Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Echo milczenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2026
E-book: EPUB,
39,00 zł
Audiobook
54,90 zł
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Echo milczenia - ebook

Kailyn sądziła, że milczenie uchroni ją oraz jej najbliższych, ale mroczne tajemnice nie dają tak łatwo o sobie zapomnieć.

Anonimowe listy, które otrzymywała, niestety nie okazały się jedynie niesmacznym żartem. Dramatyczne odkrycie, którego dokonała, tylko utwierdza ją w przekonaniu, że ktoś naprawdę wie, co stało się tamtej nocy...
Młoda kobieta próbuje odkryć, kim jest tajemniczy nadawca i czego od niej chce. Przeszłość powraca z pełną siłą, a wraz z nią ktoś, kto niegdyś był Kailyn bardzo bliski. 
Mur, który zbudowała wokół siebie, zaczyna pękać, a bolesne sekrety wychodzą na jaw szybciej, niż jest w stanie nad nimi zapanować.

Z dnia na dzień coraz trudniej chronić jej siebie oraz mężczyznę, którego mimo wszystko wciąż kocha.
Bo nie każdą prawdę da się ukryć i nie każdą miłość ocalić.

Echo milczenia to drugi tom dylogii, wieńczący losy miłości Evrina i Kailyn oraz przynoszący odpowiedzi na pytania, z którymi pozostawiło czytelników Piękno milczenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67558-54-9
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

KAILYN

Stałam na szczycie schodów i nie byłam w stanie oderwać wzroku od Solveig, która leżała na dole w nienaturalnie wykrzywionej pozycji. Krew powoli rozlewała się wokół jej głowy, a ja z wręcz przerażającą wyrazistością słyszałam ten lepki, obrzydliwy dźwięk wypływającej z ciała cieczy. Z każdym uderzeniem mojego serca plama rosła, natomiast czas rozmywał się i tracił ostrość niczym sen, który nieuchronnie przeradzał się w najgorszy koszmar. Mimo wszystko to nie śmierć macochy wstrząsnęła mną najmocniej, lecz on i jego twarz – niepokojąco spokojna wobec tego, co się wydarzyło.

Klęczał przy ciele i ścierał szkarłatne smugi z podłogi. Robił to tak, jakby pozbywał się rozlanej farby, a nie śladów okrutnej zbrodni. Nie było w nim ani cienia trwogi czy poczucia winy. Żadnego drżenia w palcach albo zawahania. Poruszał się metodycznie z chłodną obojętnością człowieka, który już dawno pogodził się z nieuchronnym. A ja po prostu stałam. Stałam i obserwowałam, jak krew coraz wyraźniej przesiąka ubrania Solveig, a rzeczywistość rozpływa się w odcieniach czerwieni.

I nagle nie byłam już pewna, czyje dłonie naprawdę odebrały jej życie.

Jego?

Moje?

A może jej własne?

Ta myśl uderzyła we mnie z każdej strony jednocześnie. Nie mogłam się poruszyć ani zaczerpnąć powietrza. Serce waliło mi w skroniach. Nogi stopniowo odmawiały jakiegokolwiek posłuszeństwa. Panika chwyciła mnie za ramiona i ścisnęła je tak mocno, jak gdyby zamierzała połamać mi wszystkie kości. Przytuliła moje ciało z całą siłą, jaką w sobie odnalazła. Musiałam przyznać, że miała jej niewiarygodnie wiele. Tak dużo, że z każdą kolejną sekundą czułam, jak żołądek coraz bardziej podchodzi mi do gardła.

– Co ty najlepszego zrobiłaś, Kailyn? – powtarzał pod nosem jak mantrę. – Zejdź i mi pomóż. Nie będę jak zwykle po tobie sprzątał. – Podniósł w końcu wzrok i spojrzał wprost na mnie.

Zacisnęłam usta i niczym w transie kilkukrotnie bezradnie pokręciłam głową. Byłam w ogromnym szoku. Niczego nie pamiętałam. Kompletnie niczego. Mój umysł zamienił się w bezdenną pustkę. Zacisnęłam palce na poręczy i zaczęłam schodzić po schodach. Stopień po stopniu. Przestrzeń wokół chwiała się bezlitośnie. Ściany. Balustrada. Ja.

Było za duszno. Za ciemno. Za głośno.

Wszystkiego było za dużo.

– Szybciej. Musimy pozbyć się ciała, zanim ktoś nas nakryje – ponaglił.

– To… to nie byłam… ja… – dukałam z trudem, ledwie rozpoznając przy tym własny głos. – To nie ja ją zepchnęłam. Nienawidziłam Solveig, ale jej nie zabiłam. Powiedz, że mi wierzysz. Powiedz, że doskonale o tym wiesz.

Przecież pamiętałabym, gdybym to zrobiła.

Pamiętałabym.

Pamiętałabym.

Pamiętałabym, prawda?

Z mojego gardła wyrwał się przeciągły szloch i skutecznie zagłuszył dalsze słowa. Nie miałam pojęcia, czy po policzkach spływał mi pot, czy łzy. Zrobiłam kolejny krok. Tylko jeden. I zeszłam ze schodów wprost na podłogę przesiąkniętą czerwienią. Na moment zacisnęłam powieki, ale gdy rozchyliłam je ponownie, krew była już wszędzie. Na mojej skórze. Ubraniach. W oddechu. Pod paznokciami. Dławiłam się nią.

– Musimy zadzwonić na policję. Powiedzieć im o tym, co się stało. Wyjaśnić jakoś całą tę sytuację – powtarzałam, plącząc się we własnym oddechu. – Przysięgam, że to nie byłam ja. Wszystko, co mam w głowie, jest jedną wielką, brudną plamą, ale ona… ona już tak tutaj leżała. To nie ja ją zabiłam… chyba…

Słowo „chyba” wypełzło ze mnie, zanim zdążyłam je połknąć. Bo skąd miałam wiedzieć: czy naprawdę jestem niewinna, czy tylko desperacko próbowałam w to uwierzyć? Myśli odbijały się echem od mojej czaszki, żadna nie brzmiała pewnie. Byłam w szoku. Byłam odurzona. Świadomość przeciekała mi przez palce jak woda, której nie potrafiłam zatrzymać. Czułam metaliczny posmak w ustach, choć nie wiedziałam, czy to panika, czy już halucynacja. Nawet własny oddech wydawał mi się obcy i podejrzanie głośny, jakby należał do kogoś innego.

Zaczęłam panicznie grzebać w swojej pamięci, ale nic w niej do siebie nie pasowało. Wspomnienia nie sklejały się w całość. Rozpadały się. Kłamały. Śmiały prosto w twarz. Czas rozciągał się w nieskończoność, a głosy zlewały w jednolity szum. I wtedy przypomniałam sobie cień. Ten, który majaczył w rogu korytarza. A może wcale go tam nie było? Może tylko to sobie wyobraziłam? Serce waliło mi w piersi coraz mocniej, ale i tak czułam się martwa w środku, bo myśl, że mogłam być zdolna do czegoś tak potwornego, zabijała mnie w każdym tego słowa znaczeniu.

– Słyszysz, co ty bredzisz, Kailyn? – Jego głos skutecznie przywrócił mnie do rzeczywistości.

– Nie możemy jej tak po prostu… – zaczęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć.

Zanim zdołałam zrozumieć, co się dzieje, już zaciskał palce na moich ramionach. Wpatrywał się we mnie. Chciał zmiażdżyć wzrokiem. Rozebrać z wątpliwości i winy. W jego oczach czaiło się coś niepokojącego. Determinacja zmieszana ze strachem. Albo furią.

Och. Tak.

Z nią na pewno.

– Proszę… wysłuchaj mnie – szepnęłam. – Poinformujmy kogoś. Dobrze wiesz, że to najlepsze wyjście.

– Ogarnij się i zacznij normalnie oddychać! – wrzasnął, a jego uścisk przeszył mnie jak prąd. – Nie mamy czasu na twoje dziecinne histerie. Naprawdę chcesz wezwać policję? I co im powiesz? Że niczego nie pamiętasz? Że nie wiesz, co się stało, a ona sama spadła ze schodów?

Zbliżył do mnie twarz. Wyraźnie czułam jego oddech na zapłakanej skórze.

– Przemyśl to, zanim narobisz nam jeszcze większego pieprzonego problemu. Ja już mam na pieńku z policją, rozumiesz? – syknął. – Jedno spojrzenie na tę scenę i uwierzą dokładnie w to, co będą chcieli. Oboje jesteśmy pod wpływem. Kamery nie działają, a na dodatek byliśmy tu tylko we trójkę. To nie wygląda dobrze ani dla mnie, ani dla ciebie.

Nie wiedziałam, czego chciałam.

Nie rozumiałam, co się właściwie wydarzyło.

Nie miałam pojęcia, co było prawdą, a co tylko ułudą, którą stworzyłam, by w jakikolwiek sposób poradzić sobie z sytuacją.

– Musimy pozbyć się ciała i upozorować jej wyjazd. I tak ostatnimi tygodniami zachowywała się dziwnie, jakby planowała się stąd ulotnić – dodał znacznie łagodniej i jednocześnie przesunął troskliwie dłonią po moich włosach. – Obiecaliśmy się wzajemnie chronić. Niezależnie od wszystkiego. Wiesz o tym i w głębi serca nie zamierzasz tego zmieniać.

Tak, wiedziałam.

Miał rację.

Musiałam nas ratować, inaczej wszystko, co poświęciłam, poszłoby na marne.

Tej nocy zatuszowaliśmy zbrodnię. Pomogłam zaciągnąć ciało mojej macochy w głąb lasu; tam, gdzie chłód wilgoci wnikał aż do kości, za to błoto przylegało do obuwia. Zgodziłam się na sfingowanie jej wyjazdu i okłamanie taty. Na podrzucenie fałszywych tropów. Pozbycie się dowodów. Na kolejne w tak krótkim czasie… milczenie. Zgodziłam się na to wszystko i wiedziałam, że od tej pory nie będę w stanie spojrzeć na siebie w lustrze. Że każdego dnia obrzydzenie do samej siebie zacznie osłabiać mnie coraz bardziej.

A jedyną drogą do odkupienia będzie tylko moja śmierć.

Albo… ucieczka.

Otworzyłam oczy i przez krótką chwilę nie byłam pewna, czy wciąż stoję nad dołem, czy sama się w nim znajduję. Świat wokół mnie wydawał się zamglonym obrazem jakiegoś obłąkanego artysty. Rozmytym nie przez łzy, lecz coś znacznie gęstszego. Grób Solveig był pusty. Nie było w nim ciała, choć przysięgłabym, że powinno tu spoczywać. Że właśnie tutaj ją pochowaliśmy i że niestety akurat ten szczegół pamiętałam z niesamowitą wyrazistością.

Zaczęłam wracać w myślach do tamtej nocy. Do szczegółów i detali. Pomogłam mu. Tak, owszem. Pomogłam mu. To ja trzymałam latarkę, kiedy ciągnęliśmy ją przez wilgotne liście, a jej nogi zostawiały za sobą ledwie widoczny ślad, który i tak zaraz znikał rozmyty deszczem. To ja stałam obok, gdy wykopywał dół, patrzyłam na to i nie potrafiłam wydobyć z siebie choćby słowa. To ja szlochałam tak długo, aż brakowało mi tchu.

I to ja ją zabiłam.

Zakręciło mi się w głowie. Zwymiotowałam. Nie pamiętałam tego obrzydliwego posmaku w ustach, tylko szarpnięcie żołądka, ślinę, jakąś gałąź i kolana, które ugięły się pode mną, jak gdyby zostały ulepione z waty. Właśnie wtedy powiedział, że powinnam iść do domu. Że dalej poradzi sobie sam i mam na niego tam zaczekać. A ja to zrobiłam. Posłusznie. Bezwolnie niczym pies, który nie wie, czy słucha właściciela, czy kata.

Wróciłam do posiadłości i najpierw pobiegłam do łazienki. Zmywałam krew z dłoni tak mocno, że aż paliła mnie skóra. Szorowałam ją i drapałam, jednocześnie wpatrując się w lustro. W odbicie czegoś, co wyglądało jak człowiek, ale w oczach miało ziejącą pustkę. W potwora, którym się stałam. Potem świat znów zaczął się przechylać. Ponownie ugięły się pode mną nogi. I ponownie zwymiotowałam.

Spędziłam tak kwadrans, czterdzieści minut, godzinę.

Patrzyłam na drzwi tak długo, aż zrobiło się jasno.

Może popełniłam ogromny błąd, w momencie gdy powierzyłam mu swoje zaufanie? Może wcale nie zakopał jej tamtej nocy, nie dokończył dzieła i zostawił ją gdzieś… żywą? Bo przecież tego nie widziałam. Nie było mnie przy tym, jak zasypywał grób. Nie spojrzałam jej w twarz po raz ostatni. A co, jeśli wcale nie była martwa? Oddychała? Obudziła się? Może to faktycznie ona obserwowała każdy mój krok, wysyłała listy i cierpliwie czekała, aż rozsypię się na kawałki? Co, jeśli od samego powrotu żyłam w błędzie?

Zaczęłam pękać. Jedna myśl goniła następną. Splatały się w chaos, który nie prowadził ku logice, lecz prosto w objęcia szaleństwa. Zaczęłam dusić się własnymi łzami. Byłam pewna, że ją słyszę i czuję jej zapach. Obłęd przejmował nade mną kontrolę i skutecznie pozbawiał umiejętności logicznego myślenia. Schowałam twarz w dłoniach. Zaczęłam płakać jeszcze mocniej. Szlochałam. Łkałam. Nie mogłam oddychać. Serce zamarło mi w piersi, oddech za to ugrzązł gdzieś głęboko w gardle.

Z każdą kolejną sekundą robiło mi się coraz słabiej.

Traciłam kontakt z rzeczywistością.

Potem nastała pustka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij