Facebook - konwersja
Dźwięki duszy - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Dźwięki duszy - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7942-003-2
Język:
Polski
Data wydania:
1 stycznia 2013
Rozmiar pliku:
668 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
25,00
Cena w punktach Virtualo:
2500 pkt.

Dźwięki duszy - opis ebooka

Gra na skrzypcach to dla Elizy pasja, ale i lek na tęsknotę za mamą, której nie widziała od wielu lat. Niespodziewanie udział w międzynarodowym konkursie staje się szansą, aby odkryć prawdę o sobie i swojej rodzinie.

Pobyt w Londynie okazuje się wyzwaniem i wielką przygodą, która odmieni życie Elizy na zawsze.

„Dźwięki duszy” to opowieść o dojrzewaniu, dokonywaniu trudnych wyborów i wewnętrznych zmaganiach dorastającej dziewczyny.

W myślach wyruszyły w długą podróż do miejsc odległych, pełnych tajemnic i skrywanych prawd, do których tylko one miały dostęp. Rozmawiały ze sobą, nie otwierając przy tym ust. Mówiły w ten sposób więcej, niż mogłyby sobie przekazać za pomocą zwykłych środków komunikacji. Wspominały tamte chwile spędzone na odkrywaniu nowego świata, podzielonego na to, co rzeczywiste, i na to, co bajkowe. Tamte chwile, gdy matkę i córkę łączyła silna więź. Obie chętnie cofnęły się myślami w przeszłość, z nadzieją na odzyskanie tego, co zostało im odebrane. Muzyka dawała im niezwykłą możliwość podróżowania w czasie i przestrzeni. Dlaczego nie miałyby z niej skorzystać? W końcu o takich podróżach ludzie marzyli od stuleci.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Nie miała ani chwili do stracenia. Nacisnęła klamkę, weszła do środka i stanęła na końcu długiej kolejki.

Pewnie potrwa to całe wieki, pomyślała i spojrzała na zegarek.

W najstarszej cukierni w mieście przy okrągłych stolikach siedziało grono stałych klientów: starsze małżeństwo z pieskiem, para nastolatków, rodzina z dziećmi. W powietrzu unosił się aromat świeżych wypieków i kawy – produktów serwowanych na miejscu lub na wynos.

Eliza lubiła przychodzić tu z przyjaciółmi; siadali zawsze w tym samym miejscu, pod oknem, i rozmawiali o szkole, małych sukcesach i porażkach, o wszystkim, co ważne lub zupełnie błahe. Tego dnia nie miała jednak czasu na pogaduszki przy filiżance gorącej czekolady. Stała w kolejce po ciasto. Tuż przed nią starszy pan trzymał w dłoni przybrudzony kapelusz i wyciągał szyję do góry, aby przyjrzeć się czarno-białym zdjęciom. Kobieta z wózkiem dziecięcym szperała w portmonetce w poszukiwaniu drobnych. Odliczyła pieniądze zniszczonymi przez pracę dłońmi.

− Poproszę kawałek szarlotki – powiedziała Eliza.

Ściskając w dłoni reklamówkę, wybiegła na ulice rodzinnego miasta. Słyszała urywki rozmów, dyskusji i sporów. Ludzie rozprawiali o polityce, pogodzie i osobistych kłopotach. Nie chciała się temu przysłuchiwać. Wierzyła, że marzenia naprawdę się spełniają. Potrzebowała iskierki, a właściwie płomienia nadziei, że wszystko jest możliwe, bo to, do czego dążyła, wymagało nie lada odwagi i determinacji.

Przekroczywszy mosiężną bramę, weszła do parku. Wciągnęła powietrze i poczuła zapach świeżo skoszonej trawy.

Jeszcze tylko kilka kroków i będę w domu, pomyślała.

Gdy tylko zatrzasnęła za sobą drzwi, zdjęła z nóg sandały. Na lewej pięcie zrobił się bąbel, skóra zaczęła piec. Eliza przemyła stopę i przykleiła plaster. Babcia odradzała jej kupno tych butów, mówiła, że nie wyglądają na wygodne, ale dziewczyna się uparła, bo były naprawdę śliczne.

Podeszła do okna i odchyliła firankę. Gałązka bzu stukała w szybę. Zza rogu ulicy wyłonił się listonosz. Szedł powoli, z torbą na ramieniu. Otwierał skrzypiące furtki, odgarniał gałęzie nieprzycinanych od lat drzew i kierował się do cudzych domów, niosąc dobre lub złe wiadomości. Eliza obserwowała każdy jego ruch.

Kiedy listonosz wrzucił listy do skrzynki, Eliza wyszła z domu, aby je wyjąć. Rachunki, reklamy, korespondencja taty i jeden list zaadresowany do niej. Rozdarła kopertę i wstrzymała oddech. Po odczytaniu wiadomości pobiegła do pokoju. Spod łóżka wyciągnęła pudełka, zwinięty koc i kilka książek. Znalazła to, czego szukała – walizkę. Zajrzała do środka. Wszystko było gotowe. Brakowało tylko kilku ubrań, przewodnika po Londynie i płyty z ulubioną muzyką. Na dnie walizki schowała plik zdjęć, które chciała zabrać ze sobą. Wzięła je do ręki, zatrzymała wzrok na kilku z nich, spojrzała na twarze ukochanych ludzi, na ich czułe gesty, uśmiechy i grymasy.

− Mamo, gdziekolwiek jesteś, odnajdę cię – powiedziała na głos, jakby chciała, aby te plany stały się dzięki temu bardziej realne.

*

Po południu przyszła pani Helena, babcia Elizy, a tuż za nią pojawił się biało-szary kot Piętaszek. Przywitawszy się zwyczajnym miauknięciem, przeciągnął się i wbił pazurki w dywan.

− Gdzie byłeś, włóczęgo? – Eliza pogroziła mu palcem.

Babcia zdjęła kapelusik i pantofle i podała Elizie zakupy. Siwe włosy miała zaczesane do góry. Choć najwyraźniej nie dbała o powierzchowność, było w niej coś eleganckiego, co budziło zainteresowanie i szacunek.

− Babciu, nie powinnaś się przemęczać.

− Wiem, ale kiedy ostatnio byłam z wizytą, w lodówce świeciło pustkami.

Eliza zabrała się za wkładanie warzyw do lodówki.

− Mieliśmy wówczas kryzysową sytuację. Tato długo pracował, a ja przygotowywałam się do matury.

Babcia pokiwała głową, nie mówiąc nic.

− Kupiłam szarlotkę – powiedziała Eliza.

− Wstaw wodę na herbatę, moje dziecko, a ja chwilę odsapnę.

Eliza zaparzyła herbatę w indyjskim dzbanku, zakupionym niegdyś na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku. Zakochana po uszy w morskich falach i rozgrzanych od słońcach ziarnkach piasku, podczas tamtego wyjazdu rozważała ucieczkę z domu. Porzuciła ten pomysł tylko ze względu na to, że lato w Polsce trwa najwyżej dwa miesiące.

Pokroiła szarlotkę na kawałki i przełożyła je na szklane talerzyki.

− Jaka była moja mama? – Od dłuższego czasu wahała się, czy zadać to pytanie. Bardzo chciała poznać odpowiedź, ale jednocześnie miała wrażenie, że nie powinna poruszać tego tematu.

Babcia spojrzała na nią z uwagą.

− Nieuporządkowana.

− Co masz na myśli, babciu? Była bała-ganiarą?

− Nie. Twoja mama lubiła porządek. To świat jej uczuć był pogmatwany, trudny. Nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. Dlaczego pytasz?

− Tak niewiele o niej wiem...

Babcia popijała herbatę.

− Jesteś do niej taka podobna. Ta burza rudych włosów, ta drobna twarz, wysunięty podbródek... Dlatego właśnie twój tato nigdy o niej nie zapomni.

− Czy to źle?

− Nie wiem, dziecko. Powiedziałabym, że niełatwo. Twój tato bardzo ją kochał. Nigdy nie pogodził się z tym, że odeszła. Nie sprzedał pianina, przy którym uwielbiała przesiadywać, grając Czajkowskiego lub Mozarta. Nie pozbył się drobiazgów, które zbierała latami... − Zamilkła nagle, jakby powiedziała za wiele.

Jak z tych strzępów informacji, wyblakłych fotografii i starych listów stworzyć obraz osoby, za którą tęskni się przez całe życie? – myślała Eliza, słuchając ciepłego głosu babci, nieco smutna, że rozdrapuje rodzinne rany i zagłębia się w bolesnej przeszłości, o której wszyscy starali się zapomnieć. Czy nie miała jednak prawa tego robić? Zbyt długo godziła się na udawanie, że wszystko jest w porządku.

Ich rozmowę przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Paweł wrócił z pracy.

− Moje dwie perełki! – zawołał, ale jego słowa zagłuszył szum wody w łazience.

Gdy wszedł do kuchni, Eliza podała mu kubek z herbatą i list. Paweł czytał, marszcząc czoło i spoglądając to na kartkę, to na córkę.

− Nie pogratulujesz mi, tato?

Babcia siedziała, nie spuszczając z nich oczu, i czekała na to, co się wydarzy.

− Dostałam zaproszenie na konkurs skrzypcowy w Londynie – powiedziała Eliza.

− Przykro mi, nie stać nas na to.

− Wiem, tato, ale nie będziemy musieli wydawać ani grosza. Wszystko zostanie opłacone.

− Jesteś pewna?

− Tak.

Gdyby było inaczej, nawet nie próbowałaby go przekonywać. Nauczyciele pomogli jej wypełnić dokumenty, gdy ubiegała się o stypendium na ten wyjazd, a przyjaciele utwierdzali ją w przekonaniu, że da sobie radę. Paweł nie traktował poważnie jej zamiłowania do muzyki. Uważał, że to hobby, pasja, którą warto rozwijać, ale nic więcej, dlatego Eliza nie powiedziała mu wcześniej o swoich planach. Czekała na list, na potwierdzenie i zaproszenie, bo bez tego nie było sensu nic mówić.

Zapadła nieprzyjemna cisza. Piętaszek położył się u stóp dziewczyny, mrucząc cicho, ale ona nie poruszyła nawet palcem.

− Londyn to wielkie miasto, tam jest niebezpiecznie. Nie jestem pewny, czy dasz sobie radę sama.

− To międzynarodowy konkurs i moja życiowa szansa, tato.

Paweł odsunął krzesło, podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. W kraciastej koszuli i dżinsach wyglądał na wyluzowanego człowieka, który po pracy opowiada kolegom najlepsze dowcipy. Przyprószone siwizną włosy dodawały mu uroku, ale sprawiały również, że wyglądał na kogoś, z kim lepiej nie zadzierać. W rzeczywistości był nieco zamkniętym w sobie, zamyślonym człowiekiem, który stara się ze wszystkich sił sprostać życiowym zadaniom. Dzielił czas między pracę i wychowywanie nastoletniej córki. Często wydawało mu się, że kłopoty nigdy go nie opuszczają, i zapewne miał rację.

− Dlaczego zawsze masz wątpliwości, tato?

Paweł nie odpowiedział.

Eliza westchnęła, zmęczona i smutna. Prze-widywała, jaki obrót przybierze rozmowa, i niestety się nie pomyliła. Wyszła z kuchni. Na końcu języka miała kilka ciętych uwag, ale wolała ich nie wypowiadać na głos. Zwłaszcza przy babci. Poszła do swojego pokoju i usiadła na łóżku. Spojrzała na obraz, który wisiał po prawej stronie od okna. Wszystkie szczegóły i drobiazgi tętniły życiem; czerwień, pomarańcz i zieleń tonęły w słońcu. Każde pociągnięcie pędzla dopracowane, przemyślane, ruch uchwycony w locie. Dziewczyna z warkoczykami uśmiechała się, patrząc przed siebie, zamyślona i radosna. Jabłoń rzucała cień na jej ramiona, dłonie i włosy. Eliza, czasem z przekory, czasem z braku pomysłów, mówiła koleżankom, że ta dziewczyna to jej mama. Być może sama chciała wierzyć, że to prawda.

Podeszła do biurka, dotknęła skrzypiec, naprężyła struny. Bosymi stopami zagłębiła się w miękki dywan. Czuła, jak długie włókna oplatają jej palce i kostki. Położyła instrument na ramieniu i zaczęła grać. Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie jej tata, Eliza zamierzała pojechać do Londynu.

Tego wieczoru usiadła przy biurku, aby napisać kilka e-maili do koleżanek, pochwalić się zaproszeniem na koncert i pożalić, że tata nie ucieszył się z jej sukcesu tak, jak pragnęła. Wpatrzona w ekran, odczuwała lekką irytację. Ktoś inny na jej miejscu skakałby teraz z radości i urósłby w dumę. Życie nie było dla niej sprawiedliwe.

Do kuchni zeszła tylko po to, aby pożegnać się z babcią, która postanowiła wracać już do siebie. Pocałowała ją w policzek i życzyła dobrej nocy. Zwykle oglądali wspólnie telewizję lub rozma-wiali o błahostkach, ale tym razem Eliza nie miała ochoty na pogaduszki.

Kiedy za babcią zamknęły się drzwi, tata przywołał Elizę do pokoju gościnnego. Złożył gazetę i odsunął krzesło, zapraszając ją, aby usiadła.

− Jestem z ciebie dumny, wiesz o tym, prawda?

Znała tego typu zwroty na pamięć. Nie wróżyły nic dobrego. Spojrzała na niego bezradnie i krytycznie, zastanawiając się, czy kiedykolwiek pozwoli jej dorosnąć.

− Będziesz na siebie uważać?

Słyszała echo tych słów w swojej głowie, ale nie potrafiła zrozumieć, co oznaczają.

− Odpowiesz mi, Elizo? – Roześmiał się, widząc jej zaskoczoną minę.

− To znaczy, że... mogę jechać? – wydusiła wreszcie.

− Tak, dokładnie tak − powtórzył zatroskany.

Eliza objęła go i uścisnęła.

− Dziękuję, tato! – bąknęła, pełna wdzię-czności.

Paweł oparł się o ścianę, przekonany, że postąpił właściwie. Znał Elizę na tyle, aby wiedzieć, że nie popełni żadnego głupstwa, ale martwił się jak każdy ojciec. Wciąż miał wiele wątpliwości, ale postanowił zachować je dla siebie.

− Chodź, przygotuję pyszne kakao i obejrzymy jakąś komedię. Trzeba przecież uczcić twój sukces – powiedział i ruszył do kuchni, a córka za nim.

*

Następnego dnia Eliza wybrała się na zakupy do centrum handlowego i na pobliski bazar. Biegała po całym mieście, podekscytowana i radosna. Nie mogła się już doczekać, kiedy po raz pierwszy wsiądzie do samolotu i wyruszy w podróż do innego kraju. Cieszyła się na ten wyjazd, czuła, że to będzie przełom, pierwszy krok w stronę dorosłości i odpowiedzialności.

Grymasiła, oglądając każdą rzecz kilka razy. Nic jej się nie podobało, nic nie budziło zachwytu. Zadzwoniła do Patrycji, najlepszej koleżanki, aby poprosić o pomoc.

Gdy Patrycja wysiadła z tramwaju, poszły na lody do pobliskiej kawiarni. Usiadły, chowając się przed słońcem, i zaczęły plotkować i marzyć o kolorowej przyszłości. Wszystko wydawało się takie proste i łatwe, na wyciągnięcie ręki. Słuchały świergotu ptaków i cieszyły się zasłużonymi wakacjami. To, co najtrudniejsze, miały już za sobą. Teraz powinno pójść jak z płatka. Zdały maturę, złożyły dokumenty na studia, świat stał przed nimi otworem.

Eliza wróciła do domu z parą nowych, wygodnych butów. Uznała, że potrzebuje ich bardziej niż bluzek, których i tak miała sporo. Zadzwoniła do babci i zaprosiła ją na kolację, a potem zabrała się do pracy i przygotowała zapiekankę z makaronu.

Nie pytała więcej o mamę, postanowiła, że sama postara się ją odnaleźć. To było najrozsądniejsze rozwiązanie i jedyne, jakie przychodziło jej do głowy.

*

Z podręcznym bagażem pod pachą rozglądała się za wolnym miejscem. Usiadła, wyprostowała nogi i pospiesznie zapięła pasy, mimo że do startu pozostało kilka minut.

Starszy mężczyzna z dziewczynką rozmawiali o wakacjach w Polsce. Wymieniali się spostrzeżeniami i wrażeniami. Dziewczynka, przekonana o słuszności swoich opinii, tłumaczyła dziadkowi, dlaczego ma rację. Podsuwała zabawne anegdoty, zasłyszane od kuzynek lub nowo poznanych osób. Kobieta siedząca obok Elizy nerwowo szperała w torbie. W końcu wyciągnęła z niej telefon. Wyglądało na to, że coś ją martwi, niepokoi. Ponaglana przez obsługę, westchnęła i opadła na fotel.

Eliza przysunęła nos do szyby, patrzyła na skrzydła samolotu, myśląc o tym, że za moment ta wielka maszyna wzniesie się do góry.

Gdy stewardesy zaczęły wymachiwać rękoma, pokazując wyjścia ewakuacyjne, samolot drgnął. Koła zaczęły się kręcić po asfalcie, zmierzając w kierunku pasa startowego. Szybciej i szybciej, aż oderwały się od ziemi.

Eliza zamknęła oczy, wstrzymała oddech i zacisnąwszy palce na oparciu, uświadomiła sobie, że największa przygoda jej życia właśnie się rozpoczęła.Rozdział 2

Położyła walizkę na podłodze i rozejrzała się po pokoju. Podeszła do hotelowego okna, podniosła roletę i spojrzała na pobliski park, z którego dobiegały krzyki. Dzieci biegały, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Matki lub opiekunki popijały kawę i wymieniały się nowinkami, wykorzystując czas przed powrotem do domu i rutyny. Młodzi ludzie, w wieku Elizy lub nieco starsi, siedzieli na kocu, posilając się jedzeniem z pojemników. Przez chwilę przyglądała się tej scenie, zaciekawiona i przejęta. Potem otworzyła szafy, by sprawdzić, ile miejsca ma na ubrania i kosmetyki. Dostrzegła zalegający na półkach kurz. Wyjęła chusteczki higieniczne, przetarła drewno i zeskrobała z niego resztki gumy do żucia.

Co się wydarzy w ciągu najbliższych dwóch tygodni? – zastanawiała się, rozpakowując swoje rzeczy.

Potem wzięła prysznic; chłodna woda zmyła z niej trud podróży. Poprzedniej nocy kiepsko spała, więc zaczęło ogarniać ją zmęczenie. Zasnęła natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki.

Następnego dnia obudziła się o świcie. Założyła białą bluzeczkę i szorty i uczesała włosy. Potem zamknęła pokój i pobiegła do stołówki, aby coś przekąsić.

Promienie słońca wpadały przez uchylone okna i zatrzymywały się na podłodze, między wgłębieniami płytek, i na porcelanowych filiżankach. Siedzący przy stolikach ludzie wzdychali nad pełnymi talerzami. Odsuwane krzesła i ludzkie rozmowy wypełniały wnętrze mozaiką dźwięków. W powietrzu unosił się zapach grzanek i fasolki.

Idąc wzdłuż stolików, Eliza dotarła do szerokiej lady i przyjrzała się pełnym jedzenia półmiskom. Pulchna kobieta mieszała na patelni jajecznicę. Po chwili podniosła głowę, rozejrzała się po stołówce i zatrzymała wzrok na twarzy dziewczyny.

− W czym mogę pomóc?

Przestępując z nogi na nogę, Eliza zastanawiała się nad wyborem pierwszego w tym kraju dania. Po chwili na talerzu wylądowały: kanapka z tuńczykiem, sałatka z makaronem i tosty.

Usiadła przy jednym z wolnych stolików. Jedzenie, niestety, nie było smaczne. Spożywając niechętnie posiłek, zastanawiała się, jak spędzi pierwszy dzień w Londynie.

− Przyjechałaś na konkurs?

Nie zauważyła, kiedy do stolika przysiadła się młoda dziewczyna.

– Cześć, jestem Claire. Pochodzę z Francji. A ty?

− Eliza, z Polski.

− Przyjechałaś na konkurs? – spytała ponownie, wskazując na identyfikator zawieszony na szyi.

− Tak.

Claire miała na sobie krótką spódniczkę w kratkę, pomarańczową bluzkę i buty w gwiazdki. Krótkie włosy w kolorze czekolady kontrastowały z jasną cerą i zielonymi tęczówkami.

Eliza przypatrywała się dziewczynie z uwagą, jakby próbowała dostrzec coś więcej niż powierzchowność.

− Denerwujesz się przed występem?

− Trochę tak, wiadomo.

− A ja nie – powiedziała Claire. – Przyjechałam tu, żeby się dobrze bawić. Masz jakieś plany na dzisiaj? Zajęcia zaczynają się dopiero jutro po południu. Cały dzień dla nas! Chciałabym zobaczyć mnóstwo miejsc, ale samotne włóczenie się po mieście nie jest zbyt przyjemne.

− Planuję pojechać na południe Londynu, a potem do centrum.

− W takim razie może wybierzemy się razem?

− Super! Spotkajmy się tu za godzinę.

Tuż przed wyjściem Eliza postanowiła zabrać ze sobą skrzypce; były zbyt cenne, aby pozostawiać je bez opieki.

Najwyższy czas, aby odkryć prawdę, pomyślała, upinając włosy do góry.

Zeszła na parter, gdzie czekała na nią podekscytowana Claire. Dziewczyna, podobnie jak Eliza, nie rozstawała się ze skrzypcami. Przywitały się uśmiechem i krótkim uściskiem dłoni.

− Od dzisiaj jesteś moją kumpelą – powiedziała Claire, jakby to było zupełnie oczywiste.

Udały się na stację metra. W wagonie nie było wolnych miejsc. Stały przy drzwiach, z trudem łapiąc oddech. W powietrzu unosiła się woń mocnych perfum.

− Ile jeszcze stacji?

− Trzy.

Kiedy Eliza i Claire wreszcie dotarły na miejsce, odetchnęły z ulgą. Weszły do sklepiku, aby kupić wodę mineralną. Zza lady uśmiechał się do nich młody człowiek, który prawdopodobnie pochodził z Pakistanu lub Indii. Na półkach znajdowało się wszystko – od produktów spożywczych, w tym egzotycznych owoców, po artykuły papiernicze i kosmetyki. Wewnątrz czuć było charakterystyczny zapach przypraw. Eliza zauważyła polskie słodycze. Przystanęła, zaciekawiona. Wzięła czekoladki i zapłaciła przy kasie.

− Smaczne – stwierdziła Claire, gdy koleżanka ją poczęstowała.

Przyglądając się tabliczkom z nazwami ulic, szły przed siebie i chłonęły wszystko to, co widziały dookoła. Nic nie umykało ich uwadze, ani palmy rosnące w przydomowych ogródkach, ani kwadratowe okna, otulone pnączami.

− Jak myślisz, ile te domy mają lat?

− Pewnie ze sto, a może i więcej. – Claire zachichotała. – Ciekawe, czy w niektórych straszy.

− Oby nie – odparła Eliza, której myśli podążały już w innym kierunku.

Zerknęła na kartkę, adres się zgadzał: Richmond Road 95. Złapała się za nadgarstek, czując emocje pulsujące pod skórą.

− Mogę spytać, kogo szukasz?

− Szukam mamy. − Zatrzymała wzrok na budynku z brązowej cegły.

− Nie wspominałaś, że twoja mama mieszka w Londynie. Jesteś bardzo tajemnicza.

Eliza potrząsnęła głową. To był sekret, o którym nie mówiła nikomu. Teraz nie musiała się z tym kryć, mogła wreszcie wprowadzić swój plan w życie. Tylko czy odkryte ślady zaprowadzą ją do celu?

Na schodach poustawiane były doniczki z kwiatami. Ktoś dbał o to, aby nie brakowało im wody. Mimo upału rośliny wyglądały zdrowo i pięknie. Eliza powoli podeszła do drzwi. Kołatka w kształcie słońca miała nadpękniętą rączkę, dziewczyna trzymała ją przez moment, a potem zapukała. Najpierw usłyszała kroki w korytarzu, potem szczęk zamka. Drzwi gwałtownie się otworzyły, ukazując mężczyznę w średnim wieku, o atletycznej budowie ciała, rudawych włosach i sympatycznej, niczym niewyróżniającej się twarzy.

Spojrzał na nią i ziewnął.

− Witam, młoda damo – powiedział, nie pozwalając Elizie dojść do słowa. – Nie kupuję ciasteczek, nie cierpię lokalnych imprez, nie zamierzam podpisywać petycji i nie wezmę udziału w żadnej ankiecie.

− Przyszłam w zupełnie innej sprawie. Szukam mamy.

− I jak miałbym ci pomóc? Nie jestem policjantem ani prywatnym detektywem – odparł z rozbawieniem.

Eliza wyciągnęła z torebki kilka pożółkłych kartek.

− Mama korespondowała z kimś, kto mieszkał w tym domu.

− Skąd jesteś?

− Z Polski.

Mężczyzna przetarł zaspane oczy. Miał na sobie długi szlafrok i kapcie z pomponami.

− Jak się nazywa twoja mama?

− Anna Korbat.

− Mógłbym zobaczyć te listy?

Wziął do ręki kartki, zaczął czytać, pocierając przy tym nos i wzdychając.

− Być może chodzi o mojego kuzyna. Zmarł kilka lat temu w tragicznym wypadku. Jak długo szukasz mamy?

− Mama odeszła, gdy miałam sześć lat. Nie widziałam jej od tamtego czasu.

Mężczyzna podniósł głowę, trzymając się za podbródek.

− Na rogu jest restauracja. Spotkajmy się tam za piętnaście minut. Chciałbym z tobą porozmawiać.

− Dobrze.

Skinął głową i zatrzasnął drzwi.

− Co powiedział? – dopytywała się stojąca na chodniku Claire.

− Poprosił, abyśmy zaczekały na niego w restauracji na rogu.

Poszły tam, nie bardzo wiedząc, czego mogą się spodziewać. Usiadły przy stoliku i rozejrzały się wokół. W restauracji było dość ciemno. Na ścianach wisiały obrazy oprawione w ciężkie drewniane ramy. W powietrzu unosił się zapach kadzideł. Przy pianinie młoda dziewczyna w króciutkiej spódniczce grała Vivaldiego.

− Dziwne miejsce – stwierdziła Claire.

− Usiądźmy i poczekajmy na niego. Jeśli chcesz, możemy się spotkać na mieście za godzinkę albo dwie – zaproponowała Eliza.

Claire posłała jej chłodne spojrzenie.

− Nie zostawię cię samej w takiej chwili. Za kogo mnie uważasz?

Kilka stolików dalej starsze małżeństwo przeglądało zdjęcia. Śmiali się, wspominając wspólne wycieczki. W ich oczach wciąż błyszczały młodzieńcze ogniki podekscytowania i radości. Kobieta podniosła do góry dłoń z czarno-białą fotografią. Mężczyzna palił fajkę i popijał czerwone wino. Mówili o różnych wydarzeniach czystym londyńskim cockneyem, lekko się drocząc. Wyglądali na szczęśliwych i zadowolonych z życia, na ludzi, którzy mają czas i możliwości, aby doceniać każdą chwilę podarowaną przez los. Tuż przed nimi siedziała samotna kobieta i sączyła czarną kawę.

Eliza i Claire siedziały zamyślone, żadna nic nie mówiła. Kelnerka zaproponowała im coś do picia i podała menu. Nie chciały odmówić, więc poprosiły o dwie szklanki soku.

Po upływie dwudziestu minut zaczęły zbierać się do wyjścia. Czekały już zbyt długo. Gdy poprosiły o rachunek, mężczyzna stanął w drzwiach restauracji.

− Przepraszam, że musiałyście na mnie czekać. Macie ochotę coś przekąsić?

− Raczej nie – mruknęła Claire.

− Tak przy okazji, nazywam się Oliver Bonar.

− Claire i Eliza.

Kelnerka przyniosła tacę z jedzeniem. Na talerzach królowały: francuskie pieczywo, kilka rodzajów szynek i sera oraz różne sosy i grillowane warzywa.

− Przykro mi z powodu twojej mamy – odezwał się Oliver, smarując bagietkę masłem. – Niczego nie mogę ci obiecać, ale postaram się czegoś dowiedzieć. Przez długi czas podejrzewałem, że Andrew został zamordowany. Nie mam żadnych dowodów, zupełnie nic. To tylko moje przypuszczenia. Dlatego pytam, czy mógłbym zatrzymać te listy. Jest w nich coś intrygującego.

− Uważa pan, że moja mama była w to zamie-szana?

− Tego nie wiem, ale chciałbym się dowie-dzieć.

Eliza wstrzymała oddech.

− Przestraszyłem cię, prawda? Przepraszam. Nie zamierzałem tego robić, ale jednocześnie muszę być z tobą szczery.

− Gdzie mam jej szukać? Co mam zrobić? – spytała Eliza, zrzucając na podłogę wszystkie serwetki. − Kim był pana kuzyn? Jak to możliwe, że poznał mamę? Nic z tego nie rozumiem.

− Miał dużo pieniędzy, jeździł po świecie. Nasi dziadkowie pochodzili z Polski. Zostali tu po wojnie. Mówił mi, że próbuje odnaleźć rodzinę. Być może w ten sposób poznał twoją mamę. Nie wiem.

− Zostawiła nas, odeszła. Może nie powinnam jej szukać?

− Wybór należy do ciebie.

Claire przenosiła wzrok z jednej osoby na drugą. Przysłuchiwała im się uważnie z zaciśniętymi ustami.

− Chodźmy stąd, Elizo – powiedziała w pewnej chwili.

Oliver wstał, zdezorientowany.

− Poczekaj. Czy twój ojciec wiedział o tym romansie?

− Nie sądzę. To raczej niemożliwe. Wiem, że zgłosił na policję jej zaginięcie. A potem przyszło kilka listów z Francji. Pisała, że nie wróci.

− Dziwna historia.

Eliza wyjęła jedną fotografię matki i pokazała ją Oliverowi.

− Jesteś do niej uderzająco podobna – stwie-rdził.

− A może mama nie chce, abyśmy ją odnaleźli? Gdyby zależało jej na spotkaniu, przyjechałaby do Polski.

− A jeśli nie mogła wrócić?

− Co ma pan na myśli?

− Nic. Tak tylko się zastanawiam. Pomogę ci. To mój numer telefonu. Wyślij mi SMS. Będziemy w kontakcie. Obiecuję, że zrobię, co będę mógł. − Spojrzał na nią badawczo.

− Dziękuję.

Gdy wyszły na ulicę, Claire przyspieszyła, nie odwracając się za siebie. Była zła. Ale dlaczego?

− Nie ufam mu ani trochę. Nawciskał ci kitów. Uważam, że on nawet nie zna nikogo o imieniu Andrew. Teraz pewnie zanosi się ze śmiechu, że oszukał takie dwie naiwne dziewczynki jak my. Trzymaj się od niego z daleka, proszę cię.

Eliza się zatrzymała.

− Babcia kiedyś powiedziała, że mama miała trudną przeszłość. Jej świat był skomplikowany, pogmatwany – przypomniała sobie. – A jeśli on nie kłamał, Claire? Co, jeśli mówił prawdę?

Dziewczyna milczała przez chwilę.

− Wówczas będę ci współczuć, bo to nie wróży nic dobrego.

− Co byś zrobiła na moim miejscu?

− Byłabym ostrożna. A teraz chodźmy stąd i nie rozmawiajmy już o tym, dobrze? Przykro mi z powodu twojej mamy, ale nie chciałabym, abyś wpadła w tarapaty. Spróbuj o tym nie myśleć. Zastanowimy się później, jak ją odszukać.

*

Pojechały na Oxford Street. Spacerując, zatrzymywały się przed witrynami, aby podziwiać najnowsze trendy w modzie, tyle że ceny nie były zbyt kuszące, przyprawiały wręcz o zawrót głowy. Weszły do jednego ze sklepów. Wybrały kilka sukienek i poszły do przymierzalni.

− Nie stać nas na to – stwierdziła Eliza, wzruszając ramionami.

− Wiem, ale nikt nam nie zabroni przymierzyć. Chodź!

Eliza zasłoniła granatową kotarę, zdjęła bawełnianą koszulkę i założyła sukienkę. Wyglądała w niej zbyt szczupło. Mimo to chętnie kupiłaby coś tak zupełnie odmiennego od wszystkich ubrań, które nosiła na co dzień. Przyjrzała się swojej twarzy, przypominając sobie słowa babci. Rzeczywiście stawała się coraz bardziej podobna do mamy. Nawet Oliver natychmiast to zauważył. Nie bardzo wiedziała, co myśleć o spotkaniu z tym człowiekiem. Claire twierdziła, że nie mówił prawdy. Eliza nie zamierzała ślepo mu wierzyć, ale nie mogła udawać, że ta sprawa już jej nie dotyczy.

− Pokaż się! − Claire, jak prawdziwa znawczyni, z poważną miną obrzuciła Elizę spojrzeniem i powiedziała:

− Wyglądasz rewelacyjnie!

Ekspedientka nie spuszczała ich z oczu.

− Spójrz – mówiła Claire – piękny materiał. Taki delikatny, przyjemny. Wyglądamy jak rozkapryszone panienki z bogatych domów.

Po kilku minutach odłożyły ubrania na miejsce. Choć nie kupiły nawet skarpetek, opuściły sklep zadowolone.

− Pójdziemy coś zjeść? – spytała Claire.

− Chętnie, ale nie mamy za dużo pieniędzy.

− Ale mamy skrzypce. Nie martw się! Przy-ciągniemy tłumy.

W Hyde Parku Claire zdjęła buty i drepcząc po trawie, szepnęła Elizie na ucho kilka słów.

− Zaczynamy.

Wznoszące się i opadające kolejno dźwięki melodii ożywały, nabierały rozmachu i trwały. Czasem odzywały się głośno i mocno, zwiastując zmianę, czasem płynęły, zaskakując bogactwem i intensywnością. Ludzie spoglądali ukradkiem na skrzypaczki, zaciekawieni i zaintrygowani. Niektórzy przystawali w poszukiwaniu drobnych. Połyskujące monety wpadały do futerału, z brzękiem obijając się o siebie. Tymczasem dziewczyny, pochłonięte muzyką, odkrywały odległe zakątki duszy, przemierzały krainy wyobraźni. Popełniły kilka błędów, ale tylko prawdziwy znawca mógł je wychwycić. Przynajmniej taką miały nadzieję.

− Szybko! Zmywamy się! – zawołała w pewnym momencie Claire, podnosząc z ziemi swoje rzeczy i pieniądze. − Nie odwracaj się. Musimy zwiewać!

Claire była zwinna i szybka. Biegła między turystami, nie oglądając się za siebie. Eliza z trudem dotrzymywała jej kroku. Nie rozumiała dziwnego zachowania koleżanki, która bez żadnych wyjaśnień nagle zaczęła uciekać. Dopiero po kilku minutach Claire zatrzymała się i zaczekała na Elizę.

− Trzeba mieć pozwolenie, żeby grać w miejscach publicznych. A my go nie mamy, prawda? Więc jak idą gliny, nogi za pas! – wyjaśniła.

− Słucham? Nie miałam o tym pojęcia!

− Prawie pięć dych! Super! – Claire śmiała się, wyciągając z kieszeni pieniądze.

− Jesteś totalnie zwariowana – stwierdziła Eliza.

Idąc w stronę Green Parku, weszły do chińskiego baru, skuszone promocyjną ceną, obwieszczaną przez przejmującego grozą smoka. Nałożyły sobie na talerze potrawy o egzotycznych nazwach i usiadły przy stoliku, naprzeciwko drzewa bambusowego. Sącząc colę, próbowały owoców morza, ryżu z kurczakiem i warzywami oraz makaronu w słodko-kwaśnej potrawce.

− Lubię krewetki, a ty? – spytała Claire.

− Ja też. Moja babcia podsmaża je na patelni. Znalazła jakiś przepis w lokalnej gazecie.

− Mieszkasz z babcią? – zdziwiła się.

− Nie. Z tatą, ale babcia często do nas wpada, żeby ugotować coś smacznego. Tato rzadko ma czas na kulinarne eksperymenty, ja zresztą też. W ostatnich miesiącach przygotowywałam się do matury, miałam sporo pracy. Cieszę się, że zdałam i nie muszę już o tym myśleć.

Claire zawijała makaron na widelec, pomagając sobie przy tym łyżką.

− Idziesz na studia?

− Złożyłam dokumenty na kilka uczelni. Może dopisze mi szczęście. Tato uważa, że powinnam studiować rachunkowość, aby potem znaleźć dobrą pracę, ale to zupełnie nie dla mnie – odparła Eliza.

− Rodzice uważają, że wiedzą lepiej od nas, czego chcemy. Bardzo mnie to irytuje. Nie jestem córką, o której marzyli, ale cóż, trudno.

Jej słowa zostały zagłuszone przez pokrzykiwania grupy nastolatków, zapewne turystów, wymieniających się telefonami komórkowymi. Oglądali zdjęcia z wycieczki po mieście. Kelnerki zbierały ze stolików brudne talerze, proponowały wino, piwo lub mocne drinki. Biegały z pełnymi tacami, zawsze gotowe, aby pomóc lub służyć radą. Na zewnątrz pięknie świeciło słońce, ale w środku panował półmrok, bo okna były zasłonięte czarnymi roletami, a wnętrze rozjaśniał blask świec.

− Jestem tak pełna, że chyba zaraz eksploduję – oznajmiła Claire znużonym głosem, odsuwając od siebie talerz. – Nie wiem, czy dam radę wstać od stołu.

Eliza nie mogła powstrzymać śmiechu. Ona również zjadła trochę za dużo. Zapłaciły za obiad i poszły na Trafalgar Square, gdzie przy pomnikach kręciło się mnóstwo ludzi.

− Usiądźmy na schodach – zaproponowała Claire. – A potem możemy zajrzeć do National Gallery, żeby zobaczyć te słynne słoneczniki van Gogha.

Z fontanny tryskał strumień, przynosząc miłe orzeźwienie. Niektórzy zdejmowali buty i nie zważając na nic, zanurzali bose stopy w wodzie. Czerwone, piętrowe autobusy przemykały ulicami, wożąc tysiące ludzi zwiedzających Londyn. Kierowcy taksówek trąbili, próbując zwabić kolejnych klientów.

− To niesamowite, że tu jestem – powiedziała Eliza. Wyciągnęła z kieszeni świstek papieru, przypominający jej o spotkaniu z Oliverem. Nie potrafiła zapomnieć jego słów i twarzy pełnej nieodkrytych emocji.

Po powrocie do hotelu przejrzała jeszcze raz zdjęcia mamy. Przyglądała się kobiecie, o której chciałaby się dowiedzieć czegoś więcej. Usiadła na parapecie. Wpatrując się w gwiaździste niebo, wracała pamięcią do tych chwil, gdy jako dziecko cieszyła się z obecności Anny. Myślała o dłoniach, które głaskały ją po głowie na dobranoc, o szeptach, o magicznych słowach, sprawiających, że znów czuła się bezpiecznie w swoim pokoju. Ostre kanty łóżka, drewniane szafki czy lampka w kształcie ptaka zrywającego się do lotu stawały się przyjazne i okrągłe jak roześmiana buzia. Czarne niebo miało barwę rozlanego na papierze atramentu. Nie było zimne, zastygłe i obce, lecz pełne baśni i dobrych wróżek. Eliza nie musiała chować się pod kołdrą, wstrzymując oddech. Mogła spać, otulona matczynym spojrzeniem.

Dotknęła szyby, wilgotnej, zroszonej ciepłym oddechem, marząc, że tęsknoty z dzieciństwa kiedyś znikną. Staną się częścią przeszłości, o której można rozmawiać przy filiżance ulubionej herbaty. Niczym więcej.
mniej..

BESTSELLERY