Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 stycznia 2026
69,00
6900 pkt
punktów Virtualo

Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina - ebook

Ekonomia może pomóc wyjaśnić wojnę, a zrozumienie historii wojen może pomóc wyjaśnić współczesną gospodarkę.

Wojny są kosztowne, zarówno pod względem finansowym, jak i strat w ludziach. Jednak choć działania wojenne wiążą się ze stratami, czasami były one również ważnym motorem zmian gospodarczych i postępu. W długiej historii nic nie wpłynęło tak bardzo na kształtowanie się instytucji ludzkich – a tym samym na proces rozwoju gospodarczego – jak wojny i przemoc. Wojny tworzyły państwa, a państwa tworzyły wojny. Wraz ze wzrostem kosztów działań wojennych rozwijały się struktury państwowe, systemy podatkowe i krajowe rynki długu. Wraz ze wzrostem destrukcyjności wojen zmieniły się również motywy, dla których rządy decydowały się na ich prowadzenie. Książka Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina Duncana Weldona przedstawia historię i ekonomię wojen od epoki wikingów do wojny na Ukrainie, analizując zmiany motywów i instytucji na przestrzeni czasu. Opisuje, w jaki sposób wojny mogły przyczynić się do wzrostu znaczenia Europy na arenie międzynarodowej, oraz wyjaśnia, dlaczego wojny totalne XX wieku wymagały nowego rodzaju strategii, która poważnie traktowała kwestie ekonomiczne.

Przedmowę do książki napisał pisarz i historyk, Jacek Komuda. Mecenasem publikacji jest NaviRisk.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788367272544
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TREŚCI

Przedmowa do polskiego wydania

Wprowadzenie

1
Racjonalni najeźdźcy:
ekonomia wikingów

2
Czyngis-chan, ojciec globalizacji

3
Dlaczego średniowieczni władcy mieli rację, uzbrajając żołnierzy w gorszą broń

4
Jak złoto i srebro doprowadziły Hiszpanię do ubóstwa

5
Zrozumieć histerię: ekonomia procesów czarownic

6
Jak wojny doprowadziły do renesansu

7
Jak piraci rozumieli bodźce

8
Rozliczanie imperium:
dlaczego Brytania niemal zamieniła Kanadę na Gwadelupę

9
Kiedy nepotyzm i kolesiostwo dają przewagę: droga do wielkości Królewskiej Marynarki Wojennej

10
Ekonomia buntu i imperium w Indiach

11
Jak wojna secesyjna stworzyła dolara

12
Zmieniające się koszty wojny

13
Ekonomia wojny totalnej

14
Luftwaffe: kiedy nagradzanie odwagi przynosi skutek odwrotny do zamierzonego

15
Stalin, wojna totalna
i koniec rozwoju Rosjan

16
Ekonomistom nie zawsze się udaje: Walt Rostow i wojna w Wietnamie

17
Planowanie wojny, Ukraina i bodźce do analizy

Wnioski

Wskazówki do dalszej lektury

PodziękowaniaPRZEDMOWA DO POLSKIEGO WYDANIA

Wszyscy znamy i pamiętamy wojny wielkiej Rzeczypospolitej i historyczne zwycięstwa – jak Kircholm w 1605 roku, Kłuszyn pięć lat później, Chocim w 1673 roku czy wreszcie odsiecz wiedeńską Sobieskiego. Czytamy o nich książki, oglądamy filmy, żyjemy duchem husarskich szarż, ale rzadko uświadamiamy sobie, jakie były najważniejsze mechanizmy wojen Polski i Europy w średniowieczu czy XVII wieku. Choć wielokrotnie nasi żołnierze dawali przykłady szaleńczego męstwa, to przecież jednym z najważniejszych elementów zarówno ich służby, jak i polityki władców były sprawy finansowe. Mówiąc krótko: skarby i kosztowności. Wszak jednym z największych wodzów Rzeczypospolitej, jednocześnie znanym z upodobania do zdobywania łupów był… sam król Jan III Sobieski.

„Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze. Wielbłądy, muły, bydle, owce… Wezyr uciekł od wszystkiego, że ledwo na jednym koniu i w jednej sukni. Jam został jego sukcesorem, po wielkiej części wszystkie mi się po nim dostały splendory. Mam wszystkie znaki jego wezyrskie, które nad nim noszą; chorągiew mahometańską, którą mu dał cesarz jego na wojnę. Namioty, wozy wszystkie dostały mi się” – pisał ze zdobytego pod Wiedniem obozu tureckiego do królowej Marysieńki. „Nie rzekniesz mnie tak, moja duszo, jako więc tatarskie żony mawiać zwykły mężom bez zdobyczy wracającym, żeś: »ty nie junak, kiedyś się bez zdobyczy powrócił«, bo ten, co zdobywa, na przedzie być musi”.

Miłość do ojczyzny była chwalebna, ale żołnierz, rzadko opłacany w terminie, musiał żyć ze zdobyczy, żeby tym lepiej bronić granic Rzeczypospolitej. Jak legendarny nasz pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek w bitwie pod Lachowicami, kiedy darował życiem młodego Moskala.

„Chrest (krzyż) wziąłem mu piękny bardzo; było na oprawie ze dwadzieścia czerwonych złotych. Nie zabawiłem się koło owego smarkacza i pacierza jednego. Skoczę do owego brodofiasza (innego Moskala), aż on już nago leży, a konia prowadzi towarzysz. Mówię do niego: »Jam nieprzyjaciela z konia zwalił, a ty go bierzesz? Daj go sam, bo tego nabicia (kuli) na ciebie odżałuję, com go na nieprzyjaciela nagotował«. Oddał mi tedy owego konia ślicznego, który był nie moskiewski, ale tych ruskich koni, czerwonogniady, rosły”.

Pieniądz wywoływał wojny, jak choćby ze Szwecją, o ujście Wisły czy późniejszy „Potop”. On też był najlepszym gwarantem zachowania życia w bitwie, czego dowodem pamiętnik Hieronima Chrystiana Holstena z czasów tego ostatniego kataklizmu. Kiedy Polacy wzięli go do niewoli: „towarzysz (husarski) zapytał mnie zaraz czy mam pieniądze, albo mnie zastrzeli. Wyjąłem więc sakiewkę pełną dukatów i dałem mu, wziął mnie więc pod swoją opiekę. Brali mnie za wyższego oficera, bo byłem dobrze umundurowany. Musiałem teraz zsiąść z mego pięknego konia dosiąść chłopskiego i tak prawie bez siodła jechać do ich obozu”.

Pieniądze uratowały Zygmunta Druszkiewicza pod Batohem z rąk Kozaków i Tatarów. „Na tureckim siedziałem koniu – pisał – w pancerzu oprawnym i pieniądze przy mnie znaleźli, dwieście czerwonych złotych i to mi dało żywot, że się znowu znajomym dostałem Tatarom. Niewypowiedzianie się o to starali, aby mnie nie ścięli i to też nie mniej pomogło, że umiałem ich język”.

Łup był najpewniejszym zyskiem z boju, przywieziony do kraju mógł znacząco poprawić status jego obecnego właściciela. Dlatego czasem znaczne bogactwa wiezione przez jednych wojaków, stawały się… łupem drugich, jak w 1621 roku w Przemyślu, gdzie chorągiew Gniewosza zaatakowała oddziały zawodowej jazdy – Lisowczyków, odebrała im łupy z wojny trzydziestoletniej, wśród których był, jak pisze jeden z poszkodowanych: „kielich wielki kościelny pozłocisty, sadzony diamentami, rubinami i szafirami, który ten to protestujący w Niemczech gromiąc heretyki zdobył…”.

Dawna wojna czy to w X, czy w XVII wieku była zatem starciem ludzi żyjących w znacznej części nie z żołdu, gdyż ten wypłacano z opóźnieniem, lecz przede wszystkim z łupu. I dla takiej samej zdobyczy była prowadzona. Pieniądz bowiem kształtował politykę, ale także, o czym zapominamy, dawał podstawy egzystencji i utrzymanie całej grupie społecznej znanej od końca średniowiecza jako stan żołnierski w targanej wojnami Europie. Jestem zdania, że wbrew obowiązującemu dziś wśród historyków podziałowi na chłopów, mieszczan i szlachtę, zawodowi wojacy tworzyli po prostu osobną grupę w ówczesnym społeczeństwie. Stan wolnych ludzi, którzy ciągnęli na wojnę razem z rodzinami żyjącymi z łupu ojców i synów i tworzyli swoistą ekonomię wojskową. Gdy bowiem żołnierz zaciężny zdobywał dobra, były one selekcjonowane przez towarzyszącą mu rodzinę, naprawiane i sprzedawane, a pieniądze inwestowane nie tylko w rynsztunek żołnierski, ale i w różne rodzaje przedsiębiorczości.

Oto zatem książka o wstydliwym obliczu wojen. O konflikcie i pieniądzu, który był tego konfliktu podłożem. Książka przedstawiająca zaskakujące wnioski, jak choćby ten, że płacenie daniny nie zawsze oznaczało ruinę płacącego, gdyż zbierający haracz zamawiał za te pieniądze u ograbianego towary i usługi. Opowieść pokazuje ukryte mechanizmy, które zapewne działały w trakcie tworzenia państwa Piastów, późniejszej Polski. To przecież zbrojni wojownicy Mieszka, jego ojca albo dziada wyszli kiedyś z bram grodu Kalisza lub Giecza, aby narzucić daninę i władzę sąsiednim związkom plemiennym. A później zgodnie z powszechną europejską tendencją, dorobili do tego religię i ideologię i utworzyli Polskę, której początki przedstawiają się podobne jak Normandii czy królestw anglosaskich.

Niniejsza książka pokazuje, że Hiszpania mająca dostęp do ogromnych bogactw Nowego Świata zbankrutowała już w XVI i XVII wieku – przez co stała się tym, czym w dzisiejszych czasach Wenezuela, mająca wszak dostęp do złota w płynie, czyli zasobów ropy – i nie była jednak w stanie wykorzystać tego bogactwa dla dobrego bytu swych obywateli.

Duncan Weldon pokazuje mało znane polskiemu czytelnikowi uwarunkowania gospodarcze i polityczne Italii i wynikłe z nich wojny włoskie, które przetaczały się przez Półwysep Apeniński przez cały XVI wiek. Ich zależność od pieniądza, bogatych miast i kondotierów. Z Italii trafiamy na Karaiby, aby zapoznać się z finansowymi podstawami działalności piratów na przełomie XVII i XVIII wieku, gdyż tak jak na wojnach, jej podstawą były zyski i pieniądze z handlu oraz sprzedaży zrabowanych towarów.

Oto świetna praca o tym, jak pieniądz kształtuje historię oraz jak wielką rolę odegrał na przestrzeni dziejów. I jak w XIX wieku zwykli uczestnicy wojen przestali gromadzić bogactwa, gdyż starcia te zmieniły się w brutalne starcia narodów i ich ideologii. To bardzo ważna i pouczająca książka dla Polaków, która jednak może pozbawić nas złudzeń historycznych. Polecam ją z przyjemnością, jako historyk i pisarz.

Jacek Komuda, pisarz, historykWPROWADZENIE

Czasami archeolodzy mają szczęście – być może największe wtedy, gdy natrafiają na to, co nazywają „skarbem”. Skarb, czyli zbiór cennych przedmiotów, zdecydowanie różni się od śladów codziennego życia, z którymi zazwyczaj mają do czynienia. To cenne przedmioty – biżuteria, srebrne naczynia, monety – często starannie zakopane przez właściciela.

Archeolodzy uwielbiają skarby. Monety, na których wybito datę, zazwyczaj pozwalają na ustalenie momentu, kiedy powstały. Jednak – choć odkrycie skarbu jest wspaniałą wiadomością dla archeologów – samo ukrycie takiego depozytu bogactwa zazwyczaj oznaczało, że tego, kto go zakopał, a z jakiegoś powodu nie zdołał odzyskać, spotkało jakieś nieszczęście.

Ustalenie czasów, z których pochodzą skarby, jest dobrym sposobem na wskazanie, kiedy pojawiały się społeczne napięcia. W całej Europie odnajduje się wiele skarbów datowanych na IX i X wiek – epokę wikingów. Obecność łodzi pełnych rabusiów, grasujących wzdłuż wybrzeży i rzek kontynentu, niewątpliwie sprawiła, że wielu zamożnych obywateli poczuło niepokój. Najbardziej spektakularne znalezisko w Chinach, zawierające ponad 1,5 tony monet z brązu, najpewniej pochodzi z czasów wojen dynastii Jin z dynastią Song toczących się na początku XIII wieku, podczas których kształtowały się północne granice Chin. Badając historię Wielkiej Brytanii, archeolodzy zauważyli dwa wyraźne okresy, kiedy zakopywano majątek. Pierwszy nastąpił pod koniec IV i na początku V wieku, czyli w końcowych latach rzymskiego panowania na wyspie. Drugi – gdy ukrywano jeszcze więcej skarbów – przypadł na połowę XVII wieku. Była to epoka brytyjskich wojen domowych, czas chronicznej niestabilności. To właśnie wtedy do powszechnego użycia weszło dziś dobrze znane na Wyspach wyrażenie „krew i skarb” (blood and treasure). Przelewano wówczas tyle krwi, że wielu ludzi postanowiło zakopać swoje skarby.

Wojny są kosztowne zarówno w wymiarze ludzkim, jak i finansowym. Najzwięźlejszy sposób, jaki dotąd wymyślono, by opisać istotę tego często pomijanego aspektu historii, to właśnie te słowa: krew i skarb. Na pierwszy rzut oka można by przypuszczać, że w zrozumieniu finansowego aspektu takiej kryzysowej sytuacji pomoże nam ekonomia, lecz staje się ona mniej przydatna, gdy chodzi o zrozumienie wymiaru ludzkiego. Jednak, jak sądzę, przekonamy się, że „podążanie za pieniędzmi” jest użytecznym kluczem do zrozumienia tego, jak i dlaczego państwa prowadziły wojny, oraz tego, w jaki sposób je finansowały.

Wojny i konflikty mogą czasami wydawać się najbardziej irracjonalnymi aspektami ludzkiego zachowania, a dyscyplina naukowa kojarzona zazwyczaj z „podmiotami maksymalizującymi użyteczność” – jak ekonomiści sucho określają ludzi – może wydawać się nieprzygotowana do wyjaśnienia tych zachowań. Jednak ekonomia to znacznie więcej niż suche, podręcznikowe podejście. A dwa pojęcia ekonomiczne mają szczególne znaczenie dla zrozumienia konfliktów i wojen: bodźce i instytucje.

Racjonalne spojrzenie na bodźce często pozwala wyjaśnić pozornie nawet najbardziej irracjonalne zachowania – a niewiele rzeczy jest tak irracjonalnych jak wojna. Co najważniejsze, bodźce nie powstają w próżni. Kształtują je szersze konteksty społeczne, kulturowe i polityczne – czyli to, co ekonomiści nazywają instytucjami. W języku ekonomicznym instytucja niekoniecznie oznacza organizację posiadającą adres i numer telefonu, ale raczej oczekiwany sposób postępowania. FBI jest oczywiście instytucją, ale w kategoriach ekonomicznych instytucją jest również przekonanie, że ludzie nie powinni okradać swoich sąsiadów. Instytucje mogą więc być rzeczywistymi organizacjami, ale także szeroko rozumianymi formami postępowania i ogólnymi zasadami funkcjonowania społeczeństwa.

Z biegiem czasu instytucje ulegają zmianom, a wraz z nimi zmieniają się również bodźce. Świat wczesnego średniowiecza w Europie, od którego rozpoczynamy, bardzo różnił się od świata lat 20. XXI wieku, w którym książka się kończy. Instytucje zmieniły się niemal nie do poznania, a wraz z nimi bodźce. Jednak niezależnie od epoki wzajemnie powiązane instytucje i bodźce kształtują i wyjaśniają ludzkie zachowania.

Większość ekonomistów uważa, że różnice w bogactwie między krajami w dużej mierze wynikają z instytucji. Niektóre państwa stworzyły instytucje, które wspierają wzrost gospodarczy i wyższy standard życia, inne nie. Instytucje mają o wiele większe znaczenie niż technologia, klimat czy mnóstwo innych czynników wpływających na czyjeś szanse życiowe.

W długiej historii ludzkości nic nie wpłynęło na kształtowanie się instytucji, a tym samym na wyniki gospodarcze, tak bardzo jak wojny i przemoc. Kluczową instytucją było państwo, a przez prawie całą historię ludzkości prowadzenie wojen i przygotowywanie się do nich – a więc to, co historycy ekonomii czasem nazywają „darem Marsa” – definiowało państwa i ich rozwój. Wojny mają kluczowe znaczenie dla zrozumienia rozwoju instytucjonalnego, a rozwój instytucjonalny ma kluczowe znaczenie dla głównych zagadnień ekonomii. Prowadzenie wojen i rozwój państw postępowały równolegle. To, co obecnie nazywamy państwami i narodami, często jest efektem działań wyjątkowo skutecznych oddziałów wojskowych.

Jak zauważył kiedyś Arnold Toynbee, istnieje ryzyko, iż historia stanie się „po prostu jednym przeklętym faktem następującym po drugim”. Ekonomia i myślenie ekonomiczne dostarczają ram do rozważania, dlaczego rzeczy działy się tak, jak się działy, a więc dostarczają użytecznego zestawu narzędzi do wyjaśniania tego, co czasem wydaje się niewytłumaczalnym ludzkim zachowaniem – i to w sposób wykraczający daleko poza pieniądze i produkcję. Nauki społeczne i historia naturalnie się uzupełniają. Nauka społeczna bez historii jest suchym i często bezużytecznym ćwiczeniem teoretycznym, czymś, co może mieć sens w modelu matematycznym czy podręczniku, ale zazwyczaj nie sprawdza się w prawdziwym świecie. Z kolei historia bez nauk społecznych czy teorii często bywa jedynie listą dat i wydarzeń – czasem interesującą, ale wciąż tylko listą. Połączenie obu pozwala zrozumieć nie tylko, co się wydarzyło, lecz – co ważniejsze – dlaczego się wydarzyło.

Pierwsze państwa zostały zbudowane przez ludzi, których historycy ekonomii grzecznie nazywają „specjalistami od przemocy”, a groźba jej użycia leżała u podstaw większości form wymiany gospodarczej. Niedługo po rewolucji rolniczej niektórzy lepiej zbudowani ludzie zorientowali się, że uprawa roli jest ciężką pracą, podczas gdy grożenie rolnikom i odbieranie im części plonów wymaga o wiele mniej wysiłku wymaga. Ci, którzy mieli to, co ekonomiści nazwaliby przewagą komparatywną w zakresie przemocy, mogli żyć dostatnio. Najlepszym rozwiązaniem dla tych, którzy nie mieli skłonności do przemocy, było oddanie się pod opiekę kogoś, kto mógł ich bronić. Od samego początku przemoc i konflikty miały więc kluczowe znaczenie dla rozwoju społeczeństwa ludzkiego. Ale nawet w świecie przednowoczesnym bodźce i instytucje były istotne.

W świecie współczesnym instytucje są inne, lecz bodźce prowadzące do wojny i przemocy często pozostają te same. Z biegiem czasu wojna i instytucje wzajemnie się kształtowały: rozwój nowych broni, taktyk i technik zmuszał państwa do zmiany sposobu organizacji, a to z kolei wpływało na kształt społeczeństwa.

Po rewolucji militarnej z XVI i XVII wieku wojna stała się droższym przedsięwzięciem. Armie rosły, a konflikty trwały dłużej. Wraz ze wzrostem kosztów prowadzenia walk zmienił się także układ bodźców, które im towarzyszyły. Ewoluujący charakter wojen doprowadził z czasem do przekształcenia zarówno struktury, jak i rozmiarów państw.

W kolejnych rozdziałach tej książki przeanalizujemy ekonomię konfliktu i wojny – od epoki wikingów po współczesne walki na Ukrainie. Wyjaśnimy, dlaczego Czyngis-chan może być uznany za ojca globalizacji, jak złoto i srebro z Nowego Świata paradoksalnie utrzymywały Hiszpanię w biedzie, dlaczego niektórzy ekonomiści postrzegają procesy czarownic jako formę „konkurencji pozacenowej”, w jaki sposób kapitanowie pirackich statków stali się pionierami skutecznego zarządzania zasobami ludzkimi, czemu rozdawanie medali zaszkodziło Luftwaffe podczas II wojny światowej oraz jak teorie ekonomiczne przyczyniły się do tragedii w Wietnamie. Przy okazji zastanowimy się też, dlaczego niektórzy średniowieczni królowie mieli rację, wyposażając swoich wojowników w gorszą broń, czego o zarządzaniu można nauczyć się od Józefa Stalina oraz czy kultura protekcji i kolesiostwa mogła pomóc brytyjskiej Królewskiej Marynarce Wojennej w osiągnięciu potęgi.

Mam nadzieję, że ta książka pokaże również, w jaki sposób ekonomia może pomóc zrozumieć wojnę – z kolei zrozumienie wojny może przyczynić się do lepszego wyjaśnienia współczesnej ekonomii.1
RACJONALNI NAJEŹDŹCY:
EKONOMIA WIKINGÓW

Kiedy ktoś przechodzi do historii jako Eryk Krwawy Topór, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że miał on, delikatnie mówiąc, „barwną” karierę. Eryk był królem wikingów w X wieku, dwukrotnie rządził Nortumbrią i najprawdopodobniej był również w różnych okresach królem Norwegii oraz jarlem Orkadów. Jego innym popularnym przydomkiem było fratrum interfector, czyli bratobójca, co z kolei daje pewne wskazówki, w jaki sposób mógł zostać królem Norwegii. Jego panowanie w Nortumbrii można dokładniej datować na podstawie współczesnych mu wzmianek i znalezionych monet, a jego inne słynne przygody pojawiają się w znacznie późniejszych sagach. Niektórzy historycy uważają nawet, że dwie postacie nazywane Erykiem Krwawym Toporem – jedna historyczna, a druga legendarna – z biegiem lat zlały się w jedną. Jeśli rzeczywiście istniało nie dwóch, ale jeden król o przydomku Krwawy Topór, to wiele mówi to o naturze królestwa wikingów. Równie wymowne jest imię niemal współczesnego mu odpowiednika z Orkadów – Thorfinna Rozłupywacza Czaszek.

Historia Eryka Krwawego Topora, ustalona na podstawie niewielu zachowanych współczesnych mu źródeł i późniejszej półlegendarnej tradycji, wygląda mniej więcej tak: Eryk był jednym z około dwudziestu synów króla Norwegii Haralda noszącego dość niezwykły przydomek Pięknowłosego. Z pewnością Erykowi nie brakowało więc braci, których mógł zabić. Być może jako najstarszy syn i najwyraźniej ulubieniec ojca Eryk postanowił zabezpieczyć swoje dziedzictwo, eliminując po kolei rodzeństwo. Ostatecznie udało mu się zostać królem Norwegii, ale jego rządy były surowe, niepopularne i krótkotrwałe. Zanim zakończyła je rewolucja, przy życiu pozostał tylko jeden z braci. Eryk, wygnany z Norwegii, przeprawił się przez Morze Północne, prawdopodobnie przez pewien czas rządził Orkadami, a następnie został piratem i łupieżcą na Morzu Irlandzkim. W ciągu około dziesięciu lat zgromadził majątek, sławę i zwolenników – dość, by w 947 roku zdołał przejąć królewską władzę w Nortumbrii. Rządził z Yorku znaczną częścią północnej Anglii.

Politykę Nortumbrii w połowie X wieku najlepiej można opisać jako chaotyczną. Od końca IX wieku kraj znany obecnie jako Anglia zaczął wyłaniać się z luźnej wspólnoty mniejszych królestw i państewek. Alfred Wielki i jego potomkowie, jako władcy Wessex, nie tylko oparli się najazdom wikingów, ale także stopniowo zaczęli powiększać swoje królestwo. Do nowo powstałego państwa zostały włączone stare anglosaskie królestwa Mercji i Anglii Wschodniej oraz ziemie rządzone przez ponad 100 lat przez duńskich osadników w Midlands. Nortumbria była jednak trudnym przypadkiem. Terytorium to było przedmiotem sporu między królami angielskimi – czyli zachodniosaskimi, wywodzącymi się od Alfreda – a linią wikingów hiberno-nordyckich, związanych ze skandynawskim Królestwem Dublina po drugiej stronie Morza Irlandzkiego.

Mieszkańcy regionu stanowili genetyczną mieszaninę dawnych osadników anglosaskich i skandynawskich przybyszów, żyjących tu od trzech lub czterech pokoleń. Henryk z Huntingdon, późniejszy kronikarz historii Anglii, uważał, że mieszkańcy północy czekali, aż zobaczą, w którą stronę powieje wiatr, zanim zdecydują, kogo poprzeć, wykazując się „swoją typową wiarołomnością”. To surowa ocena, ale nie była nietrafna.

Pierwsze rządy Eryka Krwawego Topora jako króla były krótkie i trwały tylko do 948 roku, kiedy to po roku sprawowania władzy został obalony w wyniku buntu miejscowych Anglików podczas inwazji szkockiej. Trudno było go jednak ostatecznie pokonać. W 952 roku, po następnej serii najazdów na wybrzeża Irlandii, Kumbrii i Szkocji, był gotowy do kolejnej próby przejęcia rządów. Okoliczności jego drugiego panowania są frustrująco niejasne. Kronika anglosaska podaje jedynie, że w 952 roku mieszkańcy Nortumbrii „wypędzili króla Olafa i przyjęli Eryka”, ale w 954 roku zmienili zdanie i postanowili połączyć siły z wnukiem Alfreda Wielkiego, królem Edredem. Narzekania Henryka z Huntingdon na ich wiarołomność wydają się więc czymś więcej niż tylko uprzedzeniami południa wobec północy. Eryk zginął tuż po drugim wygnaniu z Nortumbrii, w bitwie przeciwko Anglosasom w Penninach.

Już same fakty dotyczące życia Eryka – nawet oczyszczone ze wszelkich elementów mitycznych – oraz jego przydomek doskonale oddają istotę tego, co przychodzi nam na myśl, gdy słyszymy słowo „wiking”. Swoją karierę rozwijał po obu stronach Morza Północnego: czasem był królem, a czasem łupieżcą, ale zawsze wojownikiem – specjalistą od przemocy i przywódcą innych specjalistów od przemocy.

Nikt nie jest do końca pewien, dlaczego rozpoczęła się tak zwana epoka wikingów – trwająca od około 800 roku n.e. do XI wieku – i co dokładnie skłoniło młodych mężczyzn ze Skandynawii do rozpoczęcia najazdów na nadmorskie ludy pozostałej części zachodniej Europy. Przez lata proponowano różne wyjaśnienia, od zmian klimatycznych, które zmniejszały plony rolne na dalekiej północy Europy i skutkowały migracjami, po wzmożoną rywalizację o status między lokalnymi skandynawskimi władcami, którzy zaczęli poszukiwać nowych skarbów za morzem. Cokolwiek było tego przyczyną, wkrótce stało się jasne, że wikingowie – użyję współczesnego i dobrze znanego określenia – w tym, co robili, byli naprawdę dobrzy. Europa IX i X wieku nie mogła narzekać na brak konkurujących ze sobą specjalistów od przemocy, więc co odróżniało ludzi północy od reszty?

Możliwe, że młodzi mężczyźni włóczący się po skandynawskich wybrzeżach byli po prostu lepszymi wojownikami niż ci z anglosaskiej Anglii czy frankijskiej Francji. Weźmy Anglosasów za przykład. Około 400 lat przed epoką wikingów to właśnie Sasi byli wikingami swoich czasów, poganami zza Morza Północnego, którzy przypływali łodziami na wybrzeża chrześcijańskiej rzymskiej Brytanii, by grabić i plądrować. W VI i VII wieku niziny Brytanii – obszar, który dziś nazywamy Anglią – były zdominowane przez królestwa anglosaskie. Najlepszym źródłem informacji na temat charakteru wczesnego królestwa saksońskiego nie jest zwykła narracja historyczna, statut czy kronika, ale wielki epos Beowulf. Akcja utworu rozgrywa się wprawdzie w Skandynawii i pojawiają się w nim potwory i smoki, które w rzeczywistym świecie raczej nie stanowiły problemu dla wczesnośredniowiecznych królów, ale mówi on coś bardzo ważnego o naturze władzy w tej epoce.

Gdybyśmy pozbawili Beowulfa poetyckiego charakteru i usunęli wątki fantastyczne, zostałaby prosta opowieść o specjalistach od przemocy i o tym, w jaki sposób rządzili społeczeństwem. Królowie rozdawali złoto i pierścienie, ucztując ze swoimi poddanymi w wielkich dworskich salach. Za władcę cenionego uważano tego, który był skutecznym przywódcą wojennym, i to jemu wielcy wojownicy chcieli służyć. Bitwa w gruncie rzeczy polegała na zdobyciu łupów, które zostaną rozdane zwolennikom. Im więcej łupów zdobył przywódca, tym większą grupę wojowników mógł zgromadzić. A im większą grupę wojowników dysponent złota mógł zgromadzić, tym więcej złota mógł zdobyć, by nadal je rozdawać. Z punktu widzenia specjalistów od przemocy to pozytywna spirala: sukces rodzi sukces. Lub raczej: spirala jest pozytywna do momentu, gdy przestaje taką być. Kiedy król lub wódz przestaje wygrywać bitwy, jego panowanie się kończy.

Nie potrzeba ekonomisty, by w tym modelu gospodarki politycznej dostrzec oczywisty problem. Aby utrzymać poparcie swoich wojowników i poddanych, król musiał nieustannie prowadzić wojny, by zdobywać nowe złote pierścienie i inne skarby do rozdania swoim zwolennikom. Niestabilność i konflikt były wpisane w ten system.

Był to świat, w którym późniejsza idea dziedziczenia tronu z ojca na syna wydawałaby się raczej dziwacznym pomysłem. Potężni wojownicy dobrze wiedzieli, że nie tylko ich dochody, ale wręcz ich życie zależało od zdolności króla do poprowadzenia ich w bitwie. Z reguły nie mieli ochoty zaufać loterii genetycznej i mieć nadzieję, że syn obecnego władcy jakimś przypadkiem okaże się równie biegły w sztuce wojennej jak jego ojciec. Śmierć króla wywoływała więc falę rywalizujących roszczeń do tronu.

Jednak w epoce wikingów sytuacja wyglądała już nieco inaczej. Królestwa anglosaskie były większe i bardziej stabilne. Były też teraz chrześcijańskie. Dziedziczenie tronu z ojca na syna stawało się coraz bardziej powszechne. Choć wojny między królestwami, a zapewne także najazdy i potyczki na granicach, wciąż zdarzały się dość często, to ogólny poziom przemocy z pewnością na przestrzeni wieków zmalał. Istnieje wiele zalet przejścia do modelu gospodarki politycznej, który nie skutkuje niekończącą się wojną Jedyną potencjalną wadą, jak mieli się przekonać Anglosasi w IX wieku, był fakt, że taki system niekoniecznie sprzyjał wytwarzaniu licznych i skutecznych specjalistów od przemocy. Tymczasem wikingowie z czasów Eryka Krwawego Topora wciąż żyli w rzeczywistości bliskiej tej z Beowulfa. Ich świat był zapewne mniej stabilny niż anglosaska Anglia pod koniec VIII wieku, ale z pewnością rodził znakomitych wojowników.

Na sukces wikingów składało się jednak coś więcej niż tylko możliwość korzystania z lepszych wojowników. Mieli również dwie kluczowe przewagi konkurencyjne, które sprzyjały najazdom: wyższy poziom technologiczny na morzu oraz – przynajmniej przez pierwsze 100 lat – brak wiary chrześcijańskiej. Wykorzystanie obu tych przewag można dostrzec podczas jednej z najwcześniejszych i najbardziej znanych wypraw wikingów w tym okresie. Chodzi o najazd na klasztor Lindisfarne na Holy Island u wybrzeży Nortumbrii w 793 roku.

Łodzie od dawna odgrywały ważną rolę w Skandynawii. Trudno sobie wyobrazić, jak ludzie mogliby przez dłuższy czas mieszkać na obszarze usianym wyspami, zatokami i fiordami, nie parając się budową statków. Osady powstawały zazwyczaj na wybrzeżach lub nad jeziorami, nigdy zbyt daleko od morza. Statki budowane przez mieszkańców tych terenów były zazwyczaj szybsze, smuklejsze i lżejsze niż te spotykane w innych częściach Europy, ale – przynajmniej na początku – były napędzane wyłącznie wiosłami. W pewnym momencie, jeszcze przed epoką wikingów, nastąpił przełom technologiczny i mieszkańcy Skandynawii zaczęli wyposażać swoje langskipy (długie okręty) w żagle.

System podwójnego napędu okazał się kluczowym czynnikiem, który przyniósł sukces wczesnym najazdom wikingów. Do tego czasu każdy, kto przemierzał Morze Północne łodzią, zazwyczaj korzystał z dominujących wiatrów, które wprawdzie zmieniały się, ale tylko w nieznacznym stopniu. Łódź żaglowa opuszczająca Skandynawię i zmierzająca do Lindisfarne prawdopodobnie zostałaby zniesiona gdzieś w pobliże południowego wybrzeża Szkocji, a następnie płynęłaby na południe, trzymając się wybrzeża, i dotarłaby do Lindisfarne dzień lub dwa później. Taka metoda podróży jest skuteczna, ale uniemożliwia dotarcie do celu z zaskoczenia. Wikingowie mogli zaś przepłynąć większość trasy na żaglach, a następnie, będąc jeszcze za horyzontem, przejść na wiosła, aby szybko zbliżyć się do celu. Oznaczało to, że mnisi z Lindisfarne zamiast otrzymać dzień lub dwa wcześniej ostrzeżenie, że na północy pojawiły się dziwnie wyglądające i zbliżające się w ich kierunku statki, zostali zaalarmowani – w zależności od pogody i widoczności – co najwyżej kilka godzin przed najazdem. Alcuin, duchowny z Nortumbrii, znany intelektualista mieszkający we Francji za panowania Karola Wielkiego, po usłyszeniu o złupieniu Lindisfarne napisał, że „takiej wyprawy nie uważano za możliwą”.

Nie tylko wybrzeża były narażone na tego typu najazdy. Wąskie stępki langskipów sprawiały, że mogły one pływać zarówno po rzekach, jak i po oceanach. W epoce wikingów rzeki Wielkiej Brytanii stały się dla najeźdźców swego rodzaju autostradami, a wikingowie przemierzali Sekwanę aż do Paryża.

Do tego dochodził brak wiary chrześcijańskiej. W latach 90. VIII wieku chrześcijaństwo było już mocno zakorzenione w zachodniej Europie, a wraz z powszechną wiarą w tego samego Boga pojawił się niemal równie powszechny szacunek dla Kościoła i jego instytucji. Wiara, że miejsca kultu religijnego są święte, sprawiała, że drogocenne skarby były przechowywane w dość odosobnionych i w gruncie rzeczy niechronionych klasztorach i opactwach na wyspach takich jak Iona czy Lindisfarne. Największe oburzenie wśród mieszkańców Europy Zachodniej wywoływała więc nie sama przemoc najazdów, ale skłonność wikingów do atakowania miejsc kultu religijnego.

Minęło zaskakująco wiele czasu od rozpoczęcia najazdów wikingów, nim Europejczycy uświadomili sobie, że stary porządek przestał istnieć. Opactwo Iona zostało założone przez św. Kolumbę w 563 roku i w ciągu następnego półtora wieku stało się ważnym ośrodkiem nauki i nauczania chrześcijańskiego dla Irlandii, Szkocji i północnej Anglii. Zaledwie dwa lata po najeździe na Lindisfarne wikingowie rozpoczęli działania na drugim wybrzeżu Wielkiej Brytanii i złupili Ionę. Kolejny najazd nastąpił w 802 roku. W 806 roku wikingowie zaatakowali klasztor po raz trzeci i zabili sześćdziesięciu ośmiu mnichów w miejscu, które później nazwano Zatoką Męczenników. Zadziwiające, że dopiero czwarty najazd w 825 roku, który zwiększył grono męczenników, sprawił, iż ci, którzy przeżyli, uznali, że mają już tego dość, i przenieśli się do grodupołożonego około 30 kilometrów od morza w głąb Irlandii Północnej.

Gdy patrzymy na pierwsze dziesięciolecia najazdów wikingów, czasem przychodzi nam na myśl XX-wieczny amerykański rabuś Willie Sutton, który – zapytany, dlaczego rabuje banki – miał odpowiedzieć: „bo tam są pieniądze”. Dlaczego wikingowie nieustannie napadali na nadmorskie klasztory? Nie tylko dlatego, że znajdowało się tam mnóstwo skarbów, lecz także z tego powodu, że klasztory bywały często całkiem bezbronne.

Ekonomia wczesnych najazdów wikingów, podobnie jak ponad tysiąc lat późniejsza ekonomia Williego Suttona, nie jest szczególnie interesująca. Rabunek jest w dużej mierze grą o sumie zerowej: jedna osoba (rabuś) zyskuje, a druga (okradziony) traci. Lub, jak w przypadku niektórych biednych mnichów z Iony, nie tylko traci dobytek, ale także ginie w Zatoce Męczenników, nazwanej tak zupełnie niedawno.

Przez pierwsze kilkadziesiąt lat najeźdźcy skupiali się na ruchomym majątku, takim jak monety, srebrne naczynia, biżuteria, złoto – zasadniczo na wszystkim, co można było zapakować do worka i wywieźć na łodzi. Jednak z upływem czasu wikingowie stali się nie tylko bardziej ambitni, ale także sytuacja gospodarcza stała się znacznie bardziej interesująca. W czasach Eryka Krwawego Topora, ponad półtora wieku po najeździe na Lindisfarne, wikingowie nie byli już tylko łupieżcami – chociaż nadal, podobnie jak nasz stary przyjaciel Eryk, parali się tym w znacznym stopniu. Do X wieku wciąż dorywczo zajmowali się piractwem, ale stali się także najeźdźcami i osadnikami. W latach 60. IX wieku taktyka wikingów w Wielkiej Brytanii zaczęła się zmieniać. W 865 roku wysłali tam armię, którą Anglosasi nazwali Wielką Armią Pogan. Nie była to zwykła grupa łupieżców zadowalająca się wrzuceniem do worka inkrustowanych złotem elementów kościelnego ołtarza i zabraniem ich na zacumowany przy brzegu langskip. Była to, jak wskazuje jej nazwa, armia. Armia, która przybyła w celu dokonania podboju.

Współcześni uczeni szacują, że wielkość tej tak zwanej Wielkiej Armii najeźdźców z północy liczyła kilka tysięcy żołnierzy. We wczesnym średniowieczu armie były pod względem liczebności mniej więcej porównywalne z tłumem kibiców drużyny gości na meczu piłki nożnej Premier League. Armia wikingów była z pewnością liczebniejsza od dotąd istniejących. Obrona przed nią wymagała więc zmiany strategii obronnej: uporanie się z kilkoma łodziami pełnymi uzbrojonych łupieżców to coś zupełnie innego niż powstrzymanie kilku tysięcy uzbrojonych najeźdźców rozbijających obóz na twojej ziemi. Pierwsza reakcja była oczywista: zebrać pod bronią kilka tysięcy własnych ludzi i spróbować przepędzić intruzów. Kiedy jednak to się nie powiodło, władcy zmagający się z najazdami zmienili taktykę i spróbowali czegoś nowego: zapłacili wikingom, aby ci zaniechali ataków. Płatności te, znane później pod nazwą danegeldu, zmieniły zarówno sytuację, jak i gospodarkę.

Danegeld i pomysł płacenia najeźdźcom daniny w nadziei, że ci zaprzestaną najazdów, były źle widziane. Rudyard Kipling posunął się nawet do zapisania argumentów przeciw uiszczaniu takiego okupu w formie wiersza:

Nie należy wystawiać żadnego narodu na pokusę,

z obawy, że może ulec i zbłądzić,

więc gdy zażądają od ciebie zapłaty lub będą ci grozić,

lepiej powiedz:

„Nigdy nikomu nie płacimy danegeldu,

bez względu na to, jak błahy to koszt:

bo na końcu tej rozgrywki są ucisk i hańba,

a naród, który w nią gra, jest zgubiony”.

Łatwo jest udzielać rad, aby nigdy nie ulegać tyranom, gdy samemu nie jest się ofiarą przemocy. W obliczu zagrożenia ze strony wikingów decyzja o rozpoczęciu płacenia im okupu była całkiem racjonalna. Alfred Wielki jest obecnie powszechnie kojarzony z twardą polityką oporu wobec agresji wikingów. To słuszne, ale trzeba też pamiętać, że przez większą część swojego panowania uznawał, że płacenie daniny jest rozsądniejszym rozwiązaniem. Od końca IX wieku do połowy XI wieku angielscy królowie często wypłacali najeźdźcom niemałe sumy. Nie byli zresztą jedyni. Po drugiej stronie kanału La Manche frankońscy królowie regularnie ignorowali późniejsze rady Kiplinga, podobnie jak władcy z tak odległych regionów, jak tereny współczesnych krajów bałtyckich, Niderlandów, Półwyspu Iberyjskiego, a nawet obecnej Rosji i Ukrainy.

Ktoś może uznać, że oddawanie wielkich sum pod groźbą przemocy jest dla gospodarki czystą stratą. Jednak takie rozumowanie niekoniecznie ma rację bytu. Dane, do których zdołali dotrzeć badacze epoki, dowodzą, że epoka wikingów nie wiązała się z jakimkolwiek spadkiem aktywności gospodarczej w Europie, a nawet w regionie Morza Północnego, który był najbardziej narażony na działania wikingów. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: w okresie od IX do XI wieku nastąpił silny wzrost produkcji, handlu i liczby ludności, prawdopodobnie szybszy niż w poprzednich stuleciach. Być może więc pojawienie się armii wikingów i płacenie im daniny nie spowodowało spowolnienia gospodarczego, a wręcz przeciwnie – ożywienie działalności gospodarczej.

Aby zrozumieć, dlaczego tak mogło się stać, należy cofnąć się o kilka kroków i zapoznać się z dwiema podstawowymi zasadami ekonomii wczesnego średniowiecza oraz z ogólnymi zasadami płacenia daniny. Weźmy na przykład rok 991. W tym roku Duńczycy odnieśli wielkie zwycięstwo nad Anglosasami w bitwie pod Maldon, która została później uwieczniona w jednym z kolejnych epickich poematów tamtej epoki. Gdy Duńczycy zażądali zwyczajowej już daniny, wódz Anglosasów Byrhtnoth odmówił, co bez wątpienia po wielu latach przypadło do gustu Rudyardowi Kiplingowi. Niestety, anglosaskiemu przywódcy nie wyszło to na dobre. Skandynawowie wygrali kolejną bitwę, Byrhtnoth zginął w walce, a Anglia zgodziła się zapłacić 3300 kilogramów srebra.

Co stało się z tym srebrem? Wikingowie nie zakopali go tak po prostu, jak piraci z dziecięcych kreskówek. Postąpili tak jak Beowulf, który rozdawał złoto swoim podwładnym. Także najeźdźcy z północy podzielili znaczną część zdobytego bogactwa między wojowników. A ci za srebro kupili towary i usługi. Co najważniejsze, wiele z tych towarów i usług nabyli od tych, którzy zapłacili tę daninę.

Jak zauważyli ekonomiści w XX wieku, mechanizmy ekonomiczne dotyczące płatności danin są znacznie bardziej złożone, niż się powszechnie uważa. Po zakończeniu I wojny światowej, kiedy Niemcy musiały płacić wysokie reparacje Wielkiej Brytanii, Francji i innym zwycięskim mocarstwom, John Maynard Keynes i szwedzki teoretyk Bertil Ohlin debatowali nad skutkami tak zwanego „problemu transferu”. I choć polityczna sytuacja Niemiec w czasach Republiki Weimarskiej oraz okoliczności, w jakich znajdował się wczesnośredniowieczny król płacący danegeld, mogą wydawać się zupełnie inne, ekonomiczna istota tego rodzaju fiskalnego transferu z jednego kraju do drugiego aż tak bardzo się nie różni.

Obecnie w międzynarodowej makroekonomii powszechnie uznaje się, że transferowi środków finansowych towarzyszy zazwyczaj – w mniejszym lub większym stopniu – transfer zasobów rzeczywistych. Oznacza to, że po transferze ponad 3000 kilogramów srebra z anglosaskiej Anglii do skandynawskiej armii nastąpił z kolei transfer dużych ilości towarów z Anglii do Skandynawów, ponieważ srebro to zostało wykorzystane do zakupu produktów i usług.

W średniowiecznej rzeczywistości transfery te stają się szczególnie interesujące. W przeciwieństwie do współczesnej gospodarki ówczesny świat funkcjonował – biorąc pod uwagę kategorie techniczno-ekonomiczne – znacznie poniżej swoich możliwości. Typowy mieszkaniec średniowiecznej Europy, tak jak zdecydowana większość ludności, mieszkał na wsi i zajmował się rolnictwem. Nie uczestniczył w gospodarce pieniężnej, takiej jaką znamy dziś. A więc nie pracował za wynagrodzenie, by następnie kupować rzeczy dla siebie i swojej rodziny. Raczej konsumował większość tego, co sam wytworzył, i wytwarzał większość tego, co sam konsumował. Pewna nadwyżka ponad własne potrzeby była konieczna – aby opłacić zobowiązania na rzecz właścicieli ziemskich w naturze lub w postaci przymusowej pracy. Niewielkie tylko ilości pozostawały na sprzedaż. Nowoczesne zasady biznesowe i ekonomiczne, takie jak maksymalizacja zysków, były ówczesnym ludziom nie tylko obce, lecz wręcz całkowicie dla nich niezrozumiałe. Jeśli gospodarka funkcjonuje znacznie poniżej swojego potencjału, jak miało to miejsce w społeczeństwach wczesnego średniowiecza, wówczas podwyższenie podatków może w praktyce stymulować wzrost produkcji gospodarczej. Cofając się więc o krok: jeśli król Anglii zdecydował się opłacić Duńczyków, musiał zebrać pieniądze poprzez podniesienie podatków swoim poddanym. Ci, obciążeni wyższym podatkiem niż w roku poprzednim, mogli trochę ponarzekać, ale musieli przepracować więcej dni, by sprostać zwiększonym wymaganiom. Nadwyżka pochodząca z obszarów wiejskich rosła.

Innymi słowy, płacenie daniny w średniowieczu nie było czystą stratą ekonomiczną. Przeciwnie – poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych chłopów mogło pobudzać produkcję i prowadzić do wzrostu gospodarczego. Oczywiście ani król zmuszony do upokarzających wypłat pod groźbą przemocy, ani chłop przymuszony do pracy przez więcej dni w roku nie postrzegaliby tego wzrostu jako powodu do świętowania. Jednak w surowych kategoriach ekonomicznych pojawienie się licznych grup zagranicznych specjalistów od przemocy domagających się danegeldu nie było zjawiskiem całkowicie negatywnym.

Nie jest to jednak ani jedyny, ani najciekawszy aspekt ekonomii wikingów. Płacenie danegeldu lub próby odparcia najeźdźców nie były jedynymi strategiami dostępnymi dla wczesnośredniowiecznych władców. Trzecim podejściem, które stało się powszechne w północnej Europie, była dobrze znana władcom starożytnych Chin technika „wykorzystaj barbarzyńców do walki z barbarzyńcami”. Mówiąc konkretnie – osiedl grupę zagranicznych specjalistów od przemocy na wybrzeżu i miej nadzieję, że powstrzymają oni innych zagranicznych specjalistów od przemocy przed szukaniem szczęścia na twoim terytorium. Właśnie taka strategia doprowadziła do powstania Księstwa Normandii w północnej Francji, a podobny model zastosowali władcy Anglii na początku XI wieku, zatrudniając armie najemnych wikingów.

Wszystko to prowadzi do teorii kojarzonej z amerykańskim ekonomistą Mancurem Olsonem. Jako jeden z ojców założycieli ekonomii instytucjonalnej miał on wiele do powiedzenia na temat natury bandytyzmu, a wikingowie byli pod wieloma względami jednymi z najbardziej skutecznych bandytów w historii. Olson dokonał zasadniczego rozróżnienia między bandytą wędrownym a bandytą stacjonarnym. Obaj są bandytami, jak sama nazwa wskazuje, ale ich motywacje znacznie się różnią. Bandyci wędrowni – na przykład grupa wikingów na statku – po prostu zabierają wszystko, co mogą unieść, i wracają do domu, nie przejmując się szkodami wyrządzonymi okradzionym. Napad bandytów wędrownych, co bez wątpienia mogliby potwierdzić mnisi z wysp Lindisfarne lub Iony, nie był szczególnie przyjemnym doświadczeniem. Jednak gdy bandyta osiada i zaczyna zapuszczać korzenie, sytuacja zaczyna się zmieniać. Zabieranie skarbów z klasztorów i wywożenie ich do Skandynawii było lukratywnym zajęciem, ale w dłuższej perspektywie znacznie bardziej opłacalne było pobieranie podatków na przykład od chłopów z Normandii i przejmowanie części ich nadwyżek produkcyjnych. Stacjonarni bandyci, którzy zamierzają pozostać w danym miejscu przez dłuższy czas, nie mają powodu, aby zabić kurę znoszącą złote jaja. Jeśli już, to woleliby, aby ta kura stała się tłuściejsza i zdrowsza oraz znosiła jeszcze więcej złotych jaj.

Chociaż większość ludzi wolałaby nie być okradana przez jakiegokolwiek bandytę, to jednak mając wybór, zdecydowanie wolałaby bandytę stacjonarnego od wędrownego. Z biegiem czasu bandyci stacjonarni zaczynają coraz bardziej przypominać państwa. Chcąc, aby rozwijały się ich nowe dominia, zaczynają zapewniać ludności to, co ekonomiści nazywają „dobrami publicznymi” – takimi jak prawo i porządek. W końcu kłusownicy zwykle sprawdzają się jako świetni leśniczy. W dłuższej perspektywie wikingowie okazali się doskonałymi budowniczymi państw. Być może najlepszym tego przykładem jest słynny rok 1066. O tron angielski rywalizowało wtedy trzech pretendentów – Harold Godwinson, przywódca wielkiego rodu anglo-duńskiego; Harald Hardrada, król Norwegii, oraz Wilhelm, książę Normandii władający krainą położoną na wybrzeżu Francji – wszyscy oni byli w większym lub mniejszym stopniu tego typu przywódcami, jakich wcześni Anglosasi postrzegali jako wikingów.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij