Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dziewczyna z Wilczej Doliny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 maja 2026
32,00
3200 pkt
punktów Virtualo

Dziewczyna z Wilczej Doliny - ebook

„Dziewczyna z Wilczej Doliny” to pierwszy tom mrocznego cyklu romantasy „Wiedźmi krąg” — romans fantasy 18+ o magii, wampirach, politycznych intrygach i niebezpiecznej namiętności. Mira znała tylko biedę, ciężką pracę i strach o rodzinę. Wilcza Dolina była surowa, ale była domem. Wszystko zmienia się, gdy z lasu wychodzą bestie, a ziemia odpowiada na jej rozpacz. Mira odkrywa, że jest wiedźmą — istotą uznawaną za wymarłą od dwóch stuleci. Jej moc przyciąga Kaela Varentisa, zimnego księcia wampirów, który oferuje ochronę, ale nie działa z litości. Widzi w Mirze szansę na przełamanie klątwy, osłabienie Rady i ocalenie własnego rodu. Cena jest wysoka: Mira ma zostać jego narzeczoną. W Pałacu Nocy każdy uśmiech może być groźbą, a każdy dotyk Kaela przypomina, że zaufanie bywa najniebezpieczniejszym wyborem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398162708
Rozmiar pliku: 272 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1. WILCZA DOLINA

Świt w Wilczej Dolinie zawsze pachniał dymem.

Nie tym łagodnym, domowym, który zimą snuł się pod powałą i przez chwilę pozwalał człowiekowi wierzyć, że świat jest prosty: drewno, chleb, ciepło i sen.

Ten był ostrzejszy: mokry, gorzki. Wgryzał się w gardło razem z mgłą, zapachem obornika, kwaśnego mleka i ziemi rozmokłej po nocnym deszczu.

Mira lubiła ten zapach. Może dlatego, że innego świata właściwie nie znała.

Stała boso na progu chałupy, z włosami związanymi byle jak kawałkiem starej wstążki, i patrzyła, jak słońce wyciąga się zza linii lasu. Nad łąkami wisiała mgła, gęsta i nieprzejrzysta. Dalej, za polami, zaczynała się ściana świerków i buków — stary las, którego nikt w okolicy nie nazywał po prostu lasem.

Mówili na niego Czarny Bór.

Mira nigdy nie była pewna, czy to była nazwa, ostrzeżenie, czy jedno i drugie.

Miała dziewiętnaście lat i wyglądała dokładnie tak, jak wyglądały dziewczyny z biednych domów, które od dziecka więcej nosiły, prały i dźwigały, niż siedziały bezczynnie przy oknie. Nie była drobna ani krucha. Była szczupła, mocna w ramionach, z dłońmi szorstkimi od pracy, cienką blizną przy kciuku po nożu do rzepy i twarzą, której słońce nie oszczędzało latem, a mróz zimą.

Włosy miała ciemnobrązowe, gęste, wiecznie wymykające się spod chust i wstążek. W słońcu pojawiały się w nich rude przebłyski, co denerwowało ją bardziej, niż powinno, bo Janek uparcie twierdził, że wygląda wtedy, jakby głowę podpaliła sobie od środka.

Twarz miała niezupełnie ładną. Przynajmniej nie w ten delikatny sposób, o jakim śpiewali grajkowie. Za wyraźne kości policzkowe. Trochę zbyt uparty podbródek. Usta częściej zaciśnięte niż uśmiechnięte. I spojrzenie, które potrafiło odpowiedzieć szybciej niż język.

Oczy odziedziczyła po matce — szarozielone, zmienne, trudne do nazwania.

Babka mówiła, że to oczy przed burzą.

Matka nigdy nie lubiła, kiedy babka tak mówiła.

Za jej plecami odezwał się ojciec.

— Zamkniesz te drzwi, Mira? Jak chcesz sobie popatrzeć na świat, to proszę bardzo, ale nie musisz przy okazji wietrzyć całej chałupy.

Mira obejrzała się przez ramię.

Ojciec siedział przy stole i próbował naprawić skórzany pasek od uprzęży. Miał duże dłonie, popękane od pracy, i twarz wiecznie trochę zmęczoną, trochę pogodną. Nazywał się Tomasz, choć mało kto we wsi używał jego imienia. Dla większości był po prostu Młynarzem, mimo że młyna nie mieli od pięciu lat. Rzeka zabrała wtedy koło, pół ściany i resztę nadziei na porządny zarobek.

Ojciec śmiał się czasem, że przydomek został, bo bieda też lubi pamiątki.

Mira weszła do środka i zamknęła drzwi biodrem.

— Nie patrzyłam na świat. Myślałam.

Ojciec aż przerwał robotę.

— Oho. To już poważnie.

— Bardzo śmieszne.

— Wcale nie żartuję. Myślenie z samego rana to ryzykowna sprawa. Człowiek zacznie od jednego zmartwienia, a zanim kasza dojdzie, ma już trzy nowe i ból głowy.

Mira oparła się biodrem o stół.

— Czyli twoja rada brzmi: nie myśleć?

— Myśleć, ale z umiarem. Jak z solą. Trochę trzeba, ale jak przesadzisz, wszyscy krzywią się przy jedzeniu.

Mira parsknęła pod nosem.

— Tobie przesolenie chyba nie grozi.

Ojciec uniósł wzrok. Przez chwilę udawał surowego, ale kąciki ust zdradziły go szybciej niż oczy.

— Po matce masz język. I to nie jest pochwała.

— Po tobie upór. Też nie wiem, czy powinnam dziękować.

— Upór to zaleta, jeśli człowiek wie, kiedy go używać.

— Czyli wtedy, kiedy ty go używasz?

— Właśnie. Widzisz? Jak chcesz, to rozumiesz.

Przy piecu matka mieszała kaszę w żelaznym garnku. Hanna była drobna. Dużo drobniejsza od ojca, ale Mira od dziecka wiedziała, że to tylko pozór. Matka jednym spojrzeniem potrafiła uciszyć ojca, trójkę dzieci, kozę i sąsiadkę Teklę, która nie milkła nawet podczas mszy. Miała ciemne włosy, zawsze ciasno splecione, i spokojne oczy, choć ostatnio coraz częściej podkrążone.

— Gdybyście oboje choć połowę tej energii wkładali w robotę, którą wkładacie w dogadywanie sobie od rana, może dach przestałby nam kapać prosto na siennik — powiedziała, nie odwracając się od garnka.

Ojciec westchnął ciężko, jak człowiek bardzo skrzywdzony przez los i własną żonę.

— Haniu, ty wiesz, że dach wymaga czasu, suchego dnia i desek. A z tych trzech rzeczy mamy najwyżej czas, i to też nie zawsze.

— Mamy też twoje wymówki. Tych nigdy nie brakuje.

— Widzisz, Mira? Tak wygląda małżeństwo. Człowiek oddaje kobiecie serce, a ona po latach wypomina mu dach.

— Dach kapie — powiedziała matka.

— Serce też czasem.

— To podstaw miskę.

Mira uśmiechnęła się pod nosem i sięgnęła po drewniane naczynia.

Dom był mały, biedny i krzywy. Zimą wiatr znajdował każdą szparę w ścianach, latem myszy każdą dziurę w skrzyniach, a deszcz miał szczególny talent do kapania dokładnie tam, gdzie ktoś postawił siennik. Ale był ich.

Pachniał dymem, cebulą, mlekiem, potem ojca i suszonym dziurawcem wiszącym pod belką. Mira potrafiłaby z zamkniętymi oczami wskazać każdą deskę, która skrzypiała, każde nacięcie na stole i każdy garnek po samym dźwięku, jaki wydawał po uderzeniu.

Jej świat był mały i jeszcze nie uważała tego za tragedię.

Z alkierza dobiegł huk, a zaraz po nim stłumione przekleństwo.

Matka znieruchomiała przy piecu.

— Janek.

— To nie ja! — krzyknął natychmiast młodszy brat, choć nikt jeszcze nie zdążył go o nic oskarżyć.

Ojciec westchnął i odłożył pasek na stół.

— Człowiek niewinny zwykle czeka, aż ktoś zapyta.

— U nas niewinni nie mają czasu czekać — mruknęła Mira. — Za szybko robią się podejrzani.

Po chwili zza zasłony wysunął się Janek: trzynastoletni, chudy jak tyczka, z włosami sterczącymi we wszystkie strony i miną człowieka, którego świat skrzywdził już o poranku. Pod pachą trzymał drewniany łuk, który ojciec zrobił mu zeszłej zimy. Strzały wystawały mu z pasa pod takim kątem, jakby sam był jeżem. Tylko takim, który jeszcze nie zrozumiał, że powinien się bać.

Matka spojrzała najpierw na łuk, potem na syna.

— Nawet nie próbuj mówić, że szedłeś z tym po wodę.

Janek zaczerwienił się po uszy, ale uniósł brodę.

— Chciałem sprawdzić sidła. Tylko sidła. Po naszej stronie strumienia.

Mira odłożyła miski na stół.

— Sidła są po naszej stronie strumienia. Czarny Bór po drugiej. A ty masz taką minę, jak człowiek, który bardzo dokładnie wie, gdzie kończy się jedna strona, ale udaje, że przypadkiem zobaczy drugą.

Janek posłał jej urażone spojrzenie.

— Nie jestem głupi.

— Nie jesteś — przyznała Mira. — I właśnie dlatego wszyscy wiemy, że kombinujesz.

Matka odwróciła się powoli od pieca.

Nie krzyczała. Rzadko krzyczała. Kiedy mówiła cicho, wszyscy słuchali uważniej.

— Do lasu dzisiaj nie pójdziesz. Ani blisko lasu. Ani tam, gdzie mógłbyś powiedzieć, że to jeszcze nie las, tylko krzaki przed lasem. Zostajesz przy ojcu.

Janek spuścił wzrok, ale Mira widziała, że w środku cały się buntuje. Znała tę minę. Miał dokładnie taki sam wyraz twarzy, kiedy sąsiad odmówił mu zapłaty za pomoc przy sianie, twierdząc, że „dzieciak i tak się przyuczył”. Janek był jeszcze dzieckiem, ale już nienawidził być bezradny.

Mira rozumiała go aż za dobrze.

— Pójdę z nim później — powiedziała spokojniej. — Po śniadaniu. Sprawdzimy sidła razem i wrócimy, zanim zdążysz wymyślić dziesięć powodów, żeby nas opieprzyć.

Hanna spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi.

— Najpierw pójdziesz do zielarki po maść dla Zosi. Potem zobaczymy, czy komukolwiek będzie się chciało bawić w sidła.

Na imię najmłodszej siostry Mira zerknęła w stronę ławy przy oknie.

Zosia siedziała owinięta starym kocem, blada jak mleko, z jasnymi włosami przyklejonymi do skroni. Miała osiem lat, wielkie oczy i kaszel, który od tygodnia brzmiał coraz gorzej. Uśmiechnęła się do Miry, jak gdyby chciała ją uspokoić, ale zaraz potem zakryła usta dłonią i zgięła się od kaszlu.

Mirę ścisnęło pod żebrami.

Nie była naiwna. Wiedziała, czym kończył się taki kaszel, jeśli trwał za długo. Widziała już dzieci wynoszone z chałup w zbyt małych zawiniątkach. Słyszała matki, które po wszystkim nie płakały głośno, tylko siedziały przy zimnym piecu i patrzyły w jedno miejsce.

Mira nie umiała udawać przed sobą, że Zosia po prostu „trochę się przeziębiła”.

— Pójdę — powiedziała. — Teraz. Im szybciej Maruna da maść, tym lepiej.

— Najpierw zjesz — zdecydowała matka.

— Nie jestem głodna.

Ojciec prychnął.

— U nas takie zdanie mówi się tylko wtedy, kiedy w garnku nic nie zostało. Siadaj i jedz, bo za godzinę będziesz chodzić po domu i szukać kawałka chleba.

Mira postawiła miski na stole. Kasza była rzadka, posolona oszczędnie. Na środku leżał kawałek sera, tak mały, że wszyscy udawali, iż go nie widzą, żeby ktoś inny mógł wziąć więcej. To była jedna z tych domowych grzeczności, które bolały bardziej niż jawna bieda.

Babka weszła ostatnia, jak zwykle nie wiadomo skąd.

Mira była przekonana, że Babka Jagna znała w tym domu przejścia, których nie znali nawet ci, którzy go stawiali. Albo po prostu była tak stara, że ściany same ustępowały jej z drogi. Miała twarz pomarszczoną jak suszona śliwka, przygarbione plecy i oczy ostre, czarne, dziwnie żywe. Podpierała się laską, choć Mira podejrzewała, że używała jej głównie do grożenia ludziom, kurom i czasowi.

Babka zatrzymała się w progu i spojrzała prosto na Mirę.

— Znowu śniłaś.

Nie zapytała. Stwierdziła.

Ramiona napięły jej się odruchowo.

Matka znieruchomiała przy piecu.

Ojciec westchnął ciężko.

— Mamo, daj ludziom zjeść choć trzy łyżki, zanim zaczniesz wieszczyć nieszczęście.

Babka zignorowała go tak, jak ignorowała większość rzeczy, które nie pasowały do jej własnego porządku świata. Podeszła do stołu, ale nie usiadła od razu. Jej wzrok ani na chwilę nie odrywał się od Miry.

— O lesie? — spytała. — Znowu był las?

Mira zacisnęła palce na krawędzi miski.

— Śniło mi się mnóstwo głupot. Człowiek śni różne rzeczy, kiedy ma dziurę w dachu i wiatr gwiżdże mu nad głową.

— Kiepsko kłamiesz.

— Bo nie miałam od kogo się uczyć. U nas wszyscy mówią prawdę, tylko każdy swoją.

Ojciec chciał się uśmiechnąć, ale matka spojrzała na niego tak, że od razu spoważniał.

Babka usiadła przy stole. Powoli, z trudem, ale w tej powolności nie było słabości. Raczej upór starego drzewa, którego nie ruszyła żadna wichura.

— Będziesz miała wiele okazji do kłamstwa, jeśli dożyjesz dworu.

W chacie zrobiło się cicho.

Nie tak jak wtedy, kiedy wszyscy jedzą i oszczędzają słowa. Inaczej: nagle, zimno, nieprzyjemnie.

Mira spojrzała najpierw na matkę, potem na ojca. To nie były twarze ludzi, którzy nie zrozumieli. To były twarze ludzi, którzy zrozumieli za dobrze.

— Dość — powiedział ojciec.

Babka nawet na niego nie spojrzała.

— Dość będzie wtedy, kiedy przyjdą po nią ci, którzy umieją wyczuć to, co śpi we krwi. A przyjdą, jeśli dalej będziecie udawać, że dziecko można schować przed światem pod spódnicą matki i dziurawym dachem.

Matka odwróciła się gwałtownie.

— Nie przy śniadaniu.

— A kiedy, Hanno? Przy pogrzebie? Przy pierwszym ogniu? Przy pierwszym człowieku, który zobaczy za dużo i sprzeda wieść za garść monet?

Zosia patrzyła z lękiem od jednej twarzy do drugiej. Janek przestał udawać, że nie słucha.

Mira poczuła pod skórą nieprzyjemne mrowienie. Nie ból. Raczej napięcie, jakie przychodzi tuż przed burzą, kiedy powietrze robi się za ciasne.

— Nie rozumiem, o czym mówisz — powiedziała.

Nie dodała „babko”. W tej chwili nie umiała.

Jagna popatrzyła na nią tak, jak patrzy się na dziecko stojące na cienkim lodzie.

— Jeszcze nie.

Matka uderzyła drewnianą łyżką o blat. Niezbyt mocno, ale wystarczyło.

— Mira pójdzie po maść. Janek zostanie przy ojcu. Zosia zje choć kilka łyżek, nawet jeśli będę musiała jej je podawać po jednej. A ty, mamo, jeśli nie potrafisz mówić tak, żeby potem dzieci nie bały się własnego domu, to lepiej nie mów wcale.

Babka uśmiechnęła się krzywo.

— Własnego domu? — powtórzyła cicho. — Hanno, ten dom już dawno przestał być bezpieczny. Tylko ty jeszcze udajesz, że wystarczy zamknąć drzwi, postawić garnek na ogniu i mówić dzieciom, że wszystko będzie dobrze.

Matka pobladła.

— Nie zaczynaj.

— A kiedy mam zacząć? Jak przyjdą po nią obcy? Jak Janek pierwszy raz pójdzie za głosem z Boru i nie wróci przed zmrokiem? Jak Zosia zakaszle tak, że już nie złapie oddechu?

— Dość — powiedział ojciec, ale zabrzmiało to słabo. Bardziej jak prośba niż rozkaz.

Babka nawet na niego nie spojrzała.

— Nie, Tomaszu. Dość to było wtedy, kiedy postanowiliście wszyscy milczeć i nazwać to ochroną. Jedna ma w sobie coś, co tylko czeka, żeby się obudzić. Drugi ciągnie do lasu, choć ma jeszcze mleko pod nosem. Trzecia choruje, a wy liczycie, że maść i kasza załatwią sprawę. I ty naprawdę myślisz, Hanno, że jeśli nazwiesz ich dziećmi, świat potraktuje ich łagodniej?

Hanna zacisnęła palce na drewnianej łyżce.

— Są moimi dziećmi.

— Wiem — odpowiedziała babka. Tym razem ciszej. I przez to gorzej. — Dlatego tak bardzo się boisz.

Mira wstała tak szybko, że ława zaskrzypiała.

— Pójdę teraz.

Ojciec podniósł głowę.

— Mira, zaczekaj. Nikt nie chce—

— Wrócę przed południem.

Nie czekała na zgodę. Wzięła z haka wełnianą chustę, zarzuciła ją na ramiona i wyszła, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać.

Na zewnątrz powietrze było chłodne i mokre. Mira nabrała go głęboko do płuc, ale ucisk nie minął. Słowa babki szły za nią jak cień.

Babka gadała różne rzeczy. O znakach na niebie, o ptakach, które przynosiły wieści, o kobietach zamienionych w jarzębiny i królach pijących krew z kielichów wykutych z kości. Cała wieś uważała, że Jagna albo wie za dużo, albo zmyśla za dużo.

Mira nigdy nie była pewna, gdzie przebiega granica.

Przy furtce dogonił ją Janek.

Nie powiedział od razu, że idzie z nią. Po prostu stanął obok, poprawił łuk na ramieniu i udał, że to zupełnie oczywiste.

Mira spojrzała na niego z ukosa.

— Nawet nie zaczynaj.

— Nic nie mówię.

Janek przez chwilę udawał obrażonego, ale długo nie wytrzymał.

— Zosia kaszle coraz gorzej. Ty to wiesz i ja to wiem. Ojciec będzie mówił, że to przeziębienie. Mama będzie udawała, że mu wierzy. A babka będzie krążyć po chacie z miną, jakby już widziała nasz pogrzeb i tylko nie mogła się zdecydować, od kogo zacząć. Więc idę z tobą. Jak Maruna da coś więcej niż maść, przynajmniej pomogę nieść.

Mira milczała przez moment.

Janek był jeszcze dzieciakiem. Chudym, upartym, z łukiem większym od rozsądku. Ale głupi nie był. Wiedział, kiedy matka bała się naprawdę, kiedy ojciec tylko udawał spokój i kiedy przy stole zapadała cisza, której nikt nie chciał nazwać.

Mira nie chciała mu tego odbierać. Sama nienawidziła, gdy ktoś traktował ją jak prostą dziewkę, która nie zrozumie niczego poza ceną mąki i pogodą na sianokosy.

— Idziesz obok mnie — powiedziała w końcu. — Nie przede mną. Nie znikasz w krzakach. Nie sprawdzasz śladów. Nie udajesz myśliwego, tropiciela ani bohatera z pieśni.

Janek pokiwał głową z powagą, która byłaby bardziej przekonująca, gdyby nie ten łuk pod pachą.

— A mogę oddychać?

— Możesz. Ale cicho.

— To trudne.

— Wiem. Słyszę cię od trzynastu lat.

Poszli drogą między polami.

Wieś budziła się powoli. Krowy ryczały w oborach, gdzieś płakało dziecko, ktoś rąbał drewno. Dachy chałup wystawały z mgły jak ciemne grzbiety zwierząt.

Wilcza Dolina nie była piękna w sposób, o jakim śpiewali wędrowni grajkowie. Była uboga, błotnista i uparta. Ludzie żyli tu blisko siebie, ale nie zawsze serdecznie. Każdy wiedział, kto ma ile kur, czyja córka rozmawiała za długo przy studni z parobkiem, kto pożyczył ziarno i nie oddał.

Mira znała wszystkich i wszyscy znali ją.

Stara Tekla stała przy studni, oparta o wiadro, jakby nie przyszła po wodę, tylko po cudze sprawy.

— Do zielarki idziesz? — zawołała.

— Do zielarki — odpowiedziała Mira, nie zwalniając.

— Powiedz jej, że ta maść na kolana nic nie dała. Tylko śmierdziała tak, że kot nie chciał ze mną spać.

Mira zatrzymała się mimo woli.

— Smarowałaś?

Tekla prychnęła.

— A co miałam robić? Patrzeć na nią?

— Miałaś smarować trzy razy dziennie przez tydzień.

— Raz posmarowałam. Jakby miało pomóc, to by pomogło.

Janek nachylił się do Miry i szepnął:

— Z taką logiką to można raz zjeść i mieć spokój do żniw.

Mira szturchnęła go łokciem, ale było za późno. Tekla zmrużyła oczy.

— Słyszałam.

— To dobrze — powiedziała Mira. — Znaczy, że uszy zdrowe. Z kolanami pójdzie trudniej, jeśli dalej będziesz leczyć je samym narzekaniem.

Janek parsknął śmiechem, a Mira pociągnęła go dalej, zanim Tekla zdążyła rzucić w nich wiadrem albo plotką.

Zielarka mieszkała na końcu wsi, tam gdzie pola przechodziły w podmokłą łąkę. Maruna nie była starą wiedźmą, choć połowa wsi mówiła tak o niej, kiedy czegoś od niej potrzebowała, a druga połowa, kiedy chciała się jej bać. Była kobietą po czterdziestce, samotną, z włosami zawsze pachnącymi szałwią. Znała zioła, kości, gorączki, porody i ludzką głupotę.

Zwłaszcza to ostatnie.

Drzwi otworzyła, zanim Mira zdążyła zapukać. Maruna spojrzała najpierw na nią, potem na Janka i łuk.

— Jeśli przyszliście po jajka, to ostrzegam, że kury dziś bojowe. Zwłaszcza ta ruda. Ma charakter po mojej matce.

Janek otworzył usta, ale Mira nadepnęła mu na stopę.

— Dla Zosi — powiedziała. — Kaszel się pogorszył.

Twarz Maruny spoważniała od razu. Wpuściła ich do środka bez dalszych pytań.

W chacie panował półmrok. Zioła suszyły się pod powałą, a na stole stały gliniane miseczki z maściami, nalewkami i czymś, co wyglądało jak błoto, ale pachniało miętą. Mira zawsze czuła się tam dziwnie spokojna. Może dlatego, że Maruna nigdy nie udawała, iż świat jest łagodniejszy, niż był naprawdę.

— Mów dokładnie — poleciła zielarka, szukając czegoś na półce. — Nie tak, jak ludzie mówią, kiedy chcą usłyszeć, że będzie dobrze. Jak kaszle?

Mira opowiedziała.

Że mokro. Że głębiej niż wcześniej. Że w nocy Zosia miała gorące czoło, a rano trzęsła się z zimna mimo koca. Że pociła się tak, że matka zmieniała jej koszulę przed świtem.

Nie dodała, że ojciec stał wtedy przy drzwiach i patrzył w ciemność, jakby mógł w niej znaleźć pieniądze na lekarza albo chociaż lepszy los.

Maruna słuchała bez przerywania. Dopiero gdy Mira skończyła, podała jej mały słoik, zawiniątko suszonych ziół i mniejszy pakunek zawinięty w szmatkę.

— Nacierajcie klatkę i plecy. Napar dwa razy dziennie, nie mocniejszy, niż mówię, bo dziecku bardziej zaszkodzicie niż pomożecie. Ma spać przy piecu, ale nie za blisko. I niech Hanna nie oszczędza miodu.

Mira spuściła wzrok.

Nie musiała mówić, że miodu zostało niewiele. Maruna i tak wiedziała. W Wilczej Dolinie ludzie rzadko musieli opowiadać o biedzie. Ona sama chodziła od domu do domu i zaglądała im w garnki.

— Dam trochę — powiedziała po chwili zielarka. — I nie rób takiej miny. Wiem, jak u was jest.

— Oddamy po targu.

— Wiem, że nie oddacie.

— Oddamy — powtórzyła Mira, twardziej.

Maruna spojrzała na nią uważnie.

Za uważnie.

— Ty byś oddała. Twoja matka też. Ale jeśli będziecie mieli wybierać między miodem dla dziecka a spłacaniem mnie, to dobrze wiem, co wybierzecie. I dobrze. Jeszcze nie zgłupiałam do końca, żeby mieć wam to za złe.

Mira ścisnęła słoik w dłoni.

— Dziękuję.

— Podziękujesz, jak kaszel puści.

Zielarka odwróciła się do półki, ale nagle znieruchomiała. Nie spojrzała od razu na Mirę.

To właśnie zdradziło ją najbardziej.

— Jagna coś mówiła rano?

Janek od razu zerknął na Mirę.

Świetnie. Bardzo pomocne.

Mira miała ochotę kopnąć go w kostkę, ale Maruna i tak już wszystko zobaczyła. Zawsze widziała za dużo. Ona, babka, matka. Wszystkie dorosłe kobiety w tej wsi miały oczy jak igły i dziwny zwyczaj wbijania ich dokładnie tam, gdzie człowiek próbował coś ukryć.

— Babka zawsze coś mówi — mruknęła Mira.

— Nie pytam, czy narzekała na pogodę albo przepowiadała komuś śmierć przed zimą.

Mira zacisnęła palce na pasku torby.

Mogła skłamać. Teoretycznie. W praktyce Maruna nie była Teklą, której wystarczyło rzucić byle plotkę pod nogi, żeby się o nią potknęła i zapomniała, od czego zaczęła.

— Mówiła, że dom nie jest już bezpieczny — powiedziała w końcu. — Że Janek ciągnie do Boru. Że Zosia kaszle coraz gorzej. I że wszyscy udajemy, że jak zamkniemy drzwi, to świat zostanie na zewnątrz.

Maruna zamarła tylko na chwilę, może na jedno uderzenie serca, ale Mira zauważyła.

— Co to znaczy? — spytała.

Zielarka odwróciła się do półki i zaczęła przestawiać słoiki, chociaż żaden nie był jej już potrzebny.

— To znaczy, że twoja babka jak zwykle mówi za dużo przy śniadaniu.

— Nie. — Mira zrobiła krok bliżej. — Ty też coś wiesz.

— Wiem, że Jagna lubi straszyć ludzi, zanim zdążą dopić kaszę.

— Maruno.

Zielarka spojrzała na nią ostro.

— Nie grzeb w tym, Mira.

— W czym?

— W rzeczach, które przez lata leżały cicho, bo wszyscy bardzo się starali, żeby tak zostało.

Mira poczuła chłód pod skórą.

— To miało mnie uspokoić?

— Nie. To miało cię zatrzymać.

— Przed czym?

Maruna przez chwilę milczała. Za oknem mgła przesuwała się wolno nad podwórzem, a gdzieś za ścianą jedna z kur gdakała tak, jakby miała własne zdanie na temat ludzkich tajemnic.

— Przed zadawaniem pytań ludziom, którzy nie dadzą ci odpowiedzi za darmo — powiedziała w końcu zielarka.

Mira przełknęła ciężko.

— Czyli odpowiedzi są.

Maruna odwróciła wzrok.

Mira poczuła złość. Nagłą, gorącą i bardzo trzeźwą. Nie taką, przez którą człowiek rzuca garnkiem, tylko taką, przez którą w końcu zaczyna widzieć, że wszyscy dookoła rozmawiają ponad jego głową.

— Wracajcie do domu. Dzisiaj nie idźcie blisko lasu.

— Dlaczego?

Zielarka przez chwilę milczała. Popatrzyła w stronę okna, choć zza matowego szkła widać było tylko mleczną mgłę i ciemniejszą smugę drzew daleko za polami.

— Bo coś w nocy przeszło przez Bór — powiedziała ciszej.

Janek od razu się wyprostował.

— Co?

— Nie wiem.

Mira zmrużyła oczy. Nie lubiła takich odpowiedzi. Ludzie najczęściej mówili „nie wiem” wtedy, kiedy wiedzieli wystarczająco dużo, żeby się bać, ale za mało, żeby mieć odwagę powiedzieć prawdę.

— Maruno.

Zielarka odwróciła się do niej powoli.

— Psy przy studni wyły do świtu. Nie do księżyca, nie do wilków. Inaczej. Jak wtedy, kiedy zwierzę czuje coś chorego. Nad ranem znalazłam na skraju łąki ślady. Wilcze, ale za głębokie. Jakby coś ciągnęło je do ziemi. Jakby głód w nich ważył więcej niż ciało.

Mira poczuła nieprzyjemny chłód na karku.

— Głód?

Maruna zacisnęła usta, jakby powiedziała więcej, niż zamierzała.

— Są takie choroby, których nie leczy się ziołami. I takie, które nie zaczynają się od gorączki.

— Mówisz o wilkach?

— Mówię, żebyście wracali do domu.

— To nie jest odpowiedź.

— To najlepsza, jaką dostaniesz.

Mira chciała zapytać dalej. Chciała przycisnąć Marunę tak, jak ta przyciskała ludzi, kiedy ukrywali gorączkę albo zakażoną ranę.

Wtedy na zewnątrz ktoś krzyknął. Potem drugi raz. I trzeci — coraz bliżej, coraz bardziej obco.

Nie był to zwykły krzyk, taki od rozlanego mleka, kłótni przy studni czy dziecka, które przewróciło się w błoto. Ten dźwięk od razu postawił człowieka na nogi.

Janek pierwszy dopadł drzwi.

— Stój — rzuciła Mira, ale już wiedziała, że nie posłucha.

Wybiegła za nim.

Na drodze od strony pól pędził chłopak od kowala. Biegł tak, jakby sam Czarny Bór deptał mu po piętach. Miał twarz szarą, oczy wielkie ze strachu i koszulę rozdartą na ramieniu. Przy studni potknął się, poleciał na kolana i zarył dłońmi w błoto.

— Z lasu! — wrzasnął. — Wilki idą z lasu!ROZDZIAŁ 3. WIEDŹMA

Hanna podniosła głowę.

— Nie.

Wystarczyło jedno słowo.

Ale było w nim wszystko: sprzeciw, strach, błaganie i rozpacz kobiety, która przez lata próbowała przykryć prawdę kocem, nakarmić ją kaszą, zamknąć drzwi na rygiel i udawać, że jeśli nikt nie mówi o potworach, to potwory nie znajdą drogi do domu.

Babka nawet na nią nie spojrzała.

— Nie zakrzyczysz tego, Hanno.

— Przestań.

— Las już wie — powiedziała Jagna. — Ziemia też. A ziemia ma dłuższą pamięć niż ludzie i mniej litości dla tych, którzy udają, że nic się nie stało.

Mira poczuła zimno, choć ciało nadal miała rozpalone wysiłkiem. Nie „ogień”. Nie gorąco takie, jak przy gorączce. Raczej resztki czegoś, co przepłynęło przez nią i zostawiło po sobie drżenie mięśni, pustkę w głowie i dziwne wrażenie, że jej stopy wciąż słyszą bicie serca ziemi.

— O czym ty mówisz? — spytała.

Głos miała obcy. Chrapliwy, zdarty krzykiem. Jakby należał do kogoś, kto przed chwilą połknął garść ziemi.

Babka podeszła bliżej. Powoli, z trudem, podpierając się laską, ale nikt nie miał wątpliwości, że idzie dokładnie tam, gdzie chce. Przykucnęła przed Mirą. Stare kolana trzasnęły cicho, a jej czarne oczy zatrzymały się na twarzy wnuczki.

— O tym, dziewczyno, że nie jesteś tym, czym pozwoliliśmy ci myśleć.

Matka wydała cichy, złamany dźwięk.

Ojciec zamknął oczy.

I to wystarczyło.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij