Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Echo kłamstw - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
3992 pkt
punktów Virtualo

Echo kłamstw - ebook

Klara Lemańska, ceniona w Rzeszowie stomatolog, zdaje się prowadzić idealne życie: piękny dom, zamożny mąż, niesprawiająca większych kłopotów siedemnastoletnia córka. Jednak pod pozornie gładką powierzchnią kryją się pęknięcia. Uporządkowany świat Klary zaczyna się rozpadać, gdy podczas zakupów w galerii handlowej dokonuje makabrycznego odkrycia. Przeszłość, którą starannie pogrzebała, wraca ze zdwojoną siłą.

Dagmara od początku miała pod górkę. Wychowana w domu dziecka kobieta nauczyła się, że utrzymanie się na powierzchni wymaga twardych wyborów i milczenia wówczas, gdy inni krzyczą. Każda z jej decyzji jest przejawem walki o przetrwanie, a każdy krok stanowi próbę ucieczki przed własnym przeznaczeniem. W akcie desperacji po utracie kolejnej pracy wkracza do świata, który zmusza ją do bolesnego powrotu do tego, co na zawsze miało pozostać zapomniane.

Dramatyczna opowieść o winie, strachu, granicach miłości i skrywanych głęboko sekretach, które nie dają o sobie zapomnieć. Kłamstwa odbijają się głośnym echem, a największe zagrożenie okazuje się skrywać nie w nieznanym, lecz w tym, co próbujemy ukryć przed sobą samymi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788384301425
Rozmiar pliku: 747 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OBECNIE

Klara

Niepotrzebnie odkładałam zakup prezentu dla Tośki na ostatnią chwilę. Nie wiem, na co liczyłam. Ciągle mi się wydawało, że jutro będę miała na to więcej energii, czasu i zapału, a przede wszystkim wpadnę wreszcie na jakiś sensowny pomysł i znajdę odpowiedź na pytanie: „Co uszczęśliwiłoby moją córkę?”. Kolejne jutra mijały, dzień urodzin zbliżał się nieubłaganie, a ja na samą myśl o konieczności wyprawy do galerii czułam, jak uchodzą ze mnie wszystkie siły i chęci.

Na szczęście pacjent w ostatniej chwili odwołał wizytę, więc zostawiłam na godzinę gabinet pod opieką recepcjonistki i ruszyłam na piechotę do centrum handlowego z wątłą nadzieją, że zakupy nieco poprawią mi humor.

Od wielu tygodni jestem rozdrażniona, przybita, przemęczona, źle sypiam i coraz częściej mam problemy z koncentracją, ale składam to na karb zbliżającego się przesilenia wiosennego. Co prawda dzisiejsza aura nie zwiastuje rychłego odwrotu zimy, ale kartki kalendarza nie kłamią. Czas płynie nieubłaganie. Już nadszedł marzec, a dopiero co w sylwestrową noc z kieliszkiem szampana w dłoni patrzyłam na rozbłyskujące za oknem fajerwerki i bezgłośnie wypowiadałam tylko jedno życzenie: _Niech ten nowy rok będzie lepszy od mijającego._

Staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że powodów spadku nastroju powinnam upatrywać gdzie indziej. Wolę wierzyć, że najgorsze mam już za sobą, a mroczne podszepty są tylko efektem dawnych traum. Z jakiegoś powodu jednak codzienne, banalne wyzwania momentami urastają do rangi gór nie do zdobycia, a obowiązki, którym do tej pory bez problemu potrafiłam sprostać, piętrzą się, przybierając złowrogie kształty. Liczę na to, że zorganizowanie prezentu dla Tośki przyniesie mi pewną ulgę, pozwoli odzyskać poczucie kontroli nad własnym życiem.

Mocny podmuch wiatru uderza mnie prosto w twarz. Na niebie kłębią się gęste czarne chmury. Zanosi się na ulewę. Prognozy pogody ostrzegają przed opadami śniegu z deszczem i trudnymi warunkami na drogach na całym Podkarpaciu.

Przyspieszam kroku, bo zapomniałam zabrać ze sobą parasola, a nie chciałabym przemoknąć. Obcasy markowych botków wystukują rytm. Kobieta, którą właśnie mijam, uśmiecha się do mnie, więc odwzajemniam uśmiech. Może to któraś z moich nowych pacjentek albo matka jakiejś koleżanki Tośki. Albo zwyczajnie z kimś mnie pomyliła.

Wchodzę do galerii. Tuż za przeszklonymi drzwiami otula mnie przyjemne ciepło, więc luzuję szalik i rozpinam płaszcz.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz udało mi się wyjść na zakupy przed południem. Zwykle zamykam gabinet dopiero po osiemnastej. Cieszę się, że załatwię sprawę już teraz i od razu po pracy będę mogła wrócić do domu, żeby wspólnie z córką uczcić ten ważny dla niej dzień.

Jest dość wcześnie, a jednak w centrum handlowym panuje spory ruch. Ciasno zbite grupki nastolatek niespiesznie suną od wystawy do wystawy, raz po raz trącają się łokciami i wybuchają głupkowatym śmiechem. Pewnie przyszły tutaj na wagary. Wiem, że moja córka nigdy samowolnie nie opuściłaby lekcji, ale ciągle noszę w sobie obawę, czy i Tośka któregoś dnia nie wpadnie w złe towarzystwo i dla przypodobania się rówieśnikom nie zacznie łamać zasad, które wpajaliśmy jej z Feliksem od małego.

Odganiam tę ponurą myśl. Nie wszystkie czarne scenariusze muszą doczekać się realizacji. Nasze życie nareszcie biegnie zwyczajowym torem. Odzyskaliśmy równowagę. Nie mogę pozwolić, by projekcje przepełnionego irracjonalnym lękiem umysłu odebrały mi upragniony spokój.

Rozglądam się dookoła. Omiatam wzrokiem szyldy sieciowych sklepów i bardziej kameralnych butików. Nie mam pojęcia, dokąd tak naprawdę powinnam się skierować. Dochodzące zewsząd dźwięki dekoncentrują mnie, nie mogę się skupić i stworzyć w głowie jakiegokolwiek planu.

Nie mam nawet zalążka pomysłu na prezent dla córki. Prawda jest taka, że Tośka ma właściwie wszystko, o czym tylko może zamarzyć dziewczyna w jej wieku. Trudno ją zaskoczyć, a tym bardziej wywołać szczerą radość. Każdy element komfortowego życia, jakie staramy się jej zapewnić, uznaje za pewnik: modne ciuchy, markowe buty, najnowszy model telefonu, elektroniczne gadżety, dodatkowe zajęcia w szkole językowej, zagraniczne wakacje dwa razy do roku.

Kiedy była młodsza, wszystko wydawało się o wiele łatwiejsze. Wolałam spędzać czas z rozkoszną, choć jednocześnie nieporadną, podążającą za mną krok w krok dziewczynką niż krnąbrną, pyskatą, wiecznie naburmuszoną i zblazowaną nastolatką. Zdarzają się dni, gdy pomimo całego oceanu miłości, jakim chciałabym zalać Tośkę, zwyczajnie jej nie lubię. Wstydzę się tych myśli, więc nie dzielę się nimi z nikim, nawet z Feliksem. A może zwłaszcza z nim. Nie sądzę, bym spotkała się ze zrozumieniem.

W takich momentach uświadamiam sobie, jak bardzo odsunęłyśmy się od siebie. W codziennym zabieganiu nie zauważam tego, że w gruncie rzeczy niewiele wiem o zainteresowaniach czy marzeniach córki. Tyle razy próbowałam się do niej zbliżyć, zapewnić o swoim wsparciu, gdy przechodziła przez trudne chwile, zwyczajnie być obok, lecz ona tego nie chciała. Dawała mi odczuć, że nie jestem jej potrzebna. To bolało, nadal boli, ale zaciskam zęby i niestrudzenie staram się usuwać wszystkie kłody spod jej nóg.

Zerkam na zegarek. Najpóźniej za czterdzieści minut powinnam wrócić do gabinetu, by zdążyć przygotować się na przyjęcie kolejnego pacjenta. Muszę w końcu podjąć jakąś decyzję.

Zwracam uwagę na szyld sieciowego salonu z biżuterią. Postanawiam wejść do środka i obejrzeć świecidełka. Im dłużej przebywam wśród pierścionków, łańcuszków i bransoletek, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że to dobry kierunek poszukiwań. Tosia jest już na tyle dojrzała, aby docenić taki prezent i nie zgubić go przy pierwszej możliwej okazji. Poza tym Feliks również powinien być zadowolony z mojego wyboru. Złoto to doskonała inwestycja, w ostatnich latach metale szlachetne tylko zyskują na wartości.

– Czy mogę jakoś pomóc? – pyta młoda ekspedientka, ubrana w prostą czarną sukienkę. Ma dyskretny makijaż i jasne włosy spięte w gładki kok. Przymierza się do wyrecytowania formułki, której zapewne wysłuchać musi każdy potencjalny klient: – Widzę, że przygląda się pani naszej najnowszej kolekcji. To doskonałe połączenie klasyki z nowoczesnością. Kilka modeli mamy w promocji. Chętnie opowiem o nich coś więcej.

– Szukam złotego łańcuszka dla nastoletniej dziewczyny. Ponadczasowego, a jednocześnie pasującego do codziennych stylizacji.

Kobieta zgrabnym ruchem wyjmuje z gablotki kolejne modele i układa je na przeszklonej ladzie. Oczy aż mi się świecą na widok tylu pięknych przedmiotów. Uśmiecham się do myśli, że już za kilka godzin jeden z tych łańcuszków zawiśnie na szyi mojej córki.

– Proponuję splot Singapur. To kwintesencja elegancji w nowszym, uwspółcześnionym wydaniu. Jak pani widzi, Singapur jest bardzo subtelnym, a jednocześnie niezwykle finezyjnym splotem. Łańcuszki są dostępne w różnych długościach. Czternastokaratowe złoto – dodaje z uśmiechem, kiedy biorę do ręki wybrany model.

– Doskonale. Poproszę ten. – Podnoszę krótszy z łańcuszków i przykładam go do swojej szyi. Przeglądam się w lusterku, upewniając się, że dokonuję właściwego wyboru. Tośka nie nosi głębokich dekoltów, więc taka długość będzie dla niej doskonała. Biżuteria świetnie sprawdzi sią zarówno jako dodatek do zwykłego T-shirtu, jak i studniówkowej kreacji.

Dobieram jeszcze do kompletu zawieszkę w kształcie litery T z małym diamencikiem. Ekspedientka z wyraźnym zadowoleniem pakuje prezent do eleganckiego pudełeczka. Pewnie właśnie przelicza w myślach, jak wysoka premia wpadnie na jej konto po sfinalizowaniu transakcji.

Kiedy wsuwam kartę do terminala i wklepuję PIN, czuję, jak ogarnia mnie poczucie ulgi. Szalejące dotąd niczym wzburzony ocean myśli zaczynają płynąć spokojnym nurtem. Udało mi się zapanować nad chaosem. To tylko zakup urodzinowego prezentu, a ja mam wrażenie, że wykonałam właśnie jakąś tytaniczną pracę.

W drodze powrotnej z gabinetu odbiorę jeszcze tort, który kilka dni temu zamówiłam w ulubionej cukierni Tośki. Dbam o to, by tworzyć i podtrzymywać małe rodzinne tradycje. Śmietankowy tort z Niebiańskich Wypieków jest jedną z nich.

W pełni usatysfakcjonowana wychodzę z salonu jubilerskiego i stwierdzam, że mam jeszcze chwilę dla siebie. Postanawiam wypić w spokoju kawę. Wyjeżdżam na wyższy poziom i ustawiam się przy ladzie włoskiej kafeterii, żeby zamówić latte z syropem karmelowym. Zazwyczaj staram się trzymać zdrowych nawyków, ale dziś chcę sprawić sobie małą przyjemność. Przede mną jeszcze kilka godzin przy fotelu dentystycznym, więc przyda mi się takie energetyczne doładowanie w postaci cukrowej i kalorycznej bomby.

Siadam przy jednym ze stolików, z którego mam dobry widok na pozostałych gości. Dyskretnie przyglądam się modnie ubranemu brodaczowi ze wzrokiem utkwionym w ekranie laptopa oraz grupie roześmianych studentek wymieniających się notatkami i spostrzeżeniami na temat przystojnego wykładowcy.

Zatrzymuję spojrzenie na młodej matce pijącej w pośpiechu kawę. Niemowlę w wózku smacznie śpi, jednak w ruchach tej kobiety dostrzegam pewną nerwowość. Bez przerwy buja gondolą i co kilka sekund spogląda na dziecko. Pewnie obawia się, że maleństwo zaraz się obudzi, by w miejscu publicznym dać pokaz swoich wokalnych umiejętności. Wciąż pamiętam to uczucie zażenowania, gdy kilkumiesięczna Tosia darła się wniebogłosy w trakcie zakupów w markecie albo podczas pierwszej podróży samolotem, więc doskonale rozumiem tę nieznajomą kobietę. Zapewne liczyła na chwilę odpoczynku, chciała nacieszyć się smakiem ciepłej kawy poza domem, a tymczasem stres – nieodłączny towarzysz życia każdej młodej matki – nie ominął jej również tutaj.

Ten widok automatycznie przywołuje wspomnienia sprzed siedemnastu lat. Wracam myślami do dnia, gdy Tośka pojawiła się na świecie. Znów widzę wyraźnie wijące się różowiutkie ciałko, wykrzywioną grymasem czerwoną od krzyku buzię. Wydawała się tak krucha, że bałam się wziąć ją na ręce w obawie, by niechcący jej nie skrzywdzić.

Myśli o tamtym marcowym dniu mają słodko-gorzki smak. Staram się pamiętać tylko to, co dobre. Początek naszej wspólnej historii umiejscawiam dopiero w momencie, gdy wróciłyśmy razem do domu, a wizja wspólnej przyszłości była mieszanką strachu, niepewności i nadziei. Nie jestem w stanie odtworzyć kolejnych sekwencji wydarzeń, rozmazują się i przenikają wzajemnie, sprawiają wrażenie, jakbym oglądała stary, nagrany na wideo, niezbyt dobrze zmontowany film. Po latach szpitalne wspomnienia pokrywa jeszcze gęstsza mgła. Te dni zostawiły w pamięci głębokie wyrwy, przypominam sobie tylko poszarpane urywki emocji, słów, zapachów. I niech tak zostanie. Nie każde macierzyństwo musi zaczynać się eksplozją brokatu i fontanną lukru.

Zerkam na zegarek i z zaskoczeniem stwierdzam, że spędziłam w kawiarni więcej czasu, niż sądziłam. Wstaję od stolika. Powinnam pędzić prosto do gabinetu, by umówiona wizyta rozpoczęła się o czasie, ale nagle odzywa się mój pęcherz. Nie przepadam za korzystaniem z toalety w miejscach publicznych, jednak tym razem raczej tego nie uniknę. Nie uda mi się oszukać fizjologii. Ogromna porcja mlecznej kawy zrobiła swoje.

Wyjeżdżam ruchomymi schodami na wyższą kondygnację. W toalecie na drugim piętrze, tuż obok pijalni czekolady i palarni, zazwyczaj nie jest zbyt tłoczno. Klienci galerii chętniej wybierają ubikacje położone na niższych poziomach lub zlokalizowane w pobliżu food courtu, kina i najpopularniejszych sieciówek.

Pociągam ciężkie drzwi do siebie i wchodzę do środka. Szybko przekonuję się, że intuicja mnie nie myliła. W damskiej toalecie nie ma nikogo oprócz mnie. Nawet panie z serwisu sprzątającego nie zaglądają tu zbyt często. Według rozpiski na ścianie ostatnia kontrola czystości miała miejsce ponad dwie godziny temu.

Staję przed zachlapanym lustrem i przeczesuję dłonią włosy. Albo sztuczne światło tak niekorzystnie wpływa na wygląd mojej skóry, albo jestem dziś wyjątkowo blada. Pod oczami prześwitują mi sinoniebieskie żyłki. Spogląda na mnie zmęczona kobieta grubo po czterdziestce. Problemy ze snem coraz bardziej odbijają się na mojej twarzy. Staram się o tym zbyt często nie myśleć, żeby się nie dołować, ale przecież doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że młodsza już nie będę. Chyba niebawem powinnam umówić się na wypełnienie zmarszczek kwasem hialuronowym. Od ostatniego zabiegu minęło już kilka miesięcy. Kolejna pozycja na niekończącej się liście rzeczy do zrobienia.

Miałam się pospieszyć, a tymczasem znów się rozpraszam. Przywołuję się do porządku. Wystarczy, że tracę kontrolę nad swoim prywatnym życiem. Nie mogę dopuścić do tego, by moje kiepskie samopoczucie rzutowało również na pracę. Od wielu lat jestem postrzegana jako doskonała specjalistka w swoim fachu, zbieram wyłącznie pozytywne opinie na medycznych portalach. Nie wolno mi tego zaprzepaścić. Spóźnienie i usprawiedliwianie się tanimi wymówkami byłoby wysoce nieprofesjonalne.

Kieruję się do kabiny najbardziej oddalonej od wejścia. Kiedy już muszę skorzystać z publicznej toalety, zawsze wybieram właśnie tę. Mam złudne poczucie, że przewija się przez nią mniej osób niż przez pozostałe, a tym samym jest nieco czystsza. Mimo racjonalnego, a wręcz pragmatycznego podejścia do życia czasem karmię się iluzją. Bywają sytuacje, gdy okazuje się to nawet konieczne, by nie zwariować.

Zielony znaczek przy zamku sygnalizuje, że kabina jest wolna, ale na wszelki wypadek i tak pukam. Nikt się nie odzywa, więc pociągam za klamkę.

Świat wokół mnie na moment przestaje istnieć. Zapominam o pośpiechu, pacjentach, urodzinach Tośki. Tkwię w tej przerażającej stop-klatce, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Próbuję krzyczeć, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Stoję jak zamrożona, choć wiem, że powinnam działać. Być może, choć wcale na to nie wygląda, ta kobieta jakimś cudem jeszcze żyje. W takiej sytuacji sekunda może mieć znaczenie. Jestem lekarzem, teoretycznie wiem, jak uratować ludzkie życie, adrenalina i wyuczone odruchy też powinny zrobić swoje. Tymczasem stoję jak słup soli i wpatruję się w nieruchome ciało.

W głowie trwa gonitwa myśli. Niech ktoś wreszcie wejdzie do tej cholernej toalety, podzieli ze mną tę odpowiedzialność, o którą wcale nie prosiłam, przejmie inicjatywę. Nic takiego jednak się nie dzieje. Chciałabym uciec, udawać przed całym światem i samą sobą, że nigdy nie było mnie w tym miejscu, nie znalazłam upiornej sylwetki z głową ściśle owiniętą plastikową reklamówką. Nadal jednak tkwię tu zupełnie sama i muszę coś zrobić, jeśli jeszcze kiedyś chciałabym móc spojrzeć na swoje odbicie w lustrze.

W końcu udaje mi się zmusić własne ciało do współpracy.

Na drżących nogach podchodzę dwa kroki bliżej. Przez chwilę siłuję się z uchwytami reklamówki wrzynającymi się w szyję kobiety. Dostrzegam pod nimi podbiegnięte krwią, sine smugi. Plastikowe paski są zbyt ciasno owinięte wokół tkanek, by próbować je rozwiązać, więc ostatecznie mocnym szarpnięciem rozrywam ściśle przylegającą do jej twarzy siatkę z logo popularnej sieci handlowej.

Denatka najwyraźniej walczyła o każdy oddech, plastik przyklejał się do jej skóry, wpełzał do nosa i ust tak długo, aż pod śmiercionośną kopułą zabrakło powietrza. Upiorna maska opada, a ja nie mam już żadnych wątpliwości, że kobieta nie żyła na długo, zanim tu weszłam.

Już na pewno nie zdołam jej pomóc.

Cała się trzęsę, a mimo to jasność myślenia niespodziewanie wraca. Odwracam się, by nie karmić umysłu makabrycznym widokiem dłużej, niż to konieczne. Sięgam do torebki po komórkę i wybieram numer alarmowy. Rzeczowo wyjaśniam, gdzie jestem i co się stało. Podaję też swoje dane. Zaskakują mnie spokój i opanowanie we własnym głosie, trzeźwy ton, precyzyjne komunikaty, które udaje mi się sformułować. Jakby fakt, że za moimi plecami znajdują się ludzkie zwłoki, w ogóle nie miał znaczenia.

Po zakończeniu rozmowy dzwonię do Soni i proszę, aby odwołała umówionych na dzisiaj pacjentów. Zdaję sobie sprawę, że nie zdołam już wrócić do pracy. Zapewne czeka mnie przesłuchanie przez policję. Nie mam pojęcia, ile mogą trwać takie czynności.

Recepcjonistka jak zawsze zachowuje się profesjonalnie i na szczęście nie dopytuje, dlaczego przekładam wizyty. Wiem, że nie jest zachwycona wizją rozmów ze zdenerwowanymi nagłą zmianą planów pacjentami, choć nie daje mi tego odczuć. Cóż, życie jednak bywa nieprzewidywalne. Sama wolałabym dziś zakładać wypełnienia, borować i wybielać zęby niż odnaleźć ludzkie zwłoki w publicznej toalecie.

Jeszcze raz rzucam okiem na martwą kobietę. Sonia coś do mnie mówi, ale nie rejestruję już żadnego z jej słów. Głębsze spojrzenie w puste oczy powoduje, że uświadamiam sobie przerażającą prawdę.

Znam tę kobietę. Wiem, kim jest.

Nikt, absolutnie nikt, zwłaszcza policja, nie może się o tym dowiedzieć. W przeciwnym wypadku będę skończona, a moje misternie ułożone życie rozpadnie się na kawałki, których już nigdy nie będę w stanie posklejać.WCZEŚNIEJ

Martyna

Maluję górną wargę matową pomadką w odcieniu krwistej czerwieni, przeglądając się w lusterku wstecznym. Linia ust musi być idealna.

Zauważyłam, że mój szef lubi wyrazisty, a jednocześnie klasyczny i elegancki makijaż, dlatego postanowiłam obrać inną strategię. Wyzywającą skórzaną minispódniczkę zamieniłam na nieco dłuższy model o ołówkowym kroju, zamiast bluzki z głębokim dekoltem wybrałam prostą błękitną koszulę, w której rozpięłam właśnie jeszcze jeden guzik, by wzrok pana Lemańskiego miał się na czym zawiesić. Wczoraj specjalnie udałam się na zakupy po biały koronkowy biustonosz. Liczę na to, że nareszcie nadarzy się okazja, aby dyrektor regionalny mógł zobaczyć mnie w samej bieliźnie.

Zanim wysiądę z auta, upewniam się, czy w tym samym momencie żadna z dziewczyn, z którymi dzielę biuro, nie opuszcza swojego samochodu. Nie mam ochoty na przymusowe pogaduszki w drodze do budynku. Nie jestem i nigdy nie byłam mistrzynią small talku. Mam za to mnóstwo innych umiejętności, które, mam nadzieję, zostaną wkrótce dostrzeżone i odpowiednio wynagrodzone.

Pracuję w dziale marketingu dużej firmy farmaceutycznej od kilku tygodni. Bardzo zależało mi właśnie na tej posadzie. Przeszłam wieloetapową rekrutację i pokonałam sporo kandydatek. Kiedy mi na czymś zależy, wykazuję się ogromną determinacją oraz systematycznością. Uparcie dążę do celu i nie zniechęcam się drobnymi niepowodzeniami. Znam swoją wartość, choć nie zawsze tak było.

Janek przez lata wmawiał mi, że jestem zerem i bez niego niczego nie osiągnę, a ja – idiotka – wierzyłam w każde kąśliwe słowo, które wypowiedział na mój temat. Początkowo nasze życie przypominało bajkę, ale kiedy nie dałam mu upragnionego dziecka, zmienił się nie do poznania. Mimo wszystko wciąż za nim tęsknię. W pamięci nadal mam zbyt wiele pięknych chwil, choć to te rzucone w gniewie słowa najmocniej wpłynęły na utratę pewności siebie.

Ostatnio sporo nad sobą pracowałam i teraz nareszcie będę miała okazję udowodnić mu, jak bardzo się mylił. Pokażę mu, że rozstanie z nim okazało się najlepszym, co mogło mnie spotkać. Dzięki temu nauczyłam się polegać na samej sobie. Przeprowadzka do Rzeszowa oddziela grubą kreską to, co za mną, od nowego, ekscytującego etapu życia. Teraz to ja rozdaję karty. Do gry wraca Martyna sprzed lat, o której istnieniu zdążyłam zapomnieć przygnieciona prozą codzienności.

Idę do biurowca z wysoko podniesioną głową. Obiecuję sobie, że to będzie dobry dzień. Dziś nareszcie zwrócę na siebie uwagę Lemańskiego. Jeśli tylko uda mi się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt, przełamać pierwsze lody, szybko owinę sobie tego mężczyznę wokół palca. Początkowo przyjęłam złą strategię, ale już wiem, jak naprawić swój błąd.Tosia

– Idziesz z nami po lekcjach do Maka?

– Nie tym razem. Mam dzisiaj wizytę u alergologa. Muszę wracać prosto po lekcjach – mówię z udawanym żalem w głosie. Liczę na to, że dziewczyny nie wyłapią kłamstwa.

– Ostatnio ciągle się spieszysz do domu – zauważa Iga. – Jeśli nie chcesz spędzać z nami czasu, to powiedz.

– No właśnie – wtóruje jej Żaneta. – Wiecznie ortopeda, okulista, alergolog. Nie wyglądasz na schorowaną staruszkę.

– Rany, laski. Wiecie przecież, jak bardzo moja matka jest przewrażliwiona na punkcie zdrowia. Obiecuję, że jutro gdzieś wyskoczymy razem. Może kino? – Składam propozycję, choć wcale nie zamierzam spędzać z koleżankami jutrzejszego popołudnia.

– Odpada. W czwartek mamy sprawdzian z biologii. Nie wiem jak wy, ale ja jutro zamierzam zakuwać. Rodzice mnie zabiją, jeśli przyniosę kolejną pałę.

– Rel – przytakuje Żaneta wpatrzona w Igę jak babcia w święty obrazek. Nieważne, co tamta powie, ona i tak się z nią zgodzi. Gdyby stwierdziła, że musi powitać chlebem i solą delegację z Marsa, która przybyła na naszą planetę z misją pokojową, dziwnym trafem okazałoby się, że i Żaneta dostała zaproszenie na tę nietypową uroczystość. Prycham pod nosem, wyobrażając sobie tę scenę. Dziewczyny rzucają mi pytające spojrzenie.

– Dziś naprawdę nie mogę, sorki. Nadrobimy innym razem. Nie gniewajcie się.

Dzwonek na lekcję ratuje mnie przed kontynuowaniem tej niekomfortowej rozmowy. Cała się spociłam. Nie sądziłam, że kiedyś przyjdzie taki moment, gdy będę miała przed Igą jakąś tajemnicę. Ukrywanie prawdy okazuje się ogromnym ciężarem. Wymyślanie nowych wiarygodnych wymówek staje się coraz trudniejsze. Nie chcę, by nasza przyjaźń zawisła na włosku. Jeśli ona odkryje mój sekret, może definitywnie zakończyć tę relację. Ja na jej miejscu właśnie tak bym postąpiła.

Wchodzimy do klasy. Zajmuję swoje stałe miejsce w czwartej ławce obok Igi. Kątem oka widzę, jak Żaneta Wacławek rzuca mi wyzywające spojrzenie. Nie lubię jej. Przykleiła się do nas jakiś czas temu i nie odstępuje na krok. Dobrze wiem, że tej lasce chodzi wyłącznie o Igę i tak naprawdę chciałaby zająć moje miejsce. Jeśli pozna tajemnicę, którą skrywam, nie będzie miała skrupułów i nic jej nie powstrzyma przed rozbiciem naszej przyjaźni. Zachowuje się tak, jakby tylko czekała na moment, kiedy będzie mogła mnie skompromitować.

Muszę zachowywać się naturalnie, aby nie dawać Żanecie powodów do snucia podejrzeń. Stale mam się na baczności.

Robi mi się gorąco na myśl, że Dominik siedzi w sąsiednim rzędzie, ale pamiętam o tym, żeby nawet nie zerkać w jego kierunku. To wyjątkowo trudne i obawiam się, czy któregoś dnia nie pęknę. Nie chciałabym dokonywać wyboru pomiędzy przyjaciółką a chłopakiem, dla którego straciłam głowę.

Iga trąca mnie ramieniem.

– Coś mówiłaś? – pytam.

– W ogóle mnie nie słuchasz. – Jej głos zdradza irytację. – Pytałam, czy było jakieś zadanie domowe.

– Tak. Przepisz sobie. – Przesuwam otwarty zeszyt w stronę przyjaciółki, nim sama zdąży o to poprosić. W końcu Iga Daniłko zawsze dostaje to, czego chce. _Prawie zawsze_, poprawiam się w myślach.

Próbuję się skupić na zapisywanych na tablicy obliczeniach i podążać za tokiem rozumowania nauczycielki, ale moje myśli uciekają w zupełnie innym kierunku.

Czuję się jak bohaterka jakiejś książki. Mam swoją tajemnicę, której nikomu nie mogę zdradzić, nawet najlepszej przyjaciółce. Zwłaszcza jej.OBECNIE

Tosia

Krew. Wszędzie widzę krew. Brunatnoczerwone lepkie plamy znaczą poduszkę i kołdrę. Mam wrażenie, że cały czas się powiększają. Pęcznieją. Otaczają mnie z każdej strony jak wzburzone morze wokół bezbronnego rozbitka.

Wybudzam się z drzemki zlana potem. Pościel klei mi się do ciała. Nienawidzę tego uczucia.

Serce jeszcze długo nie może wrócić do normalnego rytmu. Robię głęboki wdech, żeby trochę się uspokoić. Nie pomaga.

_To tylko sen_ – powtarzam sobie. Głupi sen, który prześladuje mnie od jakiegoś czasu. Ilekroć wydaje mi się, że zdołałam się już od niego uwolnić, wraca i jeszcze mocniej łapie mnie w swoje objęcia. Za każdym razem przeżywam go intensywniej. Obrazy stają cię coraz wyraźniejsze, bardziej plastyczne. Dziś niemal poczułam ten metaliczny zapach krwi wdzierający się do nosa.

Przypominam sobie omawianą niedawno na polskim lekturę – _Zbrodnię i karę_ Dostojewskiego. Łuczkowska opowiadała o roli snów w powieści oraz analizowała, co mówią one o bohaterach i ich kondycji psychicznej. Zastanawiam się, jak polonistka zinterpretowałaby mój powracający koszmar, gdybym była postacią z książki. Ciekawe, czy choć trochę zbliżyłaby się do prawdy.

Jest mi słabo i mam zawroty głowy. Sięgam po stojącą na szafce nocnej butelkę z colą i duszkiem wypijam wygazowany już napój.

Kładę dłoń na czole i oceniam, że jest gorące. Nie chce mi się schodzić na dół po termometr, by upewnić się, czy rzeczywiście mam wysoką temperaturę. Pewnie zaraziłam się grypą od Dominika.

Możliwość spędzenia kilku dni w łóżku byłaby mi bardzo na rękę. W tej sytuacji każdy powód, żeby nie iść do szkoły, wydaje się atrakcyjny. Zazwyczaj nie opuszczam zajęć, bo to jedyna okazja do spędzenia całego dnia w pobliżu mojego chłopaka. Teraz i tak Dominika całkiem rozłożyło, jest bardzo słaby, ciągle gorączkuje, przesypia niemal całą dobę. Pewnie przynajmniej do końca przyszłego tygodnia nie wróci na lekcje. Nie zobaczymy się wcześniej niż za kilka dni.

Kiedy myślę, że jeszcze tego ranka wydawało mi się to wielkim dramatem, chce mi się śmiać. Co za ironia losu. Nagle jego choroba okazuje się moim sprzymierzeńcem. Zanim wszystko ułożę sobie w głowie, wolałabym unikać Dominika.

Na samo wspomnienie tego, o czym się dowiedziałam, przechodzi mnie dreszcz. To wydaje się zbyt nierzeczywiste i nieprawdopodobne, więc nadal jeszcze nie dopuszczam do siebie myśli, że świat, który znałam, przestaje istnieć.

Do oczu napływają mi łzy. Kolejna tego dnia porcja łez. Dotąd nie miałam pojęcia, że potrafię ich w sobie aż tyle pomieścić.

Nie chcę znać prawdy. Teraz to do mnie dociera. Wbrew tym wyświechtanym frazesom wolę żyć w kłamstwie. Ono pozwala uniknąć zmian, jakie często niesie za sobą prawda. A ja nie chcę wykonywać żadnych ruchów, bo wiem, że kiedy upadnie pierwsza kostka domina, nic nie będzie w stanie zatrzymać zachodzącego w błyskawicznym tempie procesu destrukcji. Choć moje życie nie jest idealne, chcę, by pozostało właśnie w takim kształcie. Zrobię wszystko, aby zachować to, co mam.

Zaciskam powieki, zapraszam pod nie sen. Wolę ten powracający koszmar o łóżku zalanym krwią od konieczności mierzenia się z rzeczywistością, która niespodziewanie stała się tak przerażająca, iż samo myślenie o niej wywołuje gęsią skórkę.

Na dźwięk skrzypnięcia drzwi otwieram oczy. W progu pokoju stoją rodzice. Mama jest blada jak ściana, twarz ojca pokrywają purpurowe plamy.

A więc już wiedzą…

Robi mi się gorąco. Chyba zaraz ze stresu zemdleję.

Może to i dobrze, że się wydało. Może powinniśmy już mieć za sobą tę rozmowę. Pewnie i tak jej nie uniknę, ale w ogóle nie czuję się gotowa na konfrontację. Na coś takiego raczej nie da się w żaden sposób przygotować.

Mama robi krok do przodu i wyjmuje coś zza pleców.

– Wszystkiego najlepszego, córeczko – mówi i podaje mi torebkę z logo znanej marki biżuteryjnej. – Mam nadzieję, że prezent ci się spodoba.

Dopiero teraz zauważam, że tata trzyma przed sobą tort śmietankowy. Od kilku lat co roku ten sam. Z tej samej cukierni. Na środku płoną świeczki z cyframi jeden i siedem.

Nie znajduję słów, które mogłyby opisać chwilowe poczucie ulgi. To jeszcze nie ten moment. Jeszcze nie teraz. Nadal mogę zachowywać pozory, że nic się nie zmieniło.

Z nadmiaru wrażeń zapomniałam o swoich siedemnastych urodzinach. Wcale nie mam nastroju do świętowania. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten dzień.

– Dziękuję – odpowiadam z trudem, bo głos więźnie mi w gardle. Coś zaciska się na moich strunach głosowych i nie pozwala dźwiękom wydostać się na zewnątrz. To chyba strach.

– Tosiu, co jest? – Mama przysiada na brzegu łóżka. Staram się ukryć przed rodzicami to, jak bardzo jestem roztrzęsiona, ale najwyraźniej nie idzie mi najlepiej. – Źle się czujesz?

– Trochę – przyznaję cicho. W tej sytuacji choroba będzie jedyną skuteczną wymówką.

– Masz gorączkę? – pyta, a kiedy wzruszam ramionami, kładzie dłoń na moim czole. – Jesteś rozpalona. Zaraz przyniosę termometr.

Nie potrafię spojrzeć jej w oczy. Przenoszę wzrok na ojca, potem znów na mamę, a w mojej głowie ponownie kiełkuje niechciana myśl: _Jak zareagują, kiedy się dowiedzą?_ Będą zdruzgotani, a prawda złamie im serce. Choć chciałabym wierzyć, że to nigdy nie wyjdzie na jaw, jednak nie jestem aż tak naiwna.

– Chodzi o Igę? – Mama nie odpuszcza. Na samo brzmienie tego imienia dostaję gęsiej skórki. Zbiera mi się na płacz, a po plecach przebiega zimny dreszcz. – W takie dni jak dziś, urodziny czy inne święta, częściej zastanawiamy się nad tym, co uległo zmianie od ubiegłego roku. Wspominamy ważnych dla nas ludzi, szczególnie tych, których z jakiegoś powodu nie ma już w naszym życiu.

Chciałabym coś odpowiedzieć, zaprzeczyć, jednak boję się, w jakim kierunku mogłaby podążyć ta rozmowa. Dlatego uparcie milczę. Wbrew pozorom milczenie czasem okazuje się o wiele trudniejsze niż wylewanie z siebie potoku słów.

– Tęsknisz za nią? Chciałabyś pewnie móc spędzić z Igą swoje urodziny? – Kolejne pytanie przypomina mi o koszmarze trwającym od kilku miesięcy. Przytakuję, ocierając rękawem łzy. – Świetnie sobie radzisz, Tosiu. Z czasem ból staje się słabszy, łatwiejszy do zniesienia. Czas leczy rany.

– Mhm – pomrukuję.

Chcę skończyć ten temat, ale nie potrafię zakomunikować tego wprost. Mama łapie mnie za rękę.

– Wiem, córeczko… Domyślam się, co czujesz. To w ogóle nie powinno się wydarzyć. Policjanci pewnie dalej działają, szukają odpowiedzi. Kiedy winny śmierci Igi stanie przed sądem i zostanie mu wymierzona kara, będzie ci lżej. Przypuszczam, że to jedno z twoich marzeń. Pora zatem, żebyś przywołała swoje pragnienia, zdmuchując świeczki.

Ojciec podchodzi kilka kroków bliżej. Wysuwa tort w moją stronę.

– Żyj nam sto lat.

Robi mi się na przemian zimno i gorąco.

Wypuszczam z ust strumień powietrza, a rozedrgane płomyki gasną. Dobrze, że tradycja nakazuje, by nie wypowiadać głośno życzeń podczas zdmuchiwania świeczek. Zostawiam te myśli wyłącznie dla siebie. Rodzice przeżyliby prawdziwy szok, gdyby dowiedzieli się, czego teraz pragnę najmocniej na świecie.

– Zejdę do kuchni i pokroję go na kawałki – proponuje mama.

– Nie chcę – mówię agresywniej, niż planowałam. – Boli mnie brzuch.

– Ja też dziękuję. Trener kazał mi ograniczyć cukry proste.

Odkąd ojciec zaczął regularnie chodzić na siłownię, zachowuje się jak jakiś maniak. Zamówił dietę pudełkową, zrezygnował z picia alkoholu i co chwilę raczy nas kazaniami na temat zdrowego stylu życia.

– Sama też nie będę jadła. Zostawię ci kawałek w lodówce, Tosiu. Zjesz, jak się lepiej poczujesz. A resztę zaniosę pani Helence. Ucieszy się.

W pokoju zapada niezręczna cisza, przerywana tylko tykaniem zegara.

– No, zobacz, co dostałaś – ponagla mnie ojciec głosem sugerującym, że chciałby jak najszybciej mieć za sobą te urodzinowe formalności, odhaczyć kolejne obowiązkowe punkty programu i wrócić na dół do swoich zajęć, ale skarcony wzrokiem matki dodaje: – Ode mnie też oczywiście najlepsze życzenia.

– Bardzo cię z tatą kochamy. Nie możemy uwierzyć, że jesteś już prawie dorosła.

W przypływie nagłego rozczulenia mama niezdarnie próbuje mnie objąć, ale unikam bliskości. Niby przypadkiem w tym samym momencie się pochylam, by wyjąć z leżącej obok torebki ukryty na jej dnie prezent.

Podobnie jak ojciec wyczekuję momentu, kiedy ta urodzinowa farsa wreszcie się skończy. Nie jestem w nastroju do świętowania, a wykrzesanie z siebie choćby odrobiny sztucznego entuzjazmu przychodzi mi z dużą trudnością. Próbuję jednak nad sobą zapanować, zrobić to, czego oczekują ode mnie rodzice. Dopiero wtedy dadzą mi spokój.

Trzymam w dłoni niewielkie pudełeczko. Otwieram je i moim oczom ukazuje się złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie litery T. Sunę palcem po powierzchni inicjału. Prezent jest naprawdę śliczny. Z przyjemnością będę nosić ten łańcuszek. Mama ma niezły gust. Jestem przekonana, że to ona stoi za tym wyborem. Ojciec nigdy nie angażuje się w takie sprawy, wymawiając się brakiem czasu. Woli go spędzać na siłowni w towarzystwie innych spoconych gości, którzy jak i on przechodzą właśnie kryzys wieku średniego, choć za nic w świecie by się do tego nie przyznali.

Silę się na delikatny uśmiech. Pierwszy szczery tego dnia, a jednocześnie najprawdopodobniej ostatni na długi, długi czas. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zdołam się czymś prawdziwie cieszyć. Przyszłość rysuje się wyłącznie w ciemnych barwach.

– Zapniesz? – pytam, podając łańcuszek mamie. Wiem, że właśnie na to czekała.

– Podoba ci się?

– Tak. Bardzo.

Uderza mnie myśl, jak przyjemne jest mówienie prawdy. Czuję trudną do opisania lekkość, kiedy szczerze odpowiadam na pytanie. Na taki luksus pewnie nieprędko będę mogła sobie znowu pozwolić.

Spirala kłamstw, którą wprawiłam w ruch, wiruje coraz szybciej i podrywa do tańca wszystko, co stanie na jej drodze.Feliks

Przypominam sobie o prezencie urodzinowym dla Tośki dopiero wtedy, gdy Klara wchodzi do domu, niosąc pudełko z logo jednej z popularniejszych rzeszowskich cukierni. Robi mi się głupio. Chciałem kupić też coś od siebie, ale w natłoku dzisiejszych emocji zupełnie wyleciało mi to z głowy.

Nie wiem, jak Klara to robi, że zawsze pamięta o takich sprawach. Może zwyczajnie nie jest tak zabiegana jak ja. Nie musi sprzątać i gotować. Ja od jakiegoś czasu korzystam z cateringu dietetycznego, a dwa razy w tygodniu przychodzi do nas Iryna – pięćdziesięcioletnia Ukrainka, która ogarnia cały dom i przygotowuje dla dziewczyn obiady, które później wystarczy tylko odgrzać.

W pracy Klara też nie musi się mierzyć z nowymi wyzwaniami. Od lat prowadzi swój gabinet stomatologiczny, zakłada plomby, wyrywa zęby albo leczy je kanałowo. Ci sami pacjenci, te same schematy działania. Dlatego między borowaniem a utwardzaniem wypełnienia może układać w myślach listę zakupów, zastanawiać się, czy nie zbliża się jakaś uroczystość rodzinna, planować kolejne wizyty u fryzjera albo kosmetyczki.

Moja praca jest o wiele bardziej wymagająca, wymusza ciągłą kreatywność, elastyczność oraz umiejętność reagowania na kryzysowe sytuacje. Nie umniejszam zawodowi mojej żony. Stomatologia to prestiżowa i przynosząca spore dochody branża, jednak kierownicze stanowisko w dziale marketingu międzynarodowej korporacji jest wyjątkowo obciążające.

Zresztą jakie to ma znaczenie, które z nas zorganizowało prezent urodzinowy dla Tośki? Mamy wspólny budżet.

Sam sobie udzielam rozgrzeszenia.

Klara ma chyba inne zdanie. Nie odpowiada na moje powitanie, a kiedy podrywam się z kanapy, żeby odebrać od niej pakunek, komentuje:

– Pewnie sam się nie domyśliłeś, żeby przygotować coś dla Tosi.

– Ustaliliśmy przecież lata temu, że to ty kupujesz dla niej prezent i ciasto. Wiem dobrze, kiedy ma urodziny. Po co nam dwa różne torty? I tak jest wystarczająco rozpieszczona.

Podświadomie oczekuję z jej strony ataku, który zostanie wyprowadzony za pomocą frazy: „ty nigdy, ja zawsze”, a stąd już krótka droga do sprzeczki. Moja żona zaskakuje mnie tym razem, bo zwyczajnie odpuszcza, odwiesza płaszcz do szafy, a potem bez słowa odbiera z moich rąk pudełko z tortem i zanosi je do kuchni.

Przyglądam się jej i stwierdzam, że wygląda inaczej niż zwykle. Najpierw w oczy rzuca mi się kolor jej cery – blady i niezdrowy, a dopiero po chwili dostrzegam smugi rozmazanego tuszu na dolnej powiece i policzkach. Chyba próbowała w pośpiechu zetrzeć niedoskonałości, ale czarne plamy nadal ją szpecą. Wydaje się jakaś taka nieobecna, zrezygnowana.

– Coś się stało? – pytam, choć tak naprawdę nie wiem, czy chcę poznać odpowiedź.

Po kilkunastu latach małżeństwa znam Klarę doskonale, z dużą skutecznością potrafię przewidywać jej reakcje. Ta myśl mnie uspokaja. Gdyby się dowiedziała, co dziś zrobiłem, urządziłaby karczemną awanturę i poprzysięgła, że zgotuje mi piekło na ziemi. Dopiero później pozwoliłaby sobie na łzy. Zresztą ja też na wszelki wypadek trzymam asa w rękawie, a mimo wszystko towarzyszy mi nuta niepokoju w oczekiwaniu na jakieś słowa wyjaśnienia.

Klara nie odpowiada. Jej ciałem wstrząsa szloch. Zastanawiam się, czy istnieje ryzyko, że dostanę w twarz, jeśli spróbuję wziąć ją w ramiona. Jaki może być powód tych łez? Gdyby coś złego stało się z Tośką, moimi rodzicami albo ojcem Klary, zadzwoniłaby od razu.

Obejmuję żonę, a ona się nie wzbrania. To dobry znak. Czuję się nieco uspokojony. Nie chodzi o mnie.

– Już dobrze… Jestem tutaj. Powiedz, co się stało.

– Miałam koszmarny dzień – łka. – Wydarzyło się coś okropnego.

– Co takiego, kochanie?

Mówię to, co każda kobieta chciałaby w tej chwili usłyszeć, choć jestem już pewny, że chodzi o jakąś błahostkę, która w jej odczuciu urosła do rangi gigantycznego problemu. Awanturujący się pacjent? Awaria sprzętu? Obcas się jej złamał? Co takiego mieści się w definicji koszmarnego dnia według Klary Lemańskiej? Ach, ta kobieca tendencja do wyolbrzymiania. Uspokajam się zupełnie, chce mi się śmiać z wcześniejszych obaw, a wtedy żona zrzuca na mnie prawdziwą bombę.

– Wracam prosto z policji. Przesłuchiwali mnie.

Zanosi się płaczem, więc trudno mi ją zrozumieć. Wyłapuję słowa „policja” i „przesłuchiwali”, a stres na nowo zaczyna się panoszyć w moim ciele.

Przesuwam barowy stołek stojący przy kuchennej wyspie. Sięgam po szklankę i napełniam ją wodą z dzbanka filtrującego.

– Usiądź, proszę. Napij się. Oddychaj. Z jakiego powodu przesłuchiwała cię policja? Mają coś nowego w sprawie śmierci Igi?

Klara sztywnieje.

– Feliks, znalazłam dziś trupa w toalecie.

– O czym ty mówisz?

Moja żona brzmi, jakby postradała zmysły. Jej histeryczny płacz powoli zmienia się w przytłumione łkanie.

– Wypadł mi pacjent, więc poszłam do Millenium kupić prezent Tośce. – Nagle urywa i pokazuje palcem na sufit. – Tosia jest u siebie?

– Tak. Pewnie znowu scrolluje TikToka w słuchawkach i zapomniała o bożym świecie.

Właściwie to nie jestem pewny, czy nasza córka rzeczywiście jest w domu. Kiedy wróciłem, jej ulubione Air Maxy stały przy wejściu, więc zakładam, że cały czas siedzi w swoim pokoju.

– Zrobiłam zakupy i poszłam do toalety. – Choć głos Klary jest już spokojniejszy, jej ręce i nogi coraz mocniej drżą. Dawno nie widziałem żony aż tak roztrzęsionej. – Otworzyłam kabinę. Na sedesie siedziała kobieta z foliową reklamówką ściśle przylegającą do twarzy. Wyglądała upiornie. Ja… Ja nie miałam pojęcia, co robić, więc stałam tam jak słup soli i po prostu się na nią gapiłam. Nie chciałam na to patrzeć, a jednocześnie nie mogłam oderwać wzroku.

Klara chowa twarz w dłoniach. Pewnie ten makabryczny widok będzie śnił się jej teraz co noc. Martwię się, czy kiedykolwiek zdoła się od niego uwolnić i jak to wpłynie na nasze codzienne życie.

– I co dalej?

– W końcu się przełamałam i podeszłam. Wydawało mi się to nielogiczne, ale coś mi podpowiadało, że jeśli ta kobieta jakimś cudem jeszcze żyje, mój brak reakcji zmniejsza jej szanse. Dosłownie wbiłam palce w tę reklamówkę i rozdarłam ją na strzępy w przypływie szału. Zobaczyłam ją… Była martwa. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. – Znów zaczyna się trząść. – Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy… Jej twarz, rozsypane na niej rude loki. Nie chcę tego pamiętać. Chcę wymazać to wspomnienie, udawać, że to w ogóle się nie zdarzyło.

Wzmianka o rudych kręconych włosach przyspiesza mi puls.

Nie, to niemożliwe. Zwykły zbieg okoliczności. Mało to rudowłosych kobiet mieszka w tym mieście?

Mimo wszystko zadaję żonie to pytanie. Kolejne z gatunku tych mogących nieść za sobą katastrofalne skutki.

– Co to za kobieta? Znałaś ją?

– Nie! Skąd niby miałabym ją znać? – zaprzecza od razu, wydaje mi się, że nazbyt gwałtownie, ale może jestem zanadto przeczulony. Kiedy coś ukrywasz przed najbliższymi, sam stajesz się bardziej podejrzliwy, wszędzie węszysz podstęp. Próbujesz wyłapać tę ledwo słyszalną nutę fałszu. – Nie zadaję się z takimi ludźmi.

Sposób, w jaki wypowiada słowo „takimi”, wywołuje u mnie ciarki. Moja pierwsza myśl może okazać się najbliższa prawdzie.

– Jakimi? – ciągnę, choć ten temat nie jest przyjemny dla Klary. Muszę to wiedzieć.

Odpowiedź poprzedza głośne westchnienie mojej żony.

– Nie mówi się źle o zmarłych, ale ona wyglądała jak prostytutka. Miała na sobie skórzane legginsy, bluzkę z czarnej tkaniny imitującej koronkę z bardzo głębokim dekoltem, sztuczne futerko i kozaki na wysokim obcasie. Na ustach zastygła jej skorupa z bordowej matowej pomadki, wokół oczu połyskiwał brokat. Ta twarz tak mocno wbiła mi się w pamięć. Nie chcę tego, rozumiesz? Nie chcę! – Uderza pięścią w moje udo. – I jeszcze ten tatuaż na szyi.

– Tatuaż?

– Taki tandetny, niestarannie wykonany skorpion. Obrzydliwy.

Krew uderza mi do głowy. Nie, to nie może być prawda.

Sięgam po szklankę z wodą, której nie dopiła Klara, i opróżniam ją jednym haustem. Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Zapieram się dłońmi o blat kuchennej wyspy. Mimowolnie zaczynam się zastanawiać, kiedy policja zapuka do naszych drzwi.

– Feliks! Felek! – Reaguję dopiero na znienawidzone zdrobnienie. Klara dobrze wie, że nie znoszę, gdy mnie tak nazywa. – Mówię do ciebie, ale gdzieś odpłynąłeś. Dziwnie się zachowujesz. Znasz tę kobietę, którą opisuję?

– No wiesz!? – oburzam się. – Przecież żadne z nas nie zadaje się z takimi ludźmi.Tosia

Kolejne powiadomienie ze Snapchata o nowej wiadomości od Igi. Chciałabym ją po prostu zignorować, odpisać później, ale wiem, że w ten sposób mogłabym wzbudzić jakieś podejrzenia. Jutro w szkole zasypałaby mnie gradem pytań: „Co robiłaś? Dlaczego nie odpowiedziałaś od razu? Z kim byłaś?”.

Nie lubię konfrontacji, konieczności pilnowania się, by żadne ze słów mnie nie zdradziło. Poza tym okłamywanie przyjaciółki przychodzi mi z coraz większym trudem. Wolę unikać takich rozmów. Jeszcze do tego ta Żaneta, która chodzi za Igą krok w krok, świdruje mnie spojrzeniem sugerującym, że zdążyła już przejrzeć mnie na wylot i tylko od jej łaski zależy, jak długo moja tajemnica pozostanie bezpieczna.

Niechętnie sięgam po leżącą na łóżku komórkę i odczytuję wiadomość.

Iga: _Stara, oszaleję. Nie mogę przestać myśleć o D. Sigma boy. Widziałaś, jakie zajebiste selfie wrzucił na Insta? Chyba sobie zrobię screena i ustawię jako tapetę na komórce._

Ja: _Zwariowałaś? Ktoś zobaczy i będzie przypał. Chyba nie chcesz stać się pośmiewiskiem. To nawet nie jest twój chłopak._

Iga: _Luzuj, Tośka. Żartowałam… Poza tym to JESZCZE nie jest mój chłopak. Kwestia czasu. Żaneta mówiła, że całą matmę zerkał w moją stronę. Widziałaś?_

Ja: _Nie, sorki. Próbowałam w tym czasie zrozumieć bełkot Głowackiej XD_

Staram się przekierować rozmowę na inne tory, ale przyjaciółka nie odpuszcza. Z pewną satysfakcją i poczuciem wyższości myślę o tym, że to mnie Dominik przyglądał się podczas lekcji.

Iga: _Czuję, że mu się podobam. Tylko jeszcze nie wiem, jak go ośmielić, ale coś wymyślę. Mam już wstępny plan, opowiem wam w szkole, oki? Będę potrzebować twojej pomocy. Mogę na ciebie liczyć?_

Ja: _Zawsze… Sorki, muszę uciekać. Mama mnie woła. Pewnie znów będzie truć, że zamiast scrollować przez całe popołudnie, powinnam się uczyć._

Za każdym razem, gdy stosuję tę sztuczkę, obawiam się zdemaskowania. A może Iga stoi właśnie na ganku, zaraz zapuka do drzwi i odkryje moje kłamstwo? Dowie się, że nie ma mnie w domu, bo rzekomo spędzam czas razem z nią i przygotowujemy referat na geografię.

Nie lubię też kreować matki na tyrana, który ciągle goni mnie do nauki. Może i nie jest rodzicem idealnym, często ględzi bez powodu, w przypadkowych momentach zaczyna zadawać mnóstwo krępujących pytań, bo niby chce wiedzieć o moim życiu jak najwięcej, a jednocześnie nie robi nic, żeby faktycznie dobrze mnie poznać, ale raczej nie jęczy mi za uchem, że powinnam się więcej uczyć. Zresztą rzadko się widzimy, bo ona do późna przesiaduje w gabinecie i grzebie w zębach swoich pacjentów. Teraz mi to pasuje. Nie muszę się wymykać na randki podstępem.

Ojciec zajmuje się swoimi sprawami i nie wnika, jak spędzam wolny czas. Matka wraca wieczorem zbyt zmęczona, by mnie kontrolować.

W oczach Igi sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Źle mi z tym, ale często to jedyna wymówka, dzięki której mogę przerwać niewygodną konwersację albo wykręcić się od propozycji wspólnego wyjścia z przyjaciółką.

Wypuszczam komórkę z rąk, jakby właśnie mnie oparzyła. Odkładam telefon daleko od siebie, licząc, że usuwając go z zasięgu wzroku, pozbędę się wyrzutów sumienia.

– Wszystko w porządku? – pyta mój chłopak. Widzi, że nagle straciłam nie tylko zainteresowanie filmem, ale też dobry humor.

– Tak. Właściwie tak.

– Rodzice? Każą ci wracać do domu?

– To była Iga – wyjaśniam. Kiedy wybrzmiewa imię mojej przyjaciółki, atmosfera się psuje. Odruchowo odsuwam się od Dominika.

– Nie rozumiem, dlaczego po prostu jej nie powiesz. Wy to jesteście mega dziwne, laski.

No właśnie. On tego nie zrozumie, a ja pewnie nie umiałabym wytłumaczyć chłopakowi, dlaczego łatwiej mi okłamywać przyjaciółkę niż zdobyć się na całkowitą szczerość wobec niej. Wiem, że nie dam rady ciągnąć tego bez końca. Oby jakieś rozwiązanie samo się znalazło. I to szybko.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij