Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Echo lasu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 kwietnia 2026
2639 pkt
punktów Virtualo

Echo lasu - ebook

Na skraju niewielkiego miasteczka, gdzie wszyscy się znają, a sekrety szybko obiegają okolicę, rozciąga się las owiany słowiańskimi legendami. To właśnie tam nastoletnia Klara odkrywa, że otaczający ją świat jest o wiele bardziej tajemniczy, niż mogła przypuszczać.

Dziewczynie coraz częściej ukazują się wizje i znaki, których znaczenia nie potrafi wyjaśnić. Jej jedyną powierniczką staje się babka – szeptucha mieszkająca na skraju boru, strażniczka dawnej wiedzy i rodzinnych sekretów. Gdy w lesie budzi się pradawna groza, a mieszkańcy zaczynają dostrzegać to, co dotąd pozostawało ukryte, Klara zostaje wciągnięta w historię zakorzenioną w słowiańskich wierzeniach i magii.

Aby chronić bliskich i swoje miasto, maturzystka musi zmierzyć się z trudnymi wyborami, własnymi lękami oraz pytaniem o to, kim naprawdę jest. Między codziennymi obowiązkami a odkrywaniem niezwykłego dziedzictwa dziewczyna próbuje odnaleźć swoją drogę.

Pełna magii opowieść YA fantasy o dorastaniu, więziach rodzinnych i sile słowiańskiej tradycji. Historia dla czytelników, którzy lubią tajemnice, legendy i bohaterki poszukujące swojego miejsca w świecie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7995-903-7
Rozmiar pliku: 790 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Cień kruka

Był chłodny wrześniowy poranek. Choć gęste, ciemne chmury spowijały niebo, a gałęzie drzew traciły powoli liście, jakby oddawały je nadchodzącej jesieni, w Jarach wciąż unosiły się echa przemijającego lata.

Ciszę przerwał dźwięk budzika, przypominając, że wskazówki zegara zatrzymały się na godzinie siódmej.

Jeszcze pięć minut… – pomyślała Klara, którą wakacje skutecznie odzwyczaiły od porannego wstawania. Po omacku wyłączyła alarm, nie otwierając nawet oczu, i znów zapadła w półsen.

Śniło jej się dziś coś dziwnego. Biegła przez gęstwinę lasu, uciekając przed czymś strasznym, choć nie potrafiła powiedzieć, czym. Zadyszana, z potem spływającym po karku, dobiegła w końcu do dębowych drzwi z ozdobną złotą klamką i kołatką w kształcie kruczej głowy. Na drzwiach widniały tajemnicze żarzące się symbole, których znaczenia Klara nie potrafiła pojąć. Gdy miała już nacisnąć klamkę, by skryć się przed nieuchwytnym zagrożeniem, sen przerwał znów ten sam irytujący dźwięk budzika.

A tak bardzo chciała wiedzieć, co znajduje się za tamtymi drzwiami…

Tym razem jednak alarm szybko zastąpiło coś jeszcze bardziej natarczywego – głośne stukanie w drzwi.

– Klaro, wstawaj! Spóźnisz się do szkoły!

– Już wstaję, mamo! – odkrzyknęła, przecierając oczy. Z trudem usiadła na łóżku, myśląc wciąż o swoim śnie.

Klara była uczennicą ostatniej klasy lokalnego liceum. Tego dnia, pierwszego września, czekał ją powrót do szkoły po błogich wakacjach. Burcząc pod nosem, zwlokła się z łóżka i podeszła do lustra stojącego obok szafy. Nie był to typowy pokój nastolatki. Ściany w odcieniu butelkowej zieleni zdobiły plakaty rockowych i heavy-metalowych zespołów. Pod parapetem, uginającym się od kwiatów, wyglądających jakby błagały o wodę, leżały płótna z niedokończonymi obrazami oraz sterta brudnych ubrań, które wciąż nie trafiły do kosza na pranie. W rogu pokoju stała gitara – prezent na dziesiąte urodziny, a obok niej lira i gęśle, które Klara otrzymała niegdyś od swojej babki, Dobrawy.

Zerknąwszy w lustro, dostrzegła pod oczami cienie – ślad po niespokojnej nocy i dziwnych snach. Jej kasztanowe włosy, sięgające ramion, zazwyczaj lekko falowane, były teraz w porannym nieładzie. Kosmyki opadały na twarz, rzucając cień na duże, zielone oczy okolone długimi rzęsami, które zwykła podkreślać ciemnym makijażem.

Po porannej toalecie Klara wciągnęła na siebie podziurawione dżinsy i koszulkę z logo ulubionego zespołu, po czym zeszła na dół na rodzinne śniadanie. Przy stole siedzieli już jej rodzice: Maria i Adam.

Dom, w którym mieszkali, był wieloletnią willą z czerwonej cegły i stał na granicy miasteczka. Miał skrzypiące schody, grube ściany i nieco zbyt niskie sufity, jakby kiedyś mieszkały tu mniejsze, cichsze pokolenia. Na parapetach stały gliniane donice z kwiatami, a z kuchni prawie zawsze pachniało wypiekami. Dla Klary ten dom był z jednej strony ostoją, a z drugiej – więzieniem z tapetą w kwiatki.

Matka Klary była drobną blondynką o niebieskich oczach, pałającą zamiłowaniem do ogrodnictwa i gotowania. Szczyciła się pierwszym miejscem w lokalnym konkursie na najlepsze ciasto owocowe. Ojciec, dyrektor miejscowej korporacji, był wysoki, szczupły, miał bujne wąsy i nosił okulary w geometrycznych oprawkach, które zdawały się pamiętać jeszcze lata siedemdziesiąte.

Adam kończył właśnie sączyć poranną kawę, jednocześnie (co Klara uznawała za staroświeckie) czytając papierowe wydanie lokalnej gazety. Miasteczko Jary wciąż ceniło sobie tradycję i przywiązanie do lokalnych wartości, choć niektórzy, zwłaszcza młodsi mieszkańcy, niekoniecznie chcieli je kontynuować.

– Zjesz naleśniki z dżemem? – spytała Maria, stojąc w kwiecistym fartuszku nad patelnią.

– Nie, dzięki – odparła Klara, zaglądając do szafki nad kuchennym blatem. – Zjem płatki.

– Wielkie nieba! Chyba nie myślisz, że puszczę cię w czymś takim do szkoły? Przecież wyglądasz, jakbyś się przewróciła i rozdarła spodnie! – powiedziała Maria, zerkając z niedowierzaniem na jej dżinsy. – Wakacje się skończyły, młoda damo. Proszę iść na górę i przebrać się w coś odpowiedniego dla uczennicy klasy maturalnej.

Klara, czerwieniąc się ze złości, już miała coś odburknąć, gdy zza okna dobiegł dźwięk klaksonu. Rzuciła spojrzenie w stronę ulicy.

– To Eryk i Wanda! Eryk zdał prawo jazdy i dziś jedziemy razem do szkoły. Nie zdążę się przebrać, bo się spóźnimy! – rzuciła szybko, po czym chwyciła naleśnik z talerza i wybiegła z domu, zanim matka zdążyła zaprotestować.

Eryk i Wanda byli najlepszymi przyjaciółmi Klary. Czasami miała wrażenie, że tylko oni naprawdę ją rozumieją. W szkole uchodziła raczej za odludka, a jej pojawienie się często wywoływało szepty i ukradkowe spojrzenia. Udawała, że jej to nie rusza, ale nieraz jej wybuchy kończyły się wizytą w gabinecie dyrektora po „wszczęciu bójki”, gdy żarty i chichoty rówieśników przekroczyły jej granice.

– Cześć, Klara! Jak nastrój w pierwszy dzień szkoły? – zawołał Eryk z uśmiechem, uchyliwszy szybę w swoim nowiutkim samochodzie.

Eryk Kostrzewski, wysoki, dobrze zbudowany brunet o lśniących włosach, pochodził z zamożnej rodziny. Jako syn burmistrza zwykle dostawał wszystko, czego tylko zapragnął.

– Zbierajmy się stąd, zanim mama każe mi pójść do szkoły w stroju zakonnicy – rzuciła Klara, wsiadając do auta.

– Znowu czepiała się o spodnie? – zapytała Wanda, odwróciwszy się z przedniego siedzenia i lustrując ją wzrokiem. – Są na tym świecie większe problemy.

Wanda Ziemińska, rudzielec z ładną piegowatą buzią, jako jedna z niewielu uczennic w Jarach interesowała się ekologią i lokalnymi legendami.

– Byłaś wczoraj u babci? Mama pytała o przepis na ten olejek na lśniące włosy – zagadnęła po chwili.

– Co? – ocknęła się Klara, wyrywając z zamyślenia. – Ach, tak. Pójdę do niej po szkole.

Babcia Klary, Dobrawa, miała wiele imion. Jedni nazywali ją zielarką, inni: szeptuchą, uzdrowicielką albo po prostu starą wariatką. Klara lubiła ją odwiedzać. Przesiadywała z nią w ogrodzie, piła ziołowe napary i słuchała opowieści o miejskich i leśnych legendach. Choć sama nie wierzyła w te „bajki”, ich klimat zawsze ją fascynował.

Dobrawa mieszkała w starej chacie na skraju lasu na obrzeżach Jarów. Według lokalnych legend, głoszonych zresztą głównie przez samą Dobrawę, las ten niegdyś był domem duchów, elfów i innych, zdaniem Klary, dość groteskowych stworzeń. W rzeczywistości jednak miejsce to cieszyło się złą sławą. Nikt z mieszkańców się tam nie zapuszczał, odkąd przed laty doszło do serii tajemniczych zaginięć. Wydarzyło się to, zanim Klara, a nawet jej rodzice, przyszli na świat. Lokalne media i policja sugerowały wtedy, że w okolicy grasował gang porywaczy, zajmujących się handlem ludźmi. Tylko jedno dziecko udało się odnaleźć. Była nim właśnie Dobrawa. Po jej cudownym powrocie władze zamknęły dostęp do lasu, a porwania ustały. Od tamtej pory nikt poza Dobrawą nie odważył się tam zaglądać.

W końcu Eryk zaparkował samochód na wolnym miejscu przed szkołą. Zagłębieni w rozmowę o nadchodzącym roku, ruszyli w trójkę w stronę wejścia. Szkoła wyglądała jak zawsze – z zewnątrz raziła w oczy słoneczna żółć, a w środku królowały szarości: wyślizgane linoleum, zacinające się świetlówki i długie korytarze, w których echo rozmów odbijało się jak w tunelu. Zimne światło dzienne wpadało przez wąskie okna i lądowało na wyblakłych gazetkach z hasłami w stylu „Jesteś wyjątkowy!” i „Dbaj o przyrodę”.

Pachniało tu zawsze tak samo – starą farbą olejną, kurzem z kaloryferów i kanapkami z serem. Nauczyciele przemykali jak cienie, a uczniowie poruszali się w swoich dobrze znanych rytuałach: ktoś biegł, ktoś grał w kółko i krzyżyk, ktoś udawał, że nie istnieje.

Klara weszła dalej do budynku, próbując wtopić się w tłum, ale czuła się obca, jakby to miejsce, znajome od lat, nagle zaczęło ją wypierać. Mimo to z grzeczności przywitała znajomych z klasy: Martę o długich, lśniących włosach, rudego Franka w okularach, który nigdy nie rozstawał się z koszulą w kratę, i Izabelę – czarnowłosą piękność, której uśmiech zdawał się elektryzować chłopców z całego korytarza.

Pierwszy dzień szkoły był zupełnie zwyczajny, poza tym, że nauczyciele nieustannie straszyli zbliżającą się maturą, twierdząc, że od niej zależy cała przyszłość uczniów. Wśród nastolatków wizja ta budziła grozę.

– Ja tam mam gdzieś maturę – szepnął Eryk podczas lekcji matematyki, gdy pani Dargiewicz wyliczała uczniów, którzy jej zdaniem nie mają szans na zdanie egzaminu. – Zostanę muzykiem i będę jeździł na trasy koncertowe po całej Europie, a może i po świecie i żadna matematyka mi do tego nie jest potrzebna.

– Eryku, masz coś do powiedzenia? – spytała nauczycielka, spoglądając na niego groźnie znad wymyślnych trójkątnych okularów.

– Mówiłem właśnie Klarze, że jest pani świetną nauczycielką! – odparł Eryk, szczerząc się głupkowato.

– Skoro tak uważasz, to daj mi prowadzić lekcję i przestań gadać – odparła pani Dargiewicz, spuszczając wzrok na listę uczniów i kręcąc głową.

Reszta lekcji przebiegła spokojnie, choć nauczycielka nie szczędziła maturzystom wyrzutów za brak subordynacji i snuła czarne scenariusze dotyczące ich przyszłości, jeśli nie przyłożą się do egzaminów. Gdy zabrzmiał dzwonek, w klasie zapanował typowy chaos przepełniony odgłosami przesuwanych krzeseł i grupowego opuszczania sali.

– Ty chyba nie musisz się martwić maturą, co? – usłyszała zza pleców Klara. – W razie czego, twoja walnięta babka wyczaruje ci jakiś dmuchany materac w tej swojej lepiance, którą nazywa domem.

Grupa dziewczyn zaniosła się złośliwym śmiechem. Za docinkę odpowiadała Sara – największy wróg Klary, wybitna uczennica, przewodnicząca szkoły i kapitan drużyny siatkarskiej. Razem z koleżankami, Olą i Pauliną, były cichymi oprawcami niektórych uczniów, choć nauczyciele albo tego nie zauważali, albo celowo przemilczali te sprawy.

– Szkoda, że babcia nie wyczarowała ci jakichś lepszych ciuchów. Albo może wyczarowała, ale tylko takie łachmany może zdobyć leśna szamanka? – dodała Sara, a jej koleżanki wybuchnęły śmiechem.

Klara obrzuciła je wściekłym spojrzeniem i nerwowo zerknęła w stronę nauczycielek rozmawiających na korytarzu. Już nie raz miała kłopoty, gdy traciła panowanie w takich sytuacjach. Przecież nikt nie uwierzy, że to Sara, wzorowa uczennica, mogła sprowokować Klarę, którą powszechnie uważano za butną nastolatkę.

– Odpuść – powiedziała Wanda, łapiąc Klarę za ramię i wskazując na stojące nieopodal nauczycielki. – Nie jest tego warta.

Mimo gotującej się w niej wściekłości, Klara posłusznie odeszła, a w tle dalej słychać było śmiechy trzech dziewczyn.

– Ależ ja ich nienawidzę! – wykrzyknęła, gdy doszła do szkolnej szafki razem z Wandą i Erykiem. – Chętnie skopałabym jej tyłek, gdyby nie to, że wszyscy nauczyciele wiecznie stają po jej stronie, a ja już dostałam ostrzeżenie od dyrektora. Rodzice by mnie zabili, gdyby mnie zawieszono.

– Daj spokój, przecież jej starzy sponsorują naszą szkołę. Światem rządzi pieniądz, nic nie poradzisz, choćbyś chciała – rzucił Eryk, odwijając z folii kanapkę z tuńczykiem.

Korytarz wokół nich powoli pustoszał. Większość uczniów wchodziła już do sal, ale oni zostali jeszcze chwilę, chcąc odwlec nieuniknione.

– Och, jak możesz to jeść?! – spytała Wanda, patrząc z obrzydzeniem na jego kanapkę.

Wanda i jej rodzice byli weganami z krwi i kości. Całym sercem angażowali się w ekologiczne uprawy, żyjąc w zgodzie z naturą i rytmem pór roku. Dla Eryka, który uważał, że pizza z mikrofali i telewizor to podstawowe potrzeby życiowe, ich styl życia brzmiał jak opis innej planety.

– O so si chozi? – wymamrotał z pełnymi ustami. – Przecież ryba jest zdrowa.

Z klasy obok dobiegł stłumiony śmiech. Ktoś rzucił kaktusem do drugiej osoby, krzycząc „łap!”. Wanda skrzywiła się z zażenowania, ale nie zrezygnowała z ataku.

– Tak? A czy widziałeś film dokumentalny o tym, jak takie ryby są odławiane? I w jak okrutny sposób traktuje się je po złapaniu? Nie masz w sobie za grosz przyzwoitości – powiedziała, rzucając Erykowi piorunujące spojrzenie, po czym wyjęła swoje pudełko z sałatką warzywną. Marchewki były pokrojone z chirurgiczną precyzją.

– Co? Jaki film? Aha, ten – odpowiedział po połknięciu kanapki, drapiąc się po głowie. – Nie mogłem go obejrzeć, nie miałem wczoraj czasu.

– Tak? A co takiego robiłeś?

Eryk wzruszył ramionami, unikając jej spojrzenia.

– Oglądałem mecz.

– Mecz? Przecież ty przegrywasz nawet w piłkarzyki! – stwierdziła Wanda, pukając się palcem w czoło.

Klara w tym czasie otwierała swoją szafkę. Na drzwiach ktoś nakleił anonimowo wydrukowaną kartkę z napisem „Matura = koniec wolności”. Zerwała ją bez słowa.

– No to… robiłem coś innego… kosiłem trawę, liczyłem chmury na niebie. Wszystko, byleby tego nie oglądać – skwitował Eryk, chichocząc.

Wanda przewróciła oczami.

– Przynajmniej nie jedz tego przy mnie, bo smród jest nie do wytrzymania – powiedziała, kończąc tym samym dyskusję i zwracając się do Klary: – A ty oglądałaś ten dokument? Wiesz, że to dla mnie ważne.

– Jeszcze nie, ale obejrzę powtórkę w telewizji! – odpowiedziała Klara, mając nadzieję, że ta deklaracja zabrzmiała szczerze. – I to razem z babcią! Wiesz, że ona chętnie włącza się w takie akcje.

– Cudownie! – Wanda wyraźnie się rozchmurzyła. – Koniecznie daj jej moje ulotki o ratowaniu populacji żubra!

Sięgnęła do plecaka, z którego wystawał rulon papieru, jakieś liście mięty i plik ulotek związany wstążką. W oddali zadzwonił dzwonek. Ich rozmowa skończyła się tak szybko, jak się zaczęła, w sekundę rozmyta przez korytarzowy chaos i pospieszne kroki uczniów.

Klara zazdrościła Wandzie, że ma sprawę, w którą wierzy, której może bronić. Sama chciała zaangażować się w coś podobnego; może niekoniecznie w ekologię czy weganizm, ale w coś ważnego. Ostatnio miała wrażenie, że jej życie nie ma konkretnego celu, a przyszłość wydawała się… mglista i nie potrafiła jej sobie wyobrazić. Dzisiejsze straszenie egzaminami przez nauczycieli tylko pogłębiło ten stan, sprawiając, że czuła się jeszcze gorzej. Nie miała nic, o co mogłaby walczyć, czemu mogłaby się poświęcić.

W swoim pokoju oddawała się malowaniu obrazów i grze na instrumentach, o ile mama nie plotkowała akurat przez telefon z koleżanką, uciszając córkę krzykiem z salonu. Tak, zajmowanie się sztuką sprawiało jej przyjemność. Dzięki temu radziła sobie z emocjami, które bywały trudne w okresie dojrzewania. Poza tym miała Wandę i Eryka, z którymi uwielbiała spędzać czas, grając na konsoli lub po prostu rozmawiając i wygłupiając się.

Mimo woli rozejrzała się po swoich rówieśnikach. Kim oni będą? Lekarzami, prawnikami, dyrektorami korporacji? A ona? Sama nie wiedziała. Jej życie wydawało się puste, nudne i zwyczajne. Klara nienawidziła bycia zwyczajną. Jak wiele dzieci i nastolatków miała poczucie, że jest stworzona do większych celów i osiągnięć, jednak – jak w większości przypadków – wraz z dorastaniem to poczucie powoli gasło pod ciężarem codziennej, szarej rzeczywistości.

W końcu, po siedmiu godzinach, zabrzmiał ostatni dzwonek zwiastujący koniec zajęć. Nauczyciele wspaniałomyślnie nie obarczyli uczniów pracami domowymi ze względu na organizacyjny charakter pierwszego dnia po wakacjach. Tłum uczniów wylewał się na korytarz, który w jednej chwili zamienił się w rwący potok rozmów, śmiechów i stukotu butów. Drzwi do sal zamykały się z hukiem, a szafki trzaskały. Każdy chciał jak najszybciej wydostać się na świeże powietrze.

Klara przeciskała się przez zatłoczony hol, gdy nagle za plecami usłyszała szybkie, energiczne kroki. Odwróciła się gwałtownie i ujrzała uradowaną twarz pani Malczewskiej, nauczycielki sztuki. Była to wyjątkowo szczupła kobieta z fryzurą, którą zdecydowanie można było nazwać artystycznym nieładem. Na jej piegowatym nosie spoczywały ogromne okulary z grubego szkła, podkreślające zmarszczki wokół oczu, a z szyi zwisały jeszcze większe, wściekle czerwone korale, pasujące do dziesiątek bransoletek i pierścionków, które zdobiły jej dłonie.

– Klaro, moja droga! Jak dobrze, że cię złapałam! – wysapała, kładąc jej rękę na ramieniu i z trudem łapiąc oddech. – Cały dzień cię szukam! Potrzebuję zdolnej duszyczki, która namaluje plakat promujący nasz miejski festyn!

– Co? Jaki… To znaczy, o jaki festyn chodzi? – spytała zbita z tropu Klara, zerkając ukradkiem na rękę pani Malczewskiej, która coraz mocniej naciskała na jej ramię.

Nauczycielka uśmiechnęła się lekko, ale jej oczy błyszczały zdecydowaniem.

– Jak to „o jaki festyn chodzi”? Chodzi o festyn historyczny Jarów, moja droga! W tym roku szykujemy wydarzenie opowiadające niezwykłą historię naszego miasteczka! Babcia nigdy ci o nim nie opowiadała?

Klara spojrzała na nią nieco niepewnie, po czym odwróciła wzrok.

– Och, no może coś tam wspomniała – odparła Klara, której opowieści babci czasami jednym uchem wpadały, a drugim wypadały. – Ale czy rodzice Sary nie mogą zapłacić grafikom za profesjonalne plakaty? Podobno to oni sponsorują szkołę.

Pani Malczewska uniosła brew i lekko zmarszczyła czoło.

– Klaro… Finanse szkoły to nie problem uczniów, to po pierwsze. Po drugie, gdyby mogli, to by zapłacili. A po trzecie, proszę ciebie, a nie grafików! Myślałam, że się ucieszysz, że twój plakat będzie wisiał w szkole!

Klara skrzywiła się, krzyżując ręce na piersiach. Zbliżyła się do okna i spojrzała na chodnik, gdzie przechodziła grupa uczniów, śmiejąc się głośno.

– Nie brzmi to jakoś dumnie, a ja nie chcę być ostatnią deską ratunku tylko dlatego, że szkoły nie stać na grafika, a nikomu innemu nie chce się tworzyć plakatu w programie – odpowiedziała wyzywająco.

Nauczycielka zrobiła krok bliżej, kładąc dłonie na biodrach. Jej ton stał się bardziej miękki, ale pełen przekonania.

– A jak powiem ci, że poza oceną ze sztuki, wpłynie to także pozytywnie na twoją ocenę z zachowania? – spytała. – Słuchaj, wiem, że nie jesteś fanką robienia rzeczy, które nie są dla ciebie korzystne, tym bardziej gdy są to rzeczy związane ze szkołą – tu spojrzała wymownie w sufit – ale naprawdę cię o to proszę i to nie dlatego, że nie mam innej możliwości, tylko dlatego, że doceniam twoje umiejętności! Tobie z kolei przyda się chyba wszystko, co wpłynie pozytywnie na twoją ocenę z zachowania, prawda? – dodała, uśmiechając się serdecznie i puściła do niej oczko.

Klara westchnęła i przez chwilę patrzyła na swoje dłonie, a potem skinęła głową.

– No dobrze, namaluję ten plakat – odparła Klara po chwili namysłu.

Pani Malczewska rozpromieniła się i zaczęła opisywać, co według niej powinno znaleźć się na plakacie, wspominając jednocześnie o „swobodzie artystycznej” i „całkowitej dobrowolności interpretacji”. Klara jednak wątpiła w tę dowolność.

Po rozmowie wyszła ze szkoły, gdzie czekali na nią Eryk i Wanda.

– No, jesteś w końcu – rzekł Eryk, zerkając na zegarek. – Chodźmy do auta. Może zajedziemy na hot-doga? Albo sałatkę? – dodał, spoglądając na Wandę.

– Nie, dzięki – odpowiedziała Klara, gdy całą trójką ruszyli w stronę parkingu. – Chcę jechać do domu. Muszę zacząć malować jakiś głupi plakat na jeszcze głupszy festyn. Pani Malczewska mówiła, że to poprawi moją ocenę z zachowania, i ględziła o rzekomej swobodzie artystycznej, jednocześnie dyktując mi, jak ten plakat ma wyglądać. Niezła swoboda, nie ma co.

Eryk skrzywił się teatralnie i popatrzył na Klarę z udawanym współczuciem.

– Chodzi ci o festyn Jarów? – spytała Wanda, otwierając drzwi samochodu od strony pasażera. – Przecież to świetna okazja na poznanie historii miasta! Moi rodzice będą tam mieć swój stragan warzywny. Same zdrowe opcje, prosto z naszego ogródka! – dodała z dumą, uśmiechając się.

Klara wsiadała do auta, rzucając okiem na zachmurzone niebo.

– To miasto żyje tylko historią – powiedziała z ironią, zamykając drzwi. – Co potwierdza ględzenie nauczycieli i moich rodziców.

– Ale ty jesteś negatywnie nastawiona! – stwierdził Eryk, udając urażony ton, jednocześnie ukrywając parsknięcie śmiechem. – Przecież ten festyn to świetna okazja!

– Okazja do czego? – spytała podejrzliwie Wanda, mrużąc oczy.

– Do wypicia piwa tak, by nie widzieli tego rodzice – odpowiedział Eryk tonem pełnym cierpliwej rezygnacji, jakby tłumaczył coś absolutnie oczywistego komuś wyjątkowo opornemu na zrozumienie.

Przez resztę drogi rozmawiali o atrakcjach, które mają się znaleźć na festynie: wieczór z ogniskiem i strasznymi historiami, pokaz mody ludowej, koncert pieśni tradycyjnej, stragany z rękodziełem oraz zdrową żywnością i naturalne wyroby: olejki i kosmetyki (Klara podejrzewała, że tym zajmie się babcia Dobrawa).

Kiedy Klara wróciła do domu, krótko przywitała się z matką, pochłoniętą krojeniem warzyw na obiad, po czym poszła do swojego pokoju. Rzuciła plecak pod biurko i zaczęła wyjmować przybory malarskie z szuflady pełnej farb i pędzli. Na blacie rozłożyła brystol i zaczęła planować plakat na podstawie dokładnych wskazówek, a raczej życzeń pani Malczewskiej.

Jednak gdy już miała zacząć szkicować, zawahała się i odłożyła pędzel. Nie miała ochoty rysować nikogo w stroju ludowym z uśmiechem przytulającego dynię. Położyła się na łóżku i przez chwilę wpatrywała się w sufit. W końcu wstała i zeszła na dół do kuchni. Maria gorączkowo mieszała krupnik w wielkim garnku. Klara zmarszczyła nos – nie znosiła tej zupy.

– Mamo, wychodzę! – oznajmiła.

– Dokąd? – zapytała Maria, odwracając się w stronę córki. – I co ja ci mówiłam o tych obdartych spodniach?! – dodała, rzucając wściekłe spojrzenie na dżinsy Klary.

– Do babci, muszę ją o coś spytać – odpowiedziała Klara. Przemilczała kwestię spodni.

– Najpierw obiad – rzekła Maria, wracając do mieszania zupy. – Ojciec zaraz wróci z pracy i chcę, żebyśmy zjedli posiłek jak normalna rodzina. Wspólnie.

Klara zaczęła myśleć gorączkowo, jak uniknąć jedzenia krupniku z rodzicami w akompaniamencie niezręcznej ciszy.

– To… to jest związane ze szkołą – powiedziała pewnie.

– Ach, ze szkołą… – Maria zmarszczyła brwi, ale jej mina złagodniała. – No dobrze, ale masz być w domu przed kolacją – dodała, zerknąwszy na córkę podejrzliwie.

– Dobrze, dzięki!

– I masz dzisiaj zjeść krupnik! – krzyknęła Maria, gdy drzwi zatrzasnęły się za jej córką.

Klara wsiadła na rower i ruszyła w stronę domu babci. Chłodne powietrze muskało jej twarz i rozwiewało włosy, a wąskie urokliwe uliczki były zupełnie puste, poza kilkoma starymi samochodami, których właściciele wracali z pracy.

Podczas jazdy Klara zatopiła się we własnych myślach. W głębi duszy cieszyła się, że jej malarskie umiejętności zostały docenione przez panią Malczewską, ale wstydziła się przyznać przed samą sobą, że tak przyziemna rzecz jak plakat na lokalne wydarzenie może lekko podbudować jej ego. Przypomniała sobie słowa nauczycielki: „Babcia nigdy ci o nim nie opowiadała?”. Może coś wspominała, a Klara tego nie pamiętała? Eryk i Wanda też wiedzieli o tym wydarzeniu, tylko nie ona. Rodzice o nim milczeli. Jeśli ma zrobić ten plakat, zrobi go dobrze i po swojemu. Ale najpierw musiała wypytać babcię o istotę tego festynu.

W końcu dojechała na skraj lasu, gdzie stała chatka Dobrawy. Był to niewielki, błękitny budynek, a jego drewniane deski ozdobione były ręcznie malowanymi kwiatkami. Dom wyglądał na nadszarpnięty czasem – biała farba łuszczyła się z okiennic, a dach zdawał się lada chwila zawalić pod ciężarem nietoperzy na strychu. Z tyłu, za domem, rozciągał się uroczy ogródek z ziołami i warzywami, otoczony niskim białym płotem. Między szelestem lasu a ptasim śpiewem co chwila przebijało się głośne gdakanie kur, które leniwie dreptały po podwórku. W progu stała starowinka z miską w ręku, sypiąc coś przed drzwi.

Dobrawa była kobietą drobnej, lecz krępej budowy, o potulnej, przyjaznej aparycji. Jej siwe włosy splecione w długi warkocz zdobiła wzorzysta chusta. Na szyi nosiła sznury korali i prosty naszyjnik zakończony gładkim, zielonym kamieniem.

– Cześć, babciu! – zawołała Klara, zatrzymując rower przed chatką. – Co robisz? – dodała, zerkając na zasypany białymi drobinkami próg.

– Och, sypię sól przed próg domu, bo żem zapomniała, że to już nowy miesiąc i trzeba posypać i duchy złe odstraszyć – odpowiedziała Dobrawa. – A ty co, wywaliłaś się na tym rowerze? – dodała, rzucając spojrzenie na spodnie wnuczki. – Zaraz ci to zaceruję, wejdź do domu i się przebierz, w kominku się pali, to ci tyłek nie zamarznie.

Klara ściągnęła usta i w myślach przewróciła oczami.

– Nie, babciu, to taka moda… – odrzekła powoli. – Chciałabym z tobą o czymś porozmawiać. Muszę wykonać pewien projekt do szkoły i myślę, że możesz mi pomóc.

– Dobrze, chodź do środka, herbaty ci zrobię i pogadamy.

Dobrawa otworzyła drzwi i zaprosiła wnuczkę gestem. Klara obejrzała się przez ramię. Zauważyła kruka, który usiadł na skrzynce na listy i z ciekawością się jej przyglądał.

W domu było ciepło i przytulnie, a w powietrzu unosił się zapach różnych ziół suszących się na sznurku nad kuchennym blatem. Ogień wesoło trzaskał w kominku, przed którym stał wysłużony bujany fotel oraz stara kanapa przykryta narzutą w kratkę. Na półce przy ścianie piętrzyły się rozmaite książki o tajemniczych tytułach, takich jak: Ludowe Wierzenia Szeptuchy, Strzygi i wąpierze – krew nocy w opowieściach przodków, Na rozstajach światów – obrzędy graniczne czy Głos przodków – pieśni wiążące krew.

Babcia weszła za Klarą do środka i przeszła szybkim krokiem do kuchennej części izby, gdzie zaczęła mieszać coś w glinianym garnku, nucąc pod nosem starą pieśń, którą Klara pamiętała z dzieciństwa.

– Już ci, dziecino, babcia herbatki zrobi, bo żeś pewnie zmarzła na tym rowerze – powiedziała Dobrawa, po czym kontynuowała nucenie.

Klara rzeczywiście zmarzła. Usiadła przy kominku na bujanym krześle, rozmyślając, o co właściwie chce zapytać.

– Babciu, mama Wandy prosiła o przepis na ten olejek do włosów.

– Ach, tak, tak, dobrze. – Dobrawa przerwała mieszanie i sięgnęła do kuchennej szafki. – Masz – dodała, podając Klarze flakonik. – Dasz jej butelkę i już. Co się dziewucha ma męczyć, jak ja mam tego zapas, a moim włosom już nic nie pomoże – zaśmiała się i puściła oczko.

Po chwili obie usiadły przy dębowym okrągłym stoliku z kubkami herbaty i talerzem domowych słodkości.

– No, to o co chciałaś zapytać? – spytała babcia, sięgając po ciastko.

– Dostałam zadanie namalowania plakatu. Chciałam spytać, czy wiesz może, co to za festyn, ten, który ma się odbyć za kilka dni. Pani Malczewska twierdzi, że to festyn historyczny i że ty na pewno mi o nim opowiadałaś, ale… – zawahała się – …nie bardzo pamiętam.

Babcia żuła powoli, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. Wzięła łyk herbaty i obdarzyła wnuczkę serdecznym uśmiechem.

– Festyn organizowany jest co trzydzieści lat – powiedziała powoli. – A raczej: odbywa się co trzy pokolenia. Tak było od zawsze. Kiedyś nazywano go Świętem Przemiany, ale dziś nazwali to „festynem historycznym” – dodała, spoglądając wymownie w sufit.

– Świętem czego?

– Przemiany, moja droga, przemiany. To czas, kiedy stare i nowe się spotykają. W legendach mówi się, że wtedy granica między tym, co było, a tym, co jest, staje się cienka jak pajęczyna. Niektórzy wierzyli, że w tym czasie można usłyszeć głosy przodków, a nawet coś więcej… – Dobrawa urwała na chwilę, zamyślona. – To święto nie ma konkretnej daty, ale zawsze odbywało się na początku września. W tym roku jednak zbiega się z dożynkami, które z kolei symbolizują koniec sezonu żniw i zbiorów. Widocznie rada miasta nie ma funduszy na dwa osobne wydarzenia, więc została tylko przy tym festynie. Oczywiście oba święta są ważne, ale gdyby tak je połączyć z szacunkiem, a nie po prostu zignorować Święto Plonów, wyglądałoby to zupełnie inaczej. Ale, jak widać, władza rozumu nie słucha, ino portfela. A duchy… cóż, one pamiętają. Nawet jeśli próbuje się je wymazać z kalendarza – prychnęła.

Klara uniosła brwi. Nie wierzyła w duchy ani inne stworzenia, o których zwykła opowiadać jej babka. Z grzeczności jednak udała głębokie oburzenie wobec decyzji rady miasta, choć w rzeczywistości mało ją to obchodziło. Rozumiała jednak niezadowolenie babci; być może dla niej takie błahe rzeczy, jak impreza miejska, miały znaczenie. Klara uważała to raczej za stratę czasu.

– Czyli… wracając do festynu… to jakaś miejska legenda, tak? Co więc zamieścić na plakacie?

Babcia Dobrawa zmrużyła oczy.

– Legenda? Zależy, kogo spytasz – powiedziała, patrząc na wnuczkę z lekkim uśmiechem.

– Czyli… – zaczęła Klara, coraz bardziej zbita z tropu.

– Czyli na plakacie pokaż przemianę. Spotkanie starego i nowego. Wyobraźnię to ty masz, dziecko, nienajgorszą i ja to doskonale wiem. Dasz radę. No, dajże ten kubek, to ci herbaty doleję.

Resztę popołudnia spędziły, rozmawiając o szkole, przyjaciołach (Dobrawa była zachwycona ulotkami Wandy o ratowaniu populacji żubra) i Sarze, którą babcia radziła po prostu ignorować.

– Ja znam jej rodzinę, to se z nimi porozmawiam. A ty, dziecko, musisz się nauczyć samodyscypliny i panowania nad emocjami. Bójki w szkole nie mogą się powtórzyć, twoja matka wpadłaby w histerię – powiedziała, puszczając oko. – Nie wiem, po kim temperament ma ta moja córa, doprawdy.

– Nie! – krzyknęła zrozpaczona Klara. – Nie chcę, żebyś rozmawiała z jej rodzicami! W szkole mnie wyśmieją, jak się dowiedzą, że babcia interweniuje w mojej sprawie…

– Dziecko, a kto tu mówi o rodzicach? Ja z przodkami pogadam. Oni zrobią porządek tak, że w szkole nikt się nawet nie domyśli.

Klara odetchnęła z ulgą. Jakoś nie wyobrażała sobie, że duchy przodków Sary zakażą jej gnębienia innych uczniów, ale cieszyła się, że babcia przynajmniej nie zamierza rozmawiać z jej rodzicami.

W końcu niebo zaczęło ciemnieć, a krople deszczu raz po raz uderzały w okna chatki. Klara pożegnała się z babcią, dała jej całusa w policzek i wsiadła na rower, chcąc wrócić do domu, zanim na dobre się rozpada.

Jadąc ciemnymi uliczkami, zastanawiała się nad słowami babci. Jak przedstawić na plakacie przemianę? Jej myśli zaczęły swobodnie błądzić, krążąc wokół planowania projektu: kształty, kolory, symbolika. Gdyby tak spleść stare z nowym…

I wtedy – łup! Coś twardego nagle zahamowało jej pęd. Przednie koło roweru wjechało prosto na wystający z pobocza korzeń, który jakimś cudem wyrósł na samym środku ścieżki. Klara nie zdążyła nawet krzyknąć – poleciała przez kierownicę i z hukiem uderzyła o chłodny asfalt. Rower upadł obok niej z brzękiem, a echo metalu rozeszło się w nocnej ciszy. Leżała przez chwilę nieruchomo. Czuła, że szorstka nawierzchnia obtarła jej skórę, a kolano pulsowało bólem. Podniosła się na łokciach i rozejrzała zdezorientowana. Korzeń tam był, wystawał z ziemi, ale przysięgłaby, że jeszcze chwilę temu niczego nie było. Nadal zdezorientowana, stanęła na nogi i rozejrzała się wokół.

Na płocie siedział kruk. Być może ten sam, którego widziała przed domem babci?

– Na co się gapisz?! – krzyknęła do ptaka, który wciąż przyglądał się jej z zainteresowaniem.

Poczuła niepokój. Czy to ten sam kruk? A może zwyczajny ptak, jak każdy inny? Rzuciła mu wściekłe spojrzenie i ruszyła dalej, zgrzytając zębami z zimna i złości.

Po powrocie do domu beznamiętnie opróżniła miskę z krupnikiem, pod czujnym okiem matki, która nie chciała słyszeć wymówek w stylu: „Jadłam u babci ciastka”. Gdy skończyła, podziękowała za posiłek i zabrała się za zmywanie. Wycierając do czysta kolejny widelec, zadała matce pytanie, które z jednej strony wydawało się błahe, a z drugiej… nie dawało jej spokoju.

– Mamo… – zaczęła, wycierając ściereczką mokre łyżki – …byłaś kiedyś na tym festynie historycznym w naszym miasteczku?

– A dlaczego pytasz? – rzuciła podejrzliwie Maria. – Znowu babcia ci coś naopowiadała? – dodała z zatroskaną miną.

– Nie, po prostu… Dostałam polecenie od nauczycielki sztuki, żeby namalować plakat promujący to wydarzenie. Rodzice Wandy będą tam mieli swój stragan warzywny, Eryk też się wybiera, więc zastanawiam się… czemu nigdy o tym nie mówiliście, skoro to podobno tak ważne wydarzenie dla miasta i odbywa się tylko raz na trzydzieści lat?

Matka Klary uniosła brwi. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie chrapaniem Adama na kanapie przed telewizorem.

– Och, nie uważam tego za nic wyjątkowego. Ot, wieśniacka potupaja przy kiełbasie z grilla – odparła w końcu Maria.

– Och… rozumiem…

– Ale cieszę się, że robisz dodatkowe zadania do szkoły – dodała, uśmiechając się sztucznie. – No, a teraz zmykaj już na górę.

Nieco zdezorientowana, Klara posłusznie weszła po schodach do swojej sypialni, gdzie ponownie zajęła się tematem plakatu. „Dziwna ta moja mamuśka…” – pomyślała, po czym włączyła gramofon, by umilić sobie malowanie.

Po chwili do pokoju wpadła matka.

– Czyś ty oszalała? – syknęła, starając się nie obudzić śpiącego Adama. – Wyłącz tę muzykę! Masz pojęcie, która jest godzina?!

Trzasnęła drzwiami. Klara westchnęła, ale wyłączyła gramofon, po czym znów zabrała się do malowania.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij