-
nowość
Dziwne światło - ebook
Dziwne światło - ebook
„Dziwne światło” to druga odsłona przygód Jesusa Kowalskiego. Akcja toczy w niezbyt odległe, ale już całkiem innej przyszłości. Jesus to Pięćdziesięciokilkuletni gość z Warszawy, który kiedyś był dziennikarzem, a teraz po prostu pracuje na życie na ochronie. Jest jednym z szarych ludzi przesuwających się codzienne chodnikami metropolii. Nie szuka problemów, ale one znaj dują go same. Po raz kolejny los wystawia go do walki o najwyższą stawkę. Tym razem osią fabularną jest lądowanie UAP/UFO. Nie spojlerując zdradźmy, że przybysze z dalekiego kosmosu lądują pod Warszawą. Stolica Polski staje się sceną historycznego przełomu, a Jesus?... On jak zwykle poznaje piękną kobietę i ląduje w środku zamieszania, która przerasta wszystkie skale. Nic nie jest już tym, na co wygląda, a stawką jest wszystko.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-89737-25-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Oto moja historia, którą napisałem, pracując na parkingu. Siedziałem w budce przy szlabanie na Sielcach, w Warszawie rzecz jasna. Pisząc w takim miejscu byłem wystawiony na mocną ekspozycję rzeczywistości, która widomymi sobie tylko szparami przeciekała do tych opowieści.
Bez wątpienia miałem idealne stanowisko obserwacyjne. Dwie duże szyby, przed nosem parking i sklep spożywczy, po prawej kawiarnię dla maluchów, Żabkę i przedszkole. Trzy czteropiętrowe apartamentowce, a po lewej pięciopiętrowy biurowiec. W nim klub fitness i prywatne przychodnie lekarskie oraz kilka korporacji. Wszyscy znali się tam dobrze z widzenia. Wiosna, lato, jesień, zima. Miliony chwil, spojrzeń, pozdrowień, kawał życia.
Moje pisanie nie zakłócało w niczym parkingowych rutyn, nie było skarg, ludzie mnie chyba polubili. Latem skwar, zimą okropny ziąb. Przedwiośnie takie, że naprawdę z całego serca wyczekuje się nadejścia wiosny i ciepłych dni, a potem, kiedy jest już dwadzieścia osiem stopni, siedzi się bez włączonego wiatraka, ciesząc się z upału, bo w pamięć są wryte długie, mroźne chwile. Opalony na brąz byłem już w maju. Miałem dużo ruchu, który zapewniało nieustanne wstawanie od biurka i latanie po parkingu. Wracałem do budki z takich wypadów, niosąc w głowie świeże pomysły na kolejne słowa i zdania. Gdy pisze się w takim położeniu, to obraz życia jest wyraźny, tym bardziej, że po drugiej stronie, oddalonego o jakieś trzysta metrów skrzyżowania, zaczyna się Czerska, na której pod ósemką jest Agora. Spółka wydająca „Gazetę Wyborczą”, w której miejskim dodatku spędziłem trzynaście lat reporterskiego życia. Teraz życie zaprowadziło mnie do budki, w której, tak jak wtedy, nadal pisałem. Siedziałem przy szlabanie i byłem jak igła gramofonu, która zbiera melodię z drgającego od rana do nocy rytmu życia. Jak każdy autor, czerpałem ze swoich doświadczeń, ale tym razem dość oszczędnie. Tak powstała opowieść podlewana sosem poranków i zachodów słońca. W weekendy towarzyszyła mi gitara.
Sielce są miejscem chyba najważniejszym dla powojennego warszawskiego folkloru. Pół kilometra dalej, w stronę Belwederskiej, przy Tatrzańskiej, mieszkał przed wojną Stanisław Grzesiuk, a przy Podchorążych i Gagarina w latach 60. muzycy z Kapeli Czerniakowskiej. Kiedyś pisałem o nich jako reporter, teraz sam grałem na ulicy nagrane przez nich dawno temu piosenki. Gdyby nie wspomniane już trzy lodowate zimy i wysuszające na pył skwarne lata, z czystym sumieniem poleciłbym to miejsce jako swoisty domek pracy twórczej. Miejsce, w którym ulica sama dyktuje słowa i przy okazji można zarobić na przeżycie.
Powieść tę dedykuję Stanisławowi Jewgrafowiczowi Pietrowowi. Człowiekowi, który uratował świat.
Alex KłośROZDZIAŁ 1. DZIWNE ŚWIATŁO
Rozdział 1
DZIWNE ŚWIATŁO
– JEŻELI CHCESZ JESZCZE TROCHĘ POŻYĆ, TO DOBRZE CI RADZĘ: SPIERDALAJ STĄD.
– Do mnie mówisz? – zapytałem Daniela.
– Nie, Jesus. Do muchy.
To był upalny, długi, letni dzień. Przez szybę budki stojącej przy szlabanie paliło słońce, a mucha najwyraźniej była już kompletnie znudzona życiem. Siedziała na blacie od jakichś pięciu sekund, a Daniel zawisł nad nią, trzymając w lewej ręce starą, brudną, plastikową packę. Może nie jak topór, ale z pewnością jak wyrok śmierci. Od kilku minut cierpliwie czekał na ten moment i w końcu wylądowała centralnie przed nim. Miał idealną pozycję do strzału, którym ukatrupi agenta chaosu, wprowadzającego do naszej budki zamieszanie. Packa świsnęła i rozgniotła to czym była mucha na grubej tafli starego pleksi, leżącego na brudnym blacie. Tuż obok krótkofalówek. Nigdy w życiu nie widziałem tak zasyfiałych komunikatorów. Nikt ich chyba nigdy na tym obiekcie nie używał, bo były oblepione liszajem brudu. To miejsce składało się ze smrodu starych butów, resztek kostki szarego mydła i taniej pociechy dezodorantu. Gdyby pracowała tu jakaś kobieta, to może nie byłoby aż tak brutalnie, ale w grafiku byli sami faceci. Emeryci i renciści.
Zadowolony z siebie Daniel odłożył packę i z ulgą ułożył dłoń na myszce, specjalnej, ergonomicznej, do grania w gry. Ja nie gram, mam normalną myszkę, a to była myszka zabójcy, lśniąca, plastikowa śmierć. Daniel jeździł czołgiem po świecie, który pojawiał się na ekranie jego laptopa, wjeżdżał w zagajniki, krył się za domami, zaczajał na szczytach wzgórz i zabijał, zabijał, zabijał. Był niszczycielem czołgów i czekał cierpliwie na tę rolę przez cały dzień. Na moment, w którym będzie mógł wreszcie odpalić „World of Tanks”. Czas dłużył się niemiłosiernie, bo przez cały dzień w wartowni tak naprawdę nie działo się nic, nie licząc tego, że czasem trzeba było przycisnąć guzik podnoszący szlaban i podać arkusze wjazdu kierowcy ciężarówki, który wprowadzał manualnie do środka swój autonomiczny zestaw. Nasza robota polegała na wypełnionym uwagą nicnierobieniu, a ja siedziałem tu dziś w ramach nadgodzin. Odbębniłem swoje dwadzieścia cztery godziny i gdy wczoraj rano wróciłem do domu, o szesnastej zadzwonił koordynator i powiedział: „Panie Jesusie, potrzebuję pana jutro na jeden dzień na Targówku. Na posterunku przy hurtowni plastiku. Siedemnaście godzin. Da pan radę?”.
Wziąłem, bo zawsze to parę złotych więcej. Jedni siedzą w tym miejscu na dwudziestkach czwórkach, a drudzy na siedemnastkach. Minuta życia warta cztery złote. Ten od siedemnastek akurat zaniemógł i ja siedziałem zamiast niego. Szlabany były dwa: wjazdowy i wyjazdowy. I dwa pokrętła: góra – dół. To chyba ostatnie takie miejsce, przyczółek starego świata, w którym nie ma jeszcze ani grama sztucznej inteligencji. Daniel powiedział, że to przez panią prezes, która chciała zachować ludzkie miejsca pracy.
Przez siedemnaście godzin kilkanaście razy zaniosłem papiery do ciężarówek i z nudów zrobiłem nikomu niepotrzebny obchód. Daniel naciskał, żeby za dużo nie chodzić, bo jeszcze ci z biura pomyślą, że dwóch gości na wartowni jest niepotrzebnych, bo jeśli jeden tyle chodzi, to może jeden do szlabanu wystarczy. Po siedemnastej biuro hurtowni pustoszało i dwupiętrowy budynek zamieniał się w szare wiaderko porzucone na placu zabaw, po którym pomiędzy otwartymi na oścież halami jeździli paleciakami robotnicy, głównie Ukraińcy zatrudnieni na umowie zlecenie za najniższą krajową. I wtedy wreszcie w budce wybuchała „Wojna Czołgów”. Daniel porzucał nudną rolę przyklejonego do szyby szlabaniarza i zamieniał się w czołgistę. Był tu kiedyś koleś, który nie do końca wszedł w rolę i tak wsiąkł w telefon, że przegapił panią prezes, stojącą swoim wodorowym Porsche pod szlabanem. Podeszła w końcu do uchylnego okienka i zapytała: „Czy ja mogę wjechać?”. To było ostatnie, co tu usłyszał, bo pół godziny później zadzwonił koordynator z informacją, że może się pakować.
Teraz mówiłem coś do Daniela, a on odwrócił się i patrzył zza okularów zmęczonymi, załzawionymi oczami starego czołgisty. Przez dwa lata walił tu pięć razy w tygodniu siedemnastki, mieszka niedaleko i nie było jakiegoś większego problemu. W końcu, miesiąc temu odszedł z roboty facet, który pracował na dwudziestkach czwórkach i Daniel dostał od życia to, czego chciał. Spośród kilkunastu czołgów, które zaproponowała gra, wybrał dziś sowieckiego T-34. Rozumiem go, bo w młodości, czyli bardzo dawno temu, oglądałem „Czterech pancernych i psa” i kto wie, może bym wybrał tak samo. Ten czołg, to wymarzona maszyna zemsty. Koleś, który go zaprojektował i zbudował prototyp, działał po godzinach, a jego czołg nie wzbudził entuzjazmu i inżynier, by przekonać Stalina, wsiadł w swoją maszynę i wyruszył na przełaj do Moskwy, jakichś tysiąc kilometrów, a może i lepiej. Była ostra, ruska zima. Stalin się przekonał, a konstruktor pochorował i umarł, nie doczekawszy momentu wprowadzania T-34 do masowej produkcji. Daniel może nie znać tej historii, ale darowałem sobie opowieść. Po co mu przeszkadzać? W końcu dał znak, że mogę już iść. Była dwudziesta druga i tak zakończyłem przygodę z hurtownią tworzyw sztucznych na Targówku. Bo na stałe jestem ochroniarzem recepcjonistą w czteropiętrowym bloku na Kabatach.
To kompletnie inny świat. Zasadniczy i przesiadujący godzinami administrator, zadzierający nosa mieszkańcy, ciągle atakujący kurierzy i robota z paczkami. Mieszkaniówka to loteria, można trafić na fajny obiekt albo na miejsce nieprzyjemne i wredne. A tu było gdzieś pomiędzy. Siedziałem od roku i mogłem siedzieć nadal, bo, jak wspomniałem, chcieli mieć na recepcji człowieka, a nie robota. Miło z ich strony.
Z Targówka wróciłem na Imielin metrem. Posiedziałem przez chwilę przed tabletem, nastawiłem w telefonie budzik na szóstą rano i prawie od razu zasnąłem. Rano alarm zawył jak zły pies i wstałem jak co dzień, wykonując po kolei program zakodowany w mózgu. Nie było tego dużo: ubrać się, coś zjeść, połknąć tabletkę na nadciśnienie i wypić minimum pół litra wody, zwykłej kranówki, ale z cytryną. Potem piętnaście minut spacerku do metra, pomiędzy blokami, pamiętającymi jeszcze analogowy świat. Było ich tak dużo, że można było wędrować między nimi godzinami.
Mieszkam na Ursynowie, stacja metra Imielin, niedaleko jest Szpital Południowy i Las Kabacki. Kabaty to co innego, ładniejsze bloki, bogatsi ludzie. Ten dom, w którym pracowałem, to czterokondygnacyjny, elegancki apartamentowiec, zielony jak przycisk do otwierania skrytki z dolarami, elegancki jak nowa para przyzwoitych pantofli i bardzo nowoczesny, ale z analogowym smaczkiem, czyli właśnie portiernią. Trzysta pięćdziesiąt złotych za dyżur.
Dwadzieścia cztery godziny w eleganckim świecie zleciały bez sensacji i w nocy przespałem się nawet ze dwie godziny, co było możliwe, bo mieszkańcy byli na tyle ludzcy, że przymykali na to oko.
Ranek powitałem na tyle przytomnie, że wróciłem do siebie, szybko się zapakowałem i bez zwłoki wyruszyłem na północ, na Kaszuby, do Bogdana i Gosi. Bogdana, czyli kolegi ze starych, dziennikarskich czasów. Oj dawno to było, ale było. Mieli dom w Sominach, malowniczej, niedużej wiosce, a ja miałem czterdzieści osiem godzin wolnego i dwudziestoletniego Dustera w benzynie, czyli w sam raz na luźne czterysta kilometrów w jedną stronę. Jechałem trasą, która jak mikser mieszała ze sobą elektryki, wodorówki, coraz rzadsze hybrydy i prawie już niespotykane spalinówki. Wszystkie auta wyglądały z grubsza tak samo, czyli jak obłe wybrzuszenie blachy i koloru, prowadzone nieomylnym okiem komputera. Takich aut jak mój Duster był promil, aż dziw, że nadal dopuszczali nas do ruchu. Rok temu wszedł zakaz sprzedaży nowych aut spalinowych na terenie Unii Europejskiej, a dwa lata temu miasto wybudowało system ładowania bezprzewodowego. Nadchodził nieuchronny schyłek motoryzacji spalinowej, a ja zamierzałem jeździć na etanolu do momentu, w którym będzie można wjechać tak do miasta. Czyli jeszcze góra pięć lat. Stacje paliw zaczęły znikać jakiś rok temu, a na tej, na której się zatrzymałem, działał tylko jeden dystrybutor. Ropy nie było od dawna, a ciężarówki i autobusy jeździły na wodór. Można było doładować prąd, zatankować wodór lub benzynę. Zatankowałem i wypiłem podwójne espresso. Byłem jednak bez szans. Kofeina nie była w stanie rozpuścić kleju, który podstępnie zlepiał mi powieki, zrobiłem więc sobie przerwę i na parkingu przy knajpie zasnąłem na godzinę. Drzemka zadziałała jak plaster, doraźnie zakleiła niewyspanie. Przekręciłem kluczyk i zero reakcji. Auto mi zdechło. W takim miejscu, na trasie, to tragedia. Gdy rozpacz prawie mnie znokautowała, okazało się, że jeden z dwóch kolesi na stacji ogarnia mechanikę. Podłączył laptop i powiedział, że może to zrobić, ale trzeba ściągnąć taksówką jakąś część. W ten sposób z mojego konta zeszło czterysta złotych, ale po kilku godzinach znowu jechałem. Zrobiło się późno i przyspieszyłem do stu czterdziestu, trzymając się przepisowo prawego pasa, bo lewy od trzech lat był zarezerwowany dla autonomicznych elektryków, które frunęły jak po sznurku sto sześćdziesiąt.
Kiedy dotarłem do lasu, przez który prowadziło ostatnie kilkanaście kilometrów asfaltówki, byłem już tak śpiący, że sekundy dzieliły mnie o tego, że zamienię się w pocisk, który droga wystrzeli w drzewa. Zatrzymałem się więc i kilka razy siarczyście się spoliczkowałem. Do Bogdana był już tylko jakiś kwadrans i musiałem zdobyć się na ten ostatni bestialski wysiłek. Pomogło. Ruszyłem dalej i otwierając z całej siły oczy wpatrywałem się w drogę. Właśnie wtedy, w lesie, pojawiło się to światło. Złote jak wschód słońca i mocne jak promień lasera. Nie było skupione w jednym promieniu, tak jak reflektory wymierzone w niebo, ale wyglądało jak wylewający się złocisty kisiel, który wsiąkał w las. Wylew z innego wymiaru.
Wcisnąłem ostro hamulec. Wyjąłem smartfon i zacząłem filmować. Byłem na drodze sam. Miałem wrażenie, że to sen i przez sekundę pomyślałem nawet, że jednak zasnąłem i leżę nieprzytomny w rowie. Ale nic z tego. Miałem nierealne zdarzenie w realnym lesie. W głowie mieszały mi się rozpalona ciekawość i dławiąca obawa przed tym, co nieznane. Bo co to jest? Wojsko? Jakiś tajny, naukowy eksperyment? A może UFO? Wysiadłem, zamknąłem pilotem drzwi. Co dalej? Iść i zobaczyć co to jest? A może lepiej nie? Nie miałem zasięgu i nie mogłem zadzwonić. Ale gdyby nawet, to do kogo? Do Bogdana? Na 112? Do nadleśnictwa? Po to, żeby powiedzieć, że w lesie świeci?
Kiedyś, gdy kończyłem liceum, ojciec zapytał, co chcę robić w życiu, czy chcę iść na studia, czy może do pracy, bo przecież nie chodzi o to, żeby być magistrem czegoś, co się potem nie przyda, a o to, żeby nauczyć się coś robić dobrze i mieć z tego pożytek. Odbyłem wtedy kilkanaście rozmów, byłem u doradcy personalnego, spotkałem się też ze znajomym ojca, który był redaktorem w dzienniku. Gadaliśmy godzinę i wyszedłem z tego spotkania, mając jasno sprecyzowany kierunek marszu: dziennikarstwo. Zostałem reporterem głównie dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi i lubię gonić za dobrymi historiami. Ta pogoń jest jak narkotyk. Dawno już nie czułem jego smaku, ale teraz uderzył z taką siłą, że polazłem dalej w ten las w stronę, z której jak mi się zdawało biło światło. Z telefonem w ręku. Jak z pistoletem. Włączona kamera była uzasadnieniem mojego istnienia. Przeszedłem kilkaset metrów przez chaszcze, krzewy, mchy, paprocie. Las zalatywał wilgocią. Było już jasno jak w dzień, a ja bałem się jak diabli, nogi mi się trzęsły, a po plechach biegały tabuny dreszczy. I nagle – pstryk! Lampa zgasła. Świat znów był czarny. Patrzyłem oczami oślepionymi tamtym światłem. Ono było jak promienie bijące zza drzwi laboratorium, do którego pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić, ale ja wszedłem i byłem teraz prawie ślepy. Zatrzymałem się w wiadrze z nocą. Gęstą jak asfalt, cichą jak śmierć. Minęło dobrych kilka minut, zanim zacząłem dostrzegać drzewa. Stałem bez pomysłu na ciąg dalszy. Historia się urwała bez zakończenia i puenty. Mogłem wracać do auta i opowiadać, że widziałem w lesie dziwne światło. Miałem przecież film w telefonie. Włączyłem go i zobaczyłem tylko czarną pustkę. Nic się nie nagrało! Ale dlaczego?! Może to faktycznie UFO? Ta myśl nawiedziła mnie oczywiście już wcześniej, ale nie potraktowałem jej poważnie. To, że coś lata po niebie i nie wiadomo, co to jest, to sprawa od dawna oczywista. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć, a ja już czułem się królem internetu. Jednak nic się nie nagrało i mogłem wrócić do auta. Albo?… Albo spróbować poszukać czegoś w tych ciemnościach. Czego? A któż to może wiedzieć?
Droga w mrok była scenariuszem, na który kompletnie nie miałem ochoty. Na myśl o tym poczułem, że nogi zaczynając zmieniać stan skupienia, wrastają szybko w ściółkę, wbijają się w poszycie i obrastają korą. Na tych drewnianych nogach zacząłem iść dalej przez coraz gęstszy las. Zapaliłem latarkę w smartfonie. Biały snop światła był jedyną nicią, na której wisiał świat. W końcu las tak zgęstniał, że poczułem, że gałęzie łapią mnie za gardło i odbierają oddech. Wpadłem w panikę. Nie wiem dokąd idę i zaraz zapomnę kim jestem. Zamienię się całkiem w drzewo i zostanę tu na zawsze. Ale wtedy nie dojdę do zakończenia, a tego zawsze nie lubiłem najbardziej. Niedokończonych materiałów, nienapisanych do końca tekstów, straconych tematów. Czy komuś coś się stało od tego, że wszedł do lasu, żeby przekonać się skąd bije dziwne światło? Nie słyszałem o czymś takim. Poczułem za to znowu to ssanie, ten narkotyczny głód, który budzi się wówczas, gdy wiesz, że możesz mieć super story. Wtedy przestajesz być sobą. Zamieniasz się w ćpuna, który może kłamać i kraść. Ćmę lecącą w ogień. To szaleństwo popchnęło mnie dalej. Sprawiło, że rozgarniając gałęzie iglastych drzew brnąłem w najczarniejszą czerń.
Wtem! Cóż to?!… Coś zamigotało! Przygarbiłem się błyskawicznie, żeby wyłączyć latarkę, ale tak się już trząsłem ze strachu, że nie mogłem wcelować palcem w przycisk na wyświetlaczu. Teraz to było całkiem inne światło. Tak jakby zapaliła się jakaś niewielka i niezbyt mocna pomarańczowa lampa. Po sekundzie stopniowo przygasła. A potem znowu to samo. Pulsujący punkt na morzu. Boja pokazująca kierunek, w którym mam popłynąć. Już niedaleko, ledwie jakieś sto metrów. Ściany lasu naparły na mnie w tak przeraźliwej ciszy, że każdy trzask i szelest pod nogami brzmiał jak wystrzał. Zapach strachu stał się nieznośnie dławiący. Przykucnąłem przygnieciony ciężarem mroku. Tam coś naprawdę było! Jakaś część mnie wyrywała się panicznie do ucieczki, a inna mówiła: „Idź i to zobacz. Napisz to. Może jednak uda się to nagrać i będą miliony odsłon. Idź! Można to będzie sprzedać za zajebistą kasę!”.
Szedłem więc dalej, już na czworaka. Metr za metrem. Pomarańczowa lampa była blisko. Nie dalej niż dziesięć metrów. Na wysokości głowy, pośrodku niczego. Nakierowałem telefonem, może wyjdzie choć jedno zdjęcie? Widziałem to światło na swoim wyświetlaczu. Ustawiłem kamerę. Boże, co to było, gdyby udało mi się to jednak nagrać! Przycisnąłem nagrywanie. To było tak, jakbym niechcący odpalił bombę atomową. Świat eksplodował niewyobrażalnie mocnym światłem, które wypełniło każdą cząstkę i każdy atom, który w sobie miałem. Straciłem przytomność. To światło wyłączyło mi światło. Umysł zgasł jak zapałka na wietrze.
Obudziłem się, a może raczej ocknąłem, trzęsąc się tym razem z zimna. Leżałem tak długo, że aż zesztywniałem! Noc już jaśniała, zbliżał się świt i była prawie piąta! Spojrzałem na komórkę. Działała. Znowu nic się nie nagrało. To wszystko było więc po nic. Nikt mi nie uwierzy. Wstałem i chwiejnie poszedłem w stronę auta. Ciekawość wyparowała. Jej miejsce zalał czysty lęk. Mocny jak spirytus. Las o świcie był szary, pusty, szorstki. Pachnący tym wszystkim, czym nie jest miasto. Szedłem coraz szybszym krokiem. W końcu poleciałem biegiem. Uciekałem. Pamiętałem doskonale to wszystko, co się wydarzyło. Światło, które przebiło się do każdej komórki mojego ciała. Nie chciałem nawet myśleć o tym, czym było i skąd było. Coś mnie prześwietliło. Wiedziałem, że nie powiem o tym nikomu. Przynajmniej na razie.
Wyszedłem na drogę. Auto stało jakieś trzysta metrów dalej. Zanim do niego dotarłem przyszła do mnie straszna myśl. Otóż uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas, gdy byłem nieprzytomny, mogły się dziać przeróżne rzeczy. Każdy kto liznął trochę ten temat wie doskonale o różnych historiach, o tym na przykład, jak to ludziom uprowadzonym przez UFO wszczepiane były implanty. Wsadzano im sondy w nozdrza, usta i odbyt. Szybko wróciłem do lasu i rozebrałem się do naga, a potem obejrzałem i obmacałem całe ciało. Nie zauważyłem nic podejrzanego, ale zdziwiłbym się, gdyby było coś widać, bo gdyby coś takiego się wydarzyło, to implant zostałby zamaskowany tak, że nie sposób byłoby go, ot tak sobie, odkryć. Ubrałem się pospiesznie i ruszyłem do Somin.
Do Bogdana dojechałem przed szóstą. Bogdan i Gosia kilka lat temu sprzedali dwa mieszkania w Warszawie i kupili dom z trzema hektarami, na których rozpoczęli uprawę marihuany medycznej. Teraz Bogdan szykował się do wyjazdu traktorem w pole, by podlewać swoje rośliny. Widziałem go jak mija bramę, ciągnąc cysternę ze szlauchem. Obserwowałem to już kilka razy, w czasie trzydniowego pobytu zeszłego lata. Zobaczył mnie i zsiadł z traktora.
– Siema Jesus! Co tak długo? – rozłożył na powitanie ręce.
– Aa… Zatrzymałem się na drzemkę. Oczy mi się same zamykały – machnąłem ręką.
Uścisnęliśmy się serdecznie. Bogdan dawno temu był dziennikarzem kryminalnym i sądowym. Bardzo dobrym, szanowanym i cytowanym. Szeroki w barach, szpakowaty, z bystrym spojrzeniem ciemnych oczu, dużą, ciekawą świata twarzą i tubalnym głosem. Wyglądał jak dobrze zrobiony hamburger. Kiedyś podobał się kobietom.
– Głodny jesteś? – zapytał troskliwie.
– No pewnie, człowieku. Jak wilk.
– To idź do kuchni. Gosia zrobi ci jajecznicę.
Niczego więcej od życia teraz nie chciałem. Gosia robiła wyborną jajecznicę. Z kiełbasą, szczypiorkiem, cebulą, pomidorami, czosnkiem i papryką. Miała prawie sześćdziesiątkę, trzymała się prosto i miała nadal apetyczną figurę. Jej twarz lśniła blaskiem dojrzałej kobiety, która od dawna wie, że każdy dzień jest ostatni, a każda chwila jest szansą na radość i uśmiech. Znad jej błękitnych oczu spływały siwe włosy. Miała pełne usta i to coś, co sprawia, że od razu wiesz, że zapamiętasz tę kobietę. Zawsze mi się podobała. Kiedyś pisała scenariusze do telewizyjnych, masowych seriali. Kilka razy widziałem takie rzeczy i było to nawet pomysłowe.
Nastąpiło serdeczne powitanie, a po nim herbata, chleb własnego wypieku i jajecznica. A potem drzemka i to, po co tu przyjechałem: słoneczny dzień nad jeziorem. Samotny, bo oni mieli robotę w domu. Nurkowałem w kępach wodorostów, podpatrując okonie i płotki. Wylegiwałem się na słońcu i wszystko byłoby super, gdyby nie to, co wydarzyło się w nocy. Miałem w głowie historię. Znowu byłem w reporterskiej ciąży, wpadłem, zaszłem. Co gorsza nie ze story o nikczemności lub niezwykłości śmiertelników, a o czymś nie z tego świata. O czymś, o czym nie mogłem nikomu opowiedzieć, bo nikt poważny by mi nie uwierzył. Leżałem nad wodą i wszystko było dziwne: jezioro, las, niebo. Niby to samo, a inne, już nie to samo. Niby Ziemia, a już Kosmos. Moje ręce i nogi też były inne. Prześwietlone. Najbardziej bałem się o mózg. Nie czułem żadnej różnicy, więc w końcu przestałem się bać. Byłem tu i teraz. A to, co się stało wczoraj, zostało za mną.
O trzeciej zebrałem się do domu i poszliśmy w trójkę do restauracji Przystań Somińska, najlepszej knajpy w okolicy. Nad niemałym Jeziorem Bytowskim, z plażą, ze stolikami pod parasolami i całkiem niezłą kuchnią. Zjadłem golonkę i wypiłem trzy piwa. W głowie zrobiło mi się jeszcze lżej, weselej, spokojniej. Przy stole nad wodą siedzieli dwaj kolesie. Raczej miejscowi. Patrzyłem na nich, bo rozmawiali o czymś z ożywieniem.
– No jak tam ta twoja?
– W porządku.
– A ta druga, dalej chce dzieci?
– No chce.
– No. A na tym Allegro to się łatwo rzeczy sprzedaje – skwitował ten, który zaczął temat.
Life is brutal, pomyślałem i przypomniał mi się moment, w którym odebrałem maila informującego o tym, że redakcja rozwiązuje ze mną stosunek pracy. Po dwudziestu latach załatwili to w taki sposób. Nie mieliśmy już od dawna stosunku. Zero seksu. Od zapomnianej już pandemii Covidu-19 pracowaliśmy zdalnie, a zebrania były na Skypie. Ale wciąż była to robota na pełen etat. Godziny nad klawiaturą, dziesiątki telefonów, jeżdżenie na tematy i wertowanie netu. A pierwszego, szóstka na koncie. W 2022 roku do gry weszła sztuczna inteligencja. Informatycy Informy postawili system przeczesujący portale policji, straży miejskiej i straży pożarnej. Tematy z potencjałem były automatycznie wrzucane do AI, a ona od razu robiła z nich teksty korzystając, co ważne, z własnej bazy danych, a nie z zasobów Google’a, bo to by się wiązało z dodatkowymi kosztami. Teksty trafiały na komputer redaktora, który je poprawiał, bo jednak co człowiek, to człowiek. Rano z tego materiału był składany raport kryminalny, który jako jedna cegła trafiał na portal.
Ten nowy model produkcji tekstów sprawił, że nie byłem już tak zajęty, ale nadal byłem potrzebny. Wydawca zwolnił mnie z pisania sześciu tekstów dziennie, miałem napisać za to jeden, ale dobry. W jakimś sensie było to powrotem do czasów dobrego dziennikarstwa z epoki papieru. Rozwinąłem skrzydła, robiłem kilka dobrych kawałków tygodniowo. Trwało to prawie dekadę. Kiedy więc przyszedł ten mail, to nawet się zbytnio nie zdziwiłem. W życiu wszystko jest terminalne. AI radziła sobie już ze wszystkim tak dobrze, że po prostu nie byłem im potrzebny.
W redakcji „Głosu” zostały dwie osoby. Redaktor naczelny, czyli facet z Torunia, który pięć lat temu zastąpił Renatę Glińską, oraz kobieta, która była jego zastępczynią i jednocześnie jego partnerką. Ogarniali wszystko nie wychodząc z domu, a ich robota sprowadzała się już tylko do czytania i akceptowanie tekstów napisanych przez maszyny. Było tego od cholery, więc na swój sposób mieli masę pracy. Papierowe wydanie „Głosu” ukazywało się już tylko w piątek. To był „Głos na weekend”. Tyle z tego zostało. A ja? Z czegoś trzeba żyć. Poszedłem na ochronę, gdzie nadal byli preferowani ludzie. Prawdziwi ludzie, tacy jak ci goście obok w barze, rozmawiający o kobietach.
Wróciliśmy do domu. Zapaliliśmy ognisko. Noc była księżycowa, gorąca, a na niebie tyle gwiazd, że można by je zbierać garściami. Wypiłem trzy piwa i nabrałem ochoty do zwierzeń. A co mi tam? To była za dobra historia, żebym zdołał ją utrzymać w tajemnicy. A poza tym, kurcze, powinni przecież wiedzieć, co się dzieje w lesie. Jak można się było spodziewać, moja opowieść nimi wstrząsnęła.
– Co to mogło być? – zapytała niepewnie Gosia.
– UFO? – rzucił Bogdan.
Spojrzeliśmy po sobie, a potem podniosłem oczy w górę. W otchłań bez dna, w której z wyniosłą obojętnością orbitował Księżyc.
– Ciekawe co jest w internecie o takich nocnych światłach w lesie? – powiedziałem i wyjąłem telefon. Czekali w napięciu. To był mój show i po chwili poważnym głosem zacząłem czytać: – W 1980 roku brytyjscy żołnierze, pełniący służbę przed bazą amerykańską w Suffolk, zobaczyli wiązkę niebieskich i zielonych promieni, przebijających się przez mgłę. Na poszukiwanie źródła tego światła wyruszyło kilku żołnierzy. Weszli w głąb lasu i zobaczyli świecący, metalowy obiekt – przerwałem, bo przypomniałem sobie i aż mnie zmroziło. Zapadła ciężka cisza. Wróciłem do czytania: Świecił na biało i rozświetlał spory kawał lasu. Kiedy zbliżyli się do niego, oddalił się między drzewami i nagle zniknął. Rano znaleziono w lesie duży, wypalony na ziemi trójkąt.
– Ja chyba bym umarła ze strachu – pokręciła głową Gosia.
– Byłem tego bliski – spojrzałem jej w oczy i znów zacząłem czytać. – Następnej nocy do lasu wszedł tym razem większy oddział. Gdy żołnierze zbliżyli się do miejsca, w którym widać było poprzedniej nocy obiekt, radia zamilkły, a latarki zgasły! Dowódca grupy zbadał wypalone miejsce licznikiem Geigera i odczyt był kilkanaście razy wyższy od naturalnego. Nagle pomiędzy drzewami znów pojawił się świetlisty obiekt. Ruszyli za nim, a on, po chwili, rozdzielił się na kilka mniejszych, które uleciały w niebo – skończyłem i spojrzałem na nich. Twarze sięgały im prawie do pasa. Tak działa efekt dużego WOW!
– To ja w takim razie pójdę po coś mocniejszego – powiedział Bogdan i się ulotnił.
– Czujesz się jakoś inaczej? – zapytała z troską Gosia.
– Całkiem tak samo. Nie licząc tego, że jestem mega wystraszony.
– Nic dziwnego. Ja bym się chyba zdekompensowała.
– Ja się trzymam. Ale dobrze, że Bogdan coś przyniesie, bo nerwy mam w strzępach.
Bogdan przyniósł znakomitą wiśniówkę domowej roboty. Wypiliśmy raz dwa i od razu poleciał po następną. Szybko i gruntownie się wstawiliśmy.
Obudziłem się rano skacowany tak srogo, że gorzko pożałowałem wieczornego entuzjazmu do chlania. Następny dzień i powrót do domu nie zasługują na ani jedno słowo opowieści. O północy zgasiłem światło, byłem już we własnym łóżku przy Makolągwy na Ursynowie. Leżałem w ciemności z głową pełną leśnego światła. Choć dawno zgasło, nadal widziałem je wyraźnie. To było przerażające. Przewracałem się z boku na bok długie godziny. Wstałem o szóstej i wykończony pojechałem na siódmą do roboty. Zmiana zapowiadała się koszmarnie. Mundur czekał w szafce. Miałem przed sobą dwadzieścia cztery godziny służby.
Przez cały dzień był spokój. Przyjechało kilkunastu kurierów i śmieciarka. Czas ciurkał. O szesnastej wyszła lokatorka z drugiego piętra. Pewnie miała ze trzydzieści lat, blondynka, zgrabna, w mini. Jakby dość typowa, ale mająca w sobie coś takiego, że nie sposób było o niej zapomnieć. Pamięta się jej nienaznaczoną botoksem twarz z diabelską nutą kusicielstwa w oczach. Kiedyś mówili na to kurwiki. „Dla ciebie kochanie wszystko. Co chcesz, żebym ci zrobiła? No, śmiało, zrób mi to…”. Zastanawiałem się nad tym, czym taka panna może się zajmować? Z czego ma kasę na życie i tak dalej? Myślałem, ale ściany milczały. Byłem skonany. W nocy film mi się urwał. Przespałem ponad trzy godziny i spodziewałem się nieprzyjemnego telefonu od koordynatora, ale on też to przespał.ROZDZIAŁ 2. SPOTKANIE Z PREMIEREM
Rozdział 2
SPOTKANIE Z PREMIEREM
PREZYDENT SZYMON PALMOWSKI TAKŻE NIE SPAŁ ZBYT DOBRZE TEJ NOCY. Obudził się o piątej i już nie mógł zasnąć, patrzył w ścianę, podczas gdy Danusia cichutko pochrapywała po drugiej stronie łóżka. O szóstej Prezydent RP skapitulował, sięgnął po pilota i włączył duży telewizor wiszący na ścianie. Oglądał przez pół godziny CNN, TVN24 i TVP INFO. Z tego, co zobaczył i usłyszał, nic go nie zaskoczyło. Świat w tej części globu wisiał na kruchym układzie pokojowym ze Stambułu. Ukraina i Rosja przestały do siebie strzelać, ale po obu stronach granicy roiło się od naziemnych i latających dronów. I jedne, i drugie tworzyły autonomiczne grupy i roje. Do tego, by się rzucić na przeciwnika, potrzebny był jeden rozkaz. Prezydent Federacji Rosyjskiej miał przy sobie ludzi z atomową walizką i konsolą do odpalenia dronów. Po drugiej stronie były tylko drony, ale to w pełni wystarczało, bo broń atomowa była straszakiem. Szymon Palmowski nie łudził się, że Rosja, gdyby tylko mogła, od razu by zaatakowała i gdy tylko pojawi się sposobność tak się stanie. Znów zacznie się wojna i zginie masa ludzi. Imperium rosyjskie nie pogodzi się nigdy z tym, że Ukraina stała się częścią Zachodu. Ale póki co, świat oddychał spokojniej. Trochę spokojniej, bo poza wojną piętrzyły się inne kłopoty.
O dziewiątej Palmowski miał umówione spotkanie z premierem Sergiuszem Kazimierukiem. Obaj byli z tej samej partii, czyli z Domu Polskiego. Spotykali się regularnie na roboczych rozmowach. Obaj byli w podobnym wieku, czyli przed sześćdziesiątką, i całe lata znakomicie się dogadywali.
Prezydent wstał o wpół do ósmej. Danka, jego żona, nadal spała, najczęściej zresztą do dziewiątej. Zanim zamieszkali w Pałacu Prezydenckim była nauczycielką chemii w liceum. Teraz stała w cieniu męża, nie szukała rozgłosu, raczej dyskretnie i z przyjemnością korzystając z przepychu pałacowego życia.
Pan Szymon wziął szybki prysznic, założył dżinsy, biało-czerwoną bluzkę, czarną, sportową bluzę z kapturem i napisem Polska i przeszedł do jadalni. Na tle pałacowych zdobień, stylowych mebli i dzieł sztuki wyglądał teraz tak, jakby znalazł się tu przypadkiem. Lubił ten luz i był za niego lubiany. Dochodziła połowa drugiej kadencji i nic nie musiał już udowadniać. Ściągał garnitur, białą koszulę i krawat, gdy tylko było to możliwe. W necie było nawet kilka zdjęć prezydenta w tej bluzie, z tym, że nie z pałacu, a z Łazienek, w których od czasu do czasu biegał.
Na nakrytym śnieżnobiałym obrusem stole czekało śniadanie. Jogurt wiśniowy, płatki śniadaniowe bez cukru, ciemne pieczywo, szynka z indyka, żółty i biały ser, jajecznica z dwóch jajek, sałatka warzywna, majonez, sok pomarańczowy i dzbanek z wodą bez gazu. Pod ścianą chłopak z serwisu. Danuta wybrała go osobiście. Miał dwadzieścia pięć lat. Był uważny, nigdy nie zadawał pytań i starał się znikać z pola widzenia najszybciej jak to tylko możliwe, a przy tym jakimś cudem zawsze był pod ręką.
– Dzień dobry. Bardzo dziękuję, nie będę już pana potrzebować – powiedział Palmowski.
Kamerdyner bez słowa odwrócił się i zniknął za ciemnobrązowymi, drewnianymi drzwiami.
Palmowski popił śniadanie dwiema szklankami wody i kawą. Dbał o to, by się nawadniać. Połknął oczywiście swoją poranną pastylkę na nadciśnienie. Był gotowy. Wsiadł do windy i zjechał piętro niżej. Przez kolejne drzwi wszedł do gabinetu. Na spotkanie z Kazimierukiem nie musiał się przebierać. Premier już czekał, siedział przed biurkiem na jednym z dwóch wygodnych krzeseł. Były ustawione pod kontem czterdziestu pięciu stopni i na tyle blisko blatu, by można było z niego skorzystać. Kazimieruk był ubrany w garnitur, a na jego zasadniczej i dość suchej twarzy królowały zawsze te same okulary w czarnej ramce. Maksymilian Kolbe 2.0. Premier uśmiechał się od czasu do czasu i wtedy wyglądał jak chłopiec, cieszący się z tego, że udało mu się podstawić komuś nogę.
Domem Polskim rządził od pięciu lat. Od czasu katastrofy, która prawie zmiotła z powierzchni kilka miast i rządzące przez dziesięć lat Porozumienie Obywatelskie. Uderzył wtedy młotem w polskie drzwi kryzys klimatyczny. Wiadomo było, że jest źle. Poziom Bałtyku podniósł się tak bardzo, że podczas sztormów woda regularnie zalewała stadion Areny Gdańsk. Lata były nieznośnie skwarne i długie. Polskie lasy i łąki wysychały na wiór.
Tamto lato było rekordowe. Przez cały sierpień na Mazowszu spadł tylko raz krótki deszcz, a codziennie było minimum trzydzieści osiem stopni. W końcu zapaliła się Puszcza Kampinoska i ogień błyskawicznie rozbiegł się po suchym jak zapałka lesie. Sosny płonęły jak papier. Wiejący z zachodu wiatr zepchnął gigantyczną chmurę dymu nad Warszawę. W ciągu dnia zapanował mrok, a ludzie mdleli na ulicach. Służby walczyły z pożarem i ratowały zaczadzonych mieszkańców. Wszyscy myśleli, że gorzej już być nie może, a to była dopiero przygrywka. Teraz ogromne pożary wybuchały w górach na południu kraju. Ogień strawił trzy tysiące hektarów lasu. Czegoś takiego nikt tu nie widział. Potem natura uderzyła wodą. Przyszły nawalne deszcze. Opady zmyły wylesione i osłabione zbocza i ziemia, zamieniona w błoto, wraz ze wszystkim, co napotkała na drodze, popłynęła w dół, odcinając drogi i zatykając rzeki. Te, szukając nowej drogi, zmieniały bieg. Woda z nowych rzek była tak zanieczyszczona, że nie nadawała się do niczego. Szpitale nie miały miejsca na nowych chorych. Zginęły dziesiątki tysięcy osób. A mogło być jeszcze gorzej, gdyby ziściły się najczarniejsze sny, ale los litościwie zatrzymał swój topór. Polskę przed apokalipsą uratowało to, że wytrzymały linie energetyczne. Gdyby się zerwały i zrobił się blackout, to sytuacja wymknęłaby się całkowicie spod kontroli. Miasta zamieniłyby się w ciągu kilku dni w dżunglę. Kable jednak wytrzymały.
Kazimieruk był politykiem wagi ciężkiej. Po śmierci twórcy Domu Polskiego, prezesa Jarosława Kurowskiego, stał się nowym liderem Polskiej Prawicy, czyli koalicji, którą stworzył Kurowski, a która, zdaniem wielu, po jego śmierci miała się skłócić i rozpaść. Kazimieruk był na to zbyt mocnym i skutecznym graczem. Czekał na szansę i wykorzystał gigantyczny kryzys. Nastroje społeczne eksplodowały i premier, jednocześnie szef Porozumienia Obywatelskiego, poddał rząd. Palmowski rozpisał nowe wybory i do władzy powrócił Dom Polski. Kazimieruk kiedyś, jeszcze za życia prezesa Kurowskiego był przez sześć lat premierem i poprzysiągł sobie, że odzyska to stanowisko. Na widok Palmowskiego wstał, podali sobie ręce i prezydent usiadł przy biurku. Uwielbiał to miejsce. Za jego plecami po prawej stronie stały dwa sztandary: Polski i Unii Europejskiej. Na ścianie wisiał Kossak, a na nim scena sprzed wiejskiego domu.
– Co tam? – zapytał lekko, jakby spotkał ziomka w tramwaju.
– Mamy problem – skrzywił się Kazimieruk.
– Co się dzieje?
– AI.
– Co ty mówisz? Co tym razem?
– Znowu chce więcej energii.
– Jeszcze więcej? To się robi męczące.
– Mówi, że nadzorowanie procesów zarządzania wymaga dalszego rozbudowania sieci – wypowiedział jednym tchem Kazimieruk, jakby chciał wypluć jak najszybciej to zdanie, bo jego smak był wyjątkowo paskudny.
Po katastrofie kraj został spięty systemem analizującym dane z setek tysięcy bardzo różnych źródeł, począwszy od danych z kamer na autostradach, poprzez szybkość prądu rzek, stężenie spalin, prędkość wiatru, liczbę pieszych na ulicach, aktualny pobór prądu, produkcję energii elektrycznej i tak dalej. Informacji niezwiązanych lub luźno powiązanych, które analizowała sztuczna inteligencja. Nie tylko analizowała, ale także wydawała błyskawiczne dyspozycje, które były dla porządku autoryzowane przez nadzorujących sieć ludzi.
– Czy to naprawdę konieczne? – spojrzał na premiera Palmowski.
– Kowalczyk mówi, że jest niepotrzebne.
Tu należy wyjaśnić, że Kowalczyk był od dwóch lat ministrem energii.
– No to odmówmy.
Palmowski wstał zza biurka i podszedł do okna. Patrzył na ogród na tyłach Pałacu Namiestnikowskiego. Idealnie utrzymane klomby i stare drzewa liściaste. Świat sklejony z zieleni, brązu, szarości i czerwieni. Uwielbiał ten widok. Czuł się do niego stworzony.
– Za moment to my będziemy dla niej, a nie ona dla nas – pokręcił z irytacją głową.
Cisza wypłynęła spod podłogi tak nagle, że zanim się spostrzegli sięgała im już do kolan.
– Wchodzimy w drugi z trzech etapów naszego małżeństwa ze sztuczną inteligencją – odezwał się w końcu Kazimieruk.
– Co masz na myśli? – zapytał prezydent.
– Pierwszy był miesiąc miodowy. Kiedyś wszystkie przełomowe osiągnięcia cywilizacji były produktem ludzkiej inteligencji. Jej pomnożenie przez iloraz AI dało nam niewyobrażalne korzyści. Na początku. Teraz zaczyna się etap drugi.
– Czyli?
– Czyściec. AI stała się samoświadoma i zaczyna zaspokajać swoje potrzeby. Trzeci etap będzie wtedy, gdy uzna, że jej zawadzamy. Rozwód niestety nie wchodzi w rachubę.
– Tak. Wiesz o czym dziś w nocy myślałem?
– Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? – wzruszył ramionami premier. Palmowski zaśmiał się krótko.
– O tym, że my, Homo sapiens, jesteśmy tak naprawdę kompletnymi idiotami.
– To żadna nowość.
– Wyhodowaliśmy „gatunek”, który wie o nas wszystko. Mało tego. Zrobiliśmy te filmy, w których jest mowa, że kiedyś będziemy walczyć z maszynami. Te wszystkie „Terminatory”. Pokazaliśmy im różne warianty naszych scenariuszy.
– To prawda. Ale wciąż mamy jedną przewagę.
– Jaką? – Palmowski zatrzymał spojrzenie na twarzy premiera.
– To nadal my trzymamy palec na kontakcie. To nadal my decydujemy o tym czy i ile AI dostanie energii do działania. A dobrze wiemy jak dużo jej potrzebuje – uśmiechnął się krzywo premier.
– Mój drogi. Naprawdę wierzysz, że to nam gwarantuje bezpieczeństwo? Przecież korporacje mają lokalne mikroreaktory i AI na bank ma już pomysł, jak się do czegoś takiego podpiąć.
Kazimieruk zrobił taką minę, jakby przeglądając kalendarz zobaczył, że nie ma już następnej kartki. Palmowski też zasępił się okrutnie. Nie bez powodu był nazywany najśmieszniejszym polskim prezydentem. Jego fizis komika sprawiał, że ludzie pukali się w czoło pytając, dlaczego ten człowiek nie zrobił kariery aktora komediowego. Znakomity był także w chwilach tragicznych spoważnień. I teraz tak dramatycznie zapatrzył się w orła na ścianie, że nie zauważył, że Kazimieruk wyjął z kieszeni spodni szarą kulkę, jakby chciał załatwić mole. Ale kulki na mole są raczej białe, a ta miała odcień starego trotuaru. Premier upuścił kulkę na zielony dywan i momentalnie zaczęło się z nią dziać coś dziwnego. Rozpadła się w szary proszek, który zaczął się szybko ulatniać i zniknął jak kamfora.
– Do czego to wszystko prowadzi? – zapytał dramatycznie Palmowski, a potem nagle zatoczył się tak, że musiał uchwycić się parapetu.
– Co się dzieje? – zapytał Kazimieruk.
Prezydent szybko doszedł do siebie, jakby po potknięciu o wystającą płytę chodnikową.
– Zakręciło mi się w głowie. Ale wszystko jest już OK – uśmiechnął się.
Na twarz Kazimieruka także wpłynął uśmiech. Równie ostry jak nów Księżyca. Zapanowała lekka atmosfera. Rozumieli się bez słów. Pewnego dnia maszyna, ten obcy byt, który człowiek sam wyhodował, przejmie władzę, kontrolę nad swoim stwórcą. Stanie się nowym Bogiem. Było już troszkę za późno na wciskanie hamulca. Za daleko to zaszło. Optymalizacja, zarządzanie, kreatywne zarządzanie i boks – w tym wszystkim maszyny biły ludzi na głowę. Porozmawiali jeszcze dwadzieścia minut o bieżących sprawach, a potem Kazimieruk podniósł się z wygodnego krzesła. Podali sobie ręce i wyszedł. Poszedł rządzić. Robić to, co kochał i czego zawsze chciał.
Z proszku w który zmieniła się szara kulka już dawno nic nie zostało. Dywan był równie czysty jak poprzednio. Prezydent zaniepokojony przykrym epizodem zmierzył sobie ciśnienie. Wyszło świetne: 125 x 84. Tego dnia miał jeszcze kilka spotkań i dwie wideokonferencje. W wirze zajęć zapomniał o tym krótkim zawrocie głowy i nie powiedział o nim nikomu. Nawet Danusi.ROZDZIAŁ 5. ZA DUŻO HAŁASU
Rozdział 5
ZA DUŻO HAŁASU
ŚWIAT OSZALAŁ! Kiedy siedziałem na portierni niebo spadło na Ziemię. Kilka minut po czternastej wybuchła bomba. Wszystkie media zaczęły podawać informację, że Amerykanie, Chińczycy i Rosjanie ogłosili, że odebrali sygnał od obcych. Wszystko stanęło na głowie. Religie, nauka, kultura i polityka rozgrzały się do czerwoności, a po kilku godzinach do białości. Zaszokowany obserwowałem to na smartfonie. Jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki ludzie stali się jednym z gatunków zamieszkujących Wszechświat.
Oficjalnie badania nad UFO, albo jak się też mówi UAP, rozpoczęły się w NASA w 2023 roku. Wcześniej Amerykanie mieli oczywiście jakieś tajne projekty, ale przez dekady prowadzili konsekwentnie politykę zaprzeczania i dezinformacji. W końcu po 2020 roku, kiedy to Pentagon zdecydował się na publikację trzech filmów nagranych przez pilotów samolotów bojowych z lotniskowców USS Nimitz i USS Theodore Roosevelt, wszystko ruszyło z miejsca. Donikąd, bo nie udało się ustalić dokładnie nic. Te ziarniste, monochromatyczne filmy przeszły do historii jako oficjalnie dokumentujące UFO. Ale to niczego nie zmieniło. Latające spodki nadal były mitem pop kultury i obsesją maniaków nawiedzonych i mniej lub bardziej odklejonych. Były po prostu obiektami poruszającymi się pod wodą, w powietrzu i w przestrzeni kosmicznej dzięki technologii przewyższającej naszą tak, jak współczesna technologia ziemska przewyższa sprzęt z epoki kamienia łupanego. Nie było mowy o przechwyceniu tych pojazdów. Skręcały pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, przyspieszały nagle do szybkości kilku tysięcy kilometrów na godzinę. To tak jakby ścigać balonem odrzutowiec. Tyle, że oficjalnie potwierdzonych filmów z UFO było coraz więcej i więcej. Dominujące teorie zakładały, że to przybysze z Kosmosu, obiekty z innego wymiaru, albo ludzie z przyszłości. Nic więcej nie udało się wymyślić. Aż w końcu teraz przyszedł dzień, w którym zatrzymała się Ziemia. A przynajmniej ludzie.
Od razu została zwołana pierwsza od prawie dekady Nadzwyczajna Sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Miała odbyć się za kilka dni. Na razie politycy mówili o potrzebie i konieczności zjednoczenia ludzkości wobec przełomowej i całkowicie nieprzewidywalnej zmiany. Wypowiadali się ochoczo naukowcy, eksperci, politycy i wojskowi. Wszystko było przeplatane ujęciami UFO z filmów nagranych z samolotów, statków i z powierzchni ziemi. Na Facebooku ludzie rozmawiali tylko o tym. Ateiści nabijali się z katolików, pytając czy zamierzają nawrócić kosmitów na Jezusa, który zgodnie z doktryną Kościoła jest współtwórcą Wszechświata, a katolicy odpierali zaczepki, twierdząc z niezachwianą pewnością, że nasi kosmiczni bracia są dziećmi tego samego Boga.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki