Facebook - konwersja
Dzika karta - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Dzika karta - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-65904-83-6
Język:
Polski
Data wydania:
14 grudnia 2020
Rozmiar pliku:
1,2 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
36,90
Cena w punktach Virtualo:
3690 pkt.

Dzika karta - opis ebooka

Ludzkość po Dniu nadal mierzy się z zagładą dotychczasowego porządku.

Największe zagrożenie, Sztuczne Inteligencje, mają jednak dużą konkurencję w postaci zwalczających się armii.

Na drodze do zwycięstwa Unii Europejskiej oraz Stanów Zjednoczonych staje Imperium, którego wojska okazują się równie bezwzględne jak bezduszne maszyny.

W kolejnej powieści z cyklu Algorytm Wojny Dowództwo Operacji Specjalnych we współpracy z Hex Machiną walczy na wielu frontach, będąc zarazem tylko jednym z elementów wielkiej kosmicznej bitwy.

Czy trudne decyzje, przed jakimi staje Marcin Wierzbowski, pozwolą ocalić ludzkie oblicze świata?

 

Cykl ALGORYTM WOJNY
1. Gambit
2. Punkt cięcia
3. Forta
4. Inwit
5. Sente
6. Dzika karta

Echa - zbiór opowiadań

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Gorignak, Tau I Thermia I, 2.11.2214 ESD, 19:11 cza­su lo­kal­ne­go

Wie­dział, że jest źle, gdy sta­cja prze­ka­źni­ko­wa nie od­po­wia­da­ła na wy­wo­ła­nia ra­dio­we. Kie­dy wraz z dru­ży­ną Mor­ten ze­szli le­d­wie wi­docz­ną w noc­nej ule­wie ście­żką na dno ska­li­stej ko­tli­ny i nie wy­wo­łał ich ża­den po­ste­ru­nek war­tow­ni­czy, byli już nie­mal pew­ni. Gdy zaś sie­rżant od­kry­ła, że pe­ry­metr nie re­agu­je za­rów­no na kody, jak i na sy­gna­ły – Ste­in­mann stra­cił wszel­ką na­dzie­ję. Ale kie­dy na swo­im ze­sta­wie wi­zyj­nym po­rucz­nik zo­ba­czył wy­sa­dzo­ne pan­cer­ne wro­ta i le­żące przy nich sku­lo­ne cia­ło, mu­siał przy­znać, że wy­pro­wa­dzi­ło go to z rów­no­wa­gi. Przez do­bre kil­ka chwil na­dal tkwił w przy­klęku za wy­so­kim ka­mie­niem, ob­ser­wu­jąc pro­wa­dzące te­raz w ciem­no­ść we­jście. Po­tem za­czął kląć. Dla­cze­go nie mo­gło udać się raz, choć je­den je­dy­ny raz od cho­ler­ne­go im­pe­rial­ne­go lądo­wa­nia? Czy by­ło­by to zbyt wie­le? Je­den suk­ces w ci­ągu osiem­na­stu go­dzin dzia­łań na­praw­dę by mu wy­star­czył.

– Po­rucz­ni­ku… – Mor­ten spoj­rza­ła na nie­go po­przez ze­staw wi­zyj­ny, na­dal jed­nak mie­rząc lufą er­ka­emu w stro­nę wrót. – Co ro­bi­my?

Ste­in­mann po­wo­li opa­no­wał ca­łko­wi­cie ir­ra­cjo­nal­ną prze­cież wście­kło­ść. Wła­ści­wie nie po­wi­nien był się spo­dzie­wać ni­cze­go in­ne­go. Im­pe­rial­ne siły od sa­me­go lądo­wa­nia dzia­ła­ły na ska­li­stym Go­ri­gna­ku, jak­by ob­ro­ńcy w ogó­le nie ist­nie­li, a wszyst­kie wa­żne dla UE punk­ty i pla­ców­ki znaj­do­wa­ły się na ich ma­pach. Flo­ta na­to­miast… dia­bli wie­dzie­li, co się sta­ło z flo­tą, ale jak mo­żna się było spo­dzie­wać, zo­sta­wi­ła tre­pów do­kład­nie tam gdzie zwy­kle.

– Roz­staw po­ste­ru­nek ob­ser­wa­cyj­ny. Rzu­ćcie oczka i nie daj­cie się po­de­jść. Chcę wie­dzieć, czy te dra­nie na­dal tu są.

– Tak jest. – Mor­ten ski­nęła gło­wą. – A pan, sir?

– Ja? To chy­ba oczy­wi­ste. – Po­rucz­nik Au­gust Ste­in­mann wes­tchnął ci­ężko. – Pój­dę po­roz­ma­wiać z na­szy­mi przy­ja­ció­łmi.

Klep­nął Mor­ten w na­ra­mien­nik pan­ce­rza i ru­szył z po­wro­tem ście­żką, po­przez ule­wę, ku kra­wędzi ko­tli­ny.

***

Żo­łnie­rzy Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych była szóst­ka. Cze­ka­li ra­zem z po­zo­sta­ły­mi sek­cja­mi plu­to­nu Ste­in­man­na na za­bez­pie­czo­nym sta­no­wi­sku po­mi­ędzy po­ro­śni­ęty­mi gęstą pląta­ni­ną ska­ło­chwy­tów gła­za­mi. Do­wo­dził nimi nie­ja­ki po­rucz­nik Wierz­bow­ski – nie­co po­wy­żej śred­nie­go wzro­stu, o po­ci­ągłej twa­rzy i jak­by odro­bi­nę zbyt szcze­rych, przy­ja­znych oczach, na­da­jących mu zwod­ni­czo sym­pa­tycz­ny wy­gląd. Że to tyl­ko po­zo­ry, Ste­in­mann prze­ko­nał się sto­sun­ko­wo szyb­ko, i do te­raz zda­nia nie zmie­nił na lep­sze.

Oesy od pierw­sze­go spo­tka­nia za­cho­wy­wa­ły się zgod­nie ze swo­ją złą sła­wą. Ich od­dział po­ja­wił się na Go­ri­gna­ku na­gle, tuż po im­pe­rial­nym de­san­cie. Na­tych­miast po lądo­wa­niu do­wód­ca udał się do szta­bu ba­ta­lio­nu i za­żądał wspó­łpra­cy – oczy­wi­ście za nic ma­jąc plan dzia­łań jed­nost­ki. Wy­ra­źnie miał też na to ja­kiś pa­pier, bo ma­jor Aen­drit­ta, zwa­na przez pod­wład­nych Sta­lo­wą Ly­dią, ugi­ęła się przed jego żąda­nia­mi wła­ści­wie od razu. Być może zresz­tą słusz­nie – po­rucz­nik za­żądał za­le­d­wie plu­to­nu woj­ska, i to tyl­ko do za­bez­pie­cze­nia mało istot­nej pla­ców­ki prze­ka­źni­ko­wej. Dla Aen­drit­ty mo­gło to ozna­czać w isto­cie nie­wy­so­ką cenę za po­zby­cie się pro­ble­mu. Sam Ste­in­mann miał na ten te­mat wła­sne zda­nie – oesom, po­dob­nie jak duża część kor­pu­su ko­lo­nial­ne­go, zwy­czaj­nie nie ufał, a „mało istot­na pla­ców­ka prze­ka­źni­ko­wa” brzmia­ła dla nie­go nie­po­ko­jąco jak „taj­ne ope­ra­cje”. A to jak za­wsze nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go. Te­raz, w nie­mal ab­so­lut­nej ciem­no­ści nocy Go­ri­gna­ka, kie­dy gęste chmu­ry prze­sła­nia­ły na­wet wąt­pli­we świa­tło gwiazd, a moc­ny deszcz przy­gi­nał do pia­sko­wych skał ni­skie krze­wy ska­ło­chwy­tów, Ste­in­mann mu­siał przy­znać, że obec­no­ść oesów zwy­czaj­nie go nie­po­ko­iła.

– Będzie­my mu­sie­li prze­nie­ść sta­no­wi­sko bli­żej pla­ców­ki – po­wie­dział Wierz­bow­ski, pa­trząc na po­rucz­ni­ka po­przez ciem­ną osło­nę ze­sta­wu wi­zyj­ne­go. Jego głos brzmiał ma­to­wo w słu­chaw­ce kom­lin­ka, zu­pe­łnie jak­by wia­do­mo­ść o za­gła­dzie po­ste­run­ku nie zro­bi­ła na nim żad­ne­go wra­że­nia. – Mu­si­my we­jść do środ­ka.

– To może być trud­ne – od­pa­rł Ste­in­mann nie­pew­nie. – Nie wie­my, gdzie znaj­du­ją się ci, któ­rzy tak za­ła­twi­li na­szych. Zo­sta­wi­łem tam Mor­ten i je­śli…

– Wiem, że to ry­zy­kow­ne – ofi­cer oesów mó­wił na­dal do­kład­nie tym sa­mym to­nem. – I do­brze ro­zu­miem, że nie chce pan ry­zy­ko­wać lu­dzi. Ale, nie­ste­ty, mu­si­my we­jść do środ­ka, i to jak naj­szyb­ciej. Bez pa­ńskie­go ze­spo­łu to na­dal mo­żli­we, lecz o wie­le trud­niej­sze, je­śli po­ja­wi się prze­ciw­nik.

– Dla­te­go wła­śnie pro­po­nu­ję zo­stać tu­taj, po­zwo­lić Mor­ten za­ło­żyć pe­łen pe­ry­metr i zo­ba­czyć, co od­kry­je­my.

– Nie mamy na to cza­su – uci­ął tam­ten. – Je­że­li prze­ciw­nik od­sze­dł, nie wró­ci, a je­śli po­zo­stał w za­sadz­ce, dru­ży­na sie­rżant Mor­ten zwy­czaj­nie go nie od­kry­je, nie w tych wa­run­kach. Mu­si­my tam we­jść, umoc­nić te­ren i za­ła­twić spra­wę szyb­ko.

– Je­śli tam na nas cze­ka­ją, pa­ku­je­my się w sam śro­dek za­sadz­ki.

– Je­śli tam na nas cze­ka­ją – od­po­wie­dział ofi­cer – to zna­czy, że wie­dzą, jak istot­na była ta pla­ców­ka, a wte­dy za­sadz­ka na­wet nie roz­po­czy­na li­sty kło­po­tów, w ja­kich się zna­le­źli­śmy.

Ste­in­mann po­pa­trzył na wy­ci­na­ne roz­bi­ja­ny­mi kro­pla­mi desz­czu na tle nocy syl­wet­ki oesów. Za­baw­ne, jak często ta­kie rze­czy mó­wią wła­śnie ci, któ­rzy z ja­kie­goś po­wo­du nie mu­szą so­bie z ewen­tu­al­ną za­sadz­ką ra­dzić, po­my­ślał gorz­ko, już wie­dząc, że za chwi­lę będzie mu­siał ustąpić.

***

Na ekra­nie kon­so­le­ty, osło­ni­ętym przed za­ci­na­jącą gęsto ni­czym prysz­nic ule­wą częścio­wo po­chy­łą ska­łą, a częścio­wo syl­wet­ką sa­me­go Ste­in­man­na, ja­rzył się podświe­tlo­ny na zie­lo­no pro­wi­zo­rycz­ny pe­ry­metr roz­sta­wio­ny przez jego plu­ton. Żad­nych in­tru­zów, żad­nych kon­tak­tów – przy­naj­mniej nie ta­kich, któ­re wy­chwy­ci­ły­by roz­miesz­czo­ne w ko­tli­nie sen­so­ry. Po raz ko­lej­ny spraw­dził mel­dun­ki z po­ste­run­ków, ale wszyst­kie się zgła­sza­ły – i nie mel­do­wa­ły ni­cze­go nie­po­ko­jące­go. Nie stłu­mi­ło to w ża­den spo­sób nie­po­ko­ju ofi­ce­ra, nie­mo­gące­go uwol­nić się od na­tar­czy­wej my­śli, że sie­dzą do­kład­nie w miej­scu, gdzie on sam chcia­łby wi­dzieć prze­ciw­ni­ka, gdy­by pró­bo­wał ata­ko­wać ukry­tą w ska­li­stej ko­tlin­ce pla­ców­kę.

Spro­wa­dził swój plu­ton w oko­li­cę roz­bi­te­go bun­kra do­bre pół go­dzi­ny temu. Dwie dru­ży­ny ze­szły ostro­żnie ró­żny­mi ście­żka­mi w dół ko­tli­ny i za­jęły po­zy­cje obok trzy­ma­jącej war­tę Mor­ten. Na gó­rze, po prze­ciw­nych ko­ńcach ska­li­stej niec­ki, po­zo­sta­li tyl­ko Ti­ley i Roe. W ci­ągu ko­lej­nych mi­nut od roz­sta­wie­nia się przy celu, za po­mo­cą prze­no­śnych sen­so­rów OC-7KA, na­zy­wa­nych piesz­czo­tli­wie oczka­mi, od­dział two­rzył, a na­stępie po­sze­rzał stre­fę oczuj­ni­ko­wa­ną. Ste­in­mann, co praw­da, był prze­ko­na­ny, że po­śród gęstych gła­zów i po­ra­sta­jących je krze­wów, ci­ągle fa­lu­jących pod za­ci­na­jącym desz­czem, będą dzia­ła­ły co naj­mniej ka­pry­śnie, ale – le­piej było mieć ta­kie czuj­ni­ki niż żad­ne. Nie­co wi­ęk­sze mo­żli­wo­ści mie­li war­tow­ni­cy, osło­ni­ęci CSS-owym ka­mu­fla­żem i ob­ser­wu­jący oko­li­cę przez wzmac­nia­cze ob­ra­zu. Mimo to Ste­in­mann na­dal miał wra­że­nie, że będą po­trze­bo­wać wi­ęcej niż tro­chę szczęścia, by wy­kryć pod­kra­da­jące­go się wro­ga. Na ra­zie jed­nak istot­nie nikt ich nie ata­ko­wał – a to mógł być do­bry znak.

Sa­mych oesów nie było już wte­dy z nimi. Cała szóst­ka we­szła w ciem­no­ść za roz­bi­ty­mi wro­ta­mi pla­ców­ki prze­ka­źni­ko­wej na­tych­miast po przy­by­ciu na miej­sce i od tej chwi­li nie ode­zwa­li się ani razu. Je­dy­ne, co po­zo­sta­wi­li za sobą, to kody wy­wo­ław­cze, któ­re mie­li po­dać, wra­ca­jąc, oraz su­ro­wy za­kaz łącz­no­ści da­le­kie­go za­si­ęgu, któ­re­go na ra­zie Au­gust Ste­in­mann za­mie­rzał prze­strze­gać. A przy­naj­mniej tak dłu­go, do­pó­ki nie będzie to ozna­cza­ło za­gro­że­nia dla jego lu­dzi.

– Jak pan my­śli, cze­go oni chcą? – usły­szał głos Mor­ten w kom­lin­ku.

– Nie mam po­jęcia – od­po­wie­dział po­rucz­nik, zer­ka­jąc ze swo­jej po­zy­cji na znisz­czo­ny bun­kier. Sys­tem wi­zyj­ny uka­zy­wał moc­no prze­kon­tra­sto­wa­ny ob­raz ja­śniej­szej ramy wrót, ewi­dent­nie wy­sa­dzo­nych od ze­wnątrz, sza­ro­ść ko­mo­ry we­jścio­wej i roz­dar­te wro­ta na jej ko­ńcu. Za nimi, o czym wie­dział, znaj­do­wał się ostro skręca­jący pod kątem pro­stym ko­ry­tarz idący sko­sem w dół, w głąb trze­wi pla­ców­ki. – Ża­den inny prze­ka­źnik ich nie in­te­re­so­wał.

– Na­praw­dę?

– W sek­to­rze dzia­łań ba­ta­lio­nu są jesz­cze dwa ta­kie jak ten. Na­wet nie za­jąk­nęli się na ich te­mat. Tu musi być coś spe­cjal­ne­go.

– Cie­ka­we co. Może za­po­mnie­li cze­goś, kie­dy byli tu ostat­nio?

Fak­tem było, że Do­wódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych na­wie­dzi­ło Go­ri­gnak już dru­gi raz od roz­po­częcia woj­ny. Za pierw­szym ra­zem byli tu­taj na sa­mym jej po­cząt­ku i przy­by­li na po­kła­dach okrętów moc­no po­trza­ska­ne­go ze­spo­łu unij­no-ame­ry­ka­ńskie­go, wra­ca­jąc chy­ba z pierw­szej lub jed­nej z pierw­szych bi­tew no­we­go kon­flik­tu na te­re­nie Im­pe­rium. Ste­in­mann po­dej­rze­wał, że wła­śnie tam­ten łączo­ny ze­spół od­po­wia­dał za im­pe­rial­ne ude­rze­nie – pew­nie po do­ga­da­niu się z Ame­ry­ka­na­mi UE po­czu­ła się sil­na i, jak to zwy­kle by­wa­ło, prze­li­czy­ła się. Wkrót­ce bo­wiem na­de­szły wie­ści o chi­ńskim ude­rze­niu na sta­bil­ną od lat li­nię fron­tu, a po­tem po­dob­no też na Ame­ry­ka­nów. Naj­wy­ra­źniej Nie­bia­ński Smok, kie­dy już się go roz­dra­żni­ło, nie uzna­wał pó­łśrod­ków.

– Nie sądzę, że­byś się kie­dy­kol­wiek mia­ła do­wie­dzieć. – Ste­in­mann za­śmiał się po­nu­ro. – Ale za­py­taj, może ci po­wie­dzą.

– Ja­sne…

Po­rucz­nik opa­rł się o ska­łę, prze­bie­gł wzro­kiem wszyst­kie po­zy­cje wła­snych lu­dzi, le­d­wo wi­docz­ne w prze­sło­ni­ętej kur­ty­ną wody nocy. Wsłu­chał się w bęb­ni­ący o hełm deszcz. Zda­wał się od­ci­nać go od świa­ta ca­łko­wi­cie i choć Ste­in­mann wie­dział, że pod­wład­ni są w po­bli­żu, na­gle po­czuł się bar­dzo, bar­dzo sa­mot­ny. Pan­cerz mimo hy­dro­fo­bo­wych ma­te­ria­łów wy­da­wał się ci­ężki od wody, a ka­ra­bin dziw­nie nie­po­ręcz­ny. W ze­sta­wie wi­zyj­nym nie­bo było czar­ną po­wierzch­nią upstrzo­ną sza­ry­mi punk­ta­mi prze­bar­wień wzmac­nia­cza ob­ra­zu. Mężczy­znę stop­nio­wo ogar­nia­ło znu­że­nie, czas upły­wał w dziw­nym tem­pie, od­li­cza­nym od­de­cha­mi i zmia­na­mi ryt­mu fa­lo­wa­nia ugi­ętych pod ci­ęża­rem stru­mie­ni wody ska­ło­chwy­tów. Mi­ja­ły mi­nu­ty.

Ock­nął się z za­my­śle­nia na głos Wierz­bow­skie­go, rwący się i przy­tłu­mio­ny w słu­chaw­ce. Tam­ci mu­sie­li być jesz­cze w bun­krze.

– Po­rucz­ni­ku Ste­in­mann. Wy­cho­dzi­my do was.

– Ze­brać lu­dzi do wy­mar­szu? – Mi­mo­cho­dem spraw­dził na­de­sła­ny pa­kiet ko­dów wy­wo­ław­czych. Zga­dza­ły się.

– Tak jest. Mamy wszyst­ko, co było nam po­trzeb­ne.

Ofi­cer spoj­rzał w stro­nę we­jścia do bun­kra i już po chwi­li zo­ba­czył sze­ść plam sza­ro­ści zna­czących po­zy­cje lu­dzi Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych. Od­dział po­ko­nał truch­tem kil­ka­na­ście me­trów te­re­nu przed bra­mą i za­pa­dł po­mi­ędzy ska­ło­chwy­ty, by za chwi­lę po­ja­wić się tuż obok ze­spo­łu Mor­ten i sa­me­go Ste­in­man­na.

– Jak sy­tu­acja? – za­py­tał po­rucz­nik.

Ku jego za­sko­cze­niu, oes od­po­wie­dział.

– Prze­szli me­to­dycz­nie po­miesz­cze­nie po po­miesz­cze­niu – mó­wił, od­bie­ra­jąc od ni­skiej, drob­nej ka­pral uru­cho­mio­ną kon­so­le­tę. Spoj­rzał na ekran. – Wy­bi­li całą ob­sa­dę, pra­wie bez wal­ki, nasi praw­do­po­dob­nie zo­rien­to­wa­li się, że są ata­ko­wa­ni, do­pie­ro w chwi­li, kie­dy wy­sa­dzo­no wro­ta. Fa­cho­wa ro­bo­ta. Sprzętu pra­wie nie tknęli pod­czas ak­cji, znisz­czy­li go pó­źniej.

Od­dał kon­so­le­tę pod­wład­nej, od któ­rej ją za­brał. Coś do niej po­wie­dział, ale na pry­wat­nym ka­na­le, a po­przez deszcz Ste­in­mann nie wy­ła­pał ani sło­wa. Po­tem zwró­cił się na po­wrót ku do­wód­cy plu­to­nu.

– Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że pró­bu­ją prze­chwy­cić łącz­no­ść, ale wy­gląda na to, że się na­ci­ęli, przy­naj­mniej tro­chę.

– Skąd pan wie?

Tam­ten przez chwi­lę mil­czał, ob­ser­wu­jąc ka­pral przy ze­sta­wie łącz­no­ścio­wym.

– Wiem. – Spraw­dził ma­ga­zy­nek, po czym od­wró­cił się w stro­nę pod­wład­nej i zno­wu coś po­wie­dział, bo tam­ta ski­nęła gło­wą. – Pa­nie po­rucz­ni­ku, za mo­ment…

Im­pe­rium ude­rzy­ło na­gle i bez ostrze­że­nia, do­kład­nie tak, jak Ste­in­mann się oba­wiał. Ni­cze­go nie wy­ła­pa­ły oczka, ogłu­szo­ne przez usia­ny ska­ła­mi te­ren i rzęsi­stą ule­wę. Na­gle po pro­stu usły­szał w słu­chaw­ce na ogól­nym ka­na­le głos Eve­la, nie­wy­ra­źny i znie­nac­ka urwa­ny. Do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie w kom­lin­ku roz­le­gł się pod­nie­sio­ny głos Fuchs.

– Ogień na po­zy­cje dru­ży­ny C z kie­run­ku zero-pięć-osiem! – mel­do­wa­ła sie­rżant. – Ozna­czam po­zy­cje trzech strzel­ców, Evel do­stał!

– Ogień na po­zy­cje dru­ży­ny A, kie­ru­nek dwa-dwa-czte­ry – zgło­sił Kolm. Po­śród szu­mu desz­czu ofi­cer usły­szał stłu­mio­ny ja­zgot ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go, a po chwi­li wtó­ru­jące mu ka­ra­bin­ki dru­ży­ny sie­rżant.

– Cele, mel­do­wać cele. – Skie­ro­wał ka­ra­bin na po­da­ny przez Fuchs na­miar, ale nic nie do­strze­gł. Ob­ró­cił się więc do Mor­ten. – Ob­staw­cie zero-pięć-osiem, na­tych­miast, chcę mieć ob­raz tam­te­go te­re­nu jak naj­szyb­ciej!

Dwa kie­run­ki, po­my­ślał zde­ner­wo­wa­ny. Tam­ci jak nic zdąży­li się przy­go­to­wać i ude­rzy­li do­pie­ro, kie­dy uzna­li, że mają wy­star­cza­jąco do­bre po­zy­cje do ata­ku. Praw­do­po­dob­nie usi­ło­wa­li ich za­go­nić na po­łud­nie, a to zna­czy­ło, że tam za­pew­ne też ktoś cze­ka. Spoj­rzał bez­rad­nie w ciem­no­ść w kie­run­ku prze­ciw­le­głym do na­tar­cia wro­ga, z ir­ra­cjo­nal­ną na­dzie­ją, że wy­pa­trzy pu­łap­kę, ale oczy­wi­ście nie do­strze­gł ni­ko­go.

– Po­rucz­ni­ku, mu­si­my się ewa­ku­ować jak naj­szyb­ciej – zwró­cił się do oesa. – Spró­bu­je­my ude­rzyć pe­łną siłą na pó­łnoc­ny wschód przez zero-pięć-osiem.

– Do­sko­na­ły po­my­sł.

– Może nam pan po­móc?

Gdzieś bar­dzo bli­sko roz­le­gło się rów­ne stac­ca­to er­ka­emu Mor­ten, do któ­re­go chwi­lę pó­źniej do­łączy­ły krót­kie se­rie z ka­ra­bin­ków jej lu­dzi.

– Spró­bu­je­my prze­drzeć się na po­łud­nie – po­wie­dział spo­koj­nie ofi­cer oesów. – Ru­szy­my jed­no­cze­śnie z wami. Po­wo­dze­nia.

– Ja­sne. – Spoj­rze­nie Ste­in­man­na na szczęście było zu­pe­łnie nie­wi­docz­ne przez ze­staw wi­zyj­ny. Oczy­wi­ście, że oesy nie mo­gły mu po­móc, po co pa­ko­wać się w noc­ną po­tycz­kę, sko­ro może ją za nich za­ła­twić pie­cho­ta. Za­klął gło­śno, upew­niw­szy się jed­nak, że wcześ­niej wy­łączył mi­kro­fon kom­lin­ka. Wierz­bow­ski jed­nak już zaj­mo­wał się czy­mś in­nym, zwró­co­ny w stro­nę wła­sne­go od­dzia­łu. Zresz­tą nie to było te­raz wa­żne. Ste­in­mann mu­siał za­dbać o swo­ich.

Po­rucz­nik ro­zej­rzał się, wsłu­chu­jąc w stłu­mio­ny od­głos wy­strza­łów. Jak nic dwa ka­emy, po­my­ślał, przy­naj­mniej pięć do sze­ściu osób, na ka­żdym z kie­run­ków ata­ku… Se­ria eks­plo­zji roz­ja­śni­ła ekran jego go­gli, za­bły­snął bia­ło-zło­tym świa­tłem od­czyt ter­micz­ny, je­den, po­tem szyb­ko kil­ka na­stęp­nych. W kom­lin­ku usły­szał gło­śny mel­du­nek Kolm. Na od­czy­tach znik­nęły sy­gna­ły dwóch oczek, ktoś – trud­no mu było po­wie­dzieć kto – wy­da­rł się do mi­kro­fo­nu. Bli­ski za­si­ęg, oce­nił, gra­na­ty mo­ździe­rza au­to­ma­tycz­ne­go. I to od razu cel­ne, na­wet w tych pie­przo­nych wa­run­kach.

– Roe! Ti­ley! – wrza­snął do mi­kro­fo­nu. – Na­mierz­cie mi, skąd wali mo­ździerz! Kolm, Mor­ten, Vic­kers, za mną, zero-pięć-osiem!

Ru­szył w wy­zna­czo­nym kie­run­ku, sta­ra­jąc się trzy­mać ni­sko i w po­bli­żu wy­ższych gła­zów. Do­oko­ła mi­ga­ły mu syl­wet­ki lu­dzi Mor­ten, na prze­mian po­ja­wia­jących się i gi­nących po­mi­ędzy ska­ła­mi. Mi­nęła mi­nu­ta, po­tem ko­lej­ne klu­cze­nia pra­wie na oślep. Cho­le­ra, nie wi­dział jesz­cze ani jed­ne­go wro­ga, cza­sem je­dy­nie strze­lał, mie­rząc w po­je­dyn­cze bły­ski wy­bu­chów i de­li­kat­ne ciepl­ne od­czy­ty pro­wa­dze­nia ognia.

– Roe, Ti­ley?

– Ti­ley, jest ruch na za­chod­niej ścia­nie, czte­ry oso­by, roz­ka­zy?

– Prze­każ na­miar Vic­ker­so­wi. – Ste­in­mann od­ru­cho­wo spoj­rzał w po­da­nym kie­run­ku. – Vic­kers, wal­cie z er­ka­emów na po­da­ny na­miar, Ti­ley, ko­ry­guj!

Za­ja­zgo­ta­ły dwa ręcz­ne ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we dru­ży­ny Vic­ker­sa, po chwi­li do­łączy­ły do nich gra­nat­nik i lżej­sza broń. Krót­ką, in­ten­syw­ną ka­no­na­dę za­kłó­cił ko­lej­ny wy­buch gra­na­tów, gdzieś mi­ędzy Ste­in­man­nem a ze­spo­łem Fuchs.

– Tu Roe. Mam na­miar na mo­ździerz, jest za pó­łnoc­ną kra­wędzią, ob­sta­wiam ja­kieś osiem­dzie­si­ąt do stu me­trów – usły­szał zdu­szo­ny mel­du­nek zwia­dow­cy. – We­dług od­czy­tu trans­por­ter.

– Cho­le­ra. – Ste­in­mann za­trzy­mał się, opa­rł o ska­łę. – Mor­ten, stać, mają ci­ężkie wspar­cie.

Trans­por­ter, był tego pe­wien, nie po­ja­wił się tam sam, za­pew­ne Im­pe­rium mia­ło roz­sta­wio­ną przy­naj­mniej dru­ży­nę pie­cho­ty na po­zy­cjach osło­no­wych.

– Wy­tną nas tu­taj! – wrza­snął ktoś, ca­łkiem traf­nie pod­su­mo­wu­jąc ich sy­tu­ację.

Pew­nie, że wy­tną, po­my­ślał po­rucz­nik. Wyj­rzał zza ska­ły tyl­ko po to, by cof­nąć się na­tych­miast, kie­dy tuż obok nie­go bzyk­nęła kula, tak bli­sko, że usły­szał ją mimo ule­wy. Chwi­lę pó­źniej ko­lej­na se­ria mo­ździe­rzo­wych gra­na­tów ude­rzy­ła w dno ko­tli­ny.

– Nie mo­że­my iść na pó­łnoc, wpa­ku­je­my się w ich ci­ężkie wspar­cie. – Tym ra­zem był nie­mal pe­wien, że zo­ba­czył strzel­ca nie wi­ęcej niż pi­ęćdzie­si­ąt me­trów od sie­bie. Bez na­my­słu wy­mie­rzył i po­słał kil­ka krót­kich se­rii w stro­nę ciepl­ne­go od­czy­tu, po czym sku­lił się i bły­ska­wicz­nie zmie­nił po­zy­cję, wpa­da­jąc za kępę ska­ło­chwy­tów.

– Roe, Ti­ley, po­trze­bu­je­my tra­sy ewa­ku­acyj­nej, nie mo­że­my tu zo­stać – po­wie­dział, strze­pu­jąc kro­ple z mo­krych ręka­wic. – Vic­kers, po­łącz nas z ba­ta­lio­nem, mu­si­my mieć wspar­cie z po­wie­trza. Wstrzy­mu­je­my marsz na pó­łnoc, znaj­dźcie osło­ny i cze­ka­my!

Dzia­ło się do­kład­nie tak, jak się oba­wiał. Prze­ciw­nik oto­czył ko­tli­nę i te­raz wy­łu­ski­wał ich, oto­czo­nych na gor­szych po­zy­cjach. Ste­in­mann miał wra­że­nie, iż to, że plu­ton na­dal wal­czy, wy­ni­ka głów­nie z fa­tal­nej po­go­dy. Ale to nie mo­gło trwać dłu­go.

Pra­wie kwa­drans mi­nął, nim do­sta­li od­po­wie­dź z ba­ta­lio­nu, kwa­drans, w któ­rym jego od­dział ani tro­chę nie po­pra­wił wła­snej sy­tu­acji. Ostrzał Vic­ker­sa zmu­sił do cof­ni­ęcia się im­pe­rial­ne woj­sko na za­chod­nim ze­jściu, ale sie­rżant mu­siał prze­rwać ak­cję, kie­dy z ko­lei w jego dru­ży­nę wstrze­lał się trans­por­ter. Mor­ten nie żyła, a przy­naj­mniej – nie od­zy­wa­ła się. Fuchs i jej lu­dzie na­dal pro­wa­dzi­li ogień w kie­run­ku po­je­dyn­czych kon­tak­tów, któ­re po­ja­wia­ły się na dnie ska­li­stej niec­ki. Kil­ka mi­nut temu zgi­nął Roe, tak na­gle, że Ste­in­mann nie wie­dział na­wet, co się sta­ło. Ale wróg na kra­wędzi ko­tli­ny po­zo­sta­wał dla nich prak­tycz­nie nie do ru­sze­nia, nie z ich po­zy­cji.

– Po­rucz­ni­ku, jest wia­do­mo­ść z ba­ta­lio­nu! – Ma­cov, łącz­no­ścio­wiec Vic­ker­sa, mó­wił gło­śno, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć trza­ski na łączach. – Na­wi­ąza­li kon­takt bo­jo­wy z wro­giem. Wy­ślą nam wspar­cie, kie­dy tyl­ko będą w sta­nie.

Na kil­ka se­kund wo­kół Ste­in­man­na za­pa­dła ab­so­lut­na ci­sza. Umil­kł deszcz, wy­strza­ły i trzask kom­lin­ków, umil­kły na­wet eks­plo­zje mo­ździe­rzo­wych gra­na­tów. Przez krót­ką chwi­lę po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści po­rucz­nik sły­szał tyl­ko swój od­dech.

Kon­takt z wro­giem. To zna­czy­ło, że po­mo­cy nie będzie. Ba­ta­lion miał wła­sne pro­ble­my i plu­ton Ste­in­man­na był na da­le­kim miej­scu, je­śli cho­dzi o uwa­gę do­wód­ców. Zła noc, po­my­ślał zre­zy­gno­wa­ny, słu­cha­jąc mel­dun­ku Fuchs, któ­ra wła­śnie tra­ci­ła ko­lej­ne­go żo­łnie­rza w bli­skiej eks­plo­zji.

– Ti­ley? – po­wie­dział znu­żo­nym gło­sem. – Wy­co­fuj się poza stre­fę wal­ki, nie otwie­raj ognia do ni­ko­go, chy­ba że będziesz bez­po­śred­nio za­gro­żo­na.

– A co z plu­to­nem? – spy­ta­ła rze­czo­wo i po­rucz­nik po­czuł na­gle pew­ną dumę z pod­wład­nej.

Ste­in­mann wes­tchnął ci­ężko. W słu­chaw­ce roz­le­gł się czy­jś krót­ki, roz­pacz­li­wy krzyk.

– Plu­ton wy­co­fu­je się in­dy­wi­du­al­nie – od­pa­rł ci­cho. – Często­li­wo­ść awa­ryj­na trze­cia, spraw­dzaj co go­dzi­nę.

Prze­łączył kom­link na ka­nał ogól­ny, by wy­dać od­po­wied­nie roz­ka­zy swo­im lu­dziom. Po­go­da była fa­tal­na, li­czeb­no­ść do ni­cze­go. Je­śli mie­li ucie­kać, to te­raz były do­sko­na­łe wa­run­ki. Co nie zna­czy­ło, że mają duże szan­se. Przez chwi­lę po­my­ślał jesz­cze o oesach, któ­re za­pew­ne wy­ko­rzy­sta­ły cha­os po­tycz­ki, by wy­co­fać się po ci­chu. Cho­ler­ne dra­nie.

***

Unij­ny nisz­czy­ciel za­bły­snął ak­ty­wa­cją na­pędu me­trycz­ne­go, a po­tem znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie pu­stą prze­strzeń. Ad­mi­rał Liao Tzu przez dłu­ższy czas mil­czał, pa­trząc na ekran tak­tycz­ny „Szma­rag­du”, na iko­ny re­pre­zen­tu­jące idące z po­ści­giem okręty wy­asy­gno­wa­ne z jego eska­dry.

– Łącz­no­ść z „Pie­śni Bo­jo­wej” – zgło­sił łącz­no­ścio­wiec, spo­gląda­jąc ukrad­kiem na ad­mi­ra­ła i sto­jące­go przy nim man­da­ry­na.

Ad­mi­rał le­d­wo do­strze­gal­nie ski­nął gło­wą. Do­wo­dząca „Pie­śnią” była am­bit­na i z pew­no­ścią nie­uda­na po­goń będzie ją tra­pi­ła jesz­cze przez ja­kiś czas, na­wet je­śli Liao spo­dzie­wał się ta­kie­go re­zul­ta­tu, z chwi­lą kie­dy wy­zna­czył oba nisz­czy­cie­le do po­ści­gu za umy­ka­jącym „Pio­łu­nem”. Ther­mia, nad któ­rą obec­nie znaj­do­wa­ła się wi­ęk­szo­ść eska­dry „Szma­rag­du”, była zbyt da­le­ko od Go­ri­gna­ka, by zdążyć.

– Pro­szę prze­ka­zać ko­man­dor Gao, że wy­wi­ąza­ła się z na­ło­żo­ne­go na nią obo­wi­ąz­ku wzo­ro­wo – po­wie­dział, spo­gląda­jąc na łącz­no­ściow­ca. – Te­raz niech za­wró­ci swój ze­spół i po­wró­ci na or­bi­tę Ther­mii.

Spoj­rzał raz jesz­cze na ho­lo­gra­ficz­ny ekran tuż obok swo­je­go sta­no­wi­ska. Wy­świe­tlał on ra­port z prze­słu­cha­nia unij­nych żo­łnie­rzy schwy­ta­nych przy po­ste­run­ku łącz­no­ścio­wym Eta-29. Oczy­wi­ście do­my­śla­li się, że w ba­zach da­nych pla­ców­ki znaj­do­wa­ło się coś istot­ne­go, w in­nym przy­pad­ku prze­cież Do­wódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych ni­g­dy nie wy­sła­ło­by tam swo­ich lu­dzi. Nie mie­li jed­nak po­jęcia, co do­kład­nie. Ża­den z nich nie wie­dział o wia­do­mo­ściach na te­mat prze­chwy­co­nych przez UE ope­ra­to­rów pro­jek­tu De­dal, któ­re wy­sła­no wkrót­ce po bi­twie w The­ta II Ke­pler wła­śnie za po­śred­nic­twem tam­tej pla­ców­ki. Nikt na­wet nie łączył obec­no­ści żo­łnie­rzy Do­wódz­twa z po­by­tem w sys­te­mie eskadr umy­ka­jących z Bor­ta­li.

– Po­zwo­lę so­bie za­dać py­ta­nie, szla­chet­ny Żu­ra­wiu, gdyż po­zo­sta­ję bez­rad­ny wo­bec zło­żo­no­ści za­my­słu Nie­bia­ńskie­go Smo­ka – po­wie­dział Liao, prze­nió­słszy spoj­rze­nie z ho­lo­gra­mu na star­ca w żó­łtych je­dwab­nych sza­tach, ob­ser­wu­jące­go go nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem czar­nych jak ob­sy­dian oczu. – Czy nie osła­bi­li­śmy wła­snej po­zy­cji po­przez nasz nie­uda­ny po­ścig za „Pio­łu­nem”?

– Wręcz prze­ciw­nie. – Na po­marsz­czo­nej jak su­szo­na śliw­ka twa­rzy man­da­ry­na wy­kwi­tł po­god­ny uśmiech, a opusz­ki dłu­gich, chu­dych pal­ców ze­tknęły się na wy­so­ko­ści pier­si star­ca. – Do­pie­ro te­raz ob­raz, któ­ry chciał na­ma­lo­wać Nie­bia­ński Smok, jest kom­plet­ny. Do­pie­ro te­raz mo­żna wy­ci­ągnąć z nie­go wnio­ski, na któ­re mie­li­śmy na­dzie­ję. A jak mówi mędrzec, je­śli znasz sie­bie i swe­go wro­ga, prze­trwasz po­my­śl­nie sto bi­tew.

Liao Tzu spoj­rzał na ekran tak­tycz­ny, po­tem na wy­świe­tlo­ną obok nie­go mapę sie­ci po­łączeń me­trycz­nych, wraz z na­nie­sio­ną na nią zło­tą kulą, ma­jącą śro­dek w jed­nym z unij­nych sys­te­mów.

– Oba­wiam się, o szla­chet­ny, że po­zwo­li­li­śmy wro­go­wi po­znać na­sze ser­ca i za­mia­ry. Te­raz będzie go­to­wy.

Man­da­ryn przez dłu­ższy czas mil­czał, przy­gląda­jąc się Liao spo­koj­nym wzro­kiem.

– Kie­dy prze­ciw­nik po­zwa­la trwo­dze o ży­cie opa­no­wać umy­sł, pro­wa­dzi go in­stynkt – po­wie­dział w ko­ńcu. – Nie my­śli i nie pla­nu­je. Tyl­ko dzia­ła. I pędzi ra­to­wać, co ma naj­cen­niej­sze­go. Wpraw­ny łow­ca wie, że wy­star­czy tyl­ko spoj­rzeć do­kąd. ■
mniej..

BESTSELLERY