Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Dziwna pogoda w Tokio - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,99 zł
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Dziwna pogoda w Tokio - ebook

Czasem najbardziej niezwyłe rzeczy dzieją się na zwykłych ulicach

W Tokio, gdzie neonowe światła kontrastują z ciszą bocznych uliczek, rodzi się nieoczywista relacja między introwertyczną Tsukiko a jej dawnym nauczycielem, którego nazywa Senseiem.

Ich przypadkowe spotkanie w barze sake daje początek głęboko ludzkiej opowieści o samotności w tłumie, drugich szansach i o tym, że czasem najważniejsze chwile przydarzają nam się wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.

Hiromi Kawakami umiejętnie prowadzi nas przez nocne bary, zatłoczone perony i ciche mieszkania, w których codzienność nabiera niezwykłej delikatności. To opowieść o próbie

przełamywania nieśmiałości, samotności i własnych przyzwyczajeń – subtelna, kameralna i pełna niedopowiedzeń, uczy prawdziwie celebrować chwile. Zachwyca nie tylko klimatem współczesnego Tokio, ale też niezwykłą uważnością na to, co

między ludźmi najważniejsze.

Dla fanów Perfect Days i Ukochanego równania profesora

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-240-4
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KSIĘŻYC I BATERIE

Właściwie nazywa się _sensei_ Matsumoto Harutsuna, ale ja będę mówić o nim po prostu Sensei. Nie _sensei_ pisane małą literą, ale właśnie tak: Sensei.

W szkole średniej uczył mnie języka i literatury narodowej. Nie był naszym wychowawcą, a i ja nie byłam tak bardzo zainteresowana tym przedmiotem, nie mogę więc powiedzieć, żebym go szczególnie dobrze zapamięta­ła. Odkąd skończyłam liceum, przez dłuższy czas nie spotkałam go ani razu.

Kilka lat temu przypadkiem usiedliśmy obok siebie w knajpce koło stacji i od tego czasu co rusz się spotykamy. Sensei siedział wyprostowany jak struna na wysokim stołku przy barze.

– Tuńczyk z _nattō_. Korzeń lotosu smażony na ostro. Solone cebulki – powiedziałam, siadając, i prawie jednocześnie starszy pan obok również złożył zamówienie:

– Solone cebulki. Smażony korzeń lotosu, na ostro. Tuńczyk z _nattō_.

Spojrzałam zaciekawiona, kto ma tak podobny gust do mojego, a wtedy on też spojrzał na mnie. Podczas gdy ja się zastanawiałam, gdzie widziałam tę twarz, starszy pan przemówił:

– Pani Ōmachi Tsukiko, prawda?

Skinęłam głową, zaskoczona.

– Co jakiś czas widuję panią tu, w tym barze – kontynuował.

– Aha – powiedziałam niepewnie i spojrzałam na Senseia.

Starannie, gładko zaczesane włosy, biała koszula równo zaprasowana, popielata kamizelka. Na ladzie przed nim stoi ceramiczna ćwierćlitrowa¹ karafka, talerzyk z pozostawionym kawałkiem cienko pokrojonego wielorybiego tłuszczu i miseczka z resztką wodorostów mozuku. Stwierdziłam z aprobatą, że co do zakąsek starszy pan ma gust taki jak ja, i wtedy niewyraźnie przypomniała mi się jego sylwetka na podwyższeniu, za stołem, w klasie licealnej.

Sensei zawsze, kiedy pisał na tablicy, trzymał w drugiej ręce gąbkę do ścierania. Pisze kredą „Wiosną cudne są zorze”² albo coś podobnego i zaraz to wszystko ściera, choć jeszcze pięć minut nie minęło. Nawet kiedy prowadził wykład, zwrócony twarzą do uczniów, nie wypuszczał z rąk tej gąbki. Zdawało się, że pasek umocowany wokół niej był przyrośnięty do żylastej lewej ręki Senseia.

– Trochę to dziwne, że kobieta przychodzi sama do takiego baru – powiedział Sensei, podnosząc pałeczkami ostatni kawałek wielorybiego tłuszczu, który przed chwilą umoczył delikatnie w sosie z miso i octu.

– Hmmm – odpowiedziałam i nalałam sobie piwa do szklanki.

Już sobie przypomniałam, że to mój nauczyciel z liceum, ale ciągle nie pamiętałam jego nazwiska. Wypiłam całe piwo. To, że Sensei pamiętał nazwisko jednej ze swoich dawnych uczennic, zarówno budziło we mnie podziw, jak i wprawiało w pewne zakłopotanie.

– Wtedy nosiłaś chyba dwa warkoczyki?

– Aha.

– Czułem, że cię znam, kiedy tak cię widywałem w tym barze.

– Aha…

– Powinnaś mieć chyba trzydzieści osiem lat?

– Skończę trzydzieści siedem w tym roku.

– Przepraszam, przepraszam.

– Nie szkodzi.

– Poszukałem cię na listach obecności i w waszym albumie, żeby sprawdzić.

– Aha.

– Na twarzy w ogóle się nie zmieniłaś.

– To pan raczej się nic nie zmienił, Sensei. – Dodałam to słówko „Sensei”, zawstydzona tym, że nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. I od tego momentu stał się dla mnie właśnie Senseiem.

Tego wieczoru wypiliśmy we dwoje prawie litr sake. Za wszystko zapłacił Sensei. Kiedy następnym razem się spotkaliśmy i piliśmy w tym samym barze, to ja uregulo­wałam rachunek. A już od trzeciego razu nasze zamówienia były zapisywane osobno i każde płaciło za siebie. I odtąd tak robimy zawsze. Te spotkania trwają chyba dzięki temu, że mamy tak podobne temperamenty, Sensei i ja. Zgadzamy się nie tylko co do zakąsek. Myślę, że chodzi zwłaszcza o sposób zachowywania dystansu w kontaktach międzyludzkich. Różnimy się wiekiem o trochę ponad trzydzieści lat, ale Sensei wydaje mi się bliższy niż moi przyjaciele rówieśnicy.

W jego domu byłam już kilka razy. Bywa i tak, że wychodzimy z baru i przenosimy się do następnego, i tak, że rozchodzimy się do domów. Czasem idziemy dalej, do trzeciego i czwartego baru, a potem kończymy rundkę jeszcze jednym kieliszkiem u Senseia.

– To niedaleko, zajrzyj na chwilę. – Kiedy powiedział tak pierwszy raz, poczułam się nieco spięta.

Słyszałam wcześniej, że jego żona nie żyje. Odwiedzanie w domu kogoś, kto mieszka samotnie, wydało mi się w pewnym stopniu ryzykowne, ale tak już mam, że trudno mi podejmować stanowcze decyzje, gdy trochę wypiję, więc w końcu weszłam. Bałagan był większy, niż się spodziewałam. Wyobrażałam sobie schludny pokój bez śladu kurzu, a tymczasem w ciemnych kątach zobaczyłam stosiki jakichś przedmiotów. Z korytarza przechodziło się do wyłożonego dywanem pokoju, w którym stała stara kanapa, było całkiem porządnie i nic nie zapowiadało, że w następnym pokoju, wielkości ośmiu mat³, będą porozrzucane książki, zapisane ręcznie kartki papieru, gazety i inne rzeczy.

Sensei rozstawił niski stolik, spomiędzy rzeczy w kącie pokoju wyciągnął półtoralitrową butelkę sake i nalał do pełna do dwóch filiżanek różnej wielkości.

– Bardzo proszę – powiedział i na chwilę poszedł do kuchni.

Pokój wielkości ośmiu mat wychodzi na ogród. Okiennice są otwarte po jednej na każdym oknie. Przez szklane drzwi niewyraźnie widać gałęzie drzew. To nie jest pora, kiedy kwitną, więc nie wiem, co to za drzewa. Zasadniczo nie znam się na roślinach. Sensei właśnie wszedł do pokoju, niosąc na tacy porcję łososia i ostre chrupki ryżowe, więc go zapytałam:

– Co to za drzewa w ogrodzie?

– Wszystkie to wiśnie – odpowiedział.

– Tylko wiśnie?

– Wszystkie, wszyściuteńkie. Żona lubiła.

– Wiosną musi tu być pięknie.

– Przyciągają owady, a jesienią jest mnóstwo opadłych liści, wtedy jest dość ponuro – powiedział, ale w jego głosie nie czuło się niezadowolenia.

– Księżyc wzeszedł.

Wysoko na niebie wisiał zgrabny półksiężyc otoczony mgiełką. Sensei wziął garść chrupek i podniósł filiżankę do ust, by wypić sake.

– Nie można powiedzieć, żeby moja żona była zapobiegliwa czy dobrze zorganizowana.

– Aha.

– Jak jej się coś podobało, to się podobało, jak się nie podobało, to nie.

– Aha.

– Te chrupki są z Niigaty. Dobre są, takie ostre.

Rzeczywiście, ich kłująca w język ostrość pasowała do alkoholu. Przez chwilę nic nie mówiłam, tylko skubałam zakąskę. W koronach drzew w ogrodzie coś zatrzepotało. Może to ptaki? Doleciało mnie ciche ćwierkanie, przez moment słychać też było, jak trzęsą się liście i gałęzie, potem wszystko ucichło.

– Czyżby miały tam gniazda? – zapytałam, ale nie dostałam odpowiedzi.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że Sensei siedzi z nosem w gazecie. To chyba nie jest dzisiejsza gazeta, po prostu wyłowił ją spomiędzy leżących na podłodze, pomyślałam. Wydaje się całkowicie pochłonięty czytaniem rubryki wiadomości międzynarodowych, gdzie zamieszczone było zdjęcie kobiety w kostiumie kąpielowym. Wyglądał, jakby zapomniał o mojej obecności.

– Sensei – spróbowałam jeszcze raz, ale nie odpowiedział. Pełne skupienie.

– Sensei! – powiedziałam głośniej. Dopiero wtedy podniósł głowę.

– Chce pani poczytać, Tsukiko? – zapytał.

Nie czekając na moją odpowiedź, odłożył gazetę na podłogę, otworzył przesuwane drzwi i wyszedł do drugiego pokoju.

Ze starej komody wyjął jakieś przedmioty i wrócił, trzymając je w objęciach. Były to małe naczynia ceramiczne. Powtórzył tę drogę między pokojami kilka razy.

– Proszę, proszę – powiedział i mrużąc lekko oczy, delikatnie ustawił naczynka na matach. Naczynia miały rączki, pokrywki i dzióbki do nalewania.

– Proszę spojrzeć.

– Aha.

Co to może być? Pomyślałam, że gdzieś już widziałam coś takiego, i przyjrzałam się dokładniej. Wszystkie są dość surowej roboty. To chyba jakieś czajniczki? Ale jak na czajniczki są całkiem małe.

– To czajniczki pociągowe – powiedział Sensei.

– Czajniczki pociągowe?

– Kiedyś w podróży kupowało się _bentō_⁴, a do niego takie czajniczki z herbatą. Teraz herbata jest w plastikowych naczyniach, ale dawniej sprzedawali ją w takich właśnie czajniczkach pociągowych.

Na macie Sensei ustawił więcej niż dziesięć takich naczynek. Niektóre były koloru ciemnego bursztynu, inne dość blade. Kształtem też się różniły. Jedne miały grube dzióbki, inne – szczególnie duże rączki, malutkie pokrywki albo pękaty korpus.

– Czy pan je kolekcjonuje? – zapytałam, ale Sensei pokręcił głową.

– Po prostu dawniej je kupowałem, razem z dworcowym _bentō_, kiedy byłem w podróży. Ten kupiłem, kiedy dostałem się na uniwersytet, jechałem wtedy do Nagano. A ten, kiedy w czasie letnich wakacji wybrałem się z kolegą do Nary. W drodze wysiadłem na którejś stacji i kupiłem herbatę i _bentō_, dla kolegi też, ale pociąg odjechał, zanim do niego wróciłem. Tamten, kupiony w Odawarze, kiedy jechaliśmy w podróż poślubną, żona owinęła w gazety, żeby się nie potłukł, włożyła między warstwy ubrania i nosiła cały czas ze sobą.

I tak Sensei po kolei wskazywał palcem i opowiadał historię każdego z ustawionych w rzędzie na macie czajniczków pociągowych. Ja musiałam tylko potakiwać: ach tak, tak.

– Słyszałem, że są osoby, które kolekcjonują takie rzeczy, więc…

– I dlatego pan też, Sensei?

– Ależ skąd. Nie oddaję się takim szaleństwom. – Sensei zmrużył oczy. – Ja tylko czasem po prostu ustawiam sobie rzeczy, które mam w domu. Nie umiem niczego wyrzucić – dodał i z tymi słowami wyszedł jeszcze raz do sąsiedniego pokoju. Wrócił po chwili, niosąc tym razem kilka foliowych torebek. – To są takie… – zaczął, rozwiązując jedną z nich.

Sięgnął do środka i wyjął garść baterii. Na każdej było coś napisane czarnym pisakiem: na jednej „golarka”, na innej „zegar ścienny”, na kolejnych „radio”, „latarka” i podobnie. Sensei wziął baterię R14 w palce.

– Ta jest z pięćdziesiątego dziewiątego, kiedy był ten straszny tajfun w zatoce Ise. Także do Tokio dotarł wtedy wyjątkowo silny tajfun i w ciągu jednego lata zużyłem w latarce tę baterię. O, a ta jest z czasu, kiedy po raz pierwszy kupiłem magnetofon kasetowy. Wymagał ośmiu paluszków naraz, a te wyczerpywały się bardzo szybko. Pamiętam, że słuchałem symfonii Beetho­vena, po kilka razy odwracałem kasetę i w ciągu paru dni wszystkie się wyczerpały. Pomyślałem, że wszystkich ośmiu to nie, ale jedną odłożę: zamknąłem oczy i na raz, dwa, trzy wziąłem właśnie tę.

Tak to mi objaśnił: współczuje biednym bateriom, które z takim oddaniem dla niego pracowały, i nie jest w stanie ich wyrzucić. Dotąd zapalały dla niego światło, pozwalały puszczać muzykę czy poruszały silniczkami, byłoby więc okrutne wyrzucić je natychmiast, gdy tylko padły.

– Czyż nie jest tak, Tsukiko? – zapytał Sensei, zerkając na moją twarz.

Nie wiedząc, jak odpowiedzieć, wydałam z siebie już chyba piętnaste tego wieczoru „aha” i dotknęłam czubkiem palca jednej z kilkudziesięciu baterii. Była zardzewiała i wilgotna. Była podpisana „kalkulator Casio”.

– Księżyc zszedł już całkiem nisko – powiedział Sensei, wskazując go głową. Księżyc wyszedł zza chmur i świecił jasno i mocno.

– Herbata musiała być smaczna, kiedy piło się ją z takiego czajniczka – wymamrotałam.

– Może zrobię herbaty – zaproponował Sensei.

Szybko sięgnął ręką do miejsca, gdzie stała półtoralitrowa butelka sake i po krótkich hałaśliwych poszukiwaniach wygrzebał puszkę z herbatą. Nonszalancko nasypał listków herbacianych do bursztynowego czajniczka, podniósł pokrywkę starego termosu, który stał obok stolika, i nalał wrzątku.

– Ten termos dał mi mój uczeń. Jest bardzo stary, produkcji amerykańskiej, ale jak wlałem wrzątek wczoraj, tak do dziś jest gorący… Wspaniała sprawa.

Sensei nalał herbaty do filiżanek, z których przed chwilą piliśmy alkohol, i z szacunkiem pogłaskał termos. W mojej filiżance chyba musiało zostać trochę sake, bo herbata miała dziwny smak. Naraz poczułam się wstawiona i wszystko w polu mojego widzenia nabrało nowe­go uroku.

– Sensei, czy mogę rozejrzeć się po pokoju? – zapytałam i natychmiast, nie czekając na jego odpowiedź, weszłam między walające się po kątach ośmiomatowego pokoju rzeczy.

Makulatura. Stare zapalniczki Zippo. Ręczne lusterko, lekko podrdzewiałe. Duże czarne teczki ze skóry, pomarszczone od długiego używania, leżą aż trzy. I wszystkie tego samego typu. Jeszcze sekator. Karton na papiery. Coś czarnego, plastikowego, jakby pudełko. Z podziałką i igłą.

– Co to jest? – zapytałam, biorąc to do ręki.

– Co takiego? A, to. To jest miernik.

– Miernik – powtórzyłam zdziwiona.

Wtedy Sensei delikatnie wyjął z moich rąk czarne pudełko i zaczął grzebać między porozrzucanymi rzeczami. Znalazł dwa przewody, czarny i czerwony, i podłączył je do miernika. Oba miały na końcach styki.

– O, w taki sposób – powiedział Sensei i podłączył czerwony przewód do jednego końca baterii opatrzonej napisem „golarka”, a czarny do drugiego. – Proszę spojrzeć, Tsukiko, o. – Sensei wskazał mi podbródkiem, ponieważ obie ręce miał zajęte, podziałkę na mierniku.

Igła lekko drży. Kiedy Sensei odłącza styki od baterii, igła się zatrzymuje, a gdy znów je podłącza, zaczyna drżeć.

– To znaczy, że zostało w niej trochę prądu – powiedział Sensei spokojnie. – Nie ma tyle siły, żeby poruszyć silniczkiem, ale jest w niej jeszcze odrobina życia.

Sensei podłączył do miernika po kolei kilka baterii. Większość z nich w ogóle nie poruszyła igłą na podziałce, ale znalazły się i takie, przy których igła drgnęła. Za każdym razem Sensei wydawał wtedy stłumiony okrzyk: „O!”.

– I tak sobie żyją po cichutku – powiedziałam, a on lekko przytaknął i odparł beztroskim, nieobecnym głosem:

– Tylko że w końcu wszystkie wyczerpią się i padną.

– Spełniają się we wnętrzu tej komody.

– Rzeczywiście, chyba na to wychodzi.

Przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy, czasem zerkając na księżyc, wreszcie Sensei odezwał się rześkim głosem:

– Napijemy się jeszcze trochę sake? – I ponalewał do naszych filiżanek. – Oj, w filiżance jeszcze była herbata.

– Czyli mam koktajl na herbacie.

– Nie robi się koktajli z sake i herbaty.

– Nie szkodzi, Sensei.

I wypiłam jednym haustem moją sake, powtarzając: Nie szkodzi, nie szkodzi. Sensei tymczasem siorbał swoją porcję małymi łyczkami. Księżyc lśnił jasno na niebie.

– „Przez wierzby prześwieca rzeka, co nocą bieleje, a na drugim brzegu, na polu dymem owianym…”5 – znienac­ka wyrecytował Sensei.

– A co to, sutrę mi pan tu recytuje? – zapytałam, na co on się obruszył:

– Tsukiko, ty naprawdę nie uważałaś na zajęciach z japońskiego.

– O czymś takim nas pan nie uczył – odparłam.

– To przecież Irako Seihaku, prawda? – zapytał Sensei. Takim nauczycielskim tonem.

– Nigdy nie słyszałam o żadnym Irako Seihaku – powiedziałam, sięgając po butlę sake, i bez pytania nalałam sobie do filiżanki.

– Kto to widział, żeby kobieta sama sobie nalewała, Tsukiko – skarcił mnie gospodarz.

– O, pan to jest stary, staroświecki – odparowałam.

– Stary, ale jary – mruknął Sensei i też nalał sobie pełną filiżankę.

– „…A na drugim brzegu, na polu dymem owianym, niesie się słaby dźwięk fletu i dotyka serca wędrowca…”

Z zamkniętymi oczami wygłasza te słowa, jakby wsłuchiwał się w swój głos. Ja spoglądam nieuważnie na mniejsze i większe baterie. Leżą spokojnie w słabym świetle lampy. Księżyc znów zaczął okrywać się mgiełką.

_Dalsza część w wersji pełnej_

1.

¹ Dokładniej karafka mieszcząca 1 _gō_ (0,18 litra); w Japonii współcześnie używa się systemu metrycznego miar i wag, ale w odniesieniu do alkoholu nadal często można się spotkać z tradycyjnymi miarami. (Wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).

2.

² Pierwsze słowa _Makura no sōshi_, czyli _Notatnika osobistego_, klasycznego dzieła japońskiego z przełomu X i XI wieku, tutaj w przekładzie Wiesława Kotańskiego, za: _Dziesięć tysięcy_ _liści_, Warszawa 1961, s. 195.

3.

³ W Japonii również dziś wielkość pokoju często określa się przez podanie liczby mat tatami układanych na podłodze; jedna mata to ok. 90 na 180 cm (wymiary są różne w zależności od regionu), czyli pokój wielkości ośmiu mat ma ok. 13 m2.

4.

⁴ _Bentō_ to powszechne w Japonii zestawy jedzenia na wynos, kupowane w pracy, w pociągu itp. Zwykle zapakowane w pudełka z przegródkami, zawierają ryż i niewielkie ilości potraw z mięsa, ryb, warzyw itp.

5.

⁵ Fragment wiersza _Hyōhaku_ (Wędrówka) Irako Seihaku (1877–1946) (przekład A.Z.).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij