Ego - ebook
„Obudźcie się, anioły zemsty! Dołączcie do mnie i pomóżcie mi oczyszczać ten świat!
”Bolesławcem wstrząsa brutalne morderstwo młodej kobiety, której zwłoki odnaleziono w odludnym miejscu. Szczególną uwagę zwraca wyryta na jej ciele litera „R” – taka sama, jaką przed laty pozostawiał na swoich ofiarach Roland Zydar, zwany Raptorem. Choć od dekady przebywa za kratami, komisarz Błażej Heller i jego partnerka, Malwina Zygart, podejrzewają, że może mieć z tą zbrodnią coś wspólnego. Postanawiają więc się z nim skonfrontować. Nie wiedzą jednak, że Raptor tylko na to czeka. Wkrótce przestępca wciąga ich w psychologiczną grę, która okazuje się szczególnie niebezpieczna dla Malwiny – jego biologicznej córki. Kobieta, która wstąpiła do policji, by zerwać z trudną przeszłością, znów musi stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, od którego przez całe życie próbowała się odciąć. Tymczasem w mieście zostają odnalezione kolejne zmasakrowane zwłoki. Walcząc z czasem, Błażej i Malwina próbują ustalić, czy Raptor naprawdę działa zza krat, czy może ktoś uwierzył, że jest w stanie mu dorównać. A może nawet go prześcignąć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-403-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Siedzę przy stoliku pod oknem, w tej samej kawiarni co zwykle. Lubię poranki, kiedy świat jeszcze nie zdążył się rozpędzić. Kiedy chaos dopiero kiełkuje gdzieś pod powierzchnią…
Kelnerka podchodzi z moją latte i ostrożnie stawia ją przede mną.
– Smacznego – mówi, posyłając mi szeroki uśmiech.
– Dziękuję.
Przez chwilę obserwuję przez okno starszą sąsiadkę z bloku, która idzie z wózkiem zakupowym w stronę osiedlowego warzywniaka. Ilekroć ją spotykam, zawsze pomagam jej go ciągnąć. Robię to, bo wiem, że taki drobny gest potrafi człowiekowi rozświetlić cały dzień.
Dzisiaj naprawdę wiele osób jest dla mnie wyjątkowo miłych. Rano sąsiad z parteru, którego minąłem przy wejściu, skinął mi głową i życzył miłego dnia. Następnie przypadkowy przechodzień zawołał mnie, kiedy zauważył, że z mojej kieszeni wypadł banknot pięćdziesięciozłotowy, gdy wyjmowałem z niej smartfon. Nie musiał nic mówić, mógł wziąć pieniądze dla siebie. A jednak mi je zwrócił. A jakby tego było mało, teraz kelnerka wraca do mnie i wręcza w prezencie do kawy ciasteczko z kawałkami czekolady.
– Dla mojego ulubionego klienta. – Uśmiecha się jeszcze szerzej niż poprzednio.
Świat jest dziś niezwykle ciepły. I prosty.
Prosty w swojej nieświadomości.
Upijam łyk latte i podziwiam świecące za oknem słońce. Pogoda już dawno tak nie dopisywała. Ludzie chodzą tam i z powrotem, niczego nie przeczuwając. Wszystko jest zwyczajnie piękne.
To taki piękny dzień.
Wszyscy są dla mnie tacy mili.
A najlepsze, że nikt się nie domyśla, iż kilka godzin temu brutalnie zadźgałem kobietę i patrzyłem, jak się wykrwawia.ROZDZIAŁ 1
Ulica Gdańska w Bolesławcu na długim odcinku była usiana drzewami i latarniami, które w równych odstępach rozlewały na asfalt żółte kręgi światła. Komisarz Błażej Heller prowadził swoją Mazdę, jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą opierając o kolano. W bocznym lusterku mignął mu błękit radiowozu, który właśnie wyłonił się zza zakrętu. Instynktownie dodał gazu, nie chcąc dać się wyprzedzić któremuś z kolegów, lecz zaraz cofnął nogę, przypominając sobie wydarzenia z ostatnich tygodni – całe to zamieszanie z nielegalnymi wyścigami, które niemal kosztowało go utratę pracy w policji. Wiedział, że ocalił mundur tylko dzięki komendantowi Wiktorowi Godryckiemu, który od lat traktował go niemal jak syna. Razem przeszli zbyt wiele, by ich więź mogła łatwo się rozpaść. A jednak teraz wisiała na włosku. I wszystko wskazywało na to, że zwłoki, do których Błażej właśnie zmierzał, staną się ostatnią możliwością, by udowodnić Wiktorowi, że zasługuje na drugą szansę.
W kieszeni dżinsów zawibrował telefon. Heller szybko go wyjął i zawiesił wzrok na imieniu, którego nie chciał teraz widzieć: Malwina. Przez sekundę zapragnął wcisnąć zieloną słuchawkę i usłyszeć jej głos, a potem poprosić, by była ostrożna i trzymała się z dala od internetu, dopóki się z nią nie spotka i o wszystkim sam jej nie powie. Ale w głowie od razu odezwał się Wiktor. „Na razie nic jej nie mów”. Ton nieznoszący sprzeciwu, znajomy aż do bólu.
Błażej westchnął ciężko i odrzucił telefon na siedzenie pasażera. Chwilę później ujrzał wyłaniające się zza drzew Muzeum Ceramiki. Jasne mury budynku kontrastowały z czernią parku, a błyski kogutów oświetlały okolicę ostrym, zimnym światłem. Już z daleka dostrzegł sylwetki techników w białych kombinezonach, którzy wyciągali sprzęt z bagażników. Taśma policyjna, dopiero co rozwinięta, powiewała niespokojnie na nocnym wietrze. Na szczęście nigdzie nie zauważył gapiów. Jeszcze nie.
Heller zaparkował kilka metrów od radiowozów i wysiadł, poprawiając kołnierz kurtki. Zanim ruszył ku kolegom, spojrzał z niepokojem w niebo i kłębiące się w oddali burzowe chmury. Musieli działać szybko.
– Dobrze, że już jesteś. – Znajomy policjant, Olek, wyszedł mu naprzeciw. Mrok wieczoru maskował nieco grymas zdenerwowania na jego twarzy. W ręku trzymał przezroczystą torebkę foliową. – To znaleźliśmy przy denatce. Świadek twierdzi, że leżało tuż obok, na ziemi.
Błażej ostrożnie wziął od niego opakowanie. W środku znajdowała się rozłożona, nieco pogięta kartka. Błażej przejechał wzrokiem po starannym, równym piśmie.
– „Pragnęły śmierci bardziej, niż same rozumiały. Ja tylko pomogłem im ją odnaleźć” – przeczytał półgłosem, a żołądek zacisnął mu się jak po mocnym ciosie.
Raptor. Doskonale znał ten cytat. Należał do seryjnego mordercy Rolanda Zydara, który przed laty pozbawił życia jego żonę Annę. Na jednej z ostatnich rozpraw stwierdził, że sam nie wie, dlaczego popełnił te wszystkie zbrodnie. Jednak tuż po usłyszeniu wyroku, gdy wyprowadzano go z sali sądowej, wypowiedział te słowa prosto w twarz jednej z dziennikarek. Błażej stał nieopodal i wszystko słyszał. Widział też pogardliwy uśmiech na twarzy Raptora. Ten widok, w połączeniu z tymi słowami, wracał do niego w najbardziej nieodpowiednich momentach.
– Rozumiem, że są na niej odciski świadka? – spytał Olka, który w odpowiedzi skinął głową.
– Mówi, że dotknął jej pod wpływem emocji. W ogóle jest cały we krwi. Siedzi w radiowozie, Tomek go pilnuje.
Błażej nie odpowiedział. Ruszył w stronę policyjnej Kii, mijając techników rozstawiających na ziemi żółte znaczniki. Wziął od jednego z mężczyzn latarkę i oświetlił nią młodego faceta w sportowych legginsach, który zajmował tylne siedzenie auta. Krew poplamiła mu dłonie, ciągnąc się smugami po kurtce.
– To pan znalazł ciało? – spytał Heller, opierając się o dach auta.
Mężczyzna momentalnie podniósł głowę. Oczy miał rozszerzone jak u zwierzęcia zapędzonego w ślepą uliczkę, bez szansy na ratunek.
– Ja… tak. Pobiegłem skrótem… zawsze tędy biegam… I nagle… zobaczyłem coś w krzakach. Myślałem, że to może potrącony duży pies, bo w tej okolicy często zdarzają się pędzący samochodami wariaci, zwłaszcza nocą. A potem zbliżyłem się i zobaczyłem, że… – Głos mu się załamał. – Próbowałem jej pomóc. Naprawdę! Robiłem, co mogłem, ale ona… – Na chwilę zamilkł, by ostudzić emocje, po czym spytał: – Będę miał problemy?
– Spokojnie. Dobrze, że pan zadzwonił i nie uciekł. Niech pan tu na razie siedzi – rzekł Błażej, po czym zbliżył się do stojącego nieopodal Tomka. – Zaprotokołuj wszystko i daj mu coś do picia. Wygląda, jakby sam miał zaraz zejść.
– Dobra.
Komisarz odchodził już w stronę taśmy, gdy usłyszał cichy szum opon i zerknął na jadące w jego stronę auto. Pojazd zatrzymał się niemal bezgłośnie kilka metrów dalej, a po chwili wysiadła z niego prokurator Sylwia Rabiec.
– No proszę – mruknął Heller pod nosem i uniósł brwi. – Pani prokurator postawiła na prąd.
Sylwia krótkim kliknięciem zamknęła drzwi Tesli i ruszyła w stronę taśmy charakterystycznym sprężystym krokiem. Miała na sobie swój ulubiony szary płaszcz, a włosy jak zwykle spięła w kok. W ciemności Błażej nie widział koloru jej szminki, ale zakładał, że była tradycyjnie ciemnofioletowa.
– Ładne – rzucił Błażej, wskazując brodą auto. – Pasuje do ciebie. Tylko musisz uważać na progi zwalniające, bo te bolesławieckie potrafią narobić bidy.
Sylwia posłała mu surowe spojrzenie, zaciskając usta w cienką linię.
– Wiktor już jest? – zapytała od razu, bez zbędnych wstępów. – Mówił mi, że przyjedzie.
– Jeszcze nie – odpowiedział Błażej.
– A Miodlarz? – spytała o biegłego sądowego.
– Wyruszył spod domu jakieś dziesięć minut temu. Powinien zaraz dojechać.
– Mhm. – Rabiec omiotła wzrokiem teren: taśma, powbijane w ziemię znaczniki, latarki migające jak owady, a do tego radiowóz z siedzącym w nim biegaczem. – Co wiemy?
– Na razie tylko tyle, że jest dużo krwi. Nie widziałem jeszcze ciała. Sam dopiero co przyjechałem. Aha, no i znaleziono przy niej liścik. Cytat ze słowami Raptora. – Pomachał jej przed twarzą woreczkiem foliowym.
– Potem mi go pokażesz. – Sylwia wzięła głęboki wdech i dodała: – Najpierw zobaczmy ofiarę.
Błażej przepuścił ją przodem i oboje ruszyli w głąb odgrodzonego taśmą terenu. W krzakach, tuż obok powalonego pnia, leżało oświetlone przez lampy nagie ciało kobiety. Była ułożona brzuchem do ziemi, z jedną ręką wyciągniętą w bok, a drugą nienaturalnie zagiętą pod siebie. Głowę miała zwróconą tak, że widać było twarz. Oczy otwarte, a spojrzenie zastygłe w pustce. Najbardziej zadziwiał Błażeja spokój na jej obliczu. Zupełnie jakby do ostatniej chwili nie spodziewała się tego, co miało nadejść. Jakby znała swojego zabójcę.
Sylwia przykucnęła, osłaniając się dłonią przed wiatrem.
– Hm… Młoda. Nie dałabym jej trzydziestki.
Tymczasem Błażej przeniósł wzrok na stojącego obok technika.
– Jakieś podejrzenia co do przyczyny śmierci?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Jeszcze jej nie obracaliśmy. Czekamy na Miodlarza. Słyszałem jednak, jak świadek mówił, że krwawiła z brzucha. Poza tym gdy ją znalazł, siedziała oparta plecami o pień.
Ciosy w brzuch… Błażej doskonale wiedział, co to oznaczało. Właśnie tak Raptor zabijał swoje ofiary.
– Jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć? – spytał technika.
– Tak. Jak się nachylisz, zobaczysz na udzie wyciętą literę „R”.
Komisarz zbliżył się do ofiary i uklęknął na zimnej, wilgotnej ziemi. Następnie pochylił się tak mocno, że omal się na niej nie położył.
– Ja pierdzielę, faktycznie. Sylwia, musisz to zobaczyć – odezwał się do kucającej obok prokuratorki.
– Jest coś jeszcze. Odgarnij włosy – poradził mu technik.
Błażej założył lateksowe rękawiczki i ostrożnie przesunął kosmyki kobiety na bok. Światło latarki padło na jej szyję. Nie musiał długo się przyglądać.
– Ma wyraźne ślady duszenia – mruknął.
Sylwia nachyliła się bliżej, mrużąc oczy.
– Pytanie tylko, czy najpierw ją udusił, a potem zadźgał… czy odwrotnie.
Nikt się nie odezwał. Błażej poczuł, jakby na żołądku zaciskało mu się imadło. Odstąpił gwałtownie od ciała i ruszył parę kroków dalej, odwracając wzrok.
– Heller? – Sylwia dogoniła go po chwili. – Co jest?
Wsunął dłonie w kieszenie kurtki i przeniósł wzrok na falujące na wietrze korony drzew.
– Czuję się, jakbym się cofnął o dziesięć lat.
– Mówisz o Annie? – zapytała ostrożnie.
Komisarz odpowiedział szybkim skinięciem głowy.
– Została znaleziona niedaleko stąd. – Westchnął ciężko, a słowa zawisły w zimnym powietrzu. – To przeklęte miejsce ściąga do siebie całe zło. I znów zaczęło domagać się krwi.
*
Kilka minut później przybył doktor Radosław Miodlarz. W jednej ręce niósł solidną, metalową walizkę, na drugim ramieniu miał przewieszoną czarną torbę. Gdy postawił walizkę na ziemi, z wnętrza dobiegło ciche brzęknięcie fiolek i narzędzi. Błażej znał ten dźwięk aż za dobrze – oznaczał, że zaczyna się właściwa robota.
Miodlarz przywitał się pospiesznie z Hellerem i Rabiec, po czym założył rękawiczki i przeszedł przez taśmę.
Tymczasem zza zakrętu wyłoniło się kolejne auto. Błażej domyślił się, że to Wiktor.
– Zaraz wracam – rzucił do Sylwii i ruszył na powitanie komendantowi.
– Wiadomo coś? – spytał go przełożony.
– Miodlarz dopiero przyjechał. Już zaczął działać.
– Świetnie.
– Wiktor, rozmawiałeś z Malwiną? – zagaił niepewnie komisarz.
Komendant posłał mu surowe spojrzenie.
– Nie. I na razie lepiej, żebyś ty też tego nie robił.
– Uważam, że to błąd. – Błażej ściszył głos, ale w jego tonie pobrzmiewała złość. – Przecież i tak jutro o wszystkim się dowie. I będzie wściekła, że już na starcie odsunęliśmy ją od tej sprawy.
Godrycki zmrużył oczy, jakby ważył słowa.
– Błażej, daj jej w spokoju przespać tę ostatnią noc, zanim znowu zanurzy się w to bagno. Wiesz, jak na nią działa nazwisko ojca. Niech ma jeszcze te kilka godzin normalności.
Heller westchnął ciężko, ale nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę, że dyskusja i tak nic nie zmieni. Pozostała mu nadzieja, że Malwina nie będzie na niego zła. Choć pracowali ze sobą od niedawna, zdążyli się ze sobą zżyć. Z pewnością duży wpływ miało na to pierwsze prowadzone wspólnie śledztwo w sprawie psychopaty, który co sobotę wcielał się w innego słynnego seryjnego mordercę. Ilekroć Błażej cofał się wspomnieniami o kilka tygodni, przeszywały go silne dreszcze. Liczył na to, że już nigdy nie będzie musiał użerać się z takimi zwyrodnialcami. W najśmielszych snach nie przypuszczał, że tak szybko przyjdzie mu mierzyć się z kolejnym.
Tymczasem Miodlarz wstał i zdjął z dłoni brudne rękawiczki. Widząc to, Błażej natychmiast do niego podbiegł.
– I co?
– Stwierdzam pięć ran kłutych w obrębie jamy brzusznej. Każda zadana ostrym narzędziem o długości co najmniej kilkunastu centymetrów, prawdopodobnie nożem kuchennym. Kierunki ciosów różne, co może świadczyć o szarpaninie.
– Ofiara walczyła.
– Wszystko na to wskazuje. – Lekarz pokiwał głową.
– Co jeszcze udało ci się ustalić?
– Na podstawie rozległości uszkodzeń i ilości krwi mogę przypuszczać, że bezpośrednią przyczyną zgonu był masywny krwotok wewnętrzny.
Heller zmarszczył brwi.
– A co ze śladami duszenia?
– Zauważalne krwawe podbiegnięcia i wybroczyny w obrębie tchawicy oraz na bocznych partiach szyi. Ślady ucisku obejmują praktycznie cały obwód, ale nie sądzę, żeby to było przyczyną śmierci.
– Czyli sprawca zaczął od duszenia, a potem stwierdził, że jednak zadźga ofiarę? – odezwała się Sylwia, która chwilę wcześniej do nich dołączyła.
– Dokładnie – odpowiedział Miodlarz i wyjaśnił: – Mamy dwie fazy ataku, niekonsekwentne, co samo w sobie jest znamienne. Ale ostateczną kolejność i mechanizm zgonu ustali dopiero sekcja.
– Dzięki, Radek. – Komisarz poklepał biegłego po ramieniu i oddalił się w kierunku radiowozu, w którym siedział świadek.
– Błażej, zaczekaj! – zawołała go Sylwia i zabiegła mu drogę. – Mogę zobaczyć ten liścik?
Prokurator przysunęła się bliżej i wzięła od Hellera folię z kartką. Następnie oświetliła ją latarką i dokładnie obejrzała ze wszystkich stron.
– „Pragnęły śmierci bardziej, niż same rozumiały. Ja tylko pomogłem im ją odnaleźć” – odczytała na głos i zawiesiła pytający wzrok na Błażeju. – Co o tym myślisz? Literki powycinane z jakiejś książki lub gazety… Skąd ja to znam?
Heller przez dłuższą chwilę wstrzymywał się z odpowiedzią. Słowa Sylwii brzmiały mu w głowie i przywoływały obrazy z przeszłości. Znów siedział na sali sądowej i drżał, czując na sobie nienawistne spojrzenie Zydara.
Wreszcie wziął głębszy wdech i na tyle spokojnie, na ile mógł, odpowiedział:
– Według mnie jakiś świr zainspirował się naszym ostatnim mordercą i postanowił pobawić się w Raptora.
– Myślisz, że Krause ma z tym jakiś związek? – spytała prokurator. – Mógł mieć jakiegoś wspólnika, który teraz dokańcza za niego misję…
– Hm… Jakoś mnie to nie przekonuje. Ale jeśli chcesz, pojadę do szpitala i spróbuję coś z niego wyciągnąć.
– Nie zaszkodzi spróbować. Tylko Błażej… zrób to jak najszybciej.
– Dobra. Aczkolwiek moim zdaniem to nie o Krausego tu chodzi, a o Zydara.
– Typujesz psychofana?
– Tak. Zauważ, że morderca nie próbuje tworzyć własnej legendy, tylko przedłuża legendę Raptora.
Sylwia mruknęła cicho i postukała palcem w dolną wargę.
– Równie dobrze może być po prostu cholernym tchórzem, który nie ma odwagi podpisać się pod własną zbrodnią. Tak czy siak, musimy go jak najszybciej dorwać, zanim miasto znów ogarnie panika. – Po tych słowach zbliżyła się do Hellera i ciszej dodała: – Nie możemy pozwolić, by ktokolwiek pomyślał, że Raptor wrócił. Rozumiesz?
– Tak – odrzekł zdawkowo Błażej.
W odpowiedzi Sylwia klepnęła go w ramię.
– Świetnie. Zatem bierzmy się do roboty.ROZDZIAŁ 2
Błażej obudził się gwałtownie, kiedy coś ciężkiego opadło mu na twarz. Z trudem nabrał powietrza i poderwał się, zrzucając z siebie futrzastego intruza.
– Kurwa, Katar! – wychrypiał, ocierając dłonią nos, który natychmiast zaczął go swędzieć.
Rudy kot usiadł na krawędzi poduszki, prychając, jakby to on został skrzywdzony, a nie właściciel mieszkania. Jego złote oczy błyszczały w półmroku kawalerki, a ogon energicznie uderzał o pościel.
Heller zerknął na zegarek leżący na stoliku nocnym. Dochodziła ósma. Spał może cztery godziny, jeśli w ogóle można było nazwać to snem. Obrazy z nocy powracały do niego jak koszmar – zwłaszcza spokojny wyraz twarzy denatki i jej splamione krwią ciało.
Z kuchni dobiegło go charakterystyczne drapanie. Drugi z jego lokatorów, Smark, usiłował dostać się do szafki, w której Błażej trzymał kocią karmę.
– Ten przynajmniej jest przewidywalny – mruknął i zwlókł się z łóżka.
W kawalerce panował nieład, który tylko częściowo usprawiedliwiały nocne wydarzenia. Na fotelu leżała pognieciona koszula, a na komodzie stał talerz z resztkami jedzenia sprzed dwóch dni. Aż dziwne, że Katar jeszcze go nie strącił. Błażej pomyślał, że może kot uznał, iż panuje tu już i tak wystarczający bałagan i nie ma sensu dokładać mu roboty. Szybko jednak przypomniał sobie, że Katar nigdy nie okazywał mu troski. Robił to, na co miał ochotę, nie licząc się z konsekwencjami. Widocznie tym razem znalazł ciekawsze zajęcie niż tłuczenie naczyń.
– No dobra, głodomory. – Heller kucnął przy szafce i napełnił kotom miski na karmę i wodę. Zwierzęta rzuciły się na jedzenie, jakby od tygodni nic nie jadły.
Błażej oparł się o blat i przez chwilę przyglądał się swoim pupilom. Nigdy nie przypuszczał, że przypadnie mu rola opiekuna dwóch kotów. Nie dość, że był uczulony na ich sierść, to jeszcze nie pałał przesadną sympatią do tych zwierząt. Początkowo miała to być przysługa na miesiąc – kolega planował wyjechać z żoną do Hiszpanii i potrzebował kogoś, kto zatroszczy się o koty. Miesiąc jednak szybko zamienił się w dwa, potem w pół roku, aż wreszcie Błażej się zorientował, że nikt już nie mówi o żadnym odbiorze zwierzaków. Kilka razy chciał je nawet odwieźć do schroniska, ale zawsze w ostatniej chwili coś go powstrzymywało. Teraz coraz częściej łapał się na tym, że przyzwyczaił się do tupotu ich łap na panelach, a nawet złośliwości Katara. I choć nigdy by się do tego nie przyznał, wiedział, że gdyby nagle zniknęły, zostawiłyby po sobie pustkę, którą ciężko byłoby mu wypełnić.
Podczas gdy koty łapczywie pochłaniały karmę, Błażej nalał sobie resztkę zimnej kawy z kawiarki, która od wczoraj stała na palniku.
Zanim opuścił kuchnię, usłyszał dzwonek do drzwi.
– O co chodzi z tą zamordowaną kobietą? – spytała bez przywitania młodsza aspirant Malwina Zygart w policyjnym mundurze, który leżał na niej tak, jakby był szyty na miarę.
Błażej podniósł wzrok znad kubka i przez moment zastanawiał się, ile zdążyła już się dowiedzieć, jednak jej spokojny, niemal chłodny wyraz twarzy niczego nie zdradzał.
– Skąd o niej wiesz? – rzucił w końcu.
– Od Biedry. Ale nie chciał zdradzić szczegółów – odparła, wchodząc do środka szybkim, zdecydowanym krokiem. Następnie skrzyżowała ręce na piersiach i dodała: – Kazał mi uderzać do ciebie. O co chodzi, Błażej?
Heller odstawił kubek na blat i podrapał się po karku. Czuł, że każda próba wymigania się półprawdami obróci się przeciwko niemu.
– Zeszłego wieczora dostałem cynk o zwłokach znalezionych nieopodal Muzeum Ceramiki – powiedział w końcu, spoglądając na nią niepewnie. – Ofiara to młoda kobieta, prawdopodobnie koło trzydziestki.
– Jak zginęła?
– Wszystko wskazuje na to, że się wykrwawiła. Morderca zadał jej kilka ciosów ostrym przedmiotem w brzuch.
Malwina uniosła brwi i dała sobie chwilę na przetrawienie tej informacji.
– Udało się ustalić jej tożsamość?
– Jeszcze nie. To znaczy może się udało, ale nie wiem, bo dopiero niedawno się obudziłem i… W każdym razie, gdy ostatnio rozmawiałem z Wiktorem i Sylwią, oboje przekonywali mnie, że będzie lepiej, jeśli na razie powstrzymamy się z nagłaśnianiem tej sprawy.
Malwina nie spuszczała z kolegi podejrzliwego wzroku.
– Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego nie dałeś mi cynku? Cały wieczór spędziłam przed telewizorem, oglądając hallmarkowe romansidła, zamiast uczestniczyć w oględzinach zwłok – rzekła z niekrytym wyrzutem.
W odpowiedzi Błażej szeroko się uśmiechnął.
– Nie wiedziałem, że lubisz takie filmy.
– Nie zmieniaj tematu – syknęła Malwina. – O co chodzi? Przestałeś mi ufać czy co?
– Proszę cię – prychnął komisarz.
– No to co jest?! Wytłumacz mi to, zamiast robić durną minę!
Błażej udał się z powrotem do kuchni i spytał koleżankę, czy ma ochotę na zimną kawę. Gdy jednak ujrzał wymalowane na jej twarzy coraz większe zniecierpliwienie, zrozumiał, że dłużej nie zdoła uciekać od prawdy.
– Usiądziesz? – Wskazał dłonią przysunięte do kuchennego stołu krzesło.
– Wolę postać – odparła aspirant. Następnie oparła dłonie na biodrach i dodała: – No, słucham.
Heller wziął głębszy wdech, dając sobie trochę czasu na przemyślenie tego, jak ma to jej zakomunikować. Wreszcie wypalił:
– Słuchaj, Malwa… to nie było zwykłe zabójstwo. Na udzie ofiary… wycięto literę „R”.
Zygart zmarszczyła brwi, wyraźnie zdezorientowana.
– Co takiego?
– To nie wszystko. – Komisarz zgarnął ze stołu swój smartfon i odblokował ekran, po czym przeszedł do galerii i wybrał zdjęcie znalezionego przy ofierze liściku. – Popatrz.
Malwina wzięła od niego urządzenie i powiększyła fotografię.
– To jest jakiś żart? – spytała, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia.
– Chciałbym, żeby był. – Heller westchnął ciężko.
Na twarzy Malwiny przez chwilę malował się grymas zaskoczenia, jakby jej mózg odmawiał przyjęcia tego faktu. W końcu oddała komisarzowi smartfon i kilka razy pokręciła głową, zduszając nerwowy śmiech.
– Chcesz powiedzieć, że ktoś… że ktoś naśladuje mojego ojca?
– Wygląda na to, że tak – odpowiedział spokojnie Błażej, choć czuł, jak ściska go w gardle. – I to od samego początku z pełną premedytacją.
Zapadła długa cisza. Malwina wpatrywała się w podłogę, próbując oswoić się z tym, czego właśnie się dowiedziała. W końcu spojrzała na Hellera i tonem, w którym pobrzmiewało coś podejrzanie zimnego, spytała:
– To dlatego nic mi nie powiedziałeś, prawda? – Gdy Błażej spuścił wzrok, dodała: – Niech zgadnę. To pomysł Wiktora?
Komisarz potwierdził lekkim skinieniem.
– Chciałem ci od razu powiedzieć. Przysięgam. Ale Wiktor… Przekonywał, że…
– Dobra, wystarczy – przerwała mu Malwina, po czym odwróciła się do niego plecami. Jej ramiona były napięte jak struny.
Przez moment wahał się, czy w ogóle się do niej zbliżyć, ale w końcu podszedł o krok.
– Wszystko okej? – zapytał cicho. Zygart nie odpowiedziała, więc mówił dalej, bardziej niepewnie niż zwykle: – Przykro mi, że ten koszmar znów wrócił. Zrobię wszystko, żeby dorwać tego skurwiela.
– My zrobimy wszystko – poprawiła go Malwina, nie odwracając się.
Błażej zmrużył oczy.
– Yyy… Jesteś pewna, że chcesz w to wejść?
Dopiero teraz aspirant spojrzała na niego przez ramię. W jej wzroku błyszczała determinacja, którą znał aż za dobrze.
– Pamiętasz, co ci powiedziałam, kiedy zaczęliśmy razem pracować? Zostałam policjantką, żeby chronić ludzi przed takimi potworami jak mój ojciec. Jeśli teraz mamy do czynienia z jego naśladowcą, to tym bardziej mam interes w tym, żeby go dorwać.
Błażej przez chwilę milczał. Patrzył na nią i miał wrażenie, że jej spokój jest bardziej niepokojący niż histeria.
– Malwa… – zaczął, ale ona przerwała mu gestem dłoni, po czym wyminęła go i ruszyła ku wyjściu.
– Dokąd idziesz?
– Jadę do komendy. Muszę się wdrożyć w tę sprawę.
– Czekaj. Daj mi chwilę, to pojedziemy razem.
– Nie chcę czekać.
Gdy Malwina była już przy drzwiach, Błażej zapytał:
– Jesteś pewna, że to dobry pomysł?
Aspirant położyła dłoń na klamce i chłodnym głosem odpowiedziała:
– Ogarnij się i szybko do mnie dołącz.
Zniknęła za drzwiami, pozostawiając Błażeja z poczuciem nasilającego się niepokoju. Stał jeszcze przez chwilę w bezruchu, zastanawiając się, co teraz będzie. Doskonale wiedział, że Malwina nie odpuści. To nie leżało w jej naturze. Ale równie mocno czuł, że ta sprawa może ją kosztować więcej, niż oboje byli w stanie przewidzieć.ROZDZIAŁ 3
W drodze do komendy Błażej raz po raz zerkał w lusterko wsteczne, wpatrując się w czarnego Forda poruszającego się w pewnej odległości za nim. Zauważył go już przy wyjeździe z osiedla i z każdym kolejnym kilometrem narastało w nim przekonanie, że samochód jedzie jego śladem. Zwłaszcza że parę dni wcześniej też mignął mu chyba w pobliżu domu. Dopiero gdy na jednym ze skrzyżowań Ford odbił w prawo, a on sam pojechał prosto, poczuł, jak powoli schodzi z niego napięcie.
Wkrótce zaciągnął ręczny i wyłączył silnik Mazdy. Zanim wysiadł, uniósł spojrzenie ku znajomej bryle budynku Komendy Powiatowej Policji w Bolesławcu. Gmach przy ulicy Modłowej 3, z prostymi, jasnymi fasadami i szerokimi oknami, od ponad trzech lat uchodził za najnowocześniejszą siedzibę policji na Dolnym Śląsku.
Jak co rano zajrzał najpierw do sklepiku w holu. Pani Irenka – drobna kobieta o zawsze uśmiechniętych oczach – nawet nie pytała o zamówienie. Sięgnęła na półkę i podała mu pizzerinę z salami oraz tabliczkę białej czekolady.
– Gorzko, gorzko, komisarzu – rzuciła żartobliwie do Błażeja, patrząc wymownie na leżące na ladzie produkty. Ostatnio coraz częściej zwracała mu uwagę, że powinien zacząć zdrowiej się odżywiać.
– Goryczy mam w życiu aż nadto – mruknął komisarz, przykładając telefon do terminala. – Nie będę jej jeszcze kupował w tabliczkach.
Na drugim piętrze dopadł go aspirant Jędrzej Biedrzyński. Młody brunet, z równo przystrzyżonym zarostem, grzywką opadającą na czoło i piwnymi oczami, wyglądał jak ktoś, kto dopiero co wypadł na korytarz z okładki magazynu o modzie. Błażej dziwił się, dlaczego nikt w komendzie nie wymyślił jeszcze dla niego ksywy „Laluś”. Sam nie chciał tego proponować pierwszy, by nie podpaść koledze.
– Jakieś nowe wieści? – spytał go Heller.
– Na razie nie. Sprawdziliśmy odciski linii papilarnych w bazie, ale żadne nie pasują do denatki. Nikt nie zgłaszał też zaginięcia kobiety koło trzydziestki. Właściwie to w ogóle nikt niczego nie zgłaszał. – Wzruszył ramionami.
– Okej, dzięki. Informuj mnie na bieżąco. – Błażej ruszył w kierunku znajdującego się na końcu korytarza gabinetu, mając nadzieję, że zastanie w nim Malwinę.
– Czekaj! – zatrzymał go Biedra. – Co z publikacją zdjęcia? Dajemy sygnał w mediach, że szukamy rodziny, czy jeszcze nie?
Komisarz zatrzymał się w pół kroku.
– Nie teraz – odparł w końcu stanowczo. – Jeszcze za wcześnie.
– Ale… – Biedrzyński się zawahał. – Zwykle w takich przypadkach liczy się każda godzina. Ktoś może czekać na wieści.
– A ktoś inny może się wystraszyć i zacząć zacierać ślady – uciął Heller.
– No nie wiem. Moim zdaniem co miał zatrzeć, to zatarł. Sam wiesz, że na ciele ofiary nie było odcisków poza tymi należącymi do faceta, który ją znalazł.
– Wiem, ale uważam, że na razie powinniśmy się wstrzymać z nagłaśnianiem tej zbrodni. Zwłaszcza że nikt nie zgłosił zaginięcia. Poczekajmy, aż ktoś to zrobi, i spróbujmy w tym czasie namierzyć tego pojeba.
– Może być ciężko – mruknął Biedra.
– Poradziliśmy sobie ostatnio z totalnym świrem. Z tym też nam się uda, ale lepiej zrobić to bez wywoływania paniki w mieście. Ludzie wciąż dochodzą do siebie, a media patrzą nam na ręce.
Aspirant westchnął i skinął głową, choć nie wyglądał na przekonanego.
– _Roger that_.
Zanim odszedł, Błażej spytał go, czy widział dziś Malwinę.
– Nie, a co?
– Hm… Mówiła mi, że jedzie do komendy.
– Może tu jest, ale jej nie spotkałem.
– Okej, dzięki. Sprawdzę u siebie.
Wkrótce Błażej przekroczył próg swojego gabinetu i od razu zauważył stojące naprzeciwko biurka puste krzesło. Zaniepokojony zdjął kurtkę, rzucił ją na oparcie i wyjął smartfon. Następnie wybrał numer Malwiny i wsłuchiwał się w sygnał. Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Spróbował drugi raz, a potem trzeci, lecz rezultat był ten sam. Telefon nie był wyłączony, co znaczyło, że młodsza aspirant musiała go mieć przy sobie, jednak z jakiegoś powodu nie chciała z nim rozmawiać.
– Malwina, to ja – powiedział do skrzynki głosowej, marszcząc brwi. – Gdzie jesteś? Kiedy będziesz w komendzie? Daj znać, proszę.
Odłożył smartfon na biurko i otworzył laptop. Na ekranie wyświetlił się ogrom dokumentów, które powinien przejrzeć, lecz litery rozmywały mu się przed oczami. Przez kilka minut wpatrywał się w raporty, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.
Co chwilę zerkał w stronę drzwi. Spodziewał się, że zaraz usłyszy odgłos kroków w korytarzu i w progu stanie Zygart. Minuty jednak mijały, a ona się nie pojawiała. W końcu odsunął krzesło i wyszedł z gabinetu. Sprawdził pokój techników, a nawet archiwum w piwnicy. Po Malwinie nie było jednak ani śladu.
Stwierdził, że zajrzy jeszcze do komendanta. Zapukał dwa razy, a gdy usłyszał krótkie: „Otwarte”, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Wiktor stał przy wysokim regale z segregatorami, przeglądając jeden z nich.
– Przeszkadzam? – zapytał Heller, zatrzymując się w drzwiach.
– Wchodź – odparł, nie podnosząc wzroku.
Błażej przekroczył próg i oparł się o framugę.
– Widziałeś dziś Malwinę? Szukałem jej po całym budynku i nigdzie jej nie ma. Nie odbiera też telefonu.
Komendant westchnął, po czym zamknął segregator i włożył go z powrotem na półkę.
– Wysłała mi niedawno SMS-a. Prosiła o wolne.
– Na jak długo? – Błażej zmrużył oczy.
– Wspominała tylko o jednym dniu. – Wiktor wreszcie spojrzał na niego, odchodząc od regału i powoli ruszając w jego stronę. – Rozmawiałeś z nią?
– Rano przyjechała do mnie – odparł Heller. – Musiałem jej wszystko powiedzieć.
Komendant pokręcił głową z widocznym niezadowoleniem.
– Po co to zrobiłeś?!
– Słuchaj, wiem, że się o nią troszczysz… Ale Malwina nie jest dzieckiem. Zdążyłem ją trochę poznać i mogę ci powiedzieć jedno: to silna, twarda babka. Jest w stanie udźwignąć więcej, niż wszyscy sądzimy.
Godrycki zmrużył oczy.
– Myślisz, że o tym nie wiem? Ale nikt, Błażej… nikt, nawet ktoś tak silny jak ona, nie zasługuje na to, żeby babrać się w takim syfie.
– Paradoksalnie to właśnie ten syf ją ukształtował – odparł ze spokojem Heller. – Dzięki temu dziś z nami pracuje.
Przez chwilę w gabinecie panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem wiszącego na ścianie zegara.
– Zadzwonię do niej – powiedział w końcu Wiktor. – Spróbuję się dowiedzieć, gdzie jest i czy czegoś potrzebuje.
– Dzięki. Ja też będę się do niej dobijał.
– Nie – odrzekł stanowczo komendant. – Ty już daj jej dzisiaj spokój.
– Ale… myślałem, że pojedziemy razem do szpitala, by przesłuchać Jakuba Krausego.
– Krause? – Godrycki zmarszczył brwi. – A co on ma z tym wspólnego?
– Być może nic. Ale uznaliśmy z Sylwią, że warto ponownie z nim porozmawiać.
– Hm… Zatem zrób to. Ale bez Malwiny. Skoro nie odbiera od ciebie telefonu, to chce pobyć sama. Pozwól jej w spokoju przetrawić te wiadomości. Gdy będzie gotowa, odezwie się do ciebie.
Błażej nie chciał odpuszczać, ale czuł, że nie ma wyjścia.
– Ale i tak daj mi znać, gdy coś ustalisz. Chcę wiedzieć, że jest cała i zdrowa.
– Jasne.
Sięgnął do klamki, ale zatrzymał się i zerknął na przełożonego. Zacisnął palce na chłodnym metalu, jakby zbierał w sobie resztki odwagi.
– Wiktor… – zaczął cicho. – Możemy jeszcze chwilę pogadać?
Godrycki spojrzał na niego uważnie, ale skinął głową.
– Mów.
Błażej wszedł głębiej do gabinetu i przestąpił z nogi na nogę.
– Chodzi o tę sprawę wyścigów… – zawahał się, szukając odpowiednich słów. – Minęło już trochę czasu, odkąd zgarnęli Chrobaka i Stasiaka, a ja… no wiesz, nawet mnie nie przesłuchano. – Spojrzał Wiktorowi prosto w oczy. – Wiem, że to twoja zasługa.
Komendant w odpowiedzi jeszcze bardziej się usztywnił.
– Daj sobie spokój z tą sprawą, Błażej.
– Nie potrafię. Muszę wiedzieć.
Wiktor westchnął, jakby ta rozmowa była dla niego obciążeniem.
– Synu, już wystarczająco nabrudziłeś. Pozwól mi to teraz w spokoju posprzątać.
– Masz rację, spieprzyłem sprawę – przyznał Heller bez wahania. – Ale nigdy, przenigdy nie chciałem działać przeciwko tobie. Byłem pod ścianą. Potrzebowałem kasy, bo do dziś nie odkopałem się z długów, które zostawiła mi Anka. Nie masz pojęcia, jak to jest żyć z takim problemem…
Komendant zmrużył oczy i pokręcił głową.
– Znamy się nie od dziś. Mogłeś przyjść z tym do mnie, poprosić o pożyczkę, cokolwiek. Przecież wiesz, że poruszyłbym dla ciebie niebo i ziemię.
Błażej spuścił wzrok.
– Wiem, ale… nie chciałem nikogo obarczać swoimi problemami. A już na pewno nie ciebie. Zawdzięczam ci wystarczająco wiele. – Odczekał chwilę, by zapanować nad drżeniem głosu, i dodał: – Wdepnąłem w to gówno i powinienem sam sobie z nim poradzić.
– Szlachetne, ale głupie. Bo widzisz, w życiu nie chodzi o to, żeby samemu dźwigać ciężar. Trzeba go dzielić z innymi, wtedy na każdego przypada mniej – skomentował komendant.
Heller przełknął ślinę i kiwnął głową.
– Przepraszam, Wiktor. Za wszystko, serio. I dziękuję za to, co dla mnie robisz. Wiem, że pewnie już nigdy mi nie zaufasz, ale przysięgam, że więcej nie zrobię niczego za twoimi plecami. A zwłaszcza czegoś tak durnego.
– Czas pokaże, co będzie – skwitował chłodno, z dystansem. – A teraz wybacz, ale mam robotę.
Komisarz skinął głową i odwrócił się ku drzwiom. Gdy już miał wychodzić, Wiktor rzucił za nim:
– Lepiej, żebyś usłyszał to ode mnie: Chrobak i Stasiak nie usłyszą żadnych zarzutów.
Błażej przystanął na moment, ale się nie odwrócił. Wiedział, co to znaczy. Godrycki zatroszczył się, by puszczono ich wolno, bo tylko w ten sposób mógł uchronić go przed konsekwencjami.
– Dzięki za informację – rzucił niemal szeptem i w pośpiechu opuścił gabinet.ROZDZIAŁ 4
Po przekroczeniu progu szpitalnej sali Błażej zawiesił wzrok na łóżku, na brzegu którego siedział Jakub Krause. Wyglądał dużo lepiej niż ostatnio – jego policzki nabrały kolorów, a usta nie wykrzywiały się już w grymasie bólu.
– Rozmawiałem z twoim lekarzem prowadzącym. Za parę dni, góra tydzień cię wypiszą – powiedział do niego, zanim zrobił kolejny krok.
– Pewnie się cieszysz, że wreszcie będziesz mógł przewieźć mnie do aresztu, co? – rzucił do niego wrogim tonem Jakub, po czym szarpnął przykutą do łóżka ręką. – Czy to konieczne? Przecież nikogo nie zabiję. Wciąż jestem tak słaby, że podstarzała salowa by sobie ze mną poradziła.
– Nie chodzi nawet o to, że mógłbyś kogoś skrzywdzić – odrzekł Błażej, po czym przysunął do łóżka krzesło i powoli na nim usiadł. – Chodzi o to, że mógłbyś skrzywdzić siebie.
Słysząc to, Jakub zdusił pogardliwy śmiech.
– Boisz się, że coś sobie zrobię, zanim sąd wyda wyrok, a ty będziesz mógł spić śmietankę?
Heller nie zamierzał przedłużać tej słownej przepychanki, dlatego opadł plecami na oparcie krzesła i przeszywając Jakuba wzrokiem, spytał:
– Doszło do kolejnego brutalnego morderstwa. Wiesz coś o tym?
– Yyy… niby co?
– Nie wiem. Ty mi powiedz.
Krause przez dłuższą chwilę milczał, przyglądając się komisarzowi z zaciekawieniem, po czym triumfalnie się uśmiechnął.
– Mam rozumieć, że kolejna osoba odkryła w sobie altera?
– Bawi cię to? – warknął Błażej.
– Czyli potwierdzasz.
– Niczego takiego nie powiedziałem – odparł komisarz, ale było już za późno. – Słuchaj, jeśli znasz kogoś, kto mógłby przejąć po tobie pałeczkę albo…
– Albo której zleciłbym dalsze mordy? – dokończył za niego Jakub. – To chciałeś powiedzieć?
Heller uspokoił oddech i rzekł:
– Jeśli coś o tym wiesz, lepiej powiedz mi teraz. Zaręczam ci, że wyjdzie ci to na dobre.
– Niby jak? Sąd przydzieli mi lepszą celę w pace? Przecież obaj wiemy, że resztę życia spędzę za kratami. – Po tych słowach pochylił się do przodu i patrząc komisarzowi prosto w oczy, wyszeptał: – Powinieneś był mnie dobić, gdy cię o to prosiłem.
Zapadła ciężka cisza, którą przerwało skrzypienie odsuwanego przez Błażeja krzesła.
– Straciłem czas, przychodząc tutaj. Mogłem się domyślić, że nie będzie z ciebie pożytku – powiedział, po czym ruszył żwawo w kierunku drzwi.
– Zaczekaj! – Krause zatrzymał go w połowie drogi. – Co dostanę w zamian za pomoc przy śledztwie?
Komisarz powoli odwrócił się na pięcie.
– To zależy, co od ciebie usłyszę…
– Najpierw musiałbym wiedzieć, jaki był mechanizm działania mordercy. Czy znaleźliście przy ciele ofiary jakiś cytat?
Błażej nie odpowiedział. Zamiast tego zbliżył się ponownie do łóżka, nie spuszczając z Jakuba wzroku.
– Nie masz z tym nic wspólnego, prawda?
– Pomogę ci! Muszę tylko znać więcej szczegółów…
– Jasne. Mam ci pozwolić, żebyś zamydlił mi oczy i spróbował jak najwięcej dla siebie ugrać? – Heller zrobił kolejny krok do przodu i wycedził do Krausego: – Nie było żadnego cytatu. Nikt nie jest takim popierdoleńcem jak ty.
– Jednak jest, skoro do mnie przyszedłeś… – Jakub uśmiechnął się cwaniacko i dodał: – Wiesz, komisarzu… Prawda jest taka, że w każdym z nas drzemie potwór. Niektórym jednak udaje się go lepiej kontrolować.
Zanim mu odpowiedział, Błażej ponownie usiadł na krześle i skrzyżował ręce na piersi.
– Masz rację. Ale widzisz… ty nie jesteś zwykłym potworem. Jesteś pozbawionym grama człowieczeństwa, dzikim i nieobliczalnym zwyrolem, a do tego tchórzem. Tak właśnie, tchórzem, który nie miał odwagi wziąć odpowiedzialności za swoje zbrodnie.
Słuchając go, Jakub z każdym słowem coraz bardziej się spinał.
– Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Alter to potężna moc… Energia, której nie sposób kontrolować…
– Nie ma żadnego altera! Zawsze byłeś tylko ty! – Komisarz podniósł głos, a następnie wyjawił: – Zanim odzyskałeś przytomność w szpitalu, odbyłem bardzo długą rozmowę z twoim ojcem. Wiem o tobie wszystko, Kubusiu.
– Nic nie wiesz! – warknął na niego Krause.
W odpowiedzi Błażej uśmiechnął się w ten sam sposób, w jaki wcześniej robił to Jakub.
– Wiem, jak bardzo nienawidziłeś swojego brata. Zazdrościłeś mu tego, że rodzice widzieli w nim większy potencjał.
– Nieprawda! Kochałem go. Był przecież moją rodziną…
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_