-
nowość
EDENYS: Tom I: Ostatnie Miasto - ebook
EDENYS: Tom I: Ostatnie Miasto - ebook
Władza nie potrzebuje potworów. Wystarczą ludzie, którzy wierzą, że postępują właściwie. Edenys. Ostatni bastion ludzkości. Miejsce, w którym bezpieczeństwo stało się ważniejsze od wolności, a każdy ruch obywateli jest nieustannie obserwowany. Dranhis od zawsze wierzył, że porządek i pokój są warte każdej ceny. Mimo degradacji, która dotknęła jego rodzinę, pozostaje lojalny wobec władz. Gdy otrzymuje stanowisko w Ministerstwie Bezpieczeństwa, dostaje szansę, by spełnić swoje największe marzenie i służyć państwu, które uważa za jedyną gwarancję przetrwania. Wszystko zmienia się, gdy odkrywa, że największe zagrożenie może kryć się znacznie bliżej, niż przypuszczał. Im wyżej wspina się po szczeblach władzy, tym wyraźniej dostrzega, że prawdziwy konflikt nie toczy się wyłącznie na ulicach miasta. Najokrutniejsza bitwa rozgrywa się w jego własnym sumieniu. Bo każda decyzja ma swoją cenę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398236805 |
| Rozmiar pliku: | 748 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przechadzam się powoli po białym placu, otoczonym kolumnadą i srebrnymi drzewami, których liście połyskują złotem w świetle kopuły. Kryształowe panele pulsują rytmem miasta. W oddali unosi się Kopuła Zjednoczenia — lśniąca jak serce utkane ze światła. Bijące źródło życia Edeny.
Czuję, jak coś mnie przygniata. Mimo całego blasku, utkwiłem w cieniu. Nie minął miesiąc, odkąd podziwiałem ten sam widok z tarasu naszego domu, przyjemnie znużony porannym spokojem. Tamten świat już nie istnieje.
Dziś stoję tu — nie jako dziedzic Kręgu I, lecz obywatel Kręgu III.
ZDEGRADOWANI.
To słowo pulsuje w głowie jak rozżarzone szkło. Rozsadza mnie od środka. Zmusiłem się, by odsunąć te myśli — przynajmniej na chwilę.
Odwracam wzrok od kopuły i kieruję się ku Alei Sprawiedliwości. Wchodzę pomiędzy białe budynki z symbolem Kręgu I ozdobionego gałązką oliwną. Ludzie w śnieżnobiałych uniformach spacerują beztrosko, uśmiechnięci, rozmawiając cicho, jakby świat był nadal doskonale ułożony. Jakby nic się nie zmieniło.
Docieram do dworca. Pociąg pojawia się z niepokojącą punktualnością. Wsiadam i zajmuję miejsce numer 757 w przedziale przeznaczonym dla Kręgu III. Siedzę obok młodej kobiety zaczytanej w lekturę. Panuje cisza, chcąca przygnieść mnie do białego, rozgrzanego marmuru.
Zdegradowani.
Zdegradowani.
Zdegradowani.
Czuję jak pustka wypełnia każdą komórkę mojego ciała.
Patrzę przez okno. Wieżowce ozdobione w złotą gwiazdę o sześciu ramionach opleciona gałązką oliwną — otaczają dworzec niczym milczący strażnicy.
Nieosiągalne.
Pociąg pędzi lekko świszcząc. Zabiera nas z dala od centrum miasta.
Zatrzymujemy się w Kręgu II. Owiane pragmatyczną szarością początki Edeny — pierwsze struktury wśród piasków i burz. Strażnicy w czarnych mundurach krążą po peronie przyglądając się ludziom dookoła.
Zatrzymujemy się dłużej niż zwykle. Do przedziału wchodzi wysoki mężczyzna z posępną twarzą, trzymając dokument opieczętowany przez Biuro Bezpieczeństwa. Przyglądam się pieczęci z dozą podziwu, który na jeden moment wypełnił pustkę.
Ruszamy dalej. Za szybą przesuwają się kolejne bloki Kręgu II, a potem wysoki mur z betonu — granica. Znak powrotu do rzeczywistości. Do mojego nowego „domu”. Żołądek zaciska mi się w supeł.
Wysiadam. Wita mnie rząd identycznych, posępnych twarzy. Zielone uniformy z symbolem III zlewają się w jednolitą masę. Wędruję alejką między wieżowcami. Nie potrafię poradzić sobie z rozrywającym mnie poczuciem upokorzenia i porażki.
Wracam przed zmrokiem — tutejsze noce bywają lodowate, a mój uniform nie należy do najcieplejszych. Biorę głęboki wdech i pociągam za klamkę.
W przedpokoju zdejmuję buty, odbijam identyfikator na ściennym skanerze. Zanim przekroczę próg kuchni, słyszę głos:
— Wróciłeś — rzuca sucho ojciec.
Howard. Niski, krępy, o krótkich brunatnych włosach. Siedzi przy stole w zielonym uniformie, przeglądając prasę.
— Wróciłem. Miałem wybór? — nawet nie próbuje maskować gniewu, który zalewa całe ciało falami gorąca.
Podnosi wzrok. W jego oczach cóż, dezaprobata. Może nie powinienem tak odpowiadać, ale nie potrafię inaczej. Jak mógł być tak egoistyczny?
— Nie zaczynaj. Musimy się przyzwyczaić — odpowiada sucho, z tą swoją nienaruszoną spokojem powagą.
Drzwi otwierają się ponownie. Jej kroki rozpoznaję od razu.
— Wróciłam! Straszny dziś był ruch, ale wszystko załatwione — mówi pogodnie moja matka, wchodząc do kuchni z uśmiechem. Ma długie blond włosy i szmaragdowe oczy. Jej uniform, choć zielony, wygląda niemal elegancko, starannie uprasowany i schludny. W przeciwieństwie do mojego.
— Witaj, kochanie — Howard powitał ciepło Oktavię. Położyła stos dokumentów na stole i rozejrzała się, wyraźnie zmęczona.
— Co to za mina, Dranhis? — zapytała poważnie, choć głos wciąż brzmiał pogodnie.
— A co ma być? Czy tylko ja widzę, w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźliśmy? Jak możecie zachowywać się tak, jakby nic się nie stało?! — podniosłem głos, dając upust emocjom, które kiełkowały zbyt długo. Szybko jednak zrozumiałem, że popełniłem błąd.
— Dranhis, nie zamierzamy z tobą dyskutować. Nie popieram działań Rady — i zdania nie zmienię! — warknął Howard. — Twoja Kasta, tak przez ciebie czczona i uwielbiana, nie zważała na twoje potrzeby! Co tu robisz? Dlaczego zdegradowali cię razem z nami? Słucham.
Poczułem się, jakbym idąc po schodach zapomniał o jednym stopniu. Nogi lekko się pode mną ugięły.
— Idź do siebie, Dranhis. Jutro porozmawiamy — powiedziała Oktavia tonem mediatora.
Dyskusja nie miała sensu. Nie teraz. Nie z idealistami dawnego porządku. Spuściłem głowę i starałem się zachować spokojny krok, choć całe ciało drżało.
— Stój! — usłyszałem głos ojca zza pleców. Zatrzymałem się i powoli odwróciłem.
— Przestań ich popierać. Kasta nie działa już według zasad Ojców Założycieli — powiedział z naciskiem, jakby liczył, że teraz przystanę przy jego racji.
Nie odpowiedziałem. Odwróciłem się i opuściłem kuchnię. Wszedłem po schodach na górę, skierowałem się do łazienki. Zmęczenie dopadło mnie nagle i bez litości.
Pomieszczenie było sterylne, białe. Minimalistyczna kabina prysznicowa, toaleta, zlew. Surowo i zimno. Zrzuciłem przepocony uniform i wrzuciłem go do maszyny czyszczącej.
Spojrzałem na odbicie. Niby ja, ale obcy. Od miesiąca nie widzę w tym lustrze siebie. Dawna radość zniknęła. Zataczam się w spirali beznadziei i straconych szans.
Kim jestem? Czy naprawdę należę do Kasty? Czy krew Ojców Założycieli wciąż płynie w moich żyłach? Nie. To już nie jestem ja. Mnie już nie ma. Jest tylko zwykły, bezwartościowy człowiek z Kręgu III.
Nadzieja umiera ostatnia, tak mówiono kiedyś na Ziemi. Może jeszcze nie wszystko stracone? Na chwilę poczułem dawny zapał, oczy zabłysły jak świetliki. Nie. To niemożliwe. Kasta nigdy nie wybaczy działań Howarda. Nie pozwolą mi być kimś więcej niż tym, kim jestem teraz.
Chociaż — mogło być gorzej. Nikt z Kasty jeszcze nie został zdegradowany do Kręgu IV. To byłoby prawdziwe upokorzenie.
A mimo to — moi rodzice popierają tych podludzi z Kręgu IV. Wierzą, że standardy Ojców Założycieli wciąż obowiązują. Ale jak można dopuścić niewykształcone masy do równych praw z nami, z Kastą? Przecież to my mamy wiedzę, kwalifikacje i odpowiedzialność, by zarządzać społeczeństwem.
Howard. Tak, Howard — nie „ojciec”. Stracił ten tytuł, hańbiąc nasze nazwisko. Jak można było być tak naiwnym i otwarcie głosić takie poglądy wśród Kasty?
Każdy ma prawo do poglądów. Nawet głupich. Ale dlaczego naraził moją przyszłość? Kiedy zakładano Edenys, było nas zaledwie 200 tysięcy. Jedność miała sens. Dziś? Trzy miliony ludzi. Nie można pozwolić każdemu decydować o losie miasta. Mam tylko nadzieję, że nie dołączą do Ruchu Jedności.
Ruch Jedności… tak to nazywają. Założony przez niższe Kręgi, dążący do równości w produkcji i podziale dóbr. Chcą powrotu do pierwotnych zasad Ojców Założycieli. Robi mi się niedobrze na samą myśl.
— Dranhis, długo jeszcze? Kolacja stygnie — dobiegł ciepły głos matki.
— Daj mi chwilę. Zaraz przyjdę — odpowiedziałem spokojnie.
Spojrzałem jeszcze raz w lustro. Czas pożegnać dawnego siebie. Odwróciłem wzrok od własnego oblicza i resztek nadziei. Ten człowiek mógł być kimś wielkim. Może nawet członkiem Rady. Ale to już przeszłość. Wszystko stracone.
Kabina zalała mnie strumieniem zimnej wody, pachnącej metalem. Nie była czysta, jak w Kręgach I i II. Obleśna, a mimo to — przyjemnie było zmyć brud i zapach tego ohydnego uniformu. Zamknąłem oczy, pozwalając wodzie zmywać nie tylko pot, ale i myśli, które rozsadzały mi głowę.
Już czysty, przebrałem się w domowy uniform — też zielony, z symbolem III, ale cieńszy i wygodniejszy. Postanowiłem unikać rozmów z rodzicami o dzisiejszym dniu, przynajmniej na razie.
Czekali przy małym kuchennym stole.
— No w końcu jesteś — zawołał Howard, przesuwając krzesło i dając znak, żebym usiadł. Tak zrobiłem, choć nie miałem ochoty na kolejne frazesy.
— Zrobiłam Saterine. Nie mogłam znaleźć lepszej ryby, ale dobre i to — powiedziała matka, podsuwając mi talerz.
— W Kręgu III nie ma takich luksusów jak w Kręgu I — rzuciłem uszczypliwie, patrząc na Howarda.
— Może wybierzesz się na targ w Kręgu IV, tam lepiej by ci smakowało — odparł w tym samym tonie.
— Jak dalej narażasz naszą rodzinę przed Kastą, może tam zawitamy.
— Dość! — podniosła głos matka, chyba pierwszy raz w życiu krzycząc.
— Naprawdę nie chcę więcej słyszeć dyskusji na ten temat — dodała spokojniej.
Ryba… trudna do opisania. Prawie bez smaku. Genetycznie modyfikowana, stworzona jako tani, łatwy do uprawy pokarm. W Kręgu I nigdy jej nie widziałem. Nawet najbiedniejsi tam nie musieli jeść tego paskudztwa.
Reszta wieczoru przebiegła spokojnie, choć napięcie wisiało w powietrzu. Temat naszej sytuacji wciąż pozostawał niewyjaśniony.
Wyszedłem przewietrzyć się. Nasz dom leżał niedaleko granicy z Kręgiem IV. W oddali fabryki, z których unosiły się kłęby dymu, ciemne blokowiska, gdzie tylko pojedyncze światła rozpraszały ciemność. Usiadłem na ławce niedaleko osiedla.
Wciąż męczy mnie tutejsze powietrze. Filtry i generatory tlenu rozmieszczone rzadziej niż w Kręgach I czy II, a ludzi znacznie więcej. Codziennie jeżdżę do Kręgu I, by choć chwilę pooddychać normalnie. By choć na chwilę poczuć się jak w domu.
Ciszę nocy przerwał nagle huk. Podskoczyłem, serce zaczęło walić. Co do diabła…?
Rozejrzałem się gorączkowo — i zobaczyłem płonący budynek w Kręgu IV. Mimo nocy, jasny płomień rozświetlał wyrwę w jego strukturze.
Wybuch? W Edenys? Co się stało?
Na ulicę wyszło wiele osób, w tym Howard.
— Dranhis?! Co się stało? Co ty tu robisz?! — zawołał, przerażony.
— Nie… nie wiem. Był wybuch w Kręgu IV — odpowiedziałem, wstrząśnięty.
Zamarł, patrząc na pożar. Nad centrum unosił się gęsty pióropusz dymu. W powietrzu ryki wojskowych samolotów i syreny służb ratowniczych.
— Dranhis, chodź do domu — powiedział, biorąc mnie za ramię. Zamknął drzwi, jeszcze raz wychylając głowę na zewnątrz.
— Idź do siebie. Wyśpij się. Wiem, że masz do mnie żal za to, co się stało. Postaram się, byś mimo tej sytuacji nie zmarnował swojego potencjału — przytulił mnie. Trwaliśmy tak chwilę.
— Idź już — dodał, klepiąc mnie po ramieniu.
Co to było? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek mnie przytulał. Czy wybuch tak nim wstrząsnął? A może naprawdę przejął się moim stanem?
Usiadłem na łóżku. Za oknem samoloty ratownicze krążyły nad spalonym budynkiem — raz w kierunku pożaru, raz ku bazom w Kręgu II. Czas mijał, a zmęczenie dopadało mnie. Położyłem się na niezbyt wygodnym łóżku, ułożyłem głowę i zamknąłem oczy.
Zdegradowani… wybuch… Howard, który nagle zaczyna się troszczyć. Te myśli tłukły się w głowie, siejąc zamęt. Tak bardzo chciałbym wiedzieć, na czym stoję.
Przynajmniej nie śpię w Kręgu IV. Zawsze mogłoby być gorzej.
Z przyjemnych objęć snu wybudziło mnie zamieszanie dobiegające z dołu.
Zerwałem się, nasłuchując. Kroki. Dużo kroków. Co się dzieje? Może sąsiedzi przyszli rozmawiać o wybuchu?
Spojrzałem przez okno — budynek już nie płonął, wszystko ucichło. Wstałem i podszedłem do drzwi. Przyłożyłem ucho.
Głosy — ciche, ale wyraźne. W domu co najmniej siedem osób.
Moje powieki domagały się snu, ale ciekawość wzięła górę. Ostrożnie uchyliłem drzwi.
— Howard, ludzie mają dosyć. Trzeba zacząć działać — odezwał się zachrypnięty męski głos w wyraźnym gniewie.
— Powiedz mi jeszcze raz, na spokojnie. Co się tam stało? — spytał Howard.
— A co miało się stać, do cholery? Mundurowi zrobili pokazówkę. Aresztowali Jacksona. Nasi próbowali ich powstrzymać, ale sukinsyny wyciągnęli spluwy. Pech chciał, że trafili w zbiorniki gazu podłączone do sieci energetycznej.
Nastała chwila ciszy. Dotarł do mnie zapach dymu — ktoś zapalił papierosa, taniego, kiepskiej jakości.
—Jakieś ślady? – zapytał Howard, poważny jak nigdy.
—Nie. Wybuch zatarł wszystko. Nasi nie musieli interweniować.
—Tyle dobrego– mruknął Howard.
—Jesteś z rodziny założycieli. Jesteś nam potrzebny. Musimy działać – wtrąciła starsza kobieta, niskim, drżącym głosem.
—To teraz nic nie znaczy. Zdegradowali nas. Obserwują każdy nasz ruch – odparł Howard, jakby mimo tego szukał gorączkowo rozwiązania.
—Nie możemy dłużej powstrzymywać ludzi. Jeśli ucisk się utrzyma to poleje się krew – rzucił niski, gruby głos.
—Wykluczone. Macie czekać.
—Nie widzisz, co się dzieje?
—Skoro nie ma śladów, nie róbcie nic. Nie jesteśmy gotowi. Łagodźcie nastroje i trzymajcie się z daleka od wojska. Kasta nie może nic podejrzewać. I ukryjcie lepiej broń. Nie mogą jej znaleźć.
—Howard, im dłużej czekamy tym bardziej ryzykujemy. Jesteśmy już gotowi. Potrzeba tylko więcej tych, którzy pociągną w odpowiednim momencie za sznurki– odezwał się mężczyzna o wyższym głosie.
—A twój syn, jak mu tam, Dranhis? Był jednym z najlepszych na akademii. Mógłby się przydać.
—Wykluczone. Nie jest gotowy. Nawet nie wie, że należę do Ruchu Jedności – odparł Howard.
Chwilową ciszę przerwał mężczyzna:
—Nie powiedziałeś mu?
—Nie – odpowiedział Howard.
—Może najwyższy czas. Chłopak bystry, młody, ambitny. Lepiej, by pracował dla nas, niż zasilał ich szeregi. Co zrobisz, gdy wciągną go do służb w Kręgu II? A może wolisz, żeby zrobili z niego trepa, który stanie naprzeciwko nas gdy czas nadejdzie?
—Pracuję nad tym. Zostawcie to mnie. Nie róbcie nic głupiego, uspokójcie ludzi i czekajcie. Rozmowa skończona.
Usłyszałem kroki na schodach. Zamknąłem drzwi i cichym biegiem wskoczyłem do łóżka. Po chwili słyszałem, jak ludzie wychodzą.
Co jest, do cholery?
W środku czułem ucisk. Moi rodzice… w Ruchu Jedności? Ludzie mają dość? Aresztowania? Strzelanina? Zacieranie śladów? Przygotowania? Broń?
Czuję, jak tracę oddech. Serce łomocze. Jestem w szoku. Kim są moi rodzice? Co planują? Ten Ruch Jedności… co chcą zrobić?
Czy chcą mnie wciągnąć w to wszystko? To miał na myśli Howard, mówiąc, że nie pozwoli zmarnować mojego potencjału?
Myśli przelatywały jedna po drugiej. Nie mogłem się uspokoić. Po jakimś czasie obojętniałem – od zmęczenia, łez i niewiedzy o tym, kim jestem, kim są moi rodzice i co mnie czeka.
Nie wiem, kiedy odpłynąłem w objęcia Morfeusza, ale obudziłem się z bólem głowy. Usiadłem na łóżku, próbując się pozbierać po tej nocy.
Powinienem powiedzieć im, co wiem? A może czekać, aż sami zaczną mówić? Może najlepiej udawać, że nic się nie stało.
Degradacja. Aresztowania… Wczoraj mówili wyraźnie o kimś z Ruchu. Kasta wie o działalności wywrotowej. Patrzą nam na ręce.
Mój ojciec i matka igrają z władzami – to może skończyć się tylko w jeden sposób.
Nie rozumiem. Dlaczego to robią? Dlaczego tak nienawidzą Kasty? To oni od początku sprawują pieczę nad demokracją, nad Edenys, nad ludzkością. To dzięki nim Terra nadaje się do życia, dzięki nim panuje porządek. To dzięki Kaście panuje pokój – tak upragniony, tak ciężko wypracowany po zniszczeniu rodzimej planety.
Nie mogę przestać o tym myśleć. Głowa zaraz miała eksplodować. Nie mogę jednak siedzieć w nieskończoność.
Wstałem, ubrałem wyczyszczony uniform Kręgu III. Schodząc po schodach, słyszałem grający odbiornik z wiadomościami.
—Dzień dobry – przywitałem się, wchodząc do kuchni.
Rodzice uśmiechnęli się na moje przywitanie i zaprosili do stołu. Matka skinęła na porcję gotowanych alg posypanych przyprawą z impertizu. Nie skomentowałem, choć zwykle nie kryłem obrzydzenia. Widać, że oni już dawno skończyli jeść i czekali.
—Długo spałeś. Ten wybuch dał ci w kość? – zapytał ojciec, odpalając papierosa.
—Ty palisz? Nigdy nie paliłeś.
Howard zaciągnął się i machnął ręką.
—Kiedyś paliłem. Zanim się urodziłeś. Wczoraj z nerwów sięgnąłem po jednego, tak dla smaku.
—Edenys – wiadomości dnia – rozległ się głos prezenterki biura informacji publicznej:
“W Kręgu IV wczoraj w nocy doszło do eksplozji budynku biurowego przy centrum przewozowym. Fala uderzeniowa była słyszalna aż w Kręgu II. Wstępne ustalenia wskazują na nieszczelność w systemie gazociągu doprowadzającym gaz do przetworników energii. W akcji brały udział samoloty gaśnicze i jednostki interwencji wojskowej. Znaleziono cztery ciała – w tym dwóch strażników w mundurach. Biuro Bezpieczeństwa otrzymało wcześniejszy komunikat o wybuchu i uwięzionych cywilach. Jutro odbędzie się pogrzeb straży z udziałem członków Rady. Ekipy ratownicze wciąż przeszukują gruzy. Punkt pomocy ustawiono przy alei Viaceris. Specjaliści ds. instalacji gazowych zapowiadają rutynowe kontrole w całym Kręgu IV. Minister ds. bezpieczeństwa, Joseph Rex, zapewnia, że nie ma powodów do niepokoju, jednak zaleca ostrożność i zgłaszanie wszelkich nieprawidłowości. Instytut Badań nad Klimatem ostrzega przed możliwymi wstrząsami w sektorach A, C, D i G w Kręgu V. Prosimy o zachowanie ostrożności...”
Howard zgasił papierosa, wstał i wyszedł z domu.
Patrzyłem na metalowy pojemnik z papkowatym daniem, zastanawiając się, czy uda mi się je przełknąć. Żołądek zadecydował za mnie – zacząłem jeść łyżka po łyżce, wyobrażając sobie, że to najlepszy deser, którym zajadaliśmy się przy eleganckim, okrągłym stole.
– Dranhis, kończy się czas na twoją aplikację. Jeśli nie znajdziesz pracy sam, ministerstwo zrobi to za ciebie – powiedziała Oktavia, nie odrywając wzroku od sterty papierów.
Mogłem próbować samodzielnie – to dawało wybór. Ministerstwo najpewniej przydzieli mi pracę w Kręgu III, ale wykorzystując swoje pochodzenie i wyniki z akademii, może uda się wyrwać do Kręgu II, zachować resztki godności i zarobić więcej niż rodzice. Oni, mimo wykształcenia, zostali dwa razy upokorzeni – degradacja do Kręgu III, a potem praca przy systemach odprowadzania wody z fabryk. Hańba to za mało. Choć po wczorajszych wydarzeniach powinienem się cieszyć, że nie siedzą w więzieniu.
–Jadę to załatwić – powiedziałem, szykując się do wyjścia.
Odbiłem się identyfikatorem i ruszyłem w stronę dworca.Rozdział 2
Krąg II. Ta część Edenys przytłaczała sterylnością – każdy centymetr wydawał się zmierzony i kontrolowany. Powietrze pachniało inaczej, filtrowane przez setki warstw, zanim dotarło do moich płuc. Rzadko tu bywałem, zazwyczaj nie miałem po co tu przychodzić.
Na ulicach panowała cisza, przerywana tylko szumem samolotów i świergotem mechanicznych ptaków, stworzonych, by Edenys przypominało choć trochę dawną Ziemię. Monumentalny budynek Ministerstwa Pracy górował nad szarym placem, po którym krążyli ludzie w czarnych uniformach. Mijane patrole strażników sprawiały, że czułem się tu bezpieczniej niż w Kręgu III.
Przy wejściu ścisnąłem teczkę z dokumentami i dyplomem. Wdech, wydech. Poprawiłem włosy i sprawdziłem uniform – mimo obrzydliwego koloru starałem się wyglądać jak najlepiej.
Wnętrze budynku było równie surowe jak okolica. Kolejka przesuwała się w milczeniu, urzędnicy poruszali się precyzyjnie jak maszyny. Każdy Krąg miał własną kolejkę – najdłuższą dla Kręgu IV, czerwone uniformy i twarze pozbawione nadziei. Czysta formalność.
W końcu przyszła moja kolej. Przesunąłem identyfikator, włożyłem dokumenty do maszyny. Po chwili wypluła je zapakowane w szary papier z pieczęcią Ministerstwa. Wręczyłem je pulchnemu mężczyźnie w czarnym uniformie. Nawet nie spojrzał.
– Zgłoszenie przyjęte. Decyzja w ciągu trzech dni roboczych. Następny proszę.
– To wszystko? – zapytałem.
Nie zareagował. Moje miejsce szybko zajął ktoś inny. Numer zgłoszenia na ekranie pojawił się i zniknął. Czułem się niewidzialny.
Wyszedłem. Nadzieje, które mnie motywowały, zniknęły. Myśli przybrały szarą barwę rzeczywistości. Usiadłem na ławce. Założyłem ręce na głowie, próbując stłumić narastające uczucie.
Czułem się jak nad przepaścią, pchany przez niewidzialną siłę. Nie było nic, czego mógłbym się chwycić.
– Dranhis?
Porażony odwróciłem głowę. Znam ten głos aż za dobrze. Matteo stał kilka kroków przede mną, jakby wycięty z innego świata. Uniform Kasty był nieskazitelny – biel oślepiała w gwiezdnym świetle, srebrny emblemat nadzoru inżynieryjnego błyszczał na piersi. Patrzył na mnie z niedowierzaniem.
Cieszyłem się, że go widzę, ale wstyd natychmiast mnie ogarnął – Krąg III. Myślałem, że zapadnę się pod ziemię.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, podszedł i uścisnął mnie tak jak kiedyś.
– Nie spodziewałem się ciebie! Co ty tutaj robisz? Chciałem cię odwiedzić, ale w twoim domu zastałem innych ludzi. Co się stało? – zapytał, a mimo uśmiechu widać było zaniepokojenie.
– Przyjechałem z Kręgu III – odpowiedziałem gorzko. – Próbuję dostać przydział wyżej. Właśnie złożyłem aplikację, ale wątpię, by coś z tego wyszło.
Matteo uniósł brwi, a w jego wyrazie widać było zaskoczenie i współczucie. Nie potrafiłem ukryć emocji – czytał je jak otwartą księgę.
– Jak to aplikujesz? Ty? Przecież byłeś jednym z najlepszych na roku. Co się stało? Nie wyglądasz najlepiej, przyjacielu.
Wzruszyłem ramionami. Wstyd spływał po mnie jak ciężki płaszcz, trudny do zniesienia.
— Tak czasem bywa — wydusiłem w końcu, wkładając w te słowa resztki godności.
Matteo przyglądał mi się uważnie. Zielone oczy pełne troski, wiatr targał jego czarne loki. Szukał słów, nigdy ich nie marnując. W końcu pokiwał głową, jakby podjął decyzję.
— Słuchaj… Wiem, że może zabrzmieć dziwnie, ale mogę ci pomóc. Mam kontakt w Wydziale Bezpieczeństwa. Wysoka pozycja, zaufana osoba. Jeśli chcesz, mogę zorganizować wam spotkanie. Niczego nie gwarantuję, ale zasługujesz na więcej niż praca w Kręgu III.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Ufałem mu. Wiedziałem, że jego motywacje są czyste. Syn członka Rady, człowiek systemu, któremu moja rodzina się sprzeciwiła, a mimo to pozostał przyjacielem. Poznaliśmy się w akademii. On skończył ją trzy lata przede mną, potem nadzorował budowę kolonii na południu planety.
— Naprawdę zrobiłbyś to dla mnie? — zapytałem, z nadzieją, że się nie rozmyśli.
— Tak. Po tym, co razem przeszliśmy, to najmniejsze, co mogę zrobić. Spotkajmy się wieczorem, porozmawiamy spokojnie. Muszę jeszcze zdać raport z pracy.
Uścisnął mnie raz jeszcze, uśmiechając się charakterystycznym błyskiem w oczach, potem odszedł. Jego zapach perfum unosił się jeszcze przez chwilę, razem z tysiącem myśli w mojej głowie.
Stałem jeszcze chwilę, patrząc, jak znika w tłumie. Tak nagle, jak się pojawił, tak nagle odszedł, zostawiając mnie z moimi myślami.
Czułem się, jakbym oddychał tylko połowicznie. Ciało zostało w sterylnych ulicach Kręgu II, w cieniu ministerstwa, a umysł uciekał gdzie indziej – w noc, której nie mogłem wyrzucić z pamięci. Te szepty. Rozmowy za zamkniętymi drzwiami. Wybuch. Słowa przecinające ciszę jak nóż: broń. Aresztowania. „Nie jesteśmy gotowi.” Ślady. Kasta. Ruch Jedności. Krew.
Moi rodzice – Howard i Oktavia – zawsze wierzyli w pokój i dialog, w poglądy Ojców Założycieli. A teraz mówią o konieczności uderzenia.
Przez lata widziałem, jak matka pisze listy, protesty, wygłasza przed Radą swoje idee. A dziś rozmawia z ludźmi bez twarzy, których znam tylko z głosu.
Nieprzespana noc dawała mi się we znaki. Co się dzieje? Moi rodzice w Ruchu Jedności? Wiem, co postulują. Nigdy nie przypuszczałem, że mogliby pójść na zbrojny przewrót.
Czy planują bunt? Zbrojny opór? Przeciw komu? Kaście? Naszej krwi, naszemu rodowi? Przeciw systemowi, który zapewnia porządek, bezpieczeństwo i przetrwanie?
Boję się. Strach ogarnia całe ciało.
Wspomnienia zeszłej nocy paraliżują mnie. Problemy, które jeszcze niedawno wydawały się wielkie, teraz bledną wobec tego, co usłyszałem.
Boję się o nich. Boję się też o siebie. Co mam zrobić? Jeśli milczę, czy staję się współwinny?
Kocham to miasto, Edenys, Krąg I, naszą Gwiazdę i Kopułę Zjednoczenia. Jesteśmy jednością, musimy być wierni władzy, która nas karmi i chroni. Rozumiem niezadowolenie niektórych — sam odczułem, co znaczy żyć w Kręgu III — ale każdy ma swoje miejsce. Nie jesteśmy równi. Jak ktoś, kto nic nie potrafi, może mieć taki sam wpływ na społeczeństwo jak ja, po siedmiu latach w akademii?
A jednak… jeśli wyznam lojalność, tak jak czuję, co stanie się z moją rodziną? Aresztują ich? Wyrzucą z miasta? Zmuszą do życia w koloniach? Kula rośnie mi w gardle. Niepewność i lęk wypalają mnie od środka.
Rodzina. Kasta. Krąg III. Bunt… wojna.
Słowo „wojna” odbiło się echem w głowie. Potrząsnąłem głową. Nie. To niemożliwe. To nie może być prawda.
Otrząsnąłem się, wstałem i ruszyłem w stronę dworca. Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu. Muszę dojść do siebie.
Gdy zająłem miejsce, przed oczami znów pojawił się obraz Matteo — przyjaciela, który w tych ciemnych dniach był jak światło nadziei na końcu tunelu. Jest częścią mojego dawnego życia, tym, kim mogła być moja rodzina, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
W jego obecności poczułem ulgę. Poczułem, że wciąż coś znaczę. On nadal widzi we mnie członka Kręgu I. A ja? Już nie potrafię spojrzeć na własne odbicie w lustrze.
Jego propozycja — ten jeden gest — była jak promyk światła w ciemnym pokoju. Może naprawdę mi pomoże. Może to początek nowego etapu. Może nie wszystko jeszcze stracone.
A jednak… w głębi serca czułem, że to nie jest największy problem.
Wizja tego, co planują moi rodzice z Ruchem Jedności, budziła we mnie strach aż do szpiku kości.
Gdy nastał wieczór, stanąłem blisko Ministerstwa Pracy, na pustym, betonowym placu tonącym w mroku. Matteo już czekał, wpatrzony w rzeźbę symbolizującą jedność — ogromną dłoń trzymającą ku górze puchar, z którego wiecznie unosił się iskrzący płomień. Blask miejskich świateł padał na jego sylwetkę. Pokiwał głową, gdy mnie zobaczył.
Podszedłem powoli, drżąc od nadmiaru pytań, które trudno było ukryć. Wiem, że wyczyta ze mnie każdą emocję. Jednocześnie pocieszało mnie, że zna mnie dobrze — nie ocenia, stara się zrozumieć.
— Dobrze, że jesteś — powiedział spokojnie, lecz zdecydowanie. — Udało mi się. Jutro o 11:00 spotkasz się z Generałem Hyperiusem Aylem. To Dyrektor Ministerstwa Bezpieczeństwa.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Tak szybko? Moja rodzina została zdegradowana z Kręgu I, a jedno słowo Matteo uchyla przede mną drzwi do lepszego życia?
— Jak…? — zacząłem, lecz uniósł rękę.
— Nie pytaj. Wystarczy, że się pojawisz i będziesz sobą. Ale uważaj, Dranhis. Hyperius nie jest naiwnym idealistą. Zna się na ludziach. Jeśli wyczuje, że coś ukrywasz albo jesteś niepewny — nie pomoże ci. — Pochylił się bliżej, ściszając głos. — I pod żadnym pozorem nie mów nic o swojej rodzinie. Ani słowa. Zrozumiałeś?
Spojrzał mi głęboko w oczy z powagą. Poczułem, jakbym uderzył o beton z dużej wysokości. Oczywiście, że mam coś do ukrycia. Głos matki, słowa ojca, szepty nocy — wszystko dręczyło mnie jak echo nadciągającej burzy.
— Zrozumiałeś? — powtórzył Matteo.
— Tak, zrozumiałem — skłamałem.
Spojrzał na mnie zaskoczony, wyprostował się i pokiwał głową.
Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę. Widziałem, że chciał coś powiedzieć, ale milczał. Czy domyśla się? Może słyszał coś, czego nie powinien, może mnie sprawdza. Poczułem niepokój.
Matteo uśmiechnął się lekko i poklepał mnie po ramieniu. — Naprawdę chcę, żebyś z tego wyszedł, stary przyjacielu. Ale musisz być ostrożny. Edenys się zmienia. To już nie to samo miasto, które pamiętasz.
Kiwnąłem głową, zbyt zszokowany, by odpowiedzieć. Spojrzał jeszcze raz na rozświetlony budynek Ministerstwa i ściszył głos. — Jeśli coś się wydarzy, coś dziwnego, cokolwiek… Skontaktuj się ze mną, zanim zrobisz coś głupiego. Dobrze?
— Dobrze — odpowiedziałem po chwili.
Nie mogłem zapytać wprost, co miał na myśli. Howard wspominał, że Kasta patrzy nam na ręce… Czy Matteo wie coś więcej? Nie, nie mogę ryzykować.
Wyjął złożony kawałek papieru i włożył mi go do ręki. — Udaj się jutro na ten adres. Kiedy skończysz, odwiedź mnie w domu — będę czekał.
Pożegnaliśmy się i odeszliśmy w swoje strony. Miasto tonęło w ciemności. Postanowiłem iść pieszo, potrzebowałem czasu, by uporządkować myśli. Ulice były ciche, przerywane jedynie trykotem pojazdów, szumem samolotów i równym krokiem strażników. Ludzie wracali do domów, nieliczni bawili się przy muzyce w klubach.
Każdy dźwięk przypominał o porządku w Edenys, o tym, ile zawdzięczamy Radzie. Nawet gdy gorzki posmak ostatnich wydarzeń wciąż był w mojej głowie, system działał. To ludzie szukają dziury w całym. Broń, aresztowania, wojna — te słowa napinały moje mięśnie, jakby chciały odgrodzić mnie od myśli, których nie mogłem odpędzić.
Czy moi bliscy rozumieją ryzyko? Bunt to nie odwaga, lecz brak rozsądku. Przestrzeń dla niedozwolonych nie istnieje — wystarczy być cierpliwym i lojalnym, a system znajdzie miejsce dla wiernych. Ja wierzę. Wierzyłem w mundur akademii, gdy nas zdegradowano, wierzę teraz. Pogodziłem się z konsekwencjami działań rodziny — nie dam poparcia buntowi. Nigdy nie wystąpię przeciw Kaście, Radzie ani Edenys.
Spotkanie z Matteo działało jak mocna kawa o poranku. Rozpaliło we mnie spokojną nadzieję — nie taką, jaką mają moi rodzice czy Ruch Jedności, lecz pewną i klarowną. Matteo zna porządek lepiej niż większość. Jeśli wyciąga do mnie rękę, znaczy to, że Rada nie przekreśliła mnie i mojej przeszłości. Może teraz jest mój moment, by udowodnić swoją wartość, lojalność.
Gdy dotarłem do domu, noc całkowicie opanowała miasto. Mijałem sąsiadów — zmęczone twarze, obce, choć już rozpoznawalne. Uśmiechnąłem się niechętnie. Nikt nie odpowiedział. Wciąż widzą we mnie mieszkańca Kręgu I. Może, gdy wrócę z Kręgu II jako pełnoprawny pracownik Ministerstwa, spojrzą na mnie łagodniej.
Wszedłem do mieszkania, zdjąłem uniform i odłożyłem go starannie. Zachowałem ciszę, nie chcąc budzić rodziców. Jutro ważny dzień – dzień, w którym moje nazwisko odzyska utraconą godność.
Sala, do której zostałem wezwany, była surowa, niemal ascetyczna. Masywne biurko z czarnego kamienia zajmowało centralny punkt, a za nim siedział Hyperius Ayl. Sępa twarz, szerokie ramiona, spojrzenie surowe. Czarny mundur idealnie dopasowany, z emblematem Kasty nad symbolem Edenys. Za jego oknem panorama miasta, kończąca się murem między Kręgiem III a IV.
– Znasz powód, dla którego się tu znalazłeś? – zapytał, nie podnosząc głowy znad sterty papierów.
– Nie, sir. Przekazano mi tylko, że mam się stawić – odpowiedziałem poważnie.
Podniósł wzrok, przeszywając mnie spojrzeniem jak skalpelem. – Dranhis Alvar. Rocznik 422. Czołowy rocznik akademii. Trzy wyróżnienia. Brak powiązań z przestępczością czy organizacjami wywrotowymi. Brak wniosków o audyt lojalności… A mimo to, Krąg III. Dlaczego?
Serce łomotało mi jak szalone. Starałem się wyglądać stabilnie, nie okazywać emocji.
– Sir, nie jestem tu z własnej decyzji. Ale to nie zmienia mojego oddania dla Edenys. System jest większy niż jednostka. Porządek gwarantowany przez Radę i Kastę jest wartością, którą wspieram za wszelką cenę – odpowiedziałem, starając się brzmieć pewnie.
Hyperius przymrużył oczy i zastukał palcami w biurko. – Mówisz jak ktoś, kto zna obowiązek. Ale obowiązek i lojalność nie zawsze idą w parze. Gdybyś dostał rozkaz aresztowania kogoś bliskiego, wykonałbyś go bez wahania?
Gardło zacięło mi się, ale powstrzymałem emocje.
– Jeśli rozkaz pochodzi od władz i oparty jest na danych uzasadniających zagrożenie dla stabilności społeczeństwa, tak, sir. Indywidualne pobudki nie mogą przesłaniać dobra wspólnoty. Każdy jest rozliczany wedle tych samych zasad.
Przez chwilę cisza. Hyperius czekał, jakby na więcej.
– Dobra odpowiedź – skinął głową. – A co sądzisz o rosnącym niezadowoleniu robotników w Kręgu IV?
Byłem gotowy. – Niezadowolenie to naturalna reakcja populacji pozbawionej wykształcenia i nadziei. Nie oznacza buntu. Potrzebujemy lepszego nadzoru, przekazu wartości i obecności władz. Ludzie muszą czuć, że ktoś nad nimi czuwa, szanuje ich i docenia ich pracę. Ich wysiłek jest fundamentem Edenys i powinien być powodem do dumy.
Usta dowódcy lekko uniosły się w uśmiechu, albo w geście zadowolenia. Nie byłem pewien.
– Dobrze. Zostajesz Asystentem ds. Zachowania Bezpieczeństwa, Krąg IV. Raporty co siedem dni, zgłoszenia odchyleń natychmiast. Masz trzy dni na adaptację. Wstaw się w biurze sektorowym 91C o piątej. Uniform dostarczymy na miejsce zakwaterowania. Odbij identyfikator na moim biurku.
Zamarłem na krótką chwilę. Potem skinąłem głową. – Tak jest, sir. Dziękuję za zaufanie.
Dowódca nie odpowiedział. Wręczył mi nowy identyfikator z czarnym paskiem i numerem stanowiska. Moje imię i nazwisko wygrawerowane, gotowe.
– Stary identyfikator oddaj do utylizacji na parterze. Sprawujcie się dobrze – to sygnał, że rozmowa dobiegła końca.
Wyszedłem z Ministerstwa, trzymając w dłoniach nowy identyfikator – elegancki, emanujący prestiżem stanowiska. Kroki ludzi odbijały się echem od granitowej posadzki. Krąg II wydawał się nieludzko doskonały, każdy detal podporządkowany porządkowi.
Był gorący dzień, lato zbliżało się do zenitu. Szedłem powoli, czując ciepło na skórze i woń niebieskich kwiatów w powietrzu. Duma rozpalała wnętrze, lecz niepokój o rodziców wciąż mnie gnębił. Ile mam czasu? Wiem tylko, że jeszcze nie są gotowi – a co, gdy będą?
Zatrzymałem się przy małym sklepie między szarymi wieżowcami i kupiłem wodę. Czysty płyn ugasił pragnienie, chłodząc mnie od środka. Rodzice… Czy będą dumni, czy przerażeni, widząc mnie częścią systemu, z którym chcą walczyć? Matka ukryje niepokój za dumą, ojciec – nie wiem. Znałem jego bunt wobec porządku, jego gniew wobec świata. Jak zareaguje, że jego syn ma nadzorować Krąg IV, epicentrum buntu?
Hyperius – sępowaty, zimny, teraz mój przełożony – z pewnością wie o mojej rodzinie. Ale ile dokładnie? Skoro Rada i Kasta patrzą im na ręce, czy będą chcieli mnie sprawdzić? Czy wykonam obywatelski obowiązek i wydam rodzinę politycznym wrogom? Nie. Musi istnieć inne wyjście. Może uda mi się ich odwieść od tej drogi w mroczne odmęty historii. Może po prostu będą ostrożniejsi.
Ojciec nigdy nie chciał mnie wciągać w bunt. Dlaczego? Chronił mnie czy po prostu mi nie ufał – przez moje oddanie Radzie, Kaście, Edenys? Zna mnie od podszewki. Mimo to zrobi to, co uzna za słuszne.
Matteo wydawał się wiedzieć więcej, choć nie wiem czego. „Gdyby wydarzyło się coś dziwnego, powiedz mi”… Co miał na myśli? Co dziwnego? Hyperius, członek Kasty, nie zapytał o rodzinę. Matteo kazał mi milczeć. Dlaczego? Czy chronił mnie?
Ból głowy powrócił, pulsujący przy oczach, zmuszając do przetarcia powiek. Światło gwiazdy wznosiło się wyżej, pot spływał po ubraniu. Przechadzałem się między wieżowcami w stronę Kręgu I, gdzie czekał Matteo.
Asystent ds. Zachowania Bezpieczeństwa – brzmi dumnie, ale znam prawdę. Mam raportować podejrzane jednostki, analizować punkty zapalne, zgłaszać odchylenia. Mam być aparatem systemu w beczce z prochem. Krąg IV jest punktem zapalnym od lat. Każdy tydzień przynosi plotki o zawirowaniach, wandalizmie, terroryzmie. To najbardziej ludny z Kręgów Edenys, miejsce, gdzie kiełkuje nadchodząca rebelia – wspierana przez moich rodziców i być może wielu innych.
Jeśli nawet byli mieszkańcy Kręgu I należą do Ruchu Jedności, każdy może być podejrzany. Dwa miliony ludzi. Jak w tym tłumie znaleźć tych, którzy mogą popchnąć ostatni bastion ludzkości ku zagładzie?
Wziąłem głęboki oddech, przymykając oczy. Czyste powietrze wypełniło płuca, a z wydechem pozwoliłem, by troski na chwilę uleciały.
Dom Matteo stał w prestiżowej dzielnicy Areasis, trzy przecznice od Kopuły Zjednoczenia. Szklane wieże przecinały niebo jak kryształowe ostrza. Posesja emanowała nowoczesnością i dyskretnym bogactwem. Inteligentne szyby zmieniały przezroczystość, marmurowe ściany były podgrzewane, srebrne ozdoby podkreślały majątek właścicieli. Dziedziniec stylizowano na starożytne ogrody: niskie fioletowe krzewy tworzyły geometryczne wzory, a fontanna chłodziła powietrze delikatną bryzą.
Stanąłem przed białymi drzwiami. Otwarły się automatycznie. Po chwili zza ściany wyszedł Matteo.
— Dranhis! — uśmiechnął się szeroko, rozkładając ramiona. — Nareszcie jesteś, zaczynałem się niepokoić. Wejdź, napijemy się.
Zaprowadził mnie do salonu. Wnętrze przypominało muzeum: obrazy i rzeźby ze Starego Świata zdobiły ściany. Nad kominkiem, z którego biły zielone promienie, wisiał symbol Edenys — nasza gwiazda.
Usiedliśmy w fotelach przy kominku. Na stoliku stały szklane puchary z niebieskim płynem.
— Więc… jak poszło? — zapytał, sięgając po szkło i gestem zachęcając mnie do tego samego.
Wznosząc toast, spojrzeliśmy sobie w oczy. Wypiłem łyk; gorący płyn parzył podniebienie, spływał w dół, zostawiając cierpki posmak. Matteo uśmiechnął się lekko, pokiwał głową.
— Mocny towar, co? — rzucił z rozbawieniem, odkładając szkło.
Jego biały uniform był nieskazitelny, czarne loki opadały niedbale na czoło, skrywając krople potu.
— Przydzielili mnie do Kręgu IV. Asystent ds. Zachowania Bezpieczeństwa — powiedziałem zachrypniętym głosem.
— Nie trwało to długo: kilka pytań, identyfikator, uniform… Po prostu.
Matteo przesunął dłonią po szczęce, zamyślony. Spojrzał w stronę kominka, jakby przetwarzał moją informację.
— Szybko — powiedział cicho. — Ayl nie marnuje czasu. To może być dobre… ale też bardzo niebezpieczne.
Zmarszczyłem brwi. Niebezpieczne? Matteo patrzył na mnie uważnie, twarz bez emocji.
— Nie sądzisz, że powinieneś się cieszyć? — zapytałem. — Dostałem pozycję, na którą czekałem. Twoje wstawiennictwo mnie uratowało.
— Oczywiście, cieszę się… ale — zawiesił głos, obracając szklankę w dłoni i wpatrując się w kołyszący się płyn. — Krąg IV nie jest jak reszta Edenys… System działa tam inaczej, nawet jeśli dokumenty mówią co innego.
Przyglądałem mu się uważnie, próbując odczytać więcej, ale zapadła cisza.
— Brzmisz, jakbyś tam był. Jakbyś wiedział coś, czego nie znajdę w raportach.
Uśmiechnął się krótko, bez radości.
— Być może. Słyszałem ludzi, którzy tam byli. I zapadło mi w pamięć to, co mówili.
Zielone płomienie migotały w tle. Matteo pociągnął łyk trunku. Niechętnie zrobiłem to samo – nie dla przyjemności, lecz z szacunku.
– Zmienisz się, Dranhis – powiedział cicho. – Każdy się tam zmienia. Tylko nie wszyscy w tę samą stronę.
– Co to znaczy? – zapytałem. Jego twarz pogrążała się w wewnętrznym mroku, którego nie próbował ukrywać.
– Nie wszystko, co zobaczysz, da się logicznie wyjaśnić. To będzie prawdziwa próba – nie funkcja, nie raporty, nie rozkazy.
Przechylił głowę, patrząc uważnie.
– Zawsze ceniłem w tobie jedno: nie boisz się pytań. Jesteś inteligentny i kierujesz się wyższymi wartościami. Nie strać tego… tam, w Kręgu IV.
Zdziwiły mnie te słowa. Do tej pory to ja słuchałem jego rad – był nie tylko przyjacielem, ale i mentorem, starszym bratem, którego nie miałem. Teraz mówił inaczej.
– Brzmisz, jakbyś się bał, Matteo. Nie poznaję cię. Powiedz wprost, o co chodzi.
– Nie boję się o siebie – odparł natychmiast, po chwili ciszej: – Ale czasem, gdy system daje władzę… nie daje całej prawdy.
Zamarłem. W jego oczach widziałem coś więcej niż troskę – ostrzeżenie? Przestrogę?
– Cokolwiek zobaczysz. Cokolwiek będziesz musiał zrobić – rób to dla ludzi, nie dla pozycji.
Spojrzał w płomienie kominka, unikając mojego wzroku.
– Matteo… – odezwałem się, pochylając się. – Nigdy nie mówiłeś w ten sposób. To nie rada, to ostrzeżenie. Co masz na myśli, mówiąc o „momencie próby”? O „prawdzie”? Znam cię zbyt długo, nie ukryjesz przede mną prawdy.
Wziął głęboki oddech i dopił resztę drinka.
– Chcesz jeszcze? –
Skinąłem głową. Napełnił oba puchary i wrócił na miejsce. Po kolejnym łyku odłożył szkło, przetarł czoło i potrząsnął głową, poruszając czarne loki.
– Pamiętasz naszą rozmowę na czwartym roku akademii? Mówiłeś, że nie boisz się poświęceń dla wyższego dobra, lecz niewiedzy.
Skinąłem głową. Niedługo potem wyjechał nadzorować budowę nowych kolonii.
– Powiedziałeś wtedy, że system opiera się na zaufaniu i informacji. Że jeśli czegoś nie rozumiesz, nie możesz służyć dobru publicznemu. Nadal uważam, że miałeś rację, ale zrozumienie… czasem wymaga ciszy i czasu.
– Nie wystarczy mi czas – wyrwało mi się ostrzej, niż chciałem. – Mam służyć Edenys, podejmować decyzje, dbać o porządek na tej tykającej bombie. A ty każesz mi obserwować w ciszy? Czego się boisz, Matteo?
Spojrzał mi w oczy. Jego twarz złagodniała, ale pod tą łagodnością czaiło się zmęczenie, doświadczenie, rezygnacja.
– Boję się dnia, gdy będziesz musiał wybierać między tym, co słuszne… a tym, co zobaczysz. I wtedy… nie będzie nikogo, kto podpowie ci, co zrobić.
– Co chcesz mi powiedzieć, Matteo? – zapytałem łagodniej.
– Nic. Tylko patrz uważnie. Miej oczy szeroko otwarte.
Wstał powoli, lekko się kołysząc. Odwrócony, rzucił przez ramię:
– Nie mów wszystkiego, co myślisz. Nie pytaj o wszystko, co chcesz wiedzieć. Nie od razu. W Kręgu IV są tacy, którzy słyszą więcej, niż ci się wydaje.
Pokręciłem głową, czując niepokój.
– Matteo, coś ukrywasz. Czegoś się dowiedziałeś.
– Nie pytaj, Dranhis – przerwał stanowczo. – I nie próbuj mnie chronić. Skup się na sobie. Ciężar decyzji i odpowiedzialność będą twoje. Gdy przyjdzie czas… jeśli będziesz gotowy – zrozumiesz.
Zrobił kilka kroków, lekko się zataczając, i oparł o blat stołu.
– Powodzenia, Dranhis. Idź już. Muszę odpocząć. Za długo i za bardzo. Wróć, jeśli będziesz mnie potrzebował. Ale następnym razem przyjdź z bardziej otwartym umysłem.
Nie odpowiedziałem od razu. Dopiłem trunek, odstawiłem puchar i ruszyłem ku drzwiom. Zatrzymałem się, spojrzałem za siebie.
– Dziękuję, Matteo. Za wszystko. Widzę, że coś cię gryzie. Jeśli tylko będziesz gotów, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Skinął głową, nie odrywając wzroku od blatu. Odwróciłem się, by wyjść.
– Dranhis… – powiedział cicho.
Odwróciłem głowę. Wpatrywał się we mnie.
– Uważaj na siebie.
– Będę, Matteo. Do zobaczenia, przyjacielu. I nie pij już dzisiaj.