Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Efekt Harry'ego Stylesa - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
32,90
3290 pkt
punktów Virtualo

Efekt Harry'ego Stylesa - ebook

Historia o tym, jak twórczość Harry’ego Stylesa i siła fandomu potrafią zmienić życie.

Od One Direction po spektakularną karierę solową – Harry Styles stał się kimś więcej niż gwiazdą popu. To artysta, który zatarł granice między muzyką, modą i normami płci, a dla milionów fanów na całym świecie stał się symbolem wolności, autentyczności i odwagi bycia sobą.

Kiedy życie Keris Fox rozsypuje się po zakończeniu dwudziestoletniego małżeństwa, to właśnie fandom i muzyka otwierają przed nią nową drogę, a ona odkrywa, że nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć na własnych zasadach.

Efekt Harry’ego Stylesa to połączenie osobistego pamiętnika fanki i hołdu dla artysty – opowieść o transformującej sile pasji, wspólnej radości i muzyki, która łączy ludzi w każdym wieku i z różnych środowisk.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68725-93-3
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Wpro­wa­dze­nie

„Efekt Harry’ego Sty­lesa to połą­cze­nie miło­ści do samego sie­bie i odro­biny zadzior­no­ści. Ale przede wszyst­kim cho­dzi o to, aby dawać miłość światu i obser­wo­wać, jak się mnoży”.

Dr Louie Dean Valen­cia

Jak bar­dzo kochasz Harry’ego Sty­lesa? Czy Twoi zna­jomi wysy­łają Ci pocztą pre­zenty zwią­zane z Har­rym? Wła­ści­wie to nawet nie zna­jomi, ale ludzie, z któ­rymi cza­sem roz­ma­wiasz online, a potem piszą do Cie­bie na pry­wat­nym cza­cie: „To tro­chę dziwne, ale zoba­czy­łem coś i pomy­śla­łem o Tobie, mogę pro­sić o Twój adres?”. Naj­czę­ściej tym, co zoba­czyli, jest ta dziwna mała laleczka z głową Harry’ego.

A może po pro­stu poja­wiają się pocz­tówki, mnó­stwo pocz­tó­wek, jedna po dru­giej, z Austra­lii. Harry na przo­dzie, nic na odwro­cie. Pytasz kilku austra­lij­skich zna­jo­mych, czy coś ci wysłali, a kiedy odpo­wia­dają, że nie, jesteś zasko­czony. Ale potem przy­po­mi­nasz sobie zna­jo­mego z inter­netu, któ­rego spo­tka­łeś kie­dyś wiele lat temu i który popro­sił cię o adres, żeby wysłać ci „coś głu­piego”. Oka­zuje się, że tym czymś jest seria pocz­tó­wek z Har­rym bez żad­nego kon­tek­stu, wysła­nych z dru­giego końca świata.

Czy masz lalkę Harry’ego? Czy kupi­łeś ją w skle­pie cha­ry­ta­tyw­nym za 2 funty, mimo że nie ma na sobie spodni? Czy stoi na para­pe­cie w two­jej sypialni obok lalki Nialla, którą przy­słała Ci zna­joma z inter­netu po tym, jak w skle­pie, w któ­rym pra­cuje, obni­żono jej cenę do czte­rech fun­tów? (Napi­sała Ci o tym żar­to­bli­wie. Ty i tak ją kupi­łaś).

Czy masz ręcz­nik One Direc­tion, który twój przy­ja­ciel przy­wiózł z Austra­lii i poda­ro­wał ci, kiedy spo­tka­li­ście się na brun­chu, a wszy­scy śmiali się do łez, widząc, jak okropny jest? (Wspól­nie zde­cy­do­wa­li­ście, że praw­do­po­dob­nie jest opę­tany, ale jakimś cudem wylo­so­wa­łeś naj­krót­szą słomkę i zabra­łeś go do domu. Leży pod twoim łóż­kiem. To praw­do­po­dob­nie nie jest naj­lep­sze miej­sce do prze­cho­wy­wa­nia poten­cjal­nie demo­nicz­nego ręcz­nika).

Czy zawsze dosta­jesz coś zwią­za­nego z Har­rym na uro­dziny lub Boże Naro­dze­nie? Nawet jeśli masz 52 lata?

Jeśli to czy­tasz, to pew­nie tak jest, prawda? Ktoś kie­dyś napi­sał na Twit­te­rze, że trzeba pogo­dzić się z tym, że Harry Sty­les to praw­dziwy styl życia. Albo się w to anga­żu­jesz, albo nie. Ja jestem cał­ko­wi­cie zaan­ga­żo­wana. To dla mnie fascy­nu­jące, jak bycie fanem kogoś może być jed­no­cze­śnie czymś cał­ko­wi­cie oso­bi­stym i cał­ko­wi­cie zbio­ro­wym. Czu­jemy, że to tylko my, cho­ciaż wiemy na pewno, że tak nie jest. (Ale czy w głębi duszy nie uwa­żasz, że w twoim przy­padku jest tro­chę ina­czej? Uwa­żasz tak, prawda? Nawet kiedy dosko­nale wiesz, że tak nie jest, że nie może tak być).

Być może się mylę, ale wydaje mi się, że dla fanów Harry’ego Sty­lesa to może być gor­sze (lub lep­sze). Jak napi­sała Brit­tany Spa­nos w maga­zy­nie _Rol­ling Stone_ w sierp­niu 2022 roku, „Harry jest osobą, którą z nie­wy­tłu­ma­czal­nych powo­dów trudno jest zwy­czaj­nie lubić”.

Jak więc zna­la­złam się w tej sytu­acji? W 2014 roku ofi­cjal­nie pra­co­wa­łam nad moją trze­cią powie­ścią, ale w prak­tyce pro­kra­sty­no­wa­łam, sur­fu­jąc po Inter­ne­cie. Obej­rza­łam fil­mik na Vine (pamię­ta­cie Vine?) przed­sta­wia­jący Harry’ego z zespo­łem One Direc­tion na sce­nie we Flo­ry­dzie, kiedy wystę­po­wali w pro­gra­mie _The Today Show_.

W kli­pie Harry wystę­puje z jedną ręką unie­sioną w górze, ale potem spo­gląda w stronę osoby fil­mu­ją­cej i nawią­zuje z nią kon­takt wzro­kowy. Odwraca się i tań­czy w kie­runku kamery. Wygląda na zuchwa­łego i świa­do­mego. Jest raczej głup­ko­waty niż sek­sowny, udaje, że poru­sza się w zwol­nio­nym tem­pie, ale z jakie­goś powodu i tak jest sek­sowny. _Lepiej, żeby to we mnie nic nie obu­dziło_, pomy­śla­łam, oglą­da­jąc gif z Deanem Pel­to­nem z serialu _Com­mu­nity_, ponie­waż wtedy byłam osobą, która myślała w gifach i nie miała poję­cia, jak bar­dzo sytu­acja się pogor­szy.

I tak się stało. Nie było to sek­su­alne (ale też _nie_ było nie-sek­su­alne), ale był to cały świat, o któ­rym pra­wie zapo­mnia­łam. A jeśli nie zapo­mnia­łam, to przy­naj­mniej uwa­ża­łam, że nie jest już wła­ściwe, aby go mieć, a nawet pra­gnąć.

Ale tego dnia w Star­buck­sie opu­bli­ko­wa­łam ten fil­mik na Twe­ete­rze i zapy­ta­łam, czy wydawcy na­dal poszu­kują ksią­żek inspi­ro­wa­nych Har­rym Sty­le­sem, ponie­waż ten sze­ścio­se­kun­dowy fil­mik, od któ­rego nie mogłam ode­rwać wzroku, suge­ro­wał, że mogła­bym napi­sać dobrą książkę. Zajęło mi to kolejne dzie­więć lat.

Od tego czasu gwiazda Harry’ego świeci coraz jaśniej, a moje uwiel­bie­nie dla niego staje się coraz sil­niej­sze. Zako­cha­nie się w Har­rym Sty­le­sie miało pozy­tywny wpływ na moje przy­jaź­nie, finanse, sek­su­al­ność i nie tylko.

Fan­dom był dla mnie naj­pierw zain­te­re­so­wa­niem, potem odskocz­nią, a w końcu obse­sją. Rzadko kiedy lubi­łam coś „w nor­mal­nym stop­niu” – jestem tro­chę jak Joey w serialu _Przy­ja­ciele_, który twier­dzi, że Hugsy, jego pin­gwini kum­pel, nic dla niego nie zna­czy. Kiedy po raz pierw­szy zako­cha­łam się w One Direc­tion (pra­wie ska­so­wa­łam „zako­cha­łam się”, bo to naprawdę może dziw­nie brzmieć, ale tak wła­śnie czuję, pogódź­cie się z tym), żar­to­wa­łam, że to część kry­zysu wieku śred­niego. Mogło być gorzej, prawda? Powie­dzia­ła­bym, że tak wła­śnie prze­ja­wia się mój kry­zys wieku śred­niego. Nie mam z tym pro­blemu. Ale dla­czego to musi być kry­zys, kry­zys wieku śred­niego czy jaki­kol­wiek inny? I dla­czego muszę się z tego tłu­ma­czyć? Żar­to­wać z tego? Czy nie mogę po pro­stu powie­dzieć, że to jest coś, co spra­wia mi radość? Nawet wię­cej niż radość.

Na początku fil­mo­wej wer­sji musi­calu _Gre­atest Days_ opar­tego na utwo­rach zespołu Take That boha­terka Rachel (w wieku nasto­let­nim grana przez Larę McDon­nell, a jako doro­sła przez Aisling Bea) zmaga się z trudną sytu­acją rodzinną i znaj­duje pocie­sze­nie w swoim boys­ban­dzie.

Są przy niej, gdy przy­go­to­wuje kola­cję dla swo­jego młod­szego brata i sprząta talerz, który jej ojciec roz­bił pod­czas kłótni z matką; są z nią w łazience (po dru­giej stro­nie zasłony), gdy bie­rze prysz­nic; towa­rzy­szą jej i jej przy­ja­cio­łom w dro­dze do szkoły. Woła ich, gdy ich potrze­buje. Mimo że widzimy ich na ekra­nie, wiemy, że tak naprawdę nie przy­szli, są w jej gło­wie, ale wspar­cie, pocie­sze­nie i odwró­ce­nie uwagi są dla Rachel tak samo realne, jakby naprawdę tam byli.

(Pamię­tam, jak szłam do szkoły, nie­śmiała i zde­ner­wo­wana, trzy­ma­jąc swój zwi­nięty kciuk i uda­jąc, że to Andrew Rid­ge­ley z Wham! trzyma mnie za rękę. (Ni­gdy wcze­śniej nikomu o tym nie mówi­łam.))

Póź­niej Rachel, już doro­sła i mająca bilety na trasę kon­cer­tową (reak­ty­wu­jącą zespół) w Ate­nach, sie­dzi w samo­cho­dzie i zosta­wia wia­do­mość dla swo­jego chło­paka, w któ­rej pisze, że chyba jed­nak nie poje­dzie na wycieczkę. Patrzy w lusterko wsteczne i widzi swo­ich chłop­ców, ści­ska­ją­cych się na tyl­nym sie­dze­niu i śpie­wa­ją­cych.

„Więc wszy­scy wró­ci­li­ście” mówi bez­na­mięt­nym tonem.

To mnie roz­ba­wiło.

W moim przy­padku nie było to do końca to samo – moi (różni) chłopcy nie wró­cili; zamiast tego poja­wił się zupeł­nie nowy zespół – ale emo­cje były bar­dzo podobne. W swo­jej książce _Tal­king to Girls About Duran Duran_ Rob Shef­field pisze, że doro­sła kobieta czę­sto ma „nieco szy­der­czy, nieco iro­niczny” sto­su­nek do muzyki, którą kochała jako nasto­latka, „a jed­nak na­dal potrafi odczu­wać tę miłość w spo­sób nieiro­niczny”. Dalej pisze: „A kiedy doro­słe kobiety o nich mówią, znów stają się _tymi dziew­czy­nami_”. _Gre­atest Days_ dosko­nale to oddaje.

Pod koniec filmu, po kłótni czte­rech doro­słych kobiet w Ate­nach, obok każ­dej z nich poja­wiają się ich młod­sze wer­sje, śpie­wa­jące pio­senkę Take That „Back for Good”. Koń­czą pio­senkę razem – młode i doro­słe posta­cie zjed­no­czone w bólu i miło­ści – a ja łapię się na tym, że ze wszyst­kich sił sta­ram się nie popła­kać.

Czuję się o wiele bliż­sza nasto­let­niej wer­sji sie­bie niż tej, którą powin­nam być w wieku 52 lat. Tej, którą spo­łe­czeń­stwo każe mi być. Oglą­da­jąc te dziew­czyny i kobiety śpie­wa­jące razem z wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem, zda­łam sobie sprawę, że wła­śnie to zro­bił dla mnie nie tylko Harry Sty­les, ale też jego fan­dom: przy­wró­cił moją nasto­let­nią wer­sję i połą­czył ją z „aktu­alną mną”, poma­ga­jąc mi w ten spo­sób, jak pisze Erica Jong w _Fear of Fly­ing_, odkryć, że po tylu latach bycia połową cze­goś na­dal jestem cała.

Mój 14-letni syn mówi mi, że mam „uśmiech Harry’ego Sty­lesa”. Twier­dzi, że potrafi roz­po­znać, kiedy patrzę na Harry’ego w tele­fo­nie, ponie­waż poja­wia się wtedy na mojej twa­rzy ten głup­ko­waty/roz­ma­rzony wyraz, któ­rego nie mam w żad­nym innym momen­cie. Dosko­nale potrafi go naśla­do­wać.

Pod­czas kon­certu Harry’ego w Paryżu w 2023 roku pod­nio­słam tele­fon, aby sfil­mo­wać scenę i przy­pad­kowo zro­bi­łam sobie zdję­cie z „uśmie­chem Harry’ego Sty­lesa” w peł­nej kra­sie. Kiedy je zoba­czy­łam, roze­śmia­łam się gło­śno. Opu­bli­ko­wa­łam je na Insta­gra­mie z pod­pi­sem: „Znajdź sobie kogoś, kto patrzy na cie­bie tak, jak ja patrzę na Harry’ego Sty­lesa”.

W latach dzie­więć­dzie­sią­tych pra­co­wa­łam dla słyn­nej, ponu­rej legendy muzyki, Van Mor­ri­sona. Przez dwa lata nie widzia­łam, żeby się uśmie­chał. W 2019 roku poja­wiło się zdję­cie Harry’ego Sty­lesa i Vana za kuli­sami kon­certu. Harry uśmie­cha się do apa­ratu, a Van pro­mie­nieje, patrząc na Harry’ego. Mój tweet na ten temat stał się dość popu­larny, a wiele odpo­wie­dzi nazwało reak­cję Vana _„_efek­tem Harry’ego Sty­lesa”.

Czym więc jest efekt Harry’ego Sty­lesa?

To cha­ry­zma – nie­któ­rzy nazwa­liby to czyn­ni­kiem X – ale to nie tylko cha­ry­zma… To jego styl, uśmiech, fry­zura, cie­pło i poczu­cie humoru. To jego wiara w sie­bie, talent i pew­ność sie­bie. Jak mówi Ross o jed­nym z chło­pa­ków Moniki w serialu _Przy­ja­ciele_: „To spo­sób, w jaki spra­wia, że czuję się sobą”.

W okre­sie poprze­dza­ją­cym wyda­nie albumu _Harry’s House_ z 2022 roku pro­mo­cyjne konto „You Are Home” na Twit­te­rze publi­ko­wało tajem­ni­cze zdję­cia i wia­do­mo­ści, dając fanom wska­zówki doty­czące nad­cho­dzą­cego albumu. Jedna z nich brzmiała po pro­stu: „Tańcz gło­śniej”.

Wła­śnie do tego inspi­ruje mnie Harry Sty­les. Do tań­cze­nia gło­śniej w każ­dym aspek­cie mojego życia.

To wła­śnie efekt Harry’ego Sty­lesa.PRZEDMOWA. LIGHTS UP

Przed­mowa

Lights Up

Powin­nam od razu zazna­czyć, że nie znam Harry’ego Sty­lesa. Ni­gdy go nie spo­tka­łam. Wszystko, co o nim myślę lub czuję, opiera się na wize­runku Harry’ego Sty­lesa jako cele­bryty.

Jak pisze Ellis Cash­more w naj­now­szym wyda­niu swo­jej książki _Cele­brity Cul­ture_ z 2006 roku, kiedy mówimy o cele­bry­tach, nie mówimy tak naprawdę o ludziach, ale o tym, jak ich sobie wyobra­żamy.

„W pew­nym sen­sie” – pisze – „ist­nieją oni nie­za­leż­nie od fizycz­nej, żywej istoty z ludz­kimi emo­cjami i sła­bo­ściami”.

W swo­jej książce o fan­do­mie i moral­no­ści, _Mon­sters: A Fan’s Dilemma_, Cla­ire Dede­rer pisze, że dla arty­sty takiego jak Harry stan­dar­dową prak­tyką jest zacho­wa­nie jak naj­więk­szej tajem­nicy w świe­cie, w któ­rym każdy jego ruch jest roz­kła­dany na czyn­niki pierw­sze. „W isto­cie cała tajem­nica, jaką się ota­cza, wynika z naszej świa­do­mo­ści cudow­nego faktu, że gdzieś pośród wszyst­kich tych infor­ma­cji kryje się praw­dziwa osoba, dusza”.

Tajem­nica, nawet w obli­czu lawiny wie­dzy, jest w dużej mie­rze powo­dem jego suk­cesu.

Jak ujęła to moja przy­ja­ciółka Amy:

Wydaje się być raczej czy­stą kartą, na którą inni mają rzu­to­wać, niż kimś, kto wysyła sygnały na zewnątrz. Jest jak kalej­do­skop – cokol­wiek na niego pada, czy to opi­nie fanów, czy świa­tła sce­niczne, odbija to z powro­tem, dzie­sięć razy jaśniej. Podoba mi się to. Ta sprzeczna oso­bo­wość: cał­ko­wita ano­ni­mo­wość, a jed­no­cze­śnie bycie wszyst­kim, czego potrze­buje od niego publicz­ność.

Myślę, że to trudna rów­no­waga. I on radzi sobie z nią dobrze przez więk­szość czasu.

Pod­czas pra­wie każ­dego swo­jego kon­certu Harry wygła­sza zasad­ni­czo tę samą prze­mowę. Brzmi ona mniej wię­cej tak: „Moim zada­niem przez następne 90 minut jest zapew­nie­nie wam roz­rywki. Waszym zada­niem jest nato­miast prze­żyć naj­lep­sze chwile w życiu. Być w tej sali kim­kol­wiek chce­cie. Kochać w tej sali kogo chce­cie”.

W chwili pisa­nia tego tek­stu prze­ży­łam naj­lep­szy okres w moim życiu, uczest­ni­cząc w sie­dem­na­stu kon­cer­tach Harry’ego. Od Man­che­steru przez Nowy Jork i Los Ange­les po Austra­lię. Bywa­łam na kon­cer­tach sama. Bywa­łam z przy­ja­ciółmi, któ­rych znam od lat. Bywa­łam też z przy­ja­ciółmi, któ­rych pozna­łam dzięki Harry’emu Sty­le­sowi (w tym wspo­mnianą już Amy).

Skła­ma­ła­bym, mówiąc, że nie spo­dzie­wa­łam się tego. Zawsze mia­łam sła­bość do boys­ban­dów i zde­cy­do­wa­nie nie zado­wa­lam się jed­nym kon­cer­tem – dosłow­nie zna­la­złam pracę jako ste­war­dessa na sta­dio­nie Wembley, żeby móc wie­lo­krot­nie oglą­dać New Kids on the Block – ale kon­certy Harry’ego Sty­lesa są inne.

W 2017 roku, w dro­dze powrot­nej z kon­certu w Glas­gow, sie­dzia­łam w pociągu i czu­łam… coś. Nie byłam pewna, co to było. Tro­chę jak tęsk­nota za domem? Smu­tek po waka­cjach? Ale nie do końca. Nie potra­fi­łam tego okre­ślić. A potem zoba­czy­łam twe­eta, w któ­rym ktoś napi­sał: „Pozbie­ra­nie się po kon­cer­cie Harry’ego Sty­lesa jest NAJ­GOR­SZE. Czu­łam się, jak­by­śmy spę­dzili razem długą, namiętną noc, a on zosta­wił mnie bez swo­jego numeru”.

Dokład­nie tak. Jak ujął to jeden z moich przy­ja­ciół, z któ­rym poje­cha­łam do Austra­lii: „w rela­cji z Har­rym ist­nieje praw­dziwe poczu­cie intym­no­ści i przy­na­leż­no­ści, pod­czas gdy czę­sto mię­dzy wyko­nawcą a fanem ist­nieje bariera”. Ta intym­ność ma zna­cze­nie i jest obecna nawet na sta­dio­nie. (Na tyle intymna, że po dwóch latach uni­ka­nia zara­że­nia się Covi­dem, zła­pa­łam go na kon­cer­cie Harry’ego).

Poczu­cie przy­na­leż­no­ści jest rów­nież inte­gralną czę­ścią tego pro­cesu. Od cza­sów One Direc­tion fani przy­no­szą na kon­certy tęczowe flagi i rzu­cają je na scenę. Wtedy Harry cza­sami je pod­no­sił, ale teraz robi to pod­czas każ­dego kon­certu, czę­sto pod­czas swo­jej zak­tu­ali­zo­wa­nej i eks­ta­tycz­nej wer­sji utworu „What Makes You Beau­ti­ful”, suge­ru­jąc, że to, co repre­zen­tuje każda z tych flag – bisek­su­al­ność, trans­pł­cio­wość, ruch Black Lives Mat­ter – jest w rze­czy­wi­sto­ści tym, co czyni cię pięk­nym.

W wywia­dzie dla _Rol­ling Stone_ z 2019 roku Harry powie­dział, że jako biały męż­czy­zna doce­nia to, że nie prze­cho­dzi przez to samo, co wiele osób, które przy­cho­dzą na jego kon­certy, nie pró­buje powie­dzieć, że wie, jak to jest, po pro­stu chce, aby ludzie czuli się akcep­to­wani i dostrze­gani. I tak wła­śnie jest.

Na każ­dym kon­cer­cie fani pro­szą Harry’ego o radę, ener­gicz­nie macha­jąc trans­pa­ren­tami, aż je zauważy. Na trans­pa­rent z pyta­niem „Czy powin­nam mu odpo­wie­dzieć na SMS-a?” Harry odpo­wie­dział: „Mam pyta­nie: czy on jest dla cie­bie miły?”.

Jako osoba, która spę­dziła zbyt wiele lat zasta­na­wia­jąc się, czy ktoś mnie lubi, i ni­gdy nie zasta­na­wia­jąc się, czy ja lubię tę osobę, natych­miast poczu­łam cie­pło w sercu. Następ­nie dodał: „Moim zda­niem, jeśli są jakieś gierki: jest śmie­ciem, nie dla cie­bie”. Słowa, któ­rymi warto się kie­ro­wać w życiu, a które nie­stety są cyta­tem z filmu _Pamięt­nik_ z 2004 roku. (Miłość Harry’ego do tego okrop­nego filmu – i jego uparte nazy­wa­nie go kome­dią roman­tyczną – jest dla mnie jedną z nie­wielu skaz na jego repu­ta­cji).

Nie­dawno, w odpo­wie­dzi na prośbę fanki o radę po roz­sta­niu, Harry powie­dział jej, żeby napeł­niła swój kubek i pozwo­liła komuś zako­chać się w tym, co się z niego wylewa. To praw­do­po­dob­nie naj­lep­sza rada doty­cząca ran­dek, jaką sły­sza­łam w życiu, i coś, co moim zda­niem jest nie­zwy­kle ważne dla mło­dych kobiet. (Rów­nież dla mnie. Być może ją sobie wyta­tu­uję?). Przed­sta­wił rów­nież swoją pio­senkę „Boy­friends” sło­wami: „Do wszyst­kich chło­pa­ków, pie­prz­cie się!”, co, jak sądzę, wszy­scy uznamy za słuszne.

„Jest coś wyjąt­ko­wego w doświad­cza­niu eufo­rii (pra­wie) wyłącz­nie kobie­cej publicz­no­ści oglą­da­ją­cej coś, co KOCHA” – powie­działa moja przy­ja­ciółka Beth. „To entu­zjazm i pod­eks­cy­to­wa­nie bez cie­nia skrę­po­wa­nia – nie ma w tym nic zbla­zo­wa­nego ani agre­syw­nego”.

Nawet przy­łą­cza­nie się do okrzy­ków „pie­prz­cie się” skie­ro­wa­nych do nie­obec­nych chło­pa­ków odbywa się bar­dziej z rado­ścią niż zło­ścią. Myślę, że to bar­dzo ważne. Szcze­gól­nie dla mło­dych kobiet, ale także dla wszyst­kich innych fanów Harry’ego.

W swo­jej auto­bio­gra­fii _This Is Not a Book About Bene­dict Cum­ber­batch_, opo­wia­da­ją­cej o nagłej obse­sji na punk­cie cele­bry­tów w wieku śred­nim, Tabi­tha Carvan pisze o tym, jak ważne jest, aby kobiety poświę­cały czas dla sie­bie. Cytuje Bri­gid Schulte, która nazywa to „odważ­nym – nie­mal wywro­to­wym – aktem oporu”.

W tych bez­pre­ce­den­so­wych cza­sach każdy akt oporu spra­wia przy­jem­ność. Była­bym zasko­czona, gdyby zna­la­zła się inna czyn­ność, która spra­wia taką samą przy­jem­ność jak dołą­cze­nie do tań­czą­cej w pió­ro­pu­szach z boa i bro­ka­to­wych stro­jach grupy nie­zna­jo­mych, któ­rzy _trak­tują innych z życz­li­wo­ścią_.

Pod­czas jed­nego z kon­cer­tów Harry’ego w 2022 roku przy­ja­ciel pocie­szał mnie, gdy ocie­ra­łam łzy pod­czas utworu „Lights Up”. Nie jest to smutna pio­senka, ale utwór, który uwa­żam za swoją pio­senkę wspie­ra­jącą mnie pod­czas pan­de­mii i roz­wodu. „Czy wiesz, kim jesteś?” – pyta Harry w kółko. Praw­do­po­dob­nie nie. Na­dal. Ale znam sie­bie znacz­nie lepiej niż przed tym, jak sta­łam się fanką Harry’ego Sty­lesa.

Nie zda­wa­łam sobie sprawy z mojej bisek­su­al­no­ści aż do czter­dziestki. Nie zaak­cep­to­wa­łam jej wyłącz­nie dzięki Harry’emu Sty­le­sowi. Jed­nak przy­ja­ciele, któ­rych pozna­łam dzięki jego fan­do­mowi, z któ­rych wielu rów­nież odkryło swoją queerową toż­sa­mość, zde­cy­do­wa­nie pomo­gli mi sie­bie zaak­cep­to­wać. Harry wydaje się być cał­ko­wi­cie zado­wo­lony z sie­bie i fascy­nu­jące jest to obser­wo­wać. Spra­wia, że chcę być bar­dziej sobą. Poma­gają mi w tym rów­nież przy­ja­ciele, któ­rych pozna­łam dzięki niemu. (W tej książce będzie­cie o nich czę­sto czy­tać).

W 2018 roku, mie­siąc po roz­sta­niu z mężem, z któ­rym byłam przez dwa­dzie­ścia dwa lata, pole­cia­łam do Los Ange­les, aby zoba­czyć Harry’ego koń­czą­cego swoją drugą trasę kon­cer­tową w The Forum. Dzie­li­łam pokój hote­lowy z przy­ja­ciół­kami z fan­domu. Zja­dłam śnia­da­nie z grupą kobiet, które pozna­łam na Slacku dla star­szych (star­szych, czyli powy­żej 25 lat; zabij­cie mnie) fanek One Direc­tion. Po raz pierw­szy zamó­wi­łam Ubera, aby spo­tkać się z dwiema kolej­nymi przy­ja­ciół­kami-fan­kami na kawę i ame­ry­kań­skie bułeczki (nie Bry­tyj­skie!).

Następ­nie zja­dłam kola­cję z dwiema kobie­tami, które pozna­łam w Inter­ne­cie dzięki pisa­niu powie­ści dla mło­dzieży, ale które rów­nież zako­chały się w Har­rym i jechały na ich pierw­szy kon­cert.

Póź­niej, przed The Forum, piłam czer­wone wino z pla­sti­ko­wego kubka, pod­czas gdy słońce zacho­dziło w odcie­niach różu, brzo­skwini i fio­letu za zatło­czo­nym par­kin­giem, na który nasz kie­rowca Ubera nie chciał nawet wje­chać, a kobiety, z któ­rymi wcze­śniej roz­ma­wia­łam tylko przez inter­net, pod­bie­gły do mnie, pod­eks­cy­to­wane tym, że w końcu spo­tka­ły­śmy się oso­bi­ście i oczy­wi­ście pod­eks­cy­to­wane tym, że Harry powi­tał nas na ostat­nim kon­cer­cie.

Po raz pierw­szy od dawna poczu­łam się cał­ko­wi­cie sobą. Byłam daleko od domu, w nie­zna­nym mie­ście, z kobie­tami, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łam, i czu­łam się nie tylko cał­ko­wi­cie dobrze, ale także satys­fak­cjo­nu­jąco zdrowo. W ostat­nich latach mał­żeń­stwa stra­ci­łam poczu­cie wła­snej toż­sa­mo­ści. Na tych kon­cer­tach odna­la­złam ją ponow­nie.

Ist­nieje kul­towa (dla fanów) wypo­wiedź Harry’ego Sty­lesa o tym, jak pod­czas nagry­wa­nia swo­jego pierw­szego albumu na Jamajce upił się, zmo­czył w oce­anie, wzno­sił toast za wszyst­kich i nosił sukienkę, którą wymie­nił z dziew­czyną jed­nego z kole­gów. „Nie pamię­tam toa­stu”, powie­dział maga­zy­nowi _Rol­ling Stone_, „ale pamię­tam to uczu­cie”.

Pamię­tam uczu­cie, jakie wywo­łał we mnie ostatni kon­cert w Los Ange­les. To uczu­cie, które wywo­łuje we mnie każdy kon­cert Harry’ego Sty­lesa. Mam nadzieję, że zawsze będę je pamię­tać.

Harry Sty­les i przy­ja­ciele, któ­rych pozna­łam dzięki jego fan­do­mowi, są teraz czę­ścią tego prze­peł­nie­nia. A Harry jest istotną czę­ścią tego, jak napeł­ni­łam ten kubek.ROZDZIAŁ PIERWSZY. THE STORY OF MY LIFE

Roz­dział pierw­szy

The Story of My Life

Jesteście gotowi?

Świa­tła w sali gasną. Reflek­tory sce­niczne ośle­piają. Śpie­wa­jąc pierw­sze wersy tytu­ło­wego utworu z naj­now­szego albumu, mój ulu­biony zespół prze­cho­dzi przez wiru­jącą chmurę suchego lodu i poja­wia się tuż przede mną. To naprawdę jedna z naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych chwil w moim życiu.

Był rok 1982 i wła­śnie skoń­czy­łam 11 lat. W poprzed­nim roku zespół Bucks Fizz wygrał kon­kurs pio­senki Euro­wi­zji utwo­rem „Making Your Mind Up”, a moja sio­stra i ja zako­cha­ły­śmy się w jego człon­kach. (Ja w Bob­bym, moja sio­stra w Mike’u. Obie w Che­ryl – tak uro­czej, ład­nej i zabaw­nej. Lubi­ły­śmy też Jay, ale nawet my dostrze­ga­ły­śmy, że jest sek­sowna, więc tro­chę nas prze­ra­żała).

Nasi rodzice jakoś zała­twili nam – całej czwórce – bilety na pierw­sze rzędy na środku na ich kon­cert w Flo­ral Pavi­lion, naszym małym lokal­nym teatrze. (Od tam­tej pory ni­gdy nie mia­łam tak świet­nych miejsc na żad­nym kon­cer­cie). Pamię­tam to ocze­ki­wa­nie. Pamię­tam, jak zga­sły świa­tła i pamię­tam suchy lód – któ­rego, co nie jest zasko­cze­niem, ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam – wypeł­nił scenę i spły­wał po jej kra­wę­dzi, dry­fu­jąc w naszą stronę. Nawet teraz czuję jego zapach (tro­chę przy­po­mina zapach żelazka paro­wego).

Kiedy kilka lat póź­niej u mojej mamy zdia­gno­zo­wano stward­nie­nie roz­siane, napi­sa­łam list do Bucks Fizz, aby im o tym powie­dzieć. Nie sądzę, żebym ocze­ki­wała, że coś z tym zro­bią. Być może mia­łam nadzieję, że będą mi tak współ­czuć, że przy­jadą mnie odwie­dzić lub przy­naj­mniej odpo­wie­dzą na list. Ale myślę, że po pro­stu chcia­łam komuś o tym powie­dzieć. Chyba po pro­stu chcia­łam… wyra­zić, że wyda­rzyło się coś strasz­nego i prze­ra­ża­ją­cego, i może oni okażą mi współ­czu­cie. Chcia­łam po pro­stu poroz­ma­wiać z kimś, kto się tym przej­mo­wał.

W fil­mie doku­men­tal­nym towa­rzy­szą­cym fil­mowi Take That _Gre­atest Days_ reży­serka filmu, Coky Gie­droyc, nazywa zespół głów­nym boha­te­rem – „emo­cjo­nalną poduszką powietrzną” Rachel. Twier­dzi, że zapew­niają oni „wspa­niałą, deli­katną barierę mię­dzy nią a dość trud­nym życiem, które pro­wa­dzi”.

W tam­tym cza­sie nie myśla­łam o Bucks Fizz w ten spo­sób – wydaje mi się, że głów­nie powra­ca­łam do zwy­kłych fan­ta­zji o tym, że poja­wią się w szkole i zabiorą mnie stam­tąd – ale kiedy patrzę wstecz, to ma to sens. Byłam taka młoda. I prze­stra­szona. I zdez­o­rien­to­wana. A moi naj­lepsi przy­ja­ciele zawsze byli zmy­śleni.

Kiedy widzę fanów na kon­cer­tach Harry’ego Sty­lesa z trans­pa­ren­tami, na któ­rych piszą, że zła­mali kość lub mieli wypa­dek samo­cho­dowy, że to ich pierw­sza noc poza domem, odkąd zostali rodzi­cami lub że chło­pak rzu­cił ich za to, że poszli na kon­cert, myślę o małej mnie. Czę­sto to, co jest napi­sane na pla­ka­cie, nie ma nic wspól­nego z Har­rym, nie doty­czy muzyki ani sławy, a jedy­nie złych wyda­rzeń, o któ­rych chcą, aby on wie­dział. A on wie. Mam nadzieję, że dzięki temu czują się lepiej.

Jakiś czas temu Ava, pisarka z Lon­dynu, opu­bli­ko­wała na Twit­te­rze/X wpis o tym, jak fascy­nu­jące są dla niej te tabliczki, więc popro­si­łam ją o wyja­śnie­nie.

Dużo o tym myślę – gdzie leży gra­nica mię­dzy poszu­ki­wa­niem więzi z innymi uczest­ni­kami kon­certu poprzez stwo­rze­nie chwili, którą wszy­scy mogą dzie­lić, a praw­dziwą rela­cją mię­dzy dwoj­giem ludzi, z któ­rych jeden jest świa­to­wej sławy gwiazdą popu, a drugi fanem?

Naj­bar­dziej fascy­nu­jące w para­spo­łecz­nej rela­cji mię­dzy Har­rym a jego fanami jest to, że wydaje się ona być dwu­stronna, bar­dziej niż jaka­kol­wiek inna, z jaką oso­bi­ście się spo­tka­łam. Zasta­na­wiam się, czy słowo „para­spo­łeczna” jest tutaj wła­ściwe, ponie­waż nie jest to przy­pa­dek, w któ­rym fani oglą­dają wywiady i prze­no­szą wypo­wie­dzi cele­bryty na swoje życie i doświad­cze­nia – oni bez­po­śred­nio zadają pyta­nia Harry’emu, a on odpo­wiada na nie publicz­nie. Jest to oczy­wi­ście nie­kon­wen­cjo­nalny rodzaj roz­mowy, ale na­dal jest to roz­mowa.

Pro­sze­nie Harry’ego o zaan­ga­żo­wa­nie się i radę w tak waż­nych momen­tach życia – coming out, ujaw­nie­nie płci i oświad­czyny – staje się czymś powszech­nym w pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych; wydaje się być ogromną pre­sją dla mło­dego czło­wieka, który musiał samo­dziel­nie zdo­by­wać wie­dzę i eks­pe­ry­men­to­wać w świe­tle reflek­to­rów; który być może nie ma nawet połowy doświad­czeń, na pod­sta­wie któ­rych udziela porad, i z pew­no­ścią nie zna niu­an­sów zwią­za­nych z daną sytu­acją ani kon­kret­nych oko­licz­no­ści osób, które zwra­cają się do niego z prośbą. W pew­nym sen­sie nie zdzi­wi­łoby mnie wcale, gdyby posta­no­wił zigno­ro­wać te sygnały i trzy­mać się sce­na­riu­sza, o ile Harry ma jakiś sce­na­riusz. Ale oni wciąż pytają, bo on odpo­wiada!

Dla każ­dego, kto uważa się za wię­cej niż zwy­kłego fana, dia­logi mię­dzy pio­sen­kami stały się tak samo ważną czę­ścią wizyty w Harry’s House, jak same utwory. To główny powód, dla któ­rego oso­bi­ście będę tam wra­cać – nie mogę się docze­kać, aby dowie­dzieć się, co powie następ­nym razem. Wiem, że muszą ist­nieć gra­nice; muszą być pyta­nia, na które z jakie­goś powodu nie odpo­wie, czy to z powodu pre­sji udzie­le­nia „wła­ści­wej” odpo­wiedzi, czy po pro­stu dla­tego, że nie chce, aby miliony ludzi pró­bo­wały odczy­tać zna­cze­nie jego słów i odnieść je do jego życia, ale jest genialny w zacie­ra­niu tych gra­nic i spra­wia­niu, że jego publicz­ność wie­rzy, że jest cał­ko­wi­cie oddany jej potrze­bom, nie­za­leż­nie od tego, czego potrze­buje. Spra­wia, że wygląda to na łatwe, ale moim zda­niem wymaga to spo­rej odwagi.

To rów­nież odważne ze strony fanów. Ci ludzie znają odpo­wiedź, na którą liczą, i bez­gra­nicz­nie ufają, że on jej udzieli lub wymy­śli coś lep­szego. W pew­nym sen­sie on rów­nież musi im zaufać – aby przy­jęli jego odpo­wiedź w duchu, w jakim zało­żył, że to zro­bią; nie robić niczego, czego oni nie chcą, tylko dla­tego, że Harry Sty­les to zasu­ge­ro­wał. „Jesteś pewien?” – pyta czę­sto, zanim pomaga fanowi wyjść na scenę, a sły­sząc to, zda­jesz sobie sprawę, że choć wszystko to wydaje się zabawne i jak chwila czy­stej magii, to jest to wielka sprawa, która sta­nie się vira­lem, zanim pojawi się na sce­nie w następ­nym mie­ście i praw­do­po­dob­nie zrobi to samo jesz­cze raz. Fan musi być pewien. Harry też.

* * *

Nie mogę zna­leźć źró­dła, ale przez lata wie­lo­krot­nie czy­ta­łam, że gwiazdy mogą utknąć emo­cjo­nal­nie w wieku, w któ­rym stały się sławne. Na­dal czę­sto myślę o saty­rycz­nym nagłówku ser­wisu _The Onion_ po śmierci Micha­ela Jack­sona w 2009 roku: „Król popu zmarł w wieku 12 lat”.

W swo­jej książce z 1994 roku _Mother­less Dau­gh­ters_ Hope Edel­man pisze, że kobiety, które stra­ciły matki, czę­sto czują się zatrzy­mane w roz­woju emo­cjo­nal­nym, „jakby ni­gdy nie doj­rzały ponad wiek, w któ­rym zmarły ich matki”. Podej­rze­wam, że tak jest w moim przy­padku, ale nie cho­dzi o moment jej śmierci, tylko o moment, w któ­rym zdia­gno­zo­wano u niej stward­nie­nie roz­siane i wszystko się zmie­niło.

Kilka lat temu słu­cha­łam fan­ta­stycz­nego pod­ca­stu Cariad Lloyd _Grief Cast_. Roz­ma­wiała ona z muzy­kiem i pod­ca­ste­rem Feli­xem White’em, któ­rego mama zmarła na stward­nie­nie roz­siane, gdy miał 17 lat. W pew­nym momen­cie Felix powie­dział, że prze­stał być nasto­lat­kiem, gdy jego mama zacho­ro­wała. Kiedy to powie­dział, musia­łam się zatrzy­mać i przy­po­mnieć sobie, żeby oddy­chać. Nie myśla­łam o tym wcze­śniej, ale ma cał­ko­witą rację.

Psy­cho­log Erin Le Clerc twier­dzi, że jest to powszechne zja­wi­sko, gdy rodzic poważ­nie zacho­ruje lub umiera.

„Żałoba po stra­cie rodzica jest głę­boka, nie­za­leż­nie od wieku” – mówi. „Dzie­ciń­stwo nie koń­czy się, ale zna­cząca żałoba wiąże się ze zmianą per­spek­tywy, zmianą auto­no­mii, innymi ocze­ki­wa­niami, więc życie naprawdę nie może toczyć się tak jak przed taką sytu­acją”.

Oczy­wi­ście były to lata osiem­dzie­siąte, więc nie było żad­nej pomocy, żad­nego wspar­cia, nie było nawet zbyt wielu roz­mów na ten temat. Pamię­tam, jak moja mama się o tym dowie­działa. Pamię­tam, jak pła­kała. Nie pamię­tam wiele wię­cej.

Przez lata dużo myśla­łam o tym, jak bar­dzo byłam bez­na­dziejną nasto­latką – mia­łam nie­wielu przy­ja­ciół poza szkołą, czę­sto żyłam we wła­snym świe­cie, naj­szczę­śliw­sza byłam sama w swoim pokoju z muzyką i książ­kami – i jak od tam­tej pory nad­ra­bia­łam zale­gło­ści, ale gene­ral­nie uni­ka­łam myśle­nia o tym, dla­czego tak było.

Kilka lat temu zaczę­łam cho­dzić do tera­peuty, ponie­waż wie­dzia­łam, że powin­nam zakoń­czyć swoje mał­żeń­stwo, ale nie mia­łam na to wystar­cza­ją­cej odwagi. Myślę, że chcia­łam, żeby to ona mi kazała to zro­bić, ale (nie­stety) tera­pia tak nie działa.

Powie­dzia­łam jej, że mam obse­sję na punk­cie One Direc­tion i żar­to­bli­wie (ale też nie do końca) pró­bo­wa­łam namó­wić ją, żeby ofi­cjal­nie zdia­gno­zo­wała u mnie syn­drom roz­pro­sze­nia uwagi przez boys­band. Tak, praw­do­po­dob­nie byłam za stara, żeby tak bar­dzo inte­re­so­wać się boys­bandem, ale czy to było coś złego? Jeśli słu­cha­nie ich, oglą­da­nie ich tele­dy­sków i czy­ta­nie o nich spra­wiało mi radość? Powie­dzia­łam jej, że zawsze mia­łam ten­den­cję do zbyt­niego inte­re­so­wa­nia się zespo­łami i zapy­ta­łam, czy uważa to za pro­blem. Wyglą­dała na nieco zanie­po­ko­joną. Nie powie­działa wprost, że to nie­zdrowe, ale jej brwi suge­ro­wały, że tak może być. Nie chciała roz­ma­wiać o One Direc­tion, chciała roz­ma­wiać o moim mał­żeń­stwie. Cho­lera.

Zan Roma­noff, jedna z auto­rek lite­ra­tury mło­dzie­żo­wej, którą pozna­łam naj­pierw w inter­ne­cie, a potem poza forum, napi­sała, że dla niej obse­sja na punk­cie One Direc­tion była ewi­dent­nie mecha­ni­zmem obron­nym.

„Ledwo prze­trwa­łam epi­zod depre­sji” – napi­sała Zan w biu­le­ty­nie _Two Bossy Dames_ w 2018 roku. „Byłam nie­szczę­śliwa i nie­pewna co do spraw zwią­za­nych z pracą, od dawna nie uma­wia­łam się z nikim, kogo naprawdę lubi­łam. Oczy­wi­ście, że mia­łam obse­sję na punk­cie grupy uro­czych chłop­ców śpie­wa­ją­cych o praw­dzi­wej miło­ści”.

Słodcy chłopcy śpie­wa­jący o praw­dzi­wej miło­ści? Pod­czas gdy moje dwu­dzie­sto­let­nie mał­żeń­stwo dobie­gało końca? Prze­ło­mowe.

„Nie ma nic złego w radze­niu sobie” – mówi Zan. – „Cza­sami to wszystko, co można zro­bić! Mia­łam do czy­nie­nia z bar­dzo doro­słymi spra­wami. Nie było nic złego w tym, że chcia­łam przez kilka godzin w tygo­dniu poczuć coś pro­stego, rado­snego i nie­skom­pli­ko­wa­nego”.

Psy­cho­log Erin Le Clerc zga­dza się z tym. W więk­szo­ści:

Myślę, że szu­ka­nie roz­rywki i odwró­ce­nia uwagi jako prze­ciw­wagi dla trud­nych uczuć jest w porządku. Uwa­żam jed­nak, że ist­nieje ryzyko, że zatra­cimy się w fan­ta­zji o zastą­pie­niu cze­goś, co „stra­ci­li­śmy”, i może to stać się formą ucieczki, która unie­moż­liwi nam zmie­rze­nie się z pro­ble­mami i roz­wią­za­nie ich, aby osią­gnąć dłu­go­ter­mi­nowy roz­wój i satys­fak­cję.

Myślę, że tak było w moim przy­padku jako nasto­latki, o czym wię­cej póź­niej.

„Dopa­mina (hor­mon „nagrody” w naszym mózgu)” – kon­ty­nu­uje Erin – „jest akty­wo­wana, gdy robimy coś przy­jem­nego. Ryzyko polega na poszu­ki­wa­niu szyb­kich wra­żeń (nie­zwy­kle uza­leż­nia­ją­cych), które cza­sami mogą powo­do­wać dodat­kowe pro­blemy, oprócz tych, któ­rych uni­kamy. Osta­tecz­nie wszystko spro­wa­dza się do rów­no­wagi. Wszystko z umia­rem! Wiem, że to nudne”.

Pomimo tego, że nie udało mi się uzy­skać ofi­cjal­nego uzna­nia BDS, naj­waż­niej­szą korzy­ścią pły­nącą z sesji tera­peu­tycz­nych było to, że w końcu zda­łam sobie sprawę, że stward­nie­nie roz­siane mojej mamy i jego wpływ na rela­cje moich rodzi­ców zmie­niły wszystko. Zawsze potra­fi­łam radzić sobie z pro­ble­mami. Wszystko baga­te­li­zo­wa­łam. To pra­wie na pewno tam się wszystko zaczęło.

„Zasta­na­wia­łam się nad pie­niędzmi, które wyda­wa­łam na albumy i bilety na kon­certy, i nad tym, że nie wspie­rały one niczego szcze­gól­nie szla­chet­nego” – pisze Zan. „Ale wyda­wało mi się to uza­sad­nione, chyba dla­tego, że było oczy­wi­ste, że pie­nią­dze te słu­żyły osta­tecz­nie szla­chet­nemu celowi, jakim było wspie­ra­nie mnie samej”.

Bar­dzo mi się to podoba. „Szczytny cel, jakim jest wspie­ra­nie mnie samej”. Kobiety czę­sto nie trak­tują sie­bie ani swo­ich zain­te­re­so­wań prio­ry­te­towo.

A jeśli w jakiś spo­sób udaje nam się sku­pić na czymś, co kochamy, czę­sto jest to lek­ce­wa­żone jako nie­po­ważne, nie warte czasu, wysiłku ani wydat­ków.

Przez lata pie­nią­dze były dla mnie ważną kwe­stią. Czu­łam się winna z powodu każ­dego wydatku. Kie­dyś zamie­ści­łam post na forum poświę­co­nym finan­som, pro­sząc o radę w tej spra­wie, a pewien męż­czy­zna sko­men­to­wał to w nastę­pu­jący spo­sób: „Nie sądzę, żebyś naprawdę czuła się winna z powodu wszyst­kich wydat­ków. Nie czu­jesz się winna, kupu­jąc arty­kuły spo­żyw­cze lub paliwo”. Nie­prawda, nie­zna­jomy! Czu­łam się winna z powodu każ­dego wydatku, tak jak wła­śnie powie­dzia­łam.

Czę­ściowo to, co zmie­niło moje podej­ście do finan­sów – przy­naj­mniej odro­binę – to dwie podróże do Ame­ryki w 2018 roku, aby zoba­czyć Harry’ego Sty­lesa. W czerwcu poje­cha­łam do Nowego Jorku, a kiedy wró­ci­łam do domu, zare­zer­wo­wa­łam bilet do Los Ange­les na następny mie­siąc. To naprawdę absur­dalne. Ale moje dwu­dzie­sto­dwu­let­nie mał­żeń­stwo wła­śnie się zakoń­czyło, mia­łam tro­chę pie­nię­dzy (nie wystar­cza­jąco dużo, przy­ja­ciółka zapła­ciła za mój lot do Los Ange­les, a ja spła­ci­łam jej tę kwotę w ciągu następ­nych dwu­na­stu mie­sięcy) i po pro­stu chcia­łam poje­chać i dobrze się bawić z przy­ja­ciółmi. I tak zro­bi­łam. Spę­dzi­łam abso­lut­nie naj­lep­szy czas w życiu. Śpie­wa­łam, tań­czy­łam, jadłam, piłam, śmia­łam się i czu­łam się bar­dziej sobą niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. W prze­szło­ści, gdy moje konto ban­kowe było puste, mar­twi­łam się każ­dym wydat­kiem. Dla­czego kupi­łam ten maga­zyn? Nie powin­nam była kupo­wać tej kawy. Gdy­bym nie opu­ściła tej płat­no­ści, nie musia­ła­bym pła­cić 12 fun­tów opłaty. Dla­czego byłam taka nie­od­po­wie­dzialna? Wyjazd do Ame­ryki, aby zoba­czyć Harry’ego (dwu­krot­nie!), był praw­do­po­dob­nie nie­od­po­wie­dzialny, tak. (I abso­lut­nie doce­niam przy­wi­leje, które pozwo­liły mi to zro­bić). Nie wiem nawet, ile to kosz­to­wało, ile wyda­łam, ale nie­za­leż­nie od kwoty było to rów­nież w stu pro­cen­tach warte zachodu.

W końcu zda­łam sobie sprawę, że pra­wie nie­moż­liwe jest wyce­nić takie rze­czy. Mogłam być roz­sądna, zaosz­czę­dzić tro­chę pie­nię­dzy i zostać w domu. Ale zawsze będę zado­wo­lona, że tego nie zro­bi­łam.

Magiczne

Kilka lat po pierw­szym kon­cer­cie Bucks Fizz zna­la­złam się za kuli­sami tego samego teatru pod­czas corocz­nego przed­sta­wie­nia szkol­nego. (Byłam w chó­rze, ale marzy­łam o karie­rze tan­cerki. Nie­stety, podob­nie jak One Direc­tion, byłam w tym okropna). Po raz kolejny roz­ko­szo­wa­łam się ocze­ki­wa­niem i pod­eks­cy­to­wa­niem. Zapach! Świeże drewno i gorący pył, maki­jaż i lakier do wło­sów.

Kiedy pisa­łam tę książkę, skon­tak­to­wa­łam się z teatrem i zapy­ta­łam, czy mogę go zwie­dzić. Powie­dziano mi, że teatr został cał­ko­wi­cie prze­bu­do­wany w 2008 roku, więc nie będzie taki sam, jak go zapa­mię­ta­łam, ale nie mia­łam nic prze­ciwko temu. Inte­re­so­wała mnie atmos­fera, kli­mat. Zapach. Tego dnia miły pan o imie­niu Richard opro­wa­dził mnie po teatrze, a następ­nie zapro­wa­dził na bok sceny. Widok sceny, świa­teł i kur­tyny (która była opusz­czona) wywo­łał we mnie dreszcz emo­cji. Powie­dział mi, że wszystko jest więk­sze niż w latach osiem­dzie­sią­tych.

Kiedy szłam przez scenę, pod­niósł kur­tynę (to było eks­cy­tu­jące), a ja sta­nę­łam na środku sceny i spoj­rza­łam na pustą widow­nię.

Kiedy teraz to piszę, zdaję sobie sprawę, że powin­nam była poświę­cić chwilę, aby pomy­śleć o tym, jak czuli się człon­ko­wie zespołu Bucks Fizz, sto­jąc tam z tyłu i cze­ka­jąc. Prze­cho­dząc przez suchy lód i widząc publicz­ność. Jakie to uczu­cie, gdy świecą świa­tła, czuć tylko sku­pie­nie i ocze­ki­wa­nie. W tam­tej chwili jed­nak nie przy­szło mi to do głowy. Myśla­łam o tym, że nie mogłam cie­szyć się wystę­pem na sce­nie z chó­rem, ponie­waż byłam prze­ra­żona.

Powie­dział mi, że cho­ciaż pra­wie wszystko się zmie­niło, wej­ście dla akto­rów znaj­duje się dokład­nie w tym samym miej­scu, co w sta­rym teatrze. Dopóki o tym nie wspo­mniał, zupeł­nie o nim nie myśla­łam. Nie cho­dziło o kon­kretne wej­ście Flo­ral Pavi­lion, ale o samą kon­cep­cję wej­ścia dla akto­rów.

Śle­dzę konto na Insta­gra­mie poświę­cone zdję­ciom drzwi na scenę i za każ­dym razem, gdy poja­wia się nowe zdję­cie, jestem pod­eks­cy­to­wana. Są tak eks­cy­tu­jące. Dają poczu­cie obiet­nicy, bla­sku i dra­ma­tur­gii. W Flo­ral opu­ści­li­śmy scenę, prze­szli­śmy kory­ta­rzem, zaj­rze­li­śmy do zie­lo­nego pokoju, a potem zna­leź­li­śmy się wła­śnie przy wej­ściu dla akto­rów i zda­łam sobie sprawę, że Richard wypro­wa­dza mnie przez nie. Byłam zachwy­cona. Cze­ka­łam tu na Bucks Fizz popo­łu­dniu przed kon­cer­tem. Wydaje mi się, że mój tata zasu­ge­ro­wał, żeby­śmy przy­szli i cze­kali w ciągu dnia, ponie­waż wtedy odby­wała się próba dźwięku i było mniej fanów. Miał rację.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij