-
nowość
Efekt motylka - ebook
Efekt motylka - ebook
Wymarzony dom, satysfakcjonująca praca, dobra sytuacja finansowa, obrączka na palcu i zdrowe dzieci. Krótko mówiąc: udane, stabilne życie. Ida ma to wszystko, a jednak nigdy nie czuła się bardziej samotna niż teraz. Jej małżeństwo z Wiktorem powoli staje się jedynie formalnym określeniem, a nie prawdziwą relacją dwójki bliskich sobie osób. Kiedyś nie widzieli świata poza sobą, a dziś każdy dzień wygląda podobnie. Kłótnie o nic, wieczne pretensje o błahostki, obojętność i brak bliskości. Ida coraz częściej myśli o rozwodzie. W pewnym momencie jednak, zainspirowana materiałem, na który przypadkiem natrafia w Internecie, postanawia podjąć ostatnią próbę i małymi kroczkami zawalczyć o swoje małżeństwo. Tylko co na to jej mąż? Czy Wiktorowi także zależy na ocaleniu ich rodziny? Czy dobre wspomnienia i niegdyś łącząca ich więź wystarczą, by uratować praktycznie nieistniejący już związek?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68946-05-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mówisz, ale Cię nie słyszę
Jesteś, ale Cię nie widzę
Dla mnie to już koniec
~ Dla mnie to już koniec, Kaśka Sochacka i Kortez
Moje życie składa się z czekania. Przez wiele lat czekałam, aż zostanę starszą siostrą. Och, jak ja bardzo pragnęłam mieć rodzeństwo! W końcu się udało. Potem przez kolejne lata czekałam, aż wreszcie znów będę mieć własny pokój, bo okazało się jednak, że dzielenie go z młodszym bratem nie jest wcale takie fajne. Ale to także się udało. Potem czekałam, aż skończę studia i znajdę wymarzoną pracę. To też się w sumie szybko udało. A najbardziej czekałam oczywiście na miłość mojego życia. Widziałam się w białej sukni jeszcze jako młoda dziewczyna. Mąż, dom, dzieci, pies – czekałam na to, od kiedy skończyłam jakieś pięć lat. Doczekałam się trzech z tej listy.
A teraz…
Teraz też czekam.
Czekam, aż moje małżeństwo rozpieprzy się do końca tak, że nie będzie czego zbierać. I mam pewność, że jesteśmy z Wiktorem na dobrej drodze, by wkrótce tak się stało.
Nasze happy już było. Teraz pora na end.
– Specjalnie to robisz? – Przewracam oczami, opróżniając torbę z zakupami.
– Co znowu nie tak? – pyta mój mąż.
– Mówiłam ci, że nie piję już owsianego, bo podobno powoduje wyrzuty insuliny. Przerzuciłam się na migdałowe. Już naprawdę… mógłbyś to wreszcie zapamiętać.
– A ty mogłabyś zacząć robić zakupy sama. Nie byłoby problemu – odpowiada oschle, nie patrząc na mnie.
– O co ci znowu chodzi, co? – mówię, bo mam dość wiecznych nieporozumień i pretensji o wszystko i o nic.
– Mnie? Przecież to ty się czepiasz już od progu – rzuca i wychodzi z kuchni.
Mam po dziurki w nosie tych humorków, braku rozmowy i tego, że mój mąż w ogóle mnie nie słucha.
Nie zawsze tak to wyglądało. Kiedy go poznałam, byłam najszczęśliwsza na świecie. Czułam się tak, jakbym wygrała los na loterii. Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i straciliśmy dla siebie głowy. Taka miłość od pierwszego spojrzenia, jak w bajkach. Taniec boso w deszczu… Beztroskie, bezsenne noce spędzane zarówno na wielogodzinnym seksie, jak i po prostu na rozmowach – tych ważnych i tych z pozoru zupełnie nieistotnych… Spacery pod rozgwieżdżonym niebem… Wspólne wschody i zachody słońca i tak dalej…
Trafiło nas wtedy na amen.
I teraz też nas trafia. Tyle że szlag.
– Dokąd się wybierasz? – Mój mąż staje w progu, gdy wkładam znoszone, choć najwygodniejsze na świecie adidasy.
Mierzę go wzrokiem.
– Nie powiesz mi?
– Po mleko – odburkuję, wzdychając z niezadowoleniem.
Nie mówi nic, a ja wychodzę i zatrzaskuję za sobą drzwi. Jak na zawołanie odzywa się w kieszeni mój telefon. Biorę głęboki wdech, żeby się lekko uspokoić, i odbieram połączenie od syna.
– Co tam, słonko?
– Jezu, mamo. Do Nelki se tak mów, a nie do mnie – upomina mnie z oburzeniem, a do mnie docierają śmiechy kolegów Nikodema.
Ciągle zapominam, jaki on jest już duży. I także o tym, że w tych czasach dzieci nie potrafią prowadzić rozmów telefonicznych inaczej niż przez tryb głośnomówiący, czego jako milenials nie tylko nie jestem w stanie zaakceptować, ale też zrozumieć.
Przewracam oczami, ale nie odpowiadam. Ponawiam pytanie:
– Więc co tam, drogi synu?
Znów słyszę śmiechy i westchnienie Nikodema. Tym razem jednak odpowiada:
– Mogę zostać trochę dłużej u Kacpra?
– Ile dłużej?
– Dwie godziny.
– Nie ma mowy. Jest osiemnasta, Kornelia o dziewiętnastej idzie spać. Godzinę.
– No ale mamo, nooo – jęczy do telefonu. – To niesprawiedliwe! Dlaczego muszę przez nią wracać tak wcześnie?
– Nie przez nią. Jutro rano wstajesz do szkoły, przypominam. Mogę zresztą przyjechać tak, jak się umawialiśmy, albo możecie zostać godzinę. Oczywiście wyłącznie pod warunkiem, że mama Kacpra się zgadza.
– Zgadzam się! – słyszę odpowiedź.
– O, jesteś, hej – witam się z Martą. – Nikodem mi powiedział, że mogą jeszcze u was zostać, ale nie chciałabym nadużywać waszej gościnności.
– Nie no… Co ty? Przecież to żaden problem.
– A dziewczyny jak? Nelka się nie pokłada?
– Wcale. Wygłupiają się na trampolinie, więc w ogóle się nie musisz spieszyć. Ja im dam kolację, to już w domu będziesz miała z głowy i sobie zrobicie z Wiktorem wolny wieczór.
Ta… Doceniam chęci, bo rzeczywiście my, rodzice, nie mamy ku temu wielu okazji, ale no cóż… Dla nas już chyba po prostu na to za późno.
– Dobrze, skoro tak, to odbierzemy ich jakoś przed dziewiętnastą. Dziękuję. I obiecuję rewanż.
– Z całą pewnością skorzystam. – Marta się śmieje. – Na razie!
W sklepie oprócz mleka kupuję lody, których wprawdzie nie powinnam jeść, ale nie będę udawać, że nie mam na nie ochoty. Wracam do domu okrężną drogą. Po pierwsze dlatego, że uwielbiam wiosnę, a pogoda od niedawna wyjątkowo nas rozpieszcza. Dodatkowo wydłużające się dni to coś, co od zawsze poprawia mi humor. A po drugie dlatego, że wcale nie uśmiecha mi się spędzać tego podarowanego mi czasu sam na sam z moim mężem. Żałosne, że do tego doszło, bo jeszcze kilka lat temu zrobiłabym wiele dla choćby pięciu minut z nim na osobności bez jęków, marudzenia i innych potrzeb naszych dzieci.
Siadam na ławce i delektując się deserem, obserwuję ludzi wokół. Większość oczywiście nawet tego nie zauważa, bo ich wzrok skupiony jest w ekranach, które najwyraźniej przejęły władzę nad naszymi czasami. Nie wiem, czy jest jakiś sposób, żeby to jeszcze zatrzymać ani nawet, czy byłoby to słuszne. Ale wiem, że nie podoba mi się, dokąd to zmierza. I sama też winię trochę ten rozwój technologii za nasze problemy. Chociaż to najwyraźniej jedynie forma ucieczki przed wzięciem odpowiedzialności za własne błędy. Bo przecież o ile łatwiej jest zrzucić ją na wszystko inne, byleby samemu nie musieć stawiać jej czoła.
Miło, że chociaż w teorii bywam zajebista…
Kiedy przekraczam próg domu, zauważam, że Wiktor, jak zwykle popołudniami, grzebie przy czymś w garażu. Kiedyś mi to przeszkadzało, teraz mnie cieszy.
Postanawiam tę podarowaną od wszechświata chwilę spędzić w wannie. Szykuję sobie kąpiel z ogromną ilością piany. Włączam relaksującą muzykę i czekając, aż naleje się woda, w kuchni robię sobie kawę z odpowiednim mlekiem. Zamykam się w łazience na klucz i podgłaśniam muzykę. Słyszę, że Wiktor akurat teraz zaczął kosić trawę. Ale nie dam sobie popsuć tych kilku momentów przyjemności.
Zanurzam ciało w pianie i przez moment przyzwyczajam się do temperatury wody, z którą jak zwykle przegięłam. Nic na to nie poradzę, że wprost uwielbiam gorące kąpiele.
Opieram się plecami, wyciągam nogi, przymykam oczy i wsłuchuję się w słowa Kaśki Sochackiej, której piosenki – mam wrażenie – często mogłyby opisać moje życie. Może dlatego tak je lubię. A może po prostu dziewczyna fajnie śpiewa i niepotrzebnie utożsamiam się z tymi smutnymi tekstami? My, ludzie, chyba lubimy wiedzieć, że nie jesteśmy sami w swoim cierpieniu. Że ktoś inny ma podobnie lub nawet gorzej. I pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdybyśmy dzięki temu potrafili docenić to, że u nas jest lepiej. Tymczasem podejrzewam, że częściej jednak podnosimy się w ten sposób na duchu. Słabe, ale prawdziwe.
Po kilkunastu minutach owijam się ręcznikiem i staję przed lustrem, gdzie go zrzucam. Wpatruję się przez chwilę w swoje odbicie krytycznym spojrzeniem i stwierdzam, że choć nie jest źle, mogłoby być o wiele lepiej. Ale która z nas nie dochodzi do takich wniosków? Nie znam nikogo, kto nie miałby sobie czy swojej sylwetce absolutnie nic do zarzucenia. Przez ostatnie lata zrzucałam winę na ciąże. Czy chcesz, czy też nie, ciało w ciąży bardzo się zmienia, a po niej rzadko kiedy wygląda jak przed. Tyle że ostatni raz w ciąży byłam prawie sześć lat temu, więc minęło wystarczająco dużo czasu, by skutecznie pozbyć się tej pociążowej fałdki, którą uporczywie tak nazywam, mimo że – jeśli mam być szczera – tę konkretną nabyłam już jakiś czas po tym, jak drugi raz zostałam mamą. Ale znów to samo: łatwiej przecież zrzucić winę na czynniki zewnętrzne. Tak jest wygodniej.
Dopijam do końca kawę, wyłączam muzykę i owinięta w ręcznik wychodzę z łazienki.
– A ty co? Nie jedziesz po dzieci? – słyszę za plecami.
– Zaraz pojadę – burczę, nawet się nie odwracając. – Też byś mógł – dodaję pod nosem i wchodzę do sypialni.
Wiktor podąża za mną.
– Jak chcesz, to pojadę – proponuje, czym, przyznaję, mnie zaskakuje.
Wyjmuję z szafy jakąś sukienkę. Dopiero gdy mam ją na sobie, zdejmuję spod spodu ręcznik. Od dawna nie ma między nami bliskości, więc od jakiegoś czasu krępuję się nawet przebrać przy własnym mężu… Żenada.
– Nie musisz – odpowiadam krótko, nie patrząc na niego.
– Pamiętasz, że w weekend jadę na targi, tak?
Fuck. Nie pamiętam.
Przewracam oczami, czego nie widzi, bo wychodzę akurat z pokoju, i ściemniam:
– Pamiętam.
W sobotę muszę zawieźć Kornelię na urodziny jej koleżanki z przedszkola. I jeszcze kupić wcześniej prezent. Całkiem zapomniałam, że będę wtedy sama…
– To co? Chcesz, żebym pojechał teraz po dzieciaki?
– Nie. – Mijam go w drzwiach.
– Jezu, Ida, możesz nie rozmawiać ze mną takimi półsłówkami? – pyta z westchnieniem, krocząc za mną.
– Jak sobie życzysz – ironizuję. – Mogę wcale z tobą nie rozmawiać.
I tak ulotnił się cały dobry humor wywołany przyjemną kąpielą.
– O co ci chodzi, co? Jesteś zła o to mleko? – irytuje się, a ja parskam.
– Chciałabym, żeby mleko stanowiło nasz jedyny problem – mruczę pod nosem.
– Naprawdę znów chcesz się pokłócić? – pyta, gdy chowam kubek do zmywarki.
– Ja? – śmieję się. – To ty chodzisz za mną, nie wiadomo po co. Albo chyba właśnie po to, żeby znaleźć jakąś zaczepkę i pretekst do kłótni.
– Ty się słyszysz w ogóle? – rzuca z prychnięciem. – Zaproponowałem po prostu, że pojadę po dzieci, a ty się czepiasz.
– Skończ już, dobra?
– Taaa. Z przyjemnością – kończy oschle i wychodzi z kuchni.
Opieram się o blat, biorę kilka głębokich wdechów i zerkam na zegarek. Z ulgą stwierdzam, że już pora jechać po dzieci.
Wychodząc, trzaskam drzwiami, w sumie nawet nie wiem po co. Śmiać mi się chce za każdym razem, gdy zdaję sobie sprawę z tego, co w ostatnich miesiącach, a może nawet i latach, stało się z moim wspaniałym, niemal idealnym życiem. Parodia…
Akurat gdy odpalam silnik, dzwoni do mnie brat.
– Co tam? – odbieram.
– A tak chciałem zapytać, co u was – odpowiada Borys.
Uśmiecham się smutno pod nosem, mimo że mój brat przecież nie może tego zobaczyć.
– Nic. A właśnie. Masz może czas w sobotę? Muszę z Nelką pojechać na bawialnię, na urodziny koleżanki, a nie chciałabym zostawiać młodego samego. Dzisiaj się dowiedziałam, że Wiktor wyjeżdża.
– Pewnie, mogę go nawet do nas wziąć – zgadza się, po czym zatroskany pyta: – Znów ze sobą nie gadacie?
– Oj, dobra no… Zapomniałam po prostu o tym wyjeździe – prostuję. – Gadamy, choć to za duże słowo. Odpowiadamy sobie półsłówkami albo się kłócimy.
Borys milczy.
– To w sumie nie tak źle – stwierdza w końcu, a ja reaguję śmiechem.
– No, fantastycznie – rzucam z ironią.
– Poważnie mówię. Gorzej, gdybyście wcale ze sobą nie rozmawiali. Obojętność to znak, że związku już nie ma. Dopóki się kłócicie, to znaczy, że wam na sobie zależy – tłumaczy filozoficznie, czym mnie rozbawia, ale też sprawia, że do końca dnia myślę o jego słowach.