Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dzikie nasienie - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 stycznia 2026
3780 pkt
punktów Virtualo

Dzikie nasienie - ebook

Poznajcie lek na ludzką zarazę

W odizolowanej od świata posiadłości, najdalej na północy, jak to tylko możliwe, umarł lekarz barona. Jego zastępca musi rozwiązać zagadkę: odkryć, jak to się stało, że Instytut stracił z oczu jedno ze swoich licznych ciał.

Przez setki lat Międzyprowincjonalny Instytut Medyczny rósł w siłę, zapuszczając korzenie w młodych umysłach i przekształcając je w lekarzy, którzy zastąpili wszystkich ludzkich medyków. Instytut chce pomagać ludzkości, leczyć i kroić, tulić i chronić cały gatunek przed apokaliptycznym koszmarem rozpętanym przez przodków.

Na skutej lodem północy należące do Instytutu ciało odkryje rywala, który chce zająć najwyższy szczebel ewolucyjnej drabiny. Pasożyta, który rozplenił się w zamku barona, mrocznym przybytku pełnym sekretów, kłamstw, przemocy i strachu. Ta dwójka stoczy wojnę, a polem bitwy stanie się ludzkie ciało. Ktokolwiek wygra, ludzkość czeka kolejna klęska.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-71-2
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Doro odkrył tę kobietę przy­pad­kiem, gdy wybrał się spraw­dzić, co zostało z jed­nej z jego wio­sek hodow­la­nych. Wieś była dobrym miej­scem do życia, ota­czało ją ogro­dze­nie z gliny i pia­sku, za któ­rym roz­cią­gała się sawanna poro­śnięta gdzie­nie­gdzie drze­wami. Ale już zbli­ża­jąc się do wio­ski, zdał sobie sprawę, że jest opu­sto­szała. Jesz­cze przed nim dotarli do niej han­dla­rze nie­wol­ni­ków. Z bro­nią w ręku, pchani chci­wo­ścią, w kilka godzin zni­we­czyli dzieło tysiąca lat. Miesz­kań­ców nie popę­dzili z wio­ski, tylko krwawo wymor­do­wali. Doro zna­lazł ludz­kie kości, włosy, kawałki wyschnię­tego mięsa pomi­nięte przez padli­no­żer­ców. Sta­nął nad maleń­kim ludz­kim szkie­le­tem – kośćmi dziecka – i zasta­na­wiał się, dokąd zabrano oca­la­łych. Do któ­rej z kolo­nii Nowego Świata? Jak daleką musiałby odbyć podróż, aby zna­leźć nie­do­bit­ków nie­gdyś zdro­wego, peł­nego żywot­nych sił ludu?

W końcu chwiej­nym kro­kiem odszedł z cmen­ta­rzy­ska, pełen gory­czy i gniewu, nie wie­dział, dokąd idzie, ani spe­cjal­nie się nad tym nie zasta­na­wiał. Duma naka­zy­wała mu chro­nić swój lud. Może nie poszcze­gól­nych jego człon­ków, ale całe grupy. Byli wobec niego lojalni i posłuszni, a on dawał im ochronę.

Poniósł porażkę.

Powę­dro­wał na połu­dniowy zachód w stronę lasu, tak jak przy­był – samotny, nie­uzbro­jony, bez zapa­sów, godząc się na sawannę, a póź­niej na las tak łatwo, jak godził się na każdy inny teren. Umarł już kilka razy – zabity przez cho­robę, zwie­rzęta, wro­gich ludzi. To nie był przy­ja­zny kraj. Mimo to szedł dalej na połu­dniowy zachód, bez namy­słu odda­lał się od odcinka wybrzeża, gdzie prze­cież cze­kał na niego sta­tek. Po chwili uświa­do­mił sobie, że naprzód nie pcha go gniew na utratę hodow­la­nej wio­ski. Pchało go coś nowego – jakiś impuls, uczu­cie, pory­wała go fala myśli. Mógł z łatwo­ścią sta­wić mu opór, ale tego nie robił. Czuł, że odro­binę dalej, już bar­dzo bli­sko, coś na niego czeka. Ufał takim prze­czu­ciom.

Nie zapusz­czał się tak daleko na zachód od kil­ku­set lat, dla­tego miał pew­ność, że cokol­wiek czy też kogo­kol­wiek znaj­dzie, będzie dla niego nowym odkry­ciem – nowym i poten­cjal­nie war­to­ścio­wym. Szedł, nie zwal­nia­jąc kroku.

Prze­czu­cie sta­wało się coraz sil­niej­sze, nabie­rało wyrazu, zmie­niało się w sygnał, który zazwy­czaj spo­dzie­wałby się ode­brać tylko od ludzi sobie zna­nych – takich jak jego utra­ceni wie­śniacy, któ­rych teraz powi­nien wytro­pić, zanim zmu­szą ich do zmie­sza­nia nasie­nia z obcymi, a tym samym do prze­ka­za­nia innym tych wyjąt­ko­wych cech, które w nich cenił. Dalej jed­nak zmie­rzał na połu­dniowy zachód, powoli zbli­ża­jąc się do swo­jej zdo­by­czy.

***

Any­anwu miała słuch i wzrok dużo ostrzej­sze niż inni. Celowo uwraż­li­wiła te zmy­sły po tym, jak pierw­szy raz pod­kra­dli się do niej uzbro­jeni ludzie – z macze­tami goto­wymi do ciosu, z jasnymi zamia­rami. Tam­tego strasz­nego dnia musiała zabić sie­dem razy – sied­miu prze­ra­żo­nych męż­czyzn, któ­rzy mogli unik­nąć śmierci – i nie­mal sama wtedy zgi­nęła, tylko dla­tego, że pozwo­liła, by zaszli ją ukrad­kiem. Ni­gdy wię­cej.

Teraz na przy­kład była w pełni świa­doma, że buszem nie­opo­dal skrada się ten samotny intruz. Trzy­mał się w ukry­ciu, pod­kra­dał do niej niczym dym, ale sły­szała go, śle­dziła go słu­chem.

Nie dając nic po sobie poznać, dalej zaj­mo­wała się ogród­kiem. O ile tylko wie­działa, gdzie intruz się znaj­duje, nie bała się go. Może opu­ści go odwaga i sobie pój­dzie? A tym­cza­sem jej taro i zioła zaro­sły chwa­stami. Jej zioła były inne, nie takie, jakie tra­dy­cyj­nie upra­wiał i zbie­rał jej lud. Ona hodo­wała je, by leczyć przy­pro­wa­dza­nych do niej cho­rych. Czę­sto nie musiała sto­so­wać żad­nych wyjąt­ko­wych środ­ków, ale nie zdra­dzała się z tym. Słu­żyła swoim współ­ple­mień­com, przy­no­sząc im ulgę w bólu i cho­ro­bie. Do tego pozwa­lała im roz­po­wia­dać wśród sąsied­nich ple­mion o jej mocach. Była wyrocz­nią. Kobietą, przez którą prze­ma­wia bóg. Obcy przy­by­sze słono pła­cili za jej usługi. Pła­cili jej ludowi, a potem pła­cili jej. Tak być powinno. Ludzie z jej ple­mie­nia rozu­mieli, że jej obec­ność przy­nosi im korzy­ści i że słusz­nie lękają się jej mocy. I to ją zazwy­czaj przed nimi chro­niło – a ich przed nią. Od czasu do czasu jed­nak któ­ryś z nich poko­ny­wał strach i znaj­do­wał powód, by zakoń­czyć jej dłu­gie życie.

Intruz się zbli­żał, na­dal jed­nak trzy­mał się w ukry­ciu. Nikt o uczci­wych zamia­rach tak by się nie skra­dał. Kim był? Zło­dzie­jem? Mor­dercą? Kimś, kto obar­czał ją winą za śmierć pobra­tymca albo za inne nie­szczę­ście? W jej prze­róż­nych mło­do­ściach wie­lo­krot­nie obwi­niano ją o powo­do­wa­nie nie­szczęść. Musiała poły­kać tru­ci­znę, gdy spraw­dzano, czy nie jest cza­row­nicą. Za każ­dym razem dobro­wol­nie pod­da­wała się pró­bie, wie­dząc, że na nikogo nie rzu­ciła cza­rów – i że żaden zwy­kły czło­wiek z jego skąpą zna­jo­mo­ścią tru­cizn nie potrafi wyrzą­dzić jej krzywdy. A ona miała o nich wie­dzę wielką, przy­jęła ich wię­cej w ciągu dłu­giego życia, niż kto­kol­wiek z jej ludu mógłby sobie wyobra­zić. Za każ­dym razem prze­cho­dziła próbę zwy­cię­sko, a ośmie­szeni oskar­ży­ciele musieli pła­cić grzywnę za fał­szywe zarzuty. W każ­dym z żywo­tów, kiedy się sta­rzała, ludzie prze­sta­wali ją oskar­żać – choć nie wszy­scy prze­sta­wali wie­rzyć, że jest cza­row­nicą. Nie­któ­rzy posta­na­wiali wziąć sprawy w swoje ręce i zabić ją bez względu na próby cza­rów.

Intruz w końcu wkro­czył na wąską ścieżkę i zbli­żał się do niej otwar­cie – już miał dość szpie­go­wa­nia. Pod­nio­sła wzrok, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego obec­no­ści.

Był to obcy przy­bysz, postawny męż­czy­zna, wyż­szy niż więk­szość zna­nych jej ludzi i szer­szy w barach. Skórę miał ciemną jak jej skóra, twarz sze­roką, uro­dziwą, lekko się uśmie­chał. Był młody – pomy­ślała, że nie ma jesz­cze trzy­dzie­stu lat. Z pew­no­ścią był zbyt młody, by sta­no­wić dla niej jakie­kol­wiek zagro­że­nie. Mimo to coś ją w nim nie­po­ko­iło, być może fakt, że się tak nagle ujaw­nił po dłu­giej wędrówce w ukry­ciu. Kim był? Czego chciał?

Kiedy pod­szedł już dosta­tecz­nie bli­sko, prze­mó­wił do niej, a ona w zakło­po­ta­niu unio­sła brwi. Były to obce słowa, cał­kiem dla niej nie­zro­zu­miałe, coś jed­nak brzmiało w nich zna­jomo – jakby powinna je rozu­mieć. Pod­nio­sła się, skry­wa­jąc nie­zwy­kłą dla sie­bie ner­wo­wość.

– Kim jesteś? – zapy­tała.

Przy­bysz nie­znacz­nie uniósł głowę, gdy mówiła, wyda­wało się, że jej słu­cha.

– Jak mamy roz­ma­wiać? Musisz pocho­dzić z daleka, skoro twoja mowa tak się różni od naszej – zauwa­żyła.

– Z bar­dzo daleka – przy­znał w jej wła­snym języku. Jego słowa brzmiały teraz dla niej cał­kiem zro­zu­miale, cho­ciaż mówił z akcen­tem, który przy­po­mi­nał jej mowę ludzi sprzed wielu, wielu lat, kiedy była praw­dzi­wie młoda. Nie podo­bał jej się. Wszystko w nim spra­wiało, że czuła się nie­swojo.

– Czyli potra­fisz mówić w moim języku – stwier­dziła.

– Przy­po­mi­nam sobie tę mowę. Już od bar­dzo dawna się nią nie posłu­gi­wa­łem. – Pod­szedł bli­żej, uważ­nie się w nią wpa­tru­jąc. W końcu się uśmiech­nął i pokrę­cił głową. – Nie jesteś zwy­kłą starą kobietą – stwier­dził. – Być może wcale nie jesteś stara.

Cof­nęła się, zbita z tropu. Skąd mógł o niej cokol­wiek wie­dzieć? Jak mógł cokol­wiek zga­dy­wać tylko na pod­sta­wie jej wyglądu i kilku wypo­wie­dzia­nych słów?

– Jestem stara – odparła, ukry­wa­jąc strach za zło­ścią. – Mogła­bym być matką two­jej matki! – Mogła być przod­ki­nią matki jego matki. Ale tę myśl już zacho­wała dla sie­bie. – Kim jesteś? – zapy­tała jesz­cze raz.

– Ja mógł­bym być ojcem two­jej matki – odpo­wie­dział.

Znowu cof­nęła się o krok, sta­ra­jąc się opa­no­wać nara­sta­jący lęk. Ten czło­wiek był kimś innym, niż się wyda­wał. Powinna ode­brać jego słowa jako drwinę, nie­do­rzecz­ność, a jed­nak odczy­tała je ina­czej – ujaw­niały rów­nie wiele i rów­nie nie­wiele, jak jej wła­sne.

– Bądź spo­kojna – powie­dział. – Nie mam złych zamia­rów.

– Kim jesteś? – powtó­rzyła z naci­skiem.

– Jestem Doro.

– Doro? – Jesz­cze dwu­krot­nie wymó­wiła to obce słowo. – Czy to imię?

– To moje imię. W mowie mojego ludu ozna­cza wschód, stronę, gdzie wstaje słońce.

Chwy­ciła się za głowę.

– To jakaś sztuczka – stwier­dziła. – Ktoś się z tego śmieje.

– Sama wiesz lepiej. Kiedy ostatni raz oba­wia­łaś się zwy­kłej sztuczki?

Tak dawno, że już nawet nie pamię­tała kiedy. Miał rację. Ale ich imiona… Ta zbież­ność była niczym znak.

– Wiesz, kim jestem? – zapy­tała. – Zja­wi­łeś się tu nie­przy­pad­kowo czy…?

– Przy­sze­dłem tu do cie­bie. Nie wie­dzia­łem o tobie nic oprócz tego, że jesteś kimś nie­zwy­kłym i że cię tu odnajdę. Świa­do­mość two­jego ist­nie­nia kazała mi mocno zbo­czyć z drogi.

– Świa­do­mość?

– Mia­łem prze­czu­cie… Ludzie odmienni tak jak ty w pewien spo­sób mnie przy­cią­gają, wzy­wają mnie, nawet z bar­dzo daleka.

– Ja cie­bie nie wzy­wa­łam.

– Ist­nie­jesz i jesteś inna. To wystar­czyło, by mnie przy­cią­gnąć. A teraz powiedz mi, kim jesteś.

– Musisz być chyba jedy­nym czło­wie­kiem w tych stro­nach, który o mnie nie sły­szał. Jestem Any­anwu.

Powtó­rzył jej imię i ze zro­zu­mie­niem spoj­rzał w niebo. Jej imię ozna­czało słońce. Słońce: Any­anwu. Poki­wał głową.

– Nasze ludy minęły się o szmat czasu i prze­strzeni, Any­anwu, a jed­nak zdo­łały nadać nam dobre imiona.

– Jakby spo­tka­nie było nam prze­zna­czone. Z jakiego ludu pocho­dzisz, Doro?

– Za moich cza­sów zwano go Kush. Jego zie­mia leży na wschód stąd. Uro­dzi­łem się jako czło­nek tam­tego ple­mie­nia, ale nie ma mnie z nimi już od wielu lat. Nie widzia­łem mojego ludu bar­dzo długo, być może dwa­na­ście razy tyle, ile ty żyjesz na świe­cie. Kiedy mia­łem trzy­na­ście lat, roz­dzie­lono mnie od krew­nych. Teraz moim ple­mie­niem są ci, któ­rzy pozo­stają wobec mnie lojalni.

– Czyli uwa­żasz, że wiesz, ile mam lat? – zapy­tała. – Tego nie wie o mnie nawet mój lud.

– Bez wąt­pie­nia prze­no­si­łaś się z mia­sta do mia­sta, by pomóc im zapo­mnieć. – Rozej­rzał się, dostrzegł nie­opo­dal prze­wró­cone drzewo. Pod­szedł do pnia i przy­siadł na nim. Any­anwu ruszyła za nie­zna­jo­mym nie­mal wbrew wła­snej woli. Ten czło­wiek, cho­ciaż mącił jej w gło­wie i budził obawy, rów­nież ją intry­go­wał. Od bar­dzo dawna nie przy­tra­fiło jej się nic, co nie zda­rzy­łoby się już wcze­śniej – i to wie­lo­krot­nie. Przy­bysz prze­mó­wił znowu.

– Ja w żaden spo­sób nie ukry­wam swo­jego wieku – powie­dział – a jed­nak mój lud woli nie pamię­tać, ile mam lat. Ponie­waż ani nie może mnie zabić, ani stać się taki jak ja.

Sta­nęła nad nim i uważ­nie mu się przyj­rzała. Naj­wy­raź­niej oznaj­miał, że jest jak ona – dłu­go­wieczny i potężny. Przez wszyst­kie lata życia nie spo­tkała ani jed­nej podob­nej do niej osoby. Już dawno prze­stała takich szu­kać, zaak­cep­to­wała swoją samot­ność. Ale teraz…

– Mów dalej – popro­siła. – Masz mi dużo do powie­dze­nia.

Przy­glą­dał się jej, wpa­try­wał się w jej oczy z cie­ka­wo­ścią, którą więk­szość osób sta­rała się przed nią ukryć. Ludzie mówili, że miała oczy jak nie­mowlę – ich biel była zbyt biała, ich brąz zbyt głę­boki, zbyt czy­sty. Żaden doro­sły czło­wiek, a z pew­no­ścią żadna stara kobieta nie powinna mieć takich oczu, mówili. I uni­kali jej spoj­rze­nia. Oczy Dora były cał­kiem zwy­czajne, ale wpa­try­wał się w nią tak, jak gapiły się dzieci. Bez lęku i naj­pew­niej bez wstydu.

Zasko­czył ją, ujmu­jąc jej dłoń i pocią­ga­jąc, żeby usia­dła obok niego na pniu. Z łatwo­ścią mogłaby cof­nąć rękę, ale nie cof­nęła.

– Prze­by­łem dzi­siaj długą drogę – wyja­śnił. – To ciało potrze­buje odpo­czynku, jeśli ma dalej mi słu­żyć.

Obra­cała w myślach jego słowa. „To ciało potrze­buje odpo­cząć”. Jak dziw­nie je dobie­rał.

– Przy­by­łem na te zie­mie około trzy­stu lat temu – cią­gnął. – Szu­ka­łem grupy mojego ludu, która zgu­biła drogę, ale wybito ich, zanim ich odna­la­złem. Two­jego ludu wtedy jesz­cze tutaj nie było, a ty jesz­cze nie przy­szłaś na świat. Wiem to, ponie­waż twoja odmien­ność jesz­cze mnie wtedy nie wzy­wała. Sądzę, że drogi mojego i two­jego ple­mie­nia kie­dyś się prze­cięły, a ty jesteś tego owo­cem.

– Chcesz powie­dzieć, że twoi współ­ple­mieńcy mogą być moimi krew­nymi?

– Tak. – Wpa­try­wał się bacz­nie w jej twarz, być może szu­ka­jąc jakie­goś podo­bień­stwa. Nie zna­la­złby jed­nak. Twarz, którą nosiła, nie była jej praw­dziwą twa­rzą.

– Twój lud prze­kro­czył Niger – powie­dział z waha­niem, marsz­cząc czoło – a potem nadał tej rzece jej wła­ściwą nazwę: Oru­mili. Ostatni raz, kiedy ich widzia­łem, żyli jesz­cze na zie­miach za rzeką, w Beni­nie.

– Prze­kro­czy­li­śmy rzekę dawno temu – odparła. – Dzieci uro­dzone w tam­tym cza­sie już się zesta­rzały i umarły. Przed przej­ściem byli­śmy Ado i Idu, pod­da­nymi Beninu. Potem wal­czy­li­śmy z Beni­nem i prze­kro­czy­li­śmy rzekę do Onit­shy, aby stać się wol­nym ludem, by nie mieć nad sobą panów.

– A co się stało z ple­mie­niem Oze, które miesz­kało tu przed wami?

– Nie­któ­rzy ucie­kli. Inni zostali naszymi nie­wol­ni­kami.

– Czyli wypę­dzono was z Beninu, a potem wy wypę­dzi­li­ście stąd innych albo wzię­li­ście ich w nie­wolę?

Any­anwu odwró­ciła wzrok.

– Lepiej być panem niż nie­wol­ni­kiem – odparła gło­sem pozba­wio­nym emo­cji.

Tak powie­dział jej mąż z cza­sów migra­cji – pan wiel­kiego gospo­dar­stwa, mający wiele żon, dzieci i nie­wol­ni­ków. Any­anwu nato­miast nie­wol­nicą była w życiu dwu­krot­nie i ucie­kła wyłącz­nie dzięki temu, że cał­ko­wi­cie zmie­niła postać i zna­la­zła męża w innym mie­ście. Wie­działa, że nie­któ­rzy ludzie są panami, a inni nie­wol­ni­kami. Zawsze tak było. Ale jej wła­sne doświad­cze­nie nauczyło ją nie­na­wi­dzić nie­wol­nic­twa. W ostat­nich latach nawet bycie dobrą żoną spra­wiało jej trud­ność, ponie­waż kobiety musiały pochy­lać głowę przed mężem i być mu posłuszną. Lepiej było być kimś takim jak ona – kapłanką, która prze­ma­wiała gło­sem boga, któ­rej się bano i któ­rej słu­chano. I co z tego wyszło? Sama stała się kimś w rodzaju pana.

– Cza­sem trzeba być panem, aby nie stać się nie­wol­ni­kiem – powie­działa cicho.

– Ow­szem – zgo­dził się.

Roz­myśl­nie zwró­ciła myśli ku spra­wom, które pod­su­nął jej w roz­mo­wie. Na przy­kład ku swo­jemu wie­kowi. Nie mylił się. Miała około trzy­stu lat – żaden z jej współ­ple­mień­ców by w to nie uwie­rzył. A on powie­dział coś jesz­cze – coś, co oży­wiło jej naj­star­sze wspo­mnie­nia. Gdy była dziew­czynką, szep­tano, że jej ojciec nie mógł spło­dzić dzieci, że była córką nie tylko innego męż­czy­zny, ale w dodatku obcego przy­by­sza, który zatrzy­mał się tam w dro­dze. Zapy­tała o to matkę i po raz pierw­szy i jedyny w całym jej życiu matka ją ude­rzyła. Od tam­tej pory przyj­mo­wała tę histo­rię jako praw­dziwą. Ale ni­gdy nie zdo­łała dowie­dzieć się niczego o tym obcym przy­by­szu. Nie­wiele ją to obcho­dziło – mąż jej matki uzna­wał ją za córkę i był dobrym czło­wie­kiem – zawsze jed­nak zasta­na­wiała się, czy ple­mię tego obcego nie przy­po­mi­nało jej bar­dziej.

– Żaden nie prze­żył? – zapy­tała Dora. – Z tych moich… współ­ple­mień­ców?

– Żaden.

– W takim razie nie byli do mnie podobni.

– Mogli się tacy stać po wielu poko­le­niach. Nie tylko ich dziec­kiem jesteś. Twoi krewni z Onit­shy też musieli być na swój spo­sób wyjąt­kowi.

Any­anwu powoli poki­wała głową. Mogła wymie­nić kilka powo­dów, dla któ­rych jej matka była wyjąt­kowa. Miała pozy­cję i wpływy, mimo plo­tek, jakie o niej krą­żyły. Jej mąż był człon­kiem sza­no­wa­nego klanu, sły­ną­cego z magicz­nych mocy, ale w domu to matka Any­anwu zaj­mo­wała się cza­rami. Mie­wała nie­zwy­kle dokładne pro­ro­cze sny. Przy­go­to­wy­wała lekar­stwa, by leczyć cho­roby i chro­nić ludzi przed złem. Na targu żadna kobieta nie han­dlo­wała lepiej. Matka dosko­nale wie­działa, jak się tar­go­wać – jakby potra­fiła czy­tać w myślach tych innych kobiet. Stała się bar­dzo bogata.

Mówiono, że w kla­nie Any­anwu, czyli w kla­nie męża jej matki, byli tacy, któ­rzy, kiedy tylko chcieli, umieli zmie­niać postać, przyj­mo­wać kształt zwie­rząt, ale Any­anwu nie dostrze­gła w nich ni­gdy takiej dziw­nej mocy. To jej matka była oso­bliwa, z matką połą­czyła Any­anwu bli­skość i poro­zu­mie­nie serc znacz­nie sil­niej­sze niż zazwy­czaj mię­dzy matką i córką. Z matką spa­jała ją jed­ność ducha, rze­czy­wi­ście czy­tały nawza­jem swoje myśli i uczu­cia, uwa­żały jed­nak, by nie robić tego osten­ta­cyj­nie przy innych. Kiedy Any­anwu coś bolało, matka, zajęta han­dlo­wa­niem daleko na jakimś targu, natych­miast o tym wie­działa i wra­cała do domu. Z wła­snymi dziećmi i z trzema mężami łączyło Any­anwu zale­d­wie blade echo tej pier­wot­nej bli­sko­ści. Poza tym od wielu lat szu­kała w swoim kla­nie, w kla­nie matki i w innych choćby cie­nia oso­bli­wo­ści, która odróż­niała ją naj­bar­dziej – daru zmiany kształ­tów. Wysłu­chała już wielu prze­ra­ża­ją­cych opo­wie­ści, ale nie spo­tkała nikogo, kto jak ona potra­fiłby obja­wić tę moc. Chyba że wła­śnie teraz to się zmie­niło. Spoj­rzała na Dora. Co takiego czuła, gdy na niego patrzyła – jaką oso­bli­wość? Nie dzie­liła z nim myśli, ale było w nim coś, co przy­po­mi­nało jej matkę. Jakiś duch.

– Jesteś moim współ­ple­mień­cem? – zapy­tała.

– Nie – odparł. – Ale twoi współ­ple­mieńcy byli wobec mnie lojalni. A to nie­mało.

– Czy wła­śnie dla­tego skie­ro­wa­łeś się tutaj, kiedy… moja odmien­ność cię przy­cią­gnęła?

Pokrę­cił głową.

– Przy­sze­dłem zoba­czyć, kim jesteś.

Zmarsz­czyła czoło, nagle stała się ostrożna.

– Jestem sobą. Prze­cież mnie widzisz.

– A ty widzisz mnie. Sądzisz, że widzisz już wszystko?

Nie odpo­wie­działa.

– Kłam­stwa odbie­ram jako obrazę, Any­anwu, a to, jaką cię widzę, jest kłam­stwem. Pokaż mi, kim jesteś naprawdę.

– Nie zoba­czysz niczego innego!

– Boisz mi się poka­zać?

– Nie. – To nie był strach. W takim razie co? Całe życie ukry­wa­nia się, naka­zy­wa­nia sobie, by ni­gdy nie zaba­wiać się swoim darem przy obcych, ni­gdy nie poka­zy­wać mocy jak zwy­kłych sztu­czek, ni­gdy nie dać swo­jemu ple­mie­niu, ani żad­nemu innemu, poznać pełni jej potęgi, chyba że w walce o wła­sne życie. Czy miała teraz zerwać z tą tra­dy­cją tylko dla­tego, że pro­sił ją o to jakiś obcy? Niby dużo mówił, ale co takiego wła­ści­wie ujaw­nił o sobie? Nic.

– Czy moje skry­wa­nie może być kłam­stwem, skoro twoje nie jest? – zapy­tała.

– Moje jest – przy­znał.

– To pokaż mi, kim jesteś. Okaż mi zaufa­nie, tak jak pro­sisz, bym zaufała tobie.

– Ja ci ufam, Any­anwu, ale wie­dza, kim jestem, tylko by cię prze­ra­ziła.

– Czyli masz mnie za dziecko? – zapy­tała gniew­nie. – Jesteś moją matką, która musi ochra­niać mnie przed praw­dami doro­słych?

Nie pozwo­lił, by jej słowa go ura­ziły.

– Więk­szość człon­ków mojego ludu jest mi wdzięczna, że chro­nię ich przed moją prawdą – wyja­śnił.

– Tak mówisz. Ale ja jesz­cze niczego nie zoba­czy­łam.

Wstał, a ona sta­nęła na wprost niego, jego cień w pełni pochła­niał jej drobną postać sta­ruszki. Była od niego pra­wie dwa razy mniej­sza, ale sta­wa­nie twa­rzą w twarz z ludźmi nad nią góru­ją­cymi nie było dla niej niczym nowym, podob­nie jak zmu­sza­nie ich sło­wem, by wypeł­niali jej wolę, czy też bicie ich, aż sta­wali się posłuszni. Tak naprawdę mogła stać się rów­nie postawna jak rosły męż­czy­zna, ale wolała zwo­dzić ludzi drob­nym kształ­tem. Naj­czę­ściej obcy czuli się przy niej swo­bod­nie, bo wyda­wała się nie­szko­dliwa. Poza tym wtedy nie doce­niali jej ewen­tu­alni napast­nicy.

Doro spo­glą­dał na nią z góry.

– Cza­sem dziecko musi się spa­rzyć, by nauczyło się nie igrać z ogniem – odparł. – Pójdź ze mną do jed­nej z osad two­jego mia­sta¹, Any­anwu. Tam ci pokażę to, co jak sądzisz, chcesz zoba­czyć.

– Co zamie­rzasz zro­bić? – zapy­tała ostroż­nie.

– Pozwolę ci kogoś wybrać. Wroga, albo po pro­stu kogoś bez­u­ży­tecz­nego, bez kogo twój lud może się spo­koj­nie obejść. A potem go zabiję.

– Zabi­jesz go?!

– Zabiję, Any­anwu. Wła­śnie w ten spo­sób zacho­wuję mło­dość i siłę. Mogę zro­bić tylko jedno, by poka­zać ci, kim jestem: zabić czło­wieka i nosić jego ciało jak odzie­nie. – Wes­tchnął. – To nie jest ciało, w któ­rym się uro­dzi­łem. Nie jest też dzie­sią­tym, jakie nosi­łem, ani set­nym, ani nawet tysięcz­nym. Twój dar ma naturę raczej łagodną. Mój taki nie jest.

– Jesteś duchem! – wykrzyk­nęła prze­stra­szona.

– Mówi­łem, że dziecko z cie­bie – odparł. – Widzisz, jak się wystra­szy­łaś?

Był jak _ogbanje_, zły duch dziecka, które rodzi się jed­nej kobie­cie po wie­lo­kroć, tylko po to, by umrzeć i przy­nieść matce cier­pie­nie. Kobieta nękana przez _ogbanje_ może rodzić w bólach wiele razy, a i tak zostać bez żad­nego dziecka. Ale Doro był doro­sły. Nie wci­skał się z powro­tem do łona matki i z niego nie wycho­dził. Nie pra­gnął ciał dzieci. Wolał kraść ciała męż­czy­znom.

– Jesteś duchem! – powtó­rzyła gło­sem drżą­cym z prze­ra­że­nia.

Zara­zem w myślach zasta­na­wiała się, czemu tak łatwo przyj­muje jego słowa na wiarę. Sama znała wiele sztu­czek, wiele zastra­sza­ją­cych kłamstw. Dla­czego reago­wała teraz jak każdy spro­wa­dzony przed nią nic nie­ro­zu­mie­jący obcy, który wie­rzy, że prze­ma­wia przez nią bóg. A mimo to wie­rzyła – i czuła lęk. Ten czło­wiek był dużo bar­dziej nie­zwy­kły niż ona. Ten czło­wiek nie był czło­wiekiem.

Kiedy nie­ocze­ki­wa­nie dotknął lekko jej ramie­nia, krzyk­nęła.

Skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

– Kobieto, jeśli takimi krzy­kami spro­wa­dzisz tu swo­ich ludzi, nie będę miał innego wyboru, jak tylko zabić któ­re­goś z nich.

Zamarła, wie­rząc rów­nież w to.

– Zabi­łeś kogoś w dro­dze tutaj? – zapy­tała szep­tem.

– Nie. Robi­łem, co mogłem, żeby uni­kać zabi­ja­nia, mając cie­bie na wzglę­dzie. Pomy­śla­łem, że możesz mieć tutaj rodzinę.

– Całe poko­le­nia. Synów i synów tych synów, a nawet ich synów.

– Nie chciał­bym zabić jed­nego z two­ich synów.

– Dla­czego? – Poczuła ulgę, ale i cie­ka­wość. – Są dla cie­bie ważni?

– A jak­byś mnie przy­jęła, gdy­bym przy­szedł tutaj ubrany w ciało jed­nego z two­ich synów?

Cof­nęła się, nawet nie wie­dząc, jak mogłaby to sobie wyobra­zić.

– Widzisz? Poza tym two­ich dzieci nie powinno się mar­no­wać. Mogą być dobrym… – powie­dział jakieś słowo w obcym języku.

Usły­szała je wyraź­nie, ale nic dla niej nie zna­czyło. Sło­wem, któ­rego użył, było „_seed_”².

– Co to jest „_seed_”? – zapy­tała.

– To ludzie zbyt cenni, by ich zabi­jać od nie­chce­nia – odparł. Po czym dodał ciszej: – Musisz poka­zać mi, kim jesteś.

– Jaką war­tość mają dla cie­bie moi syno­wie?

Długo spo­glą­dał na nią w mil­cze­niu, a potem odparł cicho jak wcze­śniej:

– Być może będę musiał do nich pójść, Any­anwu. Być może będą bar­dziej ule­gli niż ich matka.

Nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, by kto­kol­wiek gro­ził jej kie­dyś rów­nie łagod­nie – i rów­nie sku­tecz­nie. Jej syno­wie…

– Chodź – wyszep­tała. – Jeste­śmy za bar­dzo na widoku, bym ci cokol­wiek poka­zała.

***

Ze skry­wa­nym pod­eks­cy­to­wa­niem Doro ruszył za tą drobną, zasu­szoną kobietą do jej maleń­kiego obej­ścia. Ota­cza­jący je mur – z czer­wo­nej gliny, wysoki na sześć stóp – miał zapew­nić im pry­wat­ność, któ­rej Any­anwu potrze­bo­wała.

– Moi syno­wie na nic ci się nie zda­dzą – powie­działa mu, gdy szli. – To dobrzy ludzie, ale wie­dzę mają nikłą.

– Nie są jak ty? Żaden z nich?

– Żaden.

– A twoje córki?

– One też nie. Obser­wo­wa­łam je bacz­nie, aż ode­szły ze swo­imi mężami do ich miast. Są jak moja matka. Potra­fią wywie­rać wielki wpływ na mężów i na inne kobiety, ale nic poza tym nie umieją. Żyją i umie­rają.

– Umie­rają?

Otwo­rzyła drew­nianą furtę i popro­wa­dziła go za mur. Potem zamknęła furtę za nim.

– Umie­rają – przy­znała smutno. – Jak ich ojco­wie.

– Może gdyby twoi syno­wie brali za żony twoje córki…

– Ohyda! – krzyk­nęła wystra­szona. – Nie jeste­śmy tutaj zwie­rzę­tami, Doro!

Wzru­szył ramio­nami. Przez więk­szość życia musiał igno­ro­wać takie pro­te­sty i spra­wiać, że pro­te­stu­jący zmie­niali zda­nie. W star­ciu z nim ludzie rzadko trzy­mali się do końca swo­ich zasad. Na razie jed­nak nale­żało postę­po­wać łagod­nie. Ta kobieta była cenna. Gdyby miała choć w poło­wie tyle lat, ile mówiła, byłaby naj­star­szą osobą, jaką znał – a mimo to była cał­kiem żwawa. Pocho­dziła z ludu, któ­rego wyjąt­kowa dłu­go­wiecz­ność, odpor­ność na cho­roby i kieł­ku­jące wyjąt­kowe zdol­no­ści spra­wiały, że był dla niego bar­dzo cenny. Z ludu, który jak wiele innych padł ofiarą han­dla­rzy nie­wol­ni­ków lub wro­gich ple­mion. Takich ludzi jak ona było teraz bar­dzo nie­wielu. Tej oca­la­łej kobie­cie, tej mają­cej szczę­ście hybry­dzie o drob­nym ciele nic nie może się stać. Przede wszyst­kim należy ją chro­nić przed samym Dorem. Nie może jej zabić w gnie­wie ani przez przy­pa­dek – a nie­szczę­śliwe przy­padki w tym kraju zda­rzają się bar­dzo łatwo. Musi ją zabrać ze sobą do jed­nej z bez­piecz­niej­szych osad hodow­la­nych. Nie­wy­klu­czone, że dzięki tej swo­jej oso­bli­wo­ści na­dal może rodzić dzieci, a z męż­czy­znami o dużych mocach, któ­rych potrafi jej zapew­nić, może tym razem potom­stwo okaże się jej warte? Jeśli nie, zawsze ist­nieją jej żyjące dzieci.

– Patrzysz, Doro? – zapy­tała. – Prze­cież sam chcia­łeś zoba­czyć.

Sku­pił na niej uwagę, a ona zaczęła pocie­rać dło­nie – dło­nie o dłu­gich, zasu­szo­nych, kości­stych pal­cach niczym pta­sie szpony. Gdy patrzył, zaczęły się wygła­dzać, wypeł­niać i odmła­dzać. Jej ręce i ramiona rów­nież zaczęły nabie­rać ciała, a jej obwi­słe piersi pod­nio­sły się i zaokrą­gliły. Jej bio­dra także nabrały krą­gło­ści pod wią­zaną prze­pa­ską, przez co nabrał ochoty, by zerwać z niej to okry­cie. Na koniec dotknęła twa­rzy i wygła­dziła zmarszczki. Znik­nęła stara bli­zna pod okiem. Ciało stało się gład­kie i jędrne, a cała ona – ude­rza­jąco piękna.

Stała teraz przed nim, nie wyglą­da­jąc nawet na dwa­dzie­ścia lat. Odchrząk­nęła i zapy­tała go łagod­nym, kobie­cym gło­sem.

– Wystar­czy?

Przez dłuż­szą chwilę nie mógł ode­rwać od niej wzroku.

– To twoja praw­dziwa postać, Any­anwu?

– Tak, to ja. I taka pozo­stanę, jeśli nie będę się posta­rzać ani zmie­niać dla innych. Ta postać zawsze wraca do mnie z łatwo­ścią. Inne trud­niej mi przyj­mo­wać.

– Inne?!

– A sądzisz, że mogę przyj­mo­wać tylko jedną? – Jej zmienne ciało zaczęło przy­bie­rać inny kształt. – Zmie­nia­łam się w zwie­rzęta, by prze­ra­żać moje ple­mię, kiedy chciało mnie zabić – powie­działa. – Raz sta­łam się lam­par­tem i groź­nie na nich war­cza­łam. Wie­rzą w takie rze­czy, ale nie chcą, by ich wiarę pod­da­wać pró­bom. A raz sta­łam się świę­tym pyto­nem i nikt nie ośmie­lił się zro­bić mi krzywdy. Postać pytona przy­nio­sła mi szczę­ście. Potrze­bo­wa­li­śmy desz­czu, by ura­to­wać zbiory jamów, a kiedy byłam pyto­nem, desz­cze nade­szły. Lud stwier­dził, że moje czary są dobre, i wiele czasu minęło, zanim znowu chcieli mnie zabić. – Gdy to mówiła, zmie­niała się w niskiego, umię­śnio­nego męż­czy­znę.

Teraz Doro spró­bo­wał zdjąć z niej prze­pa­skę, powol­nym ruchem, żeby zro­zu­miała. Kiedy chwy­ciła go za dłoń, a potem, nie­mal bez wysiłku, pra­wie ją zła­mała, przez moment poczuł jej siłę. Gdy stłu­mił zasko­cze­nie i powstrzy­mał jęk bólu, sama roz­wią­zała węzeł prze­pa­ski i ją zdjęła. Przez kilka sekund więk­sze wra­że­nie niż jej ciało robił na nim ten silny chwyt jakby od nie­chce­nia, nie uszło jed­nak jego uwagi, że teraz stała się w pełni męż­czy­zną.

– Mogła­byś spło­dzić dziecko? – zapy­tał.

– Z cza­sem. Nie teraz.

– A spło­dzi­łaś już jakieś?

– Tak. Ale tylko dziew­czynki.

Ze śmie­chem pokrę­cił głową. Ta kobieta prze­ra­stała jego wyobraź­nię.

– Dzi­wię się, że twoi współ­ple­mieńcy daro­wują ci życie.

– Sądzisz, że dała­bym się zabić? – zapy­tała.

Znowu się roze­śmiał.

– Co więc zamie­rzasz zro­bić, Any­anwu? Zosta­niesz tutaj ze swoim ludem i będziesz prze­ko­ny­wać każde kolejne poko­le­nie, że naj­le­piej będzie, jeśli da ci spo­kój – czy pój­dziesz za mną?

Z powro­tem obwią­zała się prze­pa­ską, a potem wpa­try­wała się w niego, a jej duże, zbyt przej­rzy­ste oczy patrzyły zwod­ni­czo łagod­nym spoj­rze­niem na jego młodą, męską twarz.

– Tego wła­śnie chcesz? – zapy­tała. – Żebym z tobą poszła?

– Tak.

– Czyli wła­śnie dla­tego tutaj przy­sze­dłeś?

Pomy­ślał, że sły­szy w jej gło­sie lęk, a pul­so­wa­nie w jego dłoni prze­ko­nało go, że nie wolno jej nie­po­trzeb­nie prze­ra­żać. Miała zbyt wielką moc. Mogła go zmu­sić, by ją zabił. Prze­mó­wił szcze­rze.

– Dałem się tu przy­cią­gnąć, ponie­waż wzięto w nie­wolę ludzi, któ­rzy przy­się­gli mi lojal­ność – powie­dział. – Posze­dłem do ich wio­ski, żeby prze­sie­dlić ich w bez­piecz­niej­sze miej­sce, ale zasta­łem tam… tylko to, co zosta­wili han­dla­rze nie­wol­ni­ków. Odsze­dłem, nie zasta­na­wia­jąc się, dokąd niosą mnie nogi. Kiedy dotar­łem tutaj, byłem zasko­czony i po raz pierw­szy od wielu dni zado­wo­lony.

– Zdaje się, że cał­kiem czę­sto ktoś ci zabiera two­ich ludzi.

– Bo tak wła­śnie jest. Dla­tego teraz gro­ma­dzę ich w nowym miej­scu, by żyli tam wszy­scy bli­żej sie­bie. Łatwiej będzie mi ich tam chro­nić.

– Ja zawsze sama sie­bie chro­ni­łam.

– Ow­szem, widzę. Będziesz dla mnie bar­dzo cenna. Myślę, że innych potra­fisz ochra­niać rów­nie dobrze, jak sie­bie.

– Mam zosta­wić swoje ple­mię, by pomóc ci ochra­niać twoje?

– Powin­naś stąd odejść, by w końcu żyć z podob­nymi sobie.

– Z kimś, kto zabija ludzi i okrywa się ich skórą? Nie jeste­śmy do sie­bie podobni, Doro.

Doro wes­tchnął i spoj­rzał na jej chatę – nie­wielki, pro­sto­kątny budy­nek, któ­rego stromy, kryty strze­chą dach opa­dał kilka stóp nad zie­mię. Ściany ule­pione były z tej samej gliny, co mur wokół gospo­dar­stwa. Doro zasta­na­wiał się, czy ta czer­wona zie­mia jest z tej samej gliny, którą widział w sie­dzi­bach Indian w połu­dniowo–zachod­nich regio­nach Ame­ryki Pół­noc­nej. Przede wszyst­kim jed­nak był cie­kaw, czy Any­anwu ma w cha­cie posła­nia, poży­wie­nie i wodę. Był już zbyt zmę­czony i głodny, by się dalej spie­rać z tą kobietą.

– Daj mi jeść, Any­anwu – popro­sił. – Wtedy będę miał siłę nakło­nić cię, żebyś stąd ode­szła.

Wyda­wała się zasko­czona, a potem roze­śmiała się, ale jakby z nie­chę­cią. Przy­szło mu na myśl, że nie chciała, by zosta­wał u niej na posi­łek, w ogóle nie chciała, żeby został. Uwie­rzyła w to, co jej powie­dział, i bała się, że ją nakłoni, by opu­ściła tę zie­mię. Chciała – przy­naj­mniej w pew­nej mie­rze – żeby sobie poszedł. Z pew­no­ścią jed­nak była rów­no­cze­śnie zain­try­go­wana, zasta­na­wiała się, co by się stało, gdyby porzu­ciła swój dom, poszła za tym obcym. Umysł miała zbyt żywy, zbyt czujny, by nie badał, nie zgłę­biał, nie przy­spa­rzał jej od czasu do czasu kło­po­tów.

– Cho­ciaż odro­binę jama, Any­anwu – popro­sił z uśmie­chem. – Nic dzi­siaj nie jadłem. – Wie­dział, że go nakarmi.

Bez słowa ode­szła do innej, mniej­szej chaty i wró­ciła z dwoma dużymi jamami. Potem zapro­wa­dziła go do kuchni i pod­su­nęła mu skórę jele­nia, żeby na niej usiadł, ponie­waż nie miał ze sobą nic oprócz prze­pa­ski na lędź­wiach. Na­dal w swo­jej męskiej postaci uprzej­mie podzie­liła się z nim orze­chem koli i odro­biną wina pal­mo­wego. Następ­nie zaczęła przy­go­to­wy­wać posi­łek. Oprócz jamów miała warzywa, wędzoną rybę i olej pal­mowy. Roz­nie­ciła ogień z tlą­cych się węgiel­ków w kamien­nym trój­nogu, który two­rzył jej domowe pale­ni­sko, i wsta­wiła gli­niany gar­nek z wodą, by się zago­to­wała. Zaczęła obie­rać jamy. Zamie­rzała je pokro­jone goto­wać do mięk­ko­ści, aż będzie je można roz­tłuc, jak lubiło jej ple­mię. Może ugo­to­wa­łaby też zupę z warzyw, oleju i ryby, ale to zabra­łoby wię­cej czasu.

– Co zwy­kle robisz, kiedy jesteś głodny? – zapy­tała zajęta pracą. – Krad­niesz jedze­nie?

– Tak – potwier­dził. Kradł nie tylko jedze­nie. Jeśli nie było wokół osób, które znał, albo jeśli poszedł do zna­nych sobie ludzi, któ­rzy jed­nak nie przy­jęli go gościn­nie, po pro­stu brał jakieś nowe, silne, młode ciało. Żaden czło­wiek, żadna ludzka grupa nie potra­fi­łaby go przed tym powstrzy­mać. Nikt nie potra­fił go powstrzy­mać przed niczym.

– Zło­dziej – oce­niła Any­anwu z nie­sma­kiem, który wydał się mu nie cał­kiem praw­dziwy. – Krad­niesz, zabi­jasz. Co jesz­cze robisz?

– Buduję – odparł spo­koj­nie. – Szu­kam ziemi dla ludzi, któ­rzy są nieco inni albo wręcz bar­dzo odmienni. Wyszu­kuję ich, łączę w grupy, zaczy­nam two­rzyć z nich nowy silny lud.

Wpa­try­wała się w niego zasko­czona.

– Pozwa­lają ci na to? Pozwa­lają ci, żebyś ich zabie­rał z ich ple­mion, od rodzin?

– Nie­któ­rzy zabie­rają rodziny ze sobą. Wielu nie ma nikogo bli­skiego. Przez swoją odmien­ność żyją jak wygnańcy. Chęt­nie udają się ze mną.

– Zawsze?

– Dość czę­sto – odparł.

– A co, jeśli ludzie nie chcą z tobą iść? Co się dzieje, jeśli mówią: „Jakoś zbyt wielu two­ich ludzi umiera, Doro. My sobie zosta­niemy i będziemy dalej żyć tu, gdzie żyli­śmy”?

Wstał i pod­szedł do drzwi pro­wa­dzą­cych do dru­giego pomiesz­cze­nia, gdzie z gli­nia­nych ścian wysta­wały dwa twarde, ale zapra­sza­jące pode­sty z posła­niem. Musiał się prze­spać. Ciało, które nosił, mimo że młode i silne, było tylko zwy­kłym cia­łem. Jeśli będzie z nim postę­po­wał ostroż­nie – zadba o odpo­czy­nek i jedze­nie, nie dopu­ści, by coś je zra­niło – posłuży mu jesz­cze kilka kolej­nych tygo­dni. Jeśli jed­nak będzie je for­so­wał, tak jak w dro­dze do Any­anwu, zużyje je dużo wcze­śniej. Wycią­gnął przed sie­bie dło­nie, wnę­trzem do dołu, i nie był zdzi­wiony, że drżą.

– Any­anwu, muszę się prze­spać. Obudź mnie, kiedy posi­łek będzie gotowy.

– Zacze­kaj!

Jej ostry ton zatrzy­mał go, kazał mu spoj­rzeć przez ramię.

– Odpo­wiedz – zażą­dała. – Co się dzieje, kiedy ludzie nie idą za tobą?

To wszystko? Zigno­ro­wał ją, wszedł na jeden z pode­stów, poło­żył się na macie, która go przy­kry­wała, i zamknął oczy. Zanim zasnął, wyda­wało mu się, że sły­szy, jak ona wcho­dzi do tego pomiesz­cze­nia, a potem z niego wycho­dzi, ale nie zwra­cał na to uwagi. Już dawno odkrył, że ludzie dużo chęt­niej współ­pra­cują, jeśli im pozwala, by sami znaj­do­wali odpo­wiedź na pyta­nia takie jak jej. W isto­cie tylko głupcy musieli usły­szeć od niego odpo­wiedź, a ta kobieta głu­pia nie była.

Kiedy go obu­dziła, chatę wypeł­niał zapach strawy, a on pode­rwał się czujny i wygłod­niały. Usiadł z nią, w zamy­śle­niu umył dło­nie w misce z wodą, którą mu podała, a potem czub­kami pal­ców nabrał kawałki tłu­czo­nego jama ze swo­jego tale­rza i zanu­rzył je we wspól­nym garnku z ostrą zupą. Jedze­nie było dobre i sycące i przez jakiś czas sku­piał się na nim, igno­ru­jąc Any­anwu, zauwa­żył tylko, że rów­nież jadła i nie wyda­wała się chętna do roz­mowy. Przy­po­mniał sobie mgli­ście, że kiedy ostat­nim razem prze­by­wał pośród jej ple­mie­nia, mię­dzy myciem rąk a jedze­niem nastę­po­wał jakiś mały reli­gijny cere­mo­niał. Skła­dana bogom ofiara z poży­wie­nia i wina. Zapy­tał o ten rytuał, kiedy już zaspo­koił pierw­szy głód.

Spoj­rzała na niego.

– Jakim bogom oka­zu­jesz sza­cu­nek?

– Żad­nym.

– Czemu?

– Sam sobie radzę – wyja­śnił.

Poki­wała głową.

– Widzę. Przy­naj­mniej w dwóch spra­wach. Ja też sama sobie radzę.

Uśmiech­nął się nie­znacz­nie, ale cały czas zasta­na­wiał się, jakim wyzwa­niem musi być choćby czę­ściowe oswo­je­nie kobiety z dzi­kiego nasie­nia, która sama sobie radzi od trzy­stu lat. Nie byłoby trudno skło­nić ją, by z nim poszła. Miała synów, o któ­rych dobro drżała, a to czy­niło ją wraż­liwą na ciosy. Bez wąt­pie­nia mogła jed­nak spra­wić, że poża­ło­wałby decy­zji, by zabrać ją ze sobą – szcze­gól­nie że była zbyt cenna, by ją zabi­jać, skoro tylko mógł ją oszczę­dzić.

– W oczach mojego ludu – powie­działa – ota­czam bogów sza­cun­kiem. Prze­ma­wiam jako głos bóstwa. Ale tak naprawdę… Przez dłu­gie lata nauczy­łam się, że ludzie sami muszą być dla sie­bie bogami i wyku­wać wła­sny szczę­śliwy los. Zło tak czy owak przyj­dzie albo nie przyj­dzie.

– Zupeł­nie nie tutaj jest twoje miej­sce.

Wes­tchnęła.

– Zawsze to w końcu sły­szę. A ja jestem tu zado­wo­lona, Doro. Mia­łam już dzie­się­ciu mężów, któ­rzy mówili mi, co robić. Po co mia­ła­bym brać jede­na­stego? Bo zabi­jesz mnie, jeśli odmó­wię? Czy wła­śnie tak męż­czyźni biorą żony w two­ich stro­nach – grożą im śmier­cią? A może wcale nie potra­fił­byś mnie zabić? Może to sprawdźmy?

Zigno­ro­wał jej wybuch, zauwa­żył za to, że Any­anwu zakłada, że on chce ją dla sie­bie jako żonę. Było to natu­ralne zało­że­nie, być może nawet poprawne. Wcze­śniej zada­wał sobie pyta­nie, z któ­rym z jego ple­mie­nia powinna spół­ko­wać w pierw­szej kolej­no­ści, ale teraz wie­dział, że sam ją weź­mie – przy­naj­mniej na jakiś czas. Czę­sto przez kilka mie­sięcy, może przez rok, trzy­mał dla sie­bie ludzi o naj­sil­niej­szych mocach. Jeśli byli dziećmi, uczyli się widzieć w nim ojca. Jeśli byli męż­czy­znami, uczyli się być mu posłuszni jako panu. A jeśli były to kobiety, naj­le­piej przyj­mo­wały go jako kochanka lub męża. Any­anwu była jedną z naja­trak­cyj­niej­szych kobiet, jakie znał. Zamie­rzał zabrać ją na posła­nie jesz­cze tej nocy i zabie­rać przez wiele przy­szłych, aż dotrze z nią do wio­ski hodow­la­nej, którą two­rzył w kolo­nii Nowy Jork pod pano­wa­niem bry­tyj­skim. Czy to jed­nak mia­łoby wystar­czyć? Ta kobieta była rzad­kim egzem­pla­rzem. Ode­zwał się cicho:

– Czyli mam cię spró­bo­wać zabić, Any­anwu? Czemu? A ty zabi­ła­byś mnie, gdy­byś mogła?

– Może mogę!

– Pro­szę bar­dzo. – Patrzył na nią, nie zwra­ca­jąc uwagi na przy­braną przez nią męską postać. Jego spoj­rze­nie prze­ma­wiało do kobiety we wnę­trzu – taką przy­naj­mniej miał nadzieję. Byłoby znacz­nie przy­jem­niej, gdyby przy­szła do niego z wła­snej woli niż powo­do­wana lękiem.

Nic na to nie odparła – jakby jego łagod­ność zbi­jała ją z tropu. To wła­śnie miał na celu.

– Byłoby nam dobrze ze sobą, Any­anwu. Nie chcia­łaś ni­gdy męża, który byłby cie­bie wart?

– Masz o sobie wyso­kie mnie­ma­nie.

– O tobie rów­nież – ina­czej by mnie tu nie było.

– Mia­łam już mężów, któ­rzy byli wiel­kimi ludźmi – zazna­czyła. – Któ­rzy zdo­byli wiele zaszczyt­nych tytu­łów, dowie­dli wła­snego męstwa, choć nie mieli żad­nej wyjąt­ko­wej zdol­no­ści jak ty. Mam synów, któ­rzy są kapła­nami, z mająt­kiem, pozy­cją. Po co mi mąż, który musi polo­wać na innych jak dzi­kie zwie­rzę?

Dotknął piersi.

– Ten czło­wiek przy­szedł zapo­lo­wać na mnie. Zaata­ko­wał mnie maczetą.

To ją na chwilę wstrzy­mało. Zadrżała.

– Mnie też prze­cięto w ten spo­sób… nie­mal na pół.

– I co zro­bi­łaś?

– Ule­czy­łam się. Nie sądzi­łam, że zabliź­nię ranę tak szybko.

– Mia­łem na myśli, co zro­bi­łaś z czło­wie­kiem, który cię pociął.

– Z ludźmi. Sied­miu ich przy­szło mnie zabić.

– Co zro­bi­łaś, Any­anwu?

Wyda­wało się, że kuli się w sobie na to wspo­mnie­nie.

– Zabi­łam ich – wyszep­tała. – Aby dać ostrze­że­nie innym i dla­tego, że… kipia­łam gnie­wem.

Doro sie­dział i uważ­nie jej się przy­glą­dał, widział ból, jaki poja­wił się w jej oczach na ten przy­wo­łany obraz. Nie mógł sobie przy­po­mnieć, kiedy ostatni raz czuł ból, zabi­ja­jąc czło­wieka. Gniew – być może, kiedy czło­wiek pełen mocy i poten­cjału staje się zbyt butny i wtedy należy go znisz­czyć – w takich wypad­kach czuł gniew na to mar­no­traw­stwo. Ale nie ból.

– Widzisz? – zapy­tał cicho. – Jak ich zabi­łaś?

– Wła­snymi rękami. – Roz­ło­żyła je przed sobą, zwy­kłe dło­nie, teraz nawet nie były tak okrop­nie brzyd­kie, jak te wcze­śniej, u sta­rej kobiety. – Kipia­łam gnie­wem – powtó­rzyła. – Od tam­tej pory uwa­żam, żeby się za bar­dzo nie roz­gnie­wać.

– Ale co zro­bi­łaś?

– A po co ci te wszyst­kie haniebne szcze­góły? – zapy­tała ostro. – Zabi­łam ich. Nie żyją. Byli z mojego ple­mie­nia i ich zabi­łam!

– A czemu to haniebne, skoro zabi­łaś kogoś, kto chciał zabić cie­bie?

Mil­czała.

– Bez wąt­pie­nia nie tylko tych sied­miu zabi­łaś.

Wes­tchnęła, wpa­tru­jąc się w ogień.

– Kiedy mogę, po pro­stu ich odstra­szam, a zabi­jam tylko, gdy mnie do tego zmu­szają. Naj­czę­ściej już przy­cho­dzą wystra­szeni i łatwo ich prze­pę­dzić. Dbam, żeby tutejsi ludzie za moją sprawą się boga­cili i żeby nikt stąd jesz­cze przez wiele lat nie chciał mnie zabić.

– Powiedz, jak zabi­łaś tam­tych sied­miu.

Wstała i wyszła z chaty. Za pro­giem pano­wał już mrok – głę­boki, bez księ­życa, ale Doro nie wąt­pił, że Any­anwu wszystko widzi tymi swo­imi oczami. Dokąd jed­nak poszła i po co?

Wró­ciła, usia­dła z powro­tem i wrę­czyła mu kamień.

– Skrusz go – powie­działa głu­chym gło­sem.

Był to kamień, nie stward­niałe błoto, i cho­ciaż pew­nie roz­biłby go innym kamie­niem albo meta­lo­wym narzę­dziem, gołymi dłońmi nie potra­fił go jed­nak nawet zary­so­wać. Zwró­cił go jej nie­na­ru­szony.

A ona skru­szyła go jedną dło­nią.

Musiał mieć tę kobietę. Była dzi­kim nasie­niem naj­lep­szego gatunku. Wzmoc­ni­łaby każdą linię hodow­laną, w którą by ją włą­czył, i to ogrom­nie.

– Chodź ze mną, Any­anwu. Twoje miej­sce jest przy mnie, z ludźmi, któ­rych zbie­ram. Jeste­śmy ple­mie­niem, do któ­rego możesz nale­żeć – ludem, któ­rego nie musisz stra­szyć ani prze­ku­py­wać, by pozwo­lił ci żyć.

– Uro­dzi­łam się pośród tego ple­mie­nia – powie­działa. – Moje miej­sce jest z nim. – I powtó­rzyła z naci­skiem: – Ty i ja nie jeste­śmy do sie­bie podobni.

– Jeste­śmy bar­dziej podobni do sie­bie niż do innych. Nie musimy się przed sobą ukry­wać. – Spoj­rzał na jej musku­larne ciało mło­dego męż­czy­zny. – Stań się z powro­tem kobietą, Any­anwu, a pokażę ci, że powin­ni­śmy być razem.

Uśmiech­nęła się nie­chęt­nie.

– Dzie­się­ciu mężom uro­dzi­łam czter­dzie­ścioro sied­mioro dzieci – powie­działa. – Sądzisz, że co takiego możesz mi poka­zać?

– Jeśli ze mną pój­dziesz, myślę, że kie­dyś pokażę ci dzieci, któ­rych ni­gdy nie będziesz musiała grze­bać. – Urwał, widział, że teraz słu­cha go z pełną uwagą. – Matka nie powinna patrzeć, jak jej dzieci sta­rzeją się i umie­rają – pod­jął po chwili. – Jeśli ty żyjesz, one też powinny. To wina ich ojców, że umie­rają. Pozwól, że dam ci dzieci, które będą żyć!

Zakryła twarz dłońmi i przez chwilę myślał, że pła­cze. Ale kiedy pod­nio­sła na niego wzrok, jej oczy były suche.

– Dzieci z two­ich skra­dzio­nych lędźwi? – zapy­tała szep­tem.

– Nie z tych lędźwi. – Wska­zał swoje ciało. – Ten męż­czy­zna był tylko czło­wie­kiem. Ale przy­rze­kam ci, że jeśli ze mną pój­dziesz, dam ci dzieci takie jak ty.

Nastą­piło dłu­gie mil­cze­nie. Usia­dła i z powro­tem wpa­try­wała się w ogień, być może podej­mu­jąc decy­zję. W końcu spoj­rzała na niego, przy­glą­dała mu się badaw­czo, wbi­jała w niego wzrok tak inten­syw­nie, że aż poczuł się nie­swojo. Wła­sne skrę­po­wa­nie go zdu­miało. Był raczej przy­zwy­cza­jony, że to inni czują się nie­swojo w jego obec­no­ści. I nie podo­bało mu się jej oce­nia­jące spoj­rze­nie – jakby się zasta­na­wiała, czy go kupić, czy nie. Jeśli już zdo­bę­dzie ją żywą, kie­dyś nauczy ją odpo­wied­niego zacho­wa­nia!

Dopiero, kiedy zaczęły rosnąć jej piersi, wie­dział już na pewno, że wygrał. Pod­niósł się, a kiedy w pełni przy­brała postać kobiety, zapro­wa­dził ją na posła­nie.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W dal­szej czę­ści opo­wie­ści Any­anwu wyja­śnia, jak wygląda afry­kań­skie mia­sto z tam­tych cza­sów – według euro­pej­skich stan­dar­dów sta­nowi bar­dziej aglo­me­ra­cję dość roz­pro­szo­nych osad niż zwarty miej­ski orga­nizm. Ona sama nazywa te osady wio­skami (_vil­la­ges_), z czego należy wno­sić, że poję­cia „wio­ska” i „mia­sto” w jej świe­cie nie sta­no­wią prze­ci­wieństw (przyp. tłum.).

2. Ang. – nasie­nie, ziarno (przyp. tłum.).

3. (Ang.) – „Staję się nie­uważny” (przyp. tłum.).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij