-
nowość
Dzisiaj, czy pojutrze? - ebook
Dzisiaj, czy pojutrze? - ebook
„Jedna butelka to za dużo, a tysiąc nigdy dość" Przez lata mówiłem sobie, że mam kontrolę. Że to tylko stres. Że przestanę jutro. Ale „jutro" nigdy nie nadchodziło. Ta książka to szczera opowieść o drodze z pozornego sukcesu na dno – i z powrotem. O tym, jak alkohol powoli odbiera człowieka światu. O lęku przed terapią, który był silniejszy niż lęk przed alkoholem. O decyzji, która zmieniła wszystko. Nie znajdziesz tu patosu ani pouczeń. Nie ma tu historii „od zera do bohatera". Jest prawda – brutalna, niewygodna, ale autentyczna. Prawda o człowieku, który przez dwa lata żył w ciągu, złamał nogę będąc pijanym i bał się wezwać karetkę, bo wstydem było pokazać komuś, jak naprawdę wygląda jego mieszkanie. To książka dla każdego, kto stoi przed decyzją: dzisiaj czy pojutrze. Dla każdego, kto myśli, że jeszcze nie teraz. Dla każdego, kto boi się prosić o pomoc. Jeśli ta książka pomoże choć jednej osobie wybrać „dzisiaj" – to się opłaciło.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 64 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Jedna butelka to za dużo, a tysiąc nigdy dość”
To powiedzenie często pojawia się na zajęciach terapeutycznych. Powtarzamy je na grupie, czasem pół żartem, czasem bardzo serio. Dla mnie stało się ono jednym z najprostszych i jednocześnie najprawdziwszych podsumowań tego, czego nauczyłem się na terapii — i czego wciąż się uczę. W jednym zdaniu mieści się sens całego procesu.
Nie chodzi w nim o zakazy. Nie chodzi o karę. Nie chodzi nawet o alkohol jako taki. Chodzi o przyznanie się do bezsilności wobec alkoholu i zrozumienie jednej, kluczowej rzeczy. Możemy w życiu bardzo wiele. Możemy pracować, kochać, podróżować, rozwijać się, spełniać marzenia. Choroba alkoholowa nie wyklucza nas z życia. Nie odbiera nam prawa do ambicji, relacji ani godności. Ale do jednego nie ma już powrotu. Nie ma powrotu do kontrolowanego picia. Dla mnie — i dla wielu osób, które spotkałem na swojej drodze — nie istnieje coś takiego jak „jedna”. Jedna zawsze uruchamia ciąg. Jedna zawsze otwiera drzwi, które bardzo trudno potem zamknąć. Dlatego jedna butelka to za dużo. A tysiąc… nigdy dość.
Ta książka nie jest instrukcją trzeźwienia. Nie jest poradnikiem. Nie jest też historią sukcesu. Jest zapisem drogi człowieka, który przez długi czas wierzył, że jeszcze da się negocjować. Aż w końcu zrozumiał, że jedyną prawdziwą decyzją jest przestać negocjować.ROZDZIAŁ I
Bałem się terapii bardziej niż alkoholu
W piątki wszystko miało swój porządek.
Nie taki, który ktoś mi narzucił. Taki, który sam sobie zbudowałem.
Wracałem z pracy szybkim krokiem. Samochód, klatka schodowa, klucz w zamek. Zawsze to samo napięcie w ciele — jakby ktoś mógł mnie jeszcze zatrzymać między parkingiem a drzwiami. Rolety w dół. Zamek przekręcony dwa razy. Cisza. Bezpiecznie.
Sofa po lewej stronie.
Szklaneczka już tam była. Czasem od wczoraj, czasem sprzed kilku dni. Nawet nie pamiętałem, kiedy ją tam odstawiłem. To nie miało znaczenia. Miało znaczenie tylko to, żeby nie trzeba było jej szukać.
Dwie butelki pod pachą.
Zawsze dwie. Żeby nie wstawać po drugą.
Piątek. Piąteczek.
Dzień, na który czekałem cały tydzień. Nie dlatego, że był wolny. Dlatego, że był usprawiedliwieniem. W piątki wolno więcej. W piątki nie trzeba się pilnować. W piątki świat nie ma prawa niczego ode mnie chcieć.
Pierwszy łyk był jak wydech.
Napięcie puszczało. Myśli się rozmywały. Telefon w ręku, telewizor w tle, bezmyślne przewijanie filmików. Osiemnasta. Dziewiętnasta. Dwie butelki puste. Krótka drzemka, urwana, ciężka. Trzecia czekała.
Budziłem się pijany, ale spokojny.
Spokój był najważniejszy. Nie radość. Nie przyjemność. Spokój.
W sobotę rano zimne piwo smakowało jak nagroda. Jak dowód, że wszystko jest pod kontrolą. Potem resztka wiśniówki. A potem decyzja: Żabka czy Glovo. Najczęściej Glovo. Nie miałem siły schodzić. Nie chciałem patrzeć ludziom w oczy, nie chciałem wymieniać uprzejmości, które brzmiały jak kpina. Chciałem tylko wrócić na sofę. Z powrotem do miejsca, w którym nic ode mnie nie wymagano.
Tak wyglądał jeden wieczór.
A właściwie kilkadziesiąt takich samych.
Z czasem alkohol przestał być dodatkiem do życia. Stał się jego osią. Wszystko zaczęło się wokół niego organizować: godziny, trasy, zakupy, wymówki. Planowałem, w którym sklepie kupię, żeby nie było dzień po dniu. O której wypiję, żeby rano jeszcze dać radę wstać. Ile muszę „wyparować”, żeby nikt niczego nie zauważył.
Świat miał mi nie przeszkadzać w piciu.
I jednocześnie widziałem.
Naprawdę widziałem.
Widziałem butelki chowane w garażu. Widziałem wodę dolewaną do wódki, żeby nie było widać. Widziałem wstyd, kiedy ktoś je znajdował — w szafie, między ubraniami, tam, gdzie nawet ja nie powinienem ich chować. Widziałem agresję, która we mnie rosła, gdy ktoś miał odwagę zapytać albo zwrócić uwagę.
Wtedy trzaskałem drzwiami.
Brałem laptop, karty i znikałem. Potrafiłem zarezerwować hotel pięćset metrów od domu. Zaparkować samochód tak, żeby nikt go nie widział. Przepić trzy dni w aucie albo w pokoju hotelowym. Dla świata byłem na delegacji. Dobrze ubrany, elokwentny, „ogarnięty”.
Iluzja była dopracowana.
I bardzo wygodna.
Planowanie picia towarzyszyło mi nawet wtedy, gdy chciałem być dobrym ojcem. Zabierałem córkę na wyjazdy. Do Hiszpanii. Na Bałkany. Miejsca, na które się czeka, które się wspomina. A moje myśli? Czy obok hotelu jest sklep. Czy sprzedają mocny alkohol. Czy są małpki. O której muszę wstać. Ile mogę wypić, żeby jeszcze prowadzić.
Co zapamiętałem z siedmiu dni objazdu przez Albanię, Chorwację, Macedonię, Serbię i Bośnię?
Że najtańsza wódka była w Albanii.
To był moment, w którym coś do mnie docierało.
Na chwilę.
I zaraz potem znowu znikało.
Myśl o terapii wracała coraz częściej.
I za każdym razem ją odpychałem.
Bałem się. Najpierw zwyczajnie, po ludzku. Dwa miesiące bez pracy. Bez pieniędzy. Bez mieszkania. Bałem się, że świat na mnie nie poczeka. Że wrócę i nie będzie już do czego wracać. Alkohol tylko ten lęk wzmacniał. Paraliżował mnie decyzyjnie. „Jeszcze nie teraz”. „Po wakacjach”. „Jak się trochę ogarnę”.
Bałem się też tego, kogo tam spotkam. Terapia zamknięta w mojej głowie była miejscem dla „prawdziwych alkoholików”. Dla ludzi, którzy się stoczyli. Dla takich, jak mój ojczym. Człowiek, którego nie szanowałem. Który wniósł do naszego domu jeszcze więcej alkoholu. A jednocześnie człowiek, który poszedł na terapię i od lat jest trzeźwy.
Wiedziałem to.
I właśnie to było najstraszniejsze.
Bo terapia oznaczała przyznanie, że jestem taki jak on. Że ktoś mógłby spojrzeć na mnie w ten sam sposób.
A życie bez alkoholu?
Nie potrafiłem go sobie wyobrazić. Płakałem w samochodzie. Płakałem na sofie. Krzyczałem, że już nie chcę tak żyć. I zaraz potem piłem dalej. Przestawałem tylko do momentu, aż fizycznie robiło się lepiej. Potem wracałem. Zawsze.
Przerwał to wypadek.
Upadek w środku nocy, po pijaku.Szedłem z łazienki do przedpokoju. Noga ugięła się pod ciężarem ciała jak zapałka. Ból był ostry, paraliżujący, ale jeszcze wtedy nie to było najgorsze. Najgorsze przyszło chwilę później.
Doczołgałem się do sofy.
Wgramoliłem się na nią jakimś cudem. „Do rana przejdzie” — pomyślałem. Muszę być w pracy. W ostatnie poniedziałki i tak już ledwo dawałem radę, ale jeszcze się łudziłem, że to się jakoś da posklejać.
Rano noga była spuchnięta jak balon.
Nie mogłem na niej stanąć. Nie mogłem jej dotknąć. I wtedy pojawiła się pierwsza myśl o karetce — i natychmiast druga, silniejsza: nie wpuszczę tu nikogo.
Mieszkanie było w stanie, którego nie potrafiłem znieść nawet w myślach.
Po całym weekendowym ciągu na podłodze w salonie stało około pięćdziesięciu pustych butelek. Pakowałem je zwykle do stulitrowych worków i znosiłem je wieczorem, po ciemku, żeby nikt nie słyszał brzęku szkła. Tym razem jeszcze tam stały. Kuchnia niesprzątana od dwóch tygodni. Zlewozmywak pełen naczyń. Toaleta w stanie, którego się wstydziłem nawet przed samym sobą.
Myślałem tylko o jednym:
jeśli ktoś tu wejdzie, zobaczy, jak żyję.
Leżałem więc i czekałem.
Może ból nogi „sam przejdzie”. Może trochę puści. Może jakoś dotrwam do momentu, w którym będę mógł zamówić taksówkę i pojechać sam, żeby nikt nie musiał tego oglądać.
To był moment, w którym dotarło do mnie, że dotknąłem dna.
Nie tego filmowego. Tego cichego, brudnego, pełnego wstydu.
Leżąc tam, z tą spuchniętą nogą, po raz pierwszy od bardzo dawna byłem naprawdę trzeźwy.
Nie dlatego, że chciałem. Dlatego, że nie mogłem zejść po alkohol.
I właśnie wtedy zobaczyłem wszystko wyraźnie.
To mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak ja.
Zapuszczone. Zaniedbane. Otyłe od nadmiaru wszystkiego, co niepotrzebne. Bez ruchu, bez świeżego powietrza, bez porządku. Kilkaset kroków dziennie — z łóżka na sofę, z sofy do lodówki, z lodówki do toalety. I z powrotem.
Zrozumiałem wtedy, że nie tylko mieszkanie doprowadziłem do ruiny.
Doprowadziłem do niej siebie. Fizycznie i psychicznie.
Tamtej nocy złamałem nogę po raz pierwszy.
Potem, próbując doczołgać się do toalety, złamałem ją po raz drugi.
A następnego dnia, kiedy próbowałem się podnieść, upadłem po raz trzeci.
Dwa dni czekania sprawiły, że opuchlizna była tak potężna, że lekarz bał się operować. Przez moment wisiało w powietrzu słowo, którego bałem się najbardziej — amputacja. Ostatecznie, w ciągu dwóch godzin, wykonano zabieg stabilizacyjny. Ale strach, że mogę stracić stopę, siedział we mnie długo.
I wtedy dotarło do mnie już bez żadnych wątpliwości:
to wszystko zrobił mi alkohol.
Nie metaforycznie.
Nie „pośrednio”.
Bardzo konkretnie.
W szpitalu, na oddziale ortopedii, przestałem pić z dnia na dzień.
Przez chwilę było lepiej. Fizycznie. Psychicznie. Wmawiałem sobie, że teraz już dam radę sam. Przecież to „tylko” złamana noga. Przecież to „tylko” alkohol.
Wytrzymałem dwa miesiące.
Zapiłem pierwszy raz.
Potem wytrzymałem znowu.
Zapiłem drugi raz.
Myśl o terapii krążyła mi po głowie bez przerwy. Odkładałem ją. Znowu chciałem się zaszyć. Przecież już raz to zrobiłem. Zapiłem wszywkę po sześciu miesiącach — i wiedziałem, że to nie działa. Problem nie był w tabletce. Problem był we mnie.
A mimo to wciąż mówiłem sobie:
„To jeszcze nie dla mnie.”
„Nie mam aż tak wielkich problemów.”
Prawda była taka, że wiedziałem już wtedy jedno: jedynym wyjściem jest terapia. Tylko że bałem się jej bardziej niż alkoholu. Bałem się przyznać, że sam sobie nie poradzę.
Dlatego odkładałem ją tak długo.
Aż nie zostało już nic do odkładania.ROZDZIAŁ II
Zanim to stało się problemem
Alkohol był u mnie zawsze.
Nie pojawił się nagle. Nie wszedł do mojego życia z hukiem ani buntem. Był tłem. Stałym elementem codzienności, którego się nie kwestionuje.
Moje dzieciństwo to lata osiemdziesiąte. Duże mieszkanie, w którym mieszkaliśmy razem: ja, mój starszy brat, mama, babcia i wujek. Alkohol był obecny niemal nieustannie. Piła babcia. Pił wujek. Piła moja mama. W domu często odbywały się imprezy. Nie takie, gdzie wypija się lampkę wina i idzie spać. Lała się wódka. Spotkania trwały po dwa, trzy dni. Bywały momenty, kiedy babcia krzyczała przez okno i wzywała milicję. Te obrazy zostały mi w głowie na zawsze.
Nie miałem na to żadnego wpływu.
Po prostu w tym żyłem.
W latach dziewięćdziesiątych, kiedy miałem dziesięć–dwanaście lat, przestałem być tylko obserwatorem. Jako małe dziecko łatwiej było zasnąć mimo hałasów. Jako starszy chłopak już się nie dało. Leżałem, słuchałem, patrzyłem. Wstawałem w nocy, kiedy wszyscy spali pijani. Dojadałem słodycze. Aż w końcu przyszła ciekawość.
Co jest w tym alkoholu, że dorośli tak bardzo go potrzebują?