Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Echa tamtych gwiazd - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 marca 2026
1199 pkt
punktów Virtualo

Echa tamtych gwiazd - ebook

„Echa tamtych gwiazd” to zbiór sześciu opowiadań science fiction, w których człowiek zderza się z tym, czego nie jest w stanie pojąć. Dalekie misje kosmiczne, obce formy istnienia i technologie przekraczające ludzkie rozumienie stają się tłem dla historii o samotności, granicach poznania i kruchości ludzkiej psychiki. Bohaterowie tych opowieści próbują nadać sens rzeczywistości, która wymyka się logice — czasem za cenę własnego człowieczeństwa. Kontakt z obcym nie zawsze oznacza konflikt. Czasem oznacza coś znacznie bardziej niepokojącego: całkowity brak zrozumienia. To SF bliskie refleksji Lema i klimatom „Interstellar” i serialu "For All Mankind" — surowe, niepokojące i zostawiające czytelnika z pytaniami, na które nie ma prostych odpowiedzi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398031707
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Czasy mamy takie, że - nawet jeżeli niezasłużenie - w cenie są błyskawiczne podsumowania. Zatem proszę:

To fajny zbiór opowiadań. Przeczytajcie go.

Oczywiście tę sztuczkę już wcześniej wykonano. Jakby na to nie spojrzeć, wszyscy stoimy na ramionach gigantów. „Nic nowego pod słońcem”, jak pisali już starożytni. Ale nadal piszemy, nadal komponujemy, nadal rzeźbimy. Bo choć każda opowieść została już kiedyś spisana, to jednak opowiadamy je wciąż na nowo, za każdym razem nadając im osobiste zabarwienie. Tak, opowiadano już o tragicznej miłości. O zemście. O buncie przeciwko zastanemu porządkowi. O śmierci. A jednak moja opowieść będzie inna, niż jakiejkolwiek drugiej osoby. Więcej nawet - moje opowieści będą się różnić od siebie zależnie od momentu, kiedy zostały napisane. I w tym zbiorze również nie ma jakiejś rewolucji, o nie. Jest za to zbiór kolejnych perspektyw, kolejnych zwierciadeł w których przeglądamy się wraz z autorem i bohaterami jego opowieści. I jeśli o mnie chodzi to w zupełności wystarcza.

Gdybym miał wskazać jeden wspólny mianownik zebranych tu opowiadań, byłoby to zetknięcie z obcym. To również jedna z opowieści starych jak ludzkość. Prawdziwa od kiedy jedno plemię jaskiniowców spotkało drugie. Prawdziwa, gdy na pustyniach na Bliskim Wschodzie, pod tym samym słońcem spotykały się ludy czczące różnych bogów. Gdy obywatele Rzymu spotykali „barbarzyńców”. Gdy Aztekowie po raz pierwszy zobaczyli żołnierzy Cortesa. Gdy czarne okręty Perry’ego wpłynęły do zatoki Edo. Część z tych opowieści znamy, inne przepadły. To opowieści o lęku, czasem o nadziei, zazwyczaj o niezrozumieniu. I tak jest w tych opowiadaniach. Czasem obcym jest Obiekt X, czasem coś tak od nas odmiennego, że możemy to jedynie uznać za aberrację. Czasem obcym jest drugi człowiek, oddzielony od nas wychowaniem, wierzeniami czy jedynie upływem czasu. Ale zawsze jest to coś innego, co samą swoją odrębnością wywołuje emocje - i to one są sednem opowieści. To nie są opowiadania hard SF. To nie są rozważania o robotach, o przemierzających kosmos statkach, o teoriach na temat czarnych dziur i paradoksach czasowych wywołanych podróżami kosmicznymi. To opowiadania o ludziach. To człowiek jest centrum opowieści - człowiek i jego zetknięcie z obcością oraz reakcja na nią. Zazwyczaj ludzka. Często głęboko i upokarzająco ludzka.

Swoją drogą - uwielbiam formę opowiadania jako takiego. Kiedy myślę o moich ulubionych autorach, o tekstach, które szarpały mi duszę i kształtowały nie tylko mój gust literacki, ale i spojrzenie na życie, to zazwyczaj są to właśnie opowiadania. W dobrym opowiadaniu jest tyle, ile potrzeba, nigdy więcej. Nie musimy znać każdego detalu świata czy bohatera. Wiemy tyle, ile musimy wiedzieć. I towarzyszymy bohaterom tak długo, jak to konieczne. Czasem do samego końca… Ale częściej zostajemy z pewnym niedosytem, z nadal mnóstwem szarych plam, które możemy wypełnić sami. Albo jeszcze lepiej - takich, które możemy wypełniać raz na jakiś czas na nowo, wracając do ulubionych opowieści, odkrywając je z nowych stron. Opowiadania pozwalają też na zabawę formą, na eksperymenty z językiem, z budową opowieści, z jej chronologią. Takie eksperymenty w dłuższych formach potrafią szybko tracić świeżość, męczyć, dusić się we własnej konwencji. W opowiadaniu, cóż, jest tyle ile potrzeba. To sama esencja pomysłu, która, gdyby została rozwodniona w dłuższą formę, nieuchronnie straciła by smak. A tak mamy przed sobą półmisek różnorodnych przysmaków. Jedne spodobają się ci bardziej, inne mniej. I tak być powinno. Zatem - smacznego!

Ach! I dajcie znać autorowi, jeśli wam smakowało. Dzięki temu może spotkamy się w kolejnej przedmowie. Obiecuję dodać w niej jakieś pikantne anegdoty o autorze. Do zobaczenia!

Dariusz Skowron1.

W taki dzień jak ten normalny człowiek najchętniej zostałby w domu przed monitorem albo pod kocem. Deszcz siekł po twarzach drobnymi, kłującymi kroplami, a zimno przenikało każdą warstwę ubrania. I tak przynajmniej od tygodnia. Ale doktor Keira Malloy nie przejmowała się pogodą ani trochę. Wyglądała na zadowoloną.

— Ciebie to nie rusza, co? — zagadnął Jutte, asystent Keiry.

— Siedem dni deszczu i ziąb? W Irlandii to się nazywa lato — podsumowała uśmiechnięta doktor Malloy.

Jeep podskoczył na kamieniach, a potem wyrzucił w powietrze pióropusz brązowej wody. Wycieraczki na przedniej szybie ledwo nadążały z robotą. Podjazd na szczyt Cerro Armazones bardziej przypominał brazylijskie mokradła niż chilijską pustynię.

— Nie o to mi chodzi — burknął Jutte.

— Wiem, wiem. Mnie też martwi ta pogoda, ale co poradzę? Po prostu cieszę się, że udało mi się wyrwać i tu przyjechać.

Jeep zajechał pod obserwatorium. Zanim Jutte zatrzymał auto, Keira wyskoczyła z kabiny. Nie zważając na deszcz ani zimno, obiegła kontenery mieszkalne i stanęła na wprost potężnej sylwetki Extremely Large Telescope. Główne zwierciadło obserwatorium kryło się przed deszczem pod złożoną kopułą, ale całość i tak robiła wrażenie.

Z budynku wyszła zawinięta w kapok Isabella.

— Hola chica. Cómo estás? — Zagadnęła Keira.

— Muy bien, gracias — skłamała Isabella. Wcale nie czuła się dobrze i nawet widok przyjaciółki nie poprawił nastroju. Dopiero powrót do ciepłego wnętrza przywołał uśmiech na jej twarzy.

— Panie i panowie — ogłosiła Isabella. — Oto nasza szefowa, doktor Keira Malloy. Paniusia wreszcie opuściła przytulne biuro w niemieckim Garching i przybyła na pierwszą linię frontu.

Po serdecznym powitaniu Keira w kilku zdaniach zarysowała plan działania. Mimo oszczędnych słów od doktor Malloy bił entuzjazm.

— Misja Neighbourhood będzie największym osiągnięciem w historii ludzkości. Wszystkie agencje kosmiczne, nawet prywatne, łączą swoje siły, by wysłać ludzi do sąsiedniego układu planetarnego. Dyrekcja misji bardzo na nas liczy, więc bierzmy się do roboty.

2.

Ostatnie precyzyjne obserwacje gwiazdy Proxima Centauri miały miejsce pod koniec lat trzydziestych, niedługo po spóźnionym uruchomieniu obserwatorium ELT. Udało się wtedy ostatecznie potwierdzić parametry gwiazdy i jej towarzyszki, planety Proxima Centauri d, której masę obliczono na jedną czwartą masy Ziemi a okres orbitalny na siedem dni. Co jednak najbardziej interesowało Keirę i całą dyrekcję misji Neighborhood to planeta Proxima b. Dotychczasowe pomiary wskazywały, że jest to planeta skalista, orbitująca wokół gwiazdy w jej strefie umiarkowanej, a okres orbitalny wynosił około jedenastu ziemskich dni. Badania spektrograficzne dowiodły, że w atmosferze znajdowało się mnóstwo tlenu, a na jej powierzchni występowała woda w stanie ciekłym. Dlatego właśnie Proximę b wyznaczono na cel pierwszej w historii załogowej misji na planetę spoza Układu Słonecznego.

Keira przeglądała dokumentację poprzednich obserwacji i czuła, że lądowanie na tak odległym globie znalazło się w zasięgu ludzkich możliwości. Bardzo ją to motywowało do pracy, choć entuzjazm tłumiła nieco świadomość, że sama końca tej misji nie dożyje.

Pukanie wyrwało doktor Malloy z zamyślenia.

— Wyłączyłaś telefon? — zapytała Isabelle. Wyglądała na zmartwioną.

— Nie. Nie słyszałam połączenia. Co się stało?

— Mamy wyniki pierwszego naświetlania.

Fotografie w podczerwieni były dokładne i czytelne, podobnie jak te, wykonane w spektrum światła widzialnego. Ilość danych, jakie pochłaniały zdjęcia na macierzach była imponująca. Oczywiście bez maszyn odpowiedniej mocy opracowanie wyników zajęłoby lata, ale sieć superkomputerów European Southern Observatory pozostawała do dyspozycji Keiry. A mimo to doktor Malloy wpatrywała się w wielki naścienny ekran, przyciskając pięść do ust. Mięśnie palców napięły się do granic możliwości, powodując ból.

— Nie jestem astronomem — zagadnął Jutte — ale mam wrażenie, że coś jest nie tak. Zgadza się?

— W cholerę nie tak — syknęła Keira.

— Nie rozumiem. Chyba zdjęcia są w dobrej jakości? Wszystko jest wyraźne i w ogóle, co?

— Nie w tym problem — wyjaśniła Isabella. — To nie jest układ Proximy.

Na zdjęciu widniało kilka jaskrawych kropek, otoczonych nieregularnymi smugami w odcieniach szarości i niebieskiego. Największą kropkę w środku fotografii komputer oznaczył jako Proximę Centauri, ale z migającym znakiem zapytania. Silnik sztucznej inteligencji analizował dane w zapętlonej sekwencji, ale za każdym razem wyrzucał błąd. Przynajmniej udało mu się wykonać wstępne obliczenia, których wyniki okazały się niezwykle zastanawiające. Sfotografowana gwiazda miała masę jednej czwartej Słońca, a powinna mieć jedną ósmą. Zaskakujące dane dotyczyły również układu planetarnego, który przedstawiał się w sposób zupełnie odmienny, niż do tej pory zaobserwowano. Zamiast trzech planet, astronomowie naliczyli sześć i to w zupełnie odmiennej konfiguracji.

— Kochasiu, zajmij się moim kalendarzem — poleciła Malloy. — Wszystkie spotkania i konfy do końca tygodnia wywal na przyszły. A reszta do roboty. Słucham pomysłów. Co mogło pójść nie tak?

Zespół astronomów zareagował jak studenci, którzy zamiast się uczyć przed egzaminem, całą noc balowali. Na sali rozległ się chór złożony z nut „eee”, „yyy” i „ten, tego”. Keira nie wytrzymała kakofonii i stanowczo uciszyła towarzystwo.

— Zacznijmy od oczywistości. Zakładam, że nie pogięło nas doszczętnie i nie wycelowaliśmy tej wielkiej armaty w zupełnie inny system gwiezdny, tak?

— Oznaczałoby to, że prócz nas pogięło również komputery — stwierdziła Manuela Sánchez, inżynierka, nadzorująca stan techniczny systemów cyfrowych obserwatorium. — Ręczę za to.

— Może to zabrudzenia po deszczu? — strzeliła Isabella, która zwykle zajmowała się składem i analizą fotografii a nie zagadnieniami inżynieryjnymi.

— Zdjęcia nie wyglądają na zabrudzone, ale warto sprawdzić. Co jeszcze?

Zespół milczał.

— Czy to możliwe, że system źle przetworzył dane i wygenerował błędny obraz?

Manuela westchnęła, jakby ktoś ją zwyzywał, ale przygryzła usta i zastanowiła się.

— Myślcie, do kurwy nędzy. Przecież to nie ptaki nasrały na lustro!

— Widzę jeszcze jedną opcję — zaproponował inżynier Salah. — Kłopot z optyką adaptywną. Siłowniki albo lasery. Co wy na to? Na lustro składa się prawie osiemset małych zwierciadeł, tak? W regularnych odstępach strzelamy laserami w niebo, żeby sprawdzić, jak w danym momencie atmosfera odkształca światło. Komputer analizuje odkształcenie i za pomocą siłowników dopasowuje kształt powierzchni całego lustra.

— Wiemy. No i?

— Poważna awaria mogłaby zniekształcić obraz aż tak bardzo. A te dodatkowe planety to może jakieś powidoki z naszych laserów? Refleksy z krzywo ustawionych zwierciadeł?

— Sprawdź wszystko — poleciła Keira. — Isabella. Bierz zespół i analizuj zdjęcia tak, jakby były dobre. Reszta szykować teleskop do ponownego naświetlania. Sprawdźcie wszystko piętnaście razy, żeby znowu nie było wpadki.

— Keira. Mieliśmy dzisiaj zwolnić teleskop dla MIT — zauważył asystent szefowej.

— Jutte, nie miałeś przypadkiem walczyć z moim kalendarzem? Problem czasu antenowego zostaw mi.

Ze zdenerwowaną szefową nie było dyskusji. Doktor Malloy zamknęła się w swoim biurze i wywołała dyrektora misji.

— Jeśli dobrze pamiętam, to nie byliśmy umówieni — zauważył Rowan Carter, dyrektor misji Neighbourhood. — Coś się stało?

Keira opisała problem ze zdjęciami, podkreślając przy tym mnogość możliwych usterek. Miała w głowie całą linię obrony w razie pretensji, poniekąd słusznych. W końcu prawidłowe funkcjonowanie ELT leżało w jej gestii. Ku wielkiemu zaskoczeniu Keiry, dyrektor nie szukał winnych, a wieści bardzo go zmartwiły.

— Nie przejmuj się instytutem z Massachusetts. Załatwię to z nimi. Skup się na rozwiązaniu problemu. Nic nie powinno nam teraz przeszkadzać. Próbne zapłony silnika odbędą się na dniach. Jestem bardzo dobrej myśli. Poza tym w przyszłym miesiącu rusza budowa pierwszego modułu na orbicie, więc sama rozumiesz.

— Jasne. Bez ciśnienia — skwitowała Keira. — A co z prezentacją? Mieliśmy pokazać fotki.

— Przeniesiemy ją do biura w Santiago, a o obserwacjach ELT na razie nie będziemy wspominać. Mamy wystarczająco dużo ciekawostek, żeby zająć media.

— Tak zróbmy. I Rowan, mam prośbę. Nie mów Alanowi, dobrze?

— Ani słowem. Byłby załamany.

3.

Pogoda wreszcie wróciła do normy, choć poziom wilgotności powietrza nadal utrudniał wznowienie pracy. Nikomu się to nie podobało. Doktor Malloy próbowała znaleźć zespołowi inne zajęcia, ale w obserwatorium zapanowała epidemia nudy. Jakby tego było mało, poprzednia próba sfotografowania układu Proxima wprowadziła wśród naukowców nerwowość. Jako szefowa, Keira przynajmniej mogła urządzać telekonferencje i składać raporty o braku postępów.

— Nie mamy wyjścia — oznajmił poirytowany Carter. — Musicie wznowić obserwacje. Inne instytuty czekają w kolejce na swój czas. Harmonogram użycia ELT przesunęliśmy i tak już o miesiąc.

— A czy my przypadkiem nie mieliśmy priorytetu ze względu na misję? — zastanowiła się Keira.

— Mamy priorytet a nie wyłączność. Inni badacze też chcą skorzystać z teleskopu. Zacznij działać.

— Rowan, nic nie poradzę na zmiany klimatyczne. W latach trzydziestych mieliśmy w Andach siedemdziesiąt trzy procent bezchmurnych dni w roku. Teraz mamy sześćdziesiąt. Masz na to sposób?

— Nie potrzebuję pouczenia, tylko rozwiązań.

— Znalazłam już rozwiązanie — wyjaśniła Keira. — Sprowadziłam z Argentyny ekipę od czyszczenia powypadkowego. To specjaliści, którzy potrafią najgorszy syf usunąć. Woda z nieba to dla nich pestka. Mają precyzyjne urządzenia i roboty, które wyręczają ludzi. Ale nawet oni potrzebują czasu, że osuszyć mechanizm teleskopu.

— A zwierciadło?

— Jest ekipa z ESA i japońskie roboty. Robią co mogą.

Carter westchnął głęboko i nerwowo przetarł okulary.

— Dobrze. Ile czasu?

— Jeśli znowu nie zacznie padać, to dwa tygodnie, wliczając testy aparatury.

Dyrektor misji zatwierdził nowy harmonogram, lecz zrobił to z kwaśną miną.

— Jeszcze jedno. Jest tu Alan.

Na monitorze pojawiła się twarz nastolatka, który rozpromienił się na widok Keiry.

— Cześć, cioteczko! Ale się stęskniłem.

— Ja też, kochasiu. Co tam u ciebie?

— Super. Jutro znowu lecę do Ameryki. Cała grupa leci. Będzie nowa szkoła, a trening do misji przenosimy do Jet Porp… polp… no, do tego laboratorium, co rakiety budują. Tam powstaje ten nowy silnik. Będę świadkiem pierwszych testów zapłonu. Prawda, ojciec?

Z głębi pokoju rozległ się głos Rowana Cartera.

— Tak, chłopaku. Popatrzysz. A będziesz w Jet Propulsion Laboratory.

— Czad, co nie?

Keira przytaknęła z uśmiechem. Uwielbiała entuzjazm siostrzeńca, dlatego doprowadziła do perfekcji sztukę ukrywania lęku i troski.

— Fantastycznie — odparła. — Kochasiu, muszę kończyć. Mam dużo pracy.

— Bardzo dużo pracy — podkreślił Carter.

— Widzimy się za miesiąc, tak? Pamiętasz? Szesnaście lat, cioteczko, to nie byle co.

— Oczywiście, kochasiu. Twoje urodziny mam wpisane zaraz obok kłótni z twoim tatą. Buziaki!

Keira nie lubiła, kiedy Rowan pozwalał Alanowi uczestniczyć w konferencjach. Czuła wtedy dodatkową presję, napędzaną poczuciem winy. Nie miała jednak wyboru. Misja była najważniejsza. Dla szesnastoletniego Alana również.

4.

Pod gmachem biura European Southern Observatory w Santiago zaroiło się od reporterów i gapiów. Roboty uwijały się ze świstem serwomotorów, byle zdążyć na czas z ustawieniem świateł, sceny i widowni. Ludzie z zespołu misji Neighbourhood nie mogli się opędzić od wścibskich kamer i nachalnych reporterów.

Keira wysiadła z taksówki na wprost rozochoconej hordy dziennikarzy, którzy na jej widok zapomnieli o kilku sztywnych inżynierach i rzucili się w kierunku dyrektor obserwatorium ELT. Zadawane podniesionymi głosami pytania zlały się w nieznośny harmider.

— Pani Malloy! Parę słów dla Televisión Nacional de Chile? Bardzo proszę.

Keira zatrzymała się, widząc, że dalej i tak się nie przeciśnie.

— Jacinta Saavedra? Dla ciebie zrobię wyjątek — powiedziała Keira, a redaktorka odpowiedziała pięknym uśmiechem.

— Czego się obawiacie w związku z misją?

— Przestrzeń międzygwiezdna to dla nas ciągle nieznane terytorium. Mogą tam wystąpić czynniki, o których nawet nie pomyśleliśmy. Ale staramy się przygotować na wszelkie ewentualności.

— A jak idą prace nad wytyczeniem trajektorii? — zapytał dziennikarz z innej redakcji.

— Powoli do przodu — odparła Keira, choć miała wrażenie, że na ułamek sekundy się zawahała. — Moje obserwatorium współpracuje z baza marsjańską i stacjami księżycowymi. Dysponujemy najnowocześniejszym sprzętem i zespołem geniuszy z całego świata.

— Keira, wszyscy zastanawiają się nad moralnym aspektem misji Neighbourhood. Głos znowu zabrała Jacinta Saavedra. — Załoga, którą wyślecie, będzie się składać z dwudziestolatków.

— Najstarszy członek misji w momencie startu będzie miał dwadzieścia osiem lat. Najmłodszy dwadzieścia.

— Kiedy dotrą na miejsce, będą mieli pięćdziesiąt. A około osiemdziesięciu, kiedy wrócą. Jeśli dożyją. Nie widzisz w tym problemu?

Przysłuchujący się rozmowie świadkowie zauważyli, że zwykle wygadana doktor Malloy zająknęła się i zapowietrzyła.

— Doktor Malloy?

— Cóż. Jako część zespołu powiem, że każda misja warta jest wielkich poświęceń. Wiedzieli to wszyscy astronauci już od połowy dwudziestego wieku.

— A co z efektem relatywistycznym? Na Ziemi upłynie więcej czasu, niż odczuje załoga. Nikt z nas nie dożyje ich powrotu.

— To akurat jest część eksperymentu. Chcemy zbadać wpływ efektu relatywistycznego na ludzki organizm. I owszem, mamy świadomość tego, że eksperyment zostanie ukończony przez następne pokolenie naukowców. Jak już mówiłam…

— Najmłodszy członek załogi to Alan Carter, syn dyrektora misji — wcięła się Jacinta. — I twój siostrzeniec. Nie przeszkadza ci to, że wysyłasz go na śmierć?

Keira niejednokrotnie spotkała się z takimi argumentami i miała pełną świadomość, że służyły wywołaniu emocjonalnej reakcji widzów. A taka reakcja jest życiodajnym paliwem dla mediów. Niestety Malloy nie radziła sobie dobrze ze sprawą Alana. Miała do niej bardzo osobisty stosunek i nie zawsze potrafiła dobrze to ukryć.

— Alan jest jeszcze dzieckiem — naciskała dziennikarka.

— Nastolatkiem.

— Czy nastolatek powinien podejmować decyzje, które zaważą na jego całym życiu? Czy nie wykorzystujecie ich naiwności?

— Co za bzdury. — Keira traciła cierpliwość. — Wymagamy od jeszcze młodszych ludzi, aby decydowali w szkole o swojej ścieżce zawodowej, o realizacji swoich marzeń albo o wyborze przyszłych uczelni. W tym wypadku dajemy grupie młodzieży szansę na zrealizowanie największych marzeń, niemal nierealnych. I nagle się okazuje, że robimy źle? Nie zgadzam się z takim poglądem.

Keira nie kontynuowała wywiadu. Ozięble podziękowała i odeszła, brutalnie odpychając zagradzających jej drogę reporterów.

— Widzę, że jesteś poirytowana — zauważył dyrektor Carter.

— Nic mi nie będzie. Zacznijmy tę szopkę.

Konferencję prasową na temat postępów misji Neighbourhood organizowano raz na pół roku, odkąd program oficjalnie wystartował. Dotychczas Keira chętnie korzystała z okazji do publicznych wystąpień. W jej przekonaniu do obowiązków każdego członka zespołu należało rzetelnie informować publiczność o pracy astronomów, tłumaczyć benefity z eksploracji kosmosu, a przede wszystkim zarażać następne pokolenia entuzjazmem dla odkryć naukowych. Organizacja każdej konferencji miała też bardzo wymierny aspekt. Akceptacja społeczeństwa przekładała się na działania polityków, którzy przyznawali agencjom kosmicznym większe fundusze, jeśli tylko wyborcy się na to godzili. Keira traktowała granie pod publikę jako część pracy. Ale dzisiaj było inaczej. Dzisiaj nie czuła się tak pewnie, jak zwykle a jej entuzjazm przygasł. Głównie z powodu kłopotów z ostatnią obserwacją. Ale pytania od Jacinty też nie pomogły.

Konferencja trwała około dwóch godzin. W pierwszej części przedstawiciele różnych agencji prezentowali swój wkład w misję i stan aktualnych prac. Wszystkich najbardziej zelektryzowało nagranie z próby rozruchu silnika nuklearnego nowej generacji.

— Napęd naszego statku pozwoli mu dotrzeć do planety Proxima Centauri b w niecałe trzydzieści lat — tłumaczył Rowan Carter. — Przebycie czterech lat świetlnych w takim czasie to osiągnięcie, z którego cała ludzkość powinna być dumna.

Drugą część spotkania zarezerwowano na pytania od publiczności i dziennikarzy. Oczywiście wątek wysłania astronautów na pewną śmierć znowu się pojawił, ale nie był nadmiernie dyskutowany. Większość zebranych podzielała zapał naukowców. Konferencja zakończyła się krótkim podsumowaniem w wykonaniu dyrektora misji.

Keira odetchnęła z ulgą. Dziennikarze skupili się na sprawach związanych z silnikiem, budową statku albo na kwestii szkolenia i dojrzałości emocjonalnej astronautów. O teleskopie ze szczytu Cerro Armazones zapomniano i tym razem Keirze bardzo to odpowiadało. Na bankiecie skupiła się na drinkach i paleniu na balkonie. Z każdym kłębem dymu papierosowego uchodził z niej stres. Chwilę relaksu przerwała wiadomość z obserwatorium. Mail od Isabelli zawierał ponaglenie, by doktor Malloy rzuciła okiem na nowe zdjęcia. Zniecierpliwiona Keira pobiegła do jednego z biur i zalogowała się do systemu ELT. W opisie plików znalazła się informacja, że naświetlanie obszaru Proximy Centauri zakończono zeszłej nocy, więc SI ciągle analizowała dane. W załącznikach znalazły się jedynie obrazy poglądowe w o wiele niższej rozdzielczości niż docelowa. To jednak wystarczyło, by serce Keiry zabiło szybciej. Na szczęście sala bankietowa znajdowała się na innym piętrze i nikt nie słyszał przekleństw astronomki.

5.

Jacinta wyszła spod prysznica z głową zawiniętą w ręcznik. Przysiadła się do wpatrzonej w monitor Keiry i pocałowała ją w ramię.

— Byłaś jakaś nieobecna — zauważyła dziennikarka. — Czy to dlatego, że cię docisnęłam przed konferencją?

Keira pokręciła głową, nie odrywając oczu od najnowszych zdjęć.

— Wiesz, umówiłyśmy się, że mam ci nie dawać fory i pytać, jak każdą inną osobę.

W odpowiedzi doktor Malloy ściągnęła brwi i przysunęła się do ekranu.

— Cholera jasna, mów do mnie — ponagliła Jacinta.

— Tak. Już. Jestem. Przepraszam.

Keira zgasiła monitor i odwróciła się do partnerki.

— No, więc?

— To nie twoja wina. Z tym pytaniem o Alana poruszyłaś drażliwą nutę, ale nie mam o to żalu. Robiłaś swoją robotę i ja to szanuję.

— To, o co chodzi? I nie mów, że nie ma problemu. Znam cię dobrze.

Zamiast odpowiedzieć, Keira wyszła na balkon i zapaliła papierosa.

— Ty palisz?

Jacinta zawinęła się w koc i również wyszła.

— Powiesz mi?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij