Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Dziewczyny z Dubaju 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 kwietnia 2023
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Dziewczyny z Dubaju 2 - ebook

Seks, władza, pieniądze. Autor „Dziewczyn z Dubaju” wraca z elektryzującą kontynuacją bestsellerowej powieści! Efektem wieloletniego dziennikarskiego śledztwa są nowe, często szokujące historie ekskluzywnych polskich prostytutek, które brały udział w zagranicznych seks-wyjazdach. Ich klientami byli królowie, syn dyktatora, a przede wszystkim książę jednego z krajów Północnej Afryki. W ciągu jedenastu lat przez jego sypialnię przewinęło się … kilkaset polskich prostytutek.

Kim są te dziewczyny? Wiele z nich doskonale znamy – z telewizji, kolorowych magazynów oraz social mediów. Jest wśród nich dziennikarka, dziewczyna popularnego piłkarza, partnerka polityka oraz legendy rocka.

Tym razem autor książki podąża tropem wątków porzuconych przez prokurator prowadzącą słynne już śledztwo w sprawie „dziewczyn z Dubaju”. Trafia m. in na trop największego haremu z polskimi prostytutkami, który zorganizował arabski książę. Zabiera nas do jego pałacu i innych posiadłości, w których za ogromne pieniądze organizował seks-uciechy. Ujawnia także rolę, jaką prostytutki odegrały w słynnej aferze podsłuchowej, która przed laty doprowadziła do trzęsienia na polskiej scenie politycznej. Ta książka naprawdę może doprowadzić do międzynarodowego skandalu!

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-967998-0-7
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Od Autora

Jesz­cze ni­gdy tak bar­dzo nie dener­wo­wa­łem się przed odda­niem książki do druku. 400 000 sprze­da­nych egzem­pla­rzy pierw­szej czę­ści _Dziew­czyn z Dubaju_ to ogromne zobo­wią­za­nie i nie­zwy­kle wysoko zawie­szona poprzeczka. Lep­szy wynik wśród wyda­nych po 1989 roku ksią­żek pol­skich auto­rów osią­gnęła tylko książka Sta­ni­sława Dzi­wi­sza o papieżu Janie Pawle II. Za każdy kupiony egzem­plarz, za wszyst­kie dobre słowa i setki otrzy­ma­nych wia­do­mo­ści, ogrom­nie Pań­stwu dzię­kuję.

Dziś ponow­nie wra­cam do świata eks­klu­zyw­nej pol­skiej pro­sty­tu­cji. Oddaję Pań­stwu swoje dru­gie dziecko. Wła­ści­wie bliź­niaka pierw­szej czę­ści sprzed pię­ciu lat. Książki podob­nej, a jed­nak zupeł­nie innej.

_Dziew­czyny z Dubaju 2_, w prze­ci­wień­stwie do poprzed­niej czę­ści, nie opie­rają się głów­nie na pro­ku­ra­tor­skich aktach. Są wyni­kiem nie­mal pię­cio­let­niego dzien­ni­kar­skiego śledz­twa i podą­ża­nia wła­sną, wie­lo­krot­nie wybo­istą drogą. Podej­muję zwłasz­cza te wątki, któ­rych z nie­wia­do­mych powo­dów pro­ku­ra­tura nie pod­jęła. Aż strach pomy­śleć, ile w Pol­sce jest w ten sam spo­sób porzu­co­nych spraw…

Zabie­ram Pań­stwa do świata marzeń i wyobraźni wielu pol­skich dziew­czyn wycho­wa­nych na histo­rii Kop­ciuszka. Do świata ksią­żę­cych pała­ców, gigan­tycz­nych pie­nię­dzy, ale też gang­ster­skich pora­chun­ków i zaka­mar­ków brud­nej pol­skiej poli­tyki. Do codzien­no­ści bez­względ­nych bur­del­me­ne­dże­rek i zde­cy­do­wa­nych na wszystko pro­sty­tu­tek. Wresz­cie, zabie­ram Pań­stwa do świata peł­nego… hipo­kry­zji.

Wszyst­kie histo­rie w tej książce wyda­rzyły się naprawdę.

PIOTR KRY­SIAKWSTĘP

WSTĘP… DO HAREMU

– Książę Mau­laj Raszid był dla cie­bie hojny?

– Skła­ma­ła­bym, gdy­bym powie­działa, że miał węża w kie­szeni. Kiedy nudziło nam się sie­dze­nie w base­nie i jacuzzi, pro­si­łam Raszida o zor­ga­ni­zo­wa­nie wypadu na mia­sto. Ni­gdy nie pro­te­sto­wał. Zle­cał wszystko Kama­lowi albo Isha­mowi i rano poja­wiał się kie­rowca z kartą kre­dy­tową księ­cia. Pła­cił za wszyst­kie zakupy. Zwy­kle jecha­ły­śmy na suk, czyli bazar w Raba­cie, na któ­rym było wszystko – od cera­miki po pamiątki, ubra­nia czy buty. Każda z nas wra­cała z zaku­pów ze spo­rymi tor­bami. Ale nie prze­gi­na­ły­śmy. Zwłasz­cza, że przy­wo­zi­łam z takiego wyjazdu dwa czy trzy tysiące dola­rów i mia­łam wra­że­nie, że zała­pa­łam Pana Boga za nogi. Wszy­scy bar­dzo dobrze mnie trak­to­wali, czu­łam się jak na waka­cjach, a w dodatku zara­bia­łam duże pie­nią­dze. Dopiero po wybu­chu afery, kiedy zaczęto mówić o staw­kach sute­ne­rek, oka­zało się, że tyle kasy, ile ja tył­kiem zara­bia­łam w tydzień, to one w jeden albo dwa dni miały! I to od każ­dej z nas…

– Plot­ko­wa­ły­ście o zarob­kach sute­ne­rek?

– Wie­dzia­ły­śmy, że nie pra­cują cha­ry­ta­tyw­nie, ale nie mia­ły­śmy świa­do­mo­ści, że w grę wcho­dzą aż tak duże pie­nią­dze.

– Pamię­tasz swój ostatni wyjazd do Mau­laja Raszida?

– To było Maroko. Nie wie­dzia­łam, że widzimy się po raz ostatni. Pamię­tam, że wró­ci­łam do kraju i nie­mal od razu poje­cha­łam zezna­wać do pro­ku­ra­tury w spra­wie seks-wyjaz­dów. To był czas, kiedy zale­d­wie kilka osób w kraju znało kulisy tej sprawy, a całe śledz­two toczyło się w pro­ku­ra­tu­rze we Wro­cła­wiu.

– Boisz się cze­goś?

– Kie­dyś się bałam, że jeśli komuś o wszyst­kim opo­wiem, to moi klienci odnajdą mnie i zro­bią mi krzywdę. To zamożni i wpły­wowi ludzie. Dużo mogą. To dla­tego w pro­ku­ra­tu­rze byłam oszczędna w sło­wach. Bałam się, że jeśli coś powiem, wymie­nię ich nazwi­ska, to mogą sta­rać się mnie uci­szyć. Na zawsze.

HIMALAJE HIPOKRYZJI MAROKAŃSKICH „ROYALSÓW”

Mau­laj Raszid to 53-letni dziś brat króla Maroka Muh­ha­mada VI. Z rela­cji pol­skich pro­sty­tu­tek wynika, że był jed­nym z ich naj­lep­szych klien­tów. Z ich usług, podob­nie jak z usług sute­ne­rek, korzy­stał regu­lar­nie. W trzech nale­żą­cych do niego wil­lach w Raba­cie urzą­dził sobie luk­su­sowy harem z pol­skimi dziw­kami. „Prze­miał” był jak w fabryce… Choć kobiety przy­znają, że pobyt u księ­cia bar­dziej przy­po­mi­nał eks­klu­zywne waka­cje, niż pracę w bur­delu.

Z akt zgro­ma­dzo­nych przez Pro­ku­ra­turę Ape­la­cyjną we Wro­cła­wiu, która pięć lat pro­wa­dziła śledz­two w spra­wie eks­klu­zyw­nej pro­sty­tu­cji kobiet wynika, że harem w Maroku funk­cjo­no­wał co naj­mniej od 2000 do 2011 roku. Według moich usta­leń – znacz­nie dłu­żej. Nie można rów­nież wyklu­czyć, że książę Mau­laj Raszid wciąż korzy­sta z usług pol­skich pro­sty­tu­tek.

Bazu­jąc zezna­niach pol­skich escort girls i dowo­dach, które zgro­ma­dziła pro­ku­ra­tura można stwier­dzić, że mie­sięcz­nie przez muzuł­mań­ski harem księ­cia prze­wi­jało się co naj­mniej dwa­dzie­ścia pol­skich eks­klu­zyw­nych pro­sty­tu­tek. Każda za dzień pobytu w Maroku otrzy­my­wała 200 dola­rów. Ta, która upra­wiała seks z Mau­la­jem Raszi­dem lub jego gośćmi, 400 dola­rów. Sute­nerka, która orga­ni­zo­wała wyjazd, zgar­niała dru­gie tyle za każdą dziew­czynę i za każdy dzień jej pobytu. Zatem jedna pro­sty­tutka kosz­to­wała księ­cia dzien­nie od 400 do 800 ame­ry­kań­skich dola­rów. Do tego oczy­wi­ście docho­dzą nie­małe prze­cież koszty utrzy­ma­nia, wyży­wie­nia i podróży, za które rów­nież pła­cił Raszid.

Ile zatem w ciągu jede­na­stu lat na swoje cie­le­sne ucie­chy wydał książę z kasy monar­chii? Rachu­nek jest pro­sty. Zakła­da­jąc, że w ksią­żę­cych apar­ta­men­tach pro­stytutki spę­dzały 28 dni w mie­siącu, połowa z nich upra­wiała seks, a druga tylko leżała w jacuzzi, to w ciągu 11 lat maro­kań­ski budżet został uszczu­plony o bli­sko 4,5 miliona dola­rów! Tylko za sprawą dziew­czyn z Pol­ski. Tym­cza­sem według pro­stytutek, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, na dwo­rze księ­cia poja­wiały się także Ukra­inki i Rosjanki. Nie bra­ko­wało rów­nież maro­kań­skich pro­stytutek. Tak więc moje sza­cunki, na nie­szczę­ście budżetu arab­skich „roy­al­sów”, są obar­czone spo­rym mar­gi­ne­sem błędu…

Warto pod­kre­ślić, że mówimy o kraju, który boryka się z gigan­tycz­nymi pro­ble­mami – eko­no­micz­nymi i spo­łecz­nymi. Według danych UNE­SCO z 2018 roku, pra­wie sie­dem milio­nów Maro­kań­czy­ków powy­żej 15 roku życia pozo­staje anal­fa­be­tami. Są też bada­nia które poka­zują, że odse­tek osób które nie piszą i nie czy­tają jest znacz­nie wyż­szy i wynosi około 30%. Maroko mie­rzy się też z gigan­tycz­nym bez­ro­bo­ciem – w 2020 roku wskaź­nik w gru­pie wie­ko­wej 15-24 lata się­gał pra­wie 31%. Aż 20% bez­ro­bot­nych to absol­wenci szkół wyż­szych.

Bieda, brak pracy i rów­nych szans powo­dują, że coraz wię­cej mło­dych Maro­kań­czy­ków decy­duje się na wyjazd za gra­nicę. Przede wszyst­kim do Hisz­pa­nii i Fran­cji. Tylko w tych dwóch kra­jach żyją pra­wie dwa miliony maro­kań­skich emi­gran­tów. W Maroku kwit­nie za to pro­sty­tu­cja. I choć jest zaka­zana, to nie widzi jej chyba tylko Allah. Zna­le­zie­nie dam­skiej czy męskiej pro­sty­tutki zaj­muje bowiem mniej czasu, niż zro­bie­nie zaku­pów w skle­pie spo­żyw­czym.

Dodat­kowo w kraju nagmin­nie docho­dzi do łama­nia praw czło­wieka, a na media noto­rycz­nie nakła­dany jest kaga­niec cen­zury. Wielu nie­za­leż­nych dzien­ni­ka­rzy tra­fiło do wię­zie­nia. W 2016 roku wydawca popu­lar­nego dzien­nika „Alaan” został oskar­żony o znie­sła­wie­nie rządu po opu­bli­ko­wa­niu tek­stu o jed­nym z urzęd­ni­ków, który pod­czas dele­ga­cji finan­so­wa­nej z budżetu pań­stwa zaku­pił alko­hol (jego picie przez Islam jest surowo zabro­nione). Dzien­ni­karz został wezwany do zapłaty 50 000 dir­ha­mów maro­kań­skich (rów­no­war­tość 10 mie­sięcz­nych pen­sji w Maroku) oraz ska­zany na dwa mie­siące wię­zie­nia w zawie­sze­niu. W tym samym roku na kilku dzien­ni­ka­rzy nało­żono zakaz opusz­cza­nia kraju. W przy­padku jego złama­nia zosta­łoby im ode­brane prawo wyko­ny­wa­nia zawodu. Dzien­ni­karze nara­zili się kró­lowi tym, że kwe­stio­no­wali słusz­ność jego dzia­łań i poli­tykę wewnętrzną kraju.

Wie­lo­krot­nie myśla­łem o tym, by wybrać się do Maroka. Zoba­czyć słynny kolo­rowy suk, Mara­kesz o pią­tej rano i roman­tyczną Casa­blancę. Napis „Maroko. Kró­le­stwo świa­tła”, który woła z dużego bil­bordu usta­wio­nego nie­opo­dal Szkoły Głów­nej Han­dlo­wej w War­sza­wie, działa na wyobraź­nię. Ale ja wiem, że tego „Kró­le­stwa świa­tła” już pew­nie ni­gdy nie zoba­czę. Oba­wiam się, że mógł­bym skoń­czyć, jak wielu maro­kań­skich dzien­ni­ka­rzy…Czy to moż­liwe, że zale­d­wie 30-letni książę muzuł­mań­skiego kraju urzą­dził sobie pry­watny harem, do któ­rego spro­wa­dzał mie­sięcz­nie kil­ka­dzie­siąt pro­sty­tu­tek z Pol­ski? Wśród nich uko­chaną zna­nego pił­ka­rza, part­nerkę poli­tyka i dziew­czynę legendy rocka.

Czy to moż­li­wie, że pol­ska pro­ku­ra­tura, choć wie­działa o tym pro­ce­de­rze i zor­ga­ni­zo­wa­nym bur­delu – nie kiw­nęła w tej spra­wie pal­cem? Seks-spo­tka­nia odby­wały się przede wszyst­kim w Maroku, ale też we Fran­cji, Taj­lan­dii i Nowym Jorku. Z usług pro­sty­tu­tek korzy­stał nie tylko maro­kań­ski książę Mau­laj Raszid – na obsługę mogli liczyć rów­nież jego goście. Żaden jed­nak nie mógł mieć tej, którą wybrał książę. Raszida obsłu­gi­wały przy­naj­mniej dwie pol­skie sute­nerki. Pro­ku­ra­tura nie zna­la­zła żad­nej!„W Raba­cie miesz­ka­ły­śmy w willi z obsługą, a w Mara­ke­szu w hotelu Pal­me­raie Golf Palace i Secret Gar­den. Klien­tami byli Ara­bo­wie. Książę Maroka, król Maroka i jego świta. Danych nie znam. W Raba­cie jeź­dzi­ły­śmy do pałacu księ­cia na imprezy, a seks dziew­czyny upra­wiały w tej willi albo innym hotelu księ­cia. Jeśli dziew­czyna odmó­wiła seksu to dosta­wała tylko 200 euro, a jak upra­wiała seks to dniówki miała 400 euro. Były­śmy tam 17 dni. Upra­wia­ły­śmy seks z męż­czy­znami. Za pobyt otrzy­ma­łam pie­nią­dze w koper­cie od jed­nego z męż­czyzn. To było 5000 euro. Byłam też na innym wyjeź­dzie w Maroko od 5 do 16 maja 2010 roku. Otrzy­ma­łam infor­ma­cję od Marzeny tele­fo­nicz­nie. Miesz­ka­ły­śmy w tych samych miej­scach. Otrzy­ma­łam 3200 euro”.

Frag­ment zeznań Kariny G.

„Zaczę­łam też jeź­dzić na wyjazdy dla Marzeny z Kra­kowa. Lecia­łam do Maroka z War­szawy. Leciało z nami jesz­cze 6 dziew­czyn. Nie upra­wia­łam seksu, byłam do towa­rzy­stwa męż­czyzn. Było ich od kilku do kil­ku­na­stu, zależy od dnia. Za każdy dzień pobytu dosta­łam 100 dola­rów. Miesz­ka­ły­śmy w willi jakie­goś księ­cia z Maroka”.

Frag­ment zeznań Kata­rzyny B.

„Face­tów było wielu. Od kil­ku­na­stu do wię­cej w zależ­no­ści od imprezy. Byli to chyba Ara­bo­wie z Maroka. Poro­zu­mie­wa­ły­śmy się z nimi po angiel­sku. Upra­wia­łam tam seks z jed­nym męż­czy­zną, ale o szcze­gó­łach nie chcia­ła­bym mówić. Pozo­stałe upra­wiały seks, ale nie znam szcze­gó­łów. Pod koniec wyjazdu jeden męż­czy­zna prze­ka­zał pie­nią­dze. Dosta­łam 2400 dola­rów ame­ry­kań­skich w gotówce”.

Frag­ment zeznań Doroty H.

„Ostat­nim moim wyjaz­dem był wyjazd do Maroka w 2008 roku. Spę­dzi­łam tam 14 dni. Za dzień 200 euro bez seksu, a z sek­sem 400 lub 500 euro. Nie pamię­tam, ile dosta­łam. Zwłasz­cza, że pod­czas pobytu dosta­wa­ły­śmy różne napiwki. W sumie nie mniej niż 2000 euro łącz­nie. Seks upra­wia­łam tylko raz”.

Frag­ment zeznań Joanny A.

„W 2010 roku zor­ga­ni­zo­wała i zapro­po­no­wała mi wyjazd do Maroko. Byłam 10 dni za 200 euro. Z sek­sem za 400 euro. Pod koniec wyjazdu dosta­wa­ły­śmy koperty ze swoim imie­niem i pie­niędzmi. Czas spę­dza­ły­śmy w ten spo­sób, że pra­wie codzien­nie wie­czo­rami odby­wały się imprezy z męż­czy­znami. One odby­wały się w willi, w któ­rej miesz­ka­ły­śmy, ale cza­sem były­śmy zawo­żone do męż­czyzn do innych domów”.

Frag­ment zeznań Doroty H.KAMAL I ISHAM – „FIKSERZY” KSIĘCIA

Na początku lat dwu­ty­sięcz­nych nie było bez­po­śred­nich lotów z Pol­ski do Maroka. Pro­sty­tut­kom wyku­po­wano bilety do Paryża, na lot­ni­sko de Gaulle’a.

– Z lot­ni­ska w Paryżu odbie­rał nas samo­chód i wiózł pro­sto do maro­kań­skiej amba­sady. Dokład­nie pamię­tam, że zawo­zili nas na teren pla­cówki i tam ktoś nas pro­wa­dził pod gabi­net amba­sa­dora albo kon­sula. To był star­szy pan. Były­śmy trak­to­wane wyjąt­kowo. Po kilku minu­tach wcho­dzi­li­śmy do niego i stam­tąd odbie­rałyśmy pasz­porty ze wstem­plo­wa­nymi wizami – mówi Malina, jedna z pro­sty­tu­tek.

Potem samo­cho­dami prze­wo­żono je na Orly, skąd maro­kań­skimi liniami lot­ni­czymi leciały pro­sto do Rabatu.

– To były kró­lew­skie linie lot­ni­cze. Pamię­tam, że pew­nego razu zima spa­ra­li­żo­wała Paryż. Mia­ły­śmy pro­blem z prze­do­sta­niem się na lot­ni­sko. Sute­nerka zadzwo­niła do faceta koor­dy­nu­ją­cego nasz wyjazd i poin­for­mo­wała go, że nie zdą­żymy na samo­lot. Odpo­wiedź była pro­sta: samo­lot do Maroka nie odleci, dopóki nie doje­dziemy. I fak­tycz­nie, samo­lot pełen ludzi cze­kał, aż wsia­dły­śmy na pokład – mówi Justyna, eks­klu­zywna pro­sty­tutka.

Na lot­ni­sku w Raba­cie dziew­czyny z Pol­ski odbie­rali kie­rowcy księ­cia.

– Zawo­zili nas do willi, gdzie zawsze cze­kały na nas pyszne jedze­nie oraz lodówki pełne alko­holi, napo­jów i owo­ców. Nie­stety, po kilku dniach jedze­nia zaczy­nało bra­ko­wać. Na doda­tek ten główny orga­ni­za­tor, Kamal, przy­cho­dził i wyże­rał co sma­ko­wit­sze kąski. W efek­cie na kolejne wyjazdy zabie­ra­ły­śmy szynki z Pol­ski. Zwłasz­cza, że sie­dzia­ły­śmy tam nie­raz po dwa tygo­dnie – rela­cjo­nuje dziew­czyna.

Za orga­ni­za­cję wyjaz­dów i opiekę nad pro­sty­tut­kami, czyli odbie­ra­nie z lot­ni­ska, wyjazdy na wycieczki, a przede wszyst­kim – dowo­że­nie i odwo­że­nie do księ­cia odpo­wia­dało dwóch „fik­se­rów” – Kamal i Isham. Tłu­ma­cząc z tury­stycz­nego żar­gonu, po pro­stu opie­ko­wali się grupą. Obaj byli w wieku księ­cia i mieli wów­czas po około 30 lat. Kamal był wyso­kim, gru­bym i krótko ostrzy­żo­nym męż­czy­zną. Miał duże i nabrzmiałe wargi, więc dziew­czyny pod­śmie­wały się, że jest podobny do wiel­błąda i jego imię nie jest przy­pad­kowe. Isham był prze­ci­wień­stwem Kamala – wysoki, dobrze zbu­do­wany, a przede wszyst­kim – przy­stojny. Pierw­szy po około dwóch latach został wyrzu­cony.

– Kamal to był nie­zły apa­rat. Witał nas po przy­jeź­dzie z lot­ni­ska, brał udział w impre­zach i co naj­waż­niej­sze, odpo­wia­dał za roz­li­cze­nia finan­sowe. Za każ­dym razem oszu­ki­wał nas na kasie, więc trzeba go było spraw­dzać i kon­tro­lo­wać. Pła­cili nam w dola­rach. Te bank­noty skle­jały się i przy­le­gały jeden do dru­giego. Wszystko trzeba było dokład­nie prze­li­czać. Po cza­sie dowie­dzia­łam się, że do kie­szeni Kamala tra­fiały też tipy, które otrzy­my­wa­ły­śmy od księ­cia albo jego zna­jo­mych.

WILLE W RABACIE

– Były trzy wille w Raba­cie. Jedna bez­po­śred­nio nad morzem, druga zaś z base­nem na zewnątrz. A to – Justyna poka­zuje foto­gra­fię – jest wej­ście i hol w pałacu księ­cia. Zdjęć willi z zewnątrz nie mam. Zobacz, ta jest naj­więk­sza, z wiel­kim jacuzzi – tłu­ma­czy.

Justyna to stała bywal­czyni willi i pałacu księ­cia w Maroku. Musiała się mu spodo­bać. W jej albu­mach pełno jest zdjęć ze wspól­nych podróży z księ­ciem. Nie tylko po kraju. Odwie­dzała go rów­nież w Paryżu i Nowym Jorku. Na jed­nym ze zdjęć stoi nago w jacuzzi, tyłem do obiek­tywu, otu­lona wydo­by­wa­jącą się z gorą­cej wanny pianą. Odwró­cona w kie­runku apa­ratu twarz pro­mie­nieje. Na kolej­nej foto­gra­fii widzę woskowe postaci na wzór tych z muzeum Madame Tus­sauds w Lon­dy­nie. Jest też stół bilar­dowy, barek i miej­sce do pale­nia szi­szy.

– Widzisz, to było tak dawno… Nie wszystko dokład­nie pamię­tam. Wiem, że ta naj­więk­sza willa była naj­faj­niej­sza. Na pię­trze były sypial­nie, gdzie miesz­kały dziew­czyny. Na dole _living room_, kuch­nia i miej­sce dla pra­cow­ni­ków, bo mie­li­śmy do obsługi kie­row­ców oraz panie, które sprzą­tały i goto­wały. Druga willa była w stylu mary­ni­stycz­nym. Też z gospo­siami i obsługą domu. Trze­ciej willi nie pamię­tam, co ozna­cza, że musiała być naj­gor­sza z nich wszyst­kich. Nawet ze zdjęć wynika, że wszyst­kie tutaj razem prze­sia­dy­wa­ły­śmy – opo­wiada Justyna.

Na więk­szo­ści zdjęć w albu­mie znaj­dują się dziew­czyny pozu­jące przed obiek­ty­wem. Głów­nie w ple­ne­rze, na wyciecz­kach. Cza­sami tra­fiają się nagie w jacuzzi lub na plaży. Z jed­nej strony Justyna zdra­dza mi tajem­nice, o któ­rych śled­czy nie mieli poję­cia. Zauwa­żam jed­nak, że zanim prze­rzuci kolejną stronę w albu­mie, spraw­dza co, a przede wszyst­kim kto, jest na zdję­ciu. Zda­rza się, że nie­które strony pomija.

Choć znamy się i spo­ty­kamy od ponad pół roku, czuję, że wciąż jest bar­dzo nie­ufna. Nie­chęt­nie opo­wiada o swo­ich kole­żan­kach. Zwłasz­cza o tych, z któ­rymi miała naj­bliż­szy kon­takt. Kiedy pytam wła­śnie o nie, mówi, że nie­wiele pamięta. Potwier­dza jed­nak, że z nią wyjeż­dżały. To dzięki niej mogę jed­nak opi­sać, jak wyglą­dały spo­tka­nia z księ­ciem.

KSIĄŻĘ, KTÓRY OTARŁ SIĘ O TRON

Pałac Mau­laja Raszida robi wra­że­nie. Po wej­ściu do budynku w oczy rzu­cają się ogromny hol oraz monu­men­talne, zakrę­ca­jące na pię­tro schody. To wła­śnie one pro­wa­dziły do ogrom­nej sypialni maro­kań­skiego księ­cia. Na górę mogły wcho­dzić tylko jego wybranki. Pozo­stałe dziew­czyny cze­kały na par­te­rze, gdzie znaj­do­wał się barek, przy któ­rym odby­wały się imprezy.

– Po przy­jeź­dzie do pałacu księ­cia szły­śmy wła­śnie do barku. Piły­śmy tam drinki, pali­ły­śmy szi­szę, a cza­sami trawkę – opo­wiada Justyna.

Na jed­nym ze zdjęć widać dziew­czyny wjeż­dża­jące na teren posia­dło­ści, a w tle kil­ku­na­stu maro­kań­skich żoł­nie­rzy z cha­rak­te­ry­stycz­nymi czer­wo­nymi nakry­ciami głowy. Na kolej­nej foto­gra­fii jedna z dziew­czyn pręży się kusząco, sie­dząc na nie­dawno zaku­pio­nym przez księ­cia Raszida błę­kit­nym Asto­nie Mar­ti­nie. Zresztą wszyst­kie dziew­czyny się na nim foto­gra­fo­wały. Wtedy – mię­dzy rokiem 2001 a 2003 – nowiutki Aston Mar­tin przy­cią­gał uwagę gapiów.

Książę Raszid uro­dził się w 1970 roku w Raba­cie. Jest synem króla Has­sana II i księż­nej Lalli Latify Ham­mou oraz bra­tem obec­nie panu­ją­cego króla Muham­mada VI. Po obję­ciu tronu przez brata był pierw­szym w kolej­no­ści do tronu. Jed­nak w 2005 roku Muham­mad VI nama­ścił na następcę swo­jego dwu­let­niego wtedy syna, Mau­laja Has­sana. Książę uczył się w Raba­cie. Tam skoń­czył Royal Col­lege i w 2005 roku został magi­strem nauk poli­tycz­nych. Sześć lat póź­niej obro­nił dok­to­rat z prawa na fran­cu­skim Université Mon­te­squ­ieu Bor­de­aux 4.

Nie kon­cen­tro­wał się jedy­nie na obo­wiąz­kach wyni­ka­ją­cych z bycia człon­kiem rodziny kró­lew­skiej, ale pod­jął pracę. Ponie­waż od lat inte­re­so­wał się świa­tową gospo­darką, dostał się do służby zagra­nicz­nej i dyplo­ma­tycz­nej. Inte­re­suje się spra­wami kra­jów Trze­ciego Świata i wiele ener­gii poświęca na walkę z anal­fa­be­ty­zmem. Jego brat, król Muham­mad VI, w 2003 roku zaj­mo­wał 25 miej­sce na liście 50. naj­bo­gat­szych poli­ty­ków świata przy­go­to­wa­nej przez tygo­dnik „Angora”, z mająt­kiem oso­bi­stym o war­to­ści 2,5 miliarda dola­rów.

W 2015 roku dwoje zna­nych fran­cu­skich dzien­ni­ka­rzy śled­czych zostało oskar­żo­nych o próbę szan­ta­żo­wa­nia króla Muham­mada VI. Według fran­cu­skich mediów repor­te­rzy żądali 3 milio­nów euro w zamian za odstą­pie­nie od publi­ka­cji książki zawie­ra­ją­cej tre­ści kom­pro­mi­tu­jące monar­chę.

– Dzien­ni­ka­rze Eric Lau­rent i Cathe­rine Gra­ciet zostali zatrzy­mani zaraz po otrzy­ma­niu 2 milio­nów euro i pod­pi­sa­niu przez nich zobo­wią­za­nia o nie­pu­bli­ko­wa­niu dzieła – mówił w radiu RTL kró­lew­ski adwo­kat, Eric Dupont-Moretti.

Do dziś jed­nak nie ujaw­niono, jakie kom­pro­mi­tu­jące tre­ści chcieli ujaw­nić Lau­rent i Gra­ciet. Wia­domo za to, że ci sami dzien­ni­ka­rze, trzy lata wcze­śniej wydali książkę o tym władcy pod wymow­nym tytu­łem _Le roi prédateur_, czyli „Król Dra­pieżca”. Zre­la­cjo­no­wali w niej maro­kań­ską korup­cję, a także ujaw­nili, jak rosła for­tuna kró­lew­ska od czasu wstą­pie­nia Muham­mada VI na tron. Czy w dru­giej książce chcieli opi­sać pikantne szcze­góły z towa­rzy­skiego życia „maro­kań­skich roy­al­sów”?

LUBIŁ STARSZE I BRZYDKIE

– Przy­stojny był ten książę? – pytam.

– Był w nim jakiś rodzaj magne­ty­zmu… – mówi jedna z pro­sty­tu­tek. – Choć na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­nał misia sie­rotę. Dzi­wi­łam się, że podo­bały mu się zwy­kle naj­star­sze i naj­mniej atrak­cyjne dziew­czyny. Raz może, góra dwa wybrał fajną laskę, w tym jedną z moich kole­ża­nek, która od razu chciała mi pod­kraść kon­takt i wyeli­mi­no­wać z inte­resu. Gene­ral­nie to była masówka – panienki miały się zmie­niać, a inte­res – krę­cić. Stre­so­wa­łam się, że dziew­czyny nie wpadną im w oko, że każą je ode­słać do Pol­ski, a ja będę musiała szu­kać nowych. Zwy­kle jed­nak brali jak leci.

Fak­tycz­nie, dziew­czyny z Pol­ski nie narze­kały na brak pracy na kró­lew­skim dwo­rze. Układ był pro­sty: śred­nio co dzie­sięć dni – dzie­sięć nowych dziew­czyn. Te które spodo­bały się naj­bar­dziej, zosta­wały dłu­żej. Seks-spo­tka­nia odby­wały się nie tylko w Maroku. Pro­sty­tutki towa­rzy­szyły Raszi­dowi także w zagra­nicz­nych wyjaz­dach, zwłasz­cza do Paryża.

Pod­czas wypa­dów do Fran­cji, książę Raszid ze swoją pięt­na­sto­oso­bową świtą mel­do­wali się w Hôtel Plaza Athénée albo w Four Seasons Hotel Geo­rge V. Imprezy w „mie­ście świa­teł” odby­wały się zaś zwy­kle w Bud­dha-Bar, przy 8-12 Rue Boissy d’Anglas. To trzy­po­zio­mowy, połą­czony prze­gu­bowo obiekt oka­la­jący monu­men­tal­nego, czte­ro­me­tro­wego Buddę. Ofe­ruje m.in. bar wyrzeź­biony w kształ­cie smoka oraz intymne wnęki ota­cza­jące antre­solę.

„Nie będąc widzia­nym możesz delek­to­wać się uprzy­wi­le­jo­waną chwilą relaksu w roz­pro­szo­nym świe­tle świec” – zachę­cają wła­ści­ciele obiektu na jego ofi­cjal­nej stro­nie inter­ne­to­wej. Za ten intymny relaks trzeba słono zapła­cić – naj­droż­sze wino w kar­cie – Bor­de­aux Pome­rol 2006 AOC, Petrus 1er Grand Cru Classe – to wyda­tek 6500 euro za butelkę.

Dru­gim ulu­bio­nym pary­skim miej­scem sek­su­al­nych eska­pad księ­cia Raszida był bar Man Ray. Mówią o nim, że to mod­niej­szy kuzyn Bud­dha-Bar. Podob­nie jak on przy­ciąga neo­azja­tyc­kim wystro­jem. Jego nazwa pocho­dzi od pseu­do­nimu arty­sty Mana Raya. Przed laty nale­żał do trójki zna­nych na całym świe­cie akto­rów John­nego Deppa, Seana Penna oraz Johna Mal­ko­vi­cha i znaj­do­wał się przy 34 Rue Mar­beuf, sąsia­du­jąc z Polami Eli­zej­skimi. W ٢٠٠٥ roku klub zmie­nił nazwę na „Man­dala Ray”.

Według sta­łych bywal­ców, poza nazwą nie­wiele się w nim zmie­niło. Za restau­ra­cją wciąż jest scena barowa, ulu­bione miej­sce dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nich „mode­lek” i męż­czyzn w dro­gich, mar­ko­wych gar­ni­tu­rach. Po dwóch latach Man­dala Ray został defi­ni­tyw­nie zamknięty, a jego miej­sce zajął klub World Place.

OT ZWYKŁY BANKIET, TYLKO Z KURWIENIEM SIĘ…

– Na początku dosta­wa­ły­śmy 500 dola­rów za dzień. Z naszych usług korzy­stał tylko książę Raszid. Jeśli któ­ryś z jego zna­jo­mych, czy uczest­ni­ków imprez, chciał sko­rzy­stać z naszych usług, musiał dodat­kowo pła­cić – opo­wiada mi inna z pro­sty­tu­tek, która przez kilka lat brała udział w seks wypra­wach do Maroka.

Nie­które bur­del­me­ne­dżerki pozwa­lały dziew­czy­nom zatrzy­my­wać zaro­bione dodat­kowo pie­nią­dze w cało­ści. Inne zaś, za każde dodat­kowe zle­ce­nie inka­so­wały dla sie­bie po dwa­dzie­ścia czy trzy­dzie­ści pro­cent. Z cza­sem o eks­tra kasę za dodat­kowe zle­ce­nia było coraz trud­niej. – Nie­któ­rzy pła­cili, inni liczyli, że skap­nie im coś ze stołu księ­cia i brali na krzywy ryj – mówi dziew­czyna.

Każda z trzech willi była odda­lona od pałacu księ­cia o dwa­dzie­ścia minut drogi. Dziew­czyny dowo­żono małymi busami z przy­ciem­nia­nymi szy­bami. Na miej­scu na ich przy­jazd cze­kał nie tylko książę, ale zwy­kle też jego goście.

Pałac i jego oto­cze­nie robiły na dziew­czy­nach z Pol­ski ogromne wra­że­nie.

– Pamię­taj, że to było pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu. Polacy spę­dzali urlop na działce albo na Mazu­rach. Tylko nie­liczni wyjeż­dżali za gra­nicę. A my mia­ły­śmy pałac w Raba­cie, wille na plaży do dys­po­zy­cji i wycieczki do Casa­blanki czy Mar­ra­ke­szu. Do tego samo­lot, kie­rowcy, imprezy do rana i po kilka, a cza­sami kil­ka­na­ście tysięcy dola­rów w kie­szeni. Mia­ły­śmy po 20 lat i wyda­wało nam się, że zła­pa­ły­śmy Pana Boga za nogi – mówi jedna z dziew­czyn.

Przed „pracą” pro­sty­tutki szły do baru na drinka i szi­szę. Popa­lano też haszysz, który prze­my­cany jest z Maroka do całej Europy i w naj­dal­sze zakątki świata.

– Na więk­szych impre­zach był wystawny cate­ring, a party prze­no­siło się z pałacu do alta­nek na zewnątrz. Ni­gdy jed­nak nie wycho­dzi­ły­śmy na mia­sto, poza teren posia­dło­ści księ­cia. To były nudne imprezy. Ot, taki sztywny ban­kiet fir­mowy, tylko z kur­wie­niem się w pakie­cie – opo­wiada mi jedna z dziew­czyn.

Książę wybie­rał dziew­czynę, a potem wska­zy­wał Kama­lowi czy Isha­mowi, która ma udać się na górę.

– No i wybranka szła do pracy… Orgie nie zda­rzały się. Sły­sza­łam tylko, że Raszid był bisek­su­alny i cza­sem zabie­rał do łóżka chło­pa­ków. Na wła­sne oczy jed­nak tego nie widzia­łam – dodaje moja roz­mów­czyni.

ANALNIE I BEZ GUMY

Przez lata książę doro­bił się kilku prze­zwisk. Część dziew­czyn nazy­wała go „książką”, inne „Mumi­nem” albo „Mułem”.

Raszid korzy­stał z pro­sty­tu­tek pra­wie codzien­nie. Ni­gdy nie było wia­domo, kiedy przyj­dzie mu ochota na zabawę, dla­tego nałoż­nice musiały pozo­sta­wać w goto­wo­ści i cze­kać na sygnał. Same nie mogły wycho­dzić na mia­sto. Wolny czas spę­dzały w willi lub przy base­nie.

– Od czasu do czasu zabie­rali nas do cen­trum. Cho­dzi­ły­śmy na bazar i robi­ły­śmy zakupy, naj­czę­ściej kupo­wa­ły­śmy jakieś pamiątki. Mieli tam sto­isko ze skó­rza­nymi rze­czami. W Pol­sce był wów­czas bum na takie ciu­chy. Kupo­wa­łam tam ubra­nia dla całej rodziny. Naj­więk­szym hitem były spodnie skó­rzane – opo­wiada Justyna.

Ochrona księ­cia zawsze była obok, choć nie rzu­cała się w oczy.

– Sta­rali się mieć na nas oko. Zawsze ktoś przy­glą­dał się nam z boku. Ale dys­kret­nie. Nie sie­dzia­ły­śmy tam jak w wię­zie­niu – dodaje jedna ze sta­łych bywal­czyń tych wyjaz­dów.

Pol­skie pro­sty­tutki nie miały wyłącz­no­ści na bywa­nie u księ­cia Raszida. Po jakimś cza­sie w wil­lach zaczęły poja­wiać się Bra­zy­lijki, Ukra­inki, a nawet Maro­kanki. Raszid nie wyma­gał od dziew­czyn żad­nych badań lekar­skich. Cza­sem tra­fiał się jed­nak klient, który wynaj­mo­wał leka­rza i zle­cał zro­bie­nie testów nie tylko na HIV, ale też na cho­roby wene­ryczne.

– Nie akcep­to­wał rów­nież, aby pod­czas pobytu pro­sty­tutki same wycho­dziły do klu­bów lub uma­wiały się z innymi męż­czy­znami na seks – opo­wiada bur­del­me­ne­dżerka, która spro­wa­dzała do Maroka wiele dziew­cząt. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent klien­tów bez­względ­nie żądało seksu bez pre­zer­wa­tywy, zaś bar­dzo czę­sto sto­sunku anal­nego.

– Za taką usługę pła­cili odpo­wied­nio wię­cej – zdra­dza jedna z dziew­czyn.

Zda­rzało się, że nie­liczne z pro­sty­tu­tek żądały, aby klient, który chciał upra­wiać seks zro­bił test na HIV. Rzadko który się zga­dzał, o czym dziew­czyna dowia­dy­wała się dopiero… na miej­scu. Jedyne co mogła zro­bić, to wró­cić na wła­sną rękę i pokryć koszty hotelu oraz podróży. No i wytłu­ma­czyć się w domu z wcze­śniej­szego powrotu z pracy. W dodatku bez pie­nię­dzy. Wiele z lata­ją­cych „na seks” dziew­czyn miało bowiem w Pol­sce nor­malne rodziny – chło­pa­ków, mężów i dzieci. Więk­szość z ich bli­skich nie wie­działa, co ich part­nerki wypra­wiają pod­czas tych wyjaz­dów. Śpiewkę wszyst­kie miały tę samą: „Nie jestem dziwką, tylko hostessą i modelką”.

JAK ZOSTAŁAM KSIĘŻNICZKĄ RASZIDA

Po kilku mie­sią­cach inten­syw­nych poszu­ki­wań udało mi się dotrzeć do Maliny – pol­skiej pro­sty­tutki, która została dziew­czyną księ­cia Mau­laja Raszida już pod­czas pierw­szego wyjazdu. Zgo­dziła się na szczerą roz­mowę, w któ­rej opo­wiada o swo­jej rela­cji z księ­ciem i zdra­dza kulisy pracy w Maroku.

Książę musiał darzyć ją spe­cjal­nym uczu­ciem, bo nie tylko dzwo­nił do niej do Pol­ski i przy­sy­łał kwiaty na uro­dziny, ale też zabrał ją na tra­dy­cyjne maro­kań­skie wesele. Zna­le­ziony przeze mnie „Kop­ciu­szek” bez ogró­dek opo­wiada, czy odna­lazł pan­to­fe­lek i szczę­ście na kró­lew­skim dwo­rze. Bez posypki bro­katu zwie­rza się, jakie piętno odci­snęło na niej nie­mal dzie­się­cio­let­nie upra­wia­nie pro­sty­tu­cji.

Oto frag­ment wywiadu:¹

– Jak zwra­ca­ły­ście się do księ­cia?

– Nie tak jak myślisz, żadna z nas nie nazy­wała go „waszą wyso­ko­ścią”. Język angiel­ski i zwrot „you” uła­twiały sprawę. Zwra­ca­ły­śmy się do niego po imie­niu albo bez­oso­bowo.

– Dziew­czyna wybrana przez księ­cia mogła obsłu­gi­wać innych klien­tów?

– Nie! Do końca wyjazdu, a także pod­czas kolej­nych, nale­żała już tylko do niego. Dawało jej to poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i wiele innych przy­wi­le­jów. Dziew­czyna miała sta­tus „dziew­czyny księ­cia” i nikt nie mógł dotknąć jej pal­cem. Dwo­rza­nie księ­cia i jego naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy sta­wali się wyjąt­kowo przy­jemni i pomocni. Pew­nie oba­wiali się gniewu władcy w razie, gdyby któ­raś z nas poskar­żyła się na złe trak­to­wa­nie.

– Wróćmy do pierw­szej nocy. Książę wybiera cię i co dzieje się dalej?

– Raszid opusz­cza willę. Kilka minut póź­niej poja­wia się limu­zyna i zabiera mnie do pałacu. W środku cze­kał na mnie książę.

– Co wtedy czu­łaś?

– Eks­cy­ta­cję. Wnę­trze pałacu robiło ogromne wra­że­nie. Czu­łam się tak, jakby ktoś nagle prze­niósł mnie do baśnio­wej kra­iny. Pałac był urzą­dzony w arab­skim stylu z cha­rak­te­ry­stycz­nymi orna­men­tami i kipiał luk­su­sem. To, co utkwiło mi w pamięci, to uno­szący się w powie­trzu prze­piękny zapach.

– Jak zacho­wy­wał się Raszid?

– Był nie­śmiały i skrę­po­wany. Klienci pro­sty­tu­tek, jeśli nie są pod wpły­wem alko­holu lub nar­ko­ty­ków, bywa­jąna początku zawsty­dzeni. To nawet zabawne – idziesz do łóżka z obrzy­dli­wie boga­tym człon­kiem kró­lew­skiej rodziny, a ten zacho­wuje się jak zwy­kły śmier­tel­nik. Był deli­katny. Być może sute­nerka uprze­dziła, że jestem nowa w tej branży. Zresztą one bar­dzo czę­sto wci­skały klien­tom kit, że dostają świeży, nie­prze­cho­dzony towar. Kiedy weszli­śmy do jego ogrom­nej sypialni wszystko było przy­go­to­wane. Czy­ste ręcz­niki, nowa szczo­teczka i pasta do zębów. Z gło­śni­ków, które były zamon­to­wane w sufi­tach, pły­nęła relak­sa­cyjna muzyka. Nie upra­wia­li­śmy seksu przez całą noc. Po wszyst­kim nie mogłam zasnąć. Zasta­na­wia­łam się, co wyda­rzy się rano, jak powin­nam się zacho­wać. Około dzie­sią­tej rano zadzwo­nił jego tele­fon. To był znak, że na dole czeka na mnie samo­chód. Raszid zacho­wy­wał się bar­dzo natu­ral­nie. Wstał, ubrał się i poże­gnał.

– Jak wyglą­dał ten pierw­szy raz z księ­ciem?

– W zasa­dzie nie ma o czym gadać – szału nie było. Krótki, może pię­cio­mi­nu­towy sto­su­nek w pre­zer­wa­ty­wie, „po bożemu”. Tyle.

– Bałaś się swo­jego pierw­szego spo­tka­nia z klien­tem?

– Oj tak. Stres i nerwy były olbrzy­mie. Byłam wtedy krótko po roz­sta­niu z chło­pa­kiem. To był pierw­szy i jedyny part­ner jakiego mia­łam. Już sama myśl o pój­ściu do łóżka z kimś innym, była gigan­tycz­nym stre­sem. W dodatku to miała być praca…

– Od razu trak­to­wa­łaś to jak pracę? Więk­szość „dziew­czyn z Dubaju” mówiło mi i tak też zezna­wało pro­ku­ra­to­rowi, że to były tylko rekre­acyjne wyjazdy, na któ­rych nic nie trzeba było robić…

– Myślę, że zadzia­łał pro­sty mecha­nizm obronny i szu­ka­nie wytłu­ma­cze­nia tego, co rze­czy­wi­ście robi­ły­śmy. To jest tak, jak z tym nazew­nic­twem tego zawodu. Dziś nie mówi się „pro­stytutka”, tylko „sek­swor­kerka”. Przy­znam, że tro­chę mnie to bawi – same zaczy­namy pudro­wać rze­czy­wi­stość. A prze­cież nie o to cho­dzi. Wydaje mi się, że powin­ni­śmy nazy­wać rze­czy po imie­niu. Ina­czej zacie­ramy gra­nicę mię­dzy tym, co jest złe, a co dobre. Myślę o mło­dych dziew­czy­nach – jak mają podej­mo­wać świa­dome wybory, skoro posy­pu­jemy wszystko bro­ka­tem i mówimy: „Patrz­cie, w sumie, to nie jest takie złe”. A to jest złe.

– Czy­tasz w moich myślach… Kiedy wyda­łem pierw­szą część DZIEW­CZYN z DUBAJU i kiedy książka zna­la­zła się na języ­kach, pseu­do­fe­mi­nistki skry­ty­ko­wały mnie wła­śnie za język. Uznały, że nazy­wa­jąc dziew­czyny dziw­kami i pro­sty­tut­kami – a nie sek­swor­ker­kami – oka­za­łem totalny brak sza­cunku kobie­tom, które czę­sto zmu­szane są do wyko­ny­wa­nia tego rodzaju pracy. Czy ty znaj­du­jesz róż­nicę mię­dzy nazwa­niem kogoś dziwką a sek­swor­kerką?

– Sek­swor­kerka brzmi lepiej niż dziwka. To oczy­wi­ste. Ale nie pudro­wa­ła­bym rze­czy­wi­sto­ści. Oczy­wi­ście z jed­nym wyjąt­kiem – nazy­wa­nie dziew­czyn, które siłą są gdzieś wywo­żone i prze­trzy­my­wane, które są zmu­szane do pracy, bite, gwał­cone, nar­ko­ty­zo­wane – pro­sty­tut­kami, jest po pro­stu nie­spra­wie­dliwe i bar­dzo krzyw­dzące. Takie kobiety czę­sto naprawdę nie mają świa­do­mo­ści, jaki los ktoś chce im zgo­to­wać. Jadą do nor­mal­nej pracy, a lądują w bur­delu. My wie­dzia­ły­śmy, na co się piszemy. Dobro­wol­nie poszły­śmy na casting i wysy­ła­ły­śmy orga­ni­za­tor­kom kse­ro­ko­pie pasz­por­tów. Były­śmy peł­no­let­nimi, świa­do­mymi kobie­tami. „Ukła­dówki” nie miały zwy­kle dużych domów i boga­tych rodzi­ców. Nie ozna­cza to jed­nak, że wszyst­kie wycho­wy­wa­ły­śmy się w skraj­nej bie­dzie. Żadna z dziew­czyn, które znam, nie była w sytu­acji bez wyj­ścia.

– To wróćmy popro­szę do tego momentu, kiedy Malina staje się kobietą i odkrywa, że może zara­biać wła­snym cia­łem. Kto wpro­wa­dził cię w ten świat i zapro­po­no­wał pracę w „kor­po­bur­delu”?

– Mia­łam wtedy około 18 lat, koń­czy­łam liceum, a może nawet byłam już po matu­rze. Jedna z kole­ża­nek powie­działa, że wła­śnie wró­ciła z pew­nego wyjazdu… Opo­wia­dała o nim w samych super­la­ty­wach i wtedy pomy­śla­łam, że może to jest jakiś pomysł… Dla mnie…No bo skoro dzieją się tam same fajne rze­czy i tyle można zaro­bić…

– Kim była ta kole­żanka?

– Młodą mamą. Nie epa­to­wała nowymi ciu­chami czy kosme­ty­kami. Miała inny zestaw potrzeb. Nie wyrzu­cała pie­nię­dzy na kolek­cję nowych tore­bek Gucci czy Louis Viut­ton.

– Impo­no­wała ci?

– Była lubiana w towa­rzy­stwie, ale nikt nie wie­dział, czym tak naprawdę się zaj­muje. Ja też długo nie wie­działam.

– Tobie tę tajem­nicę w końcu zdra­dziła…

– Były­śmy bli­sko. W tego typu sytu­acjach musisz mieć zaufa­nie. Takich rze­czy nie pro­po­nuje się każ­demu.

– Na pewno dopy­ty­wa­łaś ją o szcze­góły. Co inte­re­so­wało cię naj­bar­dziej?

– W sumie bar­dzo pro­za­iczne kwe­stie – gdzie się jedzie, kto odbie­rze mnie z lot­ni­ska, kim są ci męż­czyźni, jak wyglą­dają, jak się zacho­wują. No i oczy­wi­ście, ile można zaro­bić.

KRÓLOWA DZIWEK POCHODZI Z… CHRZANOWA

Dziwki były bar­dzo sprytne. Kiedy wyczuły, że podo­bają się księ­ciu lub komuś waż­nemu z jego oto­cze­nia – trak­to­wały klienta wyjąt­kowo i speł­niały wszyst­kie zachcianki. A wszystko po to, by nawią­zać bliż­sze rela­cje i otrzy­mać numer tele­fonu. Po powro­cie do Pol­ski usil­nie sta­rały się prze­jąć biz­nes od swo­jej dotych­cza­so­wej sute­nerki. Robiły to dla sie­bie, albo dla innej bur­del­me­ne­dżerki. Tak wła­śnie w łaski księ­cia Mau­laja Raszida wku­piła się Marzena G. Kim jest kobieta, która prze­bo­jem kino­wym weszła do luk­su­so­wego, mię­dzy­na­ro­do­wego świata pro­sty­tu­cji i sute­ner­stwa? Skąd pocho­dzi i dla­czego w bez­względny spo­sób wykań­czała kon­ku­ren­cję?Dziś ciężko zna­leźć jaką­kol­wiek wzmiankę o tej uta­len­to­wa­nej biz­ne­swo­man. Po mie­sią­cach poszu­ki­wań odszu­ka­łem ją na archi­wal­nej okładce „Play­boya”. W sieci zacho­wał się też jeden wywiad, z nią w roli głów­nej. Była wów­czas u progu kariery fil­mo­wej. Już wtedy wie­działa, że jeśli w Hol­ly­wood jej nie wyj­dzie, to ma plan B. I choć Marzenę G. bez pro­blemu można zna­leźć w aktach sprawy „dziew­czyn z Dubaju”, to pro­ku­ra­tora posta­no­wiła nie zawra­cać nią sobie głowy… Bur­del­me­ne­dżerka do dziś zarzą­dza lata­ją­cym bur­de­lem.„Wyjazd orga­ni­zo­wała Marzena. Był do Maroko. Z lot­ni­ska ode­brał nas kie­rowca i zawiózł do domku w Raba­cie z loka­jem i sprzą­tacz­kami. Czas spę­dza­ły­śmy na jego tere­nie. Cza­sami kie­rowca zawo­ził nas do księ­cia – brata króla Maroko. Tam w pałacu były imprezy z księ­ciem i jego zna­jo­mymi. Nie znam tych ludzi. Upra­wia­łam tam seks ze zna­jo­mymi księ­cia. Odby­wało się to w domku, w któ­rym miesz­ka­ły­śmy i w pałacu księ­cia. Byłam tam ponad dwa tygo­dnie. Potem od jakie­goś zna­jo­mego księ­cia otrzy­ma­łam pie­nią­dze w koper­cie. Około 4000 euro. Każda dziew­czyna otrzy­mała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij