bogata.

Nie mam starej duszy. Mam duszę _vintage_, a to różnica. Subtelna, ale jednak.

Od zawsze miałam wrażenie, że urodziłam się w złej epoce, w czym utwierdzam się każdego dnia mojego dwudziestojednoletniego życia.

Jestem _vintage_ w życiu – nie znoszę pośpiechu i braku ogłady. A zwłaszcza niepotrzebnych przekleństw. Jeśli już coś mi się wymsknie, to znaczy, że jestem naprawdę wkurzona.

Jestem _vintage_ w pracy – najchętniej zostałabym nauczycielką historii albo kustoszką w muzeum.

Jestem _vintage_ w miłości – lubię, gdy związek rozwija się powoli.

I właśnie to ostatnie w szczególności leży na sercu May, dziewczynie, z którą pracuję w bibliotece University College London i która z biegiem czasu stała się moją powiernicą.

Przekonała mnie nawet, żebym pobrała aplikację randkową i w ten sposób znalazła sobie chłopaka.

Ja i aplikacja randkowa! Toż to przeciwieństwo wolno rozwijającej się relacji!

Jak dotąd dzięki MatchMe przekonałam się o jednym: że za pomocą jednego pocałunku jestem w stanie zmienić księcia z bajki w boleśnie żenujący egzemplarz męskiej populacji. To moja supermoc. Po pierwszym facecie, który ukradł mi konto na Amazonie, drugim, który dostał nagłej amnezji, ale ostatecznie przypomniał sobie, że ma dziewczynę, i do niej wrócił, oraz trzecim, przez którego prawie zostaliśmy aresztowani, bo przyjechał po mnie skradzionym autem, wczoraj wieczorem przyszedł czas na absolutnego króla rankingu: gość pojawił się z żoną i zaproponował mi trójkąt.

– Poddaję się – mówię do May, odinstalowując aplikację.

– Hej, daj sobie jeszcze jedną szansę! Piątą – nalega. – Piąty będzie tym właściwym.

Różnica między mną a May polega na tym, że ona nie potrafi być sama, a ja czuję się z tym świetnie, co ona uważa za coś niemożliwego.

– Czterech dziwaków w zupełności mi wystarczy. Szkolę się na egiptolożkę, a nie na pracownicę socjalną.

– Ależ ty jesteś wybredna, przecież nie musisz od razu za nich wychodzić za mąż – odpowiada zirytowana May.

– Nie jestem wybredna – oznajmiam. – Po prostu mam swoje wymagania.

– Jeśli ciut nie obniżysz poprzeczki, umrzesz jako dziewica. I tak już jesteś przeterminowana.

– Jak to przeterminowana? Nie jestem jogurtem, nie mam daty ważności wytatuowanej na czole.

– Ty nie, co innego prezerwatywy, które ci dałam – stwierdza. – Dopasowanie seksualne to podstawa harmonii w związku, a kluczem do tego jest eksploracja! Studiujesz egiptologię, eksplorację powinnaś mieć w naturze.

Udaję, że to mnie nie ubodło, i skupiam się na układaniu zwróconych tomów na specjalnym wózku, którym potem odwiozę je na regały.

– Co tu robi książka z wydziału farmacji?

Wyciąga ze stosu podręcznik chemii nieorganicznej.

– Odniosę ją na miejsce, a ty natychmiast ściągnij MatchMe.

May i ja studiujemy na University College London i odkąd przeprowadziłam się do stolicy z Marden, wsi w hrabstwie Kent liczącej trzy tysiące siedmiuset mieszkańców, czyli od trzech lat, pracujemy razem w bibliotece głównej. Jest dla mnie kimś w rodzaju przyjaciółki.

Ona studiuje psychologię i chce zostać terapeutką par (najlepiej gwiazd). Żyje po to, aby łączyć ludzi. W ciągu tych trzech lat byłam świadkiem, jak skojarzyła ze sobą dziewczynę i chłopaka z kawiarni, nieokreśloną liczbę ludzi z uniwerku, a nawet dwoje profesorów. Jest jak Emma Woodhouse z powieści Jane Austen, tyle że z niebies­kimi włosami.

Odkąd wyznałam jej, że jestem dziewicą, z entuzjazmem obrała mnie za obiekt swojej nowej misji.

Lub też przedmiot badań. Obawiam się, że ma zamiar opisać mój przypadek w swojej pracy dyplomowej.

– A właśnie, Rebecco – zagaduje. – W niedzielę po południu mam coś do załatwienia, mogłabyś mnie zastąpić?

– Pracowałam już trzy niedziele z rzędu – protestuję. – Mam też zmianę w sobotę – dodaję.

Bardzo chciałabym mieć możliwość jej odmówić, ale życie w Londynie jest koszmarnie drogie, a mnie – w przeciwieństwie do May – nikt nie pomaga w opłacaniu czynszu. Co za szczęście, że chociaż mam stypendium naukowe!

– Plis – błaga mnie, trzepocząc rzęsami. – Mam mecz.

– Miałam już plany – mruczę.

– Przeglądanie starych rupieci na pchlim targu to nie są żadne „plany”.

– To antyki, May – poprawiam ją. – A nie żadne rupiecie.

Jestem stałą klientką straganów w Portobello i Camden, które przeczesuję centymetr po centymetrze w poszukiwaniu wachlarzy, pieczątek do laku czy pamiątkowych kubków z wizerunkiem rodziny królewskiej. Przy odrobinie szczęścia znajduję też wstążki, koronki i koraliki, tworzę z nich biżuterię w stylu regencyjnym, a następnie sprzedaję na Etsy.

Lubię przeszłość. Przeszłość jest bezpieczna i przewidywalna, to idealna przestrzeń dla mnie, nienawidzącej niespodzianek i nagłych zwrotów akcji.

– No to się zamienimy: ja wezmę twoją sobotnią zmianę – proponuje May. – W ten sposób będziesz mogła pójść na tę imprezę kostiumową.

– Regency Revival! – wykrzykuję. To impreza organizowana przez Towarzystwo Przyjaciół Regencji, podczas której miłośnicy epoki regencji spotykają się, by spędzić popołudnie zgodnie z zasadami życia towarzyskiego z początku dziewiętnastego wieku. Oczywiście wszyscy w strojach z epoki. W tym roku impreza odbędzie się w Hatchards, najstarszej londyńskiej księgarni otwartej w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym roku. W tym samym miejscu odbędzie się również premiera nowej powieści Patricii O’Neal, królowej romansów regencyjnych. – To rekonstrukcja historyczna.

– To znaczy, że się zgadzasz?

Ze względu na godziny pracy porzuciłam już – acz bardzo niechętnie – pomysł uczestnictwa w tym wydarzeniu. Po śmierci rodziców powieści regencyjne stały się dla mnie pewnego rodzaju schronieniem, a przedstawiany w nich świat, z jego zasadami i etyki­etą, których należało ściśle przestrzegać, stanowił bezpieczną przystań, gdy wszystkie pewniki zaczęły się rozpadać.

Ten gatunek odkryłam dzięki sąsiadce, Gwendzie Fanning, ekscentrycznej emerytowanej profesorce fizyki teoretycznej. Mieszka sama i zaczęła zapraszać mnie do siebie po kolacji i pożyczać mi powieści Georgette Heyer, Mary Balogh, Julii Quinn i oczywiście Patricii O’Neal.

Nie mogę się doczekać, kiedy jej powiem, że też będę na rekonstrukcji.

Gwenda pomaga mi również w pisaniu pracy magisterskiej: „Egipto­mania w epoce regencji: jak kampanie napoleońskie rozbudziły modę na starożytny Egipt”.

– Pewnie, że tak! – wołam z radością.

– Może spotkasz tam pana Darcy’ego i podarujesz mu swój dziewiczy wianek – chichocze May, zadowolona z perspektywy wolnej niedzieli.

Kończę swoje obowiązki w rekordowo szybkim czasie, bo nie mogę się doczekać powrotu do domu i przymierzenia kostiumu na imprezę.

– Do jutra – żegnam May i wychodzę.

Zazwyczaj lubię zostawać w bibliotece wieczorami, zwłaszcza kiedy moja zmiana trwa do północy: to magiczna chwila, w której wszystko zastyga nieruchomo, w ciszy, bez pośpiechu popołudniowych konsultacji i całej tej bieganiny między wykładami.

Stare budynki i książki lubią spokój, zupełnie tak jak ja.

– Hej! Rebecco! – May wybiega za mną na chodnik. – Zostawiłaś pamiętnik – mówi, machając zeszytem.

– Dzięki! – wzdycham, przyciskając go do serca. – Umarłabym, gdybym go zgubiła.

– Przesadzasz, zawsze można kupić nowy. Może nawet ładniejszy.

Nie dodając nic więcej, wraca do środka.

Nie przeczę, jest brzydki: wybrałam najmniej rzucający się w oczy, żeby nikogo nie kusiło, aby do niego zaglądać.

Zeszyt mogę zawsze kupić ponownie, ale tego, co w nim jest, już nie: na tych stronach opisałam swoje życie, ale nie to prawdziwe, tylko takie, jakie mi się marzy.

W nim też jestem Rebeccą Sheridan, mam dwadzieścia jeden lat i tak jak teraz mieszkam w Londynie, jednak z małą różnicą: jest rok tysiąc osiemset szesnasty, a ja jestem lady.

Co więcej, pozwoliłam sobie też na pewną swobodę twórczą i dodałam sobie odrobinę szczęścia, którego na co dzień mi brakuje.

Jako lady Rebecca również jestem sierotą, ale przynajmniej nie zostałam zupełnie sama: opiekują się mną kuzyn Archie, który po moim zmarłym ojcu odziedziczył tytuł markiza, moja kochana ciotka Calpurnia i jej drugi mąż – mrukliwy wujaszek Algernon; mam też zaufaną pokojówkę Lucy oraz sąsiadkę i najlepszą przyjaciółkę, Emily.

Nie mając ani jednej bratniej duszy, która rozumiałaby moje dziwaczne hobby, postanowiłam ją sobie wymyślić. Emily darzy mnie uczuciem i rozumie.

Mój pamiętnik prowadzę w formie korespondencji między mną a nią, w której dzielimy się naszą pasją do egiptologii, literatury i pisania.

Wymieniłyśmy się również bransoletkami przyjaźni, które stworzyłam z turkusowej jedwabnej wstążki i perły w kształcie łezki. Ja swojej używam jako zakładki do książki.

Emily ma już za sobą debiut towarzyski i wyszła za mąż za świetną partię, a w swoich listach opowiada mi o życiu salonowym wyższych sfer.

Mamy nawet wspólnego „wroga” – nieznośną plotkarę, lady Ausonię Osbourne.

Lady Rebecca mieszka przy Charles Street w eleganckiej dzielnicy Mayfair, w jednym z tych wielkich białych domów z kolumnami, w których obecnie znajdują się luksusowe apartamenty na sprzedaż za piętnaście milionów funtów każdy.

To mieszkanie nie ma nic wspólnego z moją klitką w dzielnicy Bethnal Green, którą w ogłoszeniu na Gumtree nazwano kawalerką, ale w końcu tu, w prawdziwym życiu, nie mam jakichś szczególnych potrzeb. Nie wydaję żadnych przyjęć ani nawet popołudniowych herbatek.

W dzienniku naszkicowałam portrety wszystkich moich przyjaciół i krewnych na podobieństwo rodzinnego albumu, zapisałam tam też opowieści kryminalne, które lady Rebecca, aby zapewnić sobie niezależność finansową, publikuje potajemnie w „London Chronicle”.

Nie planuję wydawać tych zapisków, życie lady Rebekki nie ma konkretnej fabuły, to tylko małe fragmenty codzienności, które sobie opowiadam i które lubię bardziej niż moją rzeczywistość.

Ktoś może uznać, że to dziwne, ale w gruncie rzeczy to taka moja zupełnie niewinna i nieszkodliwa _guilty pleasure_.

Mój pamiętnik to mój prywatny świat i zgubienie go absolutnie nie wchodzi w rachubę.

Po powrocie do domu pukam do Gwendy, aby przekazać jej radosną nowinę.

Podekscytowana moim udziałem w Regency Revival sąsiadka podgrzewa nam zupę.

Od lat jest wdową, nie ma dzieci ani krewnych. Dotrzymujemy sobie towarzystwa w naszej samotności.

Na moim telefonie miga powiadomienie o nowym e­-mailu, który natychmiast otwieram.

– Na syna Anubisa – mruczę.

– Co cię trapi, kochana? – pyta Gwenda, nakrywając stół uroczą zastawą z kolekcji Queen Charlotte.

– Opinia profesora Sully’ego na temat mojej pracy magisterskiej. Wysłałam mu pierwsze rozdziały i… cytuję: „Pani praca jest poprawna, ale brakuje jej oryginalności i odwagi”.

Wzdycham.

– To mnie nie dziwi – zauważa Gwenda.

Przyjmuję to z zaskoczeniem.

– Jak to? Co masz na myśli?

– Cóż, miałabyś wiele interesujących pomysłów, gdybyś tylko zechciała się ruszyć i zgłębić niektóre tematy.

– Ruszyć się… – powtarzam z niezadowoleniem.

– Podróżować – wyjaśnia Gwenda. – Mogłaś pojechać na tę konferencję w Berlinie lub Turynie…

Otwieram usta, żeby zaprotestować, ale mnie wyprzedza.

– Jeśli chcesz powiedzieć, że podróżowanie jest drogie, to nawet nie próbuj! Znalazłam ci promocyjny lot do Kairu za czterdzieści dziewięć euro i dziewięćdziesiąt centów w obie strony.

– Nie ma mowy – oświadczam. – Nie lubię samolotów.

– Studiujesz egiptologię, Rebecco. Jak zamierzasz zostać egiptolożką, nie stawiając nigdy stopy w Egipcie?

– Pojadę tam… prędzej czy później.

– Jak? Teleportujesz się?

– Może pociągiem – zastanawiam się na głos. – Najpierw do Dover, potem przez tunel pod kanałem La Manche, w Calais wsiadam do pociągu i jadę przez Europę, a ze Stambułu już tylko krok do Syrii, Libanu, Jordanii…

– Zupełnie jak u Juliusza Verne’a! W osiemdziesiąt dni dookoła świata! – wykrzykuje Gwenda.

– Sprawdziłam tę trasę na mapie. Według Google’a przebycie jej zajmie sześćdziesiąt dwie godziny.

– Wszyscy twoi koledzy i koleżanki ze studiów w ramach badań terenowych byli w Grecji, we Włoszech, w Sudanie… A ty gdzie byłaś? W Walii.

– Walia jest bardzo interesująca – bronię się.

– I aż roi się tam od starożytnych Egipcjan. Twój ojciec był archeo­logiem, matka restaurowała obrazy. Twoi rodzice podróżowali, dlaczego ty tego nienawidzisz?

Być może dlatego, że gdyby nie kochali podróży tak bardzo, nadal by żyli.

– To niebezpieczne – mówię tylko.

– Nie prowadzisz samochodu.

– To nieprawda – protestuję. – Raz prowadziłam.

– Nawet nie wyjechałaś na autostradę – precyzuje, nalewając zupę do talerzy.

– Do czego zmierzasz, Gwendo?

– Masz dwadzieścia jeden lat i pozwalasz, by lęki odcinały cię od życia. Nosisz ze sobą apteczkę pełną leków, których nigdy nie użyjesz… Nadal masz ten spray na astmę? Od jak dawna nie miałaś ataku?

Od co najmniej roku.

– Mogę go dostać w każdej chwili.

– Nie podróżujesz, nie masz chłopaka… Nawet w swoim dzienniku jesteś tylko obserwatorką, która opowiada o życiu innych – gani mnie z surowością, jakiej nigdy u niej nie słyszałam. – Nie masz przyjaciół.

– Ty jesteś moją przyjaciółką.

– Mam na myśli osobę w twoim wieku, z którą masz wspólne doświadczenia. Kogoś, z kim będziesz popełniać błędy, dorastać.

– Mam May.

– May to tylko koleżanka z pracy. Dogadujecie się, ale nic więcej. Poza biblioteką nigdy się nie spotykacie.

– Mamy różne style życia towarzyskiego.

– Tak, ona jakieś prowadzi. – Gwenda wzdycha, porzucając sarkazm. – Odkąd cię znam, nawet nie ścięłaś włosów. – Żartobliwie ciągnie mnie za kasztanowo­-miedziany kosmyk.

Gwendę poznałam, kiedy przyjechałam do Londynu, cztery miesiące po śmierci rodziców.

– Lubię długie włosy.

– Krótkie też by ci pasowały, wiesz?

Zdążyłam już się domyślić, do czego zmierza, więc ją uprzedzam.

– Co powinnam zrobić z tą pracą magisterską?

– To proste. Skasuj wszystko, znajdź ciekawszy temat i napisz ją od nowa.

– Cudowny pomysł! Zwłaszcza że profesor chce dostać poprawione pierwsze rozdziały w przyszły czwartek – informuję ją. – Nie pójdę na rekonstrukcję.

– Nie ma mowy. – Wyrywa mi z ręki telefon. – Przeciwnie, znajdziemy ci ładny kostium. Pójdziesz na rekonstrukcję, nawet jeśli będę musiała cię tam zaciągnąć siłą – oświadcza stanowczo Gwenda.

_Sobota, 11 maja_

Impreza w Hatchards zaczyna się o czwartej. Gwenda wraz z organizatorami z Towarzystwa Przyjaciół Regencji są tam już od samego rana.

Na potrzeby wydarzenia zarezerwowano cały sklep, wszystkie pięć pięter, które teraz wypełniają wachlujące się damy w pastelowych sukienkach i koronkowych kapeluszach.

Próbując wypatrzyć Gwendę wśród uczestników, kupuję swój egzemplarz _Sekretnych pamiętników sióstr Berrington_, ponieważ zamierzam poprosić autorkę o autograf, i kieruję się w stronę bufetu.

Błądzę wzrokiem między paterami z babeczkami, tacami z makaronikami, piramidami lukrowanych ptysiów i napełniam dwa talerzyki.

Dobra, to mało eleganckie, ale talerzyki są naprawdę małe. A ja jestem naprawdę głodna.

– Ten drugi jest dla przyjaciółki – tłumaczę się, gdy jedna z kelnerek rzuca mi krzywe spojrzenie. Cóż, to może być prawda. Gdybym tylko znalazła Gwendę.

Wygląda na to, że wszyscy członkowie Towarzystwa Przyjaciół Regencji znają się ze sobą, ale ja wciąż nie jestem wtajemniczona, ponieważ dołączyłam do stowarzyszenia dopiero w lutym tego roku. Towarzystwo przyjmuje sto osób rocznie z całej Anglii i to tylko po przejściu rygorystycznej selekcji, obejmującej bardzo szczegółowy test wiedzy na temat epoki. Z tutoriali na YouTubie nauczyłam się nawet tańczyć kadryla* i reele**.

– O, tu jesteś! – Za moimi plecami wyrasta Gwenda.

Z przerażenia upuszczam talerz z makaronikami, które wesoło turlają się po podłodze.

– O rany! Przestraszyłaś mnie! Idealna sukienka, gratuluję. – Na pierwszy rzut oka widać, że uszyła ją na miarę, pewnie u krawcowej, i że jest z prawdziwego jedwabiu.

Nie to co moja z poliestru, wypożyczona za dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt, z niepokojącym ostrzeżeniem na metce: „Łatwopalna – trzymać z daleka od źródeł ciepła”. W dodatku zapina się na strategicznie rozmieszczone agrafki, które w razie rozpięcia przebiją mnie na wylot.

– Chodź, jesteśmy już spóźnione – ponagla mnie.

– Spóźnione? Na co? Patricia O’Neal jeszcze nie przyszła – protestuję.

Nie reaguje na moje słowa. Za to ciągnie mnie za łokieć, gdy wymijamy damy i dżentelmenów.

– Dokąd idziemy? – pytam, gdy otwiera drzwi magazynu. Do diaska, mocno ściska jak na takiego chudzielca.

– Nie ma czasu do stracenia – rzuca, nie udzielając wyjaśnień.

– Raczej nie możemy tu wchodzić – mówię, próbując ją odwieść od tego pomysłu, ale ona wciąga mnie do pomieszczenia wypełnionego po sufit pudłami z książkami.

Gdy jesteśmy w środku, w końcu puszcza moją rękę i patrzy na mnie surowo.

– Ruszaj się i nie rób scen.

Otwiera kolejne drzwi, tym razem z napisem „wstęp wzbro­niony”, i po prostu wchodzi.

– Tu z pewnością nie możemy wchodzić – powtarzam. – Jeśli ktoś nas zobaczy, będziemy mieć kłopoty – ostrzegam ją.

Dziś w Hatchards jestem klientką doskonałą – do pełni absurdu brakuje mi już tylko aresztowania.

Zero reakcji.

_Wybrała idealny dzień, żeby postradać rozum_.

– No dobrze – poddaję się. – Złapmy Gwendę, zanim narobi bigosu.

Rozglądam się przezornie dookoła, po czym otwieram drzwi i wkraczam do pomieszczenia, które wygląda na techniczne.

Przed sobą widzę kolejne drzwi, uchylone.

– Gdzie ona się podziała? – mruczę, wchodząc do znacznie ciemniejszego i bardziej ciasnego pokoju. – Gwendo, proszę, nie doprowadźmy do tego, żeby wyrzucili nas z Towarzystwa. Dopiero mnie przyjęli – szepczę błagalnie.

Idę prawie na oślep, podążając za odgłosem jej kroków, z książką Patricii O’Neal nadal przyciśniętą do piersi, moją torebeczką Mary Poppins na nadgarstku i ocalałym talerzykiem w dłoni.

Po twarzy łaskocze mnie coś cienkiego. To pajęczyna.

– Coraz lepiej – mamroczę pod nosem.

Im dalej się posuwam, tym bardziej ściany się zwężają, aż dochodzę do czegoś, co wygląda jak kolejne drzwi, niższe ode mnie o co najmniej czterdzieści centymetrów, zza których prześwituje pasek światła.

Kiedy je otwieram, dzieje się coś dziwnego. Czuję, że coś mnie wciąga, a jednocześnie oślepia mnie silne światło, jakby ktoś skierował mi reflektor prosto w twarz. Zupełnie nie widzę, dokąd idę…

Ściskają mnie czyjeś mocne ramiona, twarz mam przyciśniętą do szerokiej klatki piersiowej, a wszystkie bodźce docierają do mnie jakby zza mgły. Jedyne, co czuję wyraźnie, to upajający aromat mięty i lukrecji.

– Ja… – Odsuwam się od osoby, na którą wpadłam, ale kręci mi się w głowie i tracę równowagę. Uginają się pode mną kolana.

Zaraz zemdleję.

Przewracam się i ląduję na plecach.

– Co, do cholery…? – W jednej chwili otacza mnie mnóstwo twarzy.

– Panienko, czy wszystko w porządku? – pyta jakaś kobieta, której wprawdzie nie znam, ale wiem jedno: jeśli oceniać po ubraniu, też musi należeć do Towarzystwa Przyjaciół Regencji.

Jestem w księgarni, otoczona przez wszystkich uczestników rekonstrukcji, patrzących na mnie ze zdezorientowaniem. Nie wiem, gdzie zabrała mnie Gwenda ani w jakim celu, ale znów jestem w jednej z sal Hatchards, tyle że moja sukienka jest pokryta kurzem, fryzura, która kosztowała mnie dwie godziny pracy, jest kompletnie zniszczona, a wpadając na nieznajomego, rozgniotłam sobie na dekolcie babeczkę z kremem. Świetnie, będę musiała dodatkowo ją wyprać i mam nadzieję, że plama zejdzie, bo inaczej stracę również kaucję.

Nawet nie wiem, czy pozwolą mi tu zostać w takim stanie. Nabieram palcami chmurkę śmietanki z sukienki i zlizuję ją… Szkoda, była całkiem dobra.

– Czy pani słabo? – pyta nieznany mi głos.

– Zamroczyło panią? – dopytuje się inny.

– Może pokojówka zbyt mocno ścisnęła jej gorset.

– Jaki gorset?! Cud, że udało mi się zdobyć chociaż suknię… Auć! – krzyczę, czując ukłucie w bok. – Wiedziałam, że jakaś agrafka się otworzy.

Głosy wokół mnie łączą się w jeden szmer.

– Nie ma na sobie gorsetu?!

– To oburzające.

– Dzisiejsze debiutantki nie mają wstydu.

To jasne, że ci z Towarzystwa to prawdziwi fundamentaliści! Ale zaglądać ludziom pod kostiumy?

– Jakież ma pani dziwne obuwie! To nie są buty na popołudnie – zauważa kobieta około pięćdziesiątki, podnosząc na wysokość nosa okrągłe okulary w złotej oprawce.

Na nogach mam moje różowe Converse’y. Nie sądziłam, że ktoś je zauważy pod moją długą do ziemi suknią.

Jakiś mężczyzna podchodzi i wyciąga do mnie rękę w rękawiczce, ale nie mogę dostrzec jego twarzy: panuje półmrok, a on stoi pod światło i nadal nie widzę zbyt ostro. Mogę się tylko domyślać, że jest bardzo wysoki, ponieważ wyraźnie góruje nad resztą obecnych.

– Pozwoli pani, że pomogę.

Decyduję się usiąść o własnych siłach, a potem wstaję, być może zbyt szybko, ponieważ pokój kołysze się tak bardzo, że muszę oprzeć się o regał z książkami.

Teraz już wiem, jak się czuje pranie po wirowaniu. I rozumiem, czemu skarpetki zawsze się gubią.

– Wow, ale jazda – prycham, stając na nogi. Nie wiem, w której części księgarni jesteśmy, ale tej sali w Hatchards nigdy nie widziałam. Całe wyposażenie wygląda, jakby pochodziło sprzed dwóch stuleci… Nawet oprawione w skórę tomy na półkach sprawiają wrażenie wiekowych. – W każdym razie gratuluję wiernej rekonstrukcji. To miejsce naprawdę wygląda jak księgarnia z początku dziewiętnastego wieku. Kto odpowiadał za aranżację?

Z ogólnego szmeru wyławiam zdania takie jak: „Co też ona wygaduje?” czy „Bredzi”.

Dobra, rozumiem. Mamy udawać, że jesteśmy w epoce regencji, jakbyśmy nie byli świadomi, że bierzemy udział w rekonstrukcji historycznej.

– Lady Rebecco, oto książki, które zamówiła pani w zeszłym miesiącu – ogłasza znajomy głos.

Odwracam się w stronę lady i widzę moją przyjaciółkę.

– Gwenda! – wołam. – Dlaczego się nie zatrzymałaś, kiedy cię wołałam?

– Co? – Patrzy na mnie zdezorientowana. – Kiedy?

– No, przed chwilą! Goniłam cię po całym magazynie, a potem weszłyśmy przez te… drzwi. – Wskazuję ścianę, gdzie powinno znajdować się przejście, ale moja ręka pokazuje teraz półkę.

– Jakie drzwi, lady Rebecco? – dziwi się Gwenda.

Nie wiem już, która z nas zwariowała – ona czy ja.

– Były tu! – powtarzam, stając przed regałami. – Tuż przed moim nosem.

– Lady Rebecco, tam zawsze stał regał – ciągnie Gwenda ze spokojnym uśmiechem. – Stała pani na schodach, przeglądając książki na najwyższej półce, a ja poszłam na zaplecze po pani zamówienie. Proszę je przejrzeć i sprawdzić, czy wszystko się zgadza.

Oszołomiona robię, co mi każe. _Korsarz_, _Tajemnice zamku Udol­pho_ i _Zamczysko w Otranto_. Ulubione powieści gotyckie lady Rebekki.

Jakaś kobieta podnosi z podłogi mój pognieciony egzemplarz _Sekretnych pamiętników sióstr Berrington_ i ze zdziwieniem spogląda na okładkę.

– A co to takiego?

Patrzę na nią z jeszcze większym zdziwieniem.

– Po to tu jesteśmy. Autorka pojawi się tu lada chwila.

– To jakaś znana pisarka? Ta Patricia O’Neal?

– A tutaj mamy _Emmę_, wszystkie trzy tomy – wtrąca Gwenda swoim dźwięcznym głosem, kładąc na ladzie moją ulubioną książkę Jane Austen.

Jak na podróbki są naprawdę niezłe. Wyglądają, jakby wyszły prosto z dziewiętnastowiecznej introligatorni. Okładki pachną nawet jak prawdziwa skóra.

Widać, że ci z Towarzystwa nie szczędzą wydatków!

– Mogą być? – pyta Gwenda, biorąc ode mnie książki. – Mam nadzieję, że przyjechała pani powozem i pani woźnica wam pomoże.

Powóz? Woźnica? Ach, no tak! Być może podczas rekonstrukcji zaplanowano również inscenizację. Dobrze, wchodzę w to, będę grać swoją rolę.

– Oczywiście. – Kiwam głową, jakby to miało sens. – Odbierze je później.

– To będzie pięć gwinei, lady Rebecco – informuje mnie kasjer.

– Jasne – potwierdzam. Pięć gwinei to nieco ponad pięć funtów, jak na pamiątki całkiem uczciwa cena. – Zapłacę przez aplikację. – Wyjmuję telefon i otwieram portfel cyfrowy.

Podaję go sprzedawcy, ale on patrzy na mnie ze zdumieniem.

– Co mam zrobić z tym przyrządem?

Ach, racja, w trakcie inscenizacji nie używamy technologii.

– Mam gotówkę.

Wyciągam banknot i podaję mu go.

– Nie przyjmujemy walut innych krajów – odpowiada, oddając mi banknot.

– Wydał go Bank Anglii. Widzi pan wizerunek naszego króla?

– Ależ to nie jest nasz król – sprzeciwia się ponownie.

Biorę pieniądze i chowam je do nylonowej torebki ozdobionej plastikowymi perełkami, zawierającej mój zestaw awaryjny.

– Dobrze, proszę je dopisać do mojego rachunku.

– Lady Rebecco! Tu panienka jest! Myślałam, że panienkę zgubiłam. Znowu. – W progu staje dziewczyna w stroju pokojówki, mniej więcej w moim wieku. Nie znam jej, ale jej twarz nie jest mi całkiem obca.

– Słucham? – pytam zdezorientowana.

– Ciotka szuka panienki w całym Fortnum & Mason. Musimy iść, niedługo podwieczorek.

– Iść dokąd?

– Lady Rebecca spadła ze schodów – informuje ją Gwenda. – Obawiam się, że jest nieco oszołomiona.

– O rany, mam nadzieję, że nic się panience nie stało, bo inaczej mi się oberwie – stwierdza zaniepokojona dziewczyna. – Panien­ki suknia jest pognieciona, a włosy… Tym razem czeka mnie niezła bura.

– Bura od kogo? I co cię obchodzi moja suknia?

– Pani Fanning, czy lady Rebecca uderzyła się w głowę? Nie poznaje mnie! – wzdycha. – To ja, Lucy.

– Lucy – powtarzam zdezorientowana. Nie znam żadnej Lucy, tego jestem pewna.

– Panienki pokojówka. Wybrałyśmy się z lady Calpurnią na zakupy, a teraz wracamy do domu na herbatę z waszym kuzynem Archibaldem i wujkiem Algernonem, o ile już obudził się z drzemki.

Pokojówka Lucy, ciocia Calpurnia, wujek Algernon i kuzyn Archi­bald. Moja „rodzina”.

– A dom? Gdzie się znajduje? – pytam bardziej dla potwierdzenia niż z ciekawości.

– Tam, gdzie zawsze – odpowiada Lucy zmartwionym głosem. – Przy Charles Street.

– W Mayfair – doprecyzowuję.

– Och, dzięki Bogu, że coś panienka pamięta! – cieszy się Lucy, a następnie bierze mnie pod ramię i pod ostrzałem szyderczych spojrzeń otaczających nas osób kieruje się do drzwi.

Nie rozpoznaję ulicy, na którą wychodzimy, jedyną wskazówką jest szyld Hatchards, księgarni z witrynami obramowanymi błyszczącym, czarnym drewnem, którą właśnie opuściłyśmy.

Tuż obok znajduje się dom towarowy Fortnum & Mason.

Teoretycznie powinnyśmy być teraz na Piccadilly Street, z tym że ta ulica w ogóle nie przypomina Piccadilly Street: nie ma czerwonych piętrowych autobusów, czarnych taksówek ani żadnych innych pojazdów silnikowych, tylko powozy i konie.

– Czy to na pewno Londyn? – pytam Lucy.

– A co innego?

Kręcę głową i biorę telefon, żeby uruchomić Mapy Google’a i sprawdzić lokalizację.

Nie ma zasięgu. Telefon nie łapie sygnału, a antena Wi­-Fi nie wykrywa żadnej sieci.

– Co to za dziwny przyrząd?

– Lucy, czy możemy na chwilę przestać grać? Nie rozumiem, co się stało i jak tu trafiłyśmy.

– Mówiłam już, lady Rebecco, byłyśmy w Fortnum…

– I przestań z tą lady Rebeccą. Nie jestem żadną lady.

Ale moje słowa tylko wywołują jej śmiech.

– Wciąż mi panienka powtarza, żebym nie nazywała panienki lady, a ja za każdym razem odpowiadam, że to się nie godzi.

Zdezorientowana rozglądam się dookoła. Wszyscy na ulicy noszą kostiumy z epoki regencji dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a otaczające nas zewsząd powozy nie mogą przecież być dziełem organizatorów amatorskiej rekonstrukcji historycznej.

– Już rozumiem. Jesteśmy na planie filmowym! – wykrzykuję. Jak mogłam na to nie wpaść! W Londynie zawsze kręcą jakieś widowiskowe produkcje historyczne. – Przepraszam najmocniej – mówię, zatrzymując przechodnia. – Jaki film teraz kręcą?

Mężczyzna ubrany w garnitur à la Brummell mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Film?

– To może jakiś serial? – dodaję. – Dla Netflixa? Albo Amazona?

On jednak kręci głową i odchodzi, nie racząc odpowiedzieć.

– Nie nauczyli cię grzeczności, chamie! – krzyczę za nim.

– Lady Rebecco, proszę, nie wypada zatrzymywać nieznajomych mężczyzn na ulicy. To zachowanie awanturniczki – szepcze Lucy.

– Sensacja! – krzyczy obwieszony gazetami chłopiec, na moje oko jedenastoletni. – Ceny rosną i rosną! Pszenica po siedemdziesiąt sześć szylingów za ćwierć buszla zamiast pięćdziesięciu dwóch!

– Lady Rebecco, nie chcę nalegać, ale naprawdę czas wracać do domu.

Już nic z tego nie rozumiem. Potrzebuję jakiegoś punktu odniesienia, czegoś, czego nie może zmienić żadna produkcja filmowa.

– Rzeka! – przychodzi mi do głowy. – Idziemy na Most Westminsterski.

– Ale panienki ciotka… – protestuje Lucy.

– Most Westminsterski, Lucy. Teraz.

Dziewczyna wzdycha i kiwa głową z rezygnacją, po czym ciągnie mnie za sobą, gdy idzie szybkim krokiem przez Haymarket, ale tam, gdzie powinien znajdować się Trafalgar Square z kolumną Nelsona, stoją tylko kolejne budynki. Tak samo jest, gdy schodzimy na ulicę, którą Lucy nazywa Parliament Street, ale prawdziwego szoku doznaję w momencie, gdy docieramy do mostu nad Tamizą.

– Oto Most Westminsterski, lady Rebecco – ogłasza wyczerpana Lucy.

– To nie może być Westminster Bri… – wykrztuszam z siebie, rozglądając się w poszukiwaniu brakujących punktów orientacyjnych.

Gdzie jest London Eye?

Dlaczego po rzece pływają tylko łodzie wiosłowe i żaglówki?

Pałac Westminsterski nie jest taki, jak go pamiętam, nie ma…

– Gdzie się podział Big Ben? – pytam drżącym głosem.

– A kto to? Jakaś szacowna osobistość?

– To nie jest osoba. Big Ben to zegar – odpowiadam.

– Zegar z imieniem? Przedziwne.

– To wieża z najważniejszym zegarem w Londynie, powinien być o tam. – Rozgorączkowana wskazuję miejsce, gdzie powinien się znajdować. – Zbudowano go w tysiąc osiemset… – Ale końcówka „trzydziestym czwartym” nie przechodzi mi przez gardło.

Spoglądam na swój prawy nadgarstek. Oplata go bransoletka z niebieskich i złotych wstążek, taka sama jak ta, którymi wymieniły się moja lady Rebecca i jej przyjaciółka Emily. Przed udaniem się na rekonstrukcję nie zakładałam żadnej bransoletki.

– Proszę pani – pytam błagalnym tonem kobietę ubraną w suknię podobną do mojej, której towarzyszy dziewczyna ubrana tak jak Lucy. – Jaki dziś jest dzień?

– Sobota – odpowiada kobieta uprzejmie. – Jedenasty maja.

– Jedenasty maja, ale którego roku? – pytam ponownie.

Zaskoczona mruga rzęsami.

– Tysiąc osiemset szesnastego oczywiście.

1816.

Tysiąc. Osiemset. Szesnasty.

1.

* Kadryl – XVIII­-wieczny taniec salonowy w metrum przemiennym 6/8 i 2/4. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2.

** Reel – dynamiczny tradycyjny taniec szkocki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij