-
nowość
Dźwięk Kamienia - ebook
Dźwięk Kamienia - ebook
Robert miał w życiu jedną zasadę: nurkować tam, gdzie inni się boją. W egipskim Dahab, kilkanaście metrów pod wodą, czuje coś, czego żaden podręcznik fizyki nie potrafi wytłumaczyć. Godzinę później, na zatłoczonym targu, spotyka dziewczynę, która nie umie otworzyć butelki z wodą i patrzy na tłum tak, jakby świat mógł ją w każdej chwili pochłonąć. Ma na imię Lia. I bardzo szybko okazuje się, że nie pochodzi z Egiptu. Nie pochodzi nawet z tego świata. Robert zostaje wciągnięty w świat równoległy, w którym wolność jest towarem reglamentowanym, a kontrola nad ludźmi sięga znacznie głębiej, niż mógłby przypuszczać. Razem z Lią musi zmierzyć się z pytaniem, komu tak naprawdę można zaufać po drugiej stronie granicy między światami. Niektórzy szukają ucieczki od świata. On znalazł taki, którego nikt nie powinien odkryć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398201209 |
| Rozmiar pliku: | 572 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Globalny kataklizm:
dowody na kosmiczne zderzenie u schyłku młodszego dryasu
(Synthesis of findings from the University of South Carolina, UC Santa Barbara and the Aegis Institute J. Root, M. Harrington, K. Voss et al. Journal of Quaternary Science, 2019)
Dwanaście tysięcy osiemset lat temu coś zresetowało życie na Ziemi – i nie jest to metafora.
W geologii istnieje pojęcie zdarzenia granicznego – momentu, który odciska się w skale tak wyraźnie, że można go odnaleźć wszędzie na świecie. Granica kredowo-paleogeńska, znana szerzej jako „warstwa irydu”, oznacza koniec ery dinozaurów. Warstwa młodszego dryasu1, datowana na około 12 800 lat przed naszą erą, jest jej mniej sławnym, ale równie bezlitosnym odpowiednikiem.
Zespoły badawcze z czterech kontynentów pobierały próbki gleby w Ameryce Północnej, Europie, Azji, Afryce i Australii z tej samej głębokości stratygraficznej. Wyniki były za każdym razem identyczne: czarna, zwęglona materia organiczna, nanodiamenty – minerały, które powstają wyłącznie w warunkach ekstremalnego ciśnienia i temperatury, mikroskopijne kuleczki szklane – stopione i gwałtownie schłodzone, oraz podwyższone stężenia platyny i irydu – pierwiastków rzadkich na powierzchni Ziemi2, za to pospolitych w ciałach kosmicznych.
Hipoteza wynikająca z wyników tych badań jest następująca: fragment lub fragmenty rozpadającej się komety weszły w atmosferę nad Ameryką Północną i eksplodowały w powietrzu, nie docierając do powierzchni3. To rozróżnienie jest istotne dla następstw tego zdarzenia. W 1908 roku zaobserwowano nad terenem ówczesnego Imperium Rosyjskiego podobną eksplozję powietrzną4, nazwaną Katastrofą Tunguską, ale ta, do której odnosiły się badania, była wielokrotnie potężniejsza.
Energia rozeszła się poziomo w atmosferze, zamiast oddziaływać pionowo na grunt. Szacowana energia zdarzenia wynosiła równowartość dziesiątek tysięcy bomb termoją- drowych detonowanych jednocześnie5. Dla porównania, by osiągnąć podobny efekt, należałoby zdetonować od 160 milionów do 1,6 miliarda bomb „Little Boy” z Hiroszimy albo 48 tysięcy ładunków „Tsar Bomba”. Cały szczytowy arsenał jądrowy zimnej wojny był od 34 do 340 razy słabszy niż
ten jeden impakt.
Skutki eksplozji w epoce młodszego dryasu były natychmiastowe i globalne.
Fala uderzeniowa przeszła przez atmosferę w ciągu kilku godzin. Lasy Ameryki Północnej zapłonęły od rozżarzonego do czerwoności materiału wyrzuconego w stratosferę, który opadał z powrotem na ziemię. Pożary objęły szacunkowo dziesięć procent całkowitej biomasy planety. Dym i pył przysłoniły słońce. Temperatura na półkuli północnej spadła gwałtownie i nie wróciła do normy przez ponad tysiąc lat – stąd nazwa młodszy dryas. Geolodzy przez dekady próbowali wyjaśnić ten zimny epizod klimatyczny stopniowymi zmianami oceanicznymi, aż dowody wskazały na przyczynę znacznie bardziej gwałtowną.
Jak wybuch nad Ameryką Północną wpłynął na całą planetę?
Eksplozja powietrzna tej skali nie zniszczyła tylko pojedynczego punktu na mapie. Atmosfera to gazowy ośrodek owijający całą planetę. Fala ciśnienia rozeszła się w niej jak w wodzie i obiegła glob w ciągu kilku godzin. Eksplozja wyrzuciła miliardy ton rozżarzonego pyłu, sadzy i stopionego materiału skalnego na wysokość kilkudziesięciu kilometrów. Stratosferyczne prądy strumieniowe roznosiły go po całej planecie przez tygodnie – w Ameryce Północnej za sprawą pożarów, a na reszcie kontynentów pod postacią opadającego rozżarzonego pyłu, tworząc znaną nam warstwę czarnej maty.
Jednocześnie – zanim nastało ochłodzenie – impuls termiczny eksplozji stopił ogromne masy lodu na krawędziach lądolodów laurentyjskiego i skandynawskiego. Miliardy ton słodkiej wody wlały się do Oceanu Atlantyckiego, zakłócając cyrkulację termohalinową – globalny system cyrkulacji oceanicznej, regulujący klimat całej planety. To właśnie zatrzymanie tej cyrkulacji w połączeniu z zasłoną pyłu utrzymało chłód przez ponad tysiąc lat. Globalny potop, potwierdzony geologicznie i obecny w mitologii każdej kultury, która przetrwała to zdarzenie, był jego bezpośrednią konsekwencją.
Zniknęła megafauna6. Mamuty, mastodony, konie amerykańskie, wielbłądy, lwy jaskiniowe – gatunki, które przeżyły poprzednie zlodowacenia – wyginęły w ciągu kilku stuleci po zdarzeniu granicznym. Zniknęła też kultura Clovis7, pierwsza dobrze udokumentowana ludność Ameryki Północnej. W zapisie archeologicznym widoczna jest przerwa – dopiero kilka tysięcy lat później w nielicznych miejscach świata jednocześnie pojawiły się rolnictwo, architektura monumentalna i pismo8.
Jakby ktoś wcisnął reset, a potem zmienił zdanie i wdusił play.
Eksplozja podczas młodszego dryasu nie jest teorią spiskową. Została udokumentowana geochemicznie i potwierdzona przez dziesiątki niezależnych zespołów badawczych na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Pytanie, które nauka zadaje zbyt rzadko, brzmi: co jeszcze wywołała energia tej skali?
Impakt o energii wielokrotnie przekraczającej jakąkolwiek broń jądrową generuje impuls elektromagnetyczny o zasięgu planetarnym.
Fizyka kwantowa zna pojęcie dekoherencji9 – procesu, w którym układ traci spójność i wybiera jeden stan z wielu możliwych. Normalnie zachodzi to na poziomie cząsteczek w ułamku sekundy. Energia, uwolniona przez zdarzenie w młodszym dryasie, mogła wywołać dekoherencję na poziomie znacznie wyższym niż cząsteczkowy. Ziemia jako układ fizyczny stanęła przed wyborem stanu.
Hipoteza, którą rozpatruje niniejszy artykuł, jest następująca: Ziemia nie wybrała jednego stanu – układ się podzielił na kilka osobnych rzeczywistości, niezależnie rozwijających się gałęzi. Po rozdzieleniu każda z nich miała własną historię elektromagnetyczną. Sygnały między nimi istniały, ale na częstotliwościach, których żaden z tych światów nie potrafił wykryć ani wytworzyć, ponieważ układy różniły się stopniem rozwoju na przestrzeni tysięcy lat.
Pytanie o to, co wydarzyło się 12 800 lat temu, dotyczy fizyki. Jednak co z tego wynika? To już pytanie o losy Wszechświata.
------------------------------------------------------------------------
1.
1 R.B. Firestone, A. West, J.P. Kennett i in., Evidence for an Extraterrestrial Impact 12,900 Years Ago That Contributed to the Megafaunal Extinctions and the Younger Dryas Cooling w Proceedings of the National Academy of Sciences, t. 104, nr 41, s. 16016–16021, USA 2007.
2.
2 J.P. Kennett, J.L. Wittke, T.E. Bunch i in., Nanodiamonds in the Younger Dryas boundary sediment layer w Science, t. 323, s. 94, New York 2009.
3.
3 M. Pino, A. M. Abarzúa, G. Astorga i in., Sedimentary record from Patagonia, southern Chile supports cosmic-impact triggering of biomass burning, climate change, and megafaunal extinctions at 12.8 ka w Nature Scientific Reports, t. 9, USA 2019.
4.
4 J.L. Powell, Premature rejection in science: The case of the Younger Dryas Impact Hypothesis w Science Progress, t. 105, nr 1, USA 2022.
5.
5 W.S. Wolbach, V. Adedeji, T.E. Bunch i in., Extraordinary biomass-burning episode and impact winter triggered by the Younger Dryas cosmic impact ∼12,800 years
ago; 1. Ice cores and glaciers w Journal of Geology, t. 126, nr 2, s. 165-184, USA 2018.
6.
6 P. S. Martin, Quaternary extinctions a prehistoric revolution, wyd. University of Arizona Press, Tuscon 1995.
7.
7 Tamże.
8.
8 J. M. Diamond, Guns, germs, and steel: a short history of everybody for the last 13,000 years, wyd. Vintage Books, London 2005.
9.
9 W. H. Zurek, Decoherence and quantum Darwinism: from quantum foundations to classical reality w Physics Today, t. 44, nr 10, s. 36-44, Cambridge 2025.ROZDZIAŁ
1
Słońce w Dahab operuje inaczej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Nie jest po prostu gorące; ono zdaje się wysysać kolory z otoczenia. Zostawia tylko wyblakły błękit nieba, sprany brąz gór Synaju i oślepiającą biel budynków. Przyjechałem tu dla innego błękitu – tego, który czeka pod powierzchnią Morza Czerwonego. Każdy potrzebuje jakiejś ucieczki. Moja miała smak soli i zapach ozonu z butli nurkowej.
W plecaku obok kilku sfatygowanych koszulek leżał mój prywatny portal do innego świata, składający się z automatu oddechowego Apeksa, maski z idealnie dopasowanym silikonem i komputera Suunto, który był jedynym kalendarzem, jakiego zamierzałem używać przez najbliższe dwa tygodnie. Plan był prosty: nurkować, jeść i spać. Powtarzać aż do wyczerpania zapasów tlenu i pieniędzy.
Tego ranka moim celem było Blue Hole. To miejsce działa na nurków jak magnes – jest piękne, zdradliwe i owiane legendami. Kiedy zanurzasz się w tej studni bez dna, czujesz respekt.
Płynąłem wzdłuż ściany rafy na głębokości dwudziestu kilku metrów, kiedy zauważyłem coś dziwnego. Nie była to żadna rzadka ryba ani gra świateł, do której zdążyłem przywyknąć. To było subtelne, niemal niezauważalne drżenie wody, jakby ktoś uderzył w gigantyczny, niewidzialny dzwon. Przez ułamek sekundy obraz przede mną delikatnie falował, kolory rafy straciły ostrość, a w uszach usłyszałem wibrujący pomruk, który nie pochodził z mojego automatu. Trwało to może dwie, trzy sekundy. Sprawdziłem komputer – wszystko było w normie. Zerknąłem na mojego partnera nurkowego, ale płynął spokojnie – niczego nie zauważył. Wzruszyłem ramionami, zrzucając to na karb narkozy azotowej, chociaż wiedziałem, że byłem na zbyt małej głębokości, by jej doświadczyć. Zignorowanie tajemniczego zjawiska okazało się błędem.
Kilka godzin później, po powrocie do Dahab, rzuciłem się w chaos lokalnego targu. To był mój rytuał. Zamiast hotelowych restauracji wolałem gwar nawoływań sprzedawców i zapachy przypraw, mieszające się z kurzem i ze słodką wonią owoców.
Przeciskałem się między straganami, kiedy nagle ją zobaczyłem. Stała na skraju niewielkiego placyku, przy stoisku z suszonymi daktylami. Przyciągnęła mój wzrok, bo była ubrana w prostą tunikę, przypominającą męską galabiję, a głowę osłaniała chustą. Jej stopy pokrywał piasek i kurz, stała boso. Coś w jej postawie – pewien rodzaj czujności, którego nie widuje się u ludzi zajętych codziennymi sprawami – przykuło moją uwagę. Poruszała się, jakby ziemia ją parzyła, a jej spojrzenie przeskakiwało z jednej osoby na drugą, zwracając uwagę na każdy, nawet najmniejszy ruch. Szukała czegoś albo kogoś.
Podszedłem bliżej i udałem, że oglądam miedziane lampy. Kiedy na chwilę odwróciła głowę w moją stronę, nasze spojrzenia się spotkały. I wtedy zrozumiałem. Miała najbardziej niezwykłe oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Były jasnoniebieskie, w odcieniu letniego nieba tuż po wschodzie słońca – czyste, niemal przezroczyste. Ten kolor był tak intensywny, a jednocześnie tak obcy w tym otoczeniu, że wyglądał jak anomalia. W jej spojrzeniu nie było jednak nic magicznego – zobaczyłem w nim tylko autentyczny strach.
Jej ciało zesztywniało, gdy zorientowała się, że ją obserwuję. Była jak aktorka na scenie, która zapomniała swojej kwestii i nagle zdała sobie sprawę, że cała widownia patrzy właśnie na nią. Zrobiła niepewny krok w tył – jej postawa wyrażała głębokie zagubienie, jakby kroczyła we mgle. Chyba czuła się obco wśród ludzi. Pozornie wyglądała jak wszyscy, ale zachowywała się inaczej – jak gdyby znalazła się w jakimś nowym, nieznanym sobie świecie. Zamiast krzyczeć lub uciekać na oślep, po prostu zamarła, próbując wtopić się w tło, co z jej oczami było z góry przegraną sprawą.
Wydało mi się to dziwne. Z jakiegoś powodu drżenie pod wodą i przerażona dziewczyna, wyjęta jakby z innej rzeczywistości, wydały mi się ze sobą połączone. Wiedziałem, że jeśli wykonam jakikolwiek gwałtowny ruch, dziewczyna ucieknie. Coś mi mówiło, że nie mogę na to pozwolić.
Uniosłem spokojnie otwarte dłonie w uniwersalnym, pokojowym geście i zrobiłem powolny krok w jej stronę. Mój arabski był daleki od perfekcji, ale spróbowałem nawiązać z nią kontakt.
– Wszystko w porządku? – zapytałem cicho. – Potrzebujesz pomocy?
Na dźwięk mojego głosu drgnęła. Jej oczy, te niesamowite oczy, skupiły się na mnie z nową intensywnością. Analizowała sytuację i prawdopodobnie próbowała zrozumieć, czy jestem zagrożeniem, czy może… szansą.
Nie odpowiedziała, mimo że jej wargi poruszyły się bezgłośnie. Była spragniona i głodna. Zrozumiałem to po tym, jak jej wzrok przylgnął na moment do pobliskiego stoiska, gdzie na rozgrzanym oleju skwierczały falafele.
– Chodź – powiedziałem jeszcze ciszej, wskazując głową małą, zacienioną knajpkę na uboczu. – Jesteś głodna. Kupię coś do jedzenia i zimną wodę. Nic więcej. Obiecuję.
Po długiej chwili, która wydawała się trwać wieczność, ledwo zauważalnie skinęła głową.
Szliśmy w milczeniu – ja krok przed nią, ona tuż za moimi plecami, jak cień. Czułem na karku jej czujne spojrzenie, które lustrowało każdy mój ruch. Knajpka, którą wybrałem, była małą, rodzinną jadłodajnią z kilkoma plastikowymi stolikami schowanymi w cieniu markizy.
Odezwały się we mnie stare, wyuczone, taktyczne instynkty, które niejednokrotnie musiałem wykorzystywać, planując kilka kroków naprzód działania innych osób. Mimo że nigdy nie brałem czynnego udziału w akcjach, wiedziałem o nich więcej niż niejeden wojskowy, a ta wiedza i problemy, które musiałem rozwiązywać, zanim się pojawiły, dodawały mi energii. Patrząc na dziewczynę, czułem, że jest coś nietypowego w jej sytuacji, dlatego postanowiłem zachować dodatkową czujność. Instynktownie wskazałem jej krzesło w najdalszym rogu, z którego mogła obserwować całe pomieszczenie i wejście. Sam usiadłem na tym bardziej odsłoniętym, plecami do ulicy.
Podszedł do nas starszy mężczyzna z twarzą pooraną zmarszczkami jak wyschnięta ziemia. Zamówiłem dwie butelki zimnej wody, talerz ful medames – sycącej pasty z bobu, z jajkiem na twardo i świeżym chlebem aish baladi.
Kiedy przyniesiono nam napoje, oczy dziewczyny rozszerzyły się z niedowierzaniem. Patrzyła na przezroczystą, zamkniętą fabrycznie butelkę, jakby to był jakiś magiczny artefakt. Próbowała podważyć zakrętkę paznokciem, jakby nie znała zasady działania gwintu.
– Poczekaj – powiedziałem cicho. Sięgnąłem po jej butelkę, a ona cofnęła ją gwałtownie. Ponownie uniosłem dłonie. – Spokojnie. Tylko ją otworzę.
Z wahaniem mi ją podała. Cichy trzask łamanej plastikowej obręczy sprawił, że drgnęła. Gdy oddałem jej butelkę, piła długimi, chciwymi haustami.
Jedzenie pojawiło się chwilę później. Wzięła kawałek chleba, ale zamiast nabrać nim pasty, jak robią to miejscowi, ugryzła samo pieczywo. Miałem wrażenie, że bada jego smak.
– Jedz. Dobre – powiedziałem, samemu nabierając trochę fulu na swój chleb, żeby pokazać jej, jak to się je.
Z pełną koncentracją naśladowała moje ruchy, ale robiła to niezdarnie. Kiedy pierwszy kęs znalazł się w jej ustach, przymknęła na moment oczy.
– Bardzo dobre – wyszeptała.
– Nazywam się Robert – dodałem, wskazując na siebie. – Jak masz na imię?
Przełknęła kęs i spojrzała na mnie.
– Nie mam imienia, jestem numerem, oznaczeniem. Czasem… Czasem ktoś da ci przezwisko. Dźwięk, żeby cię zawołać. Jeden ze starszych, który był dla mnie dobry, mówił na mnie Lia. Bo zawsze mówiłam, że chciałabym zobaczyć morze. Lia w jego mowie oznacza falę.
Jadła dalej w milczeniu. Dopiero gdy prawie skończyła, odważyłem się spróbować ponownie.
– Jesteś w niebezpieczeństwie? – zapytałem.
Skinęła, nie podnosząc wzroku.
– Łowcy – odpowiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
W tym momencie gwałtownie uniosła głowę. Zamarła, nasłuchując.
– Co się dzieje? – szepnąłem.
– Oni… szukają – wyszeptała po arabsku. – Używają „dźwięku”.
– Jakiego dźwięku? – Pochyliłem się nad stołem. – Nic nie słyszę.
– Bo nie masz go słyszeć – odpowiedziała gorączkowo. – To nie jest dla was. Ten sygnał jest jak wołanie. Każdy z nas… Każdy, kto urodził się w Służbie, ma to w sobie od dziecka. Mały kamyk, który wkładają ci głęboko z tyłu głowy, tutaj. – Dotknęła palcem miejsca tuż pod linią włosów, nad kręgosłupem. – Kiedy Łowcy są blisko i używają swojego „pudełka”, ten kamyk zaczyna drżeć. Cicho piszczy w środku głowy. Nie da się od niego uciec. To ból. I znak.
– A co go… uspokaja? – szukałem słów.
– Woda. Dużo wody. Grube kamienie i metal. Kiedy jesteś pod ziemią albo wewnątrz wielkich, kamiennych budowli „kamień” milczy. Oni cię nie czują. Ale tutaj pod gołym niebem… – Machnęła ręką w stronę otwartej przestrzeni baru. – Wyczuwają cię od razu. Tak jak ty wyczuwasz ciepło ognia w zimną noc. Oni wiedzą, że tu jestem. Chodzą. Włączają „pudełko” i słuchają, czy mój „kamień” odpowiada krzykiem.
Nagle jej ciało znów się spięło. Pisk w jej głowie musiał stać się silniejszy.
– Są przy wejściu – syknęła. – Dwóch.
Automatycznie chciałem się odwrócić, ale jej dłoń wystrzeliła pod stołem i zacisnęła się na moim nadgarstku z zaskakującą siłą.
– Nie! – wyszeptała z desperacją. – Nie patrz. Nie daj im powodu.
Posłuchałem. Zerknąłem na odbicie w brudnej szybie za barem. Zobaczyłem w nim dwóch mężczyzn wyglądających jak turyści. Poruszali się jednak z ostrożnością drapieżników. Wyższy z nich skanował wzrokiem wnętrze knajpki. Drugi trzymał w dłoni coś, co wyglądało jak stary telefon komórkowy. Gdy wcisnął przycisk, Lia się wzdrygnęła, a z jej ust wyrwał się cichy, zduszony jęk bólu. A więc to było to „pudełko”.
Wyższy Łowca zauważył jej reakcję i obrócił powoli głowę w naszą stronę. Jego twarz nie wyrażała triumfu ani innych emocji – miał spojrzenie kogoś, kto właśnie zlokalizował zgubioną przesyłkę. Powiedział coś do partnera, a ten schował urządzenie i obaj ruszyli w naszą stronę. Nie spieszyli się.
– Miałam plan – szepnęła Lia z rozczarowaniem w głosie. – Chciałam ich rozproszyć. Ale są lepsi, niż mówiono w opowieściach. Nie zareagowali na nic, dopóki nie mieli pewności.
– Więc improwizujemy – stwierdziłem. Adrenalina zaczęła wypierać strach. – Zaufaj mi.
Zanim zdążyła zaprotestować, wstałem, chwyciłem nasz stolik i z całą siłą pchnąłem go w stronę nadchodzących Łowców. Nie w akcie brawury, a w akcie chłodnej kalkulacji. Zrobiłem dokładnie to, czego się nie spodziewali – eskalowałem sytuację. Stolik z hukiem uderzył niższego z nich w kolana. Zaskoczony stracił równowagę i runął na ziemię, pociągając za sobą krzesło. Drugi Łowca był profesjonalistą i zamiast rzucić się na mnie, odskoczył błyskawicznie w bok.
Właściciel zaczął krzyczeć, kiedy zrobiło się zamieszanie.
– Chodź! – krzyknąłem do Lii, wskazując na kuchnię.
Tym razem posłuchała. Dzięki chaosowi, który stworzyłem, przemknęła jak duch i zniknęła za zasłoną z koralików prowadzącą na zaplecze. Wyższy Łowca podjął decyzję w ułamku sekundy: zignorował mnie – pewnie dlatego, że nie byłem jego celem – i ruszył za nią.
Wiedziałem, że mam wybór. Zanim moje nogi zdążyły wykonać pierwszy krok, czas jakby zwolnił. W mojej głowie zapanowała absolutna, ogłuszająca cisza. Ta sama, przed którą uciekłem na drugi koniec świata.
Co ty robisz, idioto? To nie twoja sprawa, przecież jesteś na wakacjach. Masz bilet powrotny. I mieszkanie, do którego wrócisz – puste, ciche, ale własne. Masz pracę, która cię wyczerpuje, ale daje też mnóstwo satysfakcji z dobrze wykonywanego zadania. Z przewidywania. Z dbania o zespół. Odpowiedzialność, która na tobie ciąży, co prawda sprawia, że zaczynasz nienawidzić tego, co robisz, ale tylko tak możesz opłacić rachunki. Masz życie. Może nie jest idealne, może jest złamane i posklejane taśmą, ale jest twoje.
W tej samej chwili wyłoniła się inna myśl. A co, jeśli nie zapomnisz? Jeśli do końca życia będziesz siedział samotnie w mieszkaniu i zastanawiał się, co się z nią stało? Do tej pory pamiętasz chłopaka stojącego na barierce mostu. Widziałeś go z daleka. Zastanawiałeś się, czy zadzwonić po pomoc, podbiec albo krzyknąć. Wahałeś się może trzy, cztery sekundy. Wystarczająco długo, by odblokować telefon. I wystarczająco długo, by on skoczył. A teraz pamiętasz tylko pustkę na barierce i ciszę, która zapadła, zanim rozległy się krzyki innych.
Uciekałem przed jedną pustką po kimś, kto odszedł. Ale też miałem w sobie drugą lukę – ciszę, która powstała przez kilka sekund wahania, kosztujących kogoś życie. I ona była o wiele gorsza.
Nie czułem się bohaterem. Czułem strach. Ale pod nim kryło się coś jeszcze. Coś, czego nie czułem od lat – ciekawość i iskra życia.
Wybór był prosty. Mogłem znów się zawahać i do końca życia słyszeć echo tej nowej ciszy. Albo mogłem pobiec za Lią w sam środek nieznanego.
Czas ruszył z kopyta. Gwar otoczenia wrócił z całą mocą. Rzuciłem na stół kilka monet i, nie oglądając się za siebie, ruszyłem w stronę kuchni.ROZDZIAŁ
2
W kuchni było jak w piekle. Gorąco i wilgoć uderzały jak fizyczne ciosy. Wszechobecny syk oleju na rozgrzanych patelniach przeplatał się z metalicznym brzękiem uderzających o siebie naczyń, a w powietrzu unosił się ostry zapach czosnku i potu. Dwaj kucharze w brudnych podkoszulkach odwrócili się w moim kierunku, gdy wpadłem do środka jak burza. Wyglądali na zszokowanych. Lia znikała już za uchylonymi na tyłach kuchni drzwiami, prowadzącymi do wąskiej, cuchnącej alejki, a tuż za nią, jak cień, podążał wyższy z Łowców. Poruszał się płynnie, energicznie i bez wahania. Odepchnął jednego z kucharzy, który stanął mu na drodze, z taką siłą, że mężczyzna uderzył o ścianę i osunął się na ziemię z jękiem.
Nie miałem czasu na myślenie. Umysł opustoszał, a ciało zadziałało instynktownie. Chwyciłem z blatu ciężką, żeliwną patelnię – wciąż gorącą i ociekającą tłuszczem – i z całej siły cisnąłem nią w plecy Łowcy.
Nie spodziewał się tego. Nie spodziewał się, że ja, przypadkowy świadek, element tła, zacznę działać.
Patelnia uderzyła go między łopatki z głuchym odgłosem. Zachwiał się i na moment stracił tempo. To wystarczyło, abym mógł przemknąć obok – poczułem falę gorąca bijącą od jego ciała. Wypadłem na zewnątrz wprost w oślepiające, brutalne światło słońca.
Alejka na tyłach była istnym labiryntem. Wąski przesmyk między surowymi ścianami budynków zastawiały poobijane kubły na śmieci i worki, z których wysypywały się gnijące resztki jedzenia. Smród był obezwładniający. Lia biegła boso, z zadziwiającą zwinnością, kilka metrów przede mną, jakby wychowała się w podobnych zaułkach. Obejrzała się przez ramię. W jej niebieskich, teraz rozszerzonych oczach dostrzegłem strach i zdumienie, że za nią podążyłem.
– Woda! – krzyknąłem, używając najprostszego słowa, jakie przyszło mi do głowy. – Morze! Wrak statku! Ukryj się w nim, nie przy nim! Będę tam!
Skinęła głową i zniknęła za rogiem. Usłyszałem za sobą rytmicznie i nieubłaganie zbliżające się kroki. Łowca otrząsnął się znacznie szybciej, niż zakładałem.
Wiedziałem, że muszę go odciągnąć. Rozdzielenie się było naszą jedyną szansą. Zamiast biec za Lią, skręciłem w przeciwnym kierunku i wypadłem na nieco szerszą uliczkę. Przewróciłem pusty, metalowy wózek, który z brzękiem potoczył się pod nogi nadbiegającego Łowcy. Ten przeskoczył go z kocią zwinnością, nawet na moment nie zwalniając. Był maszyną stworzoną do pościgu.
Wbiegłem na główną ulicę i wtopiłem się w mieszaninę turystów, nawołujących sprzedawców i biegających wszędzie dzieci. Liczyłem na to, że w tłumie będę bezpieczniejszy, że zniknę. Łowca jednak się nie zrażał. Widziałem go kątem oka – był jakieś dwadzieścia metrów za mną. Szedł szybkim, zdecydowanym krokiem i patrzył prosto na mnie. Wiedziałem, że jego partner zaraz do niego dołączy. A ja stałem się przynętą.
Wtedy zobaczyłem mój ratunek: stary i zdezelowany skuter. Stał zaparkowany pod ścianą sklepu z pamiątkami. Wydawało mi się, że kluczyki wciąż tkwiły w stacyjce. Nie zastanawiałem się ani sekundy. Dobiegłem do niego i przekręciłem kluczyk, a silnik głośno zaskoczył z chrapliwym warkotem. Jakiś nastolatek, pewnie właściciel, zaczął biec w moją stronę, krzycząc coś po arabsku. Było już jednak za późno: odkręciłem manetkę gazu i z piskiem opon wbiłem się w gęsty ruch uliczny. W lusterku ujrzałem twarz Łowcy. Zamiast złości zobaczyłem na niej chłodną kalkulację, jakby zapamiętywał to, jak wyglądam.
Uderzył we mnie pęd powietrza. Adrenalina zagłuszała wszystko. Jechałem na oślep – byle w głąb miasta, byle jak najdalej od plaży. Skręciłem ostro, by ominąć tuk-tuka. Serce waliło mi w piersi.
Żyłem. Czułem, że żyję, i to uczucie było niemal bolesne. Od dawna nie czułem niczego z taką intensywnością.
Zacisnąłem zęby, wciskając się w szczelinę między autobusem a ścianą budynku. Smród spalin wypełnił mi płuca. Wiedziałem, że muszę zdobyć sprzęt – mój został w hotelu, a nie mogę tam wrócić, bo wiedzą, jak wyglądam. Znajdą mnie i hotel. Może centrum nurkowe? Jest na uboczu, powinno się udać.
Wyrwałem się z uliczki i wjechałem na pusty plac. Zatrzymałem się na chwilę, łapiąc oddech, i zacząłem kaszleć. Ironia – znowu walczyłem o oddech, ale tym razem było inaczej. Tym razem walczyłem, żeby żyć. A przecież przyjechałem tu, żeby dać sobie szansę na coś zupełnie odwrotnego. To dzisiejsze nurkowanie w Blue Hole. Ta nonszalancja, z jaką sprawdzałem sprzęt. Ta niepotrzebna głębokość. To było ciche przyzwolenie i otwarcie drzwi, choć mogło uchodzić za brawurę. Jeśli los zdecyduje, że to ten moment, nie będę protestował. To miała być moja pokuta. Moje rozwiązanie.
W efekcie ukradłem skuter i uciekałem przed jakimiś mordercami, a mój mózg pracował na najwyższych obrotach, planując, jak przeżyć kolejną godzinę. Wszystko dla dziewczyny, której nawet nie znam. Dziewczyny, która walczy o życie z taką siłą, jakiej ja nie miałem w sobie od lat. Która brutalnie przerwała mój starannie pielęgnowany, powolny dryf w stronę nicości.
Musiałem działać. Porzuciłem skuter w jakiejś bocznej alejce i ruszyłem pieszo, klucząc między budynkami w stronę centrum nurkowego „Desert Divers”. Co prawda znałem właściciela, ale poproszenie go o pomoc wiązało się ze zbyt dużym ryzykiem. Musiałem sam zdobyć to, czego potrzebowałem.
Pod osłoną zapadającego zmierzchu dotarłem na miejsce. Centrum było już zamknięte, dlatego wybiłem małe okienko w drzwiach na zapleczu, odblokowałem zamek i wślizgnąłem się do środka. W półmroku odnalazłem magazyn i spakowałem do toreb dwa kompletne zestawy sprzętu: butle, kamizelki, automaty, komputery, maski, płetwy. Miałem wszystko, czego potrzebowałem. Ciężar był ogromny, ale adrenalina nie pozwalała mi go odczuć.
Poszedłem na plażę inną drogą, wciąż trzymając się ciemnych zaułków. Noc była już głęboka, kiedy dotarłem w okolice wraku wciśniętego w małą, skalistą zatoczkę. Księżyc rzucał upiorną poświatę na skorodowany kadłub statku, który leżał na wpół w wodzie, a wszędzie panowała złowroga cisza.
Serce znów zaczęło mi walić. A co, jeśli jej nie ma? Jeśli ją złapali?
Podszedłem do wraku. Zacząłem go obchodzić, a moje stopy zapadały się w mokrym piasku. Na zardzewiałej, metalowej płycie kadłuba, tuż nad linią wody, widniał niewielki, mokry odcisk dłoni.
– Lia! – szepnąłem w stronę ciemnej dziury w burcie, z której wionęło chłodem i stęchlizną. – Lia, to ja, Robert!
Przez chwilę nic się nie działo, a potem usłyszałem cichy szelest. W otworze pojawiła się jej sylwetka. Dziewczyna była cała mokra, drżała z zimna, ale żyła. Jej niebieskie oczy nawet w mroku zdawały się świecić. Wyszła, rozglądając się nerwowo.
– Myślałam… Myślałam, że nie przyjdziesz – wyszeptała po arabsku.
– Obiecałem – odpowiedziałem, zrzucając ciężkie torby na piasek. – Ale nie możemy tu zostać. Musimy zniknąć. – Wskazałem na sprzęt, a potem na morze i dodałem: – Musimy wejść do wody.
Na jej twarzy zobaczyłem lęk, który nie miał nic wspólnego z Łowcami. To był strach przed wodą. Żywioł ją przerażał.
– Nie. – Potrząsnęła głową. – Nie. Tylko nie tam.
– Nie mamy wyboru, Lio – powiedziałem, otwierając torbę i wyciągając automat oddechowy. – Tylko tam nas nie znajdą. To nasza jedyna szansa.
Przygotowanie zestawów do nurkowania i zanurzenie były koszmarem. Gdy tylko woda sięgnęła jej szyi, zaczęła się szarpać. Ogarnęła ją panika – dokładnie taka jak wtedy, gdy traciłem Annę. Tym razem byłem na to gotowy. Objąłem ją mocno i unieruchomiłem, przyciskając do siebie – czekałem, aż pierwszy szok minie. W końcu zdała sobie sprawę, że może oddychać, i jej ciało lekko się rozluźniło.
Płynęliśmy tuż pod powierzchnią. Trzymałem ją za rękę, prowadząc wzdłuż skalistego wybrzeża. Czułem, jak cała drży. Każdy metr pod wodą był torturą zarówno dla niej, jak i dla mnie. Czułem narastający chłód jej ciała i widziałem, jak jej ruchy stają się coraz słabsze, a moje wspomnienia wracały z całą mocą. Czułem na sobie fantomowy uścisk Anny i smak słonej wody w płucach. Każdy kolejny metr był zwycięstwem nad demonami z przeszłości. Wiedziałem, że muszę walczyć nie tylko o Lię, ale też z moją paniką, która zaciskała mi gardło.
Jaskinię znalazłem po kilkunastu minutach, które wydały się wiecznością. Niewielka szczelina w klifie była prawie niewidoczna od strony morza. Wpłynęliśmy do środka i wynurzyliśmy się w niewielkiej, skalnej komorze. Było tu kompletnie ciemno i cicho. Słychać było tylko kapanie wody i nasze ciężkie, urywane oddechy.