-
nowość
Elementarni - Zwiastun chaosu - ebook
Elementarni - Zwiastun chaosu - ebook
Ezra, potomek niegdyś szanowanego rodu z Vistavii, żyje w cieniu rodzinnej tragedii i utraconego honoru. Gdy w magicznym świecie Elementrum budzi się pradawna, niszczycielska moc, chłopak otrzymuje dar, który okazuje się przekleństwem. Zyskuje zdolność zaglądania w ludzkie dusze, dotykania ich bólu i najgłębszych sekretów. Granica między światłem a mrokiem zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Czy Ezra zdoła utrzymać kontrolę nad potęgą, która zagląda w samą istotę człowieczeństwa?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397651807 |
| Rozmiar pliku: | 498 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Między snem, a rzeczywistością.’’
N
ie, nie! – wykrzyczał przerażony chłopak, budząc się w środku ciemnej komnaty, pełnej śmieci, mchu i popękanych cegieł. Powietrze przenikał przeszywający chłód, wdzierający się przez wyrwy w ścianach. Jedynym źródłem światła był blask księżyca, który nieśmiało otulał jego wychudłe ciało. Leżał boso, w przemoczonych spodniach, wyglądających jakby były rozdarte przez nieznane stworzenie, i w cienkiej, zniszczonej koszulce, która ledwo chroniła go przed zimnem. Jego przemoczone brązowe loki kleiły się do czoła, a ciemnozielone oczy zalewały łzy płynące niepowstrzymanie z powodu rozlewającego się po całym ciele bólu.
Nie wiedział, jak się tu znalazł. Myśli wirowały w jego głowie, żadna nie chciała ułożyć się w spójną całość. Najważniejszym pytaniem było jednak to, jak stąd wyjść. Spojrzał na popękany kryształowy przekaźnik leżący obok niego, który, choć uszkodzony, dawał nadzieję na kontakt ze światem.
– No dalej, odbierz – szeptał z desperacją. – Litości…
Gdy połączenie nie zostało nawiązane, zdenerwowany rzucił urządzeniem o ziemię. Odgłos tłuczonego szkła odbił się echem od ścian. Podniósł się chwiejnie z podłogi, błądząc w mroku bez celu. Próbował zapanować nad przytłaczającym poczuciem samotności. Wiedział, że jest zdany wyłącznie na siebie. Jego twarz, choć delikatna, nosiła ślady trudnego życia – średniej wielkości nos z lekkim garbem i spierzchnięte usta podkreślały zmęczenie.
– Gdybym tylko… mógł – powtarzał cicho, jakby próbując zapełnić pustkę własnymi słowami. – Czy ja mam jakąkolwiek moc? Od lat nic we mnie nie wzdryga, a teraz... to lunatykowanie i sny są dziwne. Nigdy wcześniej nie przydarzało mi się nic takiego. Może coś jednak we mnie się zbudziło?
Przerwał, słysząc tajemniczy dźwięk. Było to coś między rykiem lwa a syknięciem jadowitego węża. Echo odległego łopotania skrzydeł przeszło w szuranie łuskami o ziemię. Przerażony ruszył po drewnianych, starych schodach, które uginały się pod jego ciężarem, w kierunku wyjścia z bunkru.
– Argh! – jęknął, gdy jedna z desek pękła, a on niemal stracił równowagę.
Zaczął stawiać kroki ostrożniej i wreszcie dotarł na górę. Nasłuchiwał, lecz tajemnicza istota zniknęła, jakby nigdy jej nie było.
– Może ta istota się czegoś przestraszyła… Ale czego? – szepnął do siebie. – Na terenach Astrendu przecież nie ma drapieżników.
Z trudem otworzył klapę nad głową, a jego oczom ukazał się Las Pradawnych Wieczności. Mglisty, pełen wiekowych drzew, otulony ciężkim zapachem wilgoci, wydawał się żywą istotą. Ezra czuł na sobie spojrzenia i to nie ludzi, lecz dusz ziemi, które zdawały się go obserwować. Z uciążliwością zaczerpnął powietrza, klatka piersiowa pulsowała bólem od widocznych na niej obrażeń. Jego wzrok błądził po otoczeniu, rejestrując ślady, które najwyraźniej świadczyły o jego przybyciu. Jednak umysł pozostawał pusty jakby zamglony. Nie potrafił przywołać żadnego konkretnego wspomnienia z tego momentu.
_„Czy to ten sen mnie tu sprowadził”_ – szeptał, choć słowa rozbrzmiewały tylko w jego myślach. _„Jeśli sprowadził mnie tutaj to po co? Nic z tego nie rozumiem”._
Wokół niego unosił się duszący, ciężki odór, który z każdym oddechem przyprawiał o mdłości. Na ziemi dostrzegł ogromne, przerażające ślady. Serce zabiło szybciej, gdy zdał sobie sprawę, że należą do bestii, której echa krzyków słyszał wcześniej. Nie zważając na okoliczności próbował przekonać siebie, że stworzenie oddaliło się, pozostawiając go w spokoju. Zrobił kilka niepewnych kroków, ale jego osłabione ciało odmówiło posłuszeństwa. Potknął się o korzenie drzewa i runął w dół, odbijając się od nierównej ziemi. Upadek wydawał się trwać wieczność, a każda sekunda niosła kolejną falę bólu. Leżąc na mokrej ziemi, czuł, jak wilgoć wnika przez podarte ubrania, mieszając się z krwią. Drżał, dygocząc od zimna i zmęczenia. Jednak wszystko zaczął pełzać do przodu, choć każdy ruch wydawał się nadludzkim wysiłkiem. Głowa pulsowała bólem, a przed oczami migotały ciemne plamy. W tym stanie nagle usłyszał krzyk bestii – niski, dudniący ryk, który zdawał się przeszywać czaszkę i wbijać się w samą duszę. Nie miał siły, by podnieść głowę, choć czuł, że stworzenie jest blisko. Powietrze wypełnił tupot łap, szelest łamanych gałęzi i świst rozpostartych skrzydeł. Bestia zniżała się ku ziemi, a każde jej uderzenie o podłoże wstrząsało nim jak piorun. Wreszcie uniosła głowę i na niego spojrzała. Ogromna, potworna istota, której widok zmroziłby krew w żyłach najodważniejszego wojownika. Jej głowa przypominała lwi pysk – zdeformowany i splątany z dziwacznymi, nienaturalnymi kształtami. Ostre jak sztylety zęby zdawały się wypełniać całą paszczę, tworząc makabryczny obraz żywej pułapki. Potężne ciało, wyposażone w cztery łapy zakończone półmetrowymi szponami, budziło grozę swoją monumentalnością. Stwór wyglądał niczym uosobienie koszmaru, a jego spojrzenie przeszywało na wskroś.
Chłopak leżał bezradnie i wiedział, że nie ma szans. Wychudły, ledwie żywy, wyczerpany z głodu i pragnienia, mógł jedynie czekać na koniec. Skupił wzrok na deszczu, krople spadały powoli, jakby chciały wydłużyć ostatnie chwile jego życia. Zamknął oczy i pozwolił, by wspomnienia przeszłości zaczęły go pochłaniać. Szczęście, miłość, dostatek. To wszystko wydawało się tak odległe, jakby mu nienależne. Życie było pasmem cierpień utkanym z pośmiewiska, odrzucenia, bólu fizycznego i psychicznego. A jego finał miał być tylko kolejną odsłoną tej historii – zwieńczeniem tego, co już znał. Bestia ruszyła. Jej łapy grzmiały niczym uderzenia bębnów, ziemia drżała, gdy rozpościerała skrzydła. Wyskoczyła w górę i otworzyła paszczę, by zadać ostateczny cios… Nagle coś niespodziewanego wstrząsnęło powietrzem. Potężna siła uderzyła w bestię, odrzucając ją w tył. Ogromny stwór potoczył się po ziemi zaskoczony. Gdy uniósł łeb, jego spojrzenie napotkało innego przeciwnika. Chłopak spojrzał oszołomiony. Stała przed nim istota, która zdawała się nie z tego świata. Zwierzę o śnieżnobiałym futrze, jasnym jak chmury w pełnym świetle. Był olbrzymi, choć przy bestii wydawał się niemal drobny. Jego sylwetka emanowała siłą, a błysk w oczach mówił więcej niż tysiąc słów: nie zamierzał odpuścić.
Chłopak wywnioskował, że musiał to być Eluvantar. Legendarna istota z dawno wymarłego gatunku starożytnych Worgmarów, które rzekomo żyły tylko w Koranie, mieście odległym o setki kilometrów od Astrendu. Jak to możliwe, że taki stwór znalazł się tutaj? Bestia, choć większa, zdawała się wahać. Jej ruchy były niespokojne, a spojrzenie pełne niepewności. Czyżby bała się tego mniejszego, lecz zdecydowanie bardziej zwinnego przeciwnika? Eluvantar wysunął się do przodu, osłaniając chłopaka. Jego napięte mięśnie drżały, a cichy, niski warkot wypełnił powietrze. W końcu bestia rozpostarła skrzydła i wzbiła się w powietrze, wybierając ucieczkę zamiast walki. Silne podmuchy wiatru wzniosły piach i liście, które opadły na głowę bohatera. Osłonił się przed nimi, choć nie mógł oderwać wzroku od wilka.
– Uratowałaś mnie… – wyszeptał, zauważając, że to suczka. – Nie musiałaś tego robić, ale zaryzykowałaś. Oddałabyś swoje życie, by ocalić moje z jakiegoś powodu.
Wilczopodobne stworzenie się zbliżyło, a jej jasne, mądre oczy wydawały się przepełnione zrozumieniem. Chłopak wyciągnął rękę, a stwór przybliżył do niej pysk, pozwalając, by delikatny dotyk przełamał dzielący ich dystans. Ugięła potężne łapy, pozwalając chłopakowi ostrożnie na siebie wsiąść. Ezra, nadal drżący, chwycił się futra wilczycy tak mocno, jak tylko zdołał. Jej biała jak śnieg sierść błyszczała w świetle księżyca, gdy bestia rzuciła się pędem w głąb pradawnego lasu. Drzewa o splątanych konarach zdawały się rosnąć nieskończenie w górę, ich pnie oplatały liany, a wszędzie wokół kwitły różnorodne kwiaty i rozrastały się grzyby o fantastycznych kształtach. Wysoka, nieścinana trawa ocierała się o jego nogi, a powietrze wypełniał ożywczy zapach ziemi i wilgoci, jakby sam las tętnił życiem. Poczuł dziwne ukojenie, które wydawało się przenikać jego duszę. W końcu wilczyca zatrzymała się, węsząc przy ziemi. Pazurami zaczęła kopać w miękkiej glebie, aż wyciągnęła starą księgę i trzymała ją ostrożnie w pysku. Obróciła głowę, by spojrzeć na Ezrę, po czym delikatnym szturchnięciem zrzuciła go ze swoich pleców. Podeszła bliżej i położyła księgę tuż przed jego stopami, patrząc na niego pożegnalnym, niemal melancholijnym wzrokiem. Ezra, czując narastające ciepło w piersi, spojrzał na nią z wdzięcznością i smutkiem. Podniósł księgę, badając jej zniszczoną okładkę, zdobioną tajemniczymi runami. Kiedy jednak znów podniósł wzrok, wilczycy już nie było. Zniknęła jak mgła, pozostawiając za sobą jedynie kilka kłaczków białego futra. Nagle świat wokół niego zaczął się rozmywać, jego umysł zalał szum, a głosy krzyczące w oddali stawały się coraz wyraźniejsze.
Jakiś czas później.
– Ezra! Ezra! Obudź się!
Minęło kilka godzin. Ciemność, która otulała chłopaka, zaczęła się przerzedzać, a jego umysł powoli przebijał się przez mgłę nieświadomości. Z początku słyszał jedynie zniekształcone dźwięki jakby płynące spod tafli wody. Głosy. Rozmowy. Niezrozumiałe urywki zdań przewijały się przez jego myśli, ale jeden fragment utkwił mu w głowie jak ostrze wbite w ciało:
– On wciąż żyje.
To zdanie wyrwało go z otchłani. Otworzył oczy, ale oślepiło go złote światło, które wpadało przez wysokie okna. Mrugnął, próbując przyzwyczaić wzrok do jasności, a wtedy powoli dotarły do niego szczegóły otoczenia. Leżał w dużej komnacie, której ściany zbudowano z solidnych, ceglanych bloków – wiekowych, pokrytych rysami, jakby sama przeszłość odcisnęła na nich swój ślad. Powietrze było ciężkie, niosło zapach ziół i kurzu, a tu i ówdzie unosiły się smużki dymu z wonnych świec, których ciepły blask drżał na ścianach. Meble w pomieszczeniu były inne niż te, do jakich przywykł. Wykonane z rzadkiego drewna, lśniły w świetle, a ich powierzchnię pokrywały misterne zdobienia, układające się w skomplikowane wzory – runy, których znaczenia Ezra nie znał, lecz wyczuwał w nich moc. Po drugiej stronie sali, na ogromnej mapie wiszącej na ścianie, widniały kontury trzech państw od Vistavii, przez Nevarię aż po Loonąr. Granice były oznaczone starożytnymi symbolami, a niektóre regiony lśniły delikatnym blaskiem, jakby skrywały coś więcej niż tylko nazwy miast.
Jęknął cicho, próbując unieść się na łokciach, ale całe ciało przeszył ból. Dopiero teraz dostrzegł inne łóżka ustawione w rzędach, a na nich ludzi. Ich twarze były blade, zaciśnięte w wyrazie cierpienia, a niektórzy wciąż mieli na sobie podarte, zabrudzone krwią i ziemią ubrania. W powietrzu unosił się zapach popiołu i goryczy. Zapach tych, którzy otarli się o śmierć, lecz nie byli pewni, czy naprawdę jej uniknęli. I wtedy ją zobaczył.
Stała oparta o drewniany filar, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jej oliwkowa skóra mieniła się w świetle wpadającym przez okno, a na policzkach, rozsypane niczym złote piegi, lśniły ślady dawnej podróży pod słońcem. Niedługie, ciemne włosy spływały kaskadą na barki, wpadając niemal w czerń, jak nocne niebo pozbawione gwiazd. Patrzyła na niego. Przez krótką chwilę w jej oczach zajaśniało coś na kształt ulgi, jakby kamień, który dźwigała na sercu, został nagle zdjęty. Ale ta chwila była ulotna. Zanim Ezra zdążył otworzyć usta, by zapytać, co się stało, dostrzegł, jak na jej twarzy wykwita inna emocja - gniew. Płonął w jej oczach niczym burza nad pustynnymi równinami. Był cichy, ale równie niszczycielski, co głośny krzyk.
_ _Ezra zmarszczył brwi, starając się sobie przypomnieć, co wydarzyło się wcześniej, ale wspomnienia były poszarpane, jakby ktoś rozdarł je na kawałki i rozrzucił na wietrze. Wiedział jedno, że w jej spojrzeniu kryła się odpowiedź.
– Ty półgłówku, co ty robiłeś w tym lesie!? – zapytała. Zmieniła ton, uśmiechając się do pobliskiej zielarki, która przygotowywała wywary.
– Podaj później chłopakowi tę fiolkę – oznajmiła kobieta, idąc w stronę wyjścia i przyglądając się wszystkim pacjentom wokół.
Ovi zbliżyła się cicho, jakby stąpała po kruchym lodzie. Jej spojrzenie pełne było niepokoju, zdenerwowania i niedopowiedzianych pytań.
– Gdzie ja… jestem? – wymamrotał, nie patrząc na nią. Oczy błądziły mu po suficie, ścianach, świetle i wszędzie, tylko nie po niej. Myśli szarpały się w jego głowie jak dzikie konie.
– Gdzie jesteś? – powtórzyła z ironią, siadając przy nim. – Biorąc pod uwagę, że ledwo uszedłeś z życiem… obstawiam oddział leczniczy.
Jej głos był twardy, z cieniem gniewu, który jeszcze przed chwilą ledwo skrywała.
– Aż tak źle ze mną było? – zapytał, próbując odczytać wyraz jej twarzy. Ale nie musiał. Jej oczy – ciemnobrązowe, niemal czarne, jak cień nad zachodnimi klifami – mówiły wszystko. Tak, było aż tak źle.
– Ledwo dychałeś, Ezra – rzuciła chłodno. – Minął tydzień. Tydzień, w którym wyglądałeś jak ktoś, kto już siedzi w grobie. Myśleliśmy, że nie wrócisz. Ale twój organizm… cholera wie jak… zregenerował się. Jakby coś w środku cię ciągnęło z powrotem.
Ezra podniósł się lekko, opierając na łokciach. – A tamci… ci ludzie?
Ovi zacisnęła pięści. Głos miała napięty jak struna.
– W Vistavii rozszalał się wirus. Nie jakaś tam pospolita zaraza. Ten… rozdziera ludzi od środka, zostawia tylko skórę i popiół. Starsi, słabsi? Giną pierwsi – przerwała, nabierając powietrza przez zęby. Oczy jej płonęły. – Setki trupów w miesiąc, może mniej. Z dnia na dzień coraz więcej. Dziwne jest to, że sądzą, że ma to powiązanie z jakimiś istotami ponad nami, a może nawet Shyvranami, a my? My tylko patrzymy! – Walnęła pięścią w metalowy blat. – I jeszcze jakaś bestia. Nasze państwo nic z tym nie robi, rozumiesz? Nowi Elementarni są tak ograniczani, że to jest jakiś żart. Jesteśmy jak jakieś bezużyteczne pionki, a odpowiedzi czemu tak jest to nie znam.
Ezra patrzył na nią z mieszaniną bólu i troski. Wiedział, jak bardzo jej zależy. Wiedział też, ile ją to kosztuje. Ovi zawsze chciała być kimś więcej. Nie tylko dziedziczką swojego niesławnego rodu, ale godną nosicielką tytułu Elementarnej.
– Może gdybyśmy zrobili to, co trzeba… na początku… – zawahała się i zacisnęła usta. – Ale nie. Teraz już za późno na gdybanie.
– Ovi… coś się stało?
– Nieważne. – Machnęła ręką, jakby odganiała muchę.
Chłopiec nie chciał dopytywać.
– A ta bestia? Co ona w ogóle tutaj robi?
– Szczerze? Nie mam pojęcia – przewróciła oczami. – Mówili, że to gatunek wymarły wieki temu czy coś takiego. A jednak… pojawiła się. Ktoś wspominał, że mogła przylecieć znad morza, z dalekich ziem, o których nasze kroniki mało mówią. Może uciekła przed czymś gorszym. I to nie tylko w Astrendzie coś się dzieje, Ezra. W innych miastach też panuje chaos. Ludzie się zaczynają zastanawiać nad tym, co się dzieje.
Otarła oczy i spojrzała na niego.
– Ale ty… ty się zachowujesz, jakbyś był w dwóch miejscach naraz, tu i w snach. Nigdy nie widziałam cię w takim stanie.
Ezra westchnął.
– Nie wiem, co się dzieje – odparł cicho, spuszczając wzrok. – Czuję, że część mnie utknęła w przeszłości. Jakby coś trzymało mnie w miejscu, nie pozwalając ruszyć dalej. Wspomnienia tkwiące w mojej głowie rwą moją rękę, a ja nie jestem w stanie pójść do przodu. Kiedy w końcu czuję, że jestem na dobrej drodze, to wszystko rujnuję się pod moimi stopami tak, jakbym biegł w kółku, które nie ma końca, nie ma innej drogi i nie ma nic, poza tymi samymi powtarzającymi się zdarzeniami. Być może przez to ostatnio tracę zmysły, dosłownie.
Nie spuszczała wzroku, a jej twarz była jak rzeźba – piękna i nieugięta. Ale oczy… w oczach miała niepewność.
– To, co cię trzyma, powoli cię zabija, Ezra. Jeśli tego nie przezwyciężysz, zatracisz się. Na zawsze i więcej się nie obudzisz. Tamtej nocy widziała…
Uniósł wzrok i wyprostował się na łóżku.
– Ovi?
Zamilkła.
– Musiałam wejść do twojej świadomości – powiedziała w końcu.
– Weszłaś do mojego umysłu? – powtórzył powoli. – Wiesz przecież, że ledwo trzymam się tutaj. A ty… ty jeszcze to pogarszasz.
Na jego twarzy pojawiła się złość. Płomienie zatańczyły na jego policzkach, jakby sama aura się przebudziła.
– Nie miałam wyboru – rzuciła twardo. – Chciałam cię ratować, głupcze.
Ezra spojrzał na nią z bólem i zawodem. To spojrzenie nie potrzebowało słów. Wiedział, że złamała dane słowo oraz naruszyła granicę, której miał już dość. Nie chodziło tylko o magię czy troskę. Chodziło o zazdrość i o kontrolę nad nim. Dziewczyna, która pojawiła się zeszłej jesieni w pracowni, była ważnym wspomnieniem nie dla niej, a dla chłopaka. To właśnie wspomnienie chciała zatrzeć.
Weszła do jego umysłu i zobaczyła to wszystko. Rudowłosą dziewczynę, jej jasne zielone oczy, uśmiech, którym Ezra po raz pierwszy od lat odpowiedział bez bólu. To wystarczyło, by Ovi poczuła się niepotrzebna. Przez chwilę była tylko cieniem i w tej rozpaczy złamała zakaz.
Ale nie potrafiła przewidzieć skutków. Ezra już i tak rozbity nie zdołał unieść ciężaru wspomnień, które nagle wróciły przez mieszanie w jego świadomości. Wszystko, co zepchnął na dno, eksplodowało. Tej nocy nie spał, bo tej nocy konał, nie umierając przez liczne myśli.
– Może to przez ciebie się tak czuję – powiedział chłodno.
– Co ty wygadujesz? – odparła natychmiast.
– Dobrze wiesz, że grzebanie w czyimś umyśle może mieć swoje skutki. Myślałaś o tym? Czy tylko o sobie?
– Masz mnie za głupią? – warknęła. – Zdaję sobie sprawę. Ale nie zniosę tego, że przez ostatni czas jestem dla ciebie tylko… kimś na zawołanie.
– Na zawołanie? – prychnął. – Kiedy proszę o wsparcie, o powagę to zachowujesz się jak dziecko. Czasem naprawdę się zastanawiam, czy ty w ogóle dojrzałaś. Sama nie mówisz mi nic o sobie i skrywasz wiele, bo widzę to.
W jej oczach błysnęła odraza. Ale nie odpowiedziała i między nimi zapanowała nieprzyjemna cisza. Cisza, która nie niosła spokoju, tylko rozpad.
Drzwi skrzypnęły cicho, ale w ciszy oddziału leczniczego ten dźwięk uderzył jak ostrze. Ezra i Ovi odwrócili się równocześnie. On z zaskoczeniem, które przeszło w nagłą ulgę. Ona z tą samą chłodną ostrożnością, z jaką wilk mierzy nieznanego gościa na swym terytorium.
– Valeria – wypowiedział jej imię niemal szeptem, jakby samo jego brzmienie miało moc uśmierzania bólu.
W jego oczach pojawił się blask, który od dawna w nich nie gościł. Ale Ovi skrzyżowała ręce i stanęła nieco z boku, patrząc na przybyszkę tak, jakby widziała kogoś, kto przekroczył granice, których nie powinien przekraczać. Valeria weszła bez pośpiechu, z chłodnym spokojem kogoś, kto zna swoją wartość.
– A ty skąd wiesz, że Ezra tu jest? – zapytała Ovi z cieniem jadu w głosie. Pytanie nie było niewinne, bo tak naprawdę było zarzutem. Valeria tylko uniosła brew, jakby pytanie ją bawiło.
– Próbowałaś to przede mną ukryć, jak mniemam? – rzuciła spokojnie, lecz z precyzją wyćwiczonego żołnierza, co podkreślała również jej postawa.
Ezra spojrzał to na jedną, to na drugą. Jego spojrzenie przeszywało powietrze.
– Ukryć? – powtórzył ostro, a Valeria skinęła głową.
– Kiedy cię znaleźli, to właśnie ona – Valeria wskazała Ovi – oznajmiła, że nikt nie ma prawa mówić mi, gdzie jesteś z jakiegoś nieznanego mi powodu. Wydawało mi się to dosyć podejrzane, ale uznałam, że jak się zbudzisz to sam to sobie z nią wyjaśnisz.
– Ovi… – zaczął, ale dziewczyna już odpowiadała.
– Twoja matka mi rozkazała – powiedziała chłodno, niemal z kamienną twarzą.
Ezra ściągnął brwi.
– Matka? Dlaczego?
– Nie pytałam.
– Umiem wyczuć kłamstwo, więc coś mi tutaj śmierdzi – syknęła Valeria.
– Nigdy – warknęła Ovi. – Nawet jeśli prawda cię tak boli.
Przyglądał się jej uważnie. Znał ją i to może zbyt dobrze. Jej szczerość była brutalna, ale bez niej nie istniała. Ovi nie potrafiła oszukiwać, nawet jeśli oznaczało to, że kogoś zrani. Była burzą nie do ujarzmienia, czasem nie do zniesienia, ale to właśnie dzięki niej Ezra nie pogrążył się wcześniej w ciemności. Nie była ideałem, bo była zbyt impulsywna, zbyt dumna, zbyt łatwo ulegała emocjom, ale przynajmniej była prawdziwa. Valeria zaś… Valeria była jak lód – piękna, czysta, ale jeśli się ją lekceważyło, mogła zabić jednym ruchem. Miała swój kodeks, którego jak jednostka ze służb przestrzegała.
Zamilkł na moment. Jego wzrok zawisł gdzieś między nimi, a potem odezwał się, cicho, niemal nieobecnie:
– A co z Księgą?
Powietrze zgęstniało, a dziewczyny nie wiedziały, o czym mówi. Popatrzyły na niego z lekkim zdziwieniem.
– Jaką księgą? O czym ty mówisz? – zapytała Ovi, marszcząc brwi. Jej głos był ostry, ale podszyty autentycznym zaskoczeniem.
– Tą, którą miałem przy sobie… – Spojrzał gdzieś w bok, jakby usiłował odgrzebać wspomnienie zakopane pod warstwą dymu, krwi i snu. – Może… może znowu wariuję.
– Żadnej księgi przy tobie nie było – ucięła. – Przeszukałam teren i były tylko powalone drzewa, __ porozrzucane kamienie… i dziura w ziemi. Jakby coś albo ktoś, chciał cię zakopać.
Ezra zamarł. Powietrze wokół zdawało się nagle cięższe, bo to nie był sen i wiedział to już z całą pewnością. Zbyt wyraźnie pamiętał zapach ziemi, chłód i to stworzenie, ale nie miał pojęcia, jak się tam znalazł. Między dziewczynami napięcie sięgało zenitu. Nie potrzebowały pretekstu, by rzucić się sobie do gardła, bo wystarczył cień różnicy zdań.
– Słuchanie rozkazów nie swojej matki, zamiast troski o przyjaciela… to głupota – warknęła Valeria. Jej oczy płonęły pogardą. – Ezra z pewnością chciałby…
– A ty może znasz go lepiej? – Uniosła podbródek. – Spędziłaś z nim zaledwie rok i już uważasz się za kogoś, kto wie o nim wszystko?
– Znam go lepiej, niż ci się wydaje.
– Jeszcze chwila, a nie poznasz własnej twarzy – syknęła, krok od niej. – A przed turniejem chyba zależy ci na tym, aby godnie się prezentować, w końcu masz reprezentować swoją idealną rodzinkę.
Ezra przymknął oczy. Obie potrafiły zabić słowem i być może właśnie dlatego tak bardzo ich potrzebował, bo tylko one nie traktowały go jak posągu. Tylko one odważyły się rzucić mu prawdę w twarz, nawet gdy ta krwawiła. A wtedy sobie przypomniał - TURNIEJ.
Coroczna tradycja Vistavii. Nie tylko święto, ale i próba ognia. Od czasów wyzwolenia z rąk Shyvranów stanowił fundament narodowej dumy i brutalnej selekcji. W jego cieniu wykuwano bohaterów lub ich grzebano.
– Wiecie już, jakie będą tegoroczne zasady? Czy może nic się nie zmieniło? – spytał cicho, ledwo powstrzymując drżenie w głosie.
– Na nasze nieszczęście zmienili zasady – odparła Valeria. Ramiona miała skrzyżowane, a ton lekki. – Będą pojedynki jeden na jednego bez żadnych drużyn, żadnego wsparcia.
– To idiotyzm – parsknęła Ovi. – Prawdziwe wojny wygrywa się razem, a pojedynki to igrzyska dla tłumu, nie próba dla Elementarnego. Chociaż tobie chętnie bym twarz obiła na oczach tych wszystkich marnych rodów, które zacierają już ręce na te widowisko.
Valeria nie reagowała już na zaczepki, a chłopak westchnął. Gdzieś wewnątrz wiedział, że ten turniej nie będzie taki jak inne. Nie tylko dlatego, że zmieniono zasady, ale dlatego, że coś się zbliżało. Coś przeczuwał i nie wiedział, co to może być.
– Jak poszły wam egzaminy? – zapytał.
– Wojenne strategie, eliksiry, walka, historia bez potknięć – odparła Ovi z pewnością, której nikt nie mógł jej odmówić. Była bystra ze wszystkiego starając się dorównać rudowłosej.
– Myślę, że mnie nawet pytać nie musisz. A tobie jak poszły? Nie zdążyłam cię spytać przez te twoje lunatykowanie – spytała Valeria.
Ezra wzruszył ramionami.
– Nie wiem, nie mam mocy. Nawet jeśli znałbym każdą teorię, to w pojedynku nie mam szans.
Dziewczyna z piegami przewróciła oczami, ale nie rzuciła kąśliwego komentarza, co u niej było niemalże czułością.
– Nie po to trenowałeś całe życie, żeby teraz zachowywać się jak przestarzały bezsilny dziad.
Valeria spojrzała na niego uważnie z litością w oczach.
– Powinnaś go chociaż w tym zrozumieć. Tyle czasu minęło, a żadna moc się nie ujawniła w nim czy to na treningach, czy to na co dzień. A wszyscy mówią, że skoro ma aurę Elementarnych, to…
– …to coś powinno się objawić – dokończył cicho. – Powinno. Ale nie objawia się nic.
Zapadła cisza.
– A może właśnie te sny… te przebłyski… to jest coś – wyszeptała Ovi, ledwo słyszalnie. – Mam dar, który daje mi możliwość wgłębiania się w świat, poza tym, który dobrze znamy. Może twoje moce Ezra mają podobny związek.
Nie odpowiedział. Wpatrywał się w swoje dłonie – silne, pewne, a jednak pozbawione tej iskry, która miała odróżnić wojownika od zwykłego chłopca. Dziewczęta patrzyły na siebie z jawną wrogością, jak dwie wilczyce uwięzione w jednej klatce, gotowe rozszarpać się przy pierwszym sygnale słabości. Napięcie można było kroić nożem, gdy nagle drzwi izby uzdrowień otworzyły się z hukiem, odbijając echo od kamiennych ścian.
Do środka wkroczył Główny Edukator – Edward z rodu Marvenów, zwany przez niektórych „Słodkim Katem”, choć nikt nie odważył się wypowiedzieć tego przy nim. Jego sylwetka była wysoka, a postura niemal teatralna jakby każde wejście traktował jak wystąpienie przed widownią. Miał na sobie jaskrawy płaszcz w barwach akademii, wykończony przesadnie połyskującym złotem, które zderzało się boleśnie z jego surową, zmęczoną twarzą. Brązowy wąs w kształcie podkowy i zbyt gęste brwi nadawały mu groteskowego wyglądu, jakby wyrwano go wprost z propagandowego malowidła dla dzieci. Ezra poczuł znajome ukłucie odrazy.
– Wy dwie. Precz – rzucił z pogardą, nie zniżając głosu, lecz nim każąc. Jego dłoń, ozdobiona sygnetem z herbem Edukatorów, wykonała niedbały gest, jakby odganiał muchy. Ovi i Valeria, pełne gniewu i urażonej dumy, skłoniły się lekko, po czym wyszły bez słowa. Powietrze po ich odejściu zdawało się mniej napięte, ale nie mniej niebezpieczne. Kiedy wyszły Valeria nie mogła znieść tego, że Ovi odczuwa taki wstręt do niej. Złapała ją za ramię i spytała:
– Tak poza tą całą szopką pomiędzy nami… o co ci tak naprawdę chodzi? – odezwała się chłodno, ale pod powierzchnią jej głosu kryła się ciekawość. Może i cień niepokoju.
Ovi zacisnęła szczękę. Jej twarz zdradzała napięcie, a w oczach widać było żal.
– Nie każdy rodzi się po to, by zwyciężać i zgarniać wszystko, czego zapragnie – powiedziała, szeptem wypełnionym goryczą.
Valeria zmarszczyła brwi. Jej pewność siebie nie pozwalała od razu pojąć ciężaru tych słów. Dostrzegła w nich cień zazdrości… albo czegoś gorszego. Skrywanej przez lata goryczy, której nigdy nie miała okazji zobaczyć. Ovi zawsze wydawała się po prostu zamknięta w sobie, twarda, może nieprzystępna. Valeria nigdy jednak nie zauważyła, że tamta żyła w jej cieniu. Cień był zbyt bliski, zbyt codzienny, by go dostrzec. Ovi nie pochodziła z wielkiego rodu. Jej moce były słabsze, a władza nad umysłem nie imponowała nikomu. Nie posiadała złota, wpływów ani tych wszystkich rzeczy, które Valeria zawsze miała na wyciągnięcie dłoni. Zamiast tego musiała walczyć o każdy krok i odpychać ludzi, zanim zdążyli ją zranić.
Rudowłosa dziewczyna instynktownie wyciągnęła rękę, ale Ovi spojrzała na nią jak na kogoś, kto nie rozumie niczego, choć sądzi, że wie wszystko. Z pogardą odepchnęła jej dłoń jak zbrukane płótno. Odwróciła się i odeszła bez słowa, zostawiając Valerię samą z myślą, że może pierwszy raz w życiu… coś przeoczyła i tym razem, czegoś nie zdobyła.
W tym samym czasie Edward podszedł bliżej Ezry i stanął nad nim tak, że jego cień padł na chłopaka niczym wyrok.
– I znowu ty – głos Edukatora był jak pęknięcie lodu na rzece. – Kolejna noc, kolejny wybryk, kolejna rozmowa z moimi przełożonymi. Wiesz, co o tobie mówią? Że jesteś szaleńcem, dzieckiem chaosu. I powiem ci szczerze, Ezra… coraz trudniej mi temu zaprzeczać.
Uśmiechnął się, ale było w tym uśmiechu więcej jadu niż serdeczności.
– Lunatykujesz i trafiasz w miejsca, w które nie powinieneś mieć dostępu, bo ten las jest strzeżony. Ryzykujesz życiem i ryzykujesz przede wszystkim naszym imieniem, imieniem Elementarnych. A to, mój drogi, może cię kiedyś kosztować więcej niż kolejny pouczający dialog.
Ezra patrzył przez okno na Astrend, jego myśli tonęły w zamglonym pejzażu miasta, a nie w tyradzie tego żałosnego błazna w złotym płaszczu.
– Masz mi coś do powiedzenia? – warknął Edward.
– Co miałbym powiedzieć? – odparł chłodno, nie odrywając wzroku od panoramy.
– Na przykład co, do cholery, działo się w twojej przeklętej głowie tej nocy?
– Nie mam nic do wyjaśnienia.
– Z tobą zawsze pod górę… – prychnął Edukator, a jego ton nabrał jadu. – Jeszcze jeden wybryk i skończysz… – urwał, jakby sam przestraszył się własnych słów. Odwrócił się gwałtownie i wyszedł, trzaskając drzwiami jak wyrokiem.
Ezra siedział w bezruchu. Czuł, jak jego skronie pulsują, jakby głowa miała eksplodować. Obrazy – niejasne, brutalne – migotały przed oczami. Krzyki. Ogień. Płonące miasto, może nie jego, może z przyszłości, może z przeszłości. Głosy wołały jego imię, ale żadnego nie potrafił rozpoznać. Nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Zadrżał, gotów sięgnąć po nóż.
– Wszystko w porządku? – zapytała Valeria. Mówiła cicho, jakby nie chciała przerywać wizji.
Ezra spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem. Oczy miał rozszerzone, wciąż zanurzone w czymś, czego nie umiał opisać.
– Tak… Tak – odparł, ale jego głos był pusty, bez życia.ROZDZIAŁ 2
„W objęciach milczenia i zdrady.”
W
ziął swój stary, sfatygowany rower, który pamiętał jeszcze lepsze czasy. Może i czasy, gdy świat wydawał się prostszy. Astrend rozciągał się przed nim jak żywa mapa – tętniąca, złożona, zdradliwa. Miasto portowe Vistavii było piękne, ale niebezpieczne. Jak jedwabny sznur, który jest miękki, dopóki nie zaciska się na szyi. Budynki, wykonane z ciemnego drewna i owinięte bluszczem, zdawały się żyć własnym życiem. Zieleń oplatała ściany, dachy tonęły w ogrodach zawieszonych nad ulicami, a kwiaty w kolorach krwi, purpury i złota wyglądały niczym ślady po uczcie Zwiastunów. Powietrzne powozy, napędzane energią elementrową, sunęły bezszelestnie po powietrznych arteriach, pozostawiając po sobie ślady światła. Niewielkie tramwaje przemieszczały się po torach splecionych z metalu i winorośli, jakby żywe miasto oddychało w rytmie technologii i natury.
Ezra mijał targowiska, gdzie handlarze oferowali amulety, eliksiry, przyprawy z Nevarii, a także zbroje ozdobione znakami żywiołów i potrawy.
– Potrawy z najróżniejszych zakątków Elementrum! – wykrzykiwał handlarz przy targowisku, z gardłem zdartym od zbyt wielu okrzyków. – Mięso z Kłogarów, Brundarów i egzotycznych zwierzyn spoza naszego kontynentu!
Ezra uniósł głowę, zaciągnął się aromatem, a jego żołądek odezwał się głośnym, zdradliwym dźwiękiem. Ruszył dalej, mijając staruszkę odzianą w szaty haftowane dziwacznymi znakami, z ciałem pokrytym amuletami i srebrnymi pierścieniami.
– Psst, chłopcze – szepnęła do niego. – Wyglądasz na kogoś… pogubionego. Mam idealny kamień, który wspomoże cię w twojej życiowej drodze za jedyne…
– Podziękuję pani – przerwał i poszedł dalej.
Ale coś przyciągnęło jego wzrok, a był to strój należący niegdyś do Dainara, członka drużyny Elementarnych z Astrend. Zbroja w odcieniach ognia i złota, opinająca ciało niczym druga skóra, błyszcząca metalowymi wzmocnieniami. Ezra znał ją z nagrań i sam raz na żywo widział go w akcji. Bohater był dla niego symbolem siły i panem płomieni o niezłomnym charakterze.
– Podoba ci się, chłopcze, ta zbroja, co? Wiem, że robi wrażenie, ale to tylko atrapa.
– Nie powinien pan przypadkiem zachęcać do zakupu? – zapytał zmieszany.
– Jestem tutaj z przymusu. Gdybym mógł, nie byłoby mnie tu, ale trzeba jakoś na życie zarabiać, a tu sprzedają się raczej drobne rękawiczki czy spodnie niż cały uniform. Ma raczej… przyciągać.
– Oby przyciągnął kogoś do zakupu rękawiczek – mrugnął Ezra i ruszył dalej.
Gdzieś w oddali odezwał się róg. Może zapowiedź zmiany warty, może ostrzeżenie. W parku, wśród złotych i krwistych liści, panowała cisza, jakby teren sam wstrzymał oddech. Zatrzymał się przy stawie, którego powierzchnia była gładka jak stal. Pod nią majaczyły stworzenia nie do końca ryby, nie do końca duchy. Ich łuski odbijały światło w barwach, jakich nie znał.
Usiadł na jednej z ławek i zaczął wodzić ręką po wyżłobieniach przypominających pradawne runy. Jego palce zadrżały, gdy dotknął jednego z symboli, poczuł, jakby coś w nim odpowiedziało.
– Co, do diabła, się ze mną dzieje? – wyszeptał do siebie. Ale odpowiedziała mu tylko cisza. I szept wiatru, który zdawał się znać jego imię.
Spojrzenie chłopca powędrowało w górę, gdzie błękitne, bezchmurne niebo rozświetlały promienie słońca, które mieszały się z subtelnym, chłodnym powiewem jesiennego wiatru. Ten dotykał jego skóry niczym delikatne, niemalże opiekuńcze muśnięcia. Chłopak czuł kontrast między ciepłem słońca a chłodem powietrza. Odczucie to zdawało się potęgować wrażenia płynące z otaczającego go świata. Jego uwagę przykuwali przechodnie i to nie z powodu ciekawości czy nudy, ale z potrzeby zrozumienia. Zastanawiał się, co teraz czują ci wszyscy ludzie. Z kim dzielą swoje chwile, w kim znajdują oparcie. Próbował wniknąć w ich emocje, zanurzyć się w nich choć na moment, by poczuć cokolwiek, co przypominałoby ciepło. Widząc rodzinę, która śmiała się razem na skraju parku, bawiąc się z małym, rozbieganym zwierzątkiem oraz roześmianym maluchem, czuł jedynie gorzki cień zazdrości. Patrząc na parę wpatrzoną w siebie tak głęboko, jakby świat poza nimi nie istniał, odczuwał cichy, przejmujący smutek. A gdy nieznajomi uśmiechali się do niego bez powodu, czuł coś dziwnego – lęk, jakby ten gest miał ukryte znaczenie, którego nie potrafił odczytać.
Wszystkie te obrazy, te pozornie proste chwile, wgryzały się w niego niczym drobne, ostre odłamki szkła, pozostawiając ślady, których nie sposób zetrzeć. Nie wiedział, czy te ułamki szczęścia są czymś, co kiedykolwiek będzie dla niego osiągalne, czy to tylko złudzenie, na które nie zasłużył. Jego życie zdawało się utkane z cieni. Pasm ciemności przeszywających każdy promień światła, który odważył się pojawić. Siedział na zimnej ławce, pozwalając, by chłodne powietrze przesiąkło jego skórę. Odetchnął głęboko, jakby sam oddech mógł zmyć z niego ciężar tego dnia, choć wiedział, że to tylko chwilowe ukojenie w niespokojnym morzu jego myśli. Rozglądając się wokół, Ezra zauważył motyle unoszące się nad ścieżką. Ich skrzydła pozostawiały w powietrzu drobne, błyszczące cząsteczki, jakby niosły ze sobą odłamki magii. Patrzył na nie przez chwilę, niemal zapominając o całym świecie, kiedy kątem oka dostrzegł coś, co natychmiast przykuło jego uwagę. Wychudła kobieta, o czarnych jak smoła włosach i skórze bladej niczym papier. Szła energicznym krokiem w stronę placu. Jej obecność sprawiła, że serce chłopaka zabiło mocniej. To była Lisabel Inkiper, jego matka. Śledził ją wzrokiem, z trudem tłumiąc emocje, które w nim buzowały. Zauważył, że zmierza w stronę mężczyzny, który wyglądał na osobę z wyższych sfer. Jego wyprostowana postura i szyty na miarę płaszcz sugerowały, że mógł być urzędnikiem, a może nawet kimś z rządu. Ezra nie miał pewności, kim był ten człowiek, ale intuicja podpowiadała mu, że to spotkanie nie było przypadkowe. Nie zamierzał pozostawić tego bez odpowiedzi.
Unikając zwracania na siebie uwagi, wstał z ławki i ruszył za nimi, wtapiając się w tłum. Przyspieszył, starając się jednocześnie zachować bezpieczną odległość. Zatrzymał się za parą spacerującą z wózkiem dziecięcym i wytężył słuch. Fragmenty rozmowy dotarły do jego uszu.
– Masz to, o co cię prosiłam? – zapytała kobieta, rozglądając się niespokojnie, jakby każdy cień mógł zdradzić jej obecność. Głos miała twardy, ale podszyty lękiem. Tak mówi ktoś, kto wiele widział… i jeszcze więcej stracił.
Ezra przycupnął za starym, poskręcanym drzewem, którego kora była popękana jak ziemia po pożodze. Nie wystawił choćby kawałka twarzy. Wiedział, że jedno drgnienie mogło kosztować go więcej, niż był gotów zapłacić. Nie odzywał się do matki już od dłuższego czasu.
– Powiedziałem ci, że dostaniesz to, gdy spełnisz swoją część umowy – odparł mężczyzna. Jego głos był chłodny jak stal w pochwie. Pewny, bez śladu emocji. – Nie jestem jednym z twoich chłopców na posyłki. Nie będę dłużej czekał.
Lisabel zacisnęła dłonie. Ezra znał ten gest – matczyna miękkość ustępowała kobiecie, która wiedziała, jak przetrwać. Nawet jeśli oznaczało to kłamstwa, zdradę albo coś jeszcze gorszego.
– Nie mogę ci ufać – wysyczała z cieniem manipulacji w głosie. – Jeśli nie dostanę tego teraz, uznaj naszą umowę za nieważną.
Mężczyzna się zawahał, jakby jej słowa przecinały jego myśli jak ostrze. Ezra dostrzegł, jak ten poprawia płaszcz, sięga do torby i wydobywa przedmiot owinięty w czarne płótno. Lisabel nie czekała, również sięgnęła do swojej torby i wyciągnęła księgę. Chłopiec zamarł. To ta księga. Okładka wyglądała, jak utkana z samej ziemi, splątana korzeniami, które nadal pulsowały subtelnym rytmem, jakby miały własne serce. Runy, które ją pokrywały, migotały słonecznym światłem.
_„A więc jednak nie oszalałem” -_ przemknęło mu przez myśl. _„To ta księga. Ta, którą znalazłem w lesie. Ta, którą matka zabrała… tylko dlaczego i kiedy?”_
Nie znał odpowiedzi, ale przypomniał sobie to stworzenie, które dało mu tę księgę. Nie zwierzę, lecz coś więcej – przewodnika, który z jakiegoś powodu chciał, aby to po. A teraz księga była… w rękach jego matki, choć powinna należeć do niego.
– Dostałeś to, czego chciałeś – powiedziała chłodno Lisabel, podając pakunek. – Teraz znikaj.
Miał nadzieję, że jego obecność pozostała niezauważona, ale kobieta, odchodząc, zatrzymała się. Jej wzrok padł na rower oparty o drzewo. Serce chłopaka zatrzymało się na ułamek sekundy, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści. Stała tak, jakby czuła jego obecność i jakby zapach jego lęku wypełnił powietrze.
_„Czy wie, że ją śledzę?”_ – pomyślał gorączkowo_. „Przecież takich rowerów są dziesiątki…”._
Schował się za gęstym, rozrośniętym krzewem o kolczastych liściach i czekał oddychając płytko. Serce biło mu jak bęben wojenny, a gdy w końcu Lisabel odeszła, chłopak zdołał jedynie usiąść i patrzeć na ścieżkę, którą zniknęli. Myśli miał mętne, rozbite i wiedział tylko jedno, że księga wróciła, a wraz z nią pytania, których bał się zadać. Wspomnienia uderzyły nagle i zobaczył twarz siostry, której już nie ma oraz głos brata, stłumiony przez lata milczenia. Rodzice będący coraz dalej, mimo że dzielili ten sam dom. Ezra był cieniem w miejscu, które miało być schronieniem, obcym wśród własnej krwi. Dom był zimny i nie z powodu kamiennych ścian, ale przez brak spojrzeń, które coś znaczą. Brak słów, które naprawdę chciałoby się usłyszeć, dlatego opuścił dom i nie chciał tam wrócić za żadną cenę. Dzieciństwo? Przepadło gdzieś między zamkniętymi drzwiami a krzykami, których nikt nie słyszał, Ezra nie płakał, nie w tej chwili. W Vistavii łzy miały wartość tylko wtedy, gdy spadały na miecz A on wiedział, że coś nadciąga i ta księga, ten mężczyzna i matka, której nie ufał zbytnio, to początek. I że jeśli nie zacznie zadawać pytań i niuchać, zostanie tylko jednym z wielu, którzy zniknęli, zanim poznali prawdę. Po kilku minutach wahania chwycił rower i ruszył za tajemniczym mężczyzną, który miał coś, co jak wierzył, należało do niego. Wiatr przynosił delikatny zapach miejskiego skweru, mieszając aromaty kwitnących roślin z nutą wilgoci z niedalekiej fontanny. Jego włosy unosiły się w porywach wiatru, który towarzyszył mu w szybkim pędzie. Jechał z determinacją, ignorując mijanych ludzi i otaczający go chaos miasta. Każdy jego ruch był podporządkowany jednemu celowi - odnaleźć mężczyznę i odzyskać to, co stracił. Po chwili Ezra zauważył swoją ofiarę i mężczyzna w kapeluszu szedł energicznym krokiem, by w pewnym momencie zatrzymać się na rogu ulicy. Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął mały liścik, po czym coś na nim szybko nabazgrał. Zamaszystym ruchem rzucił go w górę, pozwalając, by wiatr poniósł go wysoko w powietrze. Wiadomość, niesiona powiewami, wleciała przez otwarte okno pobliskiego budynku. Ezra gwałtownie zatrzymał rower, niemal wpadając na starszą kobietę z torbą pełną zakupów. Utkwił wzrok w budynku, do którego wleciał liść, a nazwa widniejąca nad wejściem brzmiała prosto, niemal niewinnie: „Kącik Gatara”. Coś w niej sprawiło, że jego serce zaczęło bić szybciej i czuł, że już kiedyś o tym miejscu słyszał, choć nie potrafił przypomnieć sobie szczegółów.
_„Zaraz, zaraz…”_ – pomyślał, wpatrując się w szyld. _„Wydaje mi się, że widziałem ten budynek na zdjęciach, kiedy Astrend był jeszcze pod zaborem Loonąru. Mam niemałe przeczucie, że to miejsce nie przynosi niczego dobrego”._
Zsiadł z roweru i ostrożnie podszedł bliżej, starając się zachować jak zwyczajny przechodzień. Jego umysł toczył wewnętrzną walkę, a instynkt ostrzegał przed niebezpieczeństwem, ale coś w środku ciągnęło go do pomieszczenia. Złowieszcza aura tego miejsca i dziwna energia, która wydawała się emanować z jego wnętrza, jedynie podsycały determinację. Nieznajomy wszedł do środka, a chłopak instynktownie zatrzymał drzwi końcem buta, po czym rozglądającym wzrokiem wślizgnął się za mężczyzną. Otoczyła go ciemność i lampy zdawały się pełnić tylko rolę ozdobną – emanowały tak mało światła, że wyglądały niemal jak atrapy, a sam facet zniknął z jego pola widzenia. Ezra usłyszał skrzypnięcie podłogi i wiedział, że każdy kolejny krok mógł go zdradzić.
Stąpał ostrożnie, jak po cienkim lodzie, czując pod dłonią delikatny dotyk rozsypanych pergaminów. Nie wiedział jeszcze, że to kartki z zamierzchłych czasów, stare gazety, których nagłówki krzyczały o porwaniach i morderstwach Elementarnych. Gdy przybliżył się do niemal niewidocznego światła, dostrzegł, że wszystkie skrawki łączy jeden motyw – tajemnicze zaginięcia w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Przeszył go niepokój; miał wrażenie, że to miejsce skrywa więcej, niż na pierwszy rzut oka się wydaje.
Uniósł głowę, by spojrzeć w stronę światła, które sączyło się z uchylonych drzwi. Pomimo ciszy otaczającej to miejsce czuł, jakby ktoś na niego czekał. Nie wiedząc, dlaczego, miał przeczucie, że jakaś niewidzialna siła wciąga go na górę. Ostrożnie postawił stopę na skrzypiących schodach, których wiek zdawał się odbijać w każdym dźwięku. Drewno, stare i wysłużone, narzucało atmosferę miejsca pamiętającego odległe czasy. Kierując się w stronę tajemniczego pokoju, czuł, jak napięcie narasta z każdym krokiem. Wziął głęboki oddech i wychylił się zza krawędzi, rozglądając się niepewnie wokół. Jego oczom ukazał się niewielki, skromnie urządzony pokój. Wyglądał tak, jakby należał do starszej osoby, która zwykła spędzać czas w fotelu pokrytym misternymi wzorami. Mebel ten zdawał się niezwykle wygodny, nosił ślady niedawnej obecności. Wokół rozmieszczono segmenty pełne pucharów, książek, różnorodnych filiżanek i szklanek, wszystko harmonijnie zgrane, jakby miejsce to miało swój unikalny charakter. Mimo tej pozornej harmonii chłopak poczuł się nieswojo, niemal niechciany, jak intruz, który wtargnął do czyjegoś świata. Z zewnątrz budynek wyglądał na zwykły biurowiec, lecz wewnątrz atmosfera przepełniona była czymś trudnym do uchwycenia, niemal magicznym, wszystko wydawało się prawdziwe. Przedmioty, zapachy, dotyk, choć równie dobrze mogło to być efektem jakiejś iluzji, ale nagle ciszę przerwał trzask drzwi, aż serce stanęło chłopcu w gardle. Odwrócił się gwałtownie i rzucił w stronę wyjścia. Spróbował otworzyć drzwi, lecz bezskutecznie. Ogarnął go strach. Nie wiedząc, co robić, podbiegł do okna i zaczął szarpać z całych sił za klamkę. Szyby były tak zabrudzone, że nie przebijał się przez nie nawet najmniejszy promień słońca. W pokoju za to panowała czerwonawa jasność, choć nie widać było żadnego źródła światła.
Wtedy jego uwagę przyciągnęła księga, która leżała samotnie pod starym, omszałym stołem, jak relikt dawno pogrzebanej przeszłości. Wyglądała niepozornie, lecz coś w niej go wołało. Ezra sięgnął po nią bez namysłu, a dotknięcie pergaminu było jak uderzenie pioruna. Fala czystej energii rozlała się po jego ciele, ciskając go na ścianę z brutalną siłą. Powietrze wyrwało się z jego płuc, a światło w pomieszczeniu zgasło tak nagle, jakby blask został pożarty przez cień. Z ciemności wyłonił się głos kobiecy szepczący coś do siebie, cichy, lecz ostry jak rozgrzane żelazo przyłożone do skóry.
– Kim ty… jesteś? – wydyszał, podpierając się na łokciach.
Postać, która wyszła z cienia, patrzyła na niego z niepokojącym spokojem. Jej twarz była nieczytelna, ale w oczach czaił się cień wiedzy, której chłopak nie rozumiał i być może nigdy nie miał zrozumieć.
Zza niej wysunęły się dwa mechaniczne cienie – latające maszyny. Ich ramiona błyszczały metalicznie, a z końcówek palców skakały czerwone iskry. Zanim Ezra zdołał się ruszyć, złapały go, przygważdżając do ściany z taką siłą, że aż jego kości zatrzeszczały.
– Gdybym zdradziła ci swoje imię – odparła dziewczyna chłodno – zapewne nie byłoby mnie już wśród żywych, ale muszę przyznać, masz jaja, chłopcze. Nie sądziłam, że tak szybko zaczniesz węszyć za tą księgą.
– Śledziłaś mnie? – wypluł z trudem słowa, zaskoczony i wściekły.
– Śledziłam? – uśmiechnęła się jak kat. – Nazwij to, jak chcesz, miałam misję. Wślizgnąć się do tej nory, wmieszać się między fanatyków Krwawego Bastionu i wyciągnąć to, po co przyszłam. Wszystko szło dobrze, póki mi nie przeszkodziłeś.
– Krwawy Bastion już nie istnie… – zaczął, lecz urwał, gdy zobaczył, jak zmienia się jej wyraz twarzy.
– Naprawdę w to wierzysz? Myślisz, że coś tak starego, tak zakorzenionego w tym obskurnym mieście, zniknie tylko dlatego, że nikt o nim nie mówi? – Jej ton stał się lodowaty. – Posłuchaj mnie, nie zastanawiałeś się, dlaczego większość Elementarnych zginęło w ostatnich latach? Dlaczego naszym krajem rządzi rada, która nic nie zmienia i nie robi? Ten postój jest spowodowany czymś, o czym większość nie wie.
– I sama zamierzasz działać?
– W tych czasach ludziom nie można ufać. Na każdym kroku może czaić się ktoś, kto wbije ci nóż w serce, zapamiętaj to sobie. A teraz pozwól, że wezmę tę…
Ezra próbował zachować spokój, choć jego serce waliło jak bębny wojenne.
– Oddaj mi tę księgę – powiedział. Tym razem nie był to rozkaz, ale deklaracja nieugięta jak stal. Powietrze wokół niego zadrżało, włosy na karku uniosły się lekko, jakby odpowiadały na wezwanie siły, której nawet on sam nie pojmował.
Dziewczyna uniosła brew i uśmiechnęła się z lekceważeniem.
– Dlaczego ci tak na niej zależy? – zapytała ciekawskim głosem, poprawiając grzywkę.
– Bo czuję, że ona mnie wzywa. – Zaczął się wiercić. – Znalazłem ją i wiem, że ma ze mną jakieś powiązanie.
– Ta księga nikogo nie wzywa. Ona jest narzędziem, więc coś sobie ubzdurałeś. Czekaj, ty nie masz żadnej mocy? Albo masz…
Milczał przez chwilę.
– Już rozumiem. Myślisz, że ta księga po prostu pomoże ci otworzyć twoje jakieś skryte umiejętności, co za naiwność. Gdybym wiedziała od razu, to bym nie marnowała czasu na pogawędkę z tobą.
Otworzył usta, ale nie zdążył wydać z siebie dźwięku, bo coś przecięło powietrze, błysk stali. Ból eksplodował w jego udzie, przeszywający, surowy. Ostrze jednego z mechanicznych strażników wbiło się głęboko, a jego krew zaczęła sączyć się jak czerwone wino na kamienną posadzkę. Z jękiem osunął się niżej, ale nie padł. Dziewczyna nie drgnęła.
– Jesteś zdany na moją łaskę… nie zabiję cię. Wydajesz się kimś dobrym, ale pogubionym. Przypominasz mi kogoś… ale to nieważne.
Ezra czuł, jak świat się rozmywa, jak dźwięki tłumi ból, a na języku zostaje mu tylko gorzki smak porażki. A mimo to… coś w nim się tliło, coś, czego nie mogła jeszcze dostrzec. Nieznajoma sięgnęła po księgę z determinacją godną kogoś, kto wie dokładnie, co robi. Jej palce ledwie dotknęły okładki, gdy światło wystrzeliło spomiędzy stron niczym grom z niebios. Nie było w nim łaski, tylko surowa, pierwotna siła jak słoneczny blask. Pokój zatrząsł się jak pod wpływem trzęsienia ziemi, a fala energii roztrzaskała meble i rzuciła ludzi oraz maszyny na ściany. Ciała uderzyły o kamień z głuchym łoskotem.
Ezra, ledwo trzymający się świadomości, widział tylko oślepiający blask i wirujący świat. Pochłaniała go ciemność. W jego klatce piersiowej szalało serce, jakby samo próbowało uciec z rozpadającego się ciała. Był wolny, lecz uwięziony we własnej słabnącej powłoce, leżący na zimnej ziemi jak zwierzę po bitwie. Wtedy usłyszał głos niepokojąco znajomy, choć obcy, będący echem samego siebie z przyszłości. Był starszy, mocniejszy, zmęczony, ale niezłomny.
_„Idź”_ – __ rozbrzmiało w jego umyśle słowo o dźwięku podobnym do głuchego bębna na polu bitwy.