Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Efekt splątania. Romans metafizyczny - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 maja 2026
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Efekt splątania. Romans metafizyczny - ebook

Książka zawiera osiemnaście powiązanych ze sobą historii o ponadczasowej mistycznej więzi łączącej ludzi z różnych epok i kontynentów. " – Nie zaprosiłam cię tu, by dyskutować o książkach – odpowiedziała Isabel. – Nie bardzo rozumiem, królowo – zdziwił się Paulo. – Jesteś, panie, gruntownie wykształcony. Zdaję się więc na twoją domyślność. Monarchini uniosła się z krzesła, a potem wyszła z sali drugim wyjściem, zostawiając drzwi otwarte na oścież. Za nimi, jak zauważył medyk, znajdował się mały dziedziniec, na którego przeciwległym końcu widniały kolejne drzwi. Również i te królowa zostawiła uchylone, zanim zniknęła we wnętrzu komnaty. Paulo obserwował poczynania Isabel w osłupieniu. I naraz wszystko dookoła niego pojaśniało. Kontury rzeczy się wyostrzyły, a kształty nabrały dodatkowej głębi. „Czy to się dzieje naprawdę, czy jest tylko iluzją?” – zastanawiał się. Spojrzał na swoją dłoń, by się przekonać. Wydawała się żarzyć niebieskawą poświatą."

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397977808
Rozmiar pliku: 477 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

Prolog 6

Rozdział 1 – 414 r. p.n.e., Kyniska i Aryston 8

Rozdział 2 – Czasy współczesne 17

Rozdział 3 – 1204 r., Monique i Erik 22

Rozdział 4 – Czasy współczesne 66

Rozdział 5 – 1477 r., Isabel i Saul 70

Rozdział 6 – Czasy współczesne 96

Rozdział 7 – 1563 r., Michelangelo 99

Rozdział 8 – Czasy współczesne 102

Rozdział 9 – 1574 r., Anna i Danko 108

Rozdział 10 – Czasy współczesne 144

Rozdział 11 – 1705 r., Gottfried 150

Rozdział 12 – Czasy współczesne 152

Rozdział 13 – 1857 r., Regine 160

Rozdział 14 – Czasy współczesne 166

Rozdział 15 – 1930 r., Wolfgang 169

Rozdział 16 – Czasy współczesne 179

Rozdział 17 – 1938 r., Natalia i Borys 182

Rozdział 18 – Czasy współczesne 205

Rozdział 19 – 1950 r., Emma i Owen 210

Rozdział 20 – Czasy współczesne 243

Rozdział 21 – 1787 r., de Briel-Jarry i de Moyne 245

Rozdział 22 – Czasy współczesne 257

Rozdział 23 – 1962 r., Maiko i Hiromi 264

Rozdział 24 – Czasy współczesne 285

Rozdział 25 – 1983 r., Quan i Yu 289

Rozdział 26 – Czasy współczesne 314

Rozdział 27 – 1990 r., Barbara i Saman 318

Rozdział 28 – Czasy współczesne 326

Rozdział 29 – 1997 r., Mi-ja 332

Rozdział 30 – Czasy współczesne 340

Rozdział 31 – 2020 r., Imka i Thabo 342

Rozdział 32 – Czasy współczesne 358

Rozdział 33 – 9 r., Agrippa i Magnar 363

Rozdział 34 – Odległa przyszłość 375

Epilog 383

Bibliografia 391A szanse były jak kwadrylion

do jednego,

że czas i przestrzeń się pomylą,

i nic z tego;

że żyłaś obok, ale wcześniej,

sto lat temu;

lub żyjesz dzisiaj, ale w Trieście

albo w Peru.

(…)

Niech szanse będą jak kwintylion

do jednego,

że świat na ogół się nie myli –

kpiłbym z tego,

w książce znajdowałbym włos jasny

po stu latach,

czekał na wizę w peruwiańskich

konsulatach.

Stanisław Barańczak „Madrygał probabilistyczny”PROLOG

– Co staje się z nami po śmierci? Odpowiedź: a) nic, śmierć jest końcem; b) jest coś, ale nie wiem co; c) idziemy do nieba, piekła lub czyśćca; d) rodzimy się znowu na tym świecie, tylko w innej postaci; e) po tym życiu roztapiamy się w czymś w rodzaju wiecznego błogostanu; f) nie wiem, czy coś jest, czy nie ma.

– Hmm, chyba to drugie, czyli b.

Maria Rubio cierpliwie odpowiadała na kolejne pytania testowe odczytywane przez miłą Afroamerykankę o imieniu Alice. Dopiero wczoraj spotkały się osobiście. Wcześniej rozmawiały tylko kilka razy przez komunikator internetowy. Badaczka zrobiła na Marii dobre wrażenie. Opowiadała o swoich projektach naukowych z tym samym zaangażowaniem, z jakim teraz spisywała jej odpowiedzi.

O ile Rubio się orientowała, poddawano ją jakiemuś bardzo rozbudowanemu testowi osobowości. Różnił się on jednak od typowych testów tego rodzaju, ponieważ zawierał też pytania o wiarę w przesądy, parapsychologię oraz, jak to ostatnie – o poglądy religijne. Co jeszcze bardziej niezwykłe, na początku badania Maria została podpięta do aparatury mierzącej tętno oraz aktywność fal mózgowych. Rozmowa zaczęła się spokojnie, z każdą minutą kobieta czuła jednak coraz większe podenerwowanie. Zaczął jej drżeć głos, a w ustach i gardle pojawiła się suchość. Najpierw zrzuciła to na karb tych wszystkich przewodów oplatających jej głowę, ale stopniowo budziło się w niej podejrzenie, że przyczyna musi tkwić gdzieś indziej.

– Wszystko w porządku? – spytała badaczka.

– Tak. Chyba tak, tylko… – Rubio zawahała się, jak dokończyć to zdanie. Nie chciała wyjść na histeryczkę.

– Tak?

– Nie wiem, dziwnie się czuję. Może to z niewyspania.

– Mamy zrobić przerwę?

– Nie. Dam radę.

Próbowała kontynuować, jednak jej zdenerwowanie narastało, aż zmieniło się w trudny do zniesienia niepokój. To uczucie początkowo miało nieokreślony charakter, jednak coraz bardziej stawało się dla Marii jasne, że ma ono swoje materialne źródło. Źródło, które – co przeraziło ją najbardziej – zbliżało się do pokoju.

– Czuje to pani? – zapytała już mocno wystraszona.

– Co? – odpowiedziała pytaniem Amerykanka.

– Nie wiem. Jakby…

Doznanie stawało się coraz bardziej intensywne. Pot wystąpił jej na czoło. Serce biło jej już tak mocno, że w uszach słyszała tętnienie przepływającej krwi. W końcu Kolumbijka nie wytrzymała i zerwała z głowy przewody elektroencefalografu.

– Coś tam jest! – zawołała. – Za drzwiami! Albo ktoś! I jest coraz bliżej!

– Proszę się uspokoić – powiedziała Alice. – Zapewniam, że nie grozi pani żadne niebezpieczeństwo.

Jej głos brzmiał tonująco, ale Rubio spostrzegła, że badaczka – pomimo pozorów obojętności – przypatrywała się jej z fascynacją. Strach Marii wzmógł się jeszcze bardziej.

– Kto to jest?! Co tu się dzieje?! Co to za eksperyment?! – wykrzyknęła.

Poderwała się z krzesła i przywarła plecami do ściany usytuowanej na wprost wejścia do pokoju. Cała zesztywniała z uczucia paniki. Z rozszerzonymi z przerażenia źrenicami wpatrywała się w drzwi, nasłuchując kroków.

Ten ktoś szedł prosto w jej stronę i był już bardzo blisko.ROZDZIAŁ 1 – 414 R. P.N.E., KYNISKA I ARYSTON

Aryston stał przed pałacem króla Sparty, Agisa, i czekał na posłuchanie. Minęło raptem kilka dni, kiedy syrakuzańskiemu sternikowi jako jedynemu udało się przedrzeć przez ateńską blokadę. Sparta była sojusznikiem Syrakuz, a teraz ich jedyną nadzieją. Jeśli Spartanie odmówią udzielenia im wsparcia, sycylijskie miasto niedługo upadnie, a jego obrońców i ich rodziny spotka los niewolników.

Przed wypłynięciem poinstruowano Arystona, w jaki sposób ma przedstawić swoją sprawę. Sparta miała dwóch królów: Pleistoanaksa i właśnie Agisa. Po tym pierwszym Syrakuzańczycy nie spodziewali się sprzeciwu wobec wojny z Atenami. Pleistoanaks został niegdyś wypędzony przez pobratymców za przyjęcie łapówki od Ateńczyków. Pozwolono mu wrócić, ale nie odzyskał już dawnej reputacji. Pewne było, że nie uczyni niczego, co mogłoby być poczytane jako poparcie dla starego rywala Sparty.

Wystarczyło więc przekonać Agisa. Ten jednak znany był ze swojej ostrożności. Sześć lat temu zawarł pokój z Atenami, bez oglądania się na sprzymierzeńców ze Związku Peloponeskiego. Wprawdzie pokój ten przetrwał tylko trzy lata, ale po bitwie pod Mantineją, w której Sparta pokonała połączone siły Aten i Argos, zawarto kolejny układ. Nie było wiadomo, czy Agis po utrwaleniu hegemonii swojego _polis_ na Peloponezie będzie miał ochotę zerwać to porozumienie.

Aryston się denerwował. Najpewniej czuł się na morzu, gdy miał pod nogami kołyszący się pokład. A teraz musiał wypełnić misję posła, chociaż nie znał się na polityce, ani nie był wytrawnym mówcą. Brzemię odpowiedzialności przygniatało go tak bardzo, że obawiał się, czy gdy stanie już przed królem, będzie zdolny wykrztusić z siebie jakieś słowo. Może gdyby lepiej rozumiał polityczną strategię Sparty, potrafiłby dobrać najskuteczniejsze argumenty. Ale o polityce tego kraju wiedział jedynie to, co opowiadano w całej Grecji: że Spartanie zaprojektowali ustrój swego _polis_, kierując się jedną intencją – uczynienia spartańskiej falangi niewzruszoną. Dlatego zwalczali wszystko, co mogłoby zagrozić braterskiej więzi hoplitów. Żeby osłabić lojalność wobec rodziny, nakazano mężczyznom wspólne zamieszkiwanie w koszarach, a żeby wyplenić zazdrość o bogactwo, zakazano obywatelom trudnienia się handlem czy posiadania pieniędzy. Skoro spartańska falanga miała być niczym mur, Spartanie musieli być jak cegły – powinni czuć i myśleć to samo. Filozofowie nie byli tu mile widziani, podobnie jak ludzie goniący za indywidualną chwałą.

Samo miasto nie dorównywało legendzie, jaką cieszyło się wśród Greków. Sparta powstała podobno z połączenia pięciu wsi i zwiedzając ją, łatwo było w to uwierzyć. Z wyjątkiem siedzib królów wszystkie domy pozbawione były ozdób.

Z całej zabudowy wyróżniały się tylko nieduża agora oraz dwie skromne świątynie, poświęcone Atenie i Artemidzie. Sparta nie miała nawet murów obronnych. W przeciwieństwie do innych greckich miast, na jej ulicach prawie nie widać też było przybyszy z zewnątrz. Spartanie niechętnie widzieli u siebie obcych.

Aryston pomyślał, że chłód świątyni ukoi trochę jego nerwy. Wybrał tę poświęconą Artemidzie. Wewnątrz panował półmrok. Pierwsze, co dostrzegł Sycylijczyk, to wysoki posąg patronki. Oprócz niego znajdowały się też marmurowe postaci innych bogów: Zeusa, Hery, Posejdona, Aresa… Wszyscy byli uzbrojeni. Nawet Afrodyta z groźną miną dzierżyła włócznię.

Prócz Sycylijczyka w świątyni były jeszcze tylko trzy osoby – starsza kobieta oraz dwie młodsze, z których jedna ubrana była w krótką tunikę, a druga miała na sobie długi płaszcz, jaki nosili tu niewolnicy. Kobieta w tunice wpatrywała się w Arystona bez skrępowania. Wydała mu się znajoma. Przypomniał sobie, kim ona jest. Ktoś na dworze mu ją wskazał, informując, że to przyrodnia siostra Agisa, Kyniska.

Kobieta podeszła do żeglarza.

– Witaj, panie! Jesteś tym Syrakuzańczykiem, któremu udało się wymknąć ateńskim okrętom?

– Tak, księżniczko.

– W Sparcie nie ma księżniczek – sprostowała. – Są tylko krewne królów. Twój czyn dowodzi, że jesteś niezwykle odważnym człowiekiem.

– Gdybym nim był, nie obawiałbym się tak bardzo rozmowy z królem.

Kyniska roześmiała się.

– To, co właśnie rzekłeś, tylko potwierdza mój osąd. W całej Sparcie nie ma męża, który zdobyłby się na podobne wyznanie.

– Może umiałabyś mi, pani, coś doradzić? Jak mogę przekonać twojego brata, by pomógł Syrakuzom?

– Za mało się znam na polityce, Arystonie, żeby dawać tego typu rady. Wszyscy jesteśmy wychowankami Homera, ale dla mężczyzn „Iliada” jest historią o wojnie, podstępach i honorze. A dla nas, kobiet, to opowieść o Achillesie i jego miłości do Patroklesa. Poza tym o wojnie decydują nie królowie, lecz Zgromadzenie Obywateli. Królowie jedynie przedstawiają mu petycję.

Żeglarza zdziwiło, że Spartanka zna jego imię.

– Zakładając, że król Agis zgodziłby się przedłożyć taką petycję, czy domyślasz się, pani, jaka byłaby decyzja Zgromadzenia?

Kyniska zamyśliła się, nie wiadomo, czy nad samą odpowiedzią, czy nad tym, jak ją ująć, by nie sprawić rozmówcy przykrości.

– O ile znam moich rodaków – odrzekła wreszcie – zagłosują przeciwko. Musisz coś zrozumieć na temat Spartan. My nie znosimy wojen. Z prostego powodu: jest nas siedem razy mniej niż naszych niewolników. To jest też powód, dla którego traktujemy ich tak okrutnie. Żeby się nie buntowali. A oni odpłacają nam za to nienawiścią.

Aryston odruchowo zerknął na służkę Spartanki, ale twarz niewolnicy nie wyrażała żadnych uczuć.

– Każda przegrana przez Spartę wojna – kontynuowała Kyniska – czy nawet bitewna klęska może być zachętą dla helotów, by wedrzeć się do naszych domów i wyrównać rachunki. Dlatego właśnie Spartanie niechętnie opuszczają swój kraj. Cała Grecja podziwia męstwo naszych żołnierzy, ale nigdzie indziej strach nie jest tak wszechobecny jak u nas. Zbiorowy strach przed helotami i strach indywidualny przed okazaniem słabości.

Kobieta zauważyła, że jej słowa przygnębiły rozmówcę.

– Przepraszam, jeśli cię zasmuciłam, ale nie chcę ci dawać płonnej nadziei. Mogę cię jednak zapewnić co do jednego. Jeśli zostanie zwołane Zgromadzenie i pozwolą ci na nim przemówić, to czy dobierzesz takie słowa, czy inne, nie będzie miało większego wpływu na jego decyzję.

Aryston pokiwał głową.

– Dziękuję, pani, za szczerość. Postaram się jednak zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby wpłynąć na twoich rodaków. Mam nadzieję, że przekonam ich, iż wsparcie Syrakuz jest też w ich najlepszym interesie.

– Z całego serca życzę ci, Arystonie, żeby ci się to udało. I jeszcze raz proszę cię o wybaczenie, jeśli moje słowa cię zraniły. Tak jak mówiłam, nie znam się na polityce, więc pewnie nie wzięłam pod uwagę wielu istotnych okoliczności.

Syrakuzańczyk pożegnał się i opuścił świątynię. Dotarł do siedziby Agisa akurat w momencie, gdy był wywoływany. Podobnie jak jego siostra, król zaczął od skomplementowania odwagi żeglarza. Szybko jednak przeszedł do istoty. Spartanie cenili sobie rzeczowość i wymagali jej nawet od swoich władców.

– Osobiście bardzo współczuję tobie i twoim pobratymcom, ale przede wszystkim muszę mieć na względzie dobro Sparty. A Sycylia jest daleko. Jak miałbym uzasadnić moim rodakom, że mają narazić swoje życie dla tak odległego miasta?

– Królu, choć nie jesteśmy bliskimi sąsiadami, to jednak Syrakuzy należą do Związku Peloponeskiego. Łączy nas więc sojusz. Jeśli członkowie Związku odmówią sobie pomocy, straci on sens.

– Oczywiście, Związek jest dla nas ważny – przytaknął Agis. – Tyle że w Grecji ciągle ktoś z kimś walczy. Naprawdę nie wiem, czemu mamy się za lepszych od barbarzyńców. Każda, nawet najmniejsza osada ma ambicje podbijania sąsiadów. Wy też, zdaje się, niedawno zaatakowaliście inne miasta sycylijskie. Gdybyśmy stawiali się na każde wezwanie sojusznika, który uwikłał się w jakiś konflikt zbrojny, większość roku spędzalibyśmy poza Spartą.

– Nigdy byśmy nie prosili o pomoc, gdyby chodziło tylko o spory wewnątrz Sycylii. Ale to nie jest zwykła wojna. Ateny są nienasycone i nie poprzestaną na Syrakuzach. Będą próbowały zapanować nad całą Wielką Grecją.

Król machnął lekceważąco ręką.

– Przesada. Ateny nie są problemem dla Sparty, o ile tylko nie próbują mącić na Peloponezie. Gdybyśmy chcieli, już dawno byśmy zmiażdżyli Ateńczyków. Nie zrobiliśmy tego, bo prawdziwym wrogiem są Persowie. To przede wszystkim oni stanowią zagrożenie dla Grecji. Dlatego potrzebujemy silnych Aten i ich floty.

Aryston zrozumiał, że nie ma co liczyć na poparcie króla. Pozostał jednak cień szansy, że bardziej otwarci na argumenty okażą się jego rodacy.

– Rozumiem i szanuję twoje stanowisko, królu. Ale chciałbym cię prosić, żebyś zapytał Zgromadzenie o opinię. Być może Spartanie opowiedzą się za pomocą dla sojusznika.

Agis skrzywił się na tę prośbę.

– Czy wiesz, Arystonie, dlaczego nie zdarzyło się jeszcze, żeby Zgromadzenie odrzuciło mój wniosek? – zapytał żeglarza i zaraz odpowiedział na to pytanie: – Nie dlatego, że były takie mądre. Po prostu nigdy nie przedstawiam obywatelom Sparty propozycji, którą mogliby odrzucić. Nie muszę ich pytać o wojnę z Atenami, bo wiem, co powiedzą. Przede wszystkim zapytają czemu Korynt, miasto, które założyło waszą kolonię, nie wysłało swoich wojsk.

– Korynt przysłał okręty – odpowiedział Syrakuzańczyk.

– Flota to nie armia. Statki można nająć, natomiast nie da się walczyć na lądzie samymi najemnikami. Jak zwykle koryntczycy wolą ryzykować pieniędzmi niż swoją krwią. Przykro mi, Arystonie. Niestety, muszę ci odmówić.

Sycylijczyk nie miał już żadnych argumentów, a gdyby nawet takie znalazł i tak pewnie nie przekonałyby Agisa. Nie było zatem żadnej nadziei. Miasto wpadnie w ręce Ateńczyków, a bracia, kuzyni i przyjaciele żeglarza, którzy w tej chwili bronią murów, zginą albo zostaną zniewoleni. Aryston poczuł, że się dusi. Ukłonił się i szybko wyszedł z pałacu.

Szedł główną ulicą jak zamroczony, nie zwracając uwagi na przechodniów. Ci uskakiwali w ostatniej chwili, żeby na niego nie wpaść. Niektórzy zaczynali mu złorzeczyć, ale widząc jego nieprzytomny wzrok, rezygnowali. Żeglarzowi pozostało już tylko jedno – spróbować wrócić do Syrakuz, by dzielić los jego obrońców.

Dzień jednak się kończył i było za późno na podróż do Gythion, w którego to porcie Aryston zacumował swoją łódkę. Musiał zatem spędzić jeszcze jedną noc w gospodzie. Liczył, że dzięki dzbanowi wina jakoś doczeka ranka bez rozmyślania o tym, jak przekazać rodakom złą nowinę. Upił się szybko, ale nie przyniosło mu to ulgi. Sen też nie nadchodził, więc poszedł się przejść. Błąkał się kilka godzin wzdłuż brzegów Erotasu, a potem wrócił do gospody, wyniósł siennik z izby gościnnej na dach i dopiero tam, pod gwiazdami, udało mu się zasnąć.

Obudził go harmider. Słońce było już wysoko, więc musiało być krótko przed południem. Syrakuzańczyk podczołgał się do skraju dachu, żeby zbadać, co go obudziło. Tym, co usłyszał, był tupot sandałów i łoskot zbroi. W dole żeglarz ujrzał setki ciężkozbrojnych hoplitów maszerujących w stronę rzecznej przystani. Mężczyzna natychmiast się poderwał i zeskoczył na balkon, a z niego na ziemię.

Zauważył polemarchę stojącego przy drodze i obserwującego przemarsz. Aryston rozpoznał w nim oficera gwardii królewskiej. Podszedł do niego, licząc, że tamten też go zapamiętał.

– Co się dzieje, panie? Gdzie zmierzają ci żołnierze? – zapytał.

– Nikt cię jeszcze nie powiadomił, Syrakuzańczyku? – odpowiedział pytaniem polemarcha. – Wyruszamy na Sycylię walczyć z Ateńczykami.

– Jak to? – zdziwił się Aryston. – Przecież król nie chciał nawet słyszeć o wojnie? Skąd ta zmiana?

Oficer się uśmiechnął.

– To świetne pytanie, ale zadajesz je niewłaściwej osobie.

W tym momencie do Arystona podbiegł właściciel gospody.

– Panie, ludzie króla wszędzie cię szukają. Agis cię wzywa. Masz stawić się u niego jak najszybciej – powiedział periojk.

Żeglarz chciał od razu pobiec do pałacu, ale gospodarz chwycił go za ramię.

– Nie obraź się, panie, ale nie pachniesz najpiękniej. Nie możesz się tak pokazać królowi. Może wcześniej choć trochę się oporządzisz?

Aryston podszedł do znajdującego się nieopodal poidła dla koni i zanurzył się w nim po czubek głowy. Potem zdjął swoją tunikę, wyżął ją z wody i ponownie założył. To musiało starczyć za poranną toaletę. Kilkanaście minut później stał już przed obliczem Agisa.

– Pewnie zastanawiasz się, Syrakuzańczyku, dlaczego zmieniłem swoją decyzję? Otóż wcale jej nie zmieniłem. Sparta nie wyda wojny Atenom. Ale przemyślałem tę sprawę jeszcze raz i po naradzie z Radą Starszych uznałem, że musimy jednak zareagować na atak na naszego sojusznika. Dlatego wyślemy na Sycylię korpus. Sześciuset ludzi pod dowództwem stratega Gylippusa. Nie jest to wielka siła. Ale nie mam wątpliwości, że gdy inne miasta się dowiedzą, iż Sparta się zaangażowała, też będą chciały się przyłączyć.

Aryston nie wiedział, co powiedzieć. Wszystko działo się zbyt szybko.

– Królu, nie wiem, jak mam ci dziękować… – zaczął.

– Nie musisz – przerwał mu Agis. – To raczej tobie i twoim rodakom należą się przeprosiny. Przystępując do Związku, zaufaliście Sparcie. Honor nakazuje pomóc sojusznikowi. Czy nie tego uczą nas dzieła Homera, którego wszyscy jesteśmy wychowankami? Oddział Gylippusa właśnie rozlokowuje się na łodziach. W Gythion czekają już na niego cztery triery. Powinieneś zaokrętować się razem z nim. Przyda mu się doświadczony sternik.

– Tak zrobię, królu.

– A więc powodzenia, Arystonie! Oby bogowie sprzyjali naszej sprawie.

Ukłoniwszy się, Sycylijczyk opuścił pałac. Nie skręcił jednak w stronę przystani. Miał jeszcze coś do załatwienia. Tak jak się spodziewał, zastał Kyniskę w świątyni Artemidy.

– Witaj, pani! Chyba powinienem ci podziękować? – powiedział od progu.

– Witaj, żeglarzu! Za co chcesz dziękować? – spytała Kyniska.

– Król zmienił zdanie. W ciągu kilkunastu godzin stało się coś, co sprawiło, że przypomniał sobie nauki Homera.

Młoda kobieta się roześmiała.

– To nie moja zasługa – rzekła, a potem dodała: – Ale czasami podpytuję brata o politykę i kiedy wyjaśnia mi różne kwestie, zdarza się, że przychodzą mu do głowy nowe rozwiązania.

– Jednego nie rozumiem. Czy to nie Zgromadzenie powinno podjąć decyzję w tej sprawie?

– Powinno, gdyby chodziło o wojnę, a nie zwykłą wyprawę. Prawo jest w tej kwestii dość niejasne. Jego interpretacja przypomina wróżenie z wnętrzności zwierząt. Liczy się tylko to, że nikt nie zaprotestuje, bo w ekspedycji wezmą udział sami ochotnicy. Spartanie, którzy dziesięć lat temu poddali się Ateńczykom na Sfakterii i chcieliby zmazać swoją hańbę. A także najbardziej bojowi Heloci, którym z kolei zależy na wyzwoleniu.

– Myślę, że to sami bogowie musieli nas ze sobą zetknąć – oświadczył Aryston.

– Nie sądzę – zaprzeczyła dziewczyna. – Gdybyśmy się nie spotkali, historia potoczyłaby się dokładnie tak samo. Syrakuzy są głównym dostawcą zboża dla Koryntu, naszego najważniejszego sojusznika. Tylko koryncka flota mogłaby nas uratować, gdyby Ateny zablokowały spartańskie porty. Nie możemy więc sobie pozwolić na osłabienie Koryntu. Poza tym… – Kyniska uczyniła pauzę. – Nawet Ateńczykom trudno będzie podnieść się po dwóch klęskach poniesionych w tak krótkim czasie. Jeśli Sparta wykorzysta tę słabość i zdominuje Helladę, do kraju napłynie wielkie bogactwo. A złoto zmienia ludzi. Uważam, że tego właśnie potrzebuje mój kraj: zmian.

Aryston nie nadążał za tokiem myśli Spartanki, ale się tym nie przejmował. Ważne było jedynie to, że nie zawiódł i że uda mu się sprowadzić pomoc dla Syrakuz.

– Nawet jeśli rzeczywiście nasza rozmowa niczego nie zmieniła, to i tak wierzę, że nasze spotkanie było znakiem od bogów.

– Wątpię – ponownie nie zgodziła się Kyniska. – Jeśli bogowie już zadają sobie trud, żeby nam coś zakomunikować, nie poprzestają na mętnych znakach. Leda nie miała chyba wątpliwości, o co chodzi, gdy w jej sypialni pojawił się Zeus pod postacią łabędzia.

– Jesteś pani inna niż ci Spartanie, o których słyszałem – stwierdził żeglarz. – Że są wyjątkowo pobożni i często radzą się wróżbitów.

Roześmiała się.

– To prawda. Moi rodacy uważają mnie za samotniczkę i dziwaczkę. Trudno im zresztą nie przyznać racji. Wolę towarzystwo moich koni niż ludzi. Pamiętasz, panie, tę starszą kobietę, która tu była wczoraj? To Archileonis, matka słynnego stratega Brazydasa. Prawdziwa Spartanka. Na wieść o śmierci syna w bitwie spytała tylko, czy umarł honorowo. Dla Spartan życie jest jak kampania wojenna. Każdy ma swoją misję do wykonania. Ja myślę inaczej. Dla mnie życie to ciąg chwil, z których pamiętamy tylko nieliczne. A gdy skupiamy się na misji albo wypatrujemy znaków od bogów, ryzykujemy, że nie docenimy najcenniejszych z tych chwil. Na przykład tej, gdy galopujemy przez równinę w tabunie koni. Albo tej, gdy spotykamy kogoś, z kim pozornie nic nas nie łączy, a jednak jest dla nas jak stary przyjaciel. Taki, któremu możemy wyznać nasze największe tajemnice. Przy którym nie musimy udawać, że jesteśmy kimś innym. Nie wiem, czy to, co mówię, ma dla ciebie sens? – spytała.

Aryston zastanowił się dłużej nad odpowiedzią.

– Jestem żeglarzem, żaden ze mnie filozof – zastrzegł się. – Ale spotkałem kiedyś jednego, ucznia samego Heraklita. Mędrzec ten mi powiedział, że wszyscy ludzie się mylą, sądząc, że są tymi samymi osobami, którymi byli pięć czy dziesięć lat temu. Że nie pamiętamy, co wtedy czuliśmy albo jakie były motywy naszych decyzji, i tylko nasza niedoskonała pamięć tworzy iluzję ciągłości. Wierzę, że to prawda. Ale od chwili, gdy wczoraj tu wstąpiłem, wiem już też, że nie cała. Są rzeczy, które nigdy się nie zmienią.

Kyniska, opuściła wzrok zawstydzona. Zaraz jednak śmiało spojrzała Sycylijczykowi w oczy.

– Czy zobaczę cię jeszcze? – zapytał.

– Niestety, to mało prawdopodobne. Wątpliwe, by znowu wpuszczono cię do Sparty, a mi nie wolno jej opuścić bez zgody brata.

– Pani, nie odbieraj mi nadziei – poprosił żeglarz.

– No dobrze.

Spartanka zdjęła kolczyki z uszu. Jeden podała służącej, a drugi położyła na ławie przed sobą.

– Zapodział mi się gdzieś kolczyk, a to moje ulubione. Dar od ateńskiego poselstwa. Gdybyś znalazł go gdzieś w Helladzie, proszę, przechowaj go dla mnie. Może będę miała okazję go odebrać.

Aryston podniósł mały, złoty przedmiot. Kolczyk miał kształt łodzi, nad którą umieszczona była syrena, a całość zwieńczona była rozetą. W ciemności trudno było dojrzeć wszystkie detale, ale ateński złotnik niewątpliwie musiał być mistrzem w swojej robocie. Syrakuzańczyk ciężko westchnął.

– Jest tyle rzeczy, o które chciałbym cię zapytać, ale na mnie już pora.

– Nie musisz się tłumaczyć, Arystonie. Jestem Spartanką. Całe życie przygotowywano mnie na takie chwile.

– Daję ci słowo, że zrobię wszystko, byś odzyskała zgubę.

– Żeby tak się stało, musisz przeżyć tę wojnę. Więc, proszę, uważaj na siebie – odparła Kyniska.

– Tylko Posejdon jest w stanie mnie zabić. A do tej pory zawsze mnie chronił.

Uśmiechnęli się do siebie po raz ostatni, a potem Syrakuzańczyk ukłonił się i wyszedł z ciemności świątyni na światło słoneczne.

Cieszył się, że już niedługo znowu wypłynie w morze. Nie obawiał się starcia z ateńską flotą. Kolczyk, który delikatnie ściskał w dłoni, był dla niego jak amulet. Stanowił zapowiedź pomyślności.ROZDZIAŁ 2 – CZASY WSPÓŁCZESNE

Alice Foster pociągnęła łyk wina z kieliszka i rozsiadła się wygodniej na fotelu. Z głośników rozchodził się przyjemny jazz. W głowie lekko już jej szumiało od alkoholu. Czuła też miłe mrowienie w czaszce, jak to bywało, kiedy czytała dobry artykuł naukowy albo prowadziła ciekawą rozmowę.

Gospodarze spotkania, Ben i Jill Martinowie, rozgrywali właśnie swoje siedem kier. Ben był profesorem Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanu New Jersey, na którym pracowała też Alice. Natomiast Jill prowadziła praktykę psychoterapeutyczną i cieszyła się reputacją jednej z najlepszych specjalistek w całym stanie.

Ku niezadowoleniu Bena poziom gry nie był zbyt wysoki. Obie kobiety, a także czwarty gracz, czyli Robert Callaghan – profesor tego samego wydziału i zarazem partner Alice – zamiast liczyć schodzące karty, woleli toczyć luźne pogawędki. Jill akurat przypadła rola „dziadka” i nie brała bezpośredniego udziału w partii. Zamiast tego opowiadała gościom o najdziwniejszych poradach terapeutycznych, z którymi zetknęła się w swojej karierze.

– Pewien terapeuta doradził moczącemu się klientowi, by oddał mocz na łóżko przed zaśnięciem. Znajomy seksuolog zaleca pieszczoty leczącym się u niego na oziębłość parom, natomiast kategorycznie zakazuje im uprawiania seksu. Inny mój kolega leczył schizofrenika uważającego się za Jezusa. Kolega chciał, żeby ten klient znalazł sobie pracę, więc nakłaniał go do nauki ciesielki. Z kolei koleżanka lecząca stalkera starała się go przekonać, że najbardziej przerazi swoją ofiarę, jeśli przestanie się z nią kontaktować. Żeby była jasność: nie chcę, byście myśleli, że się naśmiewam z kolegów z branży. Przeciwnie – świetnie ich rozumiem. Czasami klient jest tak oporny na terapię, że trzeba próbować różnych sposobów, by mu pomóc.

– Wiecie, co zawsze mnie uderza, kiedy przeglądam poradniki pisane przez psychoterapeutów? – wtrącił Robert. – Większość z nich składa się głównie z historyjek. Klient miał taki a taki problem, który autor rozwiązał tak a tak. A przecież wiadomo, że musieli z tymi klientami rozmawiać dziesiątki godzin. Później, na bazie tej wielowątkowej, złożonej biografii, pełnej niuansów i wieloznaczności, powstaje historyjka z morałem, zazwyczaj zresztą banalnym. Naturalnie, nie mam teraz na myśli twoich książek. – Callaghan zwrócił się do Jill. – Zawsze byłem pod wrażeniem, jak dużo pokory jest w tym, co piszesz. Niestety, wydajesz się pod tym względem wyjątkiem.

– Czytałam gdzieś, że rodzaj zastosowanej terapii odpowiada za najwyżej dwadzieścia procent jej wyniku. Na resztę składa się osobowość terapeuty, jego relacja z klientem i jeszcze inne czynniki. Co o tym sądzisz? – zapytała Alice gospodynię.

– Coś może być na rzeczy, chociaż trudno oddzielić wpływ konkretnego rodzaju terapii od czynników dla nich wspólnych. W końcu wszyscy niezależnie od szkoły, jaką preferujemy, staramy się wysłuchać klienta i zawiązać z nim sojusz terapeutyczny. Doświadczeni terapeuci z reguły próbują wielu metod. Jeśli wczytać się we wspomnienia założycieli szkół terapeutycznych, na przykład Junga, Rogersa czy Ellisa, okazuje się, że byli oni znacznie bardziej elastyczni pod tym względem niż ich naśladowcy…

– Kochanie, chyba zbaczasz z tematu – rzucił Ben zza wachlarza kart.

Jego żona zachichotała.

– Już wracam. Szacuje się, że opracowanych dotąd zostało około pięciuset rodzajów terapii, wliczając w to różne ich odmiany. A jest ich tak dużo, bo nadal nie dorobiliśmy się jednoznacznych kryteriów pozwalających ustalić, co działa, co nie, a co jest szkodliwe. Przez to też mamy takie podziały w środowisku. Stawką jest nie tylko zdrowie klientów, co oczywiście jest najważniejsze, ale też obsada katedr na uczelniach, przydział grantów naukowych czy dofinansowanie terapii przez państwo. Wcześniej psychoterapia była zdominowana przez psychoanalityków i ich metody psychodynamiczne. Jednak dzięki badaniom, które wykazały skuteczność terapii poznawczo-behawioralnej, zaczęła być ona postrzegana jako najlepiej uzasadniona.

– Czy takim jednoznacznym kryterium nie mogłoby być wskazanie wiarygodnego mechanizmu przyczynowo-skutkowego? – zaproponowała Alice. – Pytam oczywiście jako laik.

– Za mało wiemy na temat mózgu, żeby mogło być ono rozstrzygające. Da się zastosować takie kryterium do najbardziej odjechanych praktyk w rodzaju leczenia polem energetycznym, ale nie do terapii głównego nurtu. – Gospodyni zrobiła pauzę, by zwilżyć gardło winem. – Weźmy choćby terapię odwrażliwienia za pomocą ruchów gałek ocznych. Dla jednych jest ona przełomem w leczeniu stresu pourazowego, a dla innych nowym mesmeryzmem. Pewnie jeszcze potrwa, zanim będzie można ocenić, czy ma ona sens. Czasami sobie marzę, jak byłoby wspaniale, gdyby jacyś zdolni naukowcy wypracowali teorię szerokiego zasięgu, kompleksowo opisującą procesy umysłowe. – Jill roześmiała się z tego przytyku do swoich gości. – Niestety, mamy tylko niepasujące do siebie kawałki z różnych dziedzin. Bez całościowej teorii trudno jest zaprojektować terapię dopasowaną do potrzeb konkretnego klienta.

To właśnie Alice lubiła w swoich gospodarzach. Nikt tu się z nikim nie patyczkował. Uwadze słuchaczy nie umykała żadna nieścisłość czy niespójność. Wątpliwe założenia czy luki we wnioskowaniu były wytykane z bezlitosną konsekwencją. Wszystko odbywało się grzecznie, ale bez taryfy ulgowej dla kogokolwiek. Młodej doktor bardzo odpowiadało takie bezceremonialne podejście.

– Wątpię, żeby stworzenie takiej teorii było w ogóle możliwe, nie mówiąc już o jej udowodnieniu! – stwierdził Robert.

– Ja tam jestem optymistą – dodał Ben. – Dokonał się przełom, jeśli chodzi o narzędzia badawcze. Sekwencjonowanie genów, neuroobrazowanie, modelowanie aktywności sieci neuronalnej… Za tym musi iść postęp w badaniach.

– Owszem, mamy lepsze zabawki i robimy coraz bardziej szczegółowe pomiary – zgodził się Callaghan. – Ale efektem jest tylko większy chaos. Wiemy już, że procesy umysłowe rzadko przebiegają w izolowanym rejonie mózgu. Przeważnie angażują wiele jego obszarów. W przypadku zapamiętywania może być ich ponad sto. Mam jednak wrażenie, że ta wiedza tylko przysłania nam rozwiązanie zagadki.

– Moim zdaniem problem polega na czym innym – oświadczył Martin. – Prawdopodobnie słyszeliście o tym, że płaszcz Boga w „Stworzeniu Adama” Michała Anioła przypomina przekrój ludzkiego mózgu…?

– Kochanie, jak udało ci się przeskoczyć do włoskiego renesansu? – spytała Jill.

– Już wyjaśniam, kochanie. Przypadkiem wpadł mi niedawno w ręce artykuł napisany przez jakichś urologów, którzy twierdzą, że to wcale nie mózg, tylko macica, a fresk stanowi symboliczne przedstawienie sceny narodzin. Zmierzam do tego, że okopaliśmy się w swoich wąskich specjalizacjach ze specyficzną metodologią. Wydajemy poświęcone im periodyki, organizujemy specjalistyczne konferencje, natomiast prawie w ogóle nie interesujemy się tym, co robią inni. Nauki o mózgu i umyśle stały się wsobne. Brakuje już nawet nie wymiany poglądów, a samej otwartości na odmienne podejścia.

– Adam ma pępek! – przypomniał sobie Robert. – Więc może być coś na rzeczy z hipotezą narodzin.

Jak zwykle, gdy dyskusja zboczyła na kwestie fundamentalne, głosy szybko się wyczerpały i towarzystwo ponownie skupiło się na grze. Nie trwało to jednak długo, gdyż Jill wdała się w wywód na temat pacjenta, którego niedawno leczyła.

– Wydaje mi się, że obecnie jest więcej zaburzeń niż kiedyś – stwierdził Ben w reakcji na opowieść żony. – Wszystko przez to, że wmawia się nam, że mamy być szczęśliwi. Gonimy więc za szczęściem i płacimy za to frustracją, bo nie do tego zostaliśmy zaprojektowani przez ewolucję. Naszą genetyczną misją jest poświęcić się dla potomstwa albo ewentualnie dla stada. Dobrą metaforą tego jest pewien gatunek pająków. Młode osobniki zaraz po wykluciu się pożerają swoją matkę. A ona na to pozwala, chociaż z łatwością mogłaby uciec.

– Ludzie to nie owady – wtrącił Robert.

– Pajęczaki. – Odruchowo poprawiła go Alice.

– Więc zapytaj jakąś młodą matkę, czy jest szczęśliwa – ripostował Ben. – Odpowie ci pewnie, że raczej czuje się przemęczona i sfrustrowana. Ale z perspektywy czasu, po latach, oceni ten okres jako głęboko satysfakcjonujący. Ludzie muszą mieć cel w życiu. I to taki, który wykracza poza ich własne szczęście. Nawet drzewa opiekują się swoimi potomkami i za pomocą grzybni przekazują im substancje odżywcze.

– Zupełnie się z tobą nie zgadzam, i to z podstawowego powodu. Nie ma takich klientów, jakich opisujesz – skomentowała wywody męża Jill. – Ludzie przychodzą do mnie nie dlatego, że nie są szczęśliwi, tylko dlatego, że są głęboko nieszczęśliwi, bo na przykład przeżyli traumę. Albo mają pechowy bagaż genetyczny i muszą toczyć heroiczną walkę, żeby prowadzić zwykłe życie.

– Poza tym skąd wiadomo, że kiedyś było mniej zaburzeń psychicznych, a nie na odwrót? – dodał Callaghan. – W ogóle uważam, że za bardzo skupiamy się na leczeniu. Cały ten przekaz, że nasz los jest wyłącznie w naszych rękach, więc jeśli nie wytrzymujemy tempa, powinniśmy się „naprawić”, to tak naprawdę element neoliberalnej propagandy. A jej skutki są takie, jakie są, czyli na przykład epidemia przedawkowań opiatów. Przede wszystkim powinniśmy zadbać o profilaktykę, czyli o kontrolę czynników środowiskowych. Skoro genetyczne skłonności dają o sobie znać pod wpływem środowiska, powinniśmy zadbać, żeby nie było ono tak stresogenne. Dlaczego w Ameryce siedzi w więzieniach dziesięć razy więcej ludzi w przeliczeniu na liczbę mieszkańców niż w Niemczech? Czy Amerykanie mają agresję w genach? Nie, to nasz model społeczno-ekonomiczny produkuje agresję i wypalenie. Pewne grupy społeczne zostały porzucone przez państwo: mniejszości etniczne, chorzy psychicznie…

– To prawda – przytaknęła Jill. – W latach siedemdziesiątych zamknięto większość dużych szpitali psychiatrycznych. Obecnie chorzy lądują więc na ulicy albo w więziennych celach. Sytuacja jest gorsza niż sto lat temu i nikogo to nie obchodzi.

– A ja zgadzam się z Benem, że kultura indywidualizmu ma istotny związek ze zdrowiem psychicznym – włączyła się Alice. – Ludzie dysponują teraz tak dużym wachlarzem opcji, jak przeżyć swoje życie, że każdy wybór wiąże się ze stresem. A potem z rozterką, czy decyzja ta była słuszna. Tak jak w tym eksperymencie z wyborem dżemu w supermarkecie. Fajnie mieć kilka marek, żeby wybrać, ale po przekroczeniu pewnego progu różnorodności satysfakcja z zakupu maleje. Wolność ma swój koszt.

– Nie wiem, o jakim wachlarzu opcji mówisz – stwierdził Robert. – Czy o wyborze pracy na rynku kontrolowanym przez pracodawców, czy o wyborze mieszkania na rynku najmu kontrolowanym przez właścicieli lokali? Te wszystkie Benowe analogie zwierzęco-roślinne mają tak naprawdę jedynie wspierać system patriarchalny i neoliberalną politykę gospodarczą. Żyjemy w wysoko zorganizowanych społeczeństwach wytwarzających złożoną kulturę. Nie musimy zjadać naszych rodziców ani dosłownie, ani metaforycznie. Stać nas na to, żeby każdemu zapewnić godne życie.

– Widzę, że próbuje się mnie obsadzić w roli _enfant terrible_ tej rozmowy. Więc powiem wam tylko jedno. Zabieram ostatnią lewę, co oznacza, że ugrałem, co chciałem. Taki jest właśnie problem z postępowcami. Myślicie, że wygracie samym ględzeniem – powiedział Martin, wpisując punkty do małego notesika. – Kto teraz rozdaje?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij