Dziewczyny z Dubaju 2 - ebook
Dziewczyny z Dubaju 2 - ebook
Seks, władza, pieniądze. Autor „Dziewczyn z Dubaju” wraca z elektryzującą kontynuacją bestsellerowej powieści! Efektem wieloletniego dziennikarskiego śledztwa są nowe, często szokujące historie ekskluzywnych polskich prostytutek, które brały udział w zagranicznych seks-wyjazdach. Ich klientami byli królowie, syn dyktatora, a przede wszystkim książę jednego z krajów Północnej Afryki. W ciągu jedenastu lat przez jego sypialnię przewinęło się … kilkaset polskich prostytutek.
Kim są te dziewczyny? Wiele z nich doskonale znamy – z telewizji, kolorowych magazynów oraz social mediów. Jest wśród nich dziennikarka, dziewczyna popularnego piłkarza, partnerka polityka oraz legendy rocka.
Tym razem autor książki podąża tropem wątków porzuconych przez prokurator prowadzącą słynne już śledztwo w sprawie „dziewczyn z Dubaju”. Trafia m. in na trop największego haremu z polskimi prostytutkami, który zorganizował arabski książę. Zabiera nas do jego pałacu i innych posiadłości, w których za ogromne pieniądze organizował seks-uciechy. Ujawnia także rolę, jaką prostytutki odegrały w słynnej aferze podsłuchowej, która przed laty doprowadziła do trzęsienia na polskiej scenie politycznej. Ta książka naprawdę może doprowadzić do międzynarodowego skandalu!
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-967998-0-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Od Autora
Jeszcze nigdy tak bardzo nie denerwowałem się przed oddaniem książki do druku. 400 000 sprzedanych egzemplarzy pierwszej części _Dziewczyn z Dubaju_ to ogromne zobowiązanie i niezwykle wysoko zawieszona poprzeczka. Lepszy wynik wśród wydanych po 1989 roku książek polskich autorów osiągnęła tylko książka Stanisława Dziwisza o papieżu Janie Pawle II. Za każdy kupiony egzemplarz, za wszystkie dobre słowa i setki otrzymanych wiadomości, ogromnie Państwu dziękuję.
Dziś ponownie wracam do świata ekskluzywnej polskiej prostytucji. Oddaję Państwu swoje drugie dziecko. Właściwie bliźniaka pierwszej części sprzed pięciu lat. Książki podobnej, a jednak zupełnie innej.
_Dziewczyny z Dubaju 2_, w przeciwieństwie do poprzedniej części, nie opierają się głównie na prokuratorskich aktach. Są wynikiem niemal pięcioletniego dziennikarskiego śledztwa i podążania własną, wielokrotnie wyboistą drogą. Podejmuję zwłaszcza te wątki, których z niewiadomych powodów prokuratura nie podjęła. Aż strach pomyśleć, ile w Polsce jest w ten sam sposób porzuconych spraw…
Zabieram Państwa do świata marzeń i wyobraźni wielu polskich dziewczyn wychowanych na historii Kopciuszka. Do świata książęcych pałaców, gigantycznych pieniędzy, ale też gangsterskich porachunków i zakamarków brudnej polskiej polityki. Do codzienności bezwzględnych burdelmenedżerek i zdecydowanych na wszystko prostytutek. Wreszcie, zabieram Państwa do świata pełnego… hipokryzji.
Wszystkie historie w tej książce wydarzyły się naprawdę.
PIOTR KRYSIAKWSTĘP
WSTĘP… DO HAREMU
– Książę Maulaj Raszid był dla ciebie hojny?
– Skłamałabym, gdybym powiedziała, że miał węża w kieszeni. Kiedy nudziło nam się siedzenie w basenie i jacuzzi, prosiłam Raszida o zorganizowanie wypadu na miasto. Nigdy nie protestował. Zlecał wszystko Kamalowi albo Ishamowi i rano pojawiał się kierowca z kartą kredytową księcia. Płacił za wszystkie zakupy. Zwykle jechałyśmy na suk, czyli bazar w Rabacie, na którym było wszystko – od ceramiki po pamiątki, ubrania czy buty. Każda z nas wracała z zakupów ze sporymi torbami. Ale nie przeginałyśmy. Zwłaszcza, że przywoziłam z takiego wyjazdu dwa czy trzy tysiące dolarów i miałam wrażenie, że załapałam Pana Boga za nogi. Wszyscy bardzo dobrze mnie traktowali, czułam się jak na wakacjach, a w dodatku zarabiałam duże pieniądze. Dopiero po wybuchu afery, kiedy zaczęto mówić o stawkach sutenerek, okazało się, że tyle kasy, ile ja tyłkiem zarabiałam w tydzień, to one w jeden albo dwa dni miały! I to od każdej z nas…
– Plotkowałyście o zarobkach sutenerek?
– Wiedziałyśmy, że nie pracują charytatywnie, ale nie miałyśmy świadomości, że w grę wchodzą aż tak duże pieniądze.
– Pamiętasz swój ostatni wyjazd do Maulaja Raszida?
– To było Maroko. Nie wiedziałam, że widzimy się po raz ostatni. Pamiętam, że wróciłam do kraju i niemal od razu pojechałam zeznawać do prokuratury w sprawie seks-wyjazdów. To był czas, kiedy zaledwie kilka osób w kraju znało kulisy tej sprawy, a całe śledztwo toczyło się w prokuraturze we Wrocławiu.
– Boisz się czegoś?
– Kiedyś się bałam, że jeśli komuś o wszystkim opowiem, to moi klienci odnajdą mnie i zrobią mi krzywdę. To zamożni i wpływowi ludzie. Dużo mogą. To dlatego w prokuraturze byłam oszczędna w słowach. Bałam się, że jeśli coś powiem, wymienię ich nazwiska, to mogą starać się mnie uciszyć. Na zawsze.
HIMALAJE HIPOKRYZJI MAROKAŃSKICH „ROYALSÓW”
Maulaj Raszid to 53-letni dziś brat króla Maroka Muhhamada VI. Z relacji polskich prostytutek wynika, że był jednym z ich najlepszych klientów. Z ich usług, podobnie jak z usług sutenerek, korzystał regularnie. W trzech należących do niego willach w Rabacie urządził sobie luksusowy harem z polskimi dziwkami. „Przemiał” był jak w fabryce… Choć kobiety przyznają, że pobyt u księcia bardziej przypominał ekskluzywne wakacje, niż pracę w burdelu.
Z akt zgromadzonych przez Prokuraturę Apelacyjną we Wrocławiu, która pięć lat prowadziła śledztwo w sprawie ekskluzywnej prostytucji kobiet wynika, że harem w Maroku funkcjonował co najmniej od 2000 do 2011 roku. Według moich ustaleń – znacznie dłużej. Nie można również wykluczyć, że książę Maulaj Raszid wciąż korzysta z usług polskich prostytutek.
Bazując zeznaniach polskich escort girls i dowodach, które zgromadziła prokuratura można stwierdzić, że miesięcznie przez muzułmański harem księcia przewijało się co najmniej dwadzieścia polskich ekskluzywnych prostytutek. Każda za dzień pobytu w Maroku otrzymywała 200 dolarów. Ta, która uprawiała seks z Maulajem Raszidem lub jego gośćmi, 400 dolarów. Sutenerka, która organizowała wyjazd, zgarniała drugie tyle za każdą dziewczynę i za każdy dzień jej pobytu. Zatem jedna prostytutka kosztowała księcia dziennie od 400 do 800 amerykańskich dolarów. Do tego oczywiście dochodzą niemałe przecież koszty utrzymania, wyżywienia i podróży, za które również płacił Raszid.
Ile zatem w ciągu jedenastu lat na swoje cielesne uciechy wydał książę z kasy monarchii? Rachunek jest prosty. Zakładając, że w książęcych apartamentach prostytutki spędzały 28 dni w miesiącu, połowa z nich uprawiała seks, a druga tylko leżała w jacuzzi, to w ciągu 11 lat marokański budżet został uszczuplony o blisko 4,5 miliona dolarów! Tylko za sprawą dziewczyn z Polski. Tymczasem według prostytutek, z którymi rozmawiałem, na dworze księcia pojawiały się także Ukrainki i Rosjanki. Nie brakowało również marokańskich prostytutek. Tak więc moje szacunki, na nieszczęście budżetu arabskich „royalsów”, są obarczone sporym marginesem błędu…
Warto podkreślić, że mówimy o kraju, który boryka się z gigantycznymi problemami – ekonomicznymi i społecznymi. Według danych UNESCO z 2018 roku, prawie siedem milionów Marokańczyków powyżej 15 roku życia pozostaje analfabetami. Są też badania które pokazują, że odsetek osób które nie piszą i nie czytają jest znacznie wyższy i wynosi około 30%. Maroko mierzy się też z gigantycznym bezrobociem – w 2020 roku wskaźnik w grupie wiekowej 15-24 lata sięgał prawie 31%. Aż 20% bezrobotnych to absolwenci szkół wyższych.
Bieda, brak pracy i równych szans powodują, że coraz więcej młodych Marokańczyków decyduje się na wyjazd za granicę. Przede wszystkim do Hiszpanii i Francji. Tylko w tych dwóch krajach żyją prawie dwa miliony marokańskich emigrantów. W Maroku kwitnie za to prostytucja. I choć jest zakazana, to nie widzi jej chyba tylko Allah. Znalezienie damskiej czy męskiej prostytutki zajmuje bowiem mniej czasu, niż zrobienie zakupów w sklepie spożywczym.
Dodatkowo w kraju nagminnie dochodzi do łamania praw człowieka, a na media notorycznie nakładany jest kaganiec cenzury. Wielu niezależnych dziennikarzy trafiło do więzienia. W 2016 roku wydawca popularnego dziennika „Alaan” został oskarżony o zniesławienie rządu po opublikowaniu tekstu o jednym z urzędników, który podczas delegacji finansowanej z budżetu państwa zakupił alkohol (jego picie przez Islam jest surowo zabronione). Dziennikarz został wezwany do zapłaty 50 000 dirhamów marokańskich (równowartość 10 miesięcznych pensji w Maroku) oraz skazany na dwa miesiące więzienia w zawieszeniu. W tym samym roku na kilku dziennikarzy nałożono zakaz opuszczania kraju. W przypadku jego złamania zostałoby im odebrane prawo wykonywania zawodu. Dziennikarze narazili się królowi tym, że kwestionowali słuszność jego działań i politykę wewnętrzną kraju.
Wielokrotnie myślałem o tym, by wybrać się do Maroka. Zobaczyć słynny kolorowy suk, Marakesz o piątej rano i romantyczną Casablancę. Napis „Maroko. Królestwo światła”, który woła z dużego bilbordu ustawionego nieopodal Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, działa na wyobraźnię. Ale ja wiem, że tego „Królestwa światła” już pewnie nigdy nie zobaczę. Obawiam się, że mógłbym skończyć, jak wielu marokańskich dziennikarzy…Czy to możliwe, że zaledwie 30-letni książę muzułmańskiego kraju urządził sobie prywatny harem, do którego sprowadzał miesięcznie kilkadziesiąt prostytutek z Polski? Wśród nich ukochaną znanego piłkarza, partnerkę polityka i dziewczynę legendy rocka.
Czy to możliwie, że polska prokuratura, choć wiedziała o tym procederze i zorganizowanym burdelu – nie kiwnęła w tej sprawie palcem? Seks-spotkania odbywały się przede wszystkim w Maroku, ale też we Francji, Tajlandii i Nowym Jorku. Z usług prostytutek korzystał nie tylko marokański książę Maulaj Raszid – na obsługę mogli liczyć również jego goście. Żaden jednak nie mógł mieć tej, którą wybrał książę. Raszida obsługiwały przynajmniej dwie polskie sutenerki. Prokuratura nie znalazła żadnej!„W Rabacie mieszkałyśmy w willi z obsługą, a w Marakeszu w hotelu Palmeraie Golf Palace i Secret Garden. Klientami byli Arabowie. Książę Maroka, król Maroka i jego świta. Danych nie znam. W Rabacie jeździłyśmy do pałacu księcia na imprezy, a seks dziewczyny uprawiały w tej willi albo innym hotelu księcia. Jeśli dziewczyna odmówiła seksu to dostawała tylko 200 euro, a jak uprawiała seks to dniówki miała 400 euro. Byłyśmy tam 17 dni. Uprawiałyśmy seks z mężczyznami. Za pobyt otrzymałam pieniądze w kopercie od jednego z mężczyzn. To było 5000 euro. Byłam też na innym wyjeździe w Maroko od 5 do 16 maja 2010 roku. Otrzymałam informację od Marzeny telefonicznie. Mieszkałyśmy w tych samych miejscach. Otrzymałam 3200 euro”.
Fragment zeznań Kariny G.
„Zaczęłam też jeździć na wyjazdy dla Marzeny z Krakowa. Leciałam do Maroka z Warszawy. Leciało z nami jeszcze 6 dziewczyn. Nie uprawiałam seksu, byłam do towarzystwa mężczyzn. Było ich od kilku do kilkunastu, zależy od dnia. Za każdy dzień pobytu dostałam 100 dolarów. Mieszkałyśmy w willi jakiegoś księcia z Maroka”.
Fragment zeznań Katarzyny B.
„Facetów było wielu. Od kilkunastu do więcej w zależności od imprezy. Byli to chyba Arabowie z Maroka. Porozumiewałyśmy się z nimi po angielsku. Uprawiałam tam seks z jednym mężczyzną, ale o szczegółach nie chciałabym mówić. Pozostałe uprawiały seks, ale nie znam szczegółów. Pod koniec wyjazdu jeden mężczyzna przekazał pieniądze. Dostałam 2400 dolarów amerykańskich w gotówce”.
Fragment zeznań Doroty H.
„Ostatnim moim wyjazdem był wyjazd do Maroka w 2008 roku. Spędziłam tam 14 dni. Za dzień 200 euro bez seksu, a z seksem 400 lub 500 euro. Nie pamiętam, ile dostałam. Zwłaszcza, że podczas pobytu dostawałyśmy różne napiwki. W sumie nie mniej niż 2000 euro łącznie. Seks uprawiałam tylko raz”.
Fragment zeznań Joanny A.
„W 2010 roku zorganizowała i zaproponowała mi wyjazd do Maroko. Byłam 10 dni za 200 euro. Z seksem za 400 euro. Pod koniec wyjazdu dostawałyśmy koperty ze swoim imieniem i pieniędzmi. Czas spędzałyśmy w ten sposób, że prawie codziennie wieczorami odbywały się imprezy z mężczyznami. One odbywały się w willi, w której mieszkałyśmy, ale czasem byłyśmy zawożone do mężczyzn do innych domów”.
Fragment zeznań Doroty H.KAMAL I ISHAM – „FIKSERZY” KSIĘCIA
Na początku lat dwutysięcznych nie było bezpośrednich lotów z Polski do Maroka. Prostytutkom wykupowano bilety do Paryża, na lotnisko de Gaulle’a.
– Z lotniska w Paryżu odbierał nas samochód i wiózł prosto do marokańskiej ambasady. Dokładnie pamiętam, że zawozili nas na teren placówki i tam ktoś nas prowadził pod gabinet ambasadora albo konsula. To był starszy pan. Byłyśmy traktowane wyjątkowo. Po kilku minutach wchodziliśmy do niego i stamtąd odbierałyśmy paszporty ze wstemplowanymi wizami – mówi Malina, jedna z prostytutek.
Potem samochodami przewożono je na Orly, skąd marokańskimi liniami lotniczymi leciały prosto do Rabatu.
– To były królewskie linie lotnicze. Pamiętam, że pewnego razu zima sparaliżowała Paryż. Miałyśmy problem z przedostaniem się na lotnisko. Sutenerka zadzwoniła do faceta koordynującego nasz wyjazd i poinformowała go, że nie zdążymy na samolot. Odpowiedź była prosta: samolot do Maroka nie odleci, dopóki nie dojedziemy. I faktycznie, samolot pełen ludzi czekał, aż wsiadłyśmy na pokład – mówi Justyna, ekskluzywna prostytutka.
Na lotnisku w Rabacie dziewczyny z Polski odbierali kierowcy księcia.
– Zawozili nas do willi, gdzie zawsze czekały na nas pyszne jedzenie oraz lodówki pełne alkoholi, napojów i owoców. Niestety, po kilku dniach jedzenia zaczynało brakować. Na dodatek ten główny organizator, Kamal, przychodził i wyżerał co smakowitsze kąski. W efekcie na kolejne wyjazdy zabierałyśmy szynki z Polski. Zwłaszcza, że siedziałyśmy tam nieraz po dwa tygodnie – relacjonuje dziewczyna.
Za organizację wyjazdów i opiekę nad prostytutkami, czyli odbieranie z lotniska, wyjazdy na wycieczki, a przede wszystkim – dowożenie i odwożenie do księcia odpowiadało dwóch „fikserów” – Kamal i Isham. Tłumacząc z turystycznego żargonu, po prostu opiekowali się grupą. Obaj byli w wieku księcia i mieli wówczas po około 30 lat. Kamal był wysokim, grubym i krótko ostrzyżonym mężczyzną. Miał duże i nabrzmiałe wargi, więc dziewczyny podśmiewały się, że jest podobny do wielbłąda i jego imię nie jest przypadkowe. Isham był przeciwieństwem Kamala – wysoki, dobrze zbudowany, a przede wszystkim – przystojny. Pierwszy po około dwóch latach został wyrzucony.
– Kamal to był niezły aparat. Witał nas po przyjeździe z lotniska, brał udział w imprezach i co najważniejsze, odpowiadał za rozliczenia finansowe. Za każdym razem oszukiwał nas na kasie, więc trzeba go było sprawdzać i kontrolować. Płacili nam w dolarach. Te banknoty sklejały się i przylegały jeden do drugiego. Wszystko trzeba było dokładnie przeliczać. Po czasie dowiedziałam się, że do kieszeni Kamala trafiały też tipy, które otrzymywałyśmy od księcia albo jego znajomych.
WILLE W RABACIE
– Były trzy wille w Rabacie. Jedna bezpośrednio nad morzem, druga zaś z basenem na zewnątrz. A to – Justyna pokazuje fotografię – jest wejście i hol w pałacu księcia. Zdjęć willi z zewnątrz nie mam. Zobacz, ta jest największa, z wielkim jacuzzi – tłumaczy.
Justyna to stała bywalczyni willi i pałacu księcia w Maroku. Musiała się mu spodobać. W jej albumach pełno jest zdjęć ze wspólnych podróży z księciem. Nie tylko po kraju. Odwiedzała go również w Paryżu i Nowym Jorku. Na jednym ze zdjęć stoi nago w jacuzzi, tyłem do obiektywu, otulona wydobywającą się z gorącej wanny pianą. Odwrócona w kierunku aparatu twarz promienieje. Na kolejnej fotografii widzę woskowe postaci na wzór tych z muzeum Madame Tussauds w Londynie. Jest też stół bilardowy, barek i miejsce do palenia sziszy.
– Widzisz, to było tak dawno… Nie wszystko dokładnie pamiętam. Wiem, że ta największa willa była najfajniejsza. Na piętrze były sypialnie, gdzie mieszkały dziewczyny. Na dole _living room_, kuchnia i miejsce dla pracowników, bo mieliśmy do obsługi kierowców oraz panie, które sprzątały i gotowały. Druga willa była w stylu marynistycznym. Też z gosposiami i obsługą domu. Trzeciej willi nie pamiętam, co oznacza, że musiała być najgorsza z nich wszystkich. Nawet ze zdjęć wynika, że wszystkie tutaj razem przesiadywałyśmy – opowiada Justyna.
Na większości zdjęć w albumie znajdują się dziewczyny pozujące przed obiektywem. Głównie w plenerze, na wycieczkach. Czasami trafiają się nagie w jacuzzi lub na plaży. Z jednej strony Justyna zdradza mi tajemnice, o których śledczy nie mieli pojęcia. Zauważam jednak, że zanim przerzuci kolejną stronę w albumie, sprawdza co, a przede wszystkim kto, jest na zdjęciu. Zdarza się, że niektóre strony pomija.
Choć znamy się i spotykamy od ponad pół roku, czuję, że wciąż jest bardzo nieufna. Niechętnie opowiada o swoich koleżankach. Zwłaszcza o tych, z którymi miała najbliższy kontakt. Kiedy pytam właśnie o nie, mówi, że niewiele pamięta. Potwierdza jednak, że z nią wyjeżdżały. To dzięki niej mogę jednak opisać, jak wyglądały spotkania z księciem.
KSIĄŻĘ, KTÓRY OTARŁ SIĘ O TRON
Pałac Maulaja Raszida robi wrażenie. Po wejściu do budynku w oczy rzucają się ogromny hol oraz monumentalne, zakręcające na piętro schody. To właśnie one prowadziły do ogromnej sypialni marokańskiego księcia. Na górę mogły wchodzić tylko jego wybranki. Pozostałe dziewczyny czekały na parterze, gdzie znajdował się barek, przy którym odbywały się imprezy.
– Po przyjeździe do pałacu księcia szłyśmy właśnie do barku. Piłyśmy tam drinki, paliłyśmy sziszę, a czasami trawkę – opowiada Justyna.
Na jednym ze zdjęć widać dziewczyny wjeżdżające na teren posiadłości, a w tle kilkunastu marokańskich żołnierzy z charakterystycznymi czerwonymi nakryciami głowy. Na kolejnej fotografii jedna z dziewczyn pręży się kusząco, siedząc na niedawno zakupionym przez księcia Raszida błękitnym Astonie Martinie. Zresztą wszystkie dziewczyny się na nim fotografowały. Wtedy – między rokiem 2001 a 2003 – nowiutki Aston Martin przyciągał uwagę gapiów.
Książę Raszid urodził się w 1970 roku w Rabacie. Jest synem króla Hassana II i księżnej Lalli Latify Hammou oraz bratem obecnie panującego króla Muhammada VI. Po objęciu tronu przez brata był pierwszym w kolejności do tronu. Jednak w 2005 roku Muhammad VI namaścił na następcę swojego dwuletniego wtedy syna, Maulaja Hassana. Książę uczył się w Rabacie. Tam skończył Royal College i w 2005 roku został magistrem nauk politycznych. Sześć lat później obronił doktorat z prawa na francuskim Université Montesquieu Bordeaux 4.
Nie koncentrował się jedynie na obowiązkach wynikających z bycia członkiem rodziny królewskiej, ale podjął pracę. Ponieważ od lat interesował się światową gospodarką, dostał się do służby zagranicznej i dyplomatycznej. Interesuje się sprawami krajów Trzeciego Świata i wiele energii poświęca na walkę z analfabetyzmem. Jego brat, król Muhammad VI, w 2003 roku zajmował 25 miejsce na liście 50. najbogatszych polityków świata przygotowanej przez tygodnik „Angora”, z majątkiem osobistym o wartości 2,5 miliarda dolarów.
W 2015 roku dwoje znanych francuskich dziennikarzy śledczych zostało oskarżonych o próbę szantażowania króla Muhammada VI. Według francuskich mediów reporterzy żądali 3 milionów euro w zamian za odstąpienie od publikacji książki zawierającej treści kompromitujące monarchę.
– Dziennikarze Eric Laurent i Catherine Graciet zostali zatrzymani zaraz po otrzymaniu 2 milionów euro i podpisaniu przez nich zobowiązania o niepublikowaniu dzieła – mówił w radiu RTL królewski adwokat, Eric Dupont-Moretti.
Do dziś jednak nie ujawniono, jakie kompromitujące treści chcieli ujawnić Laurent i Graciet. Wiadomo za to, że ci sami dziennikarze, trzy lata wcześniej wydali książkę o tym władcy pod wymownym tytułem _Le roi prédateur_, czyli „Król Drapieżca”. Zrelacjonowali w niej marokańską korupcję, a także ujawnili, jak rosła fortuna królewska od czasu wstąpienia Muhammada VI na tron. Czy w drugiej książce chcieli opisać pikantne szczegóły z towarzyskiego życia „marokańskich royalsów”?
LUBIŁ STARSZE I BRZYDKIE
– Przystojny był ten książę? – pytam.
– Był w nim jakiś rodzaj magnetyzmu… – mówi jedna z prostytutek. – Choć na pierwszy rzut oka przypominał misia sierotę. Dziwiłam się, że podobały mu się zwykle najstarsze i najmniej atrakcyjne dziewczyny. Raz może, góra dwa wybrał fajną laskę, w tym jedną z moich koleżanek, która od razu chciała mi podkraść kontakt i wyeliminować z interesu. Generalnie to była masówka – panienki miały się zmieniać, a interes – kręcić. Stresowałam się, że dziewczyny nie wpadną im w oko, że każą je odesłać do Polski, a ja będę musiała szukać nowych. Zwykle jednak brali jak leci.
Faktycznie, dziewczyny z Polski nie narzekały na brak pracy na królewskim dworze. Układ był prosty: średnio co dziesięć dni – dziesięć nowych dziewczyn. Te które spodobały się najbardziej, zostawały dłużej. Seks-spotkania odbywały się nie tylko w Maroku. Prostytutki towarzyszyły Raszidowi także w zagranicznych wyjazdach, zwłaszcza do Paryża.
Podczas wypadów do Francji, książę Raszid ze swoją piętnastoosobową świtą meldowali się w Hôtel Plaza Athénée albo w Four Seasons Hotel George V. Imprezy w „mieście świateł” odbywały się zaś zwykle w Buddha-Bar, przy 8-12 Rue Boissy d’Anglas. To trzypoziomowy, połączony przegubowo obiekt okalający monumentalnego, czterometrowego Buddę. Oferuje m.in. bar wyrzeźbiony w kształcie smoka oraz intymne wnęki otaczające antresolę.
„Nie będąc widzianym możesz delektować się uprzywilejowaną chwilą relaksu w rozproszonym świetle świec” – zachęcają właściciele obiektu na jego oficjalnej stronie internetowej. Za ten intymny relaks trzeba słono zapłacić – najdroższe wino w karcie – Bordeaux Pomerol 2006 AOC, Petrus 1er Grand Cru Classe – to wydatek 6500 euro za butelkę.
Drugim ulubionym paryskim miejscem seksualnych eskapad księcia Raszida był bar Man Ray. Mówią o nim, że to modniejszy kuzyn Buddha-Bar. Podobnie jak on przyciąga neoazjatyckim wystrojem. Jego nazwa pochodzi od pseudonimu artysty Mana Raya. Przed laty należał do trójki znanych na całym świecie aktorów Johnnego Deppa, Seana Penna oraz Johna Malkovicha i znajdował się przy 34 Rue Marbeuf, sąsiadując z Polami Elizejskimi. W ٢٠٠٥ roku klub zmienił nazwę na „Mandala Ray”.
Według stałych bywalców, poza nazwą niewiele się w nim zmieniło. Za restauracją wciąż jest scena barowa, ulubione miejsce dwudziestokilkuletnich „modelek” i mężczyzn w drogich, markowych garniturach. Po dwóch latach Mandala Ray został definitywnie zamknięty, a jego miejsce zajął klub World Place.
OT ZWYKŁY BANKIET, TYLKO Z KURWIENIEM SIĘ…
– Na początku dostawałyśmy 500 dolarów za dzień. Z naszych usług korzystał tylko książę Raszid. Jeśli któryś z jego znajomych, czy uczestników imprez, chciał skorzystać z naszych usług, musiał dodatkowo płacić – opowiada mi inna z prostytutek, która przez kilka lat brała udział w seks wyprawach do Maroka.
Niektóre burdelmenedżerki pozwalały dziewczynom zatrzymywać zarobione dodatkowo pieniądze w całości. Inne zaś, za każde dodatkowe zlecenie inkasowały dla siebie po dwadzieścia czy trzydzieści procent. Z czasem o ekstra kasę za dodatkowe zlecenia było coraz trudniej. – Niektórzy płacili, inni liczyli, że skapnie im coś ze stołu księcia i brali na krzywy ryj – mówi dziewczyna.
Każda z trzech willi była oddalona od pałacu księcia o dwadzieścia minut drogi. Dziewczyny dowożono małymi busami z przyciemnianymi szybami. Na miejscu na ich przyjazd czekał nie tylko książę, ale zwykle też jego goście.
Pałac i jego otoczenie robiły na dziewczynach z Polski ogromne wrażenie.
– Pamiętaj, że to było prawie dwadzieścia lat temu. Polacy spędzali urlop na działce albo na Mazurach. Tylko nieliczni wyjeżdżali za granicę. A my miałyśmy pałac w Rabacie, wille na plaży do dyspozycji i wycieczki do Casablanki czy Marrakeszu. Do tego samolot, kierowcy, imprezy do rana i po kilka, a czasami kilkanaście tysięcy dolarów w kieszeni. Miałyśmy po 20 lat i wydawało nam się, że złapałyśmy Pana Boga za nogi – mówi jedna z dziewczyn.
Przed „pracą” prostytutki szły do baru na drinka i sziszę. Popalano też haszysz, który przemycany jest z Maroka do całej Europy i w najdalsze zakątki świata.
– Na większych imprezach był wystawny catering, a party przenosiło się z pałacu do altanek na zewnątrz. Nigdy jednak nie wychodziłyśmy na miasto, poza teren posiadłości księcia. To były nudne imprezy. Ot, taki sztywny bankiet firmowy, tylko z kurwieniem się w pakiecie – opowiada mi jedna z dziewczyn.
Książę wybierał dziewczynę, a potem wskazywał Kamalowi czy Ishamowi, która ma udać się na górę.
– No i wybranka szła do pracy… Orgie nie zdarzały się. Słyszałam tylko, że Raszid był biseksualny i czasem zabierał do łóżka chłopaków. Na własne oczy jednak tego nie widziałam – dodaje moja rozmówczyni.
ANALNIE I BEZ GUMY
Przez lata książę dorobił się kilku przezwisk. Część dziewczyn nazywała go „książką”, inne „Muminem” albo „Mułem”.
Raszid korzystał z prostytutek prawie codziennie. Nigdy nie było wiadomo, kiedy przyjdzie mu ochota na zabawę, dlatego nałożnice musiały pozostawać w gotowości i czekać na sygnał. Same nie mogły wychodzić na miasto. Wolny czas spędzały w willi lub przy basenie.
– Od czasu do czasu zabierali nas do centrum. Chodziłyśmy na bazar i robiłyśmy zakupy, najczęściej kupowałyśmy jakieś pamiątki. Mieli tam stoisko ze skórzanymi rzeczami. W Polsce był wówczas bum na takie ciuchy. Kupowałam tam ubrania dla całej rodziny. Największym hitem były spodnie skórzane – opowiada Justyna.
Ochrona księcia zawsze była obok, choć nie rzucała się w oczy.
– Starali się mieć na nas oko. Zawsze ktoś przyglądał się nam z boku. Ale dyskretnie. Nie siedziałyśmy tam jak w więzieniu – dodaje jedna ze stałych bywalczyń tych wyjazdów.
Polskie prostytutki nie miały wyłączności na bywanie u księcia Raszida. Po jakimś czasie w willach zaczęły pojawiać się Brazylijki, Ukrainki, a nawet Marokanki. Raszid nie wymagał od dziewczyn żadnych badań lekarskich. Czasem trafiał się jednak klient, który wynajmował lekarza i zlecał zrobienie testów nie tylko na HIV, ale też na choroby weneryczne.
– Nie akceptował również, aby podczas pobytu prostytutki same wychodziły do klubów lub umawiały się z innymi mężczyznami na seks – opowiada burdelmenedżerka, która sprowadzała do Maroka wiele dziewcząt. Dziewięćdziesiąt procent klientów bezwzględnie żądało seksu bez prezerwatywy, zaś bardzo często stosunku analnego.
– Za taką usługę płacili odpowiednio więcej – zdradza jedna z dziewczyn.
Zdarzało się, że nieliczne z prostytutek żądały, aby klient, który chciał uprawiać seks zrobił test na HIV. Rzadko który się zgadzał, o czym dziewczyna dowiadywała się dopiero… na miejscu. Jedyne co mogła zrobić, to wrócić na własną rękę i pokryć koszty hotelu oraz podróży. No i wytłumaczyć się w domu z wcześniejszego powrotu z pracy. W dodatku bez pieniędzy. Wiele z latających „na seks” dziewczyn miało bowiem w Polsce normalne rodziny – chłopaków, mężów i dzieci. Większość z ich bliskich nie wiedziała, co ich partnerki wyprawiają podczas tych wyjazdów. Śpiewkę wszystkie miały tę samą: „Nie jestem dziwką, tylko hostessą i modelką”.
JAK ZOSTAŁAM KSIĘŻNICZKĄ RASZIDA
Po kilku miesiącach intensywnych poszukiwań udało mi się dotrzeć do Maliny – polskiej prostytutki, która została dziewczyną księcia Maulaja Raszida już podczas pierwszego wyjazdu. Zgodziła się na szczerą rozmowę, w której opowiada o swojej relacji z księciem i zdradza kulisy pracy w Maroku.
Książę musiał darzyć ją specjalnym uczuciem, bo nie tylko dzwonił do niej do Polski i przysyłał kwiaty na urodziny, ale też zabrał ją na tradycyjne marokańskie wesele. Znaleziony przeze mnie „Kopciuszek” bez ogródek opowiada, czy odnalazł pantofelek i szczęście na królewskim dworze. Bez posypki brokatu zwierza się, jakie piętno odcisnęło na niej niemal dziesięcioletnie uprawianie prostytucji.
Oto fragment wywiadu:¹
– Jak zwracałyście się do księcia?
– Nie tak jak myślisz, żadna z nas nie nazywała go „waszą wysokością”. Język angielski i zwrot „you” ułatwiały sprawę. Zwracałyśmy się do niego po imieniu albo bezosobowo.
– Dziewczyna wybrana przez księcia mogła obsługiwać innych klientów?
– Nie! Do końca wyjazdu, a także podczas kolejnych, należała już tylko do niego. Dawało jej to poczucie bezpieczeństwa i wiele innych przywilejów. Dziewczyna miała status „dziewczyny księcia” i nikt nie mógł dotknąć jej palcem. Dworzanie księcia i jego najbliżsi współpracownicy stawali się wyjątkowo przyjemni i pomocni. Pewnie obawiali się gniewu władcy w razie, gdyby któraś z nas poskarżyła się na złe traktowanie.
– Wróćmy do pierwszej nocy. Książę wybiera cię i co dzieje się dalej?
– Raszid opuszcza willę. Kilka minut później pojawia się limuzyna i zabiera mnie do pałacu. W środku czekał na mnie książę.
– Co wtedy czułaś?
– Ekscytację. Wnętrze pałacu robiło ogromne wrażenie. Czułam się tak, jakby ktoś nagle przeniósł mnie do baśniowej krainy. Pałac był urządzony w arabskim stylu z charakterystycznymi ornamentami i kipiał luksusem. To, co utkwiło mi w pamięci, to unoszący się w powietrzu przepiękny zapach.
– Jak zachowywał się Raszid?
– Był nieśmiały i skrępowany. Klienci prostytutek, jeśli nie są pod wpływem alkoholu lub narkotyków, bywająna początku zawstydzeni. To nawet zabawne – idziesz do łóżka z obrzydliwie bogatym członkiem królewskiej rodziny, a ten zachowuje się jak zwykły śmiertelnik. Był delikatny. Być może sutenerka uprzedziła, że jestem nowa w tej branży. Zresztą one bardzo często wciskały klientom kit, że dostają świeży, nieprzechodzony towar. Kiedy weszliśmy do jego ogromnej sypialni wszystko było przygotowane. Czyste ręczniki, nowa szczoteczka i pasta do zębów. Z głośników, które były zamontowane w sufitach, płynęła relaksacyjna muzyka. Nie uprawialiśmy seksu przez całą noc. Po wszystkim nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, co wydarzy się rano, jak powinnam się zachować. Około dziesiątej rano zadzwonił jego telefon. To był znak, że na dole czeka na mnie samochód. Raszid zachowywał się bardzo naturalnie. Wstał, ubrał się i pożegnał.
– Jak wyglądał ten pierwszy raz z księciem?
– W zasadzie nie ma o czym gadać – szału nie było. Krótki, może pięciominutowy stosunek w prezerwatywie, „po bożemu”. Tyle.
– Bałaś się swojego pierwszego spotkania z klientem?
– Oj tak. Stres i nerwy były olbrzymie. Byłam wtedy krótko po rozstaniu z chłopakiem. To był pierwszy i jedyny partner jakiego miałam. Już sama myśl o pójściu do łóżka z kimś innym, była gigantycznym stresem. W dodatku to miała być praca…
– Od razu traktowałaś to jak pracę? Większość „dziewczyn z Dubaju” mówiło mi i tak też zeznawało prokuratorowi, że to były tylko rekreacyjne wyjazdy, na których nic nie trzeba było robić…
– Myślę, że zadziałał prosty mechanizm obronny i szukanie wytłumaczenia tego, co rzeczywiście robiłyśmy. To jest tak, jak z tym nazewnictwem tego zawodu. Dziś nie mówi się „prostytutka”, tylko „seksworkerka”. Przyznam, że trochę mnie to bawi – same zaczynamy pudrować rzeczywistość. A przecież nie o to chodzi. Wydaje mi się, że powinniśmy nazywać rzeczy po imieniu. Inaczej zacieramy granicę między tym, co jest złe, a co dobre. Myślę o młodych dziewczynach – jak mają podejmować świadome wybory, skoro posypujemy wszystko brokatem i mówimy: „Patrzcie, w sumie, to nie jest takie złe”. A to jest złe.
– Czytasz w moich myślach… Kiedy wydałem pierwszą część DZIEWCZYN z DUBAJU i kiedy książka znalazła się na językach, pseudofeministki skrytykowały mnie właśnie za język. Uznały, że nazywając dziewczyny dziwkami i prostytutkami – a nie seksworkerkami – okazałem totalny brak szacunku kobietom, które często zmuszane są do wykonywania tego rodzaju pracy. Czy ty znajdujesz różnicę między nazwaniem kogoś dziwką a seksworkerką?
– Seksworkerka brzmi lepiej niż dziwka. To oczywiste. Ale nie pudrowałabym rzeczywistości. Oczywiście z jednym wyjątkiem – nazywanie dziewczyn, które siłą są gdzieś wywożone i przetrzymywane, które są zmuszane do pracy, bite, gwałcone, narkotyzowane – prostytutkami, jest po prostu niesprawiedliwe i bardzo krzywdzące. Takie kobiety często naprawdę nie mają świadomości, jaki los ktoś chce im zgotować. Jadą do normalnej pracy, a lądują w burdelu. My wiedziałyśmy, na co się piszemy. Dobrowolnie poszłyśmy na casting i wysyłałyśmy organizatorkom kserokopie paszportów. Byłyśmy pełnoletnimi, świadomymi kobietami. „Układówki” nie miały zwykle dużych domów i bogatych rodziców. Nie oznacza to jednak, że wszystkie wychowywałyśmy się w skrajnej biedzie. Żadna z dziewczyn, które znam, nie była w sytuacji bez wyjścia.
– To wróćmy poproszę do tego momentu, kiedy Malina staje się kobietą i odkrywa, że może zarabiać własnym ciałem. Kto wprowadził cię w ten świat i zaproponował pracę w „korpoburdelu”?
– Miałam wtedy około 18 lat, kończyłam liceum, a może nawet byłam już po maturze. Jedna z koleżanek powiedziała, że właśnie wróciła z pewnego wyjazdu… Opowiadała o nim w samych superlatywach i wtedy pomyślałam, że może to jest jakiś pomysł… Dla mnie…No bo skoro dzieją się tam same fajne rzeczy i tyle można zarobić…
– Kim była ta koleżanka?
– Młodą mamą. Nie epatowała nowymi ciuchami czy kosmetykami. Miała inny zestaw potrzeb. Nie wyrzucała pieniędzy na kolekcję nowych torebek Gucci czy Louis Viutton.
– Imponowała ci?
– Była lubiana w towarzystwie, ale nikt nie wiedział, czym tak naprawdę się zajmuje. Ja też długo nie wiedziałam.
– Tobie tę tajemnicę w końcu zdradziła…
– Byłyśmy blisko. W tego typu sytuacjach musisz mieć zaufanie. Takich rzeczy nie proponuje się każdemu.
– Na pewno dopytywałaś ją o szczegóły. Co interesowało cię najbardziej?
– W sumie bardzo prozaiczne kwestie – gdzie się jedzie, kto odbierze mnie z lotniska, kim są ci mężczyźni, jak wyglądają, jak się zachowują. No i oczywiście, ile można zarobić.
KRÓLOWA DZIWEK POCHODZI Z… CHRZANOWA
Dziwki były bardzo sprytne. Kiedy wyczuły, że podobają się księciu lub komuś ważnemu z jego otoczenia – traktowały klienta wyjątkowo i spełniały wszystkie zachcianki. A wszystko po to, by nawiązać bliższe relacje i otrzymać numer telefonu. Po powrocie do Polski usilnie starały się przejąć biznes od swojej dotychczasowej sutenerki. Robiły to dla siebie, albo dla innej burdelmenedżerki. Tak właśnie w łaski księcia Maulaja Raszida wkupiła się Marzena G. Kim jest kobieta, która przebojem kinowym weszła do luksusowego, międzynarodowego świata prostytucji i sutenerstwa? Skąd pochodzi i dlaczego w bezwzględny sposób wykańczała konkurencję?Dziś ciężko znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o tej utalentowanej bizneswoman. Po miesiącach poszukiwań odszukałem ją na archiwalnej okładce „Playboya”. W sieci zachował się też jeden wywiad, z nią w roli głównej. Była wówczas u progu kariery filmowej. Już wtedy wiedziała, że jeśli w Hollywood jej nie wyjdzie, to ma plan B. I choć Marzenę G. bez problemu można znaleźć w aktach sprawy „dziewczyn z Dubaju”, to prokuratora postanowiła nie zawracać nią sobie głowy… Burdelmenedżerka do dziś zarządza latającym burdelem.„Wyjazd organizowała Marzena. Był do Maroko. Z lotniska odebrał nas kierowca i zawiózł do domku w Rabacie z lokajem i sprzątaczkami. Czas spędzałyśmy na jego terenie. Czasami kierowca zawoził nas do księcia – brata króla Maroko. Tam w pałacu były imprezy z księciem i jego znajomymi. Nie znam tych ludzi. Uprawiałam tam seks ze znajomymi księcia. Odbywało się to w domku, w którym mieszkałyśmy i w pałacu księcia. Byłam tam ponad dwa tygodnie. Potem od jakiegoś znajomego księcia otrzymałam pieniądze w kopercie. Około 4000 euro. Każda dziewczyna otrzymała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki