Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dziewięć istnień - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 maja 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Dziewięć istnień - ebook

Polkowice. Okryte bielą miasto tonie w mroku tajemniczych morderstw. Policjanci bezskutecznie próbują namierzyć, kto ponosi winę za zabójstwa. Ktoś bawi się z nimi w kotka i myszkę, realizując krok po kroku nieukończone dzieło sprzed lat... Mroczna przeszłość powraca ze zdwojoną siłą. Czy komisarzowi Dariuszowi Szymańskiemu i starszej aspirant Marzenie Turawskiej uda się rozwikłać sprawę? Sytuacja w mieście wymyka się całkowicie spod kontroli funkcjonariuszy. Kolejne morderstwa coraz bardziej gmatwają dochodzenie i mieszają wątki w śledztwie. Według jakiego klucza są wybierane kolejne ofiary i jaką rolę w całej sprawie odgrywa ruda kotka?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397986329
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Polkowice. Zima otuliła swoją bielą miasto pogrążone we śnie. W kamienicach i wieżowcach panowała ciemność. Jedynie w nielicznych oknach paliło się światło. Miasto spało spokojnym snem.

Policjanci pełniący służbę siedzieli w dyżurce, zabijając czas grą w karty. W pewnym momencie na stole coś zaczęło wibrować. Wszyscy popatrzyli w stronę, z której dochodził słaby dźwięk.

– Duch, to twój – powiedział dyżurny do ubranego w czerń mężczyzny.

– Podaj mi go – poprosił zagadnięty, po czym odezwał się do telefonu: – Słucham.

Przez dłuższą chwilę słuchał tego, co powtarzał rozmówca. W końcu przerwał przedłużający się monolog:

– Musisz zgłosić to w komendzie, a nie mnie. Cześć!

Policjanci siedzący w dyżurce spojrzeli pytająco na mężczyznę, który włożył telefon do kieszeni.

– Osiemdziesiąt – powiedział Duch.

– Wszystko okej? – zapytał jeden z jego towarzyszy.

– Nowy facet Anki groził mojemu bratu nożem, więc powiedziałem, żeby to zgłosił, i tyle. Już możesz zapisać sobie adres: ulica Ratowników siedem przez dwadzieścia dziewięć, a numer masz już pewnie na swojej liście często dzwoniących.

– Dziwię się, że z nią byłeś, przecież ona nie ma mózgu.

– No, tak jak większość mieszczuchów.

– A tak w ogóle, to ta twoja Anka pracuje z moją siostrą w Mercedesie.

– Wiem, teraz w Jaworze daje dupy – zażartował mężczyzna z goryczą. – W Sandenie był burdel, to teraz tam się przeniosła.

– Pewnie mniejsza konkurencja – odparł dyżurny.

– Niemcy są poukładani, _Ordnung muss sein_. Tam to pewnie wypina się dokładnie o tej godzinie, o której każą jej to zrobić.

To zdanie rozbawiło mężczyzn zebranych w pomieszczeniu. Nawet Duch się uśmiechnął, chociaż bardziej przypominało to grymas bólu. Funkcjonariusze szybko zapomnieli o incydencie, który oderwał ich od gry. Skupili się na kartach, korzystając z chwili wytchnienia od policyjnych obowiązków, tylko Duch bezszelestnie opuścił towarzyszy i wyszedł z komendy. Mężczyzna naciągnął kaptur na głowę i ruszył w noc.

Wiatr mroźnie smagał twarz. Zakapturzona postać przykucnęła przy ogrodzeniu jednego z domków jednorodzinnych, starając się przewlec coś przez siatkę. Blade od mrozu ręce zaczęły się pocić z wysiłku. Po krótkiej walce udało się wyciągnąć rudą kotkę, która zaczęła wrogo warczeć. Zwierzę spojrzało w twarz kryjącą się pod kapturem. Jeszcze przez chwilę próbowało się oswobodzić, ale wszystkie próby spełzły na niczym.

Mieszkanie było ciepłe. Kotka leżała zamknięta w klatce. Jej bystre oczy nerwowo rozglądały się po pomieszczeniu oklejonym zdjęciami. Próbowała zamiauczeć, lecz bez skutku.

– Dobrze, już mam wszystko. Teraz czas na ciebie, moja droga ruda koleżanko...1

W mieszkaniu panował gęsty mrok. W klatce walczyło zwierzę, które miało dość niewoli. Pokój był bardzo obskurny. Największą atrakcję stanowiła istota w niewoli. Odgłosy, jakie z siebie wydawała, przyciągnęły postać, która delikatnym głosem zaczęła uspokajać swojego futrzanego gościa.

– Jeszcze tylko chwila, nie ma powodu do gniewu – powtarzał głos.

Zwierzę jeszcze bardziej zaczęło szaleć w klatce. Próbowało się oswobodzić, lecz cały jego wysiłek szedł na marne. Postać wróciła do oświetlonej kuchni. Na środku stał stary, odrapany stół. Na jego blacie leżały strzykawki oraz jakieś żelastwo i inne potrzebne rzeczy, które miały poznać swoje przeznaczenie. Nieznajoma postać otworzyła pustą lodówkę i spojrzała na bezwładnie wiszące haki. Lecz niebawem miało się to zmienić.

– Już prawie gotowe. Jeszcze tylko chwila i będzie po wszystkim.

Wypowiedziane słowa odbijały się echem w ciemnym mieszkaniu. Ludzkie spojrzenie skupiło się na jednej ze strzykawek. Trzymając pewnie w ręku narzędzie zbrodni, człowiek udał się do pokoju i przez chwilę obserwował bezcelową walkę zwierzęcia w klatce. Po czym szybkim ruchem wbił strzykawkę w ciało kotki, zadając jej ból. Ruda kotka szarpnęła się, kalecząc dłoń ze strzykawką.

– Przeklęty sierściuch! Za chwilę wszystko się skończy, zobaczysz.

Oczy zwierzęcia rozszerzyły się w nienaturalny sposób. Po chwili z pyszczka wydobył się niemy głos oznaczający agonię. Ciało powoli zaczęło sztywnieć. Wszystko szło zgodnie z planem, jaki oprawca miał w głowie.

– Jeszcze tylko jedno ukłucie i wszystko będzie gotowe.

W kuchni czekała już strzykawka z kolejną cieczą. Miał to być przedostatni akt przed ekscytującym finałem zaplanowanym przez mordercę.2

Zimowy poranek słonecznie przywitał stojących na przystanku ludzi. Niebieska skoda spokojnie przejeżdżała przez oszronione ulice. Małe miasto budziło się do życia. Na parkingu przy komendzie było już kilka znajomych aut. Stały – jak zawsze brudne i w tym samym miejscu. Uwagę komisarza Dariusza Szymańskiego zwróciło bordowe volvo wyglądające na zupełnie nowe.

„Pewnie Kalicki sobie kupił” – pomyślał.

Przed budynkiem stało dwóch funkcjonariuszy dopalających papierosy. Życie w komendzie od wczoraj prawie się nie zmieniło. Plan miasta wisiał na ścianie, zasłaniając dziury po lotkach.

– Cześć, Kuba, co słychać? – zagaił Szymański.

– Dzień dobry, panie komisarzu, spokój. Zakładamy się, że nasza drużyna dziś wygra? – zapytał młody posterunkowy Krzyżanowski z błyskiem w oku.

– Nie, hazard to nie dla mnie. Za stary jestem – zażartował komisarz.

Dobry humor udzielił się również pytającemu, który wpisał Szymańskiego do puli.

– To jaki wynik pan typuje?

– Trzy do zera dla naszych. – Szymański podał młodzieńcowi dwadzieścia złotych.

– Optymista z ciebie, komisarzu – usłyszał za plecami. Szymański wiedział, że tylko jedna osoba oprócz komendanta pomija słowo „pan”.

– A ty, Duchu, czemu jesteś takim pesymistą? – zapytał Szymański.

– Zapisz zero do czterech, Kubuś, i masz wpisowe.

Mężczyzna podał pieniądze koledze, po czym odezwał się do komisarza:

– Darek, pamiętaj, że mistrz Polski jest tylko jeden.

– Twoje przywiązanie do wojskowych jest pełne podziwu, szczególnie tutaj.

– Nic na to nie poradzę, że dla mnie liczy się tylko CWKS.

Dzień zaczął się bardzo spokojnie. Można powiedzieć, że wiało nudą. Wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków. Szymański przeglądał oferty biur podróży, ponieważ planował zabrać syna na wcześniejsze wakacje. Kuba nadal uprawiał hazard, starając się nie być stratnym. Jeden z funkcjonariuszy, przechodząc obok biurka komisarza, zapytał go, czy idzie zapalić. Mężczyźni wyszli przed budynek komendy. Stalowe chmury leniwie przesuwały się po niebie, sypiąc deszczem.

– Deszcz w lutym. Ta pogoda już całkiem zwariowała – zauważył Szymański.

– Dziwisz się? W telewizji stale mówią o ociepleniu klimatu.

Rozmowę przerwało im zamieszanie na parkingu. Z busa wyciągnięto zatrzymanych: chłopaka i dziewczynę. Oboje byli skuci, w pozycji pochylonej z głowami skierowanymi w lewą stronę. Prowadziło ich dwóch antyterrorystów, dwóch innych szło przed nimi, a jeden z tyłu.

– Czołem, panowie! – rzucił jeden z funkcjonariuszy.

– Cześć! – Chłodne przywitanie było klasyczne dla policjantów z oddziałów specjalnych.

W tym samym czasie z budynku wychodziła kobieta wpatrzona w swój smartfon. Idąc ślepo przed siebie, zderzyła się barkiem z zamykającym kolumnę antyterrorystą. Mężczyzna nie próbował nawet uniknąć zderzenia. Kobieta, upadając na ziemię,

upuściła telefon. Wyrwana z transu dopiero po chwili zaczęła ze złością krzyczeć do oddalającego się policjanta:

– Patrz, jak chodzisz, idioto! Myślisz, kretynie, że jeśli należysz do czarnych, to jesteś taki zajebisty?!

Policjant zatrzymał się przed wejściem, odwracając się w stronę kobiety. Szymański wraz z towarzyszem podeszli do niej pierwsi. Za nimi doszedł zrugany policjant oraz antyterrorysta, który do tej pory pozostawał przy pojeździe. Funkcjonariusze jednogłośnie stwierdzili, że to jej wina. Dziewczyna, widząc, że nic nie osiągnie, podniosła zamoczony telefon z ziemi i odeszła.

– Kto to był? – zapytał jeden z policjantów.

– Nie wiem, pewnie jakaś interesantka – odpowiedział Darek.

Sprawa szybko się zakończyła i mężczyźni mogli udać się do swoich obowiązków. Życie w komendzie nieco przyśpieszyło. Powód był prosty: dwoje zatrzymanych. Chłopak siedział w pokoju przesłuchań pilnowany przez jednego z czarnych. Dziewczynę posadzono przed biurkiem Szymańskiego. Cała się trzęsła, a z jej oczu płynęły łzy.

– Jak się nazywasz? – zapytał komisarz.

– Kaja Suraj – odpowiedziała, łkając.

– Czy wiesz, dlaczego zostałaś zatrzymana?

Dziewczyna milczała.

– Zostałaś zatrzymana za udział w zorganizowanej grupie przestępczej.

– To pomyłka! Nie należę do żadnej grupy – zaczęła się tłumaczyć. – Ja tylko spędziłam noc z chłopakiem.

Słowa dziewczyny i tak nie miały dla niego znaczenia. Rozumiał, że znalazła się w złym miejscu o niewłaściwym czasie. Zastanawiało go jedno: po co tak naprawdę takie dziewczyny jak ona szukają wrażeń. Zatrzymana trafiła na dołek. Chłopak nadal siedział w pokoju przesłuchań. Z Centralnego Biura Śledczego Policji miało przyjechać dwóch policjantów.

– Ostatnio często zatrzymują kiboli – zauważył Krzyżanowski, który wyrwał komisarza z zamyślenia.

– Co? A tak, masz rację – potwierdził. – Idziemy coś zjeść?

– Z chęcią, panie komisarzu.

W stołówce nie było tłoku. Kilku mundurowych siedziało w małych grupkach. Komisarz wraz ze swoim towarzyszem usiedli przy oknie. Słabe promienie słońca padały prosto na ich plecy. Policjanci w miłej atmosferze zaczęli spożywać obiad.

– To mówisz, że w tym roku się żenisz? – zagadnął Szymański młodszego kolegę.

– Tak, za dwa miesiące – odpowiedział Kuba.

– W miesiącu bez, „r”...

– Nie jesteśmy przesądni, panie komisarzu.

– Jaka ona jest?

– Kamila to ideał... – Młody funkcjonariusz zaczął opowiadać o swojej ukochanej i o przygotowaniach do ślubu – ...i najważniejsze, że się kochamy.

– Tak, Kuba, to jest najważniejsze – rzekł z uśmiechem Szymański.

Mężczyźni właśnie zbierali się do wyjścia, gdy nagle do stołówki wbiegł policjant i skierował się w ich stronę.

– Panie komisarzu, wzywają pana! Mamy morderstwo w parku. Technicy już pojechali.

Szymański natychmiast ruszył prosto na parking. Samochód z trudem zapalił. Komisarz, bez zbędnych nerwów, powoli wyjechał z parkingu, żeby dotrzeć na miejsce, w którym znaleziono zwłoki.

Patolog już kończył swoją robotę, gdy komisarz pojawił się na miejscu. Taśma z napisem „Policja” wisiała leniwie, odgradzając tłum ludzi od miejsca zdarzenia. Szymański, świadom spóźnienia, szybko przeszedł pod taśmą.

– Cześć, co mamy? – zapytał, klepiąc patologa po ramieniu, a następnie kucnął przy ofierze.

– Młody mężczyzna koło dwudziestki. Moim zdaniem śmierć nastąpiła jakieś dwie, trzy godziny temu. Ale dokładniejsze informacje po sekcji – odpowiedział patolog, ściągając rękawiczki. Znów się spóźniłeś – dodał z lekką nutką irytacji.

– Korki. Jakieś rzeczy osobiste? – zmienił temat Szymański.

– Brak. Kto teraz zabiera ze sobą dokumenty na jogging?

– Nikt, ale telefon bierze każdy.

Nastała chwila ciszy. Komisarz jeszcze raz spojrzał na ciało, wyjmując z kieszeni kurtki paczkę papierosów. Do jednego z techników zwrócił się z prośbą o ogień i przy okazji zapytał:

– Znaleźliście coś?

– Telefon komórkowy i słuchawki.

– Typowy biegacz – podsumował Szymański. – A jakieś narzędzie? Kamień, rurkę, cokolwiek?

– Nie, nic z tych rzeczy... chociaż... znaleźliśmy kończynę jakiegoś zwierzaka – powiedział technik.

– I myślisz, że tym go zabito? – zapytał z ironią komisarz.

– No nie, panie komisarzu – odpowiedział zawstydzony mężczyzna.

Mimo sceptycyzmu Szymański podszedł obejrzeć znalezisko. Z kończyny nie wyciekała krew, co świadczyło o tym, że leżała w tym miejscu dość długo. Komisarz się zamyślił, wszystko mogło być przecież zwykłym wypadkiem.

– Coś nie tak? – zainteresował się jeden z techników.

– Nie, wszystko okej. Gdzie go znaleziono?

– Tutaj – odparł technik, wskazując parkową ławkę. – Musiał uderzyć potylicą o krawędź ławki, bo są na niej ślady krwi. Ale to jeszcze musimy sprawdzić.

Komisarz kiwnął głową, skończył palić i odszedł w stronę auta.

„Chyba po raz pierwszy mam tak łatwe zabójstwo, a raczej śmiertelny wypadek” – pomyślał, patrząc na gapiów, którzy zgromadzili się wokół miejsca zdarzenia. Nic specjalnego: masa szarych ludzi szukających sensacji, wstrząśniętych odnalezieniem zwłok.

Patolog zamknął plastikowy worek zasłaniający ciało biegacza.

– Kto o zdrowych zmysłach biega przy takiej pogodzie?

– Jak to kto? Człowiek. W taką pogodę to nawet zwierzęta nie chcą wyjść na dwór – odparł z lekkim szyderstwem komisarz.

– A mówią, że sport to zdrowie...

– Nie w tym wypadku – skwitował Szymański, udając się do swojego samochodu.3

Nadszedł wieczór. Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem Szymański powinien być już w domu, ale nadal przeglądał zdjęcia z raportu patologa. Według jego teorii biegacz po prostu pośliznął się na kamieniu i pechowo uderzył głową o ławkę. Jednak taka teoria wydawała się komisarzowi zbyt banalna. Spojrzał na zegarek: za kwadrans szósta. Mężczyzna wsłuchiwał się w ciszę panującą na korytarzu. Spokój zmącił dźwięk otwieranych drzwi gdzieś w głębi. Darek leniwie podniósł się z krzesła, aby sprawdzić, kto o tej porze może przebywać w komendzie. Ku jego zdziwieniu światło wydobywało się z pokoju technika. Postanowił się przekonać, co skłoniło go do pojawienia się o tej porze w pracy.

– Cześć!

– Tu się puka – odezwał się technik.

– No wiem...

– Wiesz, ale tego nie robisz. Mam kartkę przykleić? – żachnął się poirytowany.

– Będę pamiętał – odpowiedział Szymański takim samym tonem.

– Czego potrzebujesz? – zapytał technik już spokojniej.

– Ty robiłeś zdjęcia? Jak myślisz, co było przyczyną śmierci?

– Masz raport patologa, a pytasz mnie? Ty już chyba całkiem oszalałeś!

– Uważam, że to zwykły wypadek – rzekł komisarz z prowokacyjnym uśmieszkiem.

– A zatem muszę cię zmartwić, Daruś. To morderstwo. Lepiej przejrzyj raport. Słyszałeś już o nowej praktykantce u patologa?

– Coś mi się obiło o uszy, ale jeszcze jej nie widziałem... A dlaczego pytasz?

– Stary, fajna laska i podobno ambitna, bardzo ambitna. Choć muszę przyznać, że z tych dwóch rzeczy jednak wolę jej urodę podsumował technik wyraźnie zachwycony spotkaniem z praktykantką.

Komisarz starał się nie słuchać monologu mężczyzny. Wzrok skierował na teczkę leżącą na biurku technika i mimo niechęci do przeglądania raportów zmusił się do przeczytania tego, co napisał patolog. Zegar na ścianie pokazywał już osiemnastą. Komisarz nadal analizował opis zgonu. Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.

– Komisarz Szymański, słucham – odezwał się nerwowo.

– Cześć, Darek. Tu Duch.

– Cześć! Co tam?

– Zabieram młodego na kręgle, co ty na to?

– Okej, a może spać u ciebie?

– Żaden problem. To nara.

– Cześć – pożegnał się komisarz wyraźnie zadowolony, że będzie mógł poświęcić czas sprawie. Jeszcze raz przeczytał raport patologa, był zaskoczony jego ustaleniami.

Wyszedł z budynku, żeby zapalić. Chłodne powietrze uderzyło go gwałtownie.

– Zimno dziś, co? – zagadnął go mundurowy z następnej zmiany.

– Będzie mróz – odpowiedział komisarz. – Masz ognia?

Policjant podał mu zapalniczkę. Przez chwilę palili w ciszy.

– Co tu robisz o tej porze? – zapytał funkcjonariusz.

– Słyszałeś o tym martwym z parku?

– Coś tam w radiu mówili, ale nie przywiązuję większej wagi do tego, co mówią w radiu. Bełkot polityków i jakieś czarne

sprawki półświatka mam na co dzień. A w domu staram się nie żyć pracą, bo jeszcze bym zwariował.

– Może i słusznie – odparł swojemu rozmówcy Darek.

– Czyli to nie przypadek, że o tej porze jeszcze jesteś tutaj?

– Nie – potwierdził przez zaprzeczenie.

Mężczyźni weszli do budynku, dyskutując na temat tego, co odkryto w parku.

Dochodziła północ, gdy Szymański opuszczał komendę. Szron pokrył drogę, latarnie oraz auta. Policjant wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Auto zaczęło pracować prawie natychmiast, co zdziwiło komisarza. Wysiadł, by zdrapać grubą warstwę lodu.

„Pogoda w końcu zimowa” – pomyślał, skrobiąc energicznie szyby.

Jadąc powoli do domu, słuchał radiowych ogłoszeń.

„Sprzedam opony zimowe. Więcej informacji pod numerem...” – Spiker beznamiętnie cedził słowa.

„Może bym kupił...” – pomyślał Szymański.

„Zaginęła ruda kotka. Wabi się Lotta”.

„Co za głupota!” – pomyślał Darek. „Kto szuka kota w tych czasach? Skoro poszedł, to wróci”.

Ulica była cicha i spokojna. Szymański zaparkował przed swoim domem. Wszedł do środka. Było pusto.

– Młody u Ducha, a rano znowu do pracy – powiedział sam do siebie, ziewając.

Zasypiał niemal na stojąco. Jego zmęczone ciało bezwzględnie domagało się snu.

Budzik wydawał z siebie wściekły głos, ogłaszając pobudkę. Komisarz z zaczerwienionymi oczami podniósł głowę. Wszedł do kuchni, gdzie jego wzrok przykuła kartka na drzwiach lodówki.

„Dziś wieczorem mecz!” – przypomniał sobie. „Obiecałem młodemu wspólny wypad, ale przez tę nową sprawę nie będę mógł pójść. Kurwa!”

Wściekły na siebie wyjął telefon i wykręcił numer do Ducha.

– Co? Spać nie możesz? – usłyszał pytanie.

– Wiem przecież, że ty nie śpisz – odpowiedział komisarz.

– Ja nie, ale jestem zaskoczony, że ty również.

– Duchu, dziś mecz.

– Nie musisz mi przypominać, przecież wiem.

– Wziąłbyś młodego? – zapytał Darek w nadziei, że usłyszy potwierdzenie.

– Pewnie. Niech zostanie u mnie do meczu. I tak mam wolne.

– Okej, wielkie dzięki! – Szymański odetchnął z ulgą. Wiedział, że jego syn przepada za Duchem, czyli podkomisarzem Wojciechem Czarnym.

„Ta znajomość wyjdzie mu na dobre...” – przemknęło mu przez myśl, gdy już się rozłączył, i zadumał się przez chwilę.

Zaparzył kawę i zrobił sobie kanapkę. Nic nadzwyczajnego: chleb, masło, szynka i ser. Proste śniadanie zwykłego gliniarza. W kuchni nic się nie zmieniło od pięciu lat. Od śmierci żony niczego nie przestawiał. Dodał jedynie jej zdjęcia na ścianach. Mimo upływu czasu trudno było mu się pogodzić z jej odejściem. Jedząc kanapkę, kolejny raz czytał raport patologa.

„Śmierć nastąpiła na skutek wtłoczenia dużej ilości tlenu w tętnicę szyjną”.

– Zabiło go zwykłe powietrze – powiedział sam do siebie. Rozumiem jakiś płyn lub narkotyk, ale powietrze?

Dokończył śniadanie. Zabrał papiery związane ze sprawą i wyszedł.

Pogoda nie była zła. Termometr wskazywał minus osiem stopni Celsjusza. Jak na luty nie było aż tak zimno. Samochód zaskoczył od razu. Komisarz ruszył w drogę do prosektorium. Włączył radio, chcąc posłuchać, co wydarzyło się na świecie. Audycja nie była ciekawa.

„Polityka, przekręty, afery gospodarcze” – pomyślał. „Kiedy to się skończy?”

Dotarł na miejsce. Miasto zaczęło żyć tym, co zawsze. Mijając kiosk, komisarz zauważył tytuł krzyczący do przechodniów: _Tajemnicza śmierć w parku._

– Cześć, Darek. Spodziewałem się ciebie wczoraj – odezwał się znajomy głos.

Był to patolog Grzegorz Łan. Mężczyzna po czterdziestce, prawdziwy dyplomata. Jego rude włosy, zawsze pedantycznie ułożone, lśniły, gdy padał na nie promień przebijającego się słońca. W okularach wyglądał jak profesor Kleks.

– Cześć! No widzisz, Grzesiu, jednak jestem nieprzewidywalny – zażartował komisarz.

– Bardziej mi się zdaje, że ci się nie chciało – odparł patolog.

Komisarz Szymański nic nie odpowiedział. Czekał na kolegę, który poszedł do kiosku. Po chwili Grzegorz wrócił z butelką soku z marchwi i landrynkami.

– Co, śniadanko? – zapytał Darek z uprzejmości.

– Sok do śniadanka, a cukierki w wolnej chwili – wyjaśnił patolog. – A skoro już tu jesteś, to zakładam, że przeczytałeś mój raport.

Szymański znany był z tego, że snuł własne teorie, nie zaglądając do raportów innych osób. Poza tym jego niekonwencjonalne metody pracy gwarantowały sukces przy rozwiązywaniu różnego typu spraw, jakie dostawał przez długie lata służby.

– Od kiedy nie ma Marka, muszę sam siedzieć w papierach przyznał komisarz.

– Chodź, coś ci pokażę – zaproponował Grzegorz.

Mężczyźni weszli do prosektorium, dyskutując na temat tezy, jaką wysunął patolog podczas oględzin. Przed drzwiami minęli

młodą dziewczynę, która weszła zaraz za nimi do budynku. Doktor włożył swój biały fartuch, który chwilę wcześniej zawiesił na wieszaku.

– Zostań tu – polecił praktykantce. – Mam coś ważnego do omówienia z komisarzem.

– Nie przedstawisz nas sobie? – zapytał Darek zaskoczony zachowaniem kolegi.

– Nie. Nie mamy na to czasu.

Weszli do pomieszczenia, w którym znajdowało się ciało martwego sportowca. Szymański przyjrzał się denatowi. Na jego szyi widniały dwa sine ślady po wkłuciach.

– Wampir go ugryzł? – zażartował.

– To chyba jakiś malutki był – odparł ze śmiechem patolog. A tak na poważnie, to wydaje mi się, że pierwszy raz był niecelny... albo ofiara się broniła... – rzekł medyk z wahaniem.

– Napastnik musiał być silny lub znał ofiarę, która nie spodziewała się zagrożenia – postawił hipotezę komisarz.

– Albo pierwsze wkłucie zostało dobrze wykonane, tylko nie było śmiertelne – zaripostował Grzegorz Łan.

– Nie sądzisz, że dużo w tym niewiadomych?

Patolog nie odpowiedział.

Zbliżała się godzina ósma. Szymański miał w głowie setki pytań, ale ani jednej odpowiedzi.

Dotarł do pracy spóźniony. Wytłumaczeniem miały być zła pogoda i awaria auta. Na parkingu kolejny raz wzrok Szymańskiego przykuł samochód, który widział wczoraj.

„Pewnie ta kretynka przyjechała złożyć skargę” – pomyślał komisarz.

Wchodząc do budynku komendy, zauważył Kubę siedzącego cicho w dyżurce.

– Cześć, Kuba! – rzucił, zerkając na znużonego funkcjonariusza.

– Dzień dobry, panie komisarzu – odpowiedział osowiały policjant.

– Co z tobą, chłopie?

– Pan komisarz lepiej pójdzie do siebie – odparł posterunkowy, wyraźnie nie mając chęci do rozmowy.

Szymański posłuchał rady młodszego kolegi. Po drodze witał się ze wszystkimi, których mijał. Gdy wszedł do swojego pokoju, był już tak pochłonięty rozmyślaniem nad kolejnymi linijkami opisu śmierci ofiary, że nie zauważył kobiecej torebki na biurku. Przechodząc, strącił ją na podłogę. Schylił się i pozbierał to, co wypadło z jej wnętrza.

Kiedy odkładał ją na miejsce, do pokoju wszedł znajomy technik. Artur był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z bujną blond czupryną. W jego zielonych oczach można było dostrzec toń mórz i oceanów. Był świetnym technikiem potrafiącym znaleźć wszystko. Szymański zawsze powtarzał, że bystre spojrzenie zielonych oczu Arcziego potrafi każdego przyprawić o dreszcze. Mimo to lubił z nim gadać, nawet o drobnych sprawach.

– Cześć pracy!

– Cześć, Arczi. Co masz?

– W sumie to nic ciekawego – odrzekł Artur. – Adres domu i miejsca, w którym pracował denat, zdjęcia z kotem, i tyle.

Szymański – nieco zaskoczony – zaczął przeglądać zapiski technika.

– A... i nie miał żadnej partnerki ani partnera, jeśli tego szukasz – dopowiedział technik.

– W tych czasach coraz więcej ludzi jest samotnych. Może powiesz mi dlaczego? – skomentował zaczepnie Szymański.

– To proste. Materializm, używki, prostytucja...

Artur odwrócił się energicznie, żegnając komisarza kiwnięciem dłoni.

– Arczi! – rzucił Darek w stronę wychodzącego technika.

– Słucham. – Artur zatrzymał się w pół kroku.

– Nie wiesz, czyja to torebka?

Artur spojrzał na torebkę stojącą na biurku. Czarna skóra lśniła w świetle, wyglądała na markową. Technik nie przypominał sobie, żeby któraś z policjantek miała dziś torebkę. Zresztą gdyby ją miała, pewnie zostawiłaby ją w szafce. Uznał więc temat za zakończony.

– Sorry, Darek, ale nie – powiedział i wyszedł, nie zastanawiając się dłużej.

Komisarz jeszcze raz spojrzał na przedmiot stojący na biurku, po czym stwierdził, że nie ma czasu, by roztrząsać tę zagadkę. Odpalił komputer, który jak zawsze sprawiał mu problemy. Po zalogowaniu się odczytał pośpiesznie wiadomości mailowe. Przyszedł raport z zatrzymania dwójki podejrzanej o przynależność do grupy przestępczej.

Do pokoju wszedł Andrzej, kolega z oddziału antyterrorystów. Był wysoki i dobrze zbudowany. Znali się już od kilku lat. Zresztą ich synowie grali w jednej drużynie w siatkówkę, więc łączyło ich więcej niż tylko praca.

– Cześć, Darek. Słuchaj, masz może ten raport z przekazania zatrzymanych u siebie na poczcie? Niestety, my ostatnio mamy problem ze sprzętem.

– Pewnie, ale musisz chwilę poczekać.

– To wpadnę później, jeśli to nie problem. A co u was dzisiaj taki ruch? Czyżby trup was tak bardzo zmotywował do pracy? zażartował.

To pytanie zwróciło uwagę komisarza na kwestię, o której zapomniał. Wyjął telefon, aby zadzwonić do patologa. Siedząc u siebie, widział wzmożony ruch w komendzie, wciąż ktoś przechodził z jakimiś papierami lub pędził do kogoś w jakiejś sprawie. Nikt nie siedział bezczynnie. Szymański, zapominając już

o tym, co miał zrobić, zaczął przeglądać raport patologa i zaznaczać krótkie fragmenty. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, co zauważył Andrzej.

„Rzeczywiście” – pomyślał. „Komenda poruszona nowym zagadkowym morderstwem ożyła”.

Szymański wstał od biurka, podszedł do wiszącego na ścianie planu miasta i zaznaczył pinezką miejsce zbrodni. Czując suchość w gardle, zdał sobie sprawę, że od rana niczego nie pił. Oderwał wzrok od planu i szybkim krokiem wyszedł z pokoju, zmierzając do ciemnego zaułku korytarza.

Stał tam piękny, smukły i radośnie podświetlony automat do kawy. Wybawienie, które utrzymywało policjantów przy życiu. Obok z kubkiem kawy stała młoda kobieta, na oko dwudziestopięciolatka. Niezbyt wysoka, w okularach i w spodniach tak opiętych, że trudno było oderwać wzrok. Dziewczyna poczuła na sobie obce spojrzenie. Odwróciwszy głowę w stronę komisarza, rzuciła:

– Co się gapisz?

Nie odpowiedział od razu. W myślach szukał celnej riposty.

– Zastanawiam się, jak będziesz w tym sikać? – odbił piłeczkę z taką samą bezczelnością, wzbudzając uśmiech na twarzach właśnie zmierzających w ich kierunku dwóch policjantów.

– Widzę, że już się poznaliście. – Stanowczy głos należał do komendanta inspektora Jerzego Żetlickiego. – Dobry humor nigdy cię nie opuszcza, Szymański – dodał poirytowany.

– Jakoś trzeba sobie radzić, panie komendancie. – Szymański wyjął z automatu gorący kubek pachnącej czarnej kawy z dodatkiem brązowego cukru.

– Starsza aspirant Marzena Turawska, komisarz Dariusz Szymański. Od teraz będziecie pracować razem – zakomunikował przełożony. – Zapraszam do siebie.

Funkcjonariusze posłusznie wykonali polecenie. Po takim wstępie Darkowi odechciało się już kawy. Komendant, zgodnie

z wiekiem, już dawno powinien przejść na emeryturę, ale uparty stary osioł trzymał się kurczowo swojego stanowiska.

– Moi drodzy państwo... – zaczął inspektor. – Darku, nasza nowa koleżanka przyjechała ze Szczecina. Nie ma takiego doświadczenia jak ty, ale mam nadzieję, że się nauczy przy tobie wielu przydatnych rzeczy.

Szymański z obojętnością patrzył na przełożonego. Spojrzał na młodszą koleżankę, której aparycja wskazywała raczej na modelkę niż policjantkę. Ostry makijaż przyciągał uwagę. Prezentowała się całkiem nieźle, jakby była przeciwieństwem funkcjonariuszki. Młoda, niewysoka dziewczyna, emanująca pewnością siebie skupiała uwagę komisarza. Od rozmaitych myśli oderwał go komendant:

– Więc, Darku, życzę wam owocnej współpracy. Wprowadź panią aspirant w sprawę, którą teraz prowadzisz.

– Jasne – odpowiedział bez przekonania komisarz i chwycił za klamkę drzwi.

Odczuwał lekki niesmak po spotkaniu z nową partnerką. Jakby mało miał spraw na głowie... to jeszcze ta się trafiła. Siłą woli starał się stwarzać pozory miłego i uprzejmego, który z troską pokaże młodszej koleżance brudny, przestępczy świat. Usiadł przy swoim biurku, wracając do przeglądania wiadomości i drukowania raportu dla Andrzeja.

Marzena dopiero po chwili pojawiła się w pokoju. Rozglądała się po pomieszczeniu, jakby czegoś szukała.

– Siadaj, to twoje nowe biurko – powiedział Szymański, siląc się na spokojny ton i wskazując dziewczynie miejsce.

– Dziękuję, panie komisarzu – odparła bez cienia ironii w głosie.

– Mów mi Darek, będzie łatwiej. – Sam się zdziwił, że przyszło mu to z taką lekkością.

Dziewczyna przytaknęła komisarzowi i zaczęła rozpakowywać tę samą torebkę, którą dostrzegł wcześniej. Obserwował, jak powoli wyjmuje kosmetyczkę, szminkę i resztę drobiazgów, jakie są potrzebne – nie wiadomo dlaczego – wszystkim kobietom. Szymański spoglądał na dziewczynę, zastanawiając się, co ona tu robi. Drukarka zgrzytnęła i wypluła z siebie raport potrzebny Andrzejowi. Komisarz wyszedł z pokoju i udał się do skrzydła, w którym urzędowali antyterroryści.

Budynek komendy z zewnątrz nie wyglądał zbyt okazale, ale to były jedynie pozory. Oprócz części biurowej mieściły się w nim jeszcze: kantyna, sala treningowa, pomieszczenie dla osób zatrzymanych i zbrojownia, w której często bywali atecy. Pokoje przesłuchań były położone blisko śledczych prowadzących różne sprawy – od kradzieży po bójki. Teraz jednak pojawiło się morderstwo, które wprawiło Szymańskiego w zakłopotanie. Komisarz minął część zajmowaną przez policjantów z dochodzeniówki, drogówki i prewencji. Dochodząc do drzwi, zaczął szukać karty przysługującej tylko nielicznym. Antyterroryści byli bardzo hermetyczną formacją, wybraną grupą funkcjonariuszy pojawiających się, gdy zachodziła konieczność. Szymański miał dostęp do ich skrzydła, znał ich, mimo że stronili od nowych znajomości. Byli bardzo konkretni, często oschli podczas wykonywania zadań. Profesjonaliści w swoim fachu.

– Cześć, komisarzu. Co cię tu sprowadza? – zapytał jeden z ateków, który akurat wychodził z toalety.

– Hej, Mały. Ja do Andrzeja. Prosił, żebym druknął mu raport z wczoraj – odparł komisarz, podając rozmówcy dłoń.

– Papa jest w zbrojowni – powiedział funkcjonariusz, pozostawiając komisarza samego na korytarzu.

Szymański miał okazję współpracować z obiema zmianami, jakimi dysponowała tutejsza komenda. Zanim pojawił się

w Polkowicach, które nie do końca były dla niego szczęśliwe, miał przyjemność pracować z Samodzielnym Pododdziałem Antyterrorystycznym Policji z Wrocławia. Służyli tam mistrzowie w dziedzinie zadań i działań dynamicznych. Darek zapukał w kratkę drzwi zbrojowni. Atecy spojrzeli w jego stronę. Mężczyźni bez twarzy kiwnęli rękami na powitanie.

– Jest Andrzej? – zapytał Szymański.

– Papa, komisarz do ciebie! – krzyknął jeden z operatorów.

Papa wyszedł z długą bronią w ręku, prawdopodobnie chwilę po regulacji i ustawieniu przyrządów celowniczych. Podał broń Szymańskiemu. Komisarz wziął karabin, ważąc go w dłoni. Broń nie była zbyt ciężka dla komfortu pracy. Darek przyłożył broń do dołka strzeleckiego na swoim ramieniu, aby sprawdzić, jak się celuje.

– Poezja, stary – skomplementował swojego kolegę.

– Mówiłem ci, teraz to jedna z lepszych zabawek, jakie tutaj mamy.

– Wiesz, Andrzej, brak kasy na nowe wyposażenie dla was, jesteście tu od pół roku. Zanim was uwzględnią w wydatkach, to trochę jeszcze minie... – Szymański próbował tłumaczyć się za system, jaki panował w policji.

Atecy popatrzyli na siebie. Zdawali sobie sprawę z tego, że są na dotarciu i każda akcja z ich udziałem jest w jakimś stopniu testem. Każdy miał nadzieję pracować na najnowszym sprzęcie, ale polityka zbrojeniowa oddziałów specjalnych policji nie zmieniała się już od dawna. Problem jak zawsze stanowiły pieniądze. Zarabiasz tyle, żeby na własną rękę wydać kasę na sprzęt. Mimo trudności młody zespół, który funkcjonował od niespełna pół roku, radził sobie bardzo dobrze. Ta przedziwna mieszanka charakterów różniących się od siebie wszystkim, szybko zaczęła ze sobą współgrać. Na tym właśnie polegała specyfika pracy w takim oddziale. Na szczęście Szymański potrafił dogadać

się z każdym. Cieszył się szacunkiem kolegów. Wyróżniającymi go cechami były doświadczenie oraz bezstronność, tak rzadka w dzisiejszych czasach.

– Idziesz na mecz? – zapytał jeden z funkcjonariuszy.

– Nie mogę. Słyszeliście o tym trupie w parku? To, niestety, nie był wypadek.

– Czasami się zastanawiam, jakim cudem taki leniwiec jak ty zasłużył na te swoje pagony – powiedział Andrzej, wzbudzając śmiech u zgromadzonych w zbrojowni policjantów.

Szymański również się śmiał. Miał tę zaletę, że potrafił śmiać się z samego siebie, ponieważ wiedział, że nie jest alfą i omegą i jeszcze wiele rzeczy może go zaskoczyć. Andrzej rzucił jeszcze kilka dowcipów dla poprawy samopoczucia na resztę dnia służby. Atek odprowadził Szymańskiego do wyjścia, dyskutując z nim żarliwie na temat najbliższego meczu, na który każdy dał pieniądze do puli.

– Mówię ci, Darek, dziś wygramy. Nie możemy spaść przecież do pierwszej ligi – oświadczył z dużą pewnością policjant.

– Zobaczymy. Ja też liczę na wygraną – odpowiedział Szymański i wyszedł z sektora antyterrorystów.

Śledczy wrócił do swojego pokoju, w którym urządzała się jego nowa partnerka. Starsza aspirant przeglądała coś w swoim komputerze. Komisarz rozejrzał się za aktami sprawy.

– Tego szukasz? – zapytała Marzena.

– Tak. Skoro już mamy pracować razem, to ustalmy dwie proste zasady – powiedział Szymański stanowczo. – Pierwsza: pod moją nieobecność nie dotykasz rzeczy, które znajdują się na moim biurku. Kapujesz? – warknął nieco zbyt nieprzyjaźnie.

– A jaka jest druga? – zapytała Marzena lekko znudzonym tonem.

– Druga: komenda nie jest salonem kosmetycznym – oświadczył, odbierając koleżance akta sprawy.

Kobieta była oburzona tym, co i jak powiedział komisarz. Nie wiedziała, czy powinna wyjść, czy zostać, skrywając targające nią emocje.

– Podejdź tutaj – polecił Szymański, mając wyraźnie dosyć pierwszego dnia pracy z nową partnerką. – Ten chłopak został znaleziony wczoraj w parku. Obrażenia widoczne na pierwszy rzut oka wskazują, że zgon nastąpił po uderzeniu w głowę...

Komisarz mówił najprościej, jak mógł. Dziewczyna, która nagle pojawiła się w polkowickiej komendzie, nie przypominała policjantki. Darek, widząc jej reakcję na zdjęcie, zorientował się, że nie miała jeszcze styczności z umarlakiem. Pierwszą lekcją, jaką przeprowadził, było więc thumaczenie Marzenie wszystkiego, co mógł odczytać z danych i ze zdjęcia.

Do drzwi zapukał Krzyżanowski. Młody posterunkowy nieśmiało zapytał, czy nie przeszkadza.

– No co ty, Kuba? Właź! – zachęcił go Szymański.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam prośbę do pana... kontynuował Kuba, już trochę odważniej.

– Mów śmiało! – Komisarz nie zwracał uwagi na nową policjantkę.

Ona również wyczuwała, że partner ją ignoruje.

Krzyżanowski popatrzył na Szymańskiego i na nią, niepewny, czy powinien mówić o sprawie przy obcej osobie.

– No, Kuba, co jest? – ponaglił go komisarz.

– Bo dziś mecz jest i... kasa jest u mnie, a jutro mam wolne...

– Wiem. I co w związku z tym?

– Czy może pan przechować pieniądze do jutra? Mam wszystko zapisane, kto i jak obstawiał... – Zawahał się i spojrzał niepewnie w kierunku rozmówcy.

Szymański zgodził się bez żadnych oporów. Zakłady w komendzie były sprawą honorową. Posterunkowy przekazał

pieniądze i z ulgą opuścił pokój komisarza. Marzena przyglądała się temu, co robią policjanci, po czym oświadczyła oburzona:

– Hazard w komendzie?! To jest zabronione, przecież...

– Posłuchaj mnie uważnie – odezwał się komisarz i rzucił jej wściekłe spojrzenie. – Jesteś tu nowa i jeśli będziesz szkodzić innym funkcjonariuszom, to szybko cię przeniosą na jakieś zadupie. A regulamin jest tylko wyznacznikiem. To, co widziałaś, to nie hazard, tylko zwykła koleżeńska rywalizacja. To, że czasem się o coś założymy, nie znaczy, że jesteśmy hazardzistami, a dowodzi jedynie, że jesteśmy normalnymi ludźmi i dobrymi kolegami z pracy. Mam nadzieję, że zrozumiałaś!

Dziewczyna zirytowana tym, że została skrytykowana za rzetelność, którą komisarz uznał za jej nadgorliwość, usiadła przy swoim komputerze, nie mówiąc już ani słowa.

Szymański, nie zwracając uwagi na obrażoną smarkulę, wrócił do sprawy zabójstwa młodego mężczyzny.

– Skoro już masz tyle wolnego czasu, że prawie zaczynasz wakacje, to przejrzyj bazę osób zaginionych. Zwracaj uwagę na mężczyzn między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia. Mam nadzieję, że to cię nie przerośnie – zadrwił obcesowo.

Policjantka nie odpowiedziała i posłusznie zaczęła robić to, co polecił jej przełożony. Po godzinnym wertowaniu bazy nie znalazła nic, co by spełniało kryteria wyznaczone przez komisarza. Ciszę między nimi przerwał telefon.

– Komisarz Szymański, słucham – rzucił do słuchawki.

Głos, jaki dało się słyszeć po drugiej stronie, należał do mężczyzny, którego komisarz musiał znać.

Marzena usiłowała nie podsłuchiwać. Swojego pierwszego dnia w pracy nie mogła niestety zaliczyć do udanych. Ta konkluzja ją irytowała. Grzebała bezsensownie w bazie, w której nic nie było. Partner nie przypadł jej do gustu. Była tu nowa, zupełnie obca. Na myśl przyszły jej wspomnienia ze Szczecina, który musiała nagle

opuścić, aby zacząć od zera, z dala od piekła, jakie przeszła. Osamotniona i wrzucona w nowe środowisko musiała przecież znaleźć znajomych oraz zdobyć ich sympatię.

– Zaraz wrócę – rzucił Darek, po czym wyszedł, trzaskając energicznie drzwiami.

Marzena została sama. Łzy napłynęły jej do oczu. Przez chwilę zrobiło jej się naprawdę przykro. Ten dzień nie poszedł po jej myśli. Wpadka za wpadką, jakie były dziś jej udziałem, doprowadziły dziewczynę do płaczu.

– Darek, słuchaj, złamałem w końcu tę blokadę telefonu ofiary... – Technik, który wszedł do pokoju, dopiero po chwili zorientował się, że zamiast do Szymańskiego mówi do obcej osoby.

– Przepraszam panią, co pani tu robi?

Dziewczyna otarła pośpiesznie łzy dłonią, rozmazując swój starannie wykonany makijaż. Starała się zamaskować słabość, jaką wbrew sobie okazała.

– Pracuję tutaj – odparła, odzyskawszy pewność siebie. Starsza aspirant Marzena Turawska, a pan?

– A tak, przepraszam. Ryszard Tresz, jestem tutaj młodszym technikiem – odpowiedział z uśmiechem. – Miło mi cię poznać.

Technik, uprzejmy z natury, podał chusteczkę nowej koleżance, myśląc, że zapewne będzie mu marudzić każdego dnia – tak samo jak jej partner – o jakimś nowym odkryciu lub śladzie.

– Proszę, wytrzyj się i nie płacz. Pierwsze dni zawsze są trudne. – Starał się być uprzejmy, więc skierował w jej stronę dłoń z chusteczką.

Po chwili wahania technik puścił oczko do dziewczyny, wywołując uśmiech na jej twarzy. Marzena wytarła wilgotne od łez oczy. Teraz była rozbawiona własną reakcją.

– A gdzie ten stary maruda? – zapytał Ryś.

– Komisarz powiedział, że za chwilę wróci – odparła nieco zaskoczona zuchwałością rozmówcy.

Technik podszedł do okna i poszukał wzrokiem komisarza. Szymański stał przed komendą razem z dwoma mężczyznami. Marzena również podeszła do okna z ciekawości. Chciała lepiej poznać swojego nowego partnera.

„Z góry wygląda całkiem zabawnie” – przemknęła jej przez głowę zaskakująca myśl.

– Komisarz ma kolegów wśród kibiców? – zapytała swojego nowego znajomego.

– Tego nie wiem... – odpowiedział Ryś, który znał ludzi stojących z komisarzem, ale wolał się nie uzewnętrzniać przy świeżo poznanej osobie.

Znienacka w ich stronę spojrzał młodzieniec stojący obok komisarza. Marzena wraz z Rysiem spłoszeni odskoczyli od okna.

– Kurczę, znowu się przyczepi – powiedziała smutno Marzena.

Technik spojrzał na nią, uśmiechnął się przyjaźnie i rzekł pocieszająco:

– Dam ci radę, jaką dostałem kiedyś od starszego kolegi. Słuchaj go i ucz się.

Marzena kiwnęła głową i nagle pierwszy dzień w komendzie zaczął sprawiać jej radość. Kobieta ponownie usiadła przy komputerze, a kiedy Szymański wrócił na górę, miała już jakiś trop.

– Darek, nie wiem, czy to ważne, ale godzinę temu ktoś zgłosił zaginięcie mężczyzny. Rysopis przypomina naszego denata.

– To dobra wiadomość... jak na początek.

– I technik przyniósł raport w sprawie telefonu denata – dopowiedziała, podając mu szarą teczkę.

Szymański rzucił okiem na papiery, które przyniósł technik. Spis numerów oraz wiele zdjęć. Zmarły mężczyzna miał dużo zdjęć aut i kilka kota, zawsze tego samego. Zwierzę o zielonych oczach było czarne. Komisarz wyciągnął dłoń ze zdjęciem, na którym była ofiara ze zwierzakiem.

– Marzena, masz tutaj dwa numery. Sprawdź, kto dzwonił do ofiary.

Dziewczyna z uśmiechem na twarzy sięgnęła po numery i bez zbędnej dyskusji je sprawdziła. Jeden należał do niejakiego Szymona Kajewskiego, drugi z kolei zamilkł w dniu śmierci młodego sportowca. Pani aspirant podzieliła się tym newsem ze swoim partnerem.

– Dobrze się spisałaś – pochwalił ją Szymański.

Komisarz wziął numer telefonu, aby skontaktować się z namierzonym mężczyzną.

– Dzień dobry, mówi komisarz Dariusz Szymański z Komendy Powiatowej Policji w Polkowicach. Czy rozmawiam z panem Szymonem Kajewskim?

W słuchawce słychać było krótkie odpowiedzi. Szymański spokojnym głosem rozmawiał z mężczyzną, który prawdopodobnie doznał szoku.

– Proszę przyjechać. Będę na pana czekał – zakończył rozmowę.

Marzena była pod wrażeniem opanowania, jakim wykazał się Darek. Komisarz przyczepił zdjęcie denata do tablicy, po czym zapisał obok jego dane.

– Znamy już naszego biegacza. To Mateusz Kajewski. Jutro z Gdańska przyjedzie jego brat.

– Nie jest tutejszy? – zdziwiła się Marzena.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij