-
nowość
EDENYS: Tom II: Miasto w Ogniu - ebook
EDENYS: Tom II: Miasto w Ogniu - ebook
Władza potrafi odebrać wolność. Wojna potrafi odebrać człowieczeństwo. Po wydarzeniach z pierwszego tomu Dranhis porzuca wszystko, w co dotąd wierzył, i dołącza do Ruchu Jedności. Po raz pierwszy staje po stronie ludzi, których jeszcze niedawno uważał za swoich wrogów. Szybko odkrywa jednak, że wojna nie zna bohaterów ani sprawiedliwości, a każda decyzja ma swoją cenę. W świecie, w którym zaufanie bywa śmiertelnym błędem, a granica między dobrem i złem zaciera się z każdym kolejnym dniem, Dranhis będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, kim naprawdę jest... i o co warto walczyć. Bo nie każda bitwa rozgrywa się na polu walki. Najokrutniejsze z nich toczą się we własnym sumieniu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398236812 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niektóre twarze wracają do mnie w snach. Nie te wyraźne — nie te, które widziałem z bliska, z odległości kilku kroków, gdy wrzeszczały, błagały albo pluły mi pod buty. Wracają te z tłumu: zamazane, blade, przerażone. Wpatrzone gdzieś poza mnie, jakby wypatrywały końca świata. Może faktycznie tak było. Może byłem jego zwiastunem.
Byłem inkwizytorem. Cieniem. Narzędziem Thaylona. Moje imię w ustach ludzi znaczyło to samo co wyrok. Nie musiałem nic mówić — sam mój widok wystarczał.
Zatrzymywałem pochody protestujących. Przerywałem zebrania, zanim zdążyły się rozpocząć. Nakazywałem aresztowania — masowe, bez dowodów, bez wyjaśnień. Oddziały specjalne wykonywały moje polecenia z mechaniczną precyzją. Kiedy wchodziłem do pomieszczenia, ludzie milkli. Gdy pojawiałem się na ulicy, matki odciągały dzieci, a mężczyźni spuszczali wzrok. To nie był podziw. To był czysty, bezwarunkowy strach.
Thaylon był zadowolony. Dawał mi wolną rękę, a ja robiłem, co do mnie należało.
Codziennie przyjmowałem raporty od dowódców pod sektorów. Przemarsze wojsk odbywały się zgodnie z harmonogramem. Widziałem kolumny młodych ludzi — chłopców i dziewcząt — w ciężkich zbrojach, idących prosto w zgliszcza nadchodzącej wojny. Szli w milczeniu. Czasem ktoś płakał. Czasem ktoś mdlał. Ale szli, bo musieli.
Wojsko miało priorytet. Obywatele nie mieli nic.
Starszych zabierano do przymusowych prac, dzieci wcielano do programów szkoleniowych lub rekrutacyjnych. Wciągano ich do systemu, do butów i kamaszy, jak do wnętrzności bestii. Jednostki specjalne patrolowały każdą dzielnicę, drony śledziły każdy oddech. Miasto stało się maszyną — a ja jednym z jej trybów.
Czasami zatrzymywałem się i patrzyłem na to wszystko z boku, jakby moje własne ciało działało bez mnie. Jakby moje dłonie należały do kogoś innego. Jakby moje decyzje już dawno przestały być moje.
Ale zawsze kończyło się tak samo: dowódca podchodził z raportem i meldował, że wszystko idzie zgodnie z planem. Że porządek został przywrócony. Że Edenys jest posłuszne.
Tak. Wszystko przebiegało dokładnie tak, jak chciał Thaylon. A ja — jego prawa ręka — trzymałem w niej miecz.
Czasem trudno zliczyć, ile razy zbliżałem się do przepaści. Każde połączenie, każdy pakiet danych przemykający przez ukryty kanał komunikacyjny był ryzykiem. A jednak robiłem to dzień po dniu, noc po nocy. Bez snu, bez chwili wytchnienia. Dla nich. Dla niej.
Z Jane kontaktowałem się potajemnie, zawsze przez zabezpieczony terminal ukryty w podłodze mojej rezydencji, z dala od czujników i spojrzeń. Przesyłałem dane z mapami pozycji, zmieniałem szyfry, układałem fałszywe raporty. Bywały chwile, gdy czułem jej wzrok przez holograficzną matrycę — pełen determinacji, ale też strachu. Wiedziała, jak cienki lód mnie niesie.
Torpedowałem rozkazy Thaylona tak często, jak tylko mogłem, nie budząc podejrzeń. Rozkładałem jego plany na czynniki pierwsze, przekręcałem raporty, opóźniałem realizacje. Wojska wysyłałem tam, gdzie nie byli potrzebni — albo gorzej, tam, gdzie się nudzili. Gdzie tracili czujność. Każde opóźnienie, każda dezorganizacja, wszystko co mogło spowolnić mobilizację — stało się moją osobistą misją.
A gdy coś szło nie tak, winni byli dowódcy. To była cena mojej gry. Thaylon nie znosił niekompetencji. Znałem jego próg tolerancji — wystarczyło rzucić cień podejrzenia. Jeden raport, jedno słowo. Resztą zajmował się sam. Surowo. Bezwzględnie.
Zasugerowałem mu, że jeśli chcemy chronić serce Edenys, powinniśmy skupić się na Bramie Południowej. To była logiczna droga — główna aleja prowadząca przez całe miasto aż do Kopuły, najkrótsza droga do centrum dowodzenia. Wiedziałem, że to go przekona. W jego myśleniu wszystko musiało być proste, czyste jak ruch na szachownicy.
Tak właśnie myślał. I tak właśnie dał się oszukać.
Hyperius był ostrożniejszy. On zawsze węszył. Gdy poprosiłem o przeniesienie części sił z zachodniego sektora — z obszaru, który zamierzałem całkowicie odsłonić — zaprotestował. Twierdził, że zachód to zbyt duże ryzyko. Gęste blokowiska były idealną osłoną dla partyzantów.
Miał rację.
Dlatego użyłem psychologii.
Podsunąłem mu sfabrykowane raporty pokazujące ogromne straty, jakie przyniosłaby ofensywa od zachodu: ile czasu zajęłoby przejście przez ruiny, jak nieskuteczne byłyby tam jednostki pancerne.
W końcu ustąpił.
Zgodził się na przesunięcia. Na osłabienie zachodniego muru.
Wiedziałem, że nie mamy dużo czasu. Ta gra zbliżała się do końca. Ale każdy dzień, każda godzina wywalczona dla Jedności przybliżała nas do punktu zwrotnego. Do szturmu. Do odpowiedzi.
Do wojny.
Do mojego końca.
Stoję teraz na progu sali tronowej Thaylona.
Wysoka, rozległa przestrzeń oświetlona chłodnym, sztucznym światłem odbija się od polerowanego betonu. W powietrzu unosi się zapach drogich olejków i świec. Nad nami, przez przeszkloną kopułę, majaczy czerwony, martwy księżyc Edenys.
Ściany sali — jego sanktuarium — pokryto materiałem pochłaniającym dźwięk. Panuje tu niepokojąca cisza. Każde słowo wydaje się ważniejsze, niż jest. Po dawnej Kopule nie ma już śladu — została zburzona, a na jej zgliszczach Thaylon wzniósł swoją świątynię.
Siedzi w wysokim fotelu z czarnego kompozytu, bardziej przypominającym tron niż zwykłe krzesło. Twarz spokojna, dłonie splecione, usta wygięte w charakterystyczny półuśmiech człowieka przekonanego o własnej nieomylności.
Podchodzę bliżej i zatrzymuję się przed nim.
— Gotowość pełna. Mobilizacja w sektorach C, D, E oraz Z przebiegła bez zakłóceń. Rezerwy przesunięto w głąb trzeciego kręgu. Granice trzymają.
Thaylon kiwa głową, jakby niczego innego się nie spodziewał.
— Wspaniale, Dranhisie… — mówi cicho. — A teraz pozwól, że opowiem ci o moim planie.
Nie przerywam. On lubi mówić. Lubi, kiedy ktoś słucha.
— Edenys… — zaczyna, rozkładając ramiona, jakby wskazywał na makietę niewidzialnego miasta. — jest ruiną. Przeklętym balastem przeszłości. Pełnym brudu, rozkładu i zgnilizny. Działań pozbawionych sensu. Tego nie da się naprawić. Tego nie da się załatać.
Pochyla się lekko do przodu.
— Trzeba to zburzyć. I zbudować od nowa.
Milczę.
— Nowe Edenys będzie miastem harmonii. Z białego syntetycznego betonu — mówi dalej. — Farbowanego, rzecz jasna. Kolumny. Kopuły. Freski. Malowidła przedstawiające historię naszego gatunku. Świątynia Człowieka.
Z jego ust płynie wizja. Artystyczna. Totalna. Niepokojąca.
— Redukcja populacji poprzez wojnę to nie tragedia. To konieczność — dodaje beznamiętnie, jakby cytował dane z raportu. — Głód zniknie. Zasoby przestaną się wyczerpywać. Każdy będzie pracował dla wspólnego dobra. Populację utrzymamy pod kontrolą.
Robi krok w moją stronę. Nie ucieka wzrokiem. Jest dumny.
— Kręgi przestaną istnieć. Miasto stanie się jednym ciałem. Jednym organizmem. Jednym porządkiem. Bez chaosu. Bez nadmiaru. Bez słabości. Tylko człowiek i struktura. Przeciw tej przeklętej planecie.
Patrzę na niego i nie wiem już, ile z tego jest planem, a ile urojeniem. Jedno wiem na pewno — on to zrobi, jeśli nikt mu nie przeszkodzi. A ja stoję w jego sercu, w jego świątyni, z jego zaufaniem… i z czasem, którego zaczyna mi brakować.
Thaylon milknie. Przez kilka sekund w pomieszczeniu panuje absolutna cisza. Słyszę tylko bicie własnego serca.
Potem, jakby mimochodem, przesuwa dłonią po krawędzi stołu z hartowanego szkła. Odbicie jego sylwetki drży na gładkiej powierzchni.
— Zawsze fascynowało mnie, jak bardzo ludzie wierzą, że są niewidzialni — mówi cicho. — Że jeśli się nie odezwą, nie zostaną zauważeni.
Jego wzrok wbija mi się w czaszkę, choć oczy pozornie błądzą po ścianach.
— Ale Oko… — zawiesza głos i odwraca się do mnie z uśmiechem. — Oko zawsze patrzy.
Lodowaty uścisk ściska mi trzewia. Kark napina się odruchowo.
— Zabawna sprawa z tym Okiem, prawda, Dranhisie? — ciągnie miękko. — Nigdy nie mruga. Nigdy nie śpi. A czasem… widzi więcej, niż powinno.
Uśmiecha się lekko. I nagle znów jest tym Thaylonem, którego znam — spokojnym, opanowanym wizjonerem.
Ale ja już wiem.
On wie.
— Twoja służba jest bezcenna — mówi. — Gdybym miał więcej takich jak ty, Edenys byłoby gotowe w miesiąc.
Podchodzi bliżej i kładzie dłoń na moim ramieniu. Uścisk jest niemal przyjacielski, ciepły. A jednak czuję się, jakby lodowy szpik wsuwał mi się między łopatki.
— Wiesz, co jest najgorsze w zdradzie, Dranhisie? — pyta, patrząc mi prosto w oczy. — Że zawsze zaczyna się od spojrzenia. Od zbyt długiego spojrzenia w złą stronę.
Cisza.
Patrzę mu w oczy bez mrugnięcia. Kamienna twarz. Żadnych nerwowych tików. Tylko spokój. Pod nim — burza.
— Ale to nie o tobie, oczywiście — dodaje po chwili, cofając dłoń i wracając na tron. — Ty jesteś lojalny. Oczywiście, że jesteś.
Oczywiście.
Milczę.
— Odpocznij, Dranhisie. Długa noc przed nami. I… wiele ruchów na planszy.
Zaciskam pięść za plecami, żeby nie zadrżała. Lekko się kłaniam, odwracam i wychodzę. Zanim drzwi się zamkną, słyszę jeszcze jego cichy głos:
— Oko patrzy.
Odwracam się na te słowa. Thaylon wciąż siedzi na tronie, skąpany w złamanym świetle projektorów. Przez moment mam wrażenie, że jego uśmiech jest zbyt szeroki. Skinął mi lekko głową — gest pozornie bez znaczenia, a jednak coś w nim jest.
Odwzajemniam go automatycznie. Maszyna w ciele człowieka. Ruchy wyuczone. Na zewnątrz spokój. W środku — wrzenie.
Odwracam się i wychodzę. Drzwi zamykają się za mną bezszelestnie, jakby połykały dźwięk.
Staję na białym placu. Beton lśni blado w świetle księżyca, jakby pokryty cienką warstwą lodu. Kolumny — ciężkie, chłodne — przypominają palce zaciskające się na gardle miasta. Kopuły już nie ma.
Staję w cieniu jednego z wieżowców, przy krawędzi pobliskiego parku. Beton pod butami zdaje się pulsować cichym napięciem, jakby całe miasto wstrzymało oddech. Opieram się o chłodną ścianę i próbuję złapać myśl, jak uciekającego ptaka.
Co do cholery? Dlaczego mnie nie zatrzymał? Dlaczego nic nie powiedział?
„Oko patrzy”. Tak powiedział. Ale jego ton nie był tylko figurą retoryczną. Brzmiało to jak wyrok zawieszony w powietrzu.
Czy on wie? Czy pozwolił mi odejść tylko po to, żeby zobaczyć, co zrobię dalej? Czy właśnie na tym polega jego gra?
Czuję, jak coś zaciska mi się w klatce piersiowej. To się zaczyna. Drżą mi dłonie, ramiona ciężkie jak z ołowiu. Serce wali, oddech rwie się i łamie. Nie potrafię tego zatrzymać.
Z zewnątrz wyglądam spokojnie. Nikt nie pomyślałby, że mój świat właśnie się rozpada. Ale w środku rośnie panika — obezwładniająca, dusząca. Cisza parku tylko ją pogłębia.
Wychodzę z cienia i robię kilka kroków w stronę głównego placu. I wtedy dociera do mnie coś jeszcze.
Jest zbyt cicho.
Nie słychać silników. Nie słychać patroli. Nawet wiatr jakby przestał istnieć.
Zatrzymuję się.
Powietrze gęste, ciężkie, jakby noc zlewała się z marmurem miasta. I wtedy to czuję — dreszcz, ostry i zimny jak stal, spływa po kręgosłupie. Odwracam się gwałtownie.
Nikogo.
A jednak czuję ten wzrok. Niewidzialny. Wszechobecny.
Oko jest zawsze otwarte.
Czy mnie właśnie oszczędzono? Czy to była szansa? A może pułapka?
Nie wiem. I ta niewiedza jest gorsza niż wyrok.
Ulice są puste. Cisza, która kiedyś była rutyną nocy, teraz brzmi złowieszczo. Każdy krok odbija się echem, zbyt głośno. Idę szybciej, potem jeszcze szybciej. Rozglądam się — każdy cień wydaje się dłuższy, każdy załom muru głębszy. Co jeśli ktoś już na mnie czeka? Co jeśli tamten uśmiech Thaylona był ciszą przed egzekucją?
Na każdym skrzyżowaniu serce podchodzi mi do gardła. Za chwilę padnie strzał. Zamkną mnie. Zniknę.
Przyspieszam.
I wtedy to się dzieje.
Z prawej strony błysk — nie światło, lecz eksplozja. Tysiąc ogni naraz. Odwracam się i widzę Bramę Zachodnią. A raczej to, co z niej zostało.
Płonie.
Niebo przecina ognista fala. Sekundy później wyją syreny — wszystkie naraz. Stoję jak sparaliżowany i patrzę. Zza kłębów dymu przelatuje eskadra myśliwców. Zygzakują między kolumnami ognia. Jedna z baterii przeciwlotniczych otwiera ogień — po chwili zamienia się w kulę ognia. Potem następna. Stanowiska ogniowe przestają istnieć.
Brama nie istnieje. Mur został przełamany.
To się dzieje naprawdę. Mój plan zadziałał.
Ale zamiast triumfu czuję grozę. Zachodnia część miasta już płonie, a nad nią nadciągają bombowce Ruchu Jedności. Lecą nisko, rozsiewając ogień jak demony. Miasto — moje miasto — zaczyna się rozpadać.
Wiem, co muszę zrobić.
Nie mogę się zatrzymać. Nie mogę się zdradzić. Nie teraz.
Odwracam się i biegnę. Ile sił w nogach. Ulice pulsują czerwienią alarmów, powietrze drży od wycia syren i świstu bomb. Za mną ogień, krzyki i dym. Przede mną biel marmuru — sanktuarium Thaylona, jego królestwo.
Wpadam do środka jak burza.
— Zostaliśmy zaatakowani! — krzyczę zdyszany. — Brama Zachodnia została zniszczona! To Ruch Jedności! Są już w Kręgu III!
Muszę grać. Do samego końca.
Thaylon stoi spokojnie przy terminalu. Na ekranie widzę twarz Hyperiusa — skupioną, nieruchomą, pełną gniewu. Ich głosy jeszcze przez chwilę niosą się po pomieszczeniu: raporty, rozkazy, techniczne komendy. Thaylon zerka na mnie tylko kątem oka i nie przerywa.
Kończy połączenie. Odwraca się.
Uśmiecha się.
Spokojnie. Beznamiętnie.
Jakby wszystko przebiegało dokładnie tak, jak zaplanował.
— W rzeczy samej, Dranhisie — mówi cicho, niemal intymnie. — Zaczyna się końcowy etap.
Patrzę na niego, starając się oddychać równomiernie.
— Jakie rozkazy? — pytam. Głos mam opanowany, choć w środku wszystko drży.
W tle słychać świst i grom kolejnej eksplozji. Marmur pod naszymi stopami zdaje się rezonować z rytmem bombardowania. Thaylon unosi ręce w uspokajającym geście.
— Spokojnie, Dranhisie. Hyperius wie, co robi.
Podchodzi bliżej, kładzie mi dłoń na ramieniu i uśmiecha się ciepło, niemal przyjacielsko.
— Chodź. Porozmawiamy.
Idziemy razem. Jego krok jest miarowy, ciężki, jakby niósł pewność losu na własnych barkach. Mój — znacznie mniej pewny. Mijamy terminal, którego obraz dzieli się na dziesiątki pól: kamery na hełmach żołnierzy, ulice zamienione w pole bitwy, płonące budynki, ludzie uciekający z torbami, z dziećmi, z niczym. Rozkazy ryczą w głośnikach, wyrzutnie rysują ogniste smugi, w tle krzyki i śmierć. Thaylon nie patrzy — albo nie musi. On już wie.
— Twoja rola, Dranhisie… na ten moment nie jest już konieczna — mówi łagodnie.
Zatrzymuję się. Czuję, jak coś ścina mi krtań od środka. On mówi to z takim spokojem, jakby proponował filiżankę herbaty.
— Przejdziesz na tymczasowy urlop. Nie potrzebuję teraz inkwizytora. Hyperius załatwi sprawę. Wszystko jest pod kontrolą.
„Pod kontrolą.” Przed chwilą widziałem płonące dzielnice. Nic nie mówię. Idę za nim dalej.
Wchodzimy do wewnętrznego ogrodu otoczonego kolumnami. Pośrodku stoi mały, prosty stół z ciemnego drewna i dwa krzesła. Na blacie leży szachownica — figury już ustawione. Czarne po mojej stronie.
Thaylon wskazuje miejsce lekkim ruchem dłoni.
— Usiądź. Zagramy.
Przygląda mi się chwilę, zbyt uważnie.
— Umiesz grać, prawda?
Kiwam głową i siadam. Pod palcami czuję chłód figur. Czarne — oczywiście. Thaylon uśmiecha się lekko, jakby była to gra między przyjaciółmi, jakby bomby i śmierć za murami były tylko odległym tłem.
Wykonuje pierwszy ruch. Pionek na e4.
Patrzę na niego i coś we mnie zgrzyta. Nie ten moment. Nie to tempo. Coś tu nie gra.
Przesuwa kolejnego pionka na d4, otwierając przestrzeń dla gońca.
— Gambit hetmański — mówi cicho, bardziej do siebie niż do mnie.
Przytakuję i odpowiadam ruchem. Obrona sycylijska. Pionek na c5.
— Widzisz, Dranhisie… większość ludzi sądzi, że władza to siła. Brutalność. Żelazna pięść. — przesuwa kolejną figurę z chirurgiczną precyzją. — Ale to tylko jeden z jej wymiarów. I wcale nie najważniejszy.
Na szachownicy zaczyna się układać plan. Drobne przesunięcia, pozornie niegroźne. A jednak czuję, jak z każdą jego figurą tracę przestrzeń — jakby powoli odcinał mi powietrze.
— Ludźmi trzeba zarządzać jak emocjami — kontynuuje. — Dajesz im wroga. Nadajesz sens. Przypisujesz funkcję. I, co najważniejsze — odbierasz czas na refleksję.
Przesuwa konia. Zza kolumn dobiega odległy grzmot. To nie burza. To wojna. Ja to wiem. On też.
Thaylon nie odrywa wzroku od planszy.
— Byłem kiedyś nikim, Dranhisie. Małym pionkiem w układzie, który mnie nie chciał. Potem zrozumiałem, że nie muszę prosić. Muszę budować, układać, przewidywać. Grać nie na jedną turę, tylko piętnaście naprzód.
Królów się nie prosi. Królów się stwarza.
Patrzę na planszę i czuję, że coś jest nie tak. Moja pozycja słabnie. Zostałem wciągnięty. Figury rozproszone, wieża wystawiona, hetman spóźniony. Zrobił to mimochodem — bez agresji, bez demonstracji siły.
Thaylon jest rzeźbiarzem wojny. A teraz dłutem dotyka mnie.
— Nie potrzebuję aprobaty mas. Potrzebuję porządku i przestrzeni. Dlatego stare Edenys musi umrzeć. I umrze.
Za oknami kolejne wybuchy. Niebo rozjaśnia się od ognia. Słychać samoloty i alarmy. Ale tutaj, w sanktuarium, rozbrzmiewa tylko stuk figur.
— Nowe Edenys… — mówi cicho, niemal jak modlitwę. — …będzie z betonu i ciszy. Ludzie nie będą mieli nic — i będą szczęśliwi. A ci, którzy nie będą… cóż.
Podnosi wzrok i patrzy prosto na mnie.
— Zawsze jest miejsce na poświęcenie.
Zaciskam dłonie na kolanach. Pot spływa mi po kręgosłupie.
Na planszy koń, goniec, hetman. Na moment myślę: pat.
Nie.
Szach.
Nie mam gdzie uciec królem. Jeszcze jedna tura, może dwie. Thaylon uśmiecha się delikatnie i sięga po kieliszek z wodą. W jego oczach nie ma pośpiechu.
— Każdego zdrajcę, każdego wichrzyciela, każdego, kto stanie przeciw nowemu porządkowi, spotka to samo — mówi spokojnie. — Cisza. Zapomnienie.
Szach.
Patrzę na niego. On wie. Na pewno wie. A jednak gra dalej, bo w tej partii nie chodzi o figury. Chodzi o mnie.
Wykonuję ruch. Ryzykuję. Zasłaniam króla wieżą. Szach znika, ale to ruch desperacki. Jeśli spojrzy uważnie, znajdzie lukę — i wtedy wszystko się skończy. Partia. I nie tylko partia.
Thaylon milczy chwilę, przyglądając się planszy. Jego dłoń zawisa nad hetmanem, po czym się cofa.
Uśmiecha się do siebie.
— Widzisz, Dranhisie… czasem mamy plan. Dobry plan. Składny, ambitny. Widzimy go wyraźnie w głowie i realizujemy krok po kroku. Nawet jeśli trzeba dokonać korekt, cel pozostaje jeden.
Powoli sięga po gońca, przez chwilę jeszcze się waha.
— Ale czasem… — mówi, wykonując ruch — …popełniamy jeden błąd. Jedno nieprzemyślane posunięcie. I wtedy…
Figurę stawia z miękkim stuknięciem i patrzy mi prosto w oczy.
— Szach mat.
Cisza.
Palce zaciskają mi się na kolanach, puls rośnie w skroniach. Patrzę na planszę — czarny król w pułapce, bez drogi ucieczki. W tej ciszy słyszę własny oddech, zbyt szybki, zbyt głośny.
Thaylon powoli wstaje, obchodzi stolik i zatrzymuje się za moim krzesłem. Czuję jego obecność tuż za plecami, chłód cienia na karku.
— Przegrałeś swoją partię, Dranhisie — mówi miękko, niemal z żalem.
Po chwili jego dłoń spoczywa na moim ramieniu. Ciepła, ciężka.
— Przykro mi, przyjacielu. Myślałem, że będziesz przy mnie na zwycięskim podium.
Poklepuje mnie raz i cofa się o kilka kroków. Patrzę na przewróconego króla. Leży jak trup.
Jak ja.
— Straże — mówi spokojnie Thaylon.
Drzwi otwierają się. Do środka wchodzi dwóch żołnierzy w ciężkich pancerzach. Nie patrzę na nich. Patrzę tylko na Thaylona.
— Zabrać tego zdrajcę do sali przesłuchań. Hyperius na niego czeka.
Zrywam się instynktownie, rzucam w bok. Sam nie wiem, co chcę zrobić. Nie ma dokąd uciekać.
Strzał.
Pocisk paraliżujący trafia mnie w bok. Krzyk wyrywa mi się z gardła. Padam na ziemię, ciało drży w konwulsjach, każdy nerw płonie.
Leżę, obracam głowę.
Thaylon stoi nade mną z dłońmi splecionymi za plecami. Patrzy z góry — z pogardą i rozbawieniem.
— Oko? — mówi. — Naprawdę? Nie miałeś nic lepszego?
Zaciskam zęby. Bólu i strachu nie potrafię już ukryć.
Thaylon pochyla się lekko.
— Nawet tam mam sprzymierzeńców — szepcze.
Uśmiecha się. To nie triumf. To wyrok.
— Zabrać go.
Żołnierze chwytają mnie pod ramiona i podnoszą. Wiem, że to koniec. Serce wali jak młot. A jednak wiem też, że to nie koniec wszystkiego.
Kiedy wynoszą mnie z sali, ostatni raz spoglądam na szachownicę.
Król wciąż leży.
Czarny monarcha.
Upadły.Rozdział 2
Nie czuję nóg. Wloką mnie jak szmacianą lalkę; ramiona zwisają bezwładnie, nie mam nad nimi kontroli. Każdy krok ich butów odbija się w mojej głowie jak uderzenie młota. W tle eksplozje — głuche łupnięcia, od których drży powietrze. Co chwila ziemia podskakuje, jakby sama planeta chciała otrząsnąć się z tego obłędu.
Nie krzyczę. Nie proszę. Oddycham ciężko, starając się nie wpaść w panikę.
Rzucają mną jak workiem do wnętrza furgonetki. Ciało uderza o metal, drzwi zatrzaskują się z hukiem. Ciemność. Tylko czerwone światło awaryjne tli się w rogu. Pojazd rusza gwałtownie, rzuca mną o ściany. Nie widzę dokąd jedziemy, ale wiem po co.
Hyperius.
Zaciskam zęby. To koniec. Nie będzie łaski ani przesłuchań z kawą i pytaniami. On zrobi ze mnie miazgę, rozłoży na kawałki, przewlecze przez najciemniejsze kąty bólu. Wiem to, a mimo to muszę wytrzymać.
Zamykam oczy. Oddycham głęboko.
Matteo. Jego śmiech w porannej mgle. Rodzice — ich dłonie na moich ramionach, zapach ognia i potu, jedzenie gotowane na starym piecyku. Trzymam się tych wspomnień jak ostatniego oddechu.
Muszę być silny. Dla nich. Choćby tylko po to, żeby nie dać mu satysfakcji.
Wytrzymam. Do końca.
Pojazd nagle hamuje. Drzwi rozrywają się z hukiem.
Uderzenie.
Kolba karabinu rozcina mi czaszkę. Wszystko gaśnie.
Ciemność. Ale nie cisza.
Odległe głosy, ciężkie buty na betonie, ręce ciągnące moje ciało przez korytarze. Nie czuję nóg. Tylko przebłyski.
Matteo biegnie do mnie, śmiejąc się, wyciąga ręce, jakby nic się nie stało. Jakby wszystko było w porządku.
Znowu ciemność.
Metaliczny dźwięk. Paski zaciskają się na nadgarstkach i kostkach. Zimne oparcie krzesła.
Głos, szorstki i brutalny:
— Ty pieprzony szczurze…
— Zdrajca.
Nie widzę twarzy. Tylko oślepiające światło nad głową.
Matka i ojciec stoją w drzwiach starego domu. Słońce za nimi. Matka trzyma miskę z wodą, ojciec poprawia płaszcz. Ich twarze spokojne, jakby niczego się nie bali.
Nagły chłód.
Woda.
Ciało wraca do życia jak po porażeniu prądem. Zimna fala z wiadra zalewa mnie od stóp do głów. Krztuszę się, łapię powietrze. Tępy ból pulsuje w potylicy.
Otwieram oczy.
Przede mną stół. A za nim on.
Hyperius.
Siedzi spokojnie, jakby to była zwykła rozmowa. W palcach trzyma cienkiego papierosa; dym unosi się leniwie pod sufit. Patrzy na mnie bez uśmiechu, jakby już znał odpowiedzi.
— No i co? Warto było? — jego głos jest spokojny. Zbyt spokojny.
Milczę. Nie spuszczam wzroku, ale też nie patrzę mu prosto w oczy. Nie dam mu tej przewagi.
— Nic nie powiesz swojemu staremu Hyperiusowi? — ciągnie z jadowitą ironią. — Nie masz nic do powiedzenia?
Zaciskam usta. Każdy mięsień twarzy napięty. Nie dam mu nic — żadnego słowa, żadnego drgnięcia. Muszę wytrzymać, cokolwiek zrobi.
Hyperius przeciąga chwilę ciszy.
Wstaje.
Jego kroki odbijają się echem od metalowych ścian. Idzie wolno, demonstracyjnie, obchodzi mnie, ale nie mogę się obrócić. Siedzę przywiązany do krzesła, kark sztywny, oddech płytki.
Nie widzę go — to najgorsze. Każdy szelest, każde przesunięcie buta, każde chrząknięcie wywołuje dreszcz.
— Myślisz, że wytrzymasz? Nie puścisz pary? Taki twardy jesteś, co? — jego głos tuż przy moim uchu.
Zaciskam szczęki. Milczę.
Nagle uderzenie. Potężny huk pięści w metalowy stół rozdziera ciszę jak strzał. Podskakuję mimowolnie, serce wali jak oszalałe.
— Mów, kurwa! Ile im przekazałeś?!
Drżę, ale nie odpowiadam.
— Nie chcesz mówić? — jego głos twardnieje. — To będziesz krzyczał.
Sykniecie.
Czuję żar, zanim rozumiem, co robi. Rozpalony koniec papierosa wbija mi się w skroń, dokładnie tam, gdzie wcześniej dostałem kolbą. Ból eksploduje. Krzyczę przez zaciśnięte zęby, głowa odchyla się w tył, ale nie błagam. Nie wypowiadam jego imienia.
Krzyczę — lecz w środku pozostaję twardy.
Nie dam mu nic.
Hyperius ze zgrzytem otwiera szufladę. Wyciąga przedmiot, który rozpoznaję natychmiast. Pałka elektryczna. Czarna, porysowana, z charakterystyczną rysą przy uchwycie.
Moja pałka.
Tą katowałem Faro.
Zamieram. Wraca tamten dzień: jego krzyk, błaganie, krew, zapach przypalonej skóry. Wtedy nie poczułem nic.
Teraz…
— Pamiętasz to? — rzuca Hyperius, jakby czytał mi w myślach. — Historia zatacza krąg.
W myślach, cicho, jak szept do pustego nieba, mówię: Przepraszam, Faro.
Nie mam prawa do tego słowa, ale i tak się pojawia.
Hyperius włącza urządzenie. Między elektrodami przeskakuje iskra z sykiem, który rozcina ciszę jak ostrze. Podchodzi bliżej; jego kroki są rytmiczne i ciężkie.
— No to lecimy, Dranhisie — mówi niemal łagodnie. — Ile im przekazałeś?
Milczę. Zaciskam szczęki.
Uderzenie. W prawe ramię. Cała ręka szarpie się jak przy porażeniu prądem.
— Ile im sprzedałeś? Kto jeszcze w tym siedzi?
Cisza.
Kolejne uderzenie — w lewe udo. Mięsień napina się, potem zalewa go ogień bólu. Wrzeszczę, ale nic nie mówię.
— Rozsądni zaczynają śpiewać po trzecim. Ty chcesz być bohaterem?
Nie jestem bohaterem — myślę. Nie jestem nikim. Ale nie dam ci tej satysfakcji.
Uderzenie w żebra. Coś chrupie. Oddech zamienia się w spazm, kaszlę, czuję metaliczny smak krwi.
Hyperius nachyla się bliżej.
— Jak się z nimi kontaktowałeś?
Milczenie. Tylko mój oddech — krótki, rwany.
Uderzenie. W krtań. Prawie tracę przytomność. Czuję, jakbym połknął ogień.
— Ile danych wyciekło?!
Cisza.
Ale coś we mnie pęka. Nie ciało — dusza.
Kolejne uderzenie. W ramię. Nie czuję już ręki.
— Nazwiska. Daj mi chociaż jedno, Dranhisie. Jedno. A może pozwolę ci umrzeć szybko.
Cisza.
Po policzku spływa łza. Nie wiem, czy przez ból, czy przez wspomnienie Faro. Może przez wszystko naraz.
Hyperius pochyla się, jego oddech pachnie tytoniem i cynizmem.
— To dopiero początek.
A ja modlę się tylko, żeby to był koniec.
— Nic ze mnie nie wyciągniesz — mówię w końcu. Gardło mam suche jak popiół. Krew sączy się z kącika ust, zęby trzeszczą, jedno oko widzi już tylko zamglone światło. — Możesz mnie katować, ale nic nie powiem. Daruj sobie wysiłku.
Hyperius patrzy na mnie z lekkim uśmiechem, tym samym, który miał zawsze, gdy wiedział, że ma przewagę.
— Oho, mamy twardziela. Jakbyś nie wiedział, że na największych twardzieli też mam sposoby. Nie chcesz tego, Dranhisie. Powiedz mi, co im przekazałeś, a załatwię ci szybką, bezbolesną śmierć. Po znajomości. Co ty na to?
Nie odpowiadam. Czuję tylko obrzydzenie — do niego, do siebie, do wszystkiego, co było.
Ten człowiek, z którym piłem, który klepał mnie po ramieniu i mówił: „Ty to masz łeb, chłopie”… nie ma w sobie nic ludzkiego.
— Wiesz, że jeśli w coś wierzę, zrobię wszystko — mówię cicho. — Wierzę w Ruch Jedności. Nie zdradzę ich.
Hyperius prostuje się. Jego twarz pustoszeje.
— Nas zdradziłeś, śmieciu.
Spluwa mi w twarz. Plwocina miesza się z krwią na policzku i powoli spływa w dół.
— Funkcjonariuszu! — ryczy. — Przyprowadź „Pieszczotka”.
Strażnik za jego plecami śmieje się ochryple, jakby już wiedział, co nastąpi. Czuję strach. Nie wiem, czym jest „Pieszczotek”, ale wiem, że nie chcę tego poznać.
Hyperius siada spokojnie, jakby kończył śniadanie, nie tortury. Zapala papierosa, wciąga dym i celowo wypuszcza go w moją twarz.
Nie kaszlę. Nie dam mu tej satysfakcji.
Ale każdy oddech boli, jakby płuca miały się rozsypać w pył.
Hyperius uśmiecha się do siebie.
— Oj, Dranhis, Dranhis. A miałem cię za kogoś mądrego. A ty głupi jak twoi starzy.
Podnoszę głowę z wysiłkiem i patrzę mu prosto w oczy.
— Obyś zdechł.
Uśmiecha się szerzej.
— O proszę, jaki hardy. Ciekawe, czy będziesz taki twardy, kiedy poznasz mojego nowego przyjaciela.
— Pierdol się.
Słowa wychodzą powoli, ale to wszystko, co mam.
Krew znów spływa mi z ust. Czuję jej smak na języku.
Hyperius parska śmiechem.
— Zobaczymy, ile wytrzymasz. Stawiam czterdzieści tysięcy esstów, że będziesz piszczał jak dziwka. Dokładnie jak twoja matka, kiedy się z nią zabawiałem.
Coś we mnie eksploduje. Ból i strach znikają. Zostaje tylko czysta wściekłość.
— Ty śmieciu, zajebie cię! — ryczę.
Hyperius nie przestaje się śmiać. Podchodzi i bez ostrzeżenia kopie mnie prosto w twarz.
Czuję, jakby czaszka pękła. W uszach świst, świat znika na moment.
— Kultury do starszych też ci ta suka nie nauczyła? — szepcze, pochylając się nade mną.
Nie odpowiadam. Nie mogę. Ale w myślach przysięgam mu śmierć.
Hyperius kiwa głową. W jego oczach nie ma już kpiny — tylko czysta furia.
Strażnik wraca. W rękach niesie małe, szklane terrarium. W środku coś się rusza. Coś… nienaturalnego.
Hyperius zaciera ręce jak dziecko przed rozpakowaniem prezentu. Zakłada ciężką rękawicę z dziwną, metaliczną powłoką.
Wyjmuje stworzenie z pojemnika.
To się wije. Ma za dużo nóg, za dużo czułek. Skóra jak z chitynowego koszmaru. A na końcu kolec — długi, zagięty jak u skorpiona, nieproporcjonalnie gruby, pulsujący.
Patrzę na to z przerażeniem, którego nie potrafię ukryć.
— Dranhisie, przywitaj się z Pieszczoszkiem — mówi Hyperius z uśmiechem, który mógłby wyżreć duszę.
— Co to do diabła jest?! — pytam. Głos pęka pierwszy raz.
— Oj… przekonasz się.
Funkcjonariusz podchodzi i spryskuje mnie czymś. Zapach jest mdły, słodkawy, jak zgniłe owoce i martwe ciało. Kręci mi się w głowie, ciało drży. Nie mam siły się szarpać.
Hyperius stawia stworzenie na krawędzi stołu.
— Pieszczoszku… kolacja.
Stwór rusza. Najpierw wolno, jakby badał teren. Unosi przednią część ciała, „węszy”.
A potem rzuca się.
Żądło wbija się w ramię. Ogień rozlewa się od barku do kręgosłupa.
Potem wszystko staje się chaosem.
Wpełza pod koszulę, do buta, za pasek, do ucha, do ust. Gryzie, drapie, żądli. Czuję, jakby moje ciało miało eksplodować od środka.
Chcę krzyczeć — brakuje mi tchu. Chcę oddychać — nie mogę.
Ból zjada czas. Sekundy rozciągają się w wieczność. Nie słabnie, tylko rośnie, jakby kwas płynął moimi żyłami.
Krzyczę. Struny głosowe rwą się, błagam o litość, o śmierć, o ciszę.
Hyperius pali papierosa. Funkcjonariusz się śmieje. Rozmawiają spokojnie, jakby oglądali widowisko. Nie słyszę słów — tylko ich śmiech, własne jęki i pisk robala, kiedy znów wbija kolec w biodro.
Nie wiem, ile to trwa. Minutę. Godzinę. Całe życie.
W końcu coś ustaje. Pieszczotek odpełza — syty. Hyperius klaszcze raz, jak po dobrym przedstawieniu.
A ja czuję tylko jedno: że wciąż żyję.
I nie wiem, czy to dobrze.
Ciemność pochłania mnie jak głód. Ciało gaśnie, umysł odpływa. Ból, strach, dźwięki — wszystko znika.
Na chwilę.
Błysk.
Uderzenie w twarz. Głowa odskakuje, kark trzeszczy. Wracam do świadomości bezgłośnym wrzaskiem — gardło spalone, język suchy jak papier.
Ktoś szarpie mnie za włosy. Skóra ciągnie się na czole. Nad sobą widzę światło i twarz, której nienawidzę bardziej niż bólu.
Hyperius.
— To jak, będziesz gadać? — warczy. Czuję tytoń i pot. W jego oczach nie ma ognia, tylko zimne, gotujące się piekło.
Otwieram usta. Język ciężki jak stal.
Nie wydobywa się żaden dźwięk.
Nie mam siły nawet zaprzeczyć.
Patrzę na niego jednym okiem. Drugie ledwo się otwiera, jakby pękło od środka.
Hyperius kiwa głową z udawanym współczuciem.
— No tak, zmęczony jesteś. To pewnie przez naszego małego przyjaciela, co?
Klepie mnie po policzku tak mocno, że czuję, jak zęby przesuwają się w dziąsłach.
Nie odpowiadam. Nie mogę.
Ale w głowie tli się coś małego. Iskra. Głos Matteo. Twarz matki. Wspomnienie ojca.
Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie koniec.
Coś wchodzi mi w żyłę. Zimne, gęste. Ciało wie pierwsze, zanim ja rozumiem. Funkcjonariusz wbija strzykawkę w kark. Nie protestuję. Nie mam siły.
Substancja rozlewa się po mnie jak cień.
Najpierw światło migocze. Nie — to moje oczy. Przez moment widzę podwójnie, potem potrójnie. Ściany drżą. Podłoga staje się miękka.
Hyperius coś mówi. Widzę ruch jego ust, ale głos dochodzi jakby z tyłu głowy. Albo spod podłogi. Brzmi jednocześnie jak śmiech i wrzask.
Patrzę na jego twarz. Oczy rozciągają się nienaturalnie, wychodzą poza orbitę. Mrugam. Nie… to niemożliwe.
Światło pulsuje.
Potem zapada ciemność.
Nie zamknąłem oczu. To nie powieki. To coś w środku mnie.
I wtedy ich widzę.
Ojciec siedzi na krześle. Szyja złamana pod nienaturalnym kątem, twarz sina, oczy wbite we mnie. Nie rusza się. Ale patrzy.
Obok matka. Nie ma szczęki. Krew wsiąkła w suknię, którą pamiętam z dnia Przysięgi Jedności. Głowa zwisa bezwładnie, ale powieki drgają.
Za nimi Matteo.
Nagi. Zmasakrowany.
Brzuch rozpruty. Serce leży obok ciała jak relikwia. A jego twarz… wciąż żyje. Oczy patrzą na mnie.
— Dlaczego… — mówi. Nie wiem, czy to głos, czy moje sumienie. — Zostawiłeś mnie.
W tle słyszę tupot małych stóp.
Odwracam się. Ciemność gęstnieje, przybiera kształty. Dzieci — albo coś, co kiedyś nimi było. Zniekształcone ciała, brakujące kończyny. Jedno bez twarzy. Drugie z moją twarzą. Wskazują na mnie palcami.
— Zdradziłeś… zdradziłeś… zdradziłeś…
Hyperius nadal tu jest. Siedzi, pali papierosa, śmieje się. Uderza mnie lekko w policzek.
— Jak się czujesz, przyjacielu?
Ale jego twarz zaczyna się topić. Zamienia się w maskę, a spod maski wypełzają robaki.
Rzeczywistość pęka. Czuję krzesło, pasy, własne ciało — ale jakby nie należało do mnie. Ręce czasem znikają. Czasem w ogóle ich nie ma.
Wizje gęstnieją. Trupy poruszają głowami. Matka wstaje, choć nie ma nóg. Matteo uśmiecha się z dziurą w brzuchu. Ojciec idzie w moją stronę.
Ich głosy są w mojej głowie.
— Miałeś ich prowadzić.
— Zamiast tego prowadzisz się do zguby.
— Jesteś winny wszystkiemu.
Hyperius zbliża się. Ale jego twarz jest teraz… moją twarzą. Śmieje się mną.
— Ile przekazałeś Ruchowi, Dranhis?
Ciemność faluje. Ciała zaczynają tańczyć, ich kończyny skrzypią jak łamane kości. Krew spływa po ścianach. Nie mogę oddychać.
Widzę własną twarz w lustrze. Rozpada się kawałek po kawałku.
Krzyczę.
Słyszę tylko oddech Hyperiusa i jego szept:
— To dopiero początek, Dranhisie. Dopiero wchodzimy do środka.
Ciemność wraca. Tym razem głębsza.
Nie wiem, ile to trwa. Sekundy zamieniają się w lata, godziny znikają w chwili. Czas przestaje istnieć.
W końcu coś się zmienia.
Światło stabilizuje się. Dźwięki wracają, jakby zza szkła. Oddycham. Nie wiem jak, ale oddycham.
Ktoś pochyla się nade mną. Białe rękawiczki. Krótkie, profesjonalne rozkazy.
Medyk.
— Musimy przerwać. Nie dotrwa do rana.
Czyli jednak istnieje jakaś granica.
Hyperius stoi z boku, rozpięta bluza, papieros w ustach. Uśmiecha się jak nasycone zwierzę.
— Zabrać to truchło — mówi z niesmakiem. — Dajcie mu coś, żeby dotrwał do egzekucji. Niech nie zdechnie wcześniej.
Ktoś wbija igłę. Lodowaty płyn. Serce znów łapie rytm.
Nie chcę żyć. Ale coś mnie trzyma.
Potem znowu ciemność.
Nie sen. Po prostu… brak.
Budzi mnie chłód.
Leżę nagi na zimnej podłodze. Nie ma światła. Skóra drży.
Nie wiem, gdzie jestem. W powietrzu czuć stęchliznę — stare rury, pleśń… i mnie. Krew. Pot. Strach.
Zapach człowieka, który przestał być człowiekiem.
Celę rozpoznaję dopiero po dźwięku kapania wody gdzieś w rogu. To nie pokój — to grób z otwartą klapą. Nie ma łóżka, światła ani dźwięków poza mną. Jestem sam.
Dotykam twarzy. Spuchnięta. Usta rozcięte. Żebra bolą przy każdym oddechu. Każda rana oddycha bólem.
Nie wiem, czy coś powiedziałem. Naprawdę nie wiem. Pamięć rwie się jak papier wrzucany do ognia. Wiem, że krzyczałem. Wiem, że płakałem. Może coś wyrwało mi się przez zęby. A może nie powiedziałem nic.
Nie potrafię już myśleć. Nie chcę.
Leżę, oddycham i czekam na śmierć.
I choć wiem, że zasłużyłem, że zdechnę jak pies, coś we mnie jeszcze nie umarło. Coś małego, skarlałego — ale żywego. Nie wiem, czym jest, ale czuję, że czeka.
To już chyba koniec. Czuję to w kościach, w sercu, w duszy. Jestem gotów.
Nie boję się śmierci. Boję się tylko, że nie miała sensu. Że wszystko, co zrobiłem, było na nic.
Matteo… przepraszam, bracie. Nie ochroniłem cię. Nie byłem dość silny ani dość mądry. Nie zasługiwałem na twoją lojalność. Wciąż słyszę twój śmiech, kiedy kradliśmy jabłka na rynku Edenys. Byliśmy wtedy wolni, głupi i szczęśliwi.
Rodzice… wybaczcie mi. Za wszystko. Za to, że nie zdołałem was uratować. Że zamiast żyć uczciwie, ugrzęzłem w tym bagnie. Że pozwoliłem, by wasze nazwisko stało się przekleństwem.
Chciałbym znów być dzieckiem. W naszym nędznym szeregowcu po degradacji do III Kręgu, z odpadającą farbą na ścianach i przeciekającym sufitem. Z zapachem ciepłej zupy, choć była tylko z resztek. To był dom. Jedyny, jaki miałem.
A potem… Jane.
Jej piegowata twarz, jakby słońce całowało ją w policzki. Piwne oczy — ciepłe, żywe. Nigdy nie widziałem piękniejszej kobiety. Nigdy nie czułem się bardziej żywy. Choćby przez chwilę. Czułem, że mogę być kimś lepszym. Dla niej.
Może to wszystko nie pójdzie na marne. Może Ruch Jedności przetrwa. Może ktoś usłyszy prawdę. Może byliśmy tylko iskrą, od której kiedyś zapłonie świat.
Zamykam oczy. Wreszcie czuję ciepło, jakbym powoli odpływał.
I wtedy rozlega się metaliczny trzask drzwi.
To już czas. Zabiorą mnie. Wywloką jak świnię na rzeź. Strzał w tył głowy albo w klatkę — nie ma to już znaczenia.
Do środka wchodzą żołnierze. Ciężkie kroki, czarne pancerze. Cofam się po podłodze, próbując zniknąć w kącie. Nie mam siły walczyć. Zasłaniam się ręką i milcząco błagam.
Postać zbliża się, ale nie uderza. Kuca przede mną i powoli zdejmuje maskę.
To ona.
Jane.
Patrzy mi prosto w oczy, a ja… nie wiem, czy jeszcze śnię. Czy to cud. Czy śmierć w przebraniu. Czy kolejna halucynacja.
– My dbamy o swoich. Nie bój się, będzie dobrze… ale musimy się śpieszyć – mówi Jane. Jej głos jest cichy, napięty pośpiechem, ale w oczach widzę coś więcej. Prawdziwe zatroskanie.
Nie wiem, czy to sen. Nie wiem, czy nie umarłem. Ale jej głos wbija się w mój umysł jak kotwica.
Do środka wpada drugi żołnierz. Rozgląda się nerwowo i rzuca w moją stronę ciężki czarny worek. Metaliczny brzęk, szelest materiału. Jane już przy mnie. Otwiera go. W środku pancerz – ciężki, wojskowy, czarny jak noc. Buty. Rękawice. Hełm.
A ja… jestem nagi.
Siedzę skulony, słaby, niezdolny do ruchu. Wstyd powinien mnie pożreć, ale nie mam już na to siły. Jestem tylko ciałem – połamanym i krwawiącym.
Jane klęka przy mnie, jakby tego nie widziała. Dotyka mojej ręki z taką delikatnością, że aż łamie mi to serce. Pomaga mi wstać. Krzywię się z bólu, coś we mnie trzaska, ale stoję. Ledwo, lecz stoję.
Ubiera mnie. Nie patrzy na nagość, nie widzi wstydu. Widzi tylko człowieka, którego trzeba ocalić.
– Już dobrze – szepcze, zapinając pancerz. – Jeszcze chwila. Wytrzymaj.
Próbuję zapinać klamry, choć palce mam jak z waty. Ona poprawia paski, dociska ochraniacze, zakłada mi hełm. Czuję jego chłód na skroniach – jak drugą skórę z metalu i krwi.
– Musimy iść – mówi już twardziej.
Patrzy na mnie jeszcze raz. Nie jak na wrak. Nie jak na przegranego. Jak na człowieka, którego można ocalić.
A ja… pójdę. Choćby na kolanach. Za nią. Za nich wszystkich. Za to, co jeszcze nie zgasło.
Idziemy szybko. Za szybko jak na moje ciało. Jane prowadzi, drugi żołnierz sprawdza zakręty. Ja jestem tylko cieniem, który stara się za nimi nadążyć. Fałszywy identyfikator wisi mi na piersi – chłodny kawałek plastiku, który ma mnie ocalić.
Z każdym krokiem ziemia wydaje się dalej. Oddycham płytko, jak przez słomkę. Widzę podwójnie. Nie wiem, jakim cudem jestem jeszcze przytomny.
Korytarze ciągną się jak labirynt. Migają światła, kamery. Skręcamy ostro w prawo, potem schodami w dół. Gdzieś za ścianą słychać patrol. Zatrzymujemy się przyklejeni do zimnej ściany. Jane kładzie mi dłoń na piersi – ciszej niż szept. Patrol mija nas o włos.
Idziemy dalej.
Nie daję rady. Kolana się uginają. Upadam.
Metaliczny huk rozchodzi się echem po korytarzu. Najgorszy możliwy moment.
Z naprzeciwka wychodzi patrol. Czterech żołnierzy. Dowódca – czapka oficerska, twarz jak z marmuru – zatrzymuje się przede mną i patrzy z góry.
– Co z nim?
– Nie wiemy – odpowiada Jane bez chwili wahania. – Prowadzimy go do skrzydła szpitalnego.
Leżę i próbuję się podnieść. Nie mogę. Wzrok skacze, serce wali jak młot. Dowódca patrzy zbyt długo, jakby próbował mnie rozgryźć. Jeśli się domyśli… jeśli zawoła kontrolę…
To koniec.
– Idźcie – mówi w końcu.
Przez ułamek sekundy nie wierzę. Jane nie czeka.
– Tak jest.
Razem z drugim żołnierzem podnoszą mnie. Ramię przerzucone przez jej kark, ciężar bólu, ale idziemy.
– Mało brakowało… – mruczy tamten przez maskę.
– Stać! – rozlega się nagle za plecami.